Archiwum dnia: 1 stycznia, 2016

Opowie艣膰 jeszcze wigilijna – cz臋艣膰 3 (ostatnia) – ale nie moja!

Dobry wiecz贸r. 馃檪

Bywa, 偶e czasami trafi臋 na felieton, kt贸ry wprawia mnie w lekkie os艂upienie i d艂ugo si臋 nad nim zastanawiam. Felieton publikuj臋 w ca艂o艣ci, umieszczony w „Wyborczej” i napisa艂a go Ewa Kaleta.

Musia艂am kilka godzin po艣wi臋ci膰 na pouk艂adanie swoich my艣li na temat zawarty w felietonie i zdecydowa艂am, 偶e mo偶e to by膰 niez艂y temat do dyskusji, ale je艣li jej nie b臋dzie, to chocia偶 do zastanowienia si臋 – jak Ty i Ty by艣 post膮pi艂/a zak艂adaj膮c, 偶e nie jest to 偶adna prowokacja i pisanie tylko dla poszukania no艣nego tematu – dla poklasku i aby pisa膰, by cokolwiek co艣 napisa膰!

A wi臋c my艣la艂am i wiecie co? Wpu艣ci艂abym t膮 kobiet臋 na Wigili臋 po wst臋pnym porozumieniu z rodzin膮, ale najpierw zrobi艂abym jej rewizj臋, czy gdzie艣 nie ma schowanego co艣 wybuchowego, aby mojej Wigilii nie wysadzi艂a w powietrze.

Mam w sobie taki dar, albo wad臋, 偶e ufam ludziom, ale Muzu艂manom nie wierz臋, gdy偶 ten rok pokaza艂, 偶e wierzy膰 im nie nale偶y.

Je艣li by艂aby czysta, to zaprosi艂abym j膮 do wsp贸lnego sto艂u i mo偶e by si臋 okaza艂o, 偶e mog艂oby by膰 ca艂kiem mi艂o i ciekawie.

Ciekawa jestem Waszego zdania, bo przecie偶 Polacy s艂yn膮 z go艣cinno艣ci na ca艂ym 艣wiecie.

A teraz zapraszam do lektury:

Muzu艂manka wprasza si臋 na Wigili臋
Ewa Kaleta 31.12.2015 01:00

http://wyborcza.pl/duzyformat/1,149727,19408875,muzulmanka-wprasza-sie-na-wigilie.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza

– Dzie艅 dobry, prosz臋 pani, nie mam z kim sp臋dzi膰 Wigilii… – Nie, dzi臋kuj臋, nie jestem zainteresowana.

Jest Wigilia, godzina 16, zak艂adam hid偶ab, wychodz臋 z domu. W ci膮gu pi臋ciu godzin zapukam do kilkudziesi臋ciu warszawskich mieszka艅, przypadkowych. Jestem muzu艂mank膮, konwertytk膮, Wigili臋 sp臋dzam samotnie w Warszawie. Chc臋 sprawdzi膰, czy dodatkowe puste nakrycie, symbol katolickiej mi艂o艣ci do bli藕niego, obejmie r贸wnie偶 mnie.

„To, 偶e wyznaj臋 islam, nie zmieni tego, 偶e jestem Polk膮”

呕oliborz. Zb艂膮kany czy ob艂膮kany

Dom jednorodzinny, godzina 16.00, 艣wiec膮 si臋 艣wiat艂a, przez firanki wida膰 ruch w kuchni i w pokoju.

– S艂ucham? – g艂os m艂odej kobiety.

– Dzie艅 dobry, prosz臋 pani, nie mam z kim sp臋dzi膰 Wigilii, nie chc臋 siedzie膰 sama w domu i pomy艣la艂am, 偶e…

– Chwileczk臋 – odpowiada kobieta.

Przez okno dyskretnie wygl膮da kilka os贸b. Z domu wychodzi m艂oda kobieta w kapciach, otwiera mi drzwi i zaprasza do 艣rodka. W korytarzu czeka na mnie kilka os贸b, s艂ysz臋 ich weso艂e g艂osy jeszcze ze schod贸w, dzieci uciszaj膮 siebie nawzajem. Kiedy wchodz臋 do mieszkania, zapada cisza, wymieniaj膮 si臋 spojrzeniami, wi臋kszo艣膰 rodziny znika.

– Mam kawa艂ek piernika – wyjmuj臋 z torby ciasto.

– Nie, dzi臋kuj臋 – odpowiada m艂oda kobieta. – Prosz臋 usi膮艣膰 w pokoju. O, tu – pokazuje kanap臋.

Przy wigilijnym stole siedz膮 dwie starsze kobiety, jeden starszy m臋偶czyzna. M艂odzie偶 kursuje mi臋dzy kuchni膮 a pokojem bez celu, dzieci opieraj膮 si臋 o krzes艂a i gapi膮 si臋. M艂oda kobieta przysiada si臋 do mnie z laptopem.

– Ju偶 szukamy dla ciebie miejsca, mo偶e Caritas albo jaki艣 dom dla bezdomnej matki. Mo偶e w taki dzie艅 ka偶dego przyjm膮 – m贸wi, patrz膮c w ekran.

– W Polsce si臋 urodzi艂a艣? – pyta m艂ody m臋偶czyzna z kilkuletnim ch艂opcem na r臋kach.

– Tak, jestem Polk膮 – odpowiadam.

Starsza kobieta kr臋ci g艂ow膮 i 艣mieje si臋, patrzy na 艣cian臋. Jej m膮偶, przechodz膮c obok mnie, powtarza pod nosem: – Si臋 w g艂owie przewraca.

– Sko艅cz, tato – odpowiada mu m艂oda kobieta. – Chyba musisz i艣膰 na Okopow膮. Albo na Wigili臋 dla bezdomnych.

– Ale ja nie jestem bezdomna – odpowiadam. – Maj膮 pa艅stwo dodatkowe nakrycie dla zb艂膮kanego w臋drowca?

– Dla zb艂膮kanego tak, ale ob艂膮kanego nie – odpowiada g艂os z kuchni. Starsze kobiety wzruszaj膮 ramionami, troch臋 ze 艣miechu, troch臋 z oburzenia.

– Jarek, daj spok贸j – odpowiada podniesionym g艂osem m艂oda kobieta. – Przepraszam, nie przejmuj si臋.

Kiedy艣 w Wigili臋 ludzie si臋 zar臋czali; dzi艣 rusza lawina pyta艅 o Polsk臋

Wilan贸w. Ale tu s膮 dzieci

W wielu miejscach nikt nie odpowiada na dzwonek domofonu, cho膰 艣wiat艂a w oknach si臋 pal膮. D艂ugo chodz臋 sama po okolicy. Dzwoni臋 do mojej przyjaci贸艂ki muzu艂manki, kt贸ra jak wi臋kszo艣膰 „naszych” muzu艂man贸w obchodzi Bo偶e Narodzenie z rodzin膮, za chwil臋 si膮dzie do wigilii, chocia偶 nie ma to dla niej wi臋kszego znaczenia. Dla mnie ma. Nie wierz臋 do ko艅ca tym, kt贸rzy m贸wi膮, 偶e po konwersji nie czuj膮 si臋 ju偶 ani troch臋 katolikami. Ja nie jestem w stanie i nawet nie chc臋 wyprze膰 si臋 swojej katolickiej przesz艂o艣ci. To tak jakby mie膰 dwoje rodzic贸w, katolicyzm od urodzenia i islam z wyboru.

Po kilkunastu nieudanych pr贸bach spe艂nia si臋 obietnica zapalonych 艣wiate艂 na parterze.

– S艂ucham? – g艂os m艂odej kobiety. W tle pisk dzieci.

– Dzie艅 dobry, prosz臋 pani, nie mam z kim sp臋dzi膰 Wigilii, nie chc臋 by膰 sama w domu. Wiem, 偶e pani mnie widzi, wi臋c od razu powiem: jestem muzu艂mank膮, moja rodzina nie akceptuje mojej religii. Dla mnie to nadal wa偶ne 艣wi臋ta. Mieszkam w Warszawie od niedawna, nie znam zbyt wielu os贸b wi臋c, pomy艣la艂am, 偶e…

– Ale ja mam tu ma艂e dzieci.

– Aha?

– Za chwil臋 i tak jedziemy do rodzic贸w na wigili臋. Mo偶e s膮siedzi wy偶ej. Niech pani pr贸buje.

W moim kierunku idzie m艂ody m臋偶czyzna w czarnym d艂ugim p艂aszczu, w wyci臋ciu wida膰 b艂臋kitny ko艂nierzyk koszuli, pali cienkiego papierosa i bawi si臋 kluczykami do samochodu. Mijaj膮c mnie, nie patrzy na mnie, spokojnym tonem m贸wi: – Do siebie wypierdala膰.

Koran kontra 艢w. Miko艂aj. Pytamy muzu艂man贸w o Jezusa i Matk臋 Bosk膮

Ochota. Policzek

– S艂ucham – odpowiada cichutki g艂os starszej kobiety.

– Dzie艅 dobry, prosz臋 pani, nie mam z kim sp臋dzi膰 Wigilii, jestem tu sama, prawie nikogo nie znam – drzwi wej艣ciowe otwieraj膮 si臋.

Na trzecim pi臋trze drzwi do mieszkania s膮 otwarte, wchodz臋. W mieszkaniu strasznie 艣mierdzi.

– Dzie艅 dobry – m贸wi臋, powtarzam g艂o艣niej, coraz g艂o艣niej. Wchodz臋 do pokoju, sk膮d s艂ysz臋 w艂膮czony telewizor. Starsza kobieta siedzi w fotelu wpatrzona w ekran.

– Dzie艅 dobry, wpu艣ci艂a mnie pani przed chwil膮 domofonem.

Starsza pani z trudem przenosi na mnie wzrok, m贸wi co艣 do siebie, wraca do telewizora. Id臋 do kuchni. Jest brudno, w zlewie stoj膮 naczynia niemyte co najmniej od miesi膮ca. Blat w kuchni lepi si臋, przyklejony do niego jest zreszt膮 op艂atek. I pude艂ko z lekami powk艂adanymi do przegr贸dek na dwa tygodnie. Starsza pani wchodzi do kuchni.

– Ela przyjdzie? – pyta cicho.

– Nie wiem – odpowiadam. Numer do Eli napisany jest na kartce i przyklejony do 艣ciany obok telefonu.

– Ale g艂adziusie艅ka – m贸wi starsza pani i g艂aszcze mnie po policzku, pochylam si臋, 偶eby g艂aska艂a mnie jeszcze przez chwil臋. Odklejam op艂atek od blatu. Starsza pani zdejmuje folijk臋 i zaczyna je艣膰, idzie z powrotem do pokoju przed telewizor. Wychodz臋.

W s膮siednim bloku.

S艂ucham? – m臋ski dono艣ny g艂os w domofonie.

– Dzie艅 dobry, prosz臋 pana, ja nie mam z kim sp臋dzi膰 Wigilii, jestem tu sama, prawie nikogo nie znam. Pomy艣la艂am, 偶e mo偶e kto艣 mnie przyjmie, chocia偶 na chwil臋. Zupe艂nym przypadkiem trafi艂am tu.

– No niech pani wejdzie.

Drzwi otwiera starszy m臋偶czyzna, zza jego n贸g wygl膮da ma艂y szczekaj膮cy piesek.

– A to przebranie jakie艣? Muszka, cicho! – podnosi g艂os na psa.

– Nie, prosz臋 pana, jestem muzu艂mank膮.

– Polka?

– Tak, przesz艂am na islam. Dlatego tu jestem. Moi rodzice niespecjalnie chcieli, 偶ebym przyje偶d偶a艂a w hid偶abie na 艣wi臋ta.

– Trudno si臋 dziwi膰. Po co pani w tym chodzi? Moda taka?

– Nie, to nie moda.

– A niech偶e pani toto zdejmie i do rodzic贸w jedzie. Co to za wariactwa.

– Ale ja nie chc臋 zdejmowa膰.

– Aj, m艂oda pani jest, jeszcze nieraz si臋 pani w g艂owie zmieni. Co to to? Prowokowa膰 pani chce? Jeszcze kto艣 w drzwiach zawa艂u dostanie? Ch艂opaka pani nie ma? Ja pani powiem, jak tak pani w drzwiach z t膮 chustk膮 stanie, to si臋 mo偶na nieprzyjemnie zdziwi膰, o, buzia 艂adna, po co zakrywa膰?

– Nie o to chodzi, dzi艣 Wigilia, przecie偶 zawsze zostawia si臋 to dodatkowe nakrycie. Wi臋c pomy艣la艂am, 偶e…

– A no, prosz臋 pani, no oczywi艣cie, zostawia si臋, my katolicy jeste艣my i tak, oczywi艣cie, zostawia si臋, taka jest tradycja, ale jak kto艣 naprawd臋 potrzebuje. A nie za Cygana, tfu, Araba si臋 przebiera. Niech偶e pani toto zdejmie. Bo a偶, no a偶 co艣 tu si臋 cz艂owiekowi zbiera (艂apie si臋 za gard艂o).

– Ale ja naprawd臋 potrzebuj臋.

– To inaczej: w Jezusa pani nie wierzy? Do Maryi o wstawiennictwo si臋 pewnie nie modli艂a艣? No to co to to? Po co takie wydziwianie? Do ko艣cio艂a i艣膰. A nie si臋 odwraca膰. Pewnie nieraz modlitw wys艂uchali. To jest niewdzi臋czno艣膰 – podnosi g艂os, a razem z nim Muszka.

S艂ycha膰 d藕wi臋k domofonu. Wchodzi m艂ody m臋偶czyzna: – Dzie艅 dobry, no, tato, gotowy mia艂e艣 by膰.

Starszy pan: – A no tak, a tu, widzisz, pani muzu艂manka do mnie przysz艂a i mnie zagada艂a. Ju偶 tylko kurtk臋 narzuc臋 i idziemy.

M艂ody m臋偶czyzna: – A pani Polka?

Tak – odpowiadam.

M艂ody m臋偶czyzna: – Jakby pani do jakiego艣 kraju arabskiego pojecha艂a, to by pani zobaczy艂a, co to islam jest. ISIS to by pani膮 od razu ukamienowa艂y.

Starszy pan: – No ja pani m贸wi臋, ale tu widz臋 przypadek oporny. No co zrobi膰, ka偶dy ma sw贸j rozum. Z Bogiem!

Starszy pan zamyka drzwi do mieszkania. Wsiadaj膮 do samochodu i odje偶d偶aj膮.

Polska islamofobia bez muzu艂man贸w

Wola. Nie jeste艣my zainteresowani

Udaje mi si臋 wej艣膰 do bloku przypadkiem, przytrzymuj臋 drzwi kobiecie z dzieckiem w w贸zku. Omin臋 dzi臋ki temu domofony.

Zaczynam od 3. pi臋tra. Dzwonek, g艂o艣ne 艣wiergotanie, s艂ysz臋 ci臋偶kie kroki, kto艣 patrzy przez wizjer. Odchodzi. Dzwoni臋 jeszcze raz. Kto艣 podbiega pod drzwi. Drzwi otwiera szczup艂a kobieta po pi臋膰dziesi膮tce.

– S艂ucham? – trzyma 艣cierk臋 w r臋ce.

– Dzie艅 dobry. Prosz臋 pani, trafi艂am tu przypadkiem. Nie mam z kim sp臋dzi膰 Wigilii.

Kobieta odwraca g艂ow臋 i krzyczy w stron臋 mieszkania: – 艢cisz to pud艂o troch臋.

– No? O co chodzi? – pyta.

– Nie mam z kim sp臋dzi膰 艣wi膮t – powtarzam.

– Jak ty wesz艂a艣 do tego bloku? – pyta – Meczet tu wybudowali, jeszcze pieni臋dzy chcecie? Ma艂o wam? Jeden tu, drugi tam, no, – gdzie ten drugi jest?

– A chuj wie – s艂ucha膰 g艂os z wn臋trza pokoju.

– No niewa偶ne. Ma艂o wam? Po ludziach b臋dziecie chodzi膰 jak Jehowy? – pyta.

– Pieni臋dzy chce? – dochodzi m臋ski g艂os z wn臋trza mieszkania.

– Ja nie chc臋 偶adnych pieni臋dzy. Pani mnie nie zrozumia艂a.

– A id藕 g艂ow膮 w ziemi臋 bi膰, mo偶e rozum odzyskasz. Co ty sobie my艣lisz! I艣膰 mi st膮d!

Zamyka drzwi. Po chwili otwiera i sprawdza, czy ju偶 posz艂am. Stoj臋 na korytarzu i zastanawiam si臋, co dalej.

– Ale ju偶! Bo po policj臋 zadzwoni臋!

Zbiegam na drugie pi臋tro. 艢wi膮teczny stroik przypi臋ty do drzwi. Dzwonek nie dzia艂a. Pukam. Otwiera nastolatek.

– Cze艣膰 – m贸wi臋.

Ch艂opak zamyka drzwi bez s艂owa, po chwili drzwi otwiera kobieta oko艂o czterdziestki.

– Tak, s艂ucham?

– Dzie艅 dobry, prosz臋 pani, nie mam z kim sp臋dzi膰 Wigilii, moi rodzice…

– Nie – kobieta przerywa mi w po艂owie zdania. – Nie, dzi臋kuj臋, nie jestem zainteresowana – zamyka drzwi.

A dlaczego ja jestem zainteresowana? Dlaczego przesz艂am na islam, a mimo to chc臋 sp臋dzi膰 z kim艣 Wigili臋? To pytanie nie pada, ale chc臋 by膰 na nie gotowa i sama je sobie zadaj臋. Kiedy pr贸buj臋 odci膮膰 si臋 od swojej katolickiej przesz艂o艣ci, czuj臋 si臋 pusta i samotna. Czasem nawet odmawiam katolick膮 modlitw臋, pierwsz膮, jakiej nauczono mnie w domu. Niekt贸re dzieci ze zwi膮zk贸w mi臋dzyreligijnych modl膮 si臋 inaczej z mam膮 i inaczej z tat膮, i jest to dla nich naturalne.

Muzu艂manin z PiS: Dobrzy muzu艂manie to my

Centrum, Dworzec Centralny. 艢lina

W podziemiach mijam trzech sikh贸w w charakterystycznych turbanach, patrzymy na siebie tak samo zdziwieni. W korytarzach jest g艂o艣no, pijani menele dr膮 si臋 na ca艂y dworzec, ochroniarze chodz膮 wzd艂u偶 艣cian, brody chowaj膮 w kurtkach, a spojrzenia w ziemi臋 i nic, nie reaguj膮, podnosz膮 tylko wzrok. Znowu Hindusi, tym razem dw贸ch, mog膮 by膰 muzu艂manami, przemykaj膮 szybko, m贸wi臋 „salam alejkum”, ale chyba nie us艂yszeli. Mija mnie w膮saty m臋偶czyzna, idzie szybkim marszem, m贸wi: – Wypierdala膰 z tymi szmatami. Nie jestem pewna, czy to do mnie. Chocia偶 nikogo innego nie ma. Wchodzi do jednego z dw贸ch czynnych kiosk贸w. Id臋 za nim. Czyta gazet臋, spogl膮da na mnie, id臋 w jego stron臋, w艂a艣ciwie sama nie wiem, co chc臋 mu powiedzie膰. Odk艂ada gazet臋, przechodzi dalej, id臋 w jego kierunku, ale kiedy mnie zauwa偶a, wychodzi z kiosku.

Wychodz膮c z podziemi, mijam dw贸ch Arab贸w, na oko pracuj膮 w kebabie. M贸wi臋 „salam alejkum”, nie zwracaj膮 na mnie uwagi, mijam kilku pijanych m臋偶czyzn, zaczyna si臋 awantura, ochroniarz niepewnie patrzy w ich kierunku. Wychodz臋 z podziemi, mijam pijanego m艂odego m臋偶czyzn臋, ledwo trzyma si臋 na nogach. S艂ysz臋, 偶e kto艣 za mn膮 idzie, kilka os贸b, g艂o艣no si臋 zachowuj膮, nie s艂ysz臋, co m贸wi膮. Z g艂o艣nego chaosu s艂贸w wy艂apuj臋: – Allahu akbar! Mam ochot臋 zdj膮膰 chustk臋. Tak naprawd臋 mam ochot臋 zdj膮膰 j膮, od kiedy jestem w centrum. Zak艂adam kaptur, id臋 wolniej, mija mnie grupka m艂odych ludzi, czuj臋, 偶e patrz膮 na mnie, a ja gapi臋 si臋 w ziemi臋. Jeden z nich pluje na mnie, 艣lina dociera na moje rami臋. To m艂ody ch艂opak. Nic wi臋cej nie wiem, ba艂am si臋 patrze膰.

Mokot贸w. Nie wiadomo sk膮d

Blok przy ulicy, mi臋dzy stacjami metra. Dzwoni臋 do pierwszego mieszkania.

– S艂ucham? – m艂ody kobiecy g艂os.

– Od kilku godzin chodz臋 po mie艣cie i szukam domu, w艂a艣ciwie to ludzi, z kt贸rymi mog艂abym sp臋dzi膰 Wigili臋, a przynajmniej posiedzie膰 chwil臋, jestem tu sama, nie znam prawie nikogo w Warszawie. Troch臋 ju偶 nie mam si艂y i trac臋 nadziej臋.

– Ale ja jestem sama w domu.

– Rozumiem. Ja pani nic nie zrobi臋. Nie wiem, czy pani mnie widzi. Mo偶e zdejm臋 kaptur. Widzi pani? Nie jestem z艂odziejk膮 ani 偶adn膮 oszustk膮, nie jestem bezdomna. Jestem muzu艂mank膮. Konwertytk膮. Ale przez dwadzie艣cia par臋 lat 偶ycia by艂am katoliczk膮, nie chc臋 Wigilii sp臋dza膰 sama.

– Bardzo s艂abo pani膮 s艂ysz臋 przez ten domofon, strasznie trzeszczy i pani tak niewyra藕nie i cicho m贸wi. Ja przepraszam, ale jestem sama w domu.

Odk艂ada s艂uchawk臋.

Kilka ulic dalej.

Znowu wchodz臋 do bloku przypadkiem, przy艂膮czy艂am si臋 do pana z psem na smyczy wracaj膮cego ze spaceru, u艣miecha艂 si臋 do mnie, mia艂am nadziej臋, 偶e porozmawiamy, ale on ju偶 rozmawia艂 przez telefon. Posz艂am za nim po schodach. Kiedy znikn膮艂 w mieszkaniu, odczeka艂am pi臋膰 minut i zadzwoni艂am do drzwi. Pies zacz膮艂 szczeka膰. Us艂ysza艂am kroki, u艣miecha艂am si臋 do wizjera i pomacha艂am r臋k膮. Nikt nie otworzy艂. Us艂ysza艂am tylko uciszanie psa. Usiad艂am na schodach. Po kilkunastu minutach z kt贸rego艣 mieszkania na tym samym pi臋trze wysz艂a kobieta.

– Kim pani jest? – m贸wi do mnie pochylona.

– Nikim, ju偶 id臋.

– Bo po policj臋 zaraz zadzwoni臋 – przypatruje mi si臋 coraz natarczywiej.

– Prosz臋 si臋 nie denerwowa膰. Ju偶 id臋. Niech mi pani da kilka minut.

– Sk膮d ty jeste艣? – pyta i zapala dodatkowe 艣wiat艂o na ca艂ych schodach.

– St膮d, z Mokotowa – odpowiadam.

– Do kogo tu przysz艂a艣?

– Do nikogo. Ju偶 zaraz p贸jd臋. Prosz臋, niech mi pani da chwil臋, zadzwoni臋 po taks贸wk臋, nie chc臋 na dworze czeka膰. Niech mi pani da spok贸j, prosz臋.

Zamawiam taks贸wk臋. Kobieta stoi w progu swojego mieszkania, trzyma telefon, m贸wi nienaturalnie g艂o艣no i wyra藕nie: – Chcia艂am zg艂osi膰, 偶e przysz艂a, nie wiem jak, kobieta w czamborze [chyba chodzi艂o jej o czador], nie wiem sk膮d, nie chce powiedzie膰, nie wiadomo do kogo i siedzi na klatce schodowej, nie chce wyj艣膰.

Wysz艂am.