Archiwum dnia: 25 września, 2016

Zrobiłam karierę, a mąż został w domu z dzieckiem. Przestał być dla mnie atrakcyjny, brakuje mi faceta…

Fot: pixabay/Tamino5/CC0 Public Domain

Czytając ten felieton doszłam do wniosku, że kobiety w PRL-u, które miały rodziny i dzieci, były bohaterkami!

Czasami, gdy patrzę na takie kobiety, mam wrażenie, że wszystko, co mam na sobie, mnie uwiera. Ona piękna, ubranie leży na niej, jakby sama przed chwilą zeszła z wybiegu. Włosy, makijaż, paznokcie, torebka, buty, idealne. „Może przyszła na spotkanie zaraz po sesji zdjęciowej?” – zastanawiam się i czuję, jak moje dżinsy i trampki nie pasują do siebie, jak włosy nagle same się potargały, a koszula wygniotła. „Na pewno zjadłam szminkę!” – myślę, zaciskając wargi. Ale to, jak ona wygląda i jak jest ubrana, nie ma nic wspólnego z tym, co czuje w środku. Jej historia jest w gruncie rzeczy smutna.

 

Magda, Manager Projektu, matka, żona:
Oboje dopiero zaczynaliśmy swoje kariery. Byliśmy ambitni. On grafik w dużej firmie, ja w dziale reklamy w jeszcze większej. Szybko awansowałam Managerem Projektu. Firma się rozwijała na naszym rynku, wyznaczała nowe kierunki i miałam tym wszystkim pokierować, opracować strategię, dopilnować realizacji. Prawdziwe wyzwanie! Ale zaszłam w ciążę. Wszystko naraz. Szef zachwycony nie był, ale zapewniłam go, że jakoś to zorganizuję. I zorganizowałam. Przez chwilę koordynowałam wszystko z domu, potem wróciłam. 

„Co powiesz, żebyś to ty został w domu z dzieckiem? A ja będę pracowała?” – zapytałam, gdy już uczciliśmy mój awans. Wszystko sobie obmyśliłam. Nie chcieliśmy niani, a babci pod bokiem nie było. Ułożyłam plan: zostanę dwa miesiące z synkiem, będę koordynowała część zadań zdalnie, a on, mój mąż, w ogóle zacznie pracować z domu. Przecież jest grafikiem?! To wolny zawód, bardziej elastyczny, nie musi siedzieć na miejscu w firmie. Poza tym ja przecież już wtedy więcej zarabiałam! To zawsze jest główny argument, przynajmniej z punktu widzenia mężczyzny.

 

Decyzja nie była łatwa 
Przede wszystkim dla niego. Tym bardziej go podziwiałam. Myślałam: „To prawdziwy mężczyzna, nie boi się, że będą mówili „pantoflarz” i śmiali się za jego plecami.” Bo gadają. Nie oszukujmy się. Partnerstwo i równouprawnienie w pełnym wymiarze jest akceptowalne tylko na papierze. Mentalność ludzką zmienia się latami, a może pokoleniami. 

Siedzisz w domu? Jesteś leniwą kurą domową! Pracujesz, robisz karierę, dobrze zarabiasz? Jesteś suką, która zostawia swoje dziecko i jeszcze nie dba o męża. A on, biedny w domu z dzieckiem. Biedny?! Bo musi siedzieć z własnym dzieckiem?!

Ale on też nie ma łatwo. Z jednej strony jest podziwiany przez inne kobiety, że ze mną wytrzymuje, a ja go nie doceniam i tak go upodliłam. Z drugiej patrzą jednak podejrzliwie: „Nieudacznik?!” Faceci, to już zupełnie inna bajka. Uważają, że dał się wpędzić w bagno. „Co z niego za facet? Gdzie ma jaja?”. U mnie w firmie mówią na niego „tatusiek”. Poprawiałam ich, ale z czasem przestałam. 

Wróciłam do pracy po niecałym miesiącu. Do tego czasu mąż rozwijał swoją działalność, zdobywał klientów, których mógłby potem prowadzić, gdy już zacznę z powrotem pracować. Z firmą się nie dogadał, oni chcieli kogoś na miejscu. 

Siedzenie w domu? Nie dla mnie 
Kocham synka, ale te domowe obowiązki mnie przygnębiały. Syzyfowa praca. Wychodzenie na spacery, na plac zabaw, spotykanie innych mam z wózkami, a każda wygłodniała „dorosłego towarzystwa”. Obłęd. „A czy twój podnosi już główkę? Czy się przekręca na bok?” – myślałam – „Co to za panika! Jak przyjdzie czas, to się przekręci, podniesie i pójdzie. Nad czym tu debatować?” W ciąży czytałam książki poradnikowe. Te najbardziej popularne i inne, naukowe. Jestem chyba bardziej analityczna i do wszystkiego podchodzę zadaniowo, do wszystkiego się przygotowuję. Może jednak jestem zimną suką? Ale dlaczego? Bo się nie rozczulam? Kocham syna. Gdy wracam z pracy, nie schodzi mi z kolan. To ja czytam mu bajki.

A mąż? No właśnie. Tu coś się zmieniło. Według całego otoczenia zostałam suką, bo zamiast wziąć się za wychowywanie dziecka, poszłam do pracy i „zaprzęgłam do garów” męża. Wiele rzeczy usłyszałam na ten temat, zwłaszcza od najbliższej rodziny. Ale nie to było dla mnie najgorsze. Najgorsze było to, że moje uczucia się zmieniły. Zaczęłam postrzegać mojego męża rzeczywiście w kategorii nieudacznika, zwłaszcza, gdy przychodziłam zmęczona, on marudził, że tak późno. Wtedy miałam ochotę powiedzieć, że tylko ja w tym domu pracuję, utrzymuję wszystkich, więc nie ma prawa komentować. Znasz to? Rozmawiam z kolegami z pracy, też tak mają, tylko z żonami.

Brakuje mi FACETA
Ta zamiana ról jest ok. On jest świetnym ojcem, ale ja naprawdę zaczęłam patrzeć na niego inaczej. Imponuje mi swoim spokojem, cierpliwością (ja jej nie mam tyle) i w sumie odwagą, którą miał, decydując się zostać w domu. Ale z drugiej strony brakuje mi FACETA. W łóżku jest jakoś tak …(milczy) szybko. Jakby każdy śpieszył się po swój orgazm. Jemu ta sytuacja chyba też ciąży, bo mało pracuje. Mówi, że nie ma czasu. Może jak mały pójdzie do przedszkola. Może jednak niania? 

Wymagamy od mężczyzn, żeby byli silni, męscy, zaradni, twardzi, zarabiali pieniądze, imponowali wiedzą, potrafili w domu wszystko nareperować i jeszcze żeby byli wrażliwi, pomocni, troskliwi, zajmowali się dzieckiem i domem. Nie bali żadnej z tych ról. Chcemy, żeby zostawali w domu gotowali, karmili, prali, przewijali, a potem znowu nam źle. Ale to działa też w drugą stronę. Oni chcą, żebyśmy my były piękne, zadbane, wysportowane, „zawsze gotowe” i dom, żeby był czysty, dzieci najedzone, obiad ugotowany, zakupy zrobione i chleb upieczony. Dlaczego my tego wszystkiego od siebie wymagamy nawzajem?

Nie rozmawiamy z mężem o tym, jak jest. To jest najgorsze. Boję się, że powie, że ma dość. Nie chcę oddawać synka jakiejś obcej kobiecie pod opiekę, a z polecenia nie mam nikogo. Już podpytywałam. Psuje się między nami. Rozmawiamy coraz rzadziej, seks jest coraz rzadziej. On chyba czuje się niedowartościowany, ja nie robię nic, żeby czuł się inaczej. Musimy porozmawiać. Wiem o tym. Teraz to wiem.

http://mamadu.pl/