Beata Pawlikowska po rozwodzie rozstała się z depresją!

Beata Pawlikowska, była żona Wojciecha Cejrowskiego – podróżniczka i pisarka oto ponownie napisała książkę!

Tym razem napisała książkę o wychodzeniu z depresji i poleca, że każdy z tej depresji wyjść może, czerpiąc rady z jej książki, a raczej poradnika, który krzyczy – weź się w garść i nie posiłkuj się lekami, bo leki działają jak alkohol!

Jej książka to stek bzdur, które ogłupiają ludzi, a chorych wpędzają w poczucie winy, bo tysiące razy chcieli się wziąć w garść, a skończyło się często samobójstwem!

Jej pierwsza rada!

– Przeskanować swój mózg, jak komputer antywirusem i zlikwidować zarażone pliki i ponownie wgrać nowy program i po kłopocie!

I dalej!

– Jeżeli w twoim życiowym ogrodzie pojawiło się więcej suchych badylków niż zielonych pędów, przestań narzekać, podwiń rękawy, weź do ręki odpowiednie narzędzia i popracuj. Wszystkie nasionka tylko czekają, żeby wypuścić kiełki i rosnąć do słońca.

– Wiem, to może brzmieć jak coś trudnego. Znaleźć błędne dane zapisane gdzieś w podziemiach własnej duszy? Ala jak? Na kanapie u psychoanalityka, płacąc sto złotych za godzinę? Niewykonalne!

– Moim zdaniem depresji nie da się trwale wyleczyć za pomocą lekarstw. Pigułki mogą przynieść chwilową ulgę, bo pozwalają mniej czuć. Ale to, że mniej czujesz wcale nie oznacza, że automatycznie znikają twoje problemy. To tylko chwilowe zapomnienie. To tak, jakby wypić kieliszek mocnego alkoholu, który cię znieczuli i odwróci twoją uwagę, ale w niczym nie przybliża cię do uzdrowienia, a wprost przeciwnie – może cię uzależnić od możliwości oddalenia się od samego siebie.

– Z mojego doświadczenia wynika, że depresję można wyleczyć w trzech krokach: odzyskać wewnętrzną równowagę, stanąć na nogach, dokonać świadomego wysiłku, żeby zmienić nawyki myślowe zapisane w podświadomości. Potrzebne do tego będą dobra wola, cierpliwość, wytrwałość.

– Dziwisz się, że jesteś smutny, straciłeś chęć do życia, czujesz się samotny i opuszczony? Powiedz mi co jesz?

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,20891703,beata-pawlikowska-nowa-ksiazka-leczy-z-depresji-to-bzdury.html

Sądzę, że Pawlikowska nigdy na depresję nie chorowała, bo ta choroba wchłania tysiące ludzi na świecie, którzy latami nie mogą z niej wyjść! Sądzę, że ten toksyczny związek z Cejrowskim tak ją stłamsił, że wydawało się jej, że choruje na depresję i tu wystarczyło jeno uwolienie się z tego związku i ozdrowiała!

A jak wygląda leczenie depresji w Polsce?

Kamień zwany depresją

Depresja to prawdziwa plaga: cierpi na nią już co dziesiąty Polak. Ale jest też inna plaga: mylenie z depresją zwykłego smutku. I łykanie garściami tabletek, które natychmiast mają zagwarantować szczęście.

W śmiesznej piżamie w misie Grzesiek, 42 lata, gnije w łóżku od czerwcaNie myje się, nie je, chyba że coś wmusi w niego matka. Właśnie mu przeczytała, bo on sam nie czyta, o ślinie cieknącej z ust piosenkarki Marii Peszek. I o hamaku w Bangkoku, gdzie leczyła depresję. Od razu zrobiło się Grześkowi dziwnie. To nie tak, że artystce nie wierzy. Tylko dziwi go, że ze stanu podobnego do tego, w jakim był Jack Nicholson po lobotomii (to cytat z wywiadu), Maria tak się szybko otrząsnęła, a potem nagrała płytę. Grzesiek też chciałby tak cierpieć: kilka miesięcy w letargu, potem ciach i wracamy do roboty!

– Co ona wzięła, że to trwało tak krótko? – Grzesiek nie może się nadziwić. I jak to możliwe, że Maria Peszek chciała umrzeć tylko przez ostatni rok. On chce umrzeć od zawsze. A na pewno od czasu, gdy dostał od ojca pierwsze, ale nie ostatnie lanie pasem, do krwi. Za to, że stłukł talerzyk w polne kwiaty, jego ulubiony „Włocławek”. Grzesiek miał wtedy pięć lat. Ojciec umarł na serce, gdy Grzesiek zdawał maturę. Nie zdał, bo zażył leki nasenne. Skończyło się na płukaniu żołądka. – To dlatego, Grzesiu – stwierdził wtedy psychiatra – musisz do końca życia brać prochy. Więc brał, łykał codziennie. I co? – I jajco – mówi beznamiętnie.

Anja Orthodox, gwiazda gotyckiego rocka, po raz pierwszy do lekarza trafiła kilkanaście lat temu. Już wtedy dostała pigułki. Nie przynosiły poprawy. W końcu tak się zdołowała, że odstawiła leki. Lekarza też. – Moja depresja nie miała i nadal nie ma dużego nasilenia. Nie zmieniam się – jak niektórzy – w roślinę, nie patrzę przez całe dni w sufit. Ja tylko kamienieję – wyjaśnia. Bycie kamieniem oznacza na przykład, że nie odbiera telefonów. Albo nie włącza komputera. Dlaczego? – Bo tak – mówi Anja. – Chcę, ale nie włączę. Coś mnie blokuje.

No i jeszcze spanie, ile się tylko da. Bywało, że tygodniami leżała pod kołdrą. Szarą kołdrą.W końcu, dwa lata temu, zrobiło się już wokół Anji tak szaro, że wróciła do lekarza. Znów przepisał jej leki. O dziwo, tym razem pomogły.

Według statystyk już co dziesiąty Polak zapada na depresję. Przyznają się jednak do niej nieliczni. Wśród artystów: Kora, Kayah czy Kasia Klich, która kilka lat temu postawiła swoich znajomych na nogi wpisem na blogu, z którego wynikało, że chce ze sobą skończyć. Rocznie tę chorobę diagnozuje się u kilkuset tysięcy osób, a wkrótce chorych będzie zapewne więcej. W 2020 r. depresja – uważa Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) – będzie obok choroby niedokrwiennej serca najczęstszą przypadłością ludzkości.

– Depresja to nowy rodzaj raka, tylko że przeżera najpierw umysł, a potem ciało – mówi prof. Janusz Heitzman, prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. – Bo powodów, by cierpieć, mamy dużo, za dużo. Nie wytrzymujemy wyścigu szczurów, w dobie pracoholizmu nie mamy ani chwili na refleksję, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. I nie mamy już tego hartu ducha, jaki miały choćby te pokolenia, które przeżyły naprawdę straszne czasy – wojnę i Holocaust.

Tymczasem w Polsce dramatycznie brakuje psychiatrów: na cały kraj mamy ich nieco ponad 2 tysiące (w Niemczech 6 tys.). Nakłady na zdrowie psychiczne należą do najniższych w Europie. Średnio w UE wynoszą 5 proc. całości wydatków państwa na zdrowie, u nas nieco ponad 3 proc. Politycy nie doceniają wagi problemu. Doceniają go za to firmy farmaceutyczne.

Dorotę pięć lat temu mąż, znany wrocławski biznesmen, rzucił dla młodszej. Trochę sobie popłakała, przez tydzień nawet mniej jadła. A potem poszła do psychiatry. – Bardzo, panie doktorze, cierpię – oświadczyła. Pan doktor nawet na nią nie spojrzał. Za to z marszu wypisał jej lek, wyjaśniając, że dzięki niemu zwiększy się Dorocie poziom odpowiednich substancji w mózgu.

– To znaczy? – zapytała nieśmiało. – To znaczy, że będzie pani już miała z górki, a nie pod – wzruszył ramionami. Faktycznie, miesiąc później Dorocie latało nawet to, że jej eksmąż zjawił się pod szkołą Kubusia z dziesięć lat młodszą od niej blondyną w kolii na szyi.

– Diamenty? Sorry, dziś największym przyjacielem kobiety są perełki z grupy SSRI – ironizuje i wybucha śmiechem. I tłumaczy: SSRI to tak zwane selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny, odpowiadającej za nastrój. Innymi słowy – antydepresanty.

Na zakończenie tamtej pierwszej wizyty psychiatra uraczył jeszcze Dorotę informacją, że dzisiaj w Polsce kobiety zapadają na depresję dwa razy częściej niż mężczyźni. A najbardziej te między 35. a 45. rokiem życia. Więc kiedy we wrześniu Dorota skończyła 40 lat, wytłumaczyła sobie, że ma kolejny powód, by sięgać po prochy. Brała je, gdy zaczął ją boleć kręgosłup po wakacjach w siodle na Mazurach (na których zresztą przeżyła intensywny, ale krótki romans z właścicielem stadniny). Także wówczas, gdy jesienią ubiegłego roku Kubuś zaczął przynosić ze szkoły same jedynki. Wreszcie zimą, gdy jak zwykle dopadła ją chandra, bo znowu wraz z pierwszym śniegiem w mieście zaczęły się korki.

– Smutek i lęk towarzyszące różnym zdarzeniom w naszym życiu są często mylone z depresją. Depresja to nie jest chwilowo obniżony nastrój wywołany doraźnymi zdarzeniami, tylko poważna choroba, która może być groźna dla życia – zapewnia dr Martyna Goryniak, psycholog i psychoterapeuta z Warszawy.

Dwa lata temu głośnym echem wśród psychiatrów i psychologów odbiła się książka polskiego psychoterapeuty i suicydologa Jarosława Stukana pod znamiennym tytułem „Toksyczna psychologia i psychiatria. Depresja a samobójstwo”. Autor udowadniał w niej, że w wielu przypadkach depresja mylona jest z przygnębieniem, nawet cierpieniem spowodowanym np. rozstaniem z ukochanym czy utratą pracy. Że naturalne, zdrowe reakcje na problemy dnia codziennego, na przeszkody, na które natrafiamy, traktowane są dziś często jak zaburzenie psychiczne. I że lekarze zamiast spróbować rozwiązać kłopoty, przecinają je, aplikując pacjentom leki.

Imitacja leczenia

Rynek antydepresantów w Polsce wart jest dziś około 300 milionów złotych. – To biznes – przyznaje znany warszawski psychiatra, prof. Łukasz Święcicki. Zaznacza jednak, że wielu chorym leki na depresję rzeczywiście uratowały życie. Także jego pacjentom. A bywa, że trafiają do niego ledwo żywi, nawet w agonii. Bywa, że lekarz ma już do dyspozycji tylko elektrowstrząsy. A leki?

– No cóż, mamy tak proste i skuteczne rzeczy jak sole litu, które kosztują grosze – przyznaje psychiatra. – Ale żyjemy dziś przede wszystkim w erze prozacu i jego droższych następców. Problem tylko w tym, że skuteczność antydepresantów ocenia się zaledwie na 60 proc. To znaczy, że prawie co drugiemu pacjentowi nie pomagają wcale. – Niektórym nawet szkodzą – wzdycha prof. Święcicki.

Nie ma żadnych danych, ile antydepresantów sprzedaje się rocznie w polskich aptekach. Wiadomo jedynie, że ich podaż od lat 90. wzrosła kilkunastokrotnie. – Takie środki podlegają kontroli, o ile lekarz uzna, że mają być objęte refundacją. Wtedy jest rozliczany z recepty – przyznaje prof. Święcicki. – Ale wiele recept wypisywanych jest na sto procent odpłatności. Nie tylko przez psychiatrów, ale przez lekarzy najróżniejszych specjalności.Te są poza monitoringiem Narodowego Funduszu Zdrowia.

Efekt? Rok temu prawie 40 proc. antydepresantów przepisali Polakom interniści. Z jednej strony – twierdzą psychiatrzy – to dobrze, zwłaszcza na prowincji, gdzie specjalistów jest jak na lekarstwo, a chory w dramatycznej kondycji psychicznej może liczyć tylko na pomoc lekarza pierwszego kontaktu. Z drugiej strony, wielu pacjentów powinno takie środki zażywać pod ścisłą kontrolą, bo zdarza się, że w początkowym okresie mogą obniżać nastrój, nawet potęgować myśli samobójcze. Tymczasem zdarza się, że lekarze rodzinni aplikują je już kilkuletnim dzieciom. Tylko dlatego, że są niegrzeczne albo mają nerwowe tiki.

W lipcu tego roku brytyjski potentat farmaceutyczny GlaxoSmithKline na skutek ugody z amerykańską prokuraturą zgodził się zapłacić pacjentom z USA odszkodowanie w wysokości 3 miliardów dolarów. Za co? Między innymi za to, że jeden ze swoich antydepresantów reklamował właśnie jako lek dla dzieci. Z kolei sądy na Wyspach Brytyjskich są dziś zalewane przez pozwy pacjentów skarżących się, że lekarze przepisywali im pigułki na szczęście jak cukierki. W związku z czym nie mogą dalej bez pigułek żyć. Kilka procesów zakończyło się już przyznaniem przez sądy odszkodowań.

 I u nas tak będzie, jak w końcu pacjenci pójdą po rozum do głowy – kręci głową psychiatra z krakowskiego szpitala im. Babińskiego (prosi o anonimowość). – Wtedy, gdy zauważą, że zarówno lekarze, jak i państwo robią ich zwyczajnie w konia. To znaczy nikt im nie proponuje leczenia, a jedynie jego imitację.

W końcu się otruj

Grzesiek z Krakowa po latach odstawił leki, bo przez głowę mu przeszło, że lepiej zadziała kozetka u psychologa. Zresztą, czy brał antydepresanty, czy ich nie brał, było identycznie. Trafił jakiś czas temu do psychiatry (jego stały lekarz był na urlopie), który szczerze przyznał, że z tymi prochami bywa różnie.

– Powiedział: pogadaj pan z ludźmi, wyjdź pan do nich, albo zaproś pan ich do siebie – żali się pacjent. Tylko kogo miałby dziś zaprosić? Do Grześka przychodzą już wyłącznie (nie licząc matki) nieproszeni goście, czyli ONI. Przychodzą w nocy, we śnie. I mówią. – Biedna ta twoja mama. Ile jeszcze chcesz być na jej emeryckim, dziurawym garnuszku? Dałbyś już, Grzesiek, jej spokój. W końcu się otruj. Tylko tym razem zrób to porządnie – podjudzają.

– Co w tym wszystkim jest najgorsze? – zastanawia się prof. Łukasz Święcicki, psychiatra. – Że ludzie z depresją po cichutku z naszych oczu znikają. Najpierw nie odbierają naszych telefonów, a potem zupełnie niezauważenie rozpływają się w niebycie.

Grzesiek z tym niebytem jeszcze niedawno nie chciał się pogodzić. Jakiś miesiąc temu w piżamce w misie zadzwonił do poradni zdrowia psychicznego. Powiedzieli mu, że państwowo przyjmą go w marcu przyszłego roku. A prywatnie? To od zaraz. Jedna wizyta u psychoterapeuty to koszt 70 złotych. Grzesiek rzucił słuchawką tak mocno, że telefon przestał działać.

http://www.newsweek.pl/polska/kamien-zwany-depresja,96847,1,1.html

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s