Archiwa miesięczne: Grudzień 2013

Życzenia na 2014 R.

Przepis na placek z życzeniami
/drogi, ale każdego stać na niego …/

Główne składniki to:
– Zdrowie 
Jak cenne, każdy z nas wie
Bez niego niewiele można
Choć czasem… góry przenieść gdy tylko wiara jest
Więc wiary dodajmy moc
Do tego nadzieję koniecznie dorzucić trzeba 
By wiara samotną nie była i…
– Miłość
Wszystko wymieszać z ogromem miłości
To najważniejszy składnik

Poza tym dodać:
dwie łyżki pomyślności, 
kapkę radości,
szczyptę życzliwości

Wszystko powoli wymieszać z odrobiną uśmiechu 🙂

Uwaga – ważne!!!
Odsączyć troski, przygnębienie i smutek

do smaku doprawić wdziękiem, 
urodą czy sławą – to już według uznania

I piec, 
piec cały rok 
w wysokiej temperaturze pozytywnych uczuć
w rodzinnej atmosferze

Smacznego

A.M. Michalik

 

A u mnie nie jest za ciekawie. Moja wnusia wylądowała w szpitalu, bo nie wiedzieć skąd ma bardzo wysoką temperaturę, Jej Mama więc spędzi Nowy Rok przy córce. Dla mnie dodatkowe zajęcie, gdyż będę dostarczała Córce ciepłe posiłki. Najważniejsze jest, aby zlokalizowali powód choroby, choć podejrzenie jest na bezobjawowe zapalenie płuc. Mam nadzieję, że malutka będzie szybko dochodziła do zdrowia.

Zmarł Andrzej Turski, dziennikarz i jest to niepowetowana strata. Mam nadzieję, że bracia Karnowscy czują się podle, po tym jak napisali, że Dziennikarz wystąpił w programie pod wpływem alkoholu, kiedy On się bardzo źle poczuł. Hieny roku i wstyd.

W Sydney poleciały tysiące dolarów w niebo i fajerwerkom nie było końca, a ja sobie pomyślałam, że na świecie jest tyle biedy i głodnych dzieci, ale może przesadzam i marudzę, zamiast się cieszyć na Nowy Rok, a tak ogólne, to ciekawe jaki będzie ten rok, w każdej dziedzinie. Jak będzie ze zdrowiem w mojej rodzinie, a życzę sobie, abyśmy wszyscy na następne święta, zasiedli w niezmienionym gronie. 

W Krakowie wielki Sylwester z gwiazdami polskiej sceny i fajnie, bo nie wszyscy wybierają się na bale sylwestrowe, więc niech się dzieje, a moim czytelnikom składam najlepsze życzenia i do Siego  Roku, choć sama troszkę choruję, jakby grypa zapukała, ale daję radę 🙂

Reklamy

Śpię teraz spokojnie, a kiedyś nie mogłam

Pamiętam, że kiedy pracowałam w stresie, ostatnie lata to był koszmar. Kładłam się spać około godziny 23, abym mogła ponownie rano być gotowa na przyjęcie nowych wyzwań w pracy. Byłam zastępcą Naczelnika Wydziału Organizacyjnego, w którym podejmowano wszystkie, najważniejsze decyzje dotyczące najważniejszych wydarzeń w naszym Urzędzie Miasta i Gminy. Trzeba było pamiętać o ustawach i uchwałach, rocznicach i urodzinach. Wszystko należało zaksięgować, zapisać i wpiąć w odpowiednie segregatory. Pracy było moc, bo trzeba było dokonać zakupów na poszczególne wydziały od śmietnika, po dziurkacze i taśmy do maszyn. Zaznaczam, że wszystkie te drobiazgi trzeba było zaksięgować, aby wszystko grało. Kiedy Burmistrz przyjmował gości, trzeba było zaparzyć świeżą kawę i rozłożyć świeże ciasteczka, a najgorsze było to, że mój wydział znajdował się na czwartym piętrze, a magazyny i sklepy na najniższym i tak cały dzień musiałam biegać z góry i na dół, a pot po tyłku płynął. Były też niesamowite sprawy z ludźmi, zatrudnionymi w podziemiach, tak zwanej pomocy, która swobodnie na alkohol sprzedawała wszystko, co się sprzedać dało, ale moja Naczelniczka nie chciała tego widzieć, a więc wszelkie niedobory musiała tasować przez palce, a mnie trafiał szlag, że przymyka się na to oko.
Nie mogłam spać traciłam bardzo wiele swoich nerwów, bo wiedziałam, że zakochana w zwykłym pracowniku z nizin, kradnącym cement, farby i inne budowlane sprawy, nie potrafiła nic z tym zrobić, choć podlegało to pod prokuratora i dlatego nie mogłam spać normalnie, gdyż nic z tym draństwem nie byłam w stanie zrobić, a teraz po latach, śpię jak młode, małe niewinne dziecko, a złodzieje już nie żyją, bo się zapili na śmierć. I kto miał rację? Szkoda tylko, że sprawiedliwość musiała czekać tyle lat.

Bez Ciebie, jest mnie tylko pół

Odkryłam dziś piosenkę Marii Peszek pt. „Padam”, a fragment tej piosenki brzmi:

Bez Ciebie znaczę mniej
Niż pocztowy znaczek
Bez Ciebie jest mnie pół
Bez Ciebie jestem jak
Z powyłamywanymi nogami stół.

No i od razu pomyślałam o sobie, bo te słowa pasują do mojego małżeństwa jak ulał.

Patrząc już z niewielkiej perspektywy na przygotowywanie się do świąt, to nigdy by nie były takie, gdyby nie Ty. Tak, tak mój mężu. Ja bez Ciebie nie znaczyła bym nic i nie chodzi tu tylko o względy finansowe, dzięki, którym udało się nam tak wszystko fajnie. Było na stole i pod choinką i to dzięki Twojej pracy, bo pracujesz naprawdę ciężko i czasami zastanawiam się skąd czerpiesz swoje siły, a na domiar jeszcze nie potrafisz odpoczywać. Ile razy proszę, abyś odpoczął i zatrzymał się na dłużej w jednym miejscu, ale nie potrafisz, bo musisz czuć we krwi adrenalinę, która sprawia, że się spełniasz zawodowo i postaram się w następnym roku wciąż Ci nie przeszkadzać, bo moje gadanie o odpoczynku jest jak grochem o ścianę.

Pamiętasz tę zimę w 1976 roku? To była zima siarczysta, że pod butami skrzypiało ino, a jak ja biegłam od fryzjera, to płatki śniegu iskrzyły się w słońcu i było tak strasznie pięknie i mroźnie. Spieszyłam się na swój ślub w taką uroczą zimę i leciałam do Ciebie jak szczęśliwy ptak, że zaraz nastąpi ta chwila i goście będą bawili się na naszym skromnym weselu. Pamiętasz, że to już minęło 38 lat i nadal, bez Ciebie jest mnie pół?

Potem pojawiły się nasze dzieci, a w związku z tym obowiązki. Pojechałeś sobie do wojska, bo musiałeś odrobić służbę dla Ojczyzny, a ja wówczas  musiałam podjąć trud pracy i wychowania dziecka, ale i tak bez Ciebie było mnie pół.

Mijały lata, różnie było, a czasami wręcz tragicznie, bo jakieś małpy chciały mi Ciebie odebrać. Uzurpowały sobie prawo do Ciebie, ale mimo, że to się działo, wybrałeś mnie, bo beze mnie było Cię pół.

I tak z roku na rok, wciąż na nowo zbliżamy się do siebie. Poszukujemy się wciąż, docieramy i wciąż bez siebie jest nas tylko po pół, ale kiedy jesteśmy razem, stanowimy dwie połówki jabłka i nie lubimy, aby ktoś je podgryzał – oboje i ja to wiem. Wiem, co czujesz, bo beze mnie jest Cię tylko pół!

Polacy, lubmy się bardziej

Nim się sny poetów ziszczą,
nim się wina dzban utoczy,
zanim szczęściem nam zabłyszczą
umęczone nasze oczy,
nim nas głupcy brać przestaną
na wypranych słów taniochę,
ludzie, gdy wstaniemy rano,
lubmy się trochę!

Nim na czoła włożym wieńce,
zanim przejrzą ślepe kuchnie,
nim weźmiemy się za ręce,
nim dokoła radość buchnie,
nim mentora nadętego
zajmą kalambury płoche,
ludzie, w środku dnia szarego
lubmy się trochę!

Nim w dziecinną się grzechotkę
zmieni kpiarski kaduceusz,
nim się zrobi miny słodkie
na kolejny jubileusz,
nim szarlotkę się upiecze
i zaprosi pannę Zochę,
ludzie, w swojski nasz odwieczerz
lubmy się trochę!

Pocieszajmy tym lubieniem
skołowane nasze główki,
nie próbujmy go zamieniać
na zaszczyty czy złotówki,
ty nas, drogo życia, prowadź,
a my, twym pokryci prochem,
aby idąc, nie zwariować –
lubmy się trochę!

Tak pisał Wojciech Młynarski, abyśmy się tak zwyczajnie lubili trochę, no tak na co dzień w sklepie, u lekarza, na spacerze, albo na wczasach. A ja sobie tak z obserwacji wiem, że my Polacy się po prostu nie lubimy. Owszem, czasami się zdarzy, że ktoś do kogoś się uśmiechnie na ulicy, albo przepuści w drzwiach, ale to są jednak jakoś ostatnio rzadkie przypadki.

Niedawno znajoma spytała mnie, jak ludziska w mieście witają Nowy Rok, no tak po sąsiedzku najbardziej ją interesowało. Czy ludzie wychodzą przed blok i wiwatują na przyjęcie nowego. Czy składają sobie życzenia itd.

Odpisałam, że się nie praktykuje takiego rodzaju sąsiedzkiego zachowania, bo to byłoby za piękne , kiedy w poszczególnych klatach ludzie się często po prostu nie znają i gdyby nie nazwiska na domofonach, to byłaby pełna anonimowość i jakże często nie wiemy, kto chrapie nam za cienką ścianą. Tacy jesteśmy pozamykani i jakże często sąsiedzi są skłóceni ze sobą, że na dzień dobry odpowiadają pod nosem i szybko zamykają drzwi.

Dawniej pożyczenie soli, czy cukru nie stanowiło problemu, bo zawsze było można zapukać po sąsiedzku i zostać poratowanym, a teraz, ej, lepiej nie gadać.

Tacy jesteśmy na co dzień, ale jest jedna pocieszająca reakcja, że kiedy wybija godzina 24, w każdym mieście jest taki miejski plac, na którym zbierają się ludzie, zaopatrzeni najczęściej w bąbelki i pod wpływem tych bąbelków, można dostać zupełnie przypadkowego całusa od nieznanej osoby i to mi się podoba, że chociaż w takich momentach umiemy podzielić się z innymi swoją radością.

Także miłe jest, że kiedy trzeba komuś pomóc w niedoli, także potrafimy się skrzyknąć na forach i portalach społecznościowych i działamy cuda na rzecz wołającego o pomoc, jak w przypadku skradzionego ostatnio wózka niepełnosprawnej Tosi. To buduje mnie wewnętrznie, że są w nas jeszcze takie fajne uczucia i potrzeba niesienia pomocy.

Jesteśmy uczuleni na naszą historię i niech nikt nie próbuje jej podważać, ponieważ wzbudza się w nas narodowa tożsamość i to także buduje. Jednak tak w codziennym życiu postrzegani jesteśmy za ponuraków i smutaczy, a najbardziej za narzekaczy na wszystkich i wszystko. Szkoda, że mamy taką narodową cechę i tak wszystko bierzemy na poważnie i jakbyśmy coraz mniej się lubili. Jakże życie byłoby lepsze, gdybyśmy potrafili się ze sobą porozumiewać bez sarkazmu i podtekstów. Jakże często musimy komuś dowalić, aby swoją frustrację przelać na kogoś innego. Ja tak nie chcę i dlatego w nadchodzącym roku postaram się brać życie bardziej na wesoło, a kiedy będzie mi źle, to będzie źle, tylko mnie.

Prezenty dla dzieci i sentymenty :)

Podsumowanie świąt raz jeszcze. Kiedy po części Wigilii, nadszedł stosowny moment na zjawienie się Mikołaja, byłam przerażona ile prezentów zjawiło się pod choinką – dla wszystkich, ale rzecz jasna, dla dzieci najwięcej. Moje wnuczęta mają dwie pary Babć i Dziadków, a także ciocie i wujków i każdy pod choinkę coś przygotował. Z nami było tak, że daliśmy rodzicom pieniążki i to Oni za określoną kwotę, dokonali zakupu zabawki, gry, czy też innego prezentu. Przecież to rodzice znają swoje dzieci najlepiej. Mimo wszystko przeraziła mnie ilość tego wszystkiego, bo ja najbardziej pamiętam ze swojego dzieciństwa jeden bardzo dla mnie zapamiętany prezent. Otóż miałam chyba 8 lat i mieszkaliśmy w Ustce, gdzie rozpoczęłam naukę w pierwszej klasie. Nie wiem dlaczego ten prezent tak utkwił mi w pamięci. Dostałam pod  choinkę dwie bajki, a tytuł jednej z nich to był, aby nie przekręcić „Mister Twister, fabrykant guzików”, z której dowiedziałam się jak ten Mister dorobił się majątku, ale gdzie? W Ameryce oczywiście. Pamiętam, że siedziałam na podłodze przy ciepłym piecu, z wypiekami na twarzy i sama czytałam tę opowieść z zapartym tchem. Chłonęłam każde słowo, a z czytaniem dawałam sobie już nieźle radę. Lektura była na tyle ciekawa, że czytałam i oczywiście podziwiałam każdą ilustrację. Dlaczego o tym wspominam, bo dzisiejsze dzieci mają za dużo  na raz i prezenty z nieba im kapią, a czy potrafią tak do końca się z tego cieszyć? Czy zapamiętają na przyszłość, tę jedyną zabawkę, grę na wiele lat? Czy będą potrafiły wspomnieć kiedyś coś, co sprawiło im niewymierną radość – oto jest pytanie? Jestem zwolenniczką poznania swojego dziecka, na tyle, aby uraczyć je wymarzonym prezentem, niekoniecznie drogim, ale takim, przy którym dziecko spędzi dłużej niż godzinę. Ma być to coś, co się chowa w swoim kąciku i dba jak o największy skarb, ale czy w zalewie pięknych i wymyślnych zabawek jest to jeszcze możliwe?

Moje bajki z czasów dzieciństwa są w pudle schowane w mojej piwnicy i liczą sobie już 50 lat. Mogłabym je podarować swoim wnukom, ale czy mnie by nie wyśmiały czasami, kiedy bym im  podarowała posklejane bajeczki, takie już niemodne. Może kiedyś, kiedy dorosną i zaczną doceniać moje sentymenty, podzielę się z nimi moimi wspomnieniami – może kiedyś?

Święta, święta i po świętach

Hej, witam po świętach.

Wczoraj obudziłam się z syndromem potężnej chandry, nie wiedzieć czemu skąd się pojawiła. Ogarnął mnie taki wielki smutek, czego sama sobie nie potrafiłam wytłumaczyć. Przecież święta były wyjątkowo udane. Wszyscy szczęśliwi i zadowoleni. Nikt z nikim się nie skłócił, a wręcz przeciwnie, bo było dużo śmiechu i żartów. Dzieci dostały od Mikołaja wyjątkowo, trafione prezenty, a po świętach uwinęłam się zwinnie ze sprzątaniem, układaniem wszystkiego na swoje miejsce, w czym pomogły mi moje dzieci. No i nadal nie umiem sobie wytłumaczyć skąd ten dołek, ale pozwoliłam sobie na niego do samego wieczora. Skoro się rozpanoszył, to niech sobie pobędzie i już. Oddaliłam się do swojego świata, wyciszyłam, zajęłam się tym, co lubię i co mnie uspokaja. Włączyłam film, jeden, drugi i podczas oglądania, oko mi się przymknęło ze dwa razy i wpadłam w błogi błogostan, co widocznie było mi potrzebne. Przyszła córka z wnusiem i tak powoli zaczęłam wracać do świata.

A dziś, nie ma zmiłuj się. Mąż także powrócił do zawodowych obowiązków i tym sposobem życie wraca na stare tory i fajnie już jest. Oboje nie potrzebujemy za dużo wolnych dni od zajęć, bo ja wpadam w dołki, a On się zaczyna miotać bez swojej pracy. Oboje się starzejemy i czasu nie da się zatrzymać, ale póki co, musimy się uzupełniać i wspierać, aby unikać zgrzytów i totalnej nudy. Nie umiemy oboje żyć ze sobą przez 24 h, bo to się nigdy nam nie udawało. Mąż jest człowiekiem energicznym, nie potrafiącym zatrzymać się na dłużej w jednym miejscu. Nie jest myślicielem nad życiem i jego sensem, tylko lubi działać i dlatego nie dopadają go żadne chandry i dołki. To jest moja domena, ponieważ to ja coraz częściej zastanawiam się nad upływającym czasem. Zastanawiam się, co to będzie, kiedy oboje opadniemy z sił i będziemy potrzebowali pomocy innych. Jestem już w takim wieku, że święta nastrajają mnie melancholicznie i sentymentalnie. Roztkliwiam się nad sobą i drążę ciężkie tematy i nic na to nie poradzę, bo taka teraz jestem.

Dziś są Urodziny mojej wnusi. Idziemy więc świętować dalej z tortem i w gronie rodziny, a potem wszyscy będziemy czekali na przyjęcie Nowego Roku i będę je spędzała samotnie, gdyż mąż będzie miał o 24 rozstrzygnięcie przetargu i niestety, ale Sylwestra  spędzimy parę godzin osobno, ale ja jestem już do tego przyzwyczajona. Postanowiłam, w związku z Nowym Rokiem, nic nie postanawiać, bo niech życie pisze swój scenariusz, a ja nie będę się zadręczała, przymuszała, zakładała sobie jakieś założenia z góry skazane raczej na niepowodzenie. Ja starsza Pani mogę sobie już pozwolić na luzackie podejście do wielu spraw.

Ciekawa jestem jednak, co nam Nowy Rok przyniesie w polityce, kulturze i sztuce, obyczajach, w świecie celebrytów itp. Co będzie warte zapamiętania, a co stanie się żenadą roku. To jest zawsze wielka niewiadoma.

Jaki był ten Rok – podsumowanie

To był bardzo dziwny rok i skoro święta dobiegają końca, na zasadzie – święta, święta i już po świętach, to do głowy przychodzą refleksje i chciał nie chciał robię podsumowanie, takie na swoje tylko potrzeby. Tyle się zdarzyło, bo i cudne chwile były, ale były i smutne, jak to w życiu.

W tym roku otrzymałam nowy, wypasiony laptop, a także nowy telefon, zwany smartfonem, co mnie trochę przeraziło, bo miałam obawy, czy dam sobie radę z opanowaniem tego sprzętu. Dałam radę, zupełnie samodzielnie, ale czasu mi trochę to zabrało. Krok po kroku i mój kontakt ze światem opanowałam. Czyli nie jest ze mną tak źle i wciąż czegoś nowego się uczę.

Laptop i smartfon to było nic, w obliczu założenia działalności gospodarczej i musiałam uczęszczać na szkolenia, aby poznać wiele nowych pojęć i zasad prowadzenia działalności zgodnie w wymogami Unii Europejskiej. Na tych szkoleniach poznałam fajnych ludzi, którzy jak ja, ubiegali się o dofinansowanie. To było bardzo fajne doświadczenie, które zaprocentowało. Ja wyrwana z zacisza domowego musiałam na nowo otworzyć się na ludzi. Robienie notatek, a więc nauka, nauka pojęć przydatnych i ciekawych.

Moja córka zaszła w ciążę, co spowodowało w całej rodzinie euforię, bo to ostatni dzwonek na urodzenie drugiego dziecka. Tak bardzo się wszyscy cieszyliśmy na tę wiadomość, kibicując, aby dzieciątko urodziło się zdrowe. Jeden telefon, zwalił nas z nóg, że coś jest nie tak, ale lekarze dają nadzieję, że będzie wszystko dobrze i zapanują nad sytuacją. Córka do samego porodu nosiła swojego syna pod sercem, a my czekaliśmy na moment rozwiązania. Niestety!

Na tę wiadomość  zakryłam twarz w akcie rozpaczy i niemocy i do dziś pamiętam jak ból rozsadzał mi klatkę piersiową. Nie zapomnę nigdy tego bezsilnego uczucia. Pogrzeb i dużo białych zniczy i kwiatów. To był ten moment, kiedy stanęłam się bezsilna w obliczu tragedii mojego dziecka.

Pewnego razu, moja Mama poczuła się bardzo źle, a więc w tym roku, trafiła do szpitala i to też zaważyło na tym moim stwierdzeniu, że ten rok był taki bardzo dziwny.

Życie musi toczyć się dalej i dlatego pielęgnujemy nasze rodzinne święta, aby się wspierać i być zawsze blisko w radości i smutku, bo tak razem, jest lżej – zwyczajnie tak!

Cudowne święta

Godzina  16.45 wsiadamy zapakowani i jedziemy na  rodzinną Wigilię. Policzyłam, że będzie nas 15 osób, małych i dużych. Wchodzimy z kolędą „Dzisiaj w Betlejem”, a wnuczęta zdziwione, bo nasze pojawienie było tajemnicą oczywiście. Na początek dzielimy się i życzymy sobie najlepszego i spełnienia marzeń. Podchodzę do najstarszej wnusi i na ucho życzę jej, ale to jest nasza tajemnica. Patrzą na mnie okrągłe, szczęśliwe oczęta, kochanie. Zrozumiałyśmy się, bo my mamy swoje tajemnice. Zasiadamy do stołu i gospodyni domu w takiej ogólnej mowie zaprasza do wspólnej Wigilii z życzeniem, abyśmy na drugi rok spotkali się w tym samym gronie i oczywiście wspominamy jej Mamę, która w tym roku odeszła. Mamy wszyscy w oczach łzy, bo życie jest takie nieprzewidywalne  przecież. Próbujemy wszystkiego po trochu, wszak przed Wigilią pościliśmy i napawamy się wigilijnymi smakami. A to rybka, a to racuchy z sosem grzybowym, a to to, a to tamto, w ciszy i spokoju, uśmiechamy się do siebie, ale czujemy presję i spojrzenia dzieci, wszak czekają na Mikołaja. Dziadek Leszek robi akcję i ogłasza, że widzi Mikołaja przez okno wołając wszystkie dzieci. Wlepione nosami w szybę okna pilnie wyczekują i wypatrują. Dałam sygnał, że może Mikołaj wejdzie przez komin, a więc zaczęły pytać, a gdzie jest ten komin? Nagle ktoś wali laską w drzwi i pojawia się wyczekiwany i upragniony Mikołaj, a więc biegną wszystkie do drzwi. Jedne odważne, a inne przestraszone, zależnie od wieku. Oczy jak pięć złotych, a my dorośli robimy dobrą minę, bo nic nie wiemy na ten temat, co Mikołaj przyniesie i skąd przybywa. Mikołaj zaproszony przez starsze dzieci zasiada w wielkim fotelu, tuż obok prześlicznej choinki i zaczyna się festiwal wierszyków, kolęd, piosenek z przedszkola, a dorośli muszą wykonać przysiady, skłony i niestety też muszą śpiewać.

Wspaniała chwila, kiedy dzieci rozdzierają papiery i kokardki i znajdują tam swoje wymarzone prezenty w postaci przeróżnych, kolorowych spełnionych marzeń.

No więc się pochwalę, co Mikołaj mnie przyniósł, domyślając się, co mnie uszczęśliwi, a więc przede wszystkim ciepłe skarpety, bo Babci marzną bardzo nogi, a potem książkę Maryli Rodowicz, a następnie krajalnicę, ekstra do warzyw i oczywiście kalendarz ze zdjęciami moich wnucząt. Cudne prezenty, trafione, jestem szczęśliwa.

A dzisiaj, to znaczy w pierwszy dzień świąt, moje dzieci, wnuczęta i zięciowie, zawitali do nas na godzinę 14. Wszystko przygotowałam najlepiej jak potrafię. Zrobiłam stroik, zapaliłam świece w różnych miejscach, aby ponownie poczuć ten dzień. Wszyscy zjawili się punktualnie, bo Oni wiedzę, że ja kocham punktualność. Obiad ciepły im przygotowałam, zupę dla wnucząt i zaczęła się rodzinna biesiada. My w jednym pokoju, a wnuczęta w drugim, znów rozpakowywały prezenty, ale Babcia ma w kartonie tajemnym schowane farby i bloki i przy specjalnie przygotowanym dla nich stoliku rozłożyłam ich skarby i przez dwie godziny rodzice nie wiedzieli, że mają dzieci. Zaczęła się twórcza praca, malunki choinek,  Mikołajów, a w tym czasie, My dorośli mogliśmy sobie swobodnie porozmawiać, bo przecież takie święta są  tylko raz w roku.

Przed chwilą moje dzieci, zięciowie i wnuczęta opuścili nasz dom, a ja z mężem możemy się oddać już odpoczynkowi, bo jutro znowu idziemy w gości, a ja już jestem szczęśliwa, że kolejne święta mogłam spędzić tak wspaniale i tylko moje Mamie, 83 letniej Pani pociekły łzy, bo tak bardzo by chciała spotkać się z nami za rok.

Relaksowo już, czyli wizyta u fryzjera:)

Patrzę przez szybę ile kobietek jest u mojej fryzjerki – Pani Krysi. Nie widać za bardzo, bo jest w oknie taka siatka,  która zasłania, co dzieje się w środku. Wchodzę i widzę, że jest parę pań, to znaczy dwie młode kobiety i starsza Pani w farbą na włosach. Pytam, czy mogę poczekać. – Owszem, proszę czekać, usłyszałam. Siadam sobie wygodnie i obserwuję klientki jednym okiem. Milczące jakieś, wpatrzone w jeden punkt i tylko Pani Krysia uwija się jak mróweczka. Patrzę przez okno na ulicę miasta, bo ta siatka pozwala widzieć, ale od wewnątrz lokalu, salonu, bo tak piękniej brzmi. Słoneczko sobie wyszło z za chmur i widać, że Pani Krysia nie miała czasu umyć okien, bo się uwija jak mróweczka przecież. Każda z nas chce być piękna przy okazji świąt, a więc życzenia są różne. Patrzę na przechodzących przechodniów – spieszą się wszyscy, pędzą i robią ostatnie zakupy. Jakaś Pani targa dwie siatki, a inny Pan taszczy choinkę, bo przecież to ostatni dzwonek. Jutro zaraz po południu handel się skończy i nastanie upragniona cisza i tylko w swoich domach, ludzie będą się jeszcze krzątać, by zastawić swój wigilijny stół. No i dalej sobie patrzę i dochodzę do wniosku, że nie znam już tych wszystkich ludzi, bo na ulicy pojawiły się nowe twarze. Kiedy pracowałam, znałam bardzo wiele twarzy, a teraz zgaduj – zgadula, na zasadzie w myślach, znam, nie znam, nie poznaję, poznaję. Taką zabawę sobie wymyśliłam, aby skrócić sobie czekanie. Pomogło, bo nie wiedzieć kiedy, Pani Krysia uczesała, obcięła, nalokowała, natapirowała i przyszła kolej na mnie. Stwierdzam w międzyczasie, że Panie oczekujące nie były zbyt rozmowne, ale jedna się spytała Pani Krysi, kiedy ona robi sobie przerwę na posiłek, bo schudła ostatnio. Pani Krysia uwija się jak mrówka i nie ma czasu na posiłek, ale zdradza, że je dopiero po pracy, to znaczy dopiero wieczorem i idzie spać tak po prostu ma od dawna. Nie przejmuje się, że to kiedyś jej się to odbije, bo młoda jeszcze z niej kobietka i tylko praca, praca, praca, a reszta na zasadzie – jakoś to będzie. Zasiadam i Pani Krysia bierze mnie w obroty, a więc grzecznie pytam, jak tam u niej ze świętami, skoro jutro też pracuje. A, nic nie robię, bo jesteśmy z mężem tylko we dwoje, a więc dwie potrawy i starczy. Nie męczę jej już innymi pytaniami, choć dobrze się znamy, bo zdaję sobie sprawę, że jest zmęczona. Suszarka wisi nad moją głową, zamykam oczy, bo tak mi błogo jest zawsze u fryzjera. Odpoczęłam i się zrelaksowałam, a Pani Krysia woła następną Panią, aby zrobić ją piękną.

Takie tam wspomnienia, obserwacje, sentymenty, przed snem

Długo czekałam na moje wnuki, bo pojawiły się, kiedy moje córki były prawie po 30 –tce. Ja byłam dobrze po 50 –tce już, ale byłam pewna, że w końcu się pojawią i będą z nami.  Mam obecnie trójkę wnucząt, a dziewczynki przeważają, bo  jest ich dwie. Mała Luiza urodziła się 1 lutego, a zaraz za nią, bo 17 lutego  na świat przybył Wojtuś. Najstarsza, bo już 5 latka,będzie miała urodziny 31 grudnia, moja pierworodna Anielka. Kurcze, mam trzy sztuki  bardzo fajnych dzieciaków, wokół, których kręci się nasz świat. Nie ważne, co się wydarzy, czy zachoruje któreś,bo natychmiast jesteśmy wszyscy gotowi do pomocy rodzicom, ciężko zapracowanym. Musimy czasami zewrzeć szyki, aby pobyć z chorowitkiem, aby rodzice nie musieli brać zwolnień. Cała rodzina się w tym sprawdza i kiedy trzeba odpalić samochód, jedziemy alarmowo, a za kierowców mamy dwóch Dziadków, zwartych i gotowych, aby Babcie zawieźć w celu niesienia opieki i pomocy.

Nie często się zdarza, ale się zdarza i my, oraz drudzy Dziadkowie potrafimy się spiąć i lecieć z pomocą, bądź na miejscu przypilnować naszego skarba.

Pokuszę się o charakterystykę naszych wnuków, choć wiadomym jest, że nie przebywamy z nimi na co dzień, ale z obserwacji wygląda to tak:

– Anielka, lat 5, jest to bardzo ambitna dziewczynka.  Bardzo rezolutna i okropnie grzeczna. Słucha uważnie, co się do niej mówi i zapamiętuje w lot.  Pięknie maluje i jest muzykalnym  dzieckiem. Kocham ją okropnie i kiedy jesteśmy tylko we dwie, dogadujemy się jak stare znajome. Ona wie, że Babcia ma zasady i wie, jak się podlizać, abym poszła jej na rękę, bo czy Babcia jakaś nie pójdzie na rękę swojej pierworodnej? Kiedy się widzimy po dłuższym nie widzeniu, wpadamy sobie w ramiona. Lubimy się okropnie. Niedługo pójdzie do szkoły i martwię się, jak się w niej odnajdzie, bo szkoła teraz jakaś dziwna jest. Jakieś Gender i gdybym mogła, to bym ją zasłoniła własną piersią, aby nie mącono jej w głowie, bo na wszystko przychodzi czas.

– Wojtusia, to nie znam tak dobrze, bo nie dane było mi z nim przebywać tak jak z Anielcą, ale zauważyłam, że straszny z niego pedant. Nie popuści, aby nie podnieść z podłogi  okruszka. Klocki i zabawki muszą być na miejscu, a więc sprząta po każdej zabawie i układa, aby był porządek. Taki kochany blondasek, który nie chce za dużo przeszkadzać swojej siostrze i przebywa w swoje strefie, aby i jej dać swobodę w zabawie i nauce. Nie płacze dużo, bo jest dumnym chłopcem, taki cycuś Mamusi, jak na razie. Dzielny i odważny chłopiec.

– Luizka, jak się urodziła, to mówiono, że jest podobna do mnie, ale czy ja wiem. Totalna mieszanka wszystkich, bo i mnie i Dziadka, czyli mojego męża, a chyba najbardziej podobna jest do swojego Taty, choć karnację ma swojej Mamy, czyli mojej córki. Włosy, gęste, niczym szczotka, ma z pewnością po mojej córce. Strasznie rezolutna i nic nie ujdzie jej uwadze. Dyskutantka, że czasami chowamy głowę ze zdziwienia, że jest tak bardzo spostrzegawcza. Trochę samotnica i najbardziej lubi bawić się sama ze sobą, ale przylepa spódnicy maminej.

 

No więc, jak mam się nie cieszyć, że mam takie ogromnie, udane wnuki, samodzielne, rezolutne, i kochane przez wszystkich. Jak się wszyscy spotkają, zwłaszcza latem, to mamy przekrój różnych charakterków małych ludzików i to jest piękne i tylko ubolewamy, że:

Szymonek i Miłoszek nie mogą się z nimi bawić, bo są u aniołków.