I po co drzeć szaty w tylko jednym, danym nam życiu?

Dzisiejszy dzień, 13 grudnia sprawił, że jestem w kiepskim humorze i po godzinie 13 stałam się bardziej wrażliwa niż jestem w rzeczywistości. Często jest tak, że chowam w sobie głęboko emocje i nie pokazuję ich nikomu, bo po co mam swoimi emocjami zatruwać innym życie, ale dziś kiedy Naród wyszedł na ulice Warszawy pod przewodnictwem Prezesa i innych z tej szajki zrobiło mi się bardzo smutno.
Pamiętam ogłoszenie Stanu Wojennego, bo mi zabrali męża na „wojnę” i zostałam z dwojgiem malutkich dzieci i nie chcę wracać do tego dnia, kiedy nie mogłam pohamować łez rozpaczy, a jednocześnie uspokajać dzieci, które widziały mój smutek i na tym zakończę swoje wspomnienia.
Wyszli ludzie na ulice Warszawy i domagali się nie wiadomo czego, bo nie potrafili dokładnie sprecyzować po co właściwie wyszli, a coś dukali pod nosem, że w obronie demokracji i krzyczeli, że precz z komuną, a ja tak na nich przez ekran telewizora spojrzałam i stwierdziłam, że mimo 25 lat wolności, ci ludzie wciąż są tacy smutni, jak to w komunie śpiewał Smoleń. Szli smutni ludzie, którzy zabawili się w martyrologię  i zanegowali wszystko, dosłownie wszystko, co kraj nasz osiągnął przez te 25 lat. Nie ma dróg i mostów. Nie ma ciepłej wody w kranach i nie ma ogrzewanych mieszkań. Nie mają co na siebie włożyć i nie mają co włożyć do gara, ale za to mają siłę wyjść na ulicę i wieszczyć banały, bo tak im podpowiada wielki wódz, który dziś zrobił sobie kampanię wyborczą!
Nie twierdzę, że w moim kraju wszystko jest dobrze. Nie twierdzę, że już nic nie ma do poprawki i nie twierdzę, że rządzący są super i hiper, bo bym skłamała i wpadła w samo zachwyt albo bym straciła trzeźwe patrzenie na rzeczywistość, a nie chcę się okłamywać i wiecie co?
Znalazłam taki szeroki artykuł, który tu wklejam, bo mi świetnie pasuje do dzisiejszego dnia, kiedy niektórzy z komunałami wrzeszczą i są wiecznie niezadowoleni. Przychodzi taki czas, że to wszystko jest diabła warte, bo przychodzi choroba, która odbiera albo rozum, albo pozbawia siły wszystkie członki ludzkie i trzeba się zmagać z chorobą i niedołęstwem. Trzeba wybrać i zadecydować i niech wówczas szlag trafi to wszystko.
Kto zechce, ten przeczyta poniższy artykuł, a kto nie zachce, to niech chociaż przeczyta wstęp, aby zatrzymać się na chwilkę i zastanowić, że nie ma nic ważniejszego jak życie, samo w sobie.
Do Szwajcarii przyjeżdżają umierać ludzie z całego świata. Tu wolno pomóc w samobójstwie.

Rozmowa z dr Eriką Preisig, lekarką, która pomaga umrzećCzy to pokój, w którym się umiera?– Tak. Jak pani widzi, pacjent może wybrać, czy chce to zrobić na łóżku, czy w fotelu. Jest też duża kanapa, bo większość osób przyjeżdża do nas z rodziną. To są często trzy pokolenia: dziadkowie, rodzice i dzieci. Dziś rano umarł tu starszy pan z Francji, była przy nim córka z zięciem i dwóch dorosłych wnuków. Przy czym jeden z nich od razu zaznaczył, że nie chce być obecny przy tym ostatnim momencie, i wyszedł na zewnątrz. Rozumiem to i szanuję, bo ludzie czasem boją się patrzeć na śmierć. Boją się, że zobaczą drgawki, rzężenie, że ta osoba będzie cierpieć i to będzie dla nich trudne do zniesienia.Tak nie jest?– Wspomagane samobójstwo to jest spokojna, łagodna śmierć. Pacjent dostaje dużą dawkę silnego środka znieczulającego i po prostu zasypia.I pani mu to podaje?

– Nie. Musimy odróżnić dwie rzeczy: eutanazję i wspomagane samobójstwo. Eutanazja jest wtedy, kiedy lekarz sam daje pacjentowi zastrzyk uśmiercający. W Szwajcarii to nielegalne. Dopuszczalna jest za to pomoc w samobójstwie. Nasze prawo mówi, że jeśli ktoś chce umrzeć, można mu pomóc, pod warunkiem że nie stoją za tym żadne osobiste korzyści.

Dla pani to jest różnica?

– Gdybym sama miała zrobić ten zastrzyk, tobym czuła, że ja go zabijam. A to musi być decyzja i działanie pacjenta. Ja jestem po to, żeby on to zrobił bezpiecznie.

I co pani robi?

– Robię wkłucie do żyły i przygotowuję kroplówkę z solą fizjologiczną – na próbę. Pacjent najpierw sprawdza, czy potrafi ją sam uruchomić. Jeśli tak, umieszczam w niej właściwy środek. Od tej pory nikt inny poza nim nie może jej dotknąć. Kiedy jest gotowy, sam uruchamia kroplówkę specjalnym przyciskiem. I to jest bardzo ważne, żeby on to zrobił sam. Jeśli jest sparaliżowany i nie może ruszać ręką, dajemy mu specjalny przyrząd. Proszę zobaczyć: to jest taka lekka dźwigienka, która przypomina działaniem migawkę w aparacie fotograficznym. Wykonał to dla nas na zamówienie człowiek, który zajmuje się właśnie produkcją aparatów. Wystarczy lekko dotknąć – brodą, językiem – i uruchomi się mechanizm, który odblokuje lek.

I to już?

– Pacjent wie, że od tego momentu będzie żył jeszcze około czterech minut. Może pożegnać się z rodziną, przytulić. Po mniej więcej minucie przychodzi sen, potem ustaje akcja serca.

Co dalej?

– Przychodzi policja i lekarz patolog, którzy sprawdzają, czy to była śmierć dobrowolna. Czy nie ma śladów uduszenia, noża w plecach, czy wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Na wszelki wypadek każdą wspomaganą śmierć filmujemy.

Pani tego nie przeżywa?

– Bardzo. Dlatego wolno nam asystować tylko przy jednej śmierci w tygodniu, nie więcej.

Kim był pani pierwszy pacjent?

– To był mój ojciec. Dziewięć lat temu znalazłam go nieprzytomnego w jego pokoju. Mieszkał wtedy w domu ze mną i moją rodziną. Wokół łóżka walały się puste opakowania po lekach i dwie opróżnione butelki wina. Wziął chyba wszystko, co można było znaleźć w apteczce, i solidnie zapił alkoholem. Miał 82 lata, był już po dwóch wylewach. Nie mógł pisać ani mówić, porozumiewał się właściwie tylko ruchami głowy, a i to nie zawsze się udawało. Zadawałam mu na przykład pytanie, a on kiwał, że „tak”. A za chwilę walił się ręką w czoło i ryczał rozwścieczony. Rozumiałam wtedy, że to miało być „nie”, tylko głowa odmawiała posłuszeństwa. To był szalenie inteligentny człowiek, fotograf, silna osobowość. W domu było nas siedmioro, moja mama zmarła przy porodzie najmłodszego brata, więc praktycznie wychował nas sam. Dla człowieka o takim charakterze ten stan bezradności musiał być nie do zniesienia.

<podzial_strony>

Wezwała pani karetkę?– Postanowiłam go nie ratować. I to było trudne, bo byłam już wtedy lekarką, od 20 lat prowadziłam praktykę rodzinną. Miałam też trójkę dzieci, którym jakoś musiałam to wytłumaczyć. Ojciec obudził się po trzech dniach. Widziałam, że jest zrozpaczony tym, że cały czas żyje. Jakiś czas później postawił sobie koło łóżka pocztówkę, na której był pociąg. Jak do niego przychodziłam, pokazywał palcem na ten pociąg. Zapytałam go nawet, w jakimś przypływie naiwności, czy chce się wybrać na wycieczkę. A on wtedy złapał się za gardło i wykonał taki ruch, jakby chciał się udusić. „Dobrze – powiedziałam. – Zawrzemy układ. Obiecaj, że nie będziesz próbował się zabić, skacząc pod pociąg, a ja postaram się zorganizować ci wspomagane samobójstwo”.Wiedziała pani, jak się do tego zabrać?– Mamy w Szwajcarii fundację Exit, która pomaga osobom w takiej sytuacji. Poszłam do nich, ale okazało się, że aby zakwalifikować się do wspomaganego samobójstwa, trzeba być ich członkiem przez przynajmniej pół roku. Mój ojciec by tyle nie wytrzymał. I wtedy znalazłam Dignitas.Organizację, do której przyjeżdżają umierać ludzie z całego świata.– Dignitas w przeciwieństwie do Exit przyjmuje nie tylko Szwajcarów. Nie mieli też takich obostrzeń dotyczących członkostwa. Jak się dowiedzieli, że jestem lekarką, zaproponowali, że mogę zrobić to sama. Mnie ta myśl przerażała, bo ja to wtedy postrzegałam jako ciężki grzech.

Pani jest wierząca?

– Pochodzę z bardzo religijnej rodziny. Rodzice należeli do Armii Zbawienia i jako dzieci chodziliśmy tam przynajmniej dwa razy w tygodniu. Ojciec cytował Biblię z pamięci, przyjaźnił się z teologami, duchownymi, prowadził z nimi niekończące się dyskusje na temat wiary. Bardzo żałuję, że nie mogłam go wtedy zapytać, jak zamierza to w sobie pogodzić – samobójstwo i religię. Co by na to powiedział jego Bóg?

Pani zadaje sobie to pytanie?

– Cały czas. Po śmierci ojca strasznie się bałam, że Bóg mnie jakoś za to ukarze, na przykład że umrze jedno z moich dzieci. W takim strachu przeżyłam dwa lata. Nic się nie stało. Miałam za to kilku umierających pacjentów pod opieką. Lekarze rodzinni często wolą takiego pacjenta odesłać do szpitala czy hospicjum, bo jemu trzeba poświęcić dużo czasu, czasami chodzi się do niego nawet trzy razy dziennie. Mnie zawsze zależało, żeby moi pacjenci – jeśli to możliwe – umierali w domu, żebym mogła się nimi opiekować do końca. Widziałam, że mniej więcej połowa z nich odchodzi w strasznym cierpieniu. Zaczęłam się wtedy zastanawiać: co my właściwie im robimy?

Medycyna nie radzi sobie z cierpieniem umierających?

– Nie w każdym przypadku. Miałam pacjenta z zaawansowanym rakiem płuc. Końcowe stadium tej choroby wygląda tak, że człowiek ma płuca pełne wydzieliny, którą się stopniowo dusi. To jest śmierć w strasznych męczarniach. 20 grudnia, tuż przed świętami, zaczęło być z nim bardzo źle. Nie mógł oddychać, więc zaczęliśmy odsysać wydzielinę, ale to tylko powodowało, że płuca produkowały jej więcej. Cały dom – bo on był pod opieką paliatywną w domu – wypełniony był zapachem gnijących płuc i tym charczeniem duszącego się człowieka. Jego żona błagała mnie, żebym mu pomogła umrzeć, a ja nic nie mogłam zrobić. Męczył się jeszcze kilka dni.

Ale jest przecież morfina. Nie można takiego człowieka „wygasić” lekami?

– To się nazywa sedacja paliatywna. Podajemy kombinację morfiny i innych środków w takiej dawce, żeby pacjenta nie uśmiercić, tylko wprowadzić w śpiączkę. Ten pacjent z rakiem płuc też to otrzymał. Ale czy ktoś jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że człowiek w śpiączce nic nie czuje? Miałam kiedyś pacjentkę w terminalnej fazie raka. Była potwornie spuchnięta, musiała bardzo cierpieć, ale jakoś nie mogła umrzeć, mimo że podaliśmy jej sedację paliatywną. Jej mąż zdradził mi, że podejrzewa, dlaczego ona nie może odejść: „Mamy piątkę dzieci, ale jedna córka nie jest moja. Żona odeszła do innego, była z nim raptem dwa tygodnie, ale wróciła już w ciąży. Myślę, że ona się boi, co się stanie z tą dziewczynką po jej śmierci”. I ja zaproponowałam, żeby usiadł przy niej i zapewnił ją, że się będzie dalej opiekował tą córką. Trzy godziny później jego żona zmarła.

To mógł być przypadek.

– Miałam więcej takich przypadków w swojej praktyce. Jak umierała moja matka, ojciec poszedł ją odwiedzić w szpitalu. Kiedy stanął koło jej łóżka, wyciągnęła rękę, przesunęła po guzikach na jego koszuli i zapięła mu ten przy kołnierzyku. A lekarz zapewniał nas, że jest w takim stanie, że nic do niej nie dociera.

Ludzie zawsze znajdowali sposób, żeby odebrać sobie życie bez asysty lekarza i pielęgniarki. Dlaczego mamy im pomagać?

– Żeby to było bezpieczne dla nich i dla ich bliskich. Mniej więcej rok po tym, gdy umarł mój ojciec, zadzwoniła do mnie żona jednego z moich pacjentów. To był mężczyzna z zaawansowanym nowotworem, miał 86 lat. I ona mówi mi, że znalazła u niego pistolet i że on na pewno zamierza się zabić. Przekazałam mu przez telefon, żeby nic nie robił do mojego przyjazdu, i wsiadłam do samochodu. Usiedliśmy przy stole i zapytałam, jak właściwie zamierza to zrobić. Strzelić sobie w skroń? „Byłem w wojsku, więc wiem, jak się zabić na 100 proc. Lufę wkłada się do ust”. Wytłumaczyłam mu, jak to będzie wyglądać: jego żona, która siedzi obok, będzie w kuchni gotować obiad, usłyszy huk, pójdzie do ich wspólnej sypialni i znajdzie go w kałuży krwi z rozpłatanym mózgiem. Owszem, będzie martwy, ale czy na pewno chce jej to zrobić? On się wtedy rozpłakał. To było coś, o czym w ogóle nie pomyślał.

I pani wtedy mówi o wspomaganym samobójstwie?

– Pokazuję im, że jest taka opcja.

<podzial_strony>

Myślałam, że takiego człowieka trzeba raczej przekonać do życia.– Jak ktoś się dowiaduje, że jest inne wyjście, to często właśnie otwiera się na rozmowę o życiu. I ja zawsze próbuję go przekonać, żeby jeszcze żył. Ale ostatecznie to pacjent wie, jak bardzo cierpi i ile cierpienia może jeszcze znieść. Kim ja jestem, żeby decydować za niego?Ten mężczyzna jak wybrał?– To była druga osoba po moim ojcu, której pomogłam w ten sposób odejść. Była przy nim żona i cztery córki, to się działo w ich domu. Tuż przed śmiercią on ją mocno przytulił i powiedział: „Odchodzę po prostu trochę wcześniej niż ty, ale wkrótce się spotkamy”. Wcześniej pytała pani, jak ja to pogodziłam z Bogiem. Otóż jak się widzi taką spokojną, dobrą śmierć, to człowiek myśli: czy to jest na pewno niezgodne z religią, że pozwalamy odchodzić ludziom w taki sposób? A może to jest właśnie akt miłosierdzia? Po tym doświadczeniu zgodziłam się przyjąć propozycję Dignitas i zaczęłam asystować przy samobójstwach. A pięć lat temu założyłam własną organizację w Bazylei – Lifecircle.Kto prosi o pomoc?– Ludzie ciężko chorzy albo umierający, którym medycyna nie może pomóc. W różnym wieku. Najmłodszy pacjent miał 27 lat. To był chłopak z uszkodzonym rdzeniem kręgosłupa. W swoje 20. urodziny urządził imprezę i skoczył do basenu dla dzieci. Mimo paraliżu nieźle sobie radził, mógł trochę poruszać głową, więc pracował przy komputerze, używając joysticka. Po sześciu latach zaczął odczuwać bóle neuropatyczne. Zna pani to uczucie, kiedy człowiek sobie zimą odmrozi ręce i jak wchodzi do ciepłego pomieszczenia, czuje mrowienie w palcach? To jest to samo, tylko tysiąc razy mocniejsze. Taki ból bierze się stąd, że mózg naraz orientuje się, że skoro nie docierają do niego żadne sygnały z ciała, to znaczy, że z tym ciałem jest coś nie tak. Zaczyna się ból, na który właściwie nie ma lekarstwa. Morfina nie działa, opiaty nie działają, pozostają jedynie neuroleptyki, które w dużych dawkach robią z pacjenta warzywo. I on stwierdził, że nie chce tak żyć.

Taki człowiek pisze do pani, że chce umrzeć. Skąd wiadomo, że jest naprawdę chory?

– Proszę go o przesłanie dokumentacji medycznej, wyników wszystkich badań. Umawiam się na rozmowę przez telefon albo Skype’a. Mogę wtedy zobaczyć, w jakim jest stanie, jak mówi, jak się porusza. Potem to wszystko przekazuję dwóm niezależnym lekarzom tu, w Szwajcarii, oraz radzie fundacji. Oni wszyscy sprawdzają, czy pacjent spełnia kryteria.

Jakie?

– Pierwsze – to musi być nieuleczalna choroba. Drugie – osoba musi być w pełni władz umysłowych. Trzecie – trzeba wykluczyć chorobę psychiczną. Czwarte – decyzja nie może być podjęta pod wpływem osób trzecich. I wreszcie – życzenie, by umrzeć, musi być dobrze ugruntowane i przemyślane.

Co to znaczy?

– Że pacjent wyrażał taką wolę od dłuższego czasu. Na przykład sporządził testament życia i tam jest jasno napisane, że w określonej sytuacji nie życzy sobie dalszej terapii. Albo jest członkiem naszej organizacji na tyle długo, że to nie pozostawia wątpliwości. Jeśli lekarze i rada fundacji dadzą zielone światło, pacjent może przyjechać do Szwajcarii na badania. Na miejscu ma dwie wizyty lekarskie i jeśli badania się potwierdzą, może odejść.

A jeśli ktoś chce umrzeć, bo ma po prostu depresję?

– Jeśli to jest taka depresja, że właśnie umarł mu najlepszy przyjaciel i on się czuje samotny, to lekarz powinien go wykluczyć. Ale jeśli mamy do czynienia z poważnym cierpieniem psychicznym, to mogą istnieć przesłanki do wspomaganej śmierci. Przy czym my – mówię tu o organizacji Lifecircle – nie pomagamy takim osobom, bo nie mamy w zespole psychiatry, a tego wymagają przepisy.

Jak pani słucham, to mam wątpliwości, czy nie za łatwo to się odbywa.

– To nie jest tak, że przyjmujemy każdego, kto się zgłosi. Pierwszą rzeczą, jaką robię jako lekarz, jest sprawdzenie, czy tej osobie można pomóc tak, żeby mogła dalej żyć. Szukamy dla niej terapii, leków. Mieliśmy mężczyznę z nowotworem wątroby. Lekarze w jego kraju nie dawali mu już nadziei, a my przestudiowaliśmy jego wyniki i okazało się, że mógłby się poddać jeszcze chemoembolizacji. Musiał to zrobić za granicą, ale dalej żyje.

A jeśli pacjent przyniesie historię choroby, ale sfałszowaną?

– Miałam pacjenta z Włoch, który kwalifikował się do wspomaganej śmierci. Przyjechał sam. Zgłosił się do nas potem prawnik jego córki, która zarzucała nam, że nie powinniśmy byli mu pomóc. Ten pacjent miał jej zostawić list pożegnalny, w którym pisał, że sfałszował częściowo swoją dokumentację medyczną, żeby na pewno dostać zielone światło. Do dziś nie wiemy, o jakie dokumenty chodziło. Sąd orzekł, że nie popełniliśmy żadnych uchybień.

I nie ma pani poczucia, że to był błąd?

– To był bardzo schorowany człowiek. Przebył chorobę Heinego-Medina, z trudem się poruszał, miał też poważną chorobę wirusową. Przyjeżdżał do nas przez trzy lata i przez te trzy lata szukaliśmy dla niego rozwiązań, przekonywaliśmy, żeby jeszcze żył. Ale jeśli ktoś tak bardzo chce umrzeć, mamy prawo to uszanować. Po tej historii zaczęliśmy pilnować, żeby pacjenci informowali rodzinę o swojej decyzji. Jak mam wątpliwości w tej sprawie, to proszę o telefon i sama dzwonię.

<podzial_strony>

Rodzina musi się zgodzić?– Nie, ale musi wiedzieć.Zdarza się, że pacjent zmienia zdanie?– Połowa osób, którym dajemy zielone światło, nigdy z niego nie korzysta. Być może sama świadomość, że mogą to zrobić, kiedy będzie bardzo źle, przynosi im ulgę. Miałam taką pacjentkę z rakiem krtani. Była już po trzech operacjach, nie chciała czwartej. Odwiedziłam ją w domu. Widać było, że ona jest zdecydowana na wspomagane samobójstwo, ale mąż nie. Cały czas był w niej zakochany, w ogóle sobie nie wyobrażał, że ona może odejść. Namówiłam ją, żeby jednak poddała się tej operacji, i dzięki temu zyskali jeszcze jeden rok razem. Potem nastąpił wyjątkowo agresywny nawrót, z przerzutami do płuc i mózgu, ale ona zdecydowała się odejść w opiece paliatywnej, chociaż była członkiem Lifecircle. I tak powinno być – to jest wybór pacjenta, jak chce umrzeć.Uprzedziła mnie pani, że nie będzie rozmawiać o statystykach. Czyli nie dowiemy się, ilu macie członków i ile osób umiera z pomocą waszej organizacji?– Mogę powiedzieć tylko, że te liczby rosną. Nie ujawniamy ich, bo potem robią się z tego sensacyjne nagłówki w gazetach.

A o pieniądzach?

– Członkowie Lifecircle płacą roczną składkę 56 franków szwajcarskich- to jest 45 euro. Można też zapłacić jednorazowo 1000 franków i to daje członkostwo na całe życie. Za wspomaganą śmierć płaci się 7 tysięcy franków, a za zielone światło – czyli całą procedurę kwalifikacyjną – 3 tysiące franków. Te same stawki obowiązują w innych organizacjach. Jeśli ktoś nie ma środków, może ubiegać się o zwolnienie z tych opłat.

Gdzie trafiają te pieniądze?

– Na konto naszej fundacji. Z tych środków opłacani są lekarze, pielęgniarki, usługi pogrzebowe, administracja. To, co zostanie, przeznaczamy na pomoc dla tych członków, których nie stać na opłaty.

Przeciwnicy zarzucają wam, że robicie biznes na umieraniu.

– Szwajcarskie prawo wyraźnie mówi, że na wspomaganej śmierci nie można zarabiać. To znaczy – można pobierać pensję, ale tylko w takiej wysokości jak w swojej zwykłej pracy. Czyli jeśli pielęgniarka zarabia 4 tysiące franków miesięcznie, to u nas możne dostać tyle samo, nie więcej. Inaczej jest to przestępstwo. Konto naszej fundacji też jest regularnie kontrolowane.

A sąsiedzi nie protestują, że ludzie przyjeżdżają tu umierać?

– Celowo szukaliśmy miejsca na parterze, z osobnym wejściem, gdzie samochód mógłby podjechać i zabrać trumnę tak, żeby nikt tego nie musiał oglądać. Ale mieliśmy jeden telefon z policji, bo okazało się, że ktoś z mieszkańców złożył na nas skargę. Zaproponowano nam mediację sąsiedzką i dopiero tam okazało się, że przeszkadza im wóz policyjny. Od tej pory prosimy, żeby policjanci, którzy sprawdzają procedury, przychodzili w cywilu i na piechotę.

Pacjent odchodzi, rodzina wyjeżdża, a pani z tym zostaje.

– I to jest trudne, zwłaszcza jeśli zdążymy się zaprzyjaźnić. Na samym początku pracy miałam pacjentkę z Australii, Lilę. Cudowna, pogodna kobieta. Miała nowotwór gardła, czekała, aż dostanie zielone światło, bardzo cierpiała. Wysłałam jej pocztą morfinę. Kojarzy pani takie herbatniki z dziurką? Otóż tam właśnie udało mi się wcisnąć leki. Paczkę nadałam z Niemiec, żeby nikt nie mógł dojść, że to ode mnie. Dzięki tej morfinie Lila i jej mąż przeżyli jeszcze wspaniałe cztery miesiące razem. A potem przyjechali tu. Kiedy Lila wypiła środek uśmiercający, uprzedziłam ją, że ma jeszcze cztery minuty życia, i żeby nie zwracała na mnie uwagi, tylko pożegnała się z Donaldem. A ona odwróciła się do mnie i powiedziała: „Erika, obiecaj mi, że będziesz więcej jeść”. Miałam wtedy problemy w życiu osobistym, strasznie schudłam. Donald też nie jadł. „Po wszystkim macie iść w góry, do tej świetnej restauracji, i zamówić po steku. Ja stawiam!”. A tu obok emocji trzeba być jeszcze profesjonalistą, żeby dopełnić procedur. Po tej historii pomyślałam: nie dam rady.

To dlaczego pani to dalej robi?

– Opowiem o pacjencie, którego mam teraz pod opieką. To młody człowiek, 42 lata, cierpi na pląsawicę Huntingtona – jedną z najgorszych chorób neurologicznych, która polega na tym, że ciało przestaje się nas słuchać. Na przykład – chcę panią pogłaskać, ale moja ręka robi taki gwałtowny ruch, że walę w stół. Nie ma na to lekarstwa, chorzy umierają około pięćdziesiątki, kiedy buntują się mięśnie odpowiedzialne za oddychanie. Ten człowiek ma ciało jak kulturysta, z trudem oddycha, nosi specjalny kask i cały czas robi sobie krzywdę, nieświadomie oczywiście. Widział rodziców umierających na tę samą chorobę, ma brata i siostrę w bardziej zaawansowanym stadium, z demencją. Jak do nas trafił, był w głębokiej depresji, mówił, że nie chce skończyć tak jak oni. Daliśmy mu zielone światło i termin na grudzień. I to był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam uśmiech na jego twarzy. Odstawił wszystkie antydepresanty, promienieje. Jego żona powiedziała mi, że odkąd poznał datę swojej śmierci, zaczął się cieszyć życiem.

Dalej pracuje pani jako lekarz rodzinny?

– Na pół etatu.

<podzial_strony>

Pacjentów to nie odstrasza?– Przeciwnie. Miałam tylu chętnych, że musieliśmy zamknąć zapisy. Myślę, że pacjent chce mieć lekarza, który będzie z nim do końca i da mu możliwość wyboru.A znajomi, sąsiedzi – wiedzą?– Tak. Jak zmarł mój ojciec, powiedziałam rodzinie: będziemy mówić, że to był po prostu trzeci wylew. Ale jedna siostra się zbuntowała, że nie zamierza kłamać. Pamiętam, że ojciec zostawił listę gości, których mieliśmy zaprosić na pogrzeb – 150 osób, w tym sporo związanych z Kościołem. Pogrzeb odbywał się w takim pięknym miejscu, które ojciec sam wybrał, na moście nad rzeką. Podczas tej ceremonii opowiedziałam publicznie o tym, jak odszedł. Nikt mnie nie potępił.http://wyborcza.pl/duzyformat/1,142470,17107626,Pomogam_w_samobojstwie__Rozmowa_z_dr_Erika_Preisig.html?utm_source=agora&utm_medium=email&utm_campaign=Pomagam-w-samob%C3%B3jstwie-Teksty-tygodnia-Wyborczej-111214

9 myśli na temat “I po co drzeć szaty w tylko jednym, danym nam życiu?

  1. Witaj Elzuniu!
    Podejmujesz bardzo trudne, ciekawe I niejednoznaczne tematy na blogu. My mamy tendencje do oceniania roznych zachowan w dwoch kategoriach: czarne I biale. Zycie sklada sie jednak ze wszystkich mozliwych barw I dopiero gdy sami znajdziemy sie w danej sytuacji – podejmujemy ciezka I bolesna decyzje, wtedy mozemy naprawde miec wlasne zdanie na jakis temat. Juz dawno temu rozmawialam na podobny temat z moim mezem, ktory chcialby odejsc gdyby byl nieuleczalnie chory. On sobie nie wyobraza egzystencji w stanie wegetatywnym. Ja z kolei mialabym przeogromne klopoty z pozwoleniem mu odejsc… Na szczescie to tylko teoria, ale mam ciocie, ktorej maz byl ciezko chory – mial bardzo posuniety zaik miesni I w pewnym momencie choroba zaatakowala przepone. Po kilku miesiacach podlaczenia do respiratora lekarze poprosil ja o podjecie decyzji o odlaczeniu od aparatury podtrzymujacej funkcje zyciowe… Mialam wtedy okolo 20 lat I bylo mi niesamowicie przykro, kiedy slyszalam od czlonkow rodziny, ze uwazaja, ze zabila meza. Zycie przynosi nam czasami wyzwania, ktore nas przerastaja, ale I tak musimy podjac jakas decyzje. Dochodza do tego nasze przekonania moralne I nierzadko wiar, ktora nie zawsze jest w zgodzie z tym, co mamy zrobic. Chociaz uwazam, ze „wiara” jest czesto pustym argumentem, bo tak naprawde trudno dopatrzec sie chrzescijanskiego milosierdzia naokolo, wiekszosc z nas nie przestrzega dekalogu, ale zaslaniamy sie „wiara” I „religia”, kiedy trudno nam w inny sposob wytlumaczyc nasze decyzje.
    Piekny post.

    Pozdrawiam cieplutko,

    Beata.

    Polubienie

  2. Elu te tłumy o czymś świadczą. Zadowoleni ludzie nie uczestniczą tak licznie w manifestacji, tylko dlatego, że kochają „chorego z urojenia człowieka”. Na pewno nie idą dla Prezesa, tylko zgodnie ze swoim sumieniem chcą pokazać, że nie wierzą. A takich niestety są tysiące i to przede wszystkim ludzi młodych. Nie można udawać, że to się nie dzieje. To jest faktem, chociaż nie wiem jak mocno chcielibyśmy to zanegować. Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

  3. mówi się ,że ” syty głodnego nie zrozumie” …myślę ,że podobnie jest z chorymi na nieuleczalne choroby , na choroby, z którymi związane jest nieustające cierpienie … Stałam , przy łożu boleści osoby, którą bardzo kochałam . Mogłam tylko patrzeć bo nawet podanie przysłowiowej szklanki wody nie wchodziło w grę … żadne środki nie były wstanie uśmierzyć bólu … do dziś /mimo 20 lat / mam w uszach ten nieustający jęk , widzę jak obezwładniony straszną chorobą człowiek umiera śmiercią głodową w nieludzkich męczarniach … a ja nie mogę nic zrobić , i choć serce mi pęka mogę tylko poklepywać poduszkę i patrzeć . To był horror . Myślę sobie ,że w takich razach barbarzyństwem jest stać i patrzeć ….

    Polubienie

  4. Witam niedzielnie,
    Tak sobie myślę po tym wpisie, co bym zrobiła ja, kiedy nie będzie już ratunku. Nie wiem kochani, nie wiem. Wiem tylko, że życie jest za krótkie by kiedy mamy jako taką stabilizację w kraju, wychodzić na ulicę i wrzeszczeć, że wszystko jest złe.
    Podziwiam ludzi, którzy szli na wojnę i tam ginęli od kul, to byli prawdziwi bohaterowie i szli walczyć o wolność, a teraz co najwyżej możemy wyjść i konkretnie domagać się zmian, a nie krzyczeć jak nakręceni przez jednego podpalacza.

    Miłego spokojnego dnia 🙂

    Polubienie

  5. Uważam, że każdy z nas ma prawo krzyczeć, bo mamy demokrację.
    Tylko dlaczego on to robi w takim dniu i za nasze pieniądze sam siebie nakręca i nakręca tych ludzi, którzy idą za nim jak barany…
    Podobnie Elu jak Ty i większość z nas wiem, że w naszym kraju nie wszystko jest cacy…i pewnie jeszcze długo nie będzie, ale dlaczego on to robi za nasze pieniądze?
    Przecież przywieźć tylu ludzi z całego kraju to kosztuje…

    Miłego wieczoru i spokojnej nocki 🙂

    Polubienie

  6. Podzielam pogląd wyrażony przez Beatę. To wszystko przed nami. Nie wiem jak bym się zachował, czy też o sobie decydował. „Tyle wiemy o sobie na ile nas sprawdzono” powiedziała W.Szymborska i to jest mądre. Modlimy się słowami „Od nagłej i niespodziewanej…” a wobec opisanych tu przypadków błogosławieństwem jawi się nagłe odejście.
    Co do drugiego tematu, to również podzielę opinie pań.Siedem lat nieustannie oprowadzonej negatywnej kampanii zwalającej zasłużone i niezasłużone winy na przysłowiowego Tuska przyniosło taki efekt jak było to widać wczoraj. Czekają nas dalsze odsłony tej walki aż do wyborów parlamentarnych

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s