Archiwum dnia: 15 stycznia, 2014

Długotrwały stres jest jak kula przeszywająca mózg

W styczniu ukazała się książka Grażyny Jagielskiej pt. „Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku”.

Jako żona reportera wojennego, razem z nim przeżywała wojenną traumę. Bała się o swojego ukochanego męża tak bardzo, że w pewnym momencie nie wytrzymała i musiała skorzystać z pomocy lekarzy. Tam, w szpitalu musiała zmierzyć się ze swoimi demonami, a także z przeżyciami innych pacjentów. Książki jeszcze nie czytałam, ale zamierzam, bo ponoć napisana jest bardzo przejrzystym językiem i bardzo dostępnym. Dlaczego wspominam o tej książce, a choćby dlatego, że interesują mnie losy tak wrażliwych kobiet, opowiadających z taką szczerością o swoich ogromnych przeżyciach i doznaniach związanych z tym, że jej mężczyzna życia, na którym z pewnością jej tak zależało tak ogromny miał wpływ na jej psychikę. Grażyna Jagielska powiedziała bardzo dla mnie znamienne słowa, że długotrwały stres jest jak kula przeszywająca mózg, który już nigdy się nie zagoi i nie wróci do poprzedniego stanu. W ten sposób, jakże obrazowy chce powiedzieć wszystkim kobietom, że cierpienie z różnych, życiowych powodów sprawia, że stres długo trwający je wewnętrznie wyniszcza, co sprawia, że w związku z tym atakuje również cały organizm, co powoduje zwiększoną zapadalnością na rozmaite choroby. Stres degraduje nie tylko psychikę, ale także inne organy, często uniemożliwiając powrót do normalnego życia.

Sama jestem ofiarą długoletniego stresu i dlatego tak bardzo rozumiem ludzi, którzy w swoim życiu przeszli przez jakieś piekło. Sama wiem jak trudno się wygrzebać z popiołu, otrzepać i wrócić w miarę do normalnego życia. Sama musiałam skorzystać z pomocy lekarzy, którzy bardziej sprawnie, lub mniej, przywracali mnie do życia w społeczeństwie. Ilekroć uciekałam od problemów, tyle razy poddawana byłam hospitalizacji z mniejszym, lub gorszym skutkiem. Doskonale rozumiem ludzi, którzy muszą miesiącami przechodzić przez czas leczenia i dochodzenia do siebie. Jakże często jednak starania lekarzy nie przynoszą skutku i jakże często ci ludzie nie dają się przywrócić do normalności i nie piszę tu o typowych chorobach psychicznych, a piszę raczej o depresjach, psychozach i stanach lękowych. Czasami nie ma żadnego leku, aby był w stanie pomóc człowiekowi i wyzwolić z jego własnej obsesji.

Pamiętam ze szpitala takiego, super przystojnego Darka. Wpadł w depresję po zawodzie miłosnym i długo się wygrzebywał, bo tak strasznie kochał. Na sam koniec leczenia ujawnił, z pełną premedytacją w pokoju dla palaczy, że gdy wróci do domu i tak popełni samobójstwo, bo ma w domu schowaną, wyliczoną porcję leków, co skutecznie ukróci jego cierpienie. Nie wiem jak ta historia się skończyła.

Pamiętam bardzo inteligentną dziewczynę, może 25 letnią, która namiętnie się cięła i nie było na nią rady, choć pilnowano ją szczególnie.

Pamiętam Jolę, dorosłą kobietę, która nie potrafiła sobie poradzić z procesem przemijania, co skutkowało u niej wieczną niechęcią i sennością. Bardzo nad sobą pracowała, ale trwało to pół roku.

Pamiętam Mariolkę, kobietę trzydziestoparoletnią, która kompletnie się rozpadła na kawałki, kiedy odkryła, że zdradza ją mąż.

Pamiętam bardzo Magdę, chorą na toczeń, a choroby tej nie akceptowała jej matka, która ją całkowicie odrzuciła, co spowodowało u dziewczyny stany lękowe i niechęć do życia.

Pamiętam bardzo wiele innych przypadków i każdy inny i odosobniony i dlatego cieszę się, że mnie po części udało się uciec, co nie zmienia faktu, iż wciąż wracam myślami do tych miejsc, w których wyciągano mnie na powierzchnię. Jestem, piszę bloga i staram się normalnie żyć, ale nie zapominam, bo odczuwam bardzo często, że i mnie  stres, który jest jak kula przeszywająca mózg – ugodziła.