” Dzieci są jak walizka, ile włożysz, tyle wyjmiesz”?

To było niedzielne popołudnie w rodzinie Joasi i Krzysztofa. Zjedli obiad, a potem Krzysztof chciał pobawić się z ich dwu letnią córką w układanie nowo kupionych klocków.

Joasia się ucieszyła, że ma chwilę spokoju i położyła się z książką, by poczytać i się odprężyć, a Krzysztof posadził córeczkę na dywanie i zachęcał, by razem z nim budowała kolorowy domek z klocków. Szło im bardzo dobrze, bo córka podawała mu ochoczo klocki i wydawało się, że dobrze się bawi ze swoim tatusiem.

Jednak po chwili rozwaliła klocki, zburzyła budowlę, rozgarniała rączkami klocki, a potem je zaczęła kopać nóżkami, aż rozleciały się po całym pokoju, wpadając pod meble.

Krzyś się zdenerwował i dał córce małego klapsa, bo bardzo mu się nie spodobało zachowanie jedynaczki, ale Joanna wpadła między nich i bezwzględnie trzepnęła męża w kark, krzycząc, że dzieci się nie bije, bo czyta poradniki psychologów, gdzie jest jasno i wyraźnie napisane, że klaps, to jest porażka dorosłego. Dała mężowi wykład, że z dzieckiem najpierw się rozmawia spokojnie i tłumaczy, że tak robić nie wolno, a potem ewentualnie należy wystosować karę.

Krzysztof się skulił i oddalił od żony i córki, aby przemyśleć swoje postępowanie, bo może faktycznie popełnił błąd wychowawczy, choć gdzieś w duszy sądził, że małej się należało, bo nie wolno pozwalać małemu dziecku na takie histerie.

Córka Joasi i Krzysztofa rosła zdrowo i przyszedł czas, aby oddać ją do przedszkola, bo Joasia chciała wrócić koniecznie do pracy. Jednak kiedy odbierała małą z przedszkola słyszała często, że córka bije inne dzieci i szarpie za włosy bez powodu. Nie słucha poleceń i nie umie bawić się z innymi dziećmi.

W takim układzie Joasia zabrała córkę z przedszkola, bo uważała, że się na nią wszyscy uwzięli i dręczą jej córkę, bo jej po prostu nie lubią. Wolała nie pracować, niż jej dziecko miałoby być musztrowane przez głupie baby w przedszkolu.

Pewnego dnia przy śniadaniu mała trąciła kubek z piciem, który zalał stół i podłogę. Krzyś widział, że sprawiło to jego córce ogromną przyjemność i widział, że zrobiła to specjalnie.

Joasia poderwała się i szybko wytarła stół i podłogę, a Krzysztof chciał zganić dziecko, ale Joasia spojrzała na niego tak, aby się nie ważył, bo córce się to po prostu zdarzyło.

I tak było zawsze, że kiedy mała coś przeskrobała, to Joanna brała ją pod swoje skrzydła i broniła z całych sił, ale kiedy Krzysztof chciał porozmawiać z żoną, że tak nie wolno, bo trzeba egzekwować, to natrafił na mur żony. Usłyszał, że ona jest matką i doskonale wie, że córka ich nie robi nic złego i w tych czasach należy się jej bezstresowe wychowanie i niech przyjmie to do wiadomości.

Krzysztof kochał żonę i kochał swoją córkę, ale światełko mu się zapaliło, kiedy wyszedł z córką do piaskownicy, a tam ona pokazała ponownie, że za nic ma zabawę z innymi dziećmi i zamiast się bawić i robić babki z piasku, to obsypała wszystkie dzieci piaskiem, jakby wpadła w amok. Śmiała się z tego, że inne dzieci wycierają twarze, a oczy im łzawią, a we włosach mają go pełno.

Krzysztof zauważył, że w jego córce jakby zagościł złośliwy chochlik, albo zamieszkał zły diabeł, ale Joasia po opowieści Krzysia w domu, o tym jak córka się zachowała, stwierdziła, że takie rzeczy się zdarzają między dziećmi i niech mąż nie robi z tego powodu rabanu.

Zawsze Joanna broniła córki. Broniła ją, kiedy mała poszła do szkoły i były monity, że córka jest aspołeczna i nie potrafi się z nikim zaprzyjaźnić, a na lekcjach przeszkadza i nie wykonuje poleceń nauczyciela. I znów Joasia osądziła nauczycieli, że nie lubią jej dziecka, bo jest zbyt inteligentne i ona to wie.

Córka nie uczyła się źle, bo faktycznie była inteligentna, ale za to była bardzo wpływowa i zadała się w szkole z młodzieżą, która  miała okres buntu. Uciekała z nimi z lekcji. Były papierosy i alkohol, ale i to Joanna tłumaczyła okresem wzrastania i to minie.

Zaczęły się późne powroty do domu, często pod wpływem alkoholu i kiedy Krzysztof chciał cokolwiek przeciwdziałać i planował wizytę u psychologa, to Joasia się darła, że jej córka nie jest psychiczna jakaś, aby się włóczyć po lekarzach, twierdząc, że córka z tego wyrośnie i bo każdy przechodził w młodości taki bunt,

Krzysztof uciekał w pracę. Nie chciał już być świadkiem tego, że córka robi co chce, a Joanna nie widzi w tym nic złego i za każdym jej wybrykiem trzymała córkę pod kloszem, odsuwając go od siebie. Kochała swoją córkę i robiła za nią niemal wszystko. Sprzątała jej pokój, myła po niej naczynia, prała i prasowała i nie wymagała dosłownie niczego. Córka nie wiedziała jak się włącza pralkę i nie wiedziała gdzie wynosi się śmieci. To wszystko robiła za nią matka, a ona miała za zadanie tylko się uczyć.

Joanna nigdy nie wróciła do pracy i pieniądze Krzysztofa nie były zbyt wielkie, ale jeśli tylko córka miała pragnienie na nowy laptop, telefon, czy też markowe cuchy, to Joanna sobie odjęła, a córce kupiła, bo dla niej miało być wszystko, co najlepsze.

Zbliżał się koniec roku i córka Krzysia i Joanny kończyła ostatnią klasę gimnazjum. To miał być wielki dzień i Joanna upiekła na tą okoliczność tort i kupiła szampana. Cieszyła się, że córka pójdzie dalej i będzie się uczyła może na lekarza, a może prawnika. Miała wobec córki swoje oczekiwania jak każdy rodzic.

Córka Joanny wpadła do domu i od progu poprosiła o pieniądze na wyjazd wakacyjny do Hiszpanii, bo jej paczka wyjeżdża i ona koniecznie musi wyjechać z nimi i tak bardzo się cieszy na te wakacje. Oznajmiła, że będzie jej potrzebne pięć tysięcy złotych, bo podróż, a potem same przyjemności.

Joanna zastygła i powiedziała, że nie ma takich pieniędzy i pierwszy raz postawiła się córce, a ta wpadła we wściekłość. Chwyciła nóż kuchenny i zaczęła matkę dźgać  i zadawała ciosy tak długo, aż Joanna straciła przytomność. Kiedy Krzysztof przeszedł z pracy, córki w domu nie było i pieniędzy też. Joanna leżała cała we krwi. Wezwał karetkę i policję.   Córka we wściekłości trafiła nożem prosto w serce i tak skończyło się dla Joanny  bezstresowe wychowanie swojej córki.

Córka Joanny i Krzysztofa siedzi w więzieniu i pisze bloga, w którym jest nareszcie jej skrucha.

7 myśli na temat “” Dzieci są jak walizka, ile włożysz, tyle wyjmiesz”?

  1. Rodzice niby w dobrej wierze…., ale nie zdają sobie sprawy, że takim postępowaniem krzywdzą swoje dzieci, a później obraca się to przeciw nim. Pozdrawiam Elu 🙂

    Polubienie

  2. ja to nazywam hodowlą dzieci … coraz częściej rodzice hodują dzieci , a nie wychowują , otaczają bezmyślną „małpia miłością” , trzymając je pod kloszem swej nadopiekuńczości i w izolacji od innych dzieci. A potem płacz i zgrzytanie zębów … szkoda gadać .

    Polubienie

  3. Dzieci nie można kochac ślepo.
    Powinniśmy uczestniczyć jako rodzice w ich życiu.
    Mieć oczy szeroko otwarte, obserwować ich postępowanie, a w odpowiednim momencie reagować.

    Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

    1. Myślę, że ojciec, że Krzysztof miał wybór – albo być z rodziną i zaciskać usta i pięści, albo czekał go rozwód i rozstanie. Wybrał pierwsze, bo kochał.
      Niestety Joanna miała klapki na oczach i jak sądzę, kochała miłością ślepą. Młoda miała co chciała a kiedy raz zabrakło – skoczyła na drugi level. Potem pewnie miał być trzeci, czwarty.
      Smutne to…

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s