Archiwa miesięczne: Grudzień 2014

Mój bardzo osobisty wpis.

Nie czułam tych świąt, że się tak wyrażę brzydko – za cholerę. Pomyślałam sobie, że znów to sprzątanie i planowanie tego wszystkiego. Kiedy zobaczyłam już w listopadzie świąteczne reklamy to byłam wręcz wściekła. Myślałam sobie, że ta wredna komercja zabija we mnie uczucia do rodzinnych spotkań i epatuje mi po oczach drogimi prezentami, na które mnie nie stać i wielu ludzi w Polsce, aby obdarowywać swoich bliskich najnowszymi komórkami, tabletami i tym wszystkim z wysokiej półki.

Myślałam sobie, że nie dam rady chyba tego wszystkiego ogarnąć, choć mąż pomaga. Myślałam sobie, że moje dzieci mają już swoje życie i zgrać z nimi termin świątecznego spotkania, aby wszystkim pasowało, aby przyszli do nas, to graniczy z cudem. Oni przecież mają jeszcze innych do obskoczenia, bo na przykład rodziców swoich mężów i ich rodzeństwo,  a więc  myślałam sobie, że logistycznie się nie da i może być tak, że spotkamy się dopiero po świętach, bo jest weekend. Zniechęciło mnie to, ale otrzepałam się i postanowiłam działać i wszystko zaczęło się pięknie układać.

Zabrałam się sukcesywnie do roboty, a więc okna, firany, szkło, planowanie zakupów i to jak ozdobić swój dom na święta, ale mimo to, nie czułam kompletnie bluesa i myślałam sobie, że coś ze mną w tym roku jest nie tak. Jednak się nie poddawałam i gdzieś tam w środku szukałam w sobie tego czegoś,  co by mnie natchnęło i zaczęło cieszyć na te wszystkie zabiegi i przygotowania.

Wiecie co, ale dopiero kiedy mąż zrobił wszystkie zakupy i miałam wszystko w domu, to dopiero poczułam w sobie werwę, prawdziwą taką, że już mam wszystko w domu i mogę się w kuchni produkować. Ktoś zada może mi pytanie, dlaczego nie szukam niczego w Bogu, który potrafi natchnąć ludzi nadzieją, siłą  i tym wszystkim, ale ja nie za bardzo wierzę, a więc może i dlatego trudno było mi szukać w sobie natchnienia. Święta to dla mnie przede wszystkim spotkanie z dziećmi i ich partnerami życiowymi, a najważniejsze, to z wnukami. Tak mają ateiści i nic na to nie poradzę, ale być może jestem ogołocona wewnętrznie z tych wszystkich uniesień i kościelnej tradycji. Może jestem uboższa, a może po prostu się starzeję, że było mi tak ciężko.

Paradoks jest w mojej rodzinie taki, że kiedy ja szarpałam się z mężem, moje dzieci szły do kościoła i się za nas modliły. Modliły się na rekolekcjach, abyśmy w końcu poszli po rozum do głowy, jako rodzice, bo kochały nas tak bardzo. Ta wiara tkwi w nich do dzisiaj, a ja i mąż nigdy do kościoła nie lgnęliśmy, choć drogą prób i błędów w świecie ateizmu doszliśmy do wniosku, że tak po ludzku powinniśmy dać swoim dzieciom stabilizację i powinniśmy pokazać, że bez kościoła też się da i możemy wyjąć na prostą i tak też się stało w końcu – o losie.

Wracając do mojego zaniku odczuwania świąt, to mam tak, że kiedy mam zajęcie, to też myślę. Myślę sobie, że doczekałam kolejnych świąt w jako takim zdrowiu. Mąż jest obok mnie i razem ciągniemy ten wózek. Gdzieś około soboty miałam częste chwile płaczliwe i zaczęło mnie porządnie ruszać. Stałam się taka uwrażliwiona, że co troszkę miałam mokre oczy i oto już wiedziałam. Wiedziałam że to jest ten moment, że zrobię wszystko, aby te kolejne dane nam święta zapragnęłam znowu przeżywać i nagle pojawiła się wena i chęć wielka, by w miarę możliwości wszelakich znów było cudnie i magicznie.

Myślałam sobie, że było w moim życiu tak wiele sytuacji, że powinno praktycznie nie być  już mnie na tym świecie, a jednak jestem na przekór wszystkiemu i tym bardziej chce mi się cieszyć moją rodziną i oby dane mi to będzie i za rok. Może ponownie pokonam samą siebie i przyjdzie wena do szykowania, a potem przeżywania. 

Pierwszy raz, mój eksperyment przy pomocy męża. Jest inaczej i jest śmiesznie, bo moja wena się odnalazła i zaszalała 🙂

Rozkapryszeni niby biedni!

Wigilia już za chwilę i tak między jedną sałatką, a drugą trzeba trochę odpocząć, wszak nie mam już 18 lat. 😀

Odpoczywam przy komputerze i tak sobie czytam i czytam, aż coś mimo wewnętrznego spokoju, który staram się mieć przed świętami i po świętach, to coś zazgrzyta niestety. Tak sobie myślę, czy pomagać ludziom potrzebującym, tym z mniej zasobnym portfelem, bez pracy często, czy raczej nie pomagać z takiej racji, że możemy nie trafić z tą pomocą w po prostu w wysublimowane gusta i guściki. Oto czytam, że jedna z mam tak się zbulwersowała mizerną paczką dla swoich pociech, że ogłosiła swoje oburzenie na Facebooku i czytam, że:

Otrzymała tylko pięć rzeczy i to byle jakich, że nie ma z tego nic, co by nadawało się pod choinkę, a więc jest totalnie zawiedziona tym, że ktoś tą paczkę naszykował, nadał na poczcie, czy też przekazał do punktu pomocy biedniejszym, a więc się pofatygował z dobrym sercem, a tu klops!  Pani jest niezadowolona i postanowiła ten nietakt ogłosić całemu światu.

Cóż tu więcej napisać, oprócz tego, że strach robić teraz jakieś paczki. Strach cokolwiek kupić ze średniej półki i strach to komuś podarować, bo można dostać porządny opieprz za sknerstwo i brak wyobraźni ha ha.

I na tym zakończę ten krótki wpis, bo lecę dalej coś tam szykować, a niżej wklejam słowa naszego aktora, które niezmiernie mi się spodobały, bo wszyscy pomagać lubimy, bo pomaganie jest trendy, ale naprawdę przyszły teraz takie czasy, że strach jest pomagać, gdyż można znaleźć się na ustach wszystkich portali społecznościowych i możemy być wytknięci bezrobotnym paluchem, że skąpi jesteśmy i żałujemy włożyć do paczki wszystko, co najlepsze.:D

Kochani, dedykuję Wam już moją najpiękniejszą świąteczną kolędę i oby Wam się – tak po ludzku – we wszystkim 🙂

Rzucili karpia po promocji!

Sobota i nagle miałam swoje dzieci przy sobie dobrą chwilę.  Tak się złożyło, a niezbyt często się to zdarza, bo przecież mają swoje, zapędzone życie.

Radość na mojej twarzy, bo wreszcie można na spokojnie było usiąść i dograć spotkanie przy stole świątecznym i słyszałam:

– Mamo nie rób tyle jedzenia, bo przecież przyjdziemy najedzeni, a ile jeść można. Wystarczy kawa i ciasto, a więc nie gotuj żadnego obiadu i nie szalej. 

Konsternacja w mojej głowie, bo wiem, że przyjdą najedzeni, ale w głowie zaczęłam układać lżejsze menu, a także postanowiłam, że i tak zrobię po swojemu, bo święta poszerzone są o weekend, a więc trochę tych dni będzie.

Ale chciałam napisać też o tym, że rano stwierdziłam, iż tradycja świąteczna traci kompletnie sens i zabiła ją komercja. Święta po prostu zamieniły się w wielkiego potwora z człowiekiem w roli głównej. Komercja zabiła w ludziach ludzkie odruchy i odczucia i widzimy oto takie sceny jak na poniższym filmiku:

https://www.youtube.com/watch?v=AKCKd9xr1cg&feature=youtu.be

Czy o to chodzi w tym wszystkim, aby w sklepach rzucać się jak głodne zwierzaki na żer? Czy to ma jakieś wytłumaczenie, że ludzie rzucają się i depczą nawzajem w sklepach, bo rzucili karpia? Czy o to chodzi w tym wszystkim, tym całym zamieszaniu, aby zdeptać bliźniego, bo karp jest tańszy o złotówkę?

Ktoś powie, że ludziom się nie przelewa i oszczędzają na wszystkim. Ktoś powie, że ludzie są biedni i nie mają na lekarstwa i ta bieda wyzwala w nich takie zachowania, a moje zdanie jest takie, że niech szlag trafi tego tańszego karpia, bo najważniejsza dla mnie jest moja godność i tyle.

gdy rozum śpi

święta Bożego Narodzenia zapowiadane, 
na długo przed – iluminacją świateł okien wystawowych. 
wszechobecny głód posiadania – dźwignią handlu! 
…więc w pocie czoła, na bezdechu, po niezliczonych 
półkach… meta – dział ze spirytualiami! 

obfitość wypycha brzuchy, uniemożliwiając 
pochylenie się nad żłobkiem narodzenia, 
gdzie dziecinę w swej nagości prawdziwą, 
przywalono komercją! jej płaczu nie słychać, 
nawet w kościele! 

Bóg się narodził… 
żydem był – więc zaciśnięto mu na małej szyi 
koloratkę z nietolerancji… 

tylko ślepiec, pobłogosławi 
trędowatą wiarę!

Zofia Szydzik

Moim zdaniem to są najpiękniejsze życzenia jakie w tym roku usłyszałam od Doroty Wellman i Marcina Prokopa.  Kiedy je usłyszałam, to łza mi spadła z rzęsy, bo są to życzenia bardzo proste, ale ileż mają w sobie głębi i mówią prosto i wyraźnie – o co w tym wszystkim powinno chodzić.

http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/takie-zyczenia-to-tylko-w-dzien-dobry-tvn,152794.html

Nie śmiej się nigdy z cudzych porażek

Uf, chodzę sobie tak po domu i szykujemy z mężem święta, a więc jak w każdym domu pachnie już bigosem i grzybami, a także to fakt, że trzeba przetrzeć, a tam odświeżyć i tak nam te dni wszystkim upływają. Chodzę więc sobie i coś mnie w środku wierci i uwiera i spokoju nie daje.

Ilekroć tak się dzieje, że w życiu coś nam się nie powiedzie i doznajemy życiowej porażki. Wznosimy wówczas oczy wysoko i pytamy Boga dlaczego tak nas doświadcza i pytamy dlaczego tak nas sromotnie karze. Zadajemy mu pytanie, bo czym sobie na to wszystko zasłużyliśmy, ale jak to bywa – odpowiedzi na nasze pytania znikąd nie otrzymujemy. Mielimy w sobie nasze porażki i upadki czasami dłużej, a czasami krócej, ale problem spędza nam sen z oczu.

Każdy z nas doznał w swoim życiu porażki i nie ma człowieka dorosłego, któremu wszystko idzie jak po maśle, a życie jest usłane płatkami róż, ale są ludzie, którym pod górkę w życiu jest cały czas. Od urodzenia do śmierci są skazani na cykliczne porażki i wciąż upadają i się podnoszą, ale często bywa też tak, że już nigdy nie są w stanie się podnieść i przegrywają.

Porażką może być dosłownie wszystko, bo już w dzieciństwie, kiedy to jedno z rodziców pije alkohol, albo oboje. Kiedy rodzice sobie kompletnie nie radzą, a swoje frustracje przelewają na swoje dzieci. Porażką może być życie młodzieńcze, kiedy to w szkole nie jesteśmy akceptowani z różnych powodów, a dojrzewanie psychiczne przebiega bardzo burzliwie i wówczas jakże często młodzież ucieka w narkotyki i inne używki.

Porażką może być wejście w niewłaściwy związek, pełen przemocy, a także mimo starań rodzicielskich, nasze dziecko wymyka się z pod kontroli i nijak nie można do niego dotrzeć i w końcu przestajemy nad tym panować.

Porażki życiowe skądś się biorą i osaczają nas. Jednych rzadziej, a drudzy wciąż tych porażek mają nadmiar i tu postawię pytanie, bo dlaczego tak się dzieje?

W swoim życiu miałam bardzo wiele swoich osobistych porażek, bo choćby moje małżeństwo na początku i trochę później było moją porażką. Podnosiłam się z jednej porażki, a za parę lat ponownie musiałam się podnosić. Różnie sobie to tłumaczyłam, a bo wyszłam może za wcześnie za mąż i mój wybranek się wystraszył obowiązków. Może mnie nie kochał zbyt mocno, a może jestem nie dość dobrą żoną i tych pytań w mojej głowie było dziesiątki. Musiałam sobie na nie sama odpowiadać i drobnymi kroczkami doszłam w końcu do poprawnej stabilizacji, ale wiecie co?

To jest tak, że po porażkach i poukładaniu sobie tego wszystkiego jest w człowieku taki czerwony guzik, który nie pozwala na sto procent cieszyć się z tego, co się udało poskładać, bo gdzieś tam w środku czujemy i boimy się następnej porażki, która może być tak mocna, że zmiecie nas z powierzchni ziemi i już nigdy się nie pozbieramy, a więc przynajmniej ja, jestem na wiecznym czuwaniu i nie potrafię tego wyluzować, bo moim motto jest, że nigdy nie mów nigdy!

Moje przemyślenia zrodziły się z wiadomości o synu Super Niani, która przeżywa kolejną swoją porażkę życiową. Najpierw się rozwiodła z wykształconym profesorem UW. Potem odeszło od niej dwóch synów, bo wolały z matką nie mieszkać, a więc już te dwie życiowe sytuacje, to były dla niej wielką porażką, ale nie wyciągnęła z tego ani grama nauczki.

Dlaczego tak sądzę? Kiedy powtórnie wyszła za mąż, za mężczyznę poznanego przez Internet, nagle zaczęła brylować w mediach i opowiadać na lewo i na prawo jakże teraz jest szczęśliwą kobietą, a to wszystko dokumentowała na swojej stronie fejsbukowej. Kwiaty od męża – zdjęcie. Spotkanie rodzinne – zdjęcie. Mąż gotuje dla niej – zdjęcie. Mąż sprząta – zdjęcie itd.

Nie, nie jest we mnie ani grama zawiści do tej kobiety, której świat realny pomylił się z wirtualny, bo jest ewidentnie uzależniona od sieci. Nie cieszy mnie jej porażka wychowawcza, bo przecież tych dzieci nie kształtowała w okresie, kiedy matka powinna być przy dzieciach. Nie cieszy mnie fakt, że syn definitywnie zakończył jej karierę, jako psychologa rozwojowego, bo nikt już nie zaprosi jej na wykłady, bo kto zaufa teraz Super Niani, kiedy syn siedzi w więzieiu? Nie cieszę się, choć nie przepadam za tą kobietą, ale się dziwię i to strasznie się dziwię, że wykształcona kobieta nie potrafiła wyciągnąć wniosków ze swoich porażek, że nie wszystko jest na sprzedaż. Nie zrozumiała, że nie powinno się wszystkiego opowiadać w mediach, a jest tego bardzo dużo. Nie cieszy mnie jej upadek, ale nie potrafię zrozumieć, że można tak bardzo zatracić się w celebryckim życiu. Wiem, że jest jej teraz ciężko i wiem, że nie powinno się aż tak chwalić tym szczęściem i je sprzedawać, kiedy za progiem może czai się następna porażka właśnie.

Bardzo jej współczuję i mam nadzieję, że się podniesie, choć sądzę, że nie prędko i wyciągnie teraz wnioski, że lepiej skromnie, a bezpiecznie i więcej dla siebie, a nie na pokaz.

Jeśli ktoś przeżywa teraz swoją porażkę, to wklejam taki chyba bardzo dobry przepis, aby się wygrzebać, otrzepać i iść dalej. 🙂

Świetnie obrazuje to tekst amerykańskiego milionera i przedsiębiorcy Jima Rohna pt.„Filozofia mrówek”

1. Mrówki nigdy nie rezygnują. Gdy postawi im się blokadę na drodze, zawsze znajdują inną drogę, która blokadę omija.

2. Mrówki w lecie myślą o zimie. Lato (sukcesy) nie trwa wieczność, warto mieć w świadomości, że może się pojawić zima (kryzys), warto się na nią przygotowywać, zbierać zapasy, budować bezpieczne miejsce do przezimowania.

3. Mrówki w zimie myślą o lecie. Przecież zima (kryzys) nie będzie trwała wiecznie. Kiedyś minie.

4. Mrówki robią wszystko, co konieczne. Podejmują każde możliwe działanie. Nie czekają na lepsze czasy, tylko cały czas znoszą pożywienie do mrowiska.

 

Nigdy bym nie chciała zobaczyć swojego dziecka w mediach z czarną przepaską na oczach – nigdy, ale nigdy nie mów nigdy!

Wielkie żarcie Krystyny Pawłowicz!

Jestem zwykłą i prostą, polską kobietą. Nie mam tytułu profesora i wyższego wykształcenia, a jeno średnie. Żyję w moim kraju spokojnie i sobie obserwuję te wszystkie persony w Sejmie i w polityce. Słucham i wyciągam swoje wnioski, które czasami umieszczam tylko na moim blogu i nie specjalnie dzielę się z nimi ze swoimi bliskimi, bo Oni pędzą przez życie, kiedy ja już spowolniłam.

Ale jest coś takiego we mnie, jak duma kobieca, gdyż wydaje mi się, że kobieta powinna być dumna z tego, że jest właśnie kobietą. Kobieta rodzi dzieci i potem je wychowuje na dobrych i wartościowych ludzi. Kiedy dano jej prawo do pracy, to do niej poszłyśmy, a kiedy otrzymałyśmy prawo wyborcze, to z dumą idziemy głosować, ale na Boga?! Kto głosował na Krystynę Pawłowicz? Kto oddał głos na kobietę, której obce są wszelkie dobre maniery, a jej siłą przewodnią jest pyskówka na naszych oczach i „Wielkie żarcie” w Sejmie.

Jak można w ten sposób się zachowywać i nie znać podstawowych kanonów kultury, bo moi drodzy tak sobie myślę, że wszystko ma swoje miejsce i swój czas i epatowanie rozdziawioną buzią pochłaniającą wielką bułę jest wysoce niestosowne.

Tak sobie myślę, że ta kobieta jest kompletnie oderwana od rzeczywistości i przynosi wstyd, tak wstyd nam kobietom, prostym kobietom, a jednak wielkim, które potrafią się zachować w poszczególnych sytuacjach, choć nie znają etykiety dworu Królowej Elżbiety. Przynosi wstyd kobietom skromnym, a jednak wielkim, które w swoim codziennym zabieganiu potrafią powiedzieć przepraszam i dziękuję. Potrafią obdarzyć otoczenie przyjaznym uśmiechem i kompetencją na swoich stanowiskach pracy i proszę je uważać za kobiety wielkie, a to, to psuje tylko wizerunek nas kobiet i wrzeszczy do dziennikarki, że jest idiotką i wszystko kieruje do etyki poselskiej. 

I tu jest moja myśl, że osoby upośledzone, albo z zaburzeniami osobowości powinny być leczone w zakładzie zamkniętym, a nie żyjące na nasz koszt, bo siusia się w toalecie, śpi się na kanapie, a jeść powinno się pięknie i należy celebrować każdy kęs, a nie żreć jakąś bułę przed kamerami. Nikt mi nie wmówi, że powinno być inaczej i w zasadzie nic się takiego nie stało, bo się do cholery stało, bo ja nie mam ochoty oglądać kobiety jedzącej w Sejmie za moją kasę, kiedy inna kobieta nie ma kawałeczka wędliny na chleb dla swojego dziecka.

Koniec i basta!

 

Kiedy się kocha nad życie!

Pewnego wieczora, kiedy mąż Zuzanny się spóźniał z pracy znów była niespokojna i bardzo nie swoja i nagle jej dorastające córki powiedziały jej bardzo znamienne słowa, które zapamiętała do końca swoich dni.

– Mamo, ty bardziej kochasz naszego ojca, bo kiedy on się spóźnia, albo go nie ma, to jesteś nieobecna, jakbyśmy wcale dla ciebie nie były ważne. Jesteś nieobecna i smutna, a my chcemy mieć radosną mamę, która się nami zainteresuje i z nami wieczorem porozmawia, ale do ciebie nic nie dociera, choć dajemy ci znaki. Kochamy cię tak strasznie  i tęsknimy za tobą. Mamo obudź się, bo my tu jesteśmy, ale ty jesteś gdzieś bardzo daleko i jeśli coś robisz dla nas, to wszystko jakby z przymusu.

Te słowa córek Zuzanny wbiły ją w ścianę i zastygła z nimi na kanapie.

– Boże, pomyślała, jednak one są już dorosłe i nic się przed nimi nie ukryje i czy rzeczywiście się tak zachowuję i nie daje im dostatecznej dawki miłości? Słowa jej dzieci obudziły w niej instynkt, że musi się pilnować i nie może w ich życiu jej zabraknąć.

Kochała swoje dzieci nad życie i zwarła się w sobie, że już więcej nie da im poznać po sobie, że kiedy męża w domu nie ma, to nie pokaże żadnego niepokoju. Gotowała swoim dzieciom najlepsze obiady, odrabiała z nimi lekcje i przede wszystkim słuchała tego, co nastolatki mają jej do powiedzenia. Doradzała im w pierwszych porywach miłosnych i starała się być bardzo blisko, aby nigdy więcej nie usłyszeć, że nie kocha ich dostatecznie, bo w uszach wciąż jej brzmiały ich słowa, a więc swoją miłość podzieliła na to -tu i teraz i na oczekiwanie na męża.

Mąż Zuzanny miał ciężką pracę w milicji i nigdy nie wiadomo było, co mu wyskoczy. To były czasy, kiedy telefon w domu to był luksus i skoro w domu Zuzanny tego telefonu nie było, to dlatego drżała jak osika i wyobrażała sobie najgorsze scenariusze. Kiedy kładła się spać, a męża nie było, to nie było mowy o śnie, gdyż była na wiecznym czuwaniu, a kiedy się zjawił zmęczony, to wtulała się w niego jak w najdroższe futro i nareszcie czuła się bezpieczna i była najbardziej szczęśliwą kobietą na ziemi.

To były jej chwile, kiedy czuła go obok siebie i głaskała każdą część jego ciała, dziękując losowi, że znowu są razem.

Mijały lata i dziewczynki poszły na swoje, a ona długo przyzwyczajała się, że ich już w domu nie ma. Kochała je i nie mogła pogodzić się z tym, że tak nagle w domu ucichło. Mąż jej przeszedł na emeryturę i musieli nauczyć się żyć na nowo. Bardzo dobrze im to szło, bo on robił zakupy dla domu, co uwielbiał robić, a ona całkowicie oddała się dogadzaniu mu kulinarnie. Wychodzili razem na długie spacery, podczas, których wspominali czas z córkami i wspólnie wakacje na wyjazdach do lasu i nad jeziora. To były ich chwile zakodowane w siwych głowach, bardzo cenne dla nich.

Przyszły Święta Bożego Narodzenia i córki wraz z rodzinami zjechały się na Wigilię, którą Zuzanna przygotowała specjalnie dla nich. Starała się zawsze, aby ten wieczór był szczególnie rodzinny, a pod choinką nie zabrakło dla nikogo prezentów. To był jej czas, kiedy mogła z bliska i na nowo pobyć ze swoimi ukochanymi dziećmi i wnukami i była bardzo szczęśliwą matką i babcią.

Przyszedł czas, że dzieci odjechały i nagle stało się nieszczęście, bo w drugi dzień świąt jej ukochany mąż nagle zasłabł i kiedy karetka pogotowia przyjechała, było już za późno, bo zawał był bardzo agresywny i rozległy.

Ponownie spotkała się ze swoimi córkami, ale na cmentarzu, które płakały po ojcu razem z nią, nad grobem ojca z miejscem ewentualnym dla ich matki, a jego żony. Nie wyobrażały sobie, aby po śmierci cokolwiek ich rozdzieliło i wiedziały, że muszą być zawsze blisko siebie.

Zuzanna po pogrzebie wróciła do domu i wszystko było dla niej już nie tak. Córki były na telefonie wciąż, ale coś w niej pękło na zawsze. Otwierała szafy i wąchała ubrania męża. Nie zmieniła pościeli, bo nie chciała utracić zapachu swego ukochanego. Nie zrobiła żadnej segregacji jego ubrań i nic nie oddała biednym. Leżała całymi dniami i tęskniła za mężczyzną swojego życia, a ból tęsknoty rozrywała jej serce i nie działały na nią telefony dzieci, które prosiły, by wzięła się w garść i zaczęła żyć. Nie umiała się pozbierać i przyznała swoim dzieciom rację, które kilka lat wcześniej jej powiedziały, że kocha swojego męża bardziej niż swoje dzieci!

Wyjęła z apteczki wszystkie swoje i  męża leki  i kiedy ktoś wezwał pogotowie, to było już zbyt późno, by ją uratować, a za oknem pachniało już wiosną!

 

Zakładamy maski i idziemy w świat!

W naszych głowach oprócz szufladek na rozum mamy szufladki, gdzie bardzo starannie poukładane są maski jakie przywdziewamy z chwilą obudzenia się. Te maski są nam potrzebne, aby ukryć się za nimi na potrzeby chwili i sytuacji.

Zakładamy je gdyż nie chcemy być odrzuceni, uważani za głupszych, czy też słabszych, a więc idziemy do pracy i nie jesteśmy sobą, bo przykryci jesteśmy maską, którą prezentujemy w miejscu pracy.

Zakochujemy się i chcemy zdobyć drugą połowę, to też robimy to w masce, aby wypaść jak najlepiej. Chcemy być postrzegani jako interesujący partnerzy, pełni polotu i zalotności.

Nie ma między nami człowieka, który jest rzeczywiście autentyczny i prezentujący swoje prawdziwe oblicze. Jesteśmy inni w realu i jesteśmy inni w wirtualu i jakże często owe maski przeszkadzają nam rozróżnić, co jest prawdą, a co swoistą aktorską grą.

Piszemy na forach, a także na portalach społecznościowych i udowadniamy światu, że jesteśmy fajnymi i otwartymi ludźmi, choć w skrytości ducha jesteśmy nieszczęśliwi, opuszczeni i samotni. Jednak świat i ludzie nie lubią ludzi przygnębionych, a więc wkładamy maskę luzaka i aktora komediowego i okłamujemy wszystkich swoich znajomych, z którymi wymieniamy jakieś tam informacje.

Zakładamy maski w związku małżeńskim także, kiedy chcemy coś ukryć, albo głęboko zataić, a więc nosimy maskę skrywając swoje wielkie tajemnice. Jeśli chcemy tylko brać od drugiej osoby także zakładamy maskę i gramy swoją rolę, by cel osiągnąć.

Maski zakładają zazwyczaj dorośli, bo nie na darmo się mówi, że dzieci są najszczerszymi istotami na świecie, ze swoją dziecięcą naiwnością, jakże słodką i za to je kochamy, ale kiedy dzieci dorastają też zasłaniają się maską w szkole, a potem w dorosłym życiu i tak zatacza się koło.

Aktorzy noszą maski na potrzeby swoich ról, ale i politycy nieźle się maskują. Maski noszą wszyscy i trzeba bardzo być uważnym, aby się nie pomylić deklarując komuś swoją przyjaźń, czy całkowite oddanie. Trzeba ponoć zjeść z drugim człowiekiem beczkę soli, aby rozróżnić prawdę od fałszu.

A wieczorem, podczas wieczornej toalety wszyscy przed lustrem ściągamy nasze maski i dopiero przed snem  jesteśmy sobą, Dopiero wieczorem, gdy oczyścimy nasze twarze z grymasów i zastygłych min i fałszywych uśmiechów spoglądamy w lustrze na siebie – prawdziwych.

Piszę o tym dlatego, ponieważ ostatnimi dniami dwie sprawy mnie na dłużej zatrzymały w moim jestestwie.

Pierwsza, to zamordowanie rodziców przez syna i jego dziewczynę w bestialski sposób i z zimną krwią. Zbrodnia, której nijak się nie da wytłumaczyć i myślę, że najtęższe głowy z dziedziny psychiatrii mają zagwozdkę, co też skłoniło tych ludzi do tak perfidnej zbrodni. Ludzie, którzy ich znali nie potrafią sensownie wytłumaczyć tego czynu, a tu chodzi jedynie o to, że ci młodzi ludzie zdjęli swoje maski i dali upust barbarzyństwu i chuligaństwu z nożem w ręku. Coś się w ich dzieciństwie wydarzyło takiego, że  długo tłumione dało upust i krew się polała. Nijak tego się nie da zrozumieć i zastanawia, gdzie został popełniony błąd wychowawczy!

Druga sprawa, która mnie nurtuje, to sprawa dziecka Super Niani, który już w dorosłym życiu dopuszcza się próby gwałtu na swojej koleżance. Czy do tej pory syn też skrywał się za maską dobrze wychowanego młodzieńca, który nagle zrzuca maskę i staje się bestią? Czy też gdzieś tam został popełniony błąd w wychowaniu, że dziecku czegoś zabrakło i drogą przemocy zapragnął osiągnąć swój cel?

 Nie jestem psychologiem, a zwykłą straszą panią i nie potrafię zrozumieć dlaczego na świecie dokonuje się tyle bestialskich czynów, jakby zaprogramowanych kiedyś tam, a po zdjęciu maski, wdrożonych w czyn. Ten świat wciąż zadziwia, kiedy terroryści w maskach wojskowych i w imię Allacha zabijają ponad setkę dzieci. Nigdy nie pojmę tego.

Mam prawo myśleć, że kiedyś ludzie byli bardziej szczerzy w stosunkach między sobą, bo pamiętam czasy, kiedy w pracy z koleżankami rozmawiałam na najbardziej osobiste sprawy  i do dzisiaj nie wypłynęło nic na światło dzienne, a one także się zwierzały i zostało to tylko w naszych sercach i pamięci.

Teraz w świecie Internetu można doskonale się zamaskować i długo grać fałszywe role, bo dzisiejszy świat technologii ułatwia nam życie, ale nie jest łatwo rozróżnić prawdę od fałszu i prymitywnych, zakamuflowanych postaw ludzkich. Kryjemy się za avatarami i zmyślonymi nickami i w zasadzie nie ma w tym wszystkich człowieka, a są same maski.

Uważamy więc, a w sieci bądźmy najbardziej czujni.

Miłego dnia.

Niektóre tytuły w gazetach budzą lepiej niż kawa!

Budzę się przy kawie, a w którymś momencie kusi, by zajrzeć do sieci, aby dowiedzieć się co tam w świecie słychać i od razu, na wejściu, po oczach daje taki oto znamienny i intrygujący tytuł:

Pierwsza myśl o poranku przychodzi, że jakiś szmatławiec uwziął się na rodzinę Super Niani i wymyśla niusy, które zwiększą mu klikalność. Spoko, gadam do siebie i tłumaczę, że to nie może być prawda, ale w końcu jest zdjęcie zatroskanej matki pod drzwiami komisariatu, a więc coś na rzeczy musi być!

Usiłowanie gwałtu i pobicie koleżanki przez syna Doroty Zawadzkiej, toż to nius na cały dzień, bo rozpisały się wszystkie prawie gazety, a na portalach plotkarskich zawrzało, bo niby jak to? Syn tej słynnej Super Niani, która uczy rodziców jak wychowywać swoje potomstwo oto dopuścił się czynu wstrętnego i haniebnego. Gwałciciel wyszedł z pod skrzydeł psycholog, która na swoim profilu na Facebooku toczy burzliwe dyskusje o wychowaniu dzieci z polskimi matkami. Dochodzi tam często do sytuacji, że matki się wzajemnie nie cierpią i sypią sobie piaskiem po oczach za przyzwoleniem adminki.

Jest to profil, gdzie bez końca D.Z. wpaja rodzicom o bezstresowym wychowaniu pociech i kategorycznie zabrania klapsów, bo to jest przemoc i już!  Jest to profil, na którym właścicielka chętnie podejmuje dyskusje na temat osób publicznych i neguje ich postępowanie i zdarza się z jej strony bezwzględna krytyka tych osób i choćby wymienię Edytę Górniak, czy Kubę Wojewódzkiego, ale i innym dostają się baty, bo Super Niania ma skłonności do krytykanctwa i jeśli ona krytykuje, to absolutnie ma rację, a tu taki kwiatek wyrósł jej pod nosem, niczym niechciany wąs pod nosem kobiety publicznej.

Gadam do siebie wciąż, że to chyba jakaś medialna kaczka i czekam na inne doniesienia w tej sprawie i czytam, że owszem, bo doszło do takiego wydarzenia i jutro synowi D.Z. zostaną postawione zarzuty, a więc jest coś na rzeczy i nagle szkoda mi się zrobiło tej kobiety, a wiecie dlaczego? Dlatego, że ona swoich synów wychowywała zaledwie do 14, 16 roku życia, a po rozwodzie wychowywał ich jej pierwszy mąż. Można o tym w sieci wyczytać, że chłopcy raczej woleli być pod kuratelą ojca, ale co się dzisiaj stało?

Czytam komentarze pod doniesieniami – tysiące komentarzy i hejt spadł praktycznie na matkę, że źle wychowała syna, bo bezstresowo i chłopakowi w dupie się poprzewracało. Czytałam, że za mało sadzała go na karnego jeżyka i za dużo widocznie zjadł margaryny Rama i takie tam. Wywnioskowałam z tego, że ta medialna kobieta, która tak bardzo zdradza swoje życie osobiste w mediach dostała od internautów wielką porcję pokory, choć ja hejtu nie popieram.

Wynika z tego, że jest osobą nielubianą i w internecie wylało się dziś szambo na nią z kubłem zimnej wody, ale ja nie sądzę, aby ta pani wyciągnęła z tego jakiekolwiek wnioski, bo ta pani jest tak napalona na media, że syn może pójdzie do kicia, a ona stwierdzi, że to tylko deszczyk napadał.

Osobiście szczerze jej współczuję, bo psycholog z brzemieniem syna gwałciciela może skutecznie zabić jej dalszą karierę – wszędzie!

Ps. I gdybym to ja była osobą publiczną, a moje dziecko wywinęło taki numer, to bym się kategorycznie wycofała z mediów na czas wyjaśnienia całej tej chryi. Jeśli jednak sąd by skazał moje dziecko, to bym płakała ile się da, a media bym zwyczajnie olała, ale nie sądzę, aby D.Z było by na to stać, bo ona zakochana jest w swoim obrazie i to jest niepokojące.

Aby w święta widzieć uczciwą twarz w lustrze!

Z badań, które przeprowadził międzynarodowy serwis Victoria Milano wynika, że aż 71 proc. zdradzających kobiet i 58 proc. niewiernych panów zrobi wszystko, by w święta wyrwać się z domu i choć na chwilę znaleźć się w ramionach kochanka lub kochanki.

http://natemat.pl/86269,zdrada-jako-swiateczny-prezent-boze-narodzenie-to-nie-tylko-czas-dla-rodziny-ale-i-kochankow

Tyle mówią statystyki, a co jeśli kochankowie nie mogą się spotkać z różnych przyczyn, bo kłamstwo ma krótkie nogi? Chyba cierpią piekielnie z tego powodu, że oto tam gdzieś jest kochanka, czy kochanek i trzeba przy współmałżonku robić dobrą minę do złej gry. Trzeba w końcu przygotować mieszkanie, czyli wysprzątać i wypolerować i trzeba w końcu coś na stół przygotować, kupić choinkę i ją ślicznie ubrać, aby partnerka, czy też partner się nie pokapowali, że kompletnie nie ma się na to ochoty i robi się to bez serca, aby tylko stwarzać pozory i uśmiechać się przez łzy, gdyż po głowie chodzi jedynie potajemna, świąteczna schadzka.

To musi być straszne i traumatyczne, kiedy siada się z rodziną przy stole, pięknie przystrojonym w magicznym domu, oświetlonym świecami i lampkami, które blaskiem odbijają się w kolorowych bombkach. To musi być strasznie trudne, kiedy trzeba w końcu złożyć żonie, czy też mężowi życzenia wszystkiego najlepszego na następny rok i podziękować za miniony. To musi być smutne, kiedy własne dzieci rozpakowują prezenty i się z nich cieszą i dziękują za nie ze szczerych, dziecinnych serduszek. To musi być okropne, kiedy partner pod wpływem nastrojowego klimatu poprosi po Wigilii o chwilę intymną by zwieńczyć ten cudowny wieczór, a więc ogólnie podsumowując, to jest droga przez mękę i te spojrzenia ukradkiem na telefon, czy ukochana, lub ukochany dał drobniutki znak esemesem!

Cierpienie chyba jest jeszcze większe, kiedy zakochani wiedzą, że kochanek, czy też kochanka spędza te święta zupełnie samotnie i czeka, aż ten ktoś się w końcu wyrwie z pod kurateli i zapuka niespodziewanie do drzwi, w które się patrzy z utęsknieniem przez tyle godzin. Niestety, ale w święta trudno coś wykombinować, bo delegacje nie wchodzą w grę i w zasadzie jakoś trudno z tego domu się wyrwać, bo przychodzi rozradowana rodzina i zaczyna się biesiada. No jak się wyrwać, aby nie wzbudzać podejrzeń, choć tam w środku aż skręca z tęsknoty.

Trudne jest życie uwikłanych w takie podwójne relacje i kłamstwo musi strasznie uwierać, a mimo to, ludzie w to wchodzą i na co dzień żyją w tym kłamstwie i zakłamaniu kombinując różne powody, aby tylko zaspokoić swoją chuć.

Nie lepiej by było rozstać się z partnerem i poukładać sobie życie na nowo, niż okłamywać drugą stronę, najczęściej zupełnie nieświadomą. Nie lepiej, bo zgodnie z wiarą chrześcijańską być uczciwym wobec siebie i zacząć żyć zgodnie z wyznawaną wiarą, bo wcześniej, czy później takie dziadowskie zachowanie i tak się wyda, a potem jest tylko jeszcze większy dramat i rozpacz, że tej drugiej stronie wali się nagle świat, ale zdradzacze nie zdają sobie z tego sprawy i brną w to ile się tylko da.

Wiem jak to jest, bo sama byłam ofiarą takiej sytuacji i kiedy się dowiedziałam, to przed oczyma widziałam tamte święta i Wigilię, kiedy się niczego nie domyślałam i wiem jak cholernie to boli. Boli tak, że można z tego bólu zwariować i współczuję wszystkim, którzy przez to piekło przeszli, albo przechodzą, a sama na dzień dzisiejszy znam kobietę, która zabrnęła w zdradę bardzo głęboko i wciąż w niej trwa, a na facebooku napisała, że jej mąż już obdarował ją wspaniałym i wymarzonym prezentem i zebrało mi się na mdłości.

Jestem taka, że nie wtrącam się w życie innych ludzi, ale po cichu napiszę, że strasznie mi żal tego jej męża, bo choć szorstkim jest mężem, to mimo wszystko ją po swojemu   kocha.

I to by było na tyle moich rozważań, bo moje życie toczy się dalej, a mdłości z czasem miną 🙂

I po co drzeć szaty w tylko jednym, danym nam życiu?

Dzisiejszy dzień, 13 grudnia sprawił, że jestem w kiepskim humorze i po godzinie 13 stałam się bardziej wrażliwa niż jestem w rzeczywistości. Często jest tak, że chowam w sobie głęboko emocje i nie pokazuję ich nikomu, bo po co mam swoimi emocjami zatruwać innym życie, ale dziś kiedy Naród wyszedł na ulice Warszawy pod przewodnictwem Prezesa i innych z tej szajki zrobiło mi się bardzo smutno.
Pamiętam ogłoszenie Stanu Wojennego, bo mi zabrali męża na „wojnę” i zostałam z dwojgiem malutkich dzieci i nie chcę wracać do tego dnia, kiedy nie mogłam pohamować łez rozpaczy, a jednocześnie uspokajać dzieci, które widziały mój smutek i na tym zakończę swoje wspomnienia.
Wyszli ludzie na ulice Warszawy i domagali się nie wiadomo czego, bo nie potrafili dokładnie sprecyzować po co właściwie wyszli, a coś dukali pod nosem, że w obronie demokracji i krzyczeli, że precz z komuną, a ja tak na nich przez ekran telewizora spojrzałam i stwierdziłam, że mimo 25 lat wolności, ci ludzie wciąż są tacy smutni, jak to w komunie śpiewał Smoleń. Szli smutni ludzie, którzy zabawili się w martyrologię  i zanegowali wszystko, dosłownie wszystko, co kraj nasz osiągnął przez te 25 lat. Nie ma dróg i mostów. Nie ma ciepłej wody w kranach i nie ma ogrzewanych mieszkań. Nie mają co na siebie włożyć i nie mają co włożyć do gara, ale za to mają siłę wyjść na ulicę i wieszczyć banały, bo tak im podpowiada wielki wódz, który dziś zrobił sobie kampanię wyborczą!
Nie twierdzę, że w moim kraju wszystko jest dobrze. Nie twierdzę, że już nic nie ma do poprawki i nie twierdzę, że rządzący są super i hiper, bo bym skłamała i wpadła w samo zachwyt albo bym straciła trzeźwe patrzenie na rzeczywistość, a nie chcę się okłamywać i wiecie co?
Znalazłam taki szeroki artykuł, który tu wklejam, bo mi świetnie pasuje do dzisiejszego dnia, kiedy niektórzy z komunałami wrzeszczą i są wiecznie niezadowoleni. Przychodzi taki czas, że to wszystko jest diabła warte, bo przychodzi choroba, która odbiera albo rozum, albo pozbawia siły wszystkie członki ludzkie i trzeba się zmagać z chorobą i niedołęstwem. Trzeba wybrać i zadecydować i niech wówczas szlag trafi to wszystko.
Kto zechce, ten przeczyta poniższy artykuł, a kto nie zachce, to niech chociaż przeczyta wstęp, aby zatrzymać się na chwilkę i zastanowić, że nie ma nic ważniejszego jak życie, samo w sobie.
Do Szwajcarii przyjeżdżają umierać ludzie z całego świata. Tu wolno pomóc w samobójstwie.

Rozmowa z dr Eriką Preisig, lekarką, która pomaga umrzećCzy to pokój, w którym się umiera?– Tak. Jak pani widzi, pacjent może wybrać, czy chce to zrobić na łóżku, czy w fotelu. Jest też duża kanapa, bo większość osób przyjeżdża do nas z rodziną. To są często trzy pokolenia: dziadkowie, rodzice i dzieci. Dziś rano umarł tu starszy pan z Francji, była przy nim córka z zięciem i dwóch dorosłych wnuków. Przy czym jeden z nich od razu zaznaczył, że nie chce być obecny przy tym ostatnim momencie, i wyszedł na zewnątrz. Rozumiem to i szanuję, bo ludzie czasem boją się patrzeć na śmierć. Boją się, że zobaczą drgawki, rzężenie, że ta osoba będzie cierpieć i to będzie dla nich trudne do zniesienia.Tak nie jest?– Wspomagane samobójstwo to jest spokojna, łagodna śmierć. Pacjent dostaje dużą dawkę silnego środka znieczulającego i po prostu zasypia.I pani mu to podaje?

– Nie. Musimy odróżnić dwie rzeczy: eutanazję i wspomagane samobójstwo. Eutanazja jest wtedy, kiedy lekarz sam daje pacjentowi zastrzyk uśmiercający. W Szwajcarii to nielegalne. Dopuszczalna jest za to pomoc w samobójstwie. Nasze prawo mówi, że jeśli ktoś chce umrzeć, można mu pomóc, pod warunkiem że nie stoją za tym żadne osobiste korzyści.

Dla pani to jest różnica?

– Gdybym sama miała zrobić ten zastrzyk, tobym czuła, że ja go zabijam. A to musi być decyzja i działanie pacjenta. Ja jestem po to, żeby on to zrobił bezpiecznie.

I co pani robi?

– Robię wkłucie do żyły i przygotowuję kroplówkę z solą fizjologiczną – na próbę. Pacjent najpierw sprawdza, czy potrafi ją sam uruchomić. Jeśli tak, umieszczam w niej właściwy środek. Od tej pory nikt inny poza nim nie może jej dotknąć. Kiedy jest gotowy, sam uruchamia kroplówkę specjalnym przyciskiem. I to jest bardzo ważne, żeby on to zrobił sam. Jeśli jest sparaliżowany i nie może ruszać ręką, dajemy mu specjalny przyrząd. Proszę zobaczyć: to jest taka lekka dźwigienka, która przypomina działaniem migawkę w aparacie fotograficznym. Wykonał to dla nas na zamówienie człowiek, który zajmuje się właśnie produkcją aparatów. Wystarczy lekko dotknąć – brodą, językiem – i uruchomi się mechanizm, który odblokuje lek.

I to już?

– Pacjent wie, że od tego momentu będzie żył jeszcze około czterech minut. Może pożegnać się z rodziną, przytulić. Po mniej więcej minucie przychodzi sen, potem ustaje akcja serca.

Co dalej?

– Przychodzi policja i lekarz patolog, którzy sprawdzają, czy to była śmierć dobrowolna. Czy nie ma śladów uduszenia, noża w plecach, czy wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Na wszelki wypadek każdą wspomaganą śmierć filmujemy.

Pani tego nie przeżywa?

– Bardzo. Dlatego wolno nam asystować tylko przy jednej śmierci w tygodniu, nie więcej.

Kim był pani pierwszy pacjent?

– To był mój ojciec. Dziewięć lat temu znalazłam go nieprzytomnego w jego pokoju. Mieszkał wtedy w domu ze mną i moją rodziną. Wokół łóżka walały się puste opakowania po lekach i dwie opróżnione butelki wina. Wziął chyba wszystko, co można było znaleźć w apteczce, i solidnie zapił alkoholem. Miał 82 lata, był już po dwóch wylewach. Nie mógł pisać ani mówić, porozumiewał się właściwie tylko ruchami głowy, a i to nie zawsze się udawało. Zadawałam mu na przykład pytanie, a on kiwał, że „tak”. A za chwilę walił się ręką w czoło i ryczał rozwścieczony. Rozumiałam wtedy, że to miało być „nie”, tylko głowa odmawiała posłuszeństwa. To był szalenie inteligentny człowiek, fotograf, silna osobowość. W domu było nas siedmioro, moja mama zmarła przy porodzie najmłodszego brata, więc praktycznie wychował nas sam. Dla człowieka o takim charakterze ten stan bezradności musiał być nie do zniesienia.

<podzial_strony>

Wezwała pani karetkę?– Postanowiłam go nie ratować. I to było trudne, bo byłam już wtedy lekarką, od 20 lat prowadziłam praktykę rodzinną. Miałam też trójkę dzieci, którym jakoś musiałam to wytłumaczyć. Ojciec obudził się po trzech dniach. Widziałam, że jest zrozpaczony tym, że cały czas żyje. Jakiś czas później postawił sobie koło łóżka pocztówkę, na której był pociąg. Jak do niego przychodziłam, pokazywał palcem na ten pociąg. Zapytałam go nawet, w jakimś przypływie naiwności, czy chce się wybrać na wycieczkę. A on wtedy złapał się za gardło i wykonał taki ruch, jakby chciał się udusić. „Dobrze – powiedziałam. – Zawrzemy układ. Obiecaj, że nie będziesz próbował się zabić, skacząc pod pociąg, a ja postaram się zorganizować ci wspomagane samobójstwo”.Wiedziała pani, jak się do tego zabrać?– Mamy w Szwajcarii fundację Exit, która pomaga osobom w takiej sytuacji. Poszłam do nich, ale okazało się, że aby zakwalifikować się do wspomaganego samobójstwa, trzeba być ich członkiem przez przynajmniej pół roku. Mój ojciec by tyle nie wytrzymał. I wtedy znalazłam Dignitas.Organizację, do której przyjeżdżają umierać ludzie z całego świata.– Dignitas w przeciwieństwie do Exit przyjmuje nie tylko Szwajcarów. Nie mieli też takich obostrzeń dotyczących członkostwa. Jak się dowiedzieli, że jestem lekarką, zaproponowali, że mogę zrobić to sama. Mnie ta myśl przerażała, bo ja to wtedy postrzegałam jako ciężki grzech.

Pani jest wierząca?

– Pochodzę z bardzo religijnej rodziny. Rodzice należeli do Armii Zbawienia i jako dzieci chodziliśmy tam przynajmniej dwa razy w tygodniu. Ojciec cytował Biblię z pamięci, przyjaźnił się z teologami, duchownymi, prowadził z nimi niekończące się dyskusje na temat wiary. Bardzo żałuję, że nie mogłam go wtedy zapytać, jak zamierza to w sobie pogodzić – samobójstwo i religię. Co by na to powiedział jego Bóg?

Pani zadaje sobie to pytanie?

– Cały czas. Po śmierci ojca strasznie się bałam, że Bóg mnie jakoś za to ukarze, na przykład że umrze jedno z moich dzieci. W takim strachu przeżyłam dwa lata. Nic się nie stało. Miałam za to kilku umierających pacjentów pod opieką. Lekarze rodzinni często wolą takiego pacjenta odesłać do szpitala czy hospicjum, bo jemu trzeba poświęcić dużo czasu, czasami chodzi się do niego nawet trzy razy dziennie. Mnie zawsze zależało, żeby moi pacjenci – jeśli to możliwe – umierali w domu, żebym mogła się nimi opiekować do końca. Widziałam, że mniej więcej połowa z nich odchodzi w strasznym cierpieniu. Zaczęłam się wtedy zastanawiać: co my właściwie im robimy?

Medycyna nie radzi sobie z cierpieniem umierających?

– Nie w każdym przypadku. Miałam pacjenta z zaawansowanym rakiem płuc. Końcowe stadium tej choroby wygląda tak, że człowiek ma płuca pełne wydzieliny, którą się stopniowo dusi. To jest śmierć w strasznych męczarniach. 20 grudnia, tuż przed świętami, zaczęło być z nim bardzo źle. Nie mógł oddychać, więc zaczęliśmy odsysać wydzielinę, ale to tylko powodowało, że płuca produkowały jej więcej. Cały dom – bo on był pod opieką paliatywną w domu – wypełniony był zapachem gnijących płuc i tym charczeniem duszącego się człowieka. Jego żona błagała mnie, żebym mu pomogła umrzeć, a ja nic nie mogłam zrobić. Męczył się jeszcze kilka dni.

Ale jest przecież morfina. Nie można takiego człowieka „wygasić” lekami?

– To się nazywa sedacja paliatywna. Podajemy kombinację morfiny i innych środków w takiej dawce, żeby pacjenta nie uśmiercić, tylko wprowadzić w śpiączkę. Ten pacjent z rakiem płuc też to otrzymał. Ale czy ktoś jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że człowiek w śpiączce nic nie czuje? Miałam kiedyś pacjentkę w terminalnej fazie raka. Była potwornie spuchnięta, musiała bardzo cierpieć, ale jakoś nie mogła umrzeć, mimo że podaliśmy jej sedację paliatywną. Jej mąż zdradził mi, że podejrzewa, dlaczego ona nie może odejść: „Mamy piątkę dzieci, ale jedna córka nie jest moja. Żona odeszła do innego, była z nim raptem dwa tygodnie, ale wróciła już w ciąży. Myślę, że ona się boi, co się stanie z tą dziewczynką po jej śmierci”. I ja zaproponowałam, żeby usiadł przy niej i zapewnił ją, że się będzie dalej opiekował tą córką. Trzy godziny później jego żona zmarła.

To mógł być przypadek.

– Miałam więcej takich przypadków w swojej praktyce. Jak umierała moja matka, ojciec poszedł ją odwiedzić w szpitalu. Kiedy stanął koło jej łóżka, wyciągnęła rękę, przesunęła po guzikach na jego koszuli i zapięła mu ten przy kołnierzyku. A lekarz zapewniał nas, że jest w takim stanie, że nic do niej nie dociera.

Ludzie zawsze znajdowali sposób, żeby odebrać sobie życie bez asysty lekarza i pielęgniarki. Dlaczego mamy im pomagać?

– Żeby to było bezpieczne dla nich i dla ich bliskich. Mniej więcej rok po tym, gdy umarł mój ojciec, zadzwoniła do mnie żona jednego z moich pacjentów. To był mężczyzna z zaawansowanym nowotworem, miał 86 lat. I ona mówi mi, że znalazła u niego pistolet i że on na pewno zamierza się zabić. Przekazałam mu przez telefon, żeby nic nie robił do mojego przyjazdu, i wsiadłam do samochodu. Usiedliśmy przy stole i zapytałam, jak właściwie zamierza to zrobić. Strzelić sobie w skroń? „Byłem w wojsku, więc wiem, jak się zabić na 100 proc. Lufę wkłada się do ust”. Wytłumaczyłam mu, jak to będzie wyglądać: jego żona, która siedzi obok, będzie w kuchni gotować obiad, usłyszy huk, pójdzie do ich wspólnej sypialni i znajdzie go w kałuży krwi z rozpłatanym mózgiem. Owszem, będzie martwy, ale czy na pewno chce jej to zrobić? On się wtedy rozpłakał. To było coś, o czym w ogóle nie pomyślał.

I pani wtedy mówi o wspomaganym samobójstwie?

– Pokazuję im, że jest taka opcja.

<podzial_strony>

Myślałam, że takiego człowieka trzeba raczej przekonać do życia.– Jak ktoś się dowiaduje, że jest inne wyjście, to często właśnie otwiera się na rozmowę o życiu. I ja zawsze próbuję go przekonać, żeby jeszcze żył. Ale ostatecznie to pacjent wie, jak bardzo cierpi i ile cierpienia może jeszcze znieść. Kim ja jestem, żeby decydować za niego?Ten mężczyzna jak wybrał?– To była druga osoba po moim ojcu, której pomogłam w ten sposób odejść. Była przy nim żona i cztery córki, to się działo w ich domu. Tuż przed śmiercią on ją mocno przytulił i powiedział: „Odchodzę po prostu trochę wcześniej niż ty, ale wkrótce się spotkamy”. Wcześniej pytała pani, jak ja to pogodziłam z Bogiem. Otóż jak się widzi taką spokojną, dobrą śmierć, to człowiek myśli: czy to jest na pewno niezgodne z religią, że pozwalamy odchodzić ludziom w taki sposób? A może to jest właśnie akt miłosierdzia? Po tym doświadczeniu zgodziłam się przyjąć propozycję Dignitas i zaczęłam asystować przy samobójstwach. A pięć lat temu założyłam własną organizację w Bazylei – Lifecircle.Kto prosi o pomoc?– Ludzie ciężko chorzy albo umierający, którym medycyna nie może pomóc. W różnym wieku. Najmłodszy pacjent miał 27 lat. To był chłopak z uszkodzonym rdzeniem kręgosłupa. W swoje 20. urodziny urządził imprezę i skoczył do basenu dla dzieci. Mimo paraliżu nieźle sobie radził, mógł trochę poruszać głową, więc pracował przy komputerze, używając joysticka. Po sześciu latach zaczął odczuwać bóle neuropatyczne. Zna pani to uczucie, kiedy człowiek sobie zimą odmrozi ręce i jak wchodzi do ciepłego pomieszczenia, czuje mrowienie w palcach? To jest to samo, tylko tysiąc razy mocniejsze. Taki ból bierze się stąd, że mózg naraz orientuje się, że skoro nie docierają do niego żadne sygnały z ciała, to znaczy, że z tym ciałem jest coś nie tak. Zaczyna się ból, na który właściwie nie ma lekarstwa. Morfina nie działa, opiaty nie działają, pozostają jedynie neuroleptyki, które w dużych dawkach robią z pacjenta warzywo. I on stwierdził, że nie chce tak żyć.

Taki człowiek pisze do pani, że chce umrzeć. Skąd wiadomo, że jest naprawdę chory?

– Proszę go o przesłanie dokumentacji medycznej, wyników wszystkich badań. Umawiam się na rozmowę przez telefon albo Skype’a. Mogę wtedy zobaczyć, w jakim jest stanie, jak mówi, jak się porusza. Potem to wszystko przekazuję dwóm niezależnym lekarzom tu, w Szwajcarii, oraz radzie fundacji. Oni wszyscy sprawdzają, czy pacjent spełnia kryteria.

Jakie?

– Pierwsze – to musi być nieuleczalna choroba. Drugie – osoba musi być w pełni władz umysłowych. Trzecie – trzeba wykluczyć chorobę psychiczną. Czwarte – decyzja nie może być podjęta pod wpływem osób trzecich. I wreszcie – życzenie, by umrzeć, musi być dobrze ugruntowane i przemyślane.

Co to znaczy?

– Że pacjent wyrażał taką wolę od dłuższego czasu. Na przykład sporządził testament życia i tam jest jasno napisane, że w określonej sytuacji nie życzy sobie dalszej terapii. Albo jest członkiem naszej organizacji na tyle długo, że to nie pozostawia wątpliwości. Jeśli lekarze i rada fundacji dadzą zielone światło, pacjent może przyjechać do Szwajcarii na badania. Na miejscu ma dwie wizyty lekarskie i jeśli badania się potwierdzą, może odejść.

A jeśli ktoś chce umrzeć, bo ma po prostu depresję?

– Jeśli to jest taka depresja, że właśnie umarł mu najlepszy przyjaciel i on się czuje samotny, to lekarz powinien go wykluczyć. Ale jeśli mamy do czynienia z poważnym cierpieniem psychicznym, to mogą istnieć przesłanki do wspomaganej śmierci. Przy czym my – mówię tu o organizacji Lifecircle – nie pomagamy takim osobom, bo nie mamy w zespole psychiatry, a tego wymagają przepisy.

Jak pani słucham, to mam wątpliwości, czy nie za łatwo to się odbywa.

– To nie jest tak, że przyjmujemy każdego, kto się zgłosi. Pierwszą rzeczą, jaką robię jako lekarz, jest sprawdzenie, czy tej osobie można pomóc tak, żeby mogła dalej żyć. Szukamy dla niej terapii, leków. Mieliśmy mężczyznę z nowotworem wątroby. Lekarze w jego kraju nie dawali mu już nadziei, a my przestudiowaliśmy jego wyniki i okazało się, że mógłby się poddać jeszcze chemoembolizacji. Musiał to zrobić za granicą, ale dalej żyje.

A jeśli pacjent przyniesie historię choroby, ale sfałszowaną?

– Miałam pacjenta z Włoch, który kwalifikował się do wspomaganej śmierci. Przyjechał sam. Zgłosił się do nas potem prawnik jego córki, która zarzucała nam, że nie powinniśmy byli mu pomóc. Ten pacjent miał jej zostawić list pożegnalny, w którym pisał, że sfałszował częściowo swoją dokumentację medyczną, żeby na pewno dostać zielone światło. Do dziś nie wiemy, o jakie dokumenty chodziło. Sąd orzekł, że nie popełniliśmy żadnych uchybień.

I nie ma pani poczucia, że to był błąd?

– To był bardzo schorowany człowiek. Przebył chorobę Heinego-Medina, z trudem się poruszał, miał też poważną chorobę wirusową. Przyjeżdżał do nas przez trzy lata i przez te trzy lata szukaliśmy dla niego rozwiązań, przekonywaliśmy, żeby jeszcze żył. Ale jeśli ktoś tak bardzo chce umrzeć, mamy prawo to uszanować. Po tej historii zaczęliśmy pilnować, żeby pacjenci informowali rodzinę o swojej decyzji. Jak mam wątpliwości w tej sprawie, to proszę o telefon i sama dzwonię.

<podzial_strony>

Rodzina musi się zgodzić?– Nie, ale musi wiedzieć.Zdarza się, że pacjent zmienia zdanie?– Połowa osób, którym dajemy zielone światło, nigdy z niego nie korzysta. Być może sama świadomość, że mogą to zrobić, kiedy będzie bardzo źle, przynosi im ulgę. Miałam taką pacjentkę z rakiem krtani. Była już po trzech operacjach, nie chciała czwartej. Odwiedziłam ją w domu. Widać było, że ona jest zdecydowana na wspomagane samobójstwo, ale mąż nie. Cały czas był w niej zakochany, w ogóle sobie nie wyobrażał, że ona może odejść. Namówiłam ją, żeby jednak poddała się tej operacji, i dzięki temu zyskali jeszcze jeden rok razem. Potem nastąpił wyjątkowo agresywny nawrót, z przerzutami do płuc i mózgu, ale ona zdecydowała się odejść w opiece paliatywnej, chociaż była członkiem Lifecircle. I tak powinno być – to jest wybór pacjenta, jak chce umrzeć.Uprzedziła mnie pani, że nie będzie rozmawiać o statystykach. Czyli nie dowiemy się, ilu macie członków i ile osób umiera z pomocą waszej organizacji?– Mogę powiedzieć tylko, że te liczby rosną. Nie ujawniamy ich, bo potem robią się z tego sensacyjne nagłówki w gazetach.

A o pieniądzach?

– Członkowie Lifecircle płacą roczną składkę 56 franków szwajcarskich- to jest 45 euro. Można też zapłacić jednorazowo 1000 franków i to daje członkostwo na całe życie. Za wspomaganą śmierć płaci się 7 tysięcy franków, a za zielone światło – czyli całą procedurę kwalifikacyjną – 3 tysiące franków. Te same stawki obowiązują w innych organizacjach. Jeśli ktoś nie ma środków, może ubiegać się o zwolnienie z tych opłat.

Gdzie trafiają te pieniądze?

– Na konto naszej fundacji. Z tych środków opłacani są lekarze, pielęgniarki, usługi pogrzebowe, administracja. To, co zostanie, przeznaczamy na pomoc dla tych członków, których nie stać na opłaty.

Przeciwnicy zarzucają wam, że robicie biznes na umieraniu.

– Szwajcarskie prawo wyraźnie mówi, że na wspomaganej śmierci nie można zarabiać. To znaczy – można pobierać pensję, ale tylko w takiej wysokości jak w swojej zwykłej pracy. Czyli jeśli pielęgniarka zarabia 4 tysiące franków miesięcznie, to u nas możne dostać tyle samo, nie więcej. Inaczej jest to przestępstwo. Konto naszej fundacji też jest regularnie kontrolowane.

A sąsiedzi nie protestują, że ludzie przyjeżdżają tu umierać?

– Celowo szukaliśmy miejsca na parterze, z osobnym wejściem, gdzie samochód mógłby podjechać i zabrać trumnę tak, żeby nikt tego nie musiał oglądać. Ale mieliśmy jeden telefon z policji, bo okazało się, że ktoś z mieszkańców złożył na nas skargę. Zaproponowano nam mediację sąsiedzką i dopiero tam okazało się, że przeszkadza im wóz policyjny. Od tej pory prosimy, żeby policjanci, którzy sprawdzają procedury, przychodzili w cywilu i na piechotę.

Pacjent odchodzi, rodzina wyjeżdża, a pani z tym zostaje.

– I to jest trudne, zwłaszcza jeśli zdążymy się zaprzyjaźnić. Na samym początku pracy miałam pacjentkę z Australii, Lilę. Cudowna, pogodna kobieta. Miała nowotwór gardła, czekała, aż dostanie zielone światło, bardzo cierpiała. Wysłałam jej pocztą morfinę. Kojarzy pani takie herbatniki z dziurką? Otóż tam właśnie udało mi się wcisnąć leki. Paczkę nadałam z Niemiec, żeby nikt nie mógł dojść, że to ode mnie. Dzięki tej morfinie Lila i jej mąż przeżyli jeszcze wspaniałe cztery miesiące razem. A potem przyjechali tu. Kiedy Lila wypiła środek uśmiercający, uprzedziłam ją, że ma jeszcze cztery minuty życia, i żeby nie zwracała na mnie uwagi, tylko pożegnała się z Donaldem. A ona odwróciła się do mnie i powiedziała: „Erika, obiecaj mi, że będziesz więcej jeść”. Miałam wtedy problemy w życiu osobistym, strasznie schudłam. Donald też nie jadł. „Po wszystkim macie iść w góry, do tej świetnej restauracji, i zamówić po steku. Ja stawiam!”. A tu obok emocji trzeba być jeszcze profesjonalistą, żeby dopełnić procedur. Po tej historii pomyślałam: nie dam rady.

To dlaczego pani to dalej robi?

– Opowiem o pacjencie, którego mam teraz pod opieką. To młody człowiek, 42 lata, cierpi na pląsawicę Huntingtona – jedną z najgorszych chorób neurologicznych, która polega na tym, że ciało przestaje się nas słuchać. Na przykład – chcę panią pogłaskać, ale moja ręka robi taki gwałtowny ruch, że walę w stół. Nie ma na to lekarstwa, chorzy umierają około pięćdziesiątki, kiedy buntują się mięśnie odpowiedzialne za oddychanie. Ten człowiek ma ciało jak kulturysta, z trudem oddycha, nosi specjalny kask i cały czas robi sobie krzywdę, nieświadomie oczywiście. Widział rodziców umierających na tę samą chorobę, ma brata i siostrę w bardziej zaawansowanym stadium, z demencją. Jak do nas trafił, był w głębokiej depresji, mówił, że nie chce skończyć tak jak oni. Daliśmy mu zielone światło i termin na grudzień. I to był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam uśmiech na jego twarzy. Odstawił wszystkie antydepresanty, promienieje. Jego żona powiedziała mi, że odkąd poznał datę swojej śmierci, zaczął się cieszyć życiem.

Dalej pracuje pani jako lekarz rodzinny?

– Na pół etatu.

<podzial_strony>

Pacjentów to nie odstrasza?– Przeciwnie. Miałam tylu chętnych, że musieliśmy zamknąć zapisy. Myślę, że pacjent chce mieć lekarza, który będzie z nim do końca i da mu możliwość wyboru.A znajomi, sąsiedzi – wiedzą?– Tak. Jak zmarł mój ojciec, powiedziałam rodzinie: będziemy mówić, że to był po prostu trzeci wylew. Ale jedna siostra się zbuntowała, że nie zamierza kłamać. Pamiętam, że ojciec zostawił listę gości, których mieliśmy zaprosić na pogrzeb – 150 osób, w tym sporo związanych z Kościołem. Pogrzeb odbywał się w takim pięknym miejscu, które ojciec sam wybrał, na moście nad rzeką. Podczas tej ceremonii opowiedziałam publicznie o tym, jak odszedł. Nikt mnie nie potępił.http://wyborcza.pl/duzyformat/1,142470,17107626,Pomogam_w_samobojstwie__Rozmowa_z_dr_Erika_Preisig.html?utm_source=agora&utm_medium=email&utm_campaign=Pomagam-w-samob%C3%B3jstwie-Teksty-tygodnia-Wyborczej-111214