Archiwum dnia: 26 marca, 2014

Kobiety kiedyś były ambitne, a teraz idą na skróty

Kiedy byłam młodą dziewczyną, jeszcze taką bez męża i bez dzieci, pragnęłam czym prędzej skończyć szkołę, zdać maturę i iść do pracy, aby ulżyć mojej biednej Mamie, która będąc po rozwodzie nie mogła liczyć na systematyczne alimenty na mnie i na siostrę. Dlatego czym prędzej chciałam iść do pracy, aby jej zwyczajnie ulżyć i dołożyć się do domowego budżetu. Pracę dostałam, wcale nie tak ot sobie, bo po znajomości, tak, tak, bo w latach siedemdziesiątych też potrzebne były znajomości. Byłam telegrafistką w jednostce wojskowej na węźle telekomunikacyjnym, gdzie odbierałam i nadawałam bardzo ważne depesze związane z obronnością naszego kraju. Pracowałam z Brygadą w Bydgoszczy i czasami te depesze były bardzo długie, co wymagało ode mnie dość szybkiej obsługi telegrafu i oczywiście wszystkich wojskowych procedur. Te telegrafy były poufne i tajne i przesyłanie wiadomości wszelakich wymagało ode mnie zasznurowania mojej buzi, abym nie przekazywała żadnych wiadomości najbliższym. Praca była bardzo ciekawa, gdyż poszczególne depesze musiałam rozprowadzić z tajnym dziennikiem, na poszczególne jednostki. Czułam się ważna, bo znałam wszystkie tajne wiadomości dotyczące działań naszego wojska.

Pracowałam, ale kiedy zaszłam w ciąże, przeniosłam się do innej jednostki, abym była w stanie pracować tylko od rana do 15, ponieważ poprzednia praca była zmianowa, a więc w ciąży mi to nie służyło. Pracowałam 8 godzin dziennie w wojskowej księgowości, licząc lampy, przewodniki i silniki wydawane na różne urządzenia. Pracowałam sumiennie i kiedy urodziłam, wróciłam do pracy po trzech miesiącach macierzyńskiego, oddając dziecko do żłobka, bo nie mogłam sobie pozwolić na jakieś zwolnienia, trzeba było żyć z czegoś, kiedy mąż odbywał służbę wojskową.

Tak samo było, kiedy urodziłam drugie dziecko, a mąż dostał pracę. Oboje wiedzieliśmy, że musimy pracować, aby zapewnić naszym dzieciom wszystko, bo mnie bardzo zależało, aby miały szczęśliwe w miarę dzieciństwo na tamte czasy, kiedy kraj chwiał się w posadach i wiecie co? Kiedy tak czytam, że:

„Joanna Hofman, żona Adama Hofmana, lidera partii PiS, została zatrudniona w spółce KGHM w kwietniu 2007 r., czyli w czasie gdy szefował jej kojarzony z PiS, Krzysztof Skóra. Po przegranych wyborach, na dwa dni po pojawieniu się informacji o tym, że ma on zostać zwolniony, kobieta przestała pojawiać się w pracy. Od 23 grudnia 2007 r. przebywała już na zwolnieniu lekarskim, urlopie chorobowym, wypoczynkowym i wychowawczym. Przebywanie na tych zwolnieniach lekarskich zabrało jej 2 lata. Na nieobecność w pracy żony Adama Hofmana zebrały się zwolnienie lekarskie, świadczenie rehabilitacyjne, urlop macierzyński, urlop wypoczynkowy oraz urlop wychowawczy, z którego wróciła do pracy 4 września 2009 roku. Ale już dzień później przedstawiła kolejne zwolnienie lekarskie od lekarza neurologa, które przedłużała aż do 4 grudnia – pisze „DGP”. Wtedy KGHM wystąpiło do ZUS o sprawdzenie, zgodnie z obowiązującymi przepisami, czy pani Hofman jest rzeczywiście niezdolna do pracy. Lekarz orzecznik z ZUS nie miał wątpliwości i wydał decyzję o jej zdolności do pracy od dnia 25 listopada 2009 roku. Jednak tego samego dnia, żona posła otrzymała kolejne zwolnienie, tym razem ze szpitala psychiatrycznego. Sam zaś poseł Hofman w mediach ogłosił, że jego żona jest szykanowana przez ZUS. „ Moja żona jest szykanowana przez ZUS tylko dlatego, że jest małżonką osoby publicznej – powiedział Hofman dziennikarzowi „DGP” zapowiadając, że zamierza wystąpić na drogę sądową przeciwko ZUS”

Cieszę się więc, że miałam w sobie tyle ambicji, iż nic w życiu nie dostałam za darmo, bo walczyłam pazurami o swoją rodzinę. Nie wyłudzałam kasy od państwa, a dałam z siebie bardzo wiele, bo uczciwie pracowałam. Może zrobiłam błąd, bo od tej pracy, od tej tej gonitwy za groszem straciłam w końcu zdrowie, bo może za bardzo chciałam być idealna i aby nikt mi w życiu nie zarzucił, iż się w życiu obijałam. Kochane moje dzieci. Nie żałuję, że pracowałam na Wasze potrzeby, bo bardzo Was kocham i nie zazdroszczę, że inne kobiety się migają i siedzą na państwowej kasie jak wrzód na de… Mnie by to urągało, bo kiedy dzieci dorosną tej pani i temu panu i wyczytają w Internecie, że mamusia był wyłudzaczką państwowej kasy – to będzie wstyd!

Oficjele boją się niepełnosprawności!

Nie boję się tego napisać, że oficjele boją się niepełnosprawności. Dlaczego tak twierdzę? Dlatego, że wszyscy walczą o te rodziny, które przez los zostały obdarzone chorym dzieckiem, ale boją się wyjść do tych ludzi i powiedzieć im prosto w oczy, że nie podoba im się taka forma walki o lepszy byt dla  ich dzieci. Dorota Zawadzka też walczy i nie podoba się jej forma protestu, bo dzieci leżą na zimnych posadzkach Sejmu, a jedna matka wypowiedziała się, że jej dziecko nie było myte od początku protestu, ale z pozycji wygodnej kanapy! Zamieściła taki oto wpis na swojej popularnej stronie na FB i się zaczęła jatka matek broniących i matek samotnie wychowujących dzieci, a także matek, które z ledwością wiążą koniec z końcem:
 
Jakiś czas temu, mama prosząca o pomoc dla swojego dziecka umieściła w sieci jego zdjęcie (było i tu). 
Pojawiły się komentarze, że dziecko ma drogie buty i jest kolorowo ubrane wiec PO CO IM POMOC?
Dziś w tym samym tonie, tylko jeszcze bardziej na żenującym poziomie…
Dyskutuję tam ale szlag mnie trafia…
Nie podoba mi się forma protestu, nie podoba mi się język protestujących, nie podoba mi się udział/obecność dzieci (w takiej formie) – co nie zmienia faktu że sprawa słuszna.
Ludzie są bezwzględni i dali nura do sieci i wykopali, że główna organizatorka protestu wyjechała z niepełnosprawnym dzieckiem do Chorwacji, aby pokazać swojemu dziecku inny świat. Wykop, wykopał i na biedą matkę wylało się szambo, bo niby skąd miała na to pieniądze.?  Ja nie wnikam skąd, bo tak łatwo sięga się do cudzych portfeli i rozlicza. Ja mam pretensję do tych ludzi, którym ów protest się nie podoba, w tej formie, ponieważ zbulwersowani tym protestem nie podnieśli się z kanapy i nie poszli do tych ludzi, aby zwrócić im uwagę, iż robią błąd używając jako narzędzia do walki swoje chore dzieci. No bo kto u nich był z tych ważnych, zasiadających w pierwszych ławach, wszędzie oficjeli – Nikt! Nie licząc polityków, którzy na sprawie zbijają kapitał polityczny. Nawet nosili im kanpki ciepłą herbatę. Owszem był przewodniczący Solidarności, aby podburzyć rodziców przeciwko rządowi i systemowi, ale nie przeszkadzało mu to, że dzieciaki bytują na korytarzu sejmowym. Pani kandydująca do EU, Henryka Krzywonos, również oburzona tym, że dzieci są w urągających warunkach, wypowiedziała się, że też nie uda się do Sejmu, aby zaproponować protest bez dzieci, ponieważ mogli by ją inni posądzić o robienie sobie reklamy, gdyż kandyduje.
I wiecie co mi przyszło do głowy? Nikt w tym naszym kraju nie zrobi nic za darmo, bo iść do tych rodziców i negocjować z nimi inną formę protestu, było by w czynie społecznym, a na ich konto by nic nie wpłynęło, a więc po diabła się narażać! Za darmo?
Ps. Kiedy Zawadzką spytałam, dlaczego nie próbowała rozmawiać w rodzicami i nie wybrała się do nich, skoro jej się nie podoba, to dlaczego nic nie zrobiła? Odpisała, że mam świeckie poglądy i to była odpowiedź ni przypiął ni przyłatał, Szkoda klawiatury!