Starzejemy się, ale ja dam radę

Poranek obudził mnie dziś wyjątkowo wcześnie, bo o 7.25. Przykładałam się jeszcze, ale się nie dało.

Wstaję, nie ma co się katować. Kuchnia, kawa i telewizor. Budzę się w ten sposób, aby dojrzeć do codziennych obowiązków. Kurcze, jaki to dzisiaj dzień? A, sobota, dzień wolny od zawracania sobie głowy robotami domowymi. Powinnam wziąć prysznic i odpoczywać do woli. Powinnam oddać się totalnemu lenistwu i nic nie robieniu. Spoglądam tu i tam jednym okiem i twierdzę, że jest całkiem znośnie i da się żyć. Otwieram drugie oko i autorytatywnie stwierdzam, że figa z makiem, widzę niedoróbki, to znaczy należy wziąć odkurzacz i wszelkie szmatki, aby doczyścić, odkurzyć i wyczyścić. Okej, biorę się za robotę i nawet sprawnie mi to idzie. Najpierw przebieram pościel na świeżą, a następnie odkurzam mieszkanie i ścieram kurze. Jest dobrze, mam satysfakcję, że w sobotę, tę wolną sobotę, dałam radę i sobota mnie nie pokonała, bo w końcu jutro jest niedziela. Będzie czysto, z ulgą wzdycham. A, i jeszcze obiad, bo wszystko jest w lodówce, wystarczy przetworzyć, a więc siekam, kroję, podsmażam. W domu unosi się zapach duszonej cebulki z czosnkiem potrzebnej do sosu. Uwielbiam ten zapach cebulki duszonej. Rach, ciach i już wszystko się gotuje. Mam czas na prysznic, a obrane ziemniaki czekają na moment, aby  w odpowiedniej chwili je trzeba zacząć gotować. Mąż zadzwoni, kiedy powinnam je nastawić, bo skończy za 20 minut pracę – tak się umówiliśmy – podobno!

Tak więc zadowolona siedzę pod prysznicem, oddając się ulubionej chwili relaksu. Lubię, kiedy wszystko mam przygotowane i zrobione i ten prysznic to jest taka wisienka na torcie, albo ktopka na „i”.

Moje samozadowolenie jednak długo nie trwało! Wpada zdyszany mąż i od progu krzyczy – jest już obiad?

– No przecież miałeś zadzwonić, kiedy mam wstawiać ziemniaki, bo mięso już jest gotowe i surówka też.

– Nie tak się umawialiśmy, bo miałaś ty zadzwonić, że obiad gotowy.

No nie, kto z nas ma już tu zaniki pamięci? – pomyślałam wrogo już nastawiona do zaistniałej sytuacji.

– Poczekaj kochanie, już wstawiam. Za 20 minut obiad będzie gotowy – nieśmiało proponuję wyjście z sytuacji.

– 20 minut? A na mnie tam czekają, bo mamy sprowadzić pojazdy i takie tam – słyszę

– No ja nie mogę, a co cię zbawi te 20 minut – warknęłam już cholernie zła.

– Rozwaliłaś mi cały dzień – wiesz?

– Posłuchaj kochanie, naprawdę nie masz większych kłopotów, jak te 20 minut. Naprawdę zawali ci się świat? Naprawdę, naprawdę, naprawdę! – wytoczyłam działa i nagle nastał spokój, zamilkł jak zaczarowany i za chwilę zjedliśmy w pełnej zgodzie, bardzo smaczny obiad, a po obiedzie spokojnie poszedł do swoich zajęć mój nerwus! Uf, cholera jasna! Polecał, a ja mam już wolne i tylko sobie pomyślałam, jak ważna jest sztuka komunikacji ludzi starzejących się.

2 myśli na temat “Starzejemy się, ale ja dam radę

  1. „Niecierpliwość zły doradca, może zepsuć każdy dzień, a co mija już nie wraca, jak nie wraca ten sam dzień” – śpiewano kiedyś.
    Na szczęście Ty okazałaś cierpliwość dla swojego męża i całość wyszła super, bo on się w tym czasie wyciszył, przygotował na przyjęcie posiłku itd…
    Niestety …”Trzeba mieć cierpliwość, aby się jej uczyć”- jak głosi sentencja. Musisz przećwiczyć ten temat z mężusiem, choćby na przykładzie, który opisałaś. Jego reakcję opisz w kolejnym poście, to i my wszyscy się czegoś nauczymy.
    Pozdrawiam

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s