Archiwum dnia: 21 listopada, 2013

Opowiadanie o beznadziejno艣ci

To by艂聽 mokry poranek, bardzo wczesny. Mg艂a wisia艂a w powietrzu, a spad艂e, mokre li艣cie nie zaprasza艂y nikogo do spaceru. By艂o mokro i niemi艂o. Wstawali tylko ci, kt贸rzy wybierali si臋 do pracy w ma艂ym, sennym miasteczku. Nie wiele miejsc do pracy, a je艣li to ludzie w tym mie艣cie pracowali najcz臋艣ciej w urz臋dach, wpadaj膮c rano do swoich pokoi biurowych i od razu 聽zaparzali porann膮 kaw臋, aby si臋 dobudzi膰.

Ma艂e miasteczka ubogie, ciche, prawie niewidoczne, w kt贸rych ludzie prac臋 dostaj膮 najcz臋艣ciej po znajomo艣ci. Je艣li聽 j膮 dostan膮, to trzymaj膮 si臋 r臋koma i nogami, bo co cztery lata, od wybor贸w do wybor贸w nast臋puje rotacja, bo nowa miot艂a, nowe zasady. Ona czu艂a, 偶e poleci, bo przyszed艂 nowy Burmistrz, a Ona nie by艂a z tej opcji. Kt贸偶 by tam patrzy艂 na jej zawodowe osi膮gni臋cia i docenia艂, 偶e dla ka偶dego petenta by艂a mi艂a i profesjonalna. Kt贸偶 tam docenia艂, 偶e nigdy si臋 nie sp贸藕ni艂a do pracy, mimo ogromnych k艂opot贸w osobistych. Nikogo to nie obchodzi艂o, a w kuluarach wymieniano jej nazwisko. Wszystko si臋 zbieg艂o, jakby kto艣 zaczarowa艂 jej 偶ycie. M膮偶 zrobi艂 sobie dziecko z inn膮 kobiet膮, o czym szemrano, a Ona tego nie wiedzia艂a. Kto艣 wiedzia艂 z kim si臋 spotyka艂, kiedy Ona swoje dzieci k艂ad艂a do snu, aby rano by艂y gotowe do szko艂y. Gdzie艣 tam szemrano, gdzie艣 tam gadano, a Ona zap臋dzona od obowi膮zk贸w do obowi膮zk贸w pada艂a wieczorem na twarz 鈥 aby tylko m贸c usn膮膰, bo rano trzeba przygotowa膰 dzieci, si臋 umalowa膰, uczesa膰 do pracy. W jej g艂owie k艂臋bi艂o si臋 setki pyta艅 mi臋dzy makija偶em jednego oka, a drugiego 鈥 rozw贸d! Nie zniesie my艣li, 偶e tam, na tamtej ulicy, inna kobieta chowa jego dziecko. Nie pracuj膮ca, a wi臋c za偶膮da wysokie alimenty. Nie ma 偶adnego zawodu, a wi臋c kasy b臋dzie chcia艂a mie膰 tyle, aby zapewni膰 swojemu dziecku wszystko, co najlepsze. Ludzie m贸wili, 偶e ona kocha kosmetyki i z艂oto, a wi臋c聽 pu艣ci ich z torbami. A Ona jeszcze biega艂a do tej swojej pracy, ogarnia艂a dzieci, zdobywaj膮c w kolejach dla nich, co rzucili. Wypruwa艂a sobie 偶y艂y, boj膮c si臋 spyta膰 swojego m臋偶a, co z nami dalej? Jak b臋dziemy 偶yli w tym kotle pe艂nym niedopowiedze艅. Nie, to nie moje dziecko 鈥 us艂ysza艂a, ale ludzie w mie艣cie widzieli, 偶e jego trzecia c贸rka, to sk贸ra zdj臋ta z diab艂a. Ona tego nie widzia艂a, bo ju偶 nic nie widzia艂a i nie chcia艂a por贸wnywa膰, bada膰, 艣ledzi膰 鈥 mia艂a do艣膰.

W ten mokry poranek jesienny, wys艂a艂a dziewczynki do szko艂y ze 艣niadaniem. Spojrza艂a w okno, rozsypa艂a na blacie kuchennym wszystkie prochy, jakie mia艂a w apteczce. By艂y r贸偶nego koloru, a przewa偶a艂y czerwone, na uspokojenie. Powoli, z rozmys艂em gar艣ciami je po艂yka艂a 鈥 chcia艂a umrze膰. Nie mia艂a ju偶 si艂. Wszystko, co w 偶yciu zrobi艂a by艂o nic nie warte, a dzieci, kto艣 jej wychowa przecie偶. Mo偶e jego kochanka? Wysz艂a z domu, w kierunku jeziora i umy艣li艂a sobie, 偶e usi膮dzie na k艂adce i kiedy straci przytomno艣膰, wpadnie do wody i si臋 jeszcze na dok艂adk臋 聽utopi. B臋d膮 jej szuka膰 d艂ugo! Tak te偶 zrobi艂a i siedz膮c w mglisty poranek na jednej z k艂adek, zacz臋艂a traci膰 przytomno艣膰. Tak dobrze jej si臋 zrobi艂o, tak b艂ogo. Czu艂a, 偶e odp艂ywa i nagle, zda艂a sobie spraw臋, 偶e musi 偶y膰, dla dzieci. Nie mia艂a sumienia zostawi膰 ich na pastw臋 losu. Chwiej膮cym si臋 krokiem, pr贸bowa艂a zle藕膰 z tej cholernej k艂adki, ale nie widzia艂a ju偶 nic. Wpad艂a do bagnistej wody i umazana w b艂ocie, wydosta艂a si臋 trzymaj膮c si臋 trzciny ,na brzeg. Nie wiadomo jak, znalaz艂a si臋 na twardym pod艂o偶u i tam pad艂a nie艣wiadoma. Nie s艂ysza艂a karetki nie wiedzia艂a kto j膮 wezwa艂. Obudzi艂a si臋 w szpitalu, p贸艂 przytomna i mia艂a wra偶enie, 偶e opl膮tuj膮 j膮 w臋偶e. Wstr臋tne robaki i inne nieznane gady dusi艂y j膮, oplata艂y. Pami臋ta tylko, 偶e jej m膮偶 siedzia艂 przy jej 艂贸偶ku, trzymaj膮c j膮 mocna za r臋k臋 i p艂aka艂.

Obudzili j膮 w tym szpitalu, ale jej ruchy i zachowanie wskazywa艂y, aby j膮 przewie藕膰 do szpitala psychiatrycznego w pobli偶u. Jecha艂a t膮 karetk膮 na noszach, przywi膮zana, niby 偶ywa, a jednak przysypiaj膮ca. Czasami czu艂a ka偶dy podskok na drodze, ale nie nie robi艂o na niej wra偶enia, bo wci膮偶 by艂a jakby w narkozie. Prochy dzia艂a艂y nadal, cho膰 pr贸bowano usun膮膰 z niej wszystkie z艂e toksyny. Dalej by艂a jakby nieobecna, a droga pokonywana dzia艂a艂a na ni膮 jak eliksir spokoju. Znowu obudzi艂a si臋 w bia艂ym pokoju, pod bia艂膮 sztywn膮 po艣ciel膮, Sama w pokoju, cho膰 艂贸偶ek by艂o cztery. Spojrza艂a po 艣cianach i widzia艂a czarn膮, ogromn膮, zapasion膮 much臋. Obserwowa艂a j膮 i sama nie 聽wiedzia艂a, czy ona 艂azi, czy to s膮 omamy. Zaproszono j膮 na 艣niadanie i nie by艂o mowy, aby samodzielnie wypi艂a herbat臋. R臋ce 聽dr偶a艂y, zatrute cia艂o reagowa艂o na NIE. Nie da艂o si臋 wypi膰 i zje艣膰, gdy偶 r臋ce dr偶a艂y jako osika. My艣li k艂臋bi艂y si臋, 偶e nic ju偶 po mnie, a偶 jedna z piel臋gniarek zaci膮gn臋艂a j膮 do gabinetu i wpierniczy艂a jej du偶膮 dawk臋 glukozy w 偶y艂臋 鈥 r臋ce przesta艂y dr偶e膰 i mog艂a wr贸ci膰 do ludzi i do rodziny!

艢wi臋ta tu偶 tu偶

Dzie艅 dobry 馃檪

Dzisiaj jestem o wiele p贸藕niej na swoim blogu, poniewa偶 偶ycie realne wymusza, aby w nim poby膰 te偶, co z wielk膮 przyjemno艣ci膮 czyni臋. Obudzi艂am si臋 i po porannej kawie za艣wieci艂o w moje okna聽 s艂o艅ce, pierwsze od wielu koszmarnych, zapadanych dni. Spojrza艂am i stwierdzi艂am, 偶e czas przygotowywa膰 si臋 do 艣wi膮t, a wi臋c firany czas wypra膰, okna umy膰 i zajrze膰 w k膮ty troch臋 na co dzie艅 zaniedbywane troch臋 z lenistwa, a troch臋, 偶e jako tako, nie jest 藕le. Ciesz臋 si臋, 偶e wykorzysta艂am ten dzie艅 na domowe prace, a teraz napawam si臋 艣wie偶o艣ci膮 i mog臋 odda膰 si臋 klikaniu. Podczas prac domowych zazwyczaj moje my艣li skupione s膮 na czynno艣ciach zakodowanych od lat, a wi臋c okna (oj brudne by艂y), potem wstawienie firan do prania na funkcj臋 firany, a nast臋pnie odkurzacz idzie w ruch dok艂adnie w ka偶dy k膮t. Poodsuwa艂am kanapy, wydoby艂am kurz spod mebli, wytrzepa艂am dywaniki, a na sam koniec zak艂adam pachn膮ce firany. To jest聽 ten moment, kiedy ogarniam okiem mieszanie i jestem z siebie dumna, 偶e kolejny raz da艂am sobie sama rad臋. Coraz trudniej wspinam si臋 na wysoko艣ci, ale pomalutku si臋 wspinam , aby nie po艂ama膰 sobie gnat贸w i nie by膰 ci臋偶arem dla najbli偶szych, bo Oni maj膮 swoje k艂opoty i troski. Musz臋 si臋 jednak przyzna膰, 偶e podczas mycia okna balkonowego, spojrza艂am w okna mojego znajomego, mieszkaj膮cego naprzeciwko, kt贸rego bardzo lubi臋, bo to porz膮dny cz艂owiek. Jest sam w do艣膰 du偶ym mieszkaniu. Jeszcze niedawno widzia艂am jak my艂 okna, co nie jest cz臋stym widokiem, 偶e facet myje okna. Z rozrzewnieniem go obserwowa艂am przez wiele d艂ugich lat. Nie wiedzia艂am, 偶e jego okropnie przystojna 偶ona, kt贸r膮 kocha艂 nad 偶ycie 鈥 odesz艂a. Jak to si臋 plecie, jak to si臋 kr臋ci, 偶e nigdy nie wiemy, co mo偶e nas spotka膰. M贸j znajomy nie szuka innej kobiety, bo pami臋膰 po swojej ukochanej 偶onie jest w nim na zawsze.聽 Sk膮d to wiem? Pracowali艣my razem i opowiada艂, 偶e 偶ona wyjecha艂a do Stan贸w聽 Zjednoczonych, aby odwiedzi膰 c贸rk臋. Nie by艂o jej par臋 miesi臋cy, a On opowiada艂 o niej ze 艂zami w oczach 聽i czu艂am jak strasznie za ni膮 t臋skni. Jestem zwolenniczk膮 takich ma艂偶e艅stw do grobowej deski. Czy to si臋 jeszcze zdarza w艣r贸d m艂odych? Czy Oni potrafi膮 tak jeszcze kocha膰? Nie wiem, ale kibicuj臋 wszystkim, zawieraj膮cym zwi膮zki ma艂偶e艅skie na dobre i na z艂e.Zbli偶aj膮 si臋 艣wi臋ta, czas rodzinnych spotka艅, a pracownik mojego m臋偶a wczoraj straci艂 偶ycie w wypadku samochodowym. Jak to si臋 plecie, jak to si臋 kr臋ci? Nie warto kopa膰 si臋 z koniem ( wierzga膰 przeciw o艣cieniowi,聽porywa膰 si臋 z motyk膮 na s艂o艅ce,聽wali膰 g艂ow膮 w mur,聽p艂yn膮膰 pod pr膮d,聽bi膰 si臋 z g贸wnem)聽bo 偶ycie mamy jedno!