Zawsze musiałam coś w życiu robić!

Pracowałam jako księgowa w jednostce wojskowej przez 7 lat i było tam super z jeszcze dwiema kobietami, z którymi się zaprzyjaźniłam, a były to lata na przełomie 70/80. Każda z nas miała swój dział wojskowy i Pani Ela – starsza ode mnie o 10 lat zajmowała się ciężkimi samochodami takimi jak Kamaz, Jelcz, Star i rozliczała to wszystko na kartotekach, a Pani Krysia wypisywała do tych samochodów akcesoria takie jak reflektory, zderzaki i wszystko, co się w samochodach popsuło, a ja? Ja miałam inną działkę, bo bardziej chemiczną i dlatego rozliczałam barometry, lampy do radiostacji, a nawet spirytus do przemywania styków ha ha.

Pracowało nam się dobrze, a jedyną maszyną nie był przecież komputer, a maszyna do pisania marki Optima, a dodatkowo obsługiwałam jako jedyna telegraf i przyjmowałam i nadawałam telegramy z/do Okręgu Bydgoszcz, w których zawarte były jakieś tam dyspozycje. Czułam się ważna i potrzebna, ale do czasu.

Pewnego razu szef w stopniu starszego sierżanta he he, poprosił mnie, abym została po pracy, bym pomogła mu zrobić sprawozdanie, już nie pamiętam jakie. Zdziwiłam się, bo to sprawozdanie nie było z mojej działki i nie chciałam wspominać, że mam małe dzieci, które będzie musiał odebrać mąż z przedszkola. Trudno więc! Zostałam, ale w pewnym momencie poczułam ręce mojego szefa na moich plecach i zalałam się potem, bo nie życzyłam sobie jego zalotów. Wzięłam torebkę i płaszcz i walnęłam drzwiami.

Popracowałam tam jeszcze miesiąc i zostałam wezwana do szefa i wręczono mi wypowiedzenie, a na moje miejsce została przyjęta nowa pułkownikowa w garnizonie i tak pożegnałam się na zawsze z tym miejscem pracy, a żal mi było najbardziej moich dwóch koleżanek, bo pracowało się nam naprawdę dobrze.

Siedziałam w domu, bo o pracę nie było łatwo w takiej pipidówce, ale wciąż chciałam być aktywna i pragnęłam być między ludźmi. Szukałam pracy, a w Polsce zaczął się czas transformacji i ludzie zaczęli zakładać własny biznes. To był pomysł, a więc wynajęłam w bloku suszarnię i przy pomocy męża przystosowaliśmy ją na heloł – „Lumpeks”

Jeździliśmy z mężem po towar po okolicznych hurtowniach i naprawdę dobry towar nam się trafiał, ale było też sporo odrzutów, ponieważ towar był zapakowany w worki i kupowało się w ciemno. Miałam swoje stałe klientki, a w każdy poniedziałek przed otwarciem ustawiała się kolejka – emocje dla mnie emocje! Moja rodzina też była ubrana, bo nikt w mieście w tamtym czasie nie miał zielonych kozaczków jak ja, albo czerwonych bucików i krótkiego kożuszka jak ja. Byliśmy z mężem ubrani za tanie pieniądze, a dzieciom niczego nie brakowało. Miałam co trochę ciekawe firany w oknach i obrusy na ławę i tak to się kręciło, ale oczywiście też do czasu.

Wszystko jak to w życiu bywa,  jest do czasu i po trzech latach zaczęła rosnąć mi konkurencja i szmateksy rosły jak  grzyby po deszczu, a więc trzeba było walczyć o klienta, ale nie było to łatwe. Interes zamknęłam, a w to miejsce otworzyłam sklepik misz – masz.

Poprosiłam kolegę, aby zrobił mi bardzo proste regały na towar, a męża, by w lokalu położył mi płytki, a jeszcze kogoś, by założył mi lepsze oświetlenie i tak zaczęłam karierę sprzedawcy. W moim sklepiku były artykuły szkolne, trochę chemii dla domu, a także rajstopy i skarpetki dla dzieci. Nie pamiętam jak to załatwiłam, bo przecież nie było komputerów, ale co tydzień przyjeżdżał pan i dowoził mi świeży towar w postaci bardzo dobrych gatunkowo skarpetek dla dzieci i rajstop dla kobiet. Mój towar miał wzięcie, a kontakt z ludźmi dawał mi satysfakcję. To było coś i choć zyski nie były oszałamiające, to jednak jakieś pieniądze wnosiłam do budżetu domowego. Byłam szczęśliwa, że ten biznes się udał, aż tu nagle dostałam pracę w Urzędzie Miejskim, gdzie pracowałam do końca swojej bardzo skromnej kariery zawodowej, ale myślę, że zawsze byłam ambitna, a najszczęśliwsza się czułam kiedy byłam sobie sama sterem, żeglarzem i okrętem.

Ot, a teraz mam sporo wolnego czasu i z racji tego wolnego czasu dzielę się z Wami moim prywatnym życiem i  wspominam i wspominam, a jest tego jeszcze trochę!

Pozdrawiam rzecz jasna.

 

6 myśli na temat “Zawsze musiałam coś w życiu robić!

  1. Widzę, że miałaś urozmaicone życie zawodowe. Byłaś bardzo przedsiębiorczą kobietą. Moje przy Twoim, jest bardzo nudne. Przepracowałam całe swoje życie w jednym zakładzie. I pewnie pracowałabym dłużej, gdyby zakład nie splajtował.
    Spokojnej nocy 🙂

    Polubienie

  2. Nie ważne co się robi ważne gdy czuje się radość i satysfakcję ze swojej pracy . Ma się poczucie przydatności , niezależności i jest się z ludźmi . Fajne wspomnienia . 🙂 Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

  3. Elu oddałam głos na Twojego bloga. Dostałam na to potwierdzenie z Onet-u. Powodzenia życzę szczerze.:):):)
    Mamy dużo wspólnego w karierze zawodowej. Przez 35 lat pracowałam w biurze firmy. Byłam też jakiś czas księgową.
    Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

  4. Elu, serdecznie dziękuję. Tak to życie się jakoś plotło. Raz pod górkę, raz z górki. Było czasami ciężko, ale były i dobre momenty tak jak u wszystkich.
    Dobrego wieczoru 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s