Archiwum dnia: Styczeń 25, 2015

Starość i seks!

Pani Janina i Pan Leon to była taka w mieście wzorowa para. Od kiedy ludzie pamiętają, to zawsze i wszędzie byli razem i często ich widziano spacerujących albo robiących zakupy, którzy szli dumni i wyprostowani trzymając się za ręce. To był ich manifest, że bardzo się kochają i nie dlatego, aby wkurzyć społeczność i wzbudzić w nich zazdrość, a tylko dlatego, że  kochali się szczerze i naprawdę.

Wiedziały to ich córki i kiedy były małe to otrzymały doskonałe wychowanie wzorując się na swoich zakochanych rodzicach. W domu nie było żadnych kłótni, a jeśli zdarzały się spięcia między rodzicami, to oni tak to załatwiali, aby dzieci absolutnie nie były świadkami małżeńskiej kłótni. Rodzice wychowywali je mądrze i przede wszystkim wymagali, a więc każda miała wydzielony zakres zadań zapisany w rodzinnym grafiku. Każda miała sprzątać swój pokój, a także musiała pomagać mamie w kuchni, aby nauczyć się gotować. Każda z nich wiedziała, że nie może odmówić wyniesienia śmieci, czy posprzątania części mieszkania, gdyż rodzice wymagali, ale i nagradzali.

Nagrodą były wyjazdy na wakacje, na obozy i kolonie, a także wspólne wypady w ciekawe miejsca, nad jeziora pod namiot, aby dzieci zażyły świeżego powietrza i razem z ojcem łapały ryby i rozpalały ogniska, a wieczorem przy ognisku siedzieli w blasku gwiazd z gitarą, a ojciec śpiewał i opowiadał dawne dzieje wspominając czasy wojenne i jak udało mu się przeżyć te wszystkie okropieństwa wojny.

Kiedy dziewczynki podrosły i zaczęły interesować się seksualnością oboje rodzice po kolei przeprowadzali z nimi rozmowy, najchętniej gdzieś na spacerze, w swobodnej atmosferze i oczywiście podsuwali im dobre książki na ten temat, zdając sobie sprawę jak ważną rzeczą jest ludzka seksualność.

Dziewczynki jednak obserwowały swoich rodziców i zawsze o poranku wiedziały, że coś na rzeczy było, bo tata szalał w kuchni i robił mamie wspaniałą jajecznicę z grzankami i oczywiście wesoło sobie pogwizdywał i to był ten znak, a mama? Mama szła do swojego osobistego SPA i pod prysznicem sobie nuciła piosenki Ireny Santor i to też był ten znak, że coś było na rzeczy, a dziewczynki mrugały do siebie porozumiewawczo!

Mijały lata i dziewczynki pozdawały na studia i po drodze powychodziły za mąż, a za trochę pojawiły się dzieci i każda z tych rodzin żyła swoim rytmem, ale na święta wszyscy zjeżdżali się do Janiny i Leona. Święta z rodzicami były zawsze magiczne i niepowtarzalne jak to u rodziców. Zawsze była świeża choinka, a Janina stawała na wysokości zadania i Leon jej w tym towarzyszył, że ona piekła ciasta, a on mięsiowo i przyrządzał najlepsze śledzie i bigos na świecie.

Pewnego świątecznego dnia Leon postawił na stół swoje nalewki, też najlepsze na świecie i tak sobie siedzieli świętując i żartując, aż jedna z córek z chichotem spytała rodziców, czy oni jeszcze to robią, a potem tata pogwizduje, a mama śpiewa Irenę Santor.

Nastała niezręczna cisza i rodzicom na twarzy pojawił się pąs, a córka przepraszała za swoje głupie pytanie, ale chciała by było wesoło, a wyszło bardzo głupio!

Mama pochrząkiwała nerwowo kilka razy, tata pogładził też nerwowo swoje włosy, ale postanowił odpowiedzieć na niezręczne pytanie swojej latorośli.

– Popatrz na nasze twarze moja kochana córko. – Czy widzisz na naszych twarzach zmarszczki? – Widzisz prawda, a więc nasze ciała dokładnie tak samo wyglądają. – Jesteśmy już starymi ludźmi i nasze ciała są już bardzo niesmaczne i ja z mamą nie wstydzimy się starości, ale oboje wstydzimy się naszych, już nieapetycznych ciał. Dlatego od roku ze sobą już nic. Owszem wciąż ze sobą śpimy, wciąż się kochamy, wciąż trzymam waszą matkę za rękę, a na dobranoc dajemy sobie buziaka, ale oboje, jednogłośnie nie chcemy już z takimi ciałami epatować naszej przestrzeni w sypialni i możecie uwierzyć, albo i nie, ale jesteśmy wciąż szczęśliwi i wciąż się kochamy i nie możemy bez siebie żyć.

Hm… dodał ojciec, a co wy zrobicie ze swoją sypialnią na stare lata, to będzie tylko wasz wybór, bo my, że szanujemy siebie i się kochamy, to chcemy zachować odrobinę smaku i ludzkiej godności.

Nalał jeszcze kilka kieliszków nalewki i wszyscy wpatrzyli się w migocącą choinkę i się zamyślili. Nastała dłuższa cisza, ale bardzo niekrępująca. To były cudowne święta dla wszystkich.

Reklamy

Jak pewna kobieta oszukała ZUS?

Bożena to kobieta w wieku po czterdziestce, zbliżająca się do pięćdziesiątki, skierowana do kliniki z psychoterapią przez swojego lekarza. Chodziła do niego regularnie skarżąc się na lęki spowodowane tym, że mąż ją zdradzał regularnie, a ona tylko dzięki niemu jakoś żyła z trzema córkami. Sama nie miała pracy i odpowiedniego wykształcenia.  Płakała u lekarza, że nie może męża zostawić, gdyż ma mało lat pracy, a dzieci chcą jeść, ale ona nie może się pogodzić, że ten facet ją zdradza notorycznie i dlatego boli ją jej dusza.

Przyjechała na oddział i od razu rzuciła się w oczy. Była niezbyt wysoka, ale miała piękne i przekonywujące, brązowe oczy. Położyli ją na sali, gdzie była jako szósta z łóżkiem tuż przed drzwiami, którego żadna z kobiet nie chciała, ale Bożenie pasowało.

Szybko się rozpakowała, a miała bardzo dużo rzeczy w walzkach. Różne bluzeczki, kilka par spodni, eleganckie swetry i góra kosmetyków. Nie kryła tego, że lubi o siebie dbać i każdego wieczora po kąpieli wklepywała w twarz dwa kremy i koniecznie zawijała wałki na włosy, by o poranku mieć elegancką fryzurę. Siadała na łóżku i ćwiczyła mięśnie Kegla, bo bała się w przyszłości nietrzymania moczu, a więc jakby zarażała inne do tych ćwiczeń. Masowała każdą z wieczora, rozluźniając im spięte mięśnie, a więc była jednym, wielkim skarbem na sali, ale działo się z nią coś dziwnego kiedy:

Sala i fotele ustawione w kółeczko, a więc obowiązkowa psychoterapia i kiedy psycholog przychodził na trzy godzinne zajęcia, to Bożena zamieniała się w jedną wielką płaczkę, która łkała i opowiadała jak zły jest jej mąż i jak ciężko jest jej w życiu, a bez męża by klepała biedę, a pracy nie ma i ta sytuacja ją bardzo męczy i od tego ma wieczne lęki i depresję. Wprawiała wszystkich w osłupienie, bo kiedy kończyły się zajęcia, to Bożena pokazywała zupełnie inną twarz i zamieniała się w kobietę swobodną i wolną od jakichkolwiek psychoz i lęków. Potrafiła tańczyć i śpiewać i była duszą towarzystwa dla kobiet zranionych i często bardzo chorych i tak  trwało to sześć miesięcy. Kiedy trzeba było opuścić szpital, Bożena otrzymała opinię lekarską, że kategorycznie nie nadaje się do pracy i nigdy się to nie zmieni, bo Bożenka nigdy nie wyzdrowieje. Ta opinia spowodowała, że Bożence ZUS zasądził rentę i choć nie zbyt wielką, ale o to jej wszak chodziło, aby tylko ją dostać. 

Polska jest mała i wydało się, że Bożenka żyje wciąż z tym samym mężem, co to ją bezczelnie zdradzał, a do tego ma hodowlę chodliwych piesków typu york i bigle czy jakoś tam, a obok domu ma szklarnię, gdzie pod jej opieką rosną róże i frezje i każdego miesiąca wpływa na jej konto dodatkowa, wypłakana kasa i szafa gra, choć chodzą też słuchy, że swoją rentę kupiła białą kopertą pod stołem w gabinecie lekarskim, ale tylko ona wie jak to było naprawdę!