Archiwum dnia: 12 stycznia, 2014

Lars von Trier prześwietlił moje życie – moje kino

Muszę uprzedzić mojego czytelnika, że nie przepadam za kinem Larsa von Triera, ponieważ nie za bardzo odpowiada mi jego sposób przekazu. Jest to z reguły bardzo ciężkie kino, długie, ciągnące się i przygnębiające – zaznaczam dla mnie. Jednak dzisiaj coś mnie tknęło i odpaliłam jego film pt.”Przełamując fale”. Onet podaje, że film trwa 152 min, a w rzeczywistości trwa 2.36. Nie wiem dlaczego, ale postanowiłam ten film obejrzeć do końca, bo coś mnie w nim intrygowało, a może zobaczyłam w nim siebie właśnie. Opowiada o Bess,młodej kobiecie, która była śmiertelnie zakochana w swoim, świeżo poślubionym mężu. Była w stanie zrobić dla niego wszystko, wszystko, wszystko  i z tego powodu w swojej społeczności i  rodzinie uważano ją za wariatkę do tego stopnia, że usiłowali zamknąć ją w szpitalu psychiatrycznym, a następnie wyklęli ją z kościelnego życia. Kiedy jej mąż uległ poważnemu wypadkowi z Bess działo się już tylko coraz gorzej, co doprowadziło ją prawie do obłędu. Cóż można więcej napisać, oprócz tego, że żyją wśród nas kobiety kochające za bardzo i to jakże często jest dla nich zgubą. Nie napiszę jak film się zakończył, ale pragnę podkreślić, że film wart jest obejrzenia, ale tylko w chwili zadumy nad swoim związkiem, albo będąc w małżeńskim kryzysie i przestrzegam, bo ów film może zdołować, ale może nie tylko. Wszystko zależy od nastroju i zdrowym podejściu do zamysłu reżysera.

Nic nie dane jest na zawsze

Umykają krajobrazy
Giną przeszłe dni
Mija to, co nam się śni
La vie, la vie, la vie
Na pędzącej karuzeli
Którą kręci czas
Coraz bielszy odcień bieli
Rośnie w nas

Nic nie dane jest
Na zawsze
Nawet niebo ponad głową 
Ma swój kres
Nic nie dane jest 
Na zawsze
Pokochajmy to 
Co dzisiaj jest

Na ukrytych fotografiach 
Żółkną białe bzy
Kto tam się umawia 
Na wieczność?
To my, to my, to my
Nawlekani jak korale
Na cieniutką nić

Przesuwamy się wytrwale
Byle być

Nic nie dane jest na zawsze…

Te piękne słowa wyśpiewuje mój ulubiony wokalista Marek Torzewski, bo jakże często zapominamy o tym, że nic nie dane jest nam na zawsze i wszystko kiedyś się skończy i minie bezpowrotnie i nie ma na to żadnej rady. Bo mija uroda, bo wszystko ma swój kres, bo wyrastamy z dziecięcości, kończy się młodość i nastaje czas, kiedy nagle orientujemy się, że jesteśmy już w wieku, który nakazuje nam stateczność i życiową mądrość. Kiedy już nie wszystko wypada, nie wszystko możemy pokonać i świat już nie leży u naszych stóp i trzeba przystopować i nie brać się z życiem za bary, bo brakuje już na to sił. Skłaniamy się powoli do odchodzenia z tego pięknego świata i nawiedzają nas coraz częstsze myśli – jak będzie wyglądał świat i życie naszych bliskich, kiedy mnie już nie będzie? Ja bardzo często zadaję sobie ostatnio takie pytanie i nie będę się krygowała, bo boję się coraz częściej i tak bardzo będzie mi żal, że kiedy kosa zawiśnie nade mną i nie zobaczę więcej już nic. Być może nastanie taka chwila, że będę musiała przygotować się na odchodzenie i nie zdążę powiedzieć wszystkiego moim bliskim. Być może jeszcze dane mi jest jeszcze parę lat, że będę jeszcze trochę świadkiem dorastania moich wnucząt, bo to o nie najbardziej mi chodzi. To jest to nowe pokolenie w moim życiu, które bardzo je zmieniło i nadało nowego blasku. Dzisiaj moją wnusia po chorobie pojechała już do swoich rodziców, a jeszcze wczoraj bawiłyśmy się wspólnie, ucząc się języka angielskiego. Tłumaczyłam jej, że Babcia uczyła się w szkole języka rosyjskiego i bardzo żałuje, że nie rozumie nic prawie w języku angielskim, a jest tyle pięknych piosenek w tym języku. No więc uczyłyśmy się z lekcji znalezionej na YT. Zabawa była przednia i dlatego będzie mi żal, że może więcej się nie powtórzyć, bo licho nie śpi. Nie, nie wybieram się jeszcze nigdzie, ale czasami takie myśli mnie nachodzą, a więc znajduję się w tym okresie przemyśleń, podsumowań, refleksji. Ale z drugiej strony, to cieszę się, że takie myśli mnie nachodzą, ale podkreślam, nie dręczą, gdyż pozwala mi to wciąż i wciąż na bycie człowiekiem, trzeźwo oceniającym zachodzące wszędzie zmiany, w każdej dziedzinie, w każdej społecznej przestrzeni, choć te przemiany nie idą zawsze ludzkości na dobre.

Ubolewam straszliwie nad ludzką głupotą i proszę uwierzyć, że nie jestem człowiekiem wszystko najlepiej wiedzącym, ale mam w sobie pokłady empatii dla pozytywnych działań i nie znoszę, kiedy pozytywne działania są profanowane i opluwane. Nie znoszę kiedy ktoś próbuje mi pakować farmazony do głowy i zamula mi mój umysł, a mam na myśli niejaką posłankę PiS, Pawłowicz, która jadem pluje na Owsiaka. Nie pojmuję, że osoba w moim wieku nie potrafi patrzeć na sprawę wielokierunkowo, tylko idzie przez życie z klapkami na oczach, w zaparte i potrafi pluć jadem niczym najgroźniejsza żmija. Nie znoszę ludzi, którzy nie potrafią przyznać się do błędu i idą  w złym kierunku. Ludzie, którzy nie potrafią się zreflektować i powiedzieć, że myliłem/am się. Na zasadzie, że człowiek ma prawo błądzić. Nic z tych rzeczy, mimo wieku dorosłego, mimo doświadczeń, ci ludzie nie potrafią elastycznie funkcjonować w społeczeństwie i dlatego tak często zastanawiam się nad sobą, abym na stare lata nie nabrała w siebie tej piekielnej słodyczy arszeniku. Mnie się uda?