Archiwum dnia: 27 sierpnia, 2014

Pada komenda – jedziemy na grzyby!

No i nasta艂 sezon grzybowy, a wi臋c pada komenda i jedziemy na grzyby? Odpowied藕 – jedziemy! Wskakujemy w ciuchy do lasu, szykujemy koszyki i ma艂e no偶yki i wyruszamy w tras臋 dobrze nam znan膮 od lat.聽

Jeste艣my szcz臋艣ciarzami, bo mieszkamy w okolicy, 偶e las贸w nie brakuje, a wi臋c za p贸艂 godziny jeste艣my w naszym lesie, kt贸ry pami臋ta nasze wszystkie eskapady, jeszcze, kiedy nasze dzieci by艂y ma艂e, co uwiecznione jest na zdj臋ciach.

Jedziemy i wspominamy jak nasze wyprawy wygl膮da艂y, a wi臋c koniecznie szykowali艣my danie jednogarnkowe w szybkowarze, butl臋 gazow膮 i jaki艣 materac, aby po grzybobraniu zrobi膰 sobie rodzinn膮 biesiad臋.

Mieli艣my Gaza – 69, a wi臋c jechali艣my godzin臋 do lasu, kiedy dzi艣 jechali艣my oko艂o p贸艂 godzinki i byli艣my na miejscu, ale ju偶 bez dzieci i bez te艣cia, kt贸ry uwielbia艂 zbiera膰 grzyby, ale ju偶 nie ma go z nami.

W艂膮cza nam si臋 nuta wspominkowa i jednog艂o艣nie stwierdzamy, 偶e kiedy min臋艂y te wszystkie, nasze szalone lata – no kiedy? Jedziemy i przypominamy sobie jak to bywa艂o i poznajemy stare miejsca. Nic si臋 nie zmieni艂o, bo las ro艣nie w tym samym miejscu, a tylko my si臋 zmienili艣my i komu to przeszkadza艂o?

Niestety, ale grzyb贸w jak na lekarstwo, ale za tydzie艅 b臋dzie wysyp, to jest pewne, bo 艣ci贸艂ka jest do艣膰 mokra, a noce ciep艂e, a wi臋c wed艂ug naszych przewidywa艅 b臋dziemy jechali z wielkimi koszami po niedzieli. Wycieczka by艂a przednia i rozpoznanie terenu te偶. 馃檪

Specyficzna mi艂o艣膰 m臋偶a!

Przypar艂 j膮 do okna, mocno 艣cisn膮艂 za gard艂o i zasycza艂 – spierdalaj!

Pobrali si臋 dwa miesi膮ce temu, bo byli w sobie bardzo zakochani. Ca艂a rodzina przyklasn臋艂a na ten ich 艣lub, gdy偶 uwa偶ali, 偶e pasuj膮 do siebie idealnie. Wesele by艂o huczne i zjecha艂a si臋 ca艂a rodzina, kt贸ra bawi艂a si臋 do bia艂ego rana po艣r贸d bia艂o – r贸偶owych balonik贸w. Orkiestra wynaj臋ta, najlepsza w okolicy gra艂a najlepsze, weselne kawa艂ki.

Po weselu wprowadzili si臋 do w艂asnego mieszkania, kt贸re dostali w prezencie od rodzic贸w – 偶y膰, kocha膰 si臋 i nie umiera膰. M艂oda kobieta czu艂a si臋 wspaniale, mog膮c zaj膮膰 si臋 urz膮dzaniem domu, aby jej dom by艂 przytulny i robi艂a to dla nich. On wnosi艂 te wszystkie sprz臋ty i meble zadowolony, 偶e na starcie maj膮 prawie wszystko.

Oboje pracowali, a wi臋c nie powodzi艂o im si臋 藕le i mogli pozwoli膰 sobie na wi臋cej, ni偶 inne m艂ode pary, kt贸re dorabiaj膮 si臋 od 艂y偶ki i talerza.

Wr贸ci艂 zm臋czony do domu i ona poda艂a mu obiad. Ugotowa艂a mu to, co lubi, a wiedzia艂a od swojej te艣ciowej, czym uraczy膰 jego podniebienie.

– Co za 艣wi艅stwo mi tu poda艂a艣 – krzycza艂 z nad talerza, kt贸ry za chwil臋 wyl膮dowa艂 z jedzeniem na pod艂odze.

Przestraszy艂a si臋, ale nie poj臋艂a, o co mu chodzi.

– Nie gotujesz jak moja matka i jeste艣 do niczego – nie ustawa艂 w pretensjach.

Posz艂a do pokoju i 艂zy nie chcia艂y przesta膰 lecie膰. Przecie偶 tak bardzo si臋 stara艂a, a wi臋c nie wie, o co mu w艂a艣ciwie chodzi.

Na drugi dzie艅 przyni贸s艂 bukiet kwiat贸w i j膮 przeprosi艂, obiecuj膮c, 偶e wi臋cej nie zrobi jej 偶adnych wym贸wek.

Kwiaty przyj臋艂a i si臋 uspokoi艂a, gdy偶 taki jednorazowy wybryk nie powinien zak艂贸ci膰 ich szcz臋艣cia. Postara si臋 bardziej przyk艂ada膰, aby tylko wi臋cej si臋 to nie powt贸rzy艂o. Zrobi wszystko, aby go zadowoli膰, bo kocha go nad 偶ycie.

Min臋艂o par臋 miesi臋cy i pewnego dnia, wybieg艂 z 艂azienki zarzucaj膮c jej, 偶e wanna jest brudna i on nie b臋dzie tego tolerowa艂, bo w syfie mieszka膰 nie b臋dzie.

– Przepraszam, nie zd膮偶y艂am – pr贸bowa艂a si臋 t艂umaczy膰, kiedy nagle dosta艂a pi臋艣ci膮 w twarz, a偶 odbi艂a si臋 od szafek kuchennych i spad艂a kolanami na pod艂og臋 pod wp艂ywem ciosu.

– Ty cholerny brudasie, ty wyw艂oko, ty niedorajdo – wrzeszcza艂, 偶e z niczym sobie nie radzi i zmarnowa艂a mu 偶ycie, 偶e j膮 spotka艂 na swojej drodze. – Nigdy nie dor贸wnasz mojej matce – i zacz膮艂 wylicza膰 przymioty swojej rodzicielki.

Kiedy si臋 pozbiera艂a, zagrozi艂a, 偶e go opu艣ci i wyjedzie do rodzic贸w, a na jej twarzy pojawi艂 si臋 wielki siniak i podbite oko, co widzia艂a w lustrze przez morze 艂ez.

– Spierdalaj i szybko pakuj manatki, 偶ebym ci臋 tu nie widzia艂 – wrzeszcza艂 na ca艂膮 kamienic臋.

Nie wyjecha艂a, bo nie chcia艂a pokaza膰 si臋 rodzicom w takim stanie.

Nadesz艂a noc, a on kl臋cza艂 przy ich 艂贸偶ku i b艂aga艂 o przebaczenie. P艂aka艂, 偶e nie wie dlaczego tak si臋 zachowa艂 i przysi臋ga艂, 偶e nigdy wi臋cej nie podniesie na ni膮 r臋ki. P艂aka艂a i ona z 偶alu, 偶e tak j膮 potraktowa艂, cho膰 tak bardzo si臋 stara, aby nie da膰 mu powod贸w do rozdra偶nienia i aby dor贸wna膰 jego matce, bo tak bardzo go kocha.

Min臋艂y dwa lata ich ma艂偶e艅stwa i na 艣wiat przysz艂o 聽dziecko. Ci臋偶ko znosi艂a t臋 ci膮偶臋, gdy偶 by艂a zagro偶ona i musia艂a du偶o le偶e膰, aby t臋 ci膮偶臋 utrzyma膰. Wiele miesi臋cy le偶a艂a w szpitalu, a on o ni膮 dba艂 najtroskliwiej jak tylko mo偶na sobie wyobrazi膰. Codziennie przychodzi艂 do szpitala, przynosz膮c 艣wie偶e owoce i soki. Obsypywa艂 j膮 kwiatami, a偶 wszystkie kobiety w szpitalu zazdro艣ci艂y jej tak kochanego i troskliwego m臋偶a, a i jej imponowa艂o, 偶e tak o ni膮 dba. By艂a szcz臋艣liwa, 偶e dziecko przysz艂o na 艣wiat zdrowe i da艂a mu upragnionego syna.

Ch艂opczyk r贸s艂 jak na dro偶d偶ach i by艂 oczkiem w g艂owie ca艂ej rodziny, a dziadkowie rozchwytywali go, jako pierwszego wnuka i nie posiadali si臋 z rado艣ci, a ona by艂a taka dumna, 偶e w ko艅cu wszystko jest tak, jak sobie wymarzy艂a.

Pewnego dnia wysz艂a z synem na spacer i nie wiedzie膰 kiedy, ma艂y si臋 przewr贸ci艂 i nabi艂 sobie guza na czole. Nic mu si臋 nie sta艂o i nie grozi艂o, ale kiedy jej m膮偶 to zobaczy艂, wyci膮gn膮艂 swoje 艂apy po ni膮, ok艂adaj膮c pi臋艣ciami tak, 偶e nie pozna艂a si臋 w lustrze. Bi艂 mocno i d艂ugo, aby sobie zapami臋ta艂a, 偶e dzieci nale偶y pilnowa膰, a nie rozgl膮da膰 si臋 nie wiadomo za czym i da艂 jej do zrozumienia, 偶e nie nadaje si臋 na matk臋 i ma si臋 to wi臋cej nie powt贸rzy膰, bo j膮 zabije.

Chwyci艂a dziecko w ramiona i w chwili nieuwagi oprawcy, wybieg艂a na ulic臋 taka posiniaczona. Pobieg艂a na policj臋 i zg艂osi艂a pobicie, robi膮c od razu obdukcj臋.

Postanowi艂a, 偶e nigdy wi臋cej jej nie uderzy i nie pozwoli na zmarnowanie ich dziecka. Nie pozwoli, aby ten tyran by艂 jej m臋偶em, bo sobie niczym nie zas艂u偶y艂a, aby kto艣 zrobi艂 z jej 偶ycia – piek艂o.

Doprowadzi艂a do sprawy rozwodowej, mieszkaj膮c k膮tem u swoich rodzic贸w dochodz膮c do siebie po latach b贸lu i strachu u boku nieobliczalnego cz艂owieka.

Usiad艂a do komputera i wydrukowa艂a dziesi膮tki og艂osze艅, w kt贸rych zawar艂a jego imi臋 i nazwisko, dat臋 urodzenia, jego wizerunek i napisa艂a, 偶e oto jest cz艂owiek, kt贸ry bije kobiety i pewnej nocy tymi plakatami obwiesi艂a ca艂e miasto, maj膮c nadziej臋, 偶e d艂ugo w tym mie艣cie 偶adna kobieta na zwi膮偶e si臋 z psychopat膮!