Opowiadanie o beznadziejności

To był  mokry poranek, bardzo wczesny. Mgła wisiała w powietrzu, a spadłe, mokre liście nie zapraszały nikogo do spaceru. Było mokro i niemiło. Wstawali tylko ci, którzy wybierali się do pracy w małym, sennym miasteczku. Nie wiele miejsc do pracy, a jeśli to ludzie w tym mieście pracowali najczęściej w urzędach, wpadając rano do swoich pokoi biurowych i od razu  zaparzali poranną kawę, aby się dobudzić.

Małe miasteczka ubogie, ciche, prawie niewidoczne, w których ludzie pracę dostają najczęściej po znajomości. Jeśli  ją dostaną, to trzymają się rękoma i nogami, bo co cztery lata, od wyborów do wyborów następuje rotacja, bo nowa miotła, nowe zasady. Ona czuła, że poleci, bo przyszedł nowy Burmistrz, a Ona nie była z tej opcji. Któż by tam patrzył na jej zawodowe osiągnięcia i doceniał, że dla każdego petenta była miła i profesjonalna. Któż tam doceniał, że nigdy się nie spóźniła do pracy, mimo ogromnych kłopotów osobistych. Nikogo to nie obchodziło, a w kuluarach wymieniano jej nazwisko. Wszystko się zbiegło, jakby ktoś zaczarował jej życie. Mąż zrobił sobie dziecko z inną kobietą, o czym szemrano, a Ona tego nie wiedziała. Ktoś wiedział z kim się spotykał, kiedy Ona swoje dzieci kładła do snu, aby rano były gotowe do szkoły. Gdzieś tam szemrano, gdzieś tam gadano, a Ona zapędzona od obowiązków do obowiązków padała wieczorem na twarz – aby tylko móc usnąć, bo rano trzeba przygotować dzieci, się umalować, uczesać do pracy. W jej głowie kłębiło się setki pytań między makijażem jednego oka, a drugiego – rozwód! Nie zniesie myśli, że tam, na tamtej ulicy, inna kobieta chowa jego dziecko. Nie pracująca, a więc zażąda wysokie alimenty. Nie ma żadnego zawodu, a więc kasy będzie chciała mieć tyle, aby zapewnić swojemu dziecku wszystko, co najlepsze. Ludzie mówili, że ona kocha kosmetyki i złoto, a więc  puści ich z torbami. A Ona jeszcze biegała do tej swojej pracy, ogarniała dzieci, zdobywając w kolejach dla nich, co rzucili. Wypruwała sobie żyły, bojąc się spytać swojego męża, co z nami dalej? Jak będziemy żyli w tym kotle pełnym niedopowiedzeń. Nie, to nie moje dziecko – usłyszała, ale ludzie w mieście widzieli, że jego trzecia córka, to skóra zdjęta z diabła. Ona tego nie widziała, bo już nic nie widziała i nie chciała porównywać, badać, śledzić – miała dość.

W ten mokry poranek jesienny, wysłała dziewczynki do szkoły ze śniadaniem. Spojrzała w okno, rozsypała na blacie kuchennym wszystkie prochy, jakie miała w apteczce. Były różnego koloru, a przeważały czerwone, na uspokojenie. Powoli, z rozmysłem garściami je połykała – chciała umrzeć. Nie miała już sił. Wszystko, co w życiu zrobiła było nic nie warte, a dzieci, ktoś jej wychowa przecież. Może jego kochanka? Wyszła z domu, w kierunku jeziora i umyśliła sobie, że usiądzie na kładce i kiedy straci przytomność, wpadnie do wody i się jeszcze na dokładkę  utopi. Będą jej szukać długo! Tak też zrobiła i siedząc w mglisty poranek na jednej z kładek, zaczęła tracić przytomność. Tak dobrze jej się zrobiło, tak błogo. Czuła, że odpływa i nagle, zdała sobie sprawę, że musi żyć, dla dzieci. Nie miała sumienia zostawić ich na pastwę losu. Chwiejącym się krokiem, próbowała zleźć z tej cholernej kładki, ale nie widziała już nic. Wpadła do bagnistej wody i umazana w błocie, wydostała się trzymając się trzciny ,na brzeg. Nie wiadomo jak, znalazła się na twardym podłożu i tam padła nieświadoma. Nie słyszała karetki nie wiedziała kto ją wezwał. Obudziła się w szpitalu, pół przytomna i miała wrażenie, że oplątują ją węże. Wstrętne robaki i inne nieznane gady dusiły ją, oplatały. Pamięta tylko, że jej mąż siedział przy jej łóżku, trzymając ją mocna za rękę i płakał.

Obudzili ją w tym szpitalu, ale jej ruchy i zachowanie wskazywały, aby ją przewieźć do szpitala psychiatrycznego w pobliżu. Jechała tą karetką na noszach, przywiązana, niby żywa, a jednak przysypiająca. Czasami czuła każdy podskok na drodze, ale nie nie robiło na niej wrażenia, bo wciąż była jakby w narkozie. Prochy działały nadal, choć próbowano usunąć z niej wszystkie złe toksyny. Dalej była jakby nieobecna, a droga pokonywana działała na nią jak eliksir spokoju. Znowu obudziła się w białym pokoju, pod białą sztywną pościelą, Sama w pokoju, choć łóżek było cztery. Spojrzała po ścianach i widziała czarną, ogromną, zapasioną muchę. Obserwowała ją i sama nie  wiedziała, czy ona łazi, czy to są omamy. Zaproszono ją na śniadanie i nie było mowy, aby samodzielnie wypiła herbatę. Ręce  drżały, zatrute ciało reagowało na NIE. Nie dało się wypić i zjeść, gdyż ręce drżały jako osika. Myśli kłębiły się, że nic już po mnie, aż jedna z pielęgniarek zaciągnęła ją do gabinetu i wpierniczyła jej dużą dawkę glukozy w żyłę – ręce przestały drżeć i mogła wrócić do ludzi i do rodziny!

Jedna myśl na temat “Opowiadanie o beznadziejności

  1. wciaz przejaiwa sie ten sam scenariusz w tych opowiadaniach, zdrada, psychiatryk i to ze zawsze zdradza facet itp itd. i gubie sie czy to o tych samych kobietach stale opowiadanie czy nowe sytuacje. nie ma jakiegos rozroznienia, wciaz te same pomysly i samobojstwa kobiet … zaczyna mnie nudzic troche.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s