Czytam coś ekstra w sieci i chcę mieć to na blogu!

http://natemat.pl/205567,juz-nie-te-czasy-zeby-ptaki-dokarmiac-i-listy-zbierac-7-pieknych-zwyczajow-naszych-dziadkow-ktore-odejda-wraz-z-nimi

 

Już nie te czasy, żeby ptaki dokarmiać i listy zbierać. 7 pięknych zwyczajów naszych dziadków, które odejdą wraz z nimi.

 

Pamiętacie wieczory spędzone z babcią nad albumami pełnymi starych zdjęć? Czarno-białych, często z pofalowanymi brzegami? Albo niezwykłe opowieści dziadka z wakacji, których bohaterami byli wasi rodzice w wieku przedszkolnym? Magiczne to były czasy… Kiedy pieniądze na Gwiazdkę dostawało się zawsze wsunięte w czekoladę, a starsi sąsiedzi wchodzili do nas bez pukania, by podzielić się skarbami „prosto z działeczki”.

Kiedy wspominamy naszych dziadków zawsze w pierwszej kolejności na myśl nasuwają nam się te ich zwyczaje, które nie przystają do współczesności. Które jako nastolatkowie uznawaliśmy za dziwne, a dziś wspominamy je z sentymentem, bo to właśnie te przeurocze „dziwactwa” tworzyły świat naszego dzieciństwa. Zebraliśmy 7 zwyczajów naszych dziadków i znajomych seniorów, które pełne są magii, a niekontynuowane, niestety odejdą razem z nimi.

Dokarmianie ptaków dziadka Janka
Już od pierwszych chwil wizyty w mieszkaniu dziadka Janka wiadomo, że lubi przyrodę. Na oknie całe mnóstwo paprotek i fikusów, na półkach równo poukładane książki – od atlasu ptaków polskich po „ABC działkowca”. Jest nawet zegar z kukułką, a na ścianie wiszą oprawione trzy stare ryciny przedstawiające (chyba) sikorki. Jednak kiedy spoglądam przez firankę i szybę zauważam coś więcej. Za oknem jest duży karmnik! – Dziadek cały czas dokarmia ptaki? – A jak można nie dokarmiać? – odpowiada ze zdziwieniem. – Przecież ptaki zimą mają tak samo mało pożywienia jak miały wiele dekad temu, w ich świecie niewiele się zmieniło – dodaje.
Okazuje się, że dziadek oprócz swojego karmnika ma kilka miejsc w mieście, które regularnie odwiedza i uzupełnia zapasy. – Wieszam słoninę, zostawiam ziarna tam gdzie wiem, że to ma sens. Gdzie większych ptaków jest mniej i te mniejsze mają szansę się najeść. Dokarmianie ptaków jest dla dziadka elementem jego rutyny, która dziś wydaje nam się albo zdziecinniała (instrukcje dokarmiania ptaków pamiętam tylko z elementarzy z pierwszych klas szkoły podstawowej), albo zbędna (z jakiegoś powodu zakładamy, że ponieważ nam się powodzi lepiej, to i dzikim zwierzętom żyje się łatwiej tylko ze względu na fakt, że mogą przylecieć do miasta…).

– To, że wiele ptaków żyje w mieście nie oznacza, że korzystają z jego wygód – dodaje z uśmiechem dziadek, zupełnie jakby czytał w moich myślach. – Właściwie jednym z najważniejszych miejskich przywilejów ptaków jest właśnie to, że ktoś im na zimę zbuduje karmnik i nasypie ziarna. Więc to robię, żeby się mogły sikorki i wróble cieszyć wielkomiejskim życiem – śmieje się. Dopijamy kawę-plujkę z bardzo cienkich szklanek w koszyczkach, zegar wybija, a raczej „kuka”, południe. W mojej głowie rodzi się pytanie, które wypowiadam na głos – Ile jeszcze istnieje takich „dziadkowych” zwyczajów, które dziś wydają się nam-młodym przedziwne, a tak naprawdę są przecież bardzo mądre? – O-ho ho, całe mnóstwo – słyszę w odpowiedzi. Jedź do babci Zdziśki, ona na przykład to wszystkie listy, pocztówki i stare zdjęcia zbiera. Całe szuflady tego ma! Czuję się wystarczająco zachęcona. Jadę!

 

Pocztówki, listy i stare zdjęcia babci Zdziśki
– Był tu u nas przez chwilę nawet taki antykwariat na osiedlu, w którym oprócz książek i starych płyt można było kupić zwykłe zdjęcia nieznanych ludzi, nawet sprzed stu lat – mówi babcia, wyciągając z szafki dwa ciężkie, przekładane bibułą albumy fotograficzne. – Zdjęcia obcych ludzi? – pytam nie dowierzając. – Tak, zwykłe zdjęcia z wakacji czy ze spotkań przy stole, albo ze ślubu jakichś różnych, nieznanych osób. Przekopywałam te zdjęcia pasjami, nie mogłam się oderwać – opowiada babcia. Choć nie znalazłam na nich nikogo znajomego, to udało mi się trafić na kilka zdjęć z czasów wczesnego PRL-u, czyli zanim się tu przyprowadziłam, ulicy, na której mieszkam – dodaje podając mi dwa niemal identyczne zdjęcia zrujnowanych kamienic, które według mnie mogłyby obrazować każdą ulicę w którymkolwiek mieście w powojennej Polsce. – Skąd wiesz, że to Kączkowskiego? – dopytuję. – A zobacz – mówi babcia pokazując mi w tle dwa kominy. – To jest stara mleczarnia, tak wyglądała, ty jej nie możesz pamiętać, ale te kominy z tej perspektywy tylko z Kączkowskiego można było zobaczyć, bo inaczej to je las zasłaniał.

Nie mogę w to uwierzyć. Prawie 90-letnia babcia niczym Sherlock Holmes potrafi wnioskować ze starych niewyraźnych fotografii odtwarzając w ten sposób obrazy, których prawie nikt już nie pamięta… Zaczynamy przeglądać listy. Ponieważ babcia jest polonistką wiele z nich, jak stare księgi, zaczyna się pięknie wykaligrafowaną wielką literą. W niektórych kopertach są zasuszone kwiaty. – A tego nie mogę ci pokazać, bo to są listy, które sobie z dziadkiem pisaliśmy, jak wyjeżdżał – mówi wyraźnie zawstydzona. – Ale te sobie przejrzyj. Dostaję całe pudełko wyblakłych i czarno-białych pocztówek wysyłanych ze wszystkich możliwych okazji – Wielkiejnocy, Bożego Narodzenia, wakacji, wizyty w sanatorium, wycieczki szkolnej…

Przy okazji zdjęć i listów babcia zaczyna opowiadać. – Ooo na tych wakacjach na Węgrzech twój tata wpadł do fontanny, a tu jak byliśmy u cioci Wiesi krowy na łące pożarły mi suknię, a kąpałyśmy się z Wieśką w stawie i musiałam przez wieś do domu w samych majtkach wracać – opowiada zaśmiewając się do łez. Historie mnożą się, wraz z kolejnymi wspomnieniami wyciąganymi z pudełek w formie przepięknych archiwalnych obrazków i kartek. Te szuflady wypełnione babci życiem, epizodami i historiami, które są dla niej ważne mniej lub bardziej to jakby metafora jej pamięci, którą w symboliczny sposób przechowuje w materialnej formie. I właśnie dzięki temu wszystkie te obrazy, słowa i emocje wciąż z nią są, żywe i silne jakby zdarzyły się wczoraj.

Niedzielne butów pastowanie pana Gienia
– Wszystkie wspomnienia o moim ojcu stają się żywe, gdy tylko czuję zapach pasty do butów. Ale takiej prawdziwej, mocnej, czarnej – mówi pani Gosia, moja 56-letnia sąsiadka. – Przejdź się po klatce (mieszkamy w bloku – przyp. red.) i popytaj sąsiadów, każdy ci powie, że jak niedziela do południa to tylko kawa na schodach z moim ojcem. I wszyscy te buty pastowali razem z nim! Młodzi i starzy, siadali w domowych lumpach, brali buty i przed wyjściem do kościoła pucowali. A śmierdziało tą pastą! Aż mdliło – opowiada.

 
Kawa i napiwek dla listonosza
– Najbardziej lubię jak schodzą emerytury – opowiada pan Tomasz, listonosz na moim osiedlu. – Pani kochana, ja to w te dni wcześniej wychodzę i później wracam, bo u każdego, co emeryturę niosę, to kawę muszę wypić! – A napiwki pan dostaję? – pytam. – Ano jasna sprawa.
Goszczenie listonosza w dzień emerytury przypomina nieco przyjmowanie wspomnianego księdza po kolędzie. Emerytki w mojej okolicy pieką na ten dzień ciasto, czekają, mają posprzątane… – Bardzo to jest miłe i nie mówię tak, bo kasa dodatkowa, tylko to są jedyne osoby, które ze mną w pracy rozmawiają – opowiada pan Tomasz. Taki listonosz jak ja, co do kilkudziesięciu mieszkań puka, to wydawać by się mogło, na samotność nie narzeka. Co chwilę się z kimś spotyka, bo do kogoś do domu zagląda. A to mit, pani kochana. Ludzie to tylko gdzie parafkę złożyć pytają, czasem to nawet słowa z nikim nie zamienię, bo ci młodzi to traktują listonosza nie jak człowieka, tylko jakiegoś gołębia pocztowego – żali się.
Rzeczywiście, dopóki pan Tomasz nie zapytał mnie po co mi te wszystkie książki, kiedy któryś raz z rzędu musiał wnieść dla mnie paczkę z wydawnictwa na czwarte piętro po prostu zaczęliśmy rozmawiać i poznaliśmy się, nie mogłabym sobie przypomnieć jego twarzy. – Nic gorszego pani kochana, jak tylko ciągle widzieć ludzi i taki chłód od nich czuć. A jak coś niosę do którejś „swojej” emerytki to aż się cieszę, bo w końcu mogę się poczuć normalnie.
Pieniądze w czekoladzie i przepisy z „Naj” od babci Emilii
Zastanawialiście się dlaczego kiedyś prezenty pod choinką były jakby ładniejsze, bardziej kolorowe i intrygujące? Przecież nie chodzi tylko o to, że byliśmy dziećmi więc wspominamy to z rozrzewnieniem. Zawsze dostawało się i zabawki, i słodycze, i pieniądze, czyli właściwie tak jak dziś (tylko rodzaj zabawek się zmienił), a jednak odpakowywanie prezentów miało w sobie coś niezwykłego. Otóż jedną z magicznych sztuczek naszych babć i dziadków było wkładanie banknotów nie do oficjalnych kopert, lecz czekolad! – Taki prosty patent, a tyle radochy – mówi moja znajoma, 30-letnia Emilia. – Gdy byłam nastolatką cieszył mnie sam banknot, a dziś Święta osładza nie sam prezent, lecz właśnie ten gest, to „opakowanie”. Automatycznie przywołuje dziecięce czasy! – dodaje.
A propos przywoływania przeszłości – Emilia odziedziczyła po babci gruby, 60-kartkowy zeszyt, który służy za książkę kucharską. Nie, nie ma w nim odręcznych notatek. To książka kucharska, której forma mogła zostać wymyślona wyłącznie w latach 90. w Polsce – kiedy internet nie był jeszcze powszechny, a polskie gospodynie zaczytywały się w „Naj” i „Pani domu”. – Moja babcia wycinała co ciekawsze przepisy z prasy kolorowej i przyklejała je do kolejnych stron zeszytu tworząc w ten sposób unikalny zestaw receptur na każdą kieszeń. I przyznam szczerze, że sięgam do niego znacznie częściej niż po współczesne książki kucharskie czy blogi kulinarne. Nie ma tu żadnych trudno dostępnych i drogich składników! – mówi dziewczyna.
Skarby „prosto z działeczki”
– Dla Witusia jajeczka świeże przyniosłam i marchewki, prosto z działki – słyszę, zanim orientuję się, że ktoś bez pukania wszedł do mieszkania moich rodziców. Pani Kozłowska robi tak od lat. Witek to mój syn, ale tak samo postępowała, kiedy ja i mój brat byliśmy mali, a gdy chwilowo w domu moich rodziców zabrakło dzieci do karmienia, pani Kozłowska karmiła moich rodziców, przekazując na ręce mojej mamy świeży żurek i cudem zdobyty wiejski chleb.
Z dzieciństwa pamiętam też kalendarze adwentowe, które dostawaliśmy co roku od innej sąsiadki, pani Kalinowskiej. Niedostępne w latach 90. słodycze pani Kalinowska dostawała od swojej córki z Niemiec i w jej zamówieniu zawsze widniały dwa kalendarze specjalnie dla nas. Choć dostawaliśmy je do czasu wyprowadzki na studia, to w dzieciństwie czekaliśmy na nie zawsze z wielkim zniecierpliwieniem. Działało na nas odliczanie do Świąt w formie otwierania codziennie jednego okienka i zjadanie tylko jednej czekoladki. Jakoś lepiej smakowały niż dziś nawet cała tabliczka najdroższej czekolady…

2 myśli na temat “Czytam coś ekstra w sieci i chcę mieć to na blogu!

  1. Nie wszystko z tych zwyczajów jest na wymarciu. Zimą wielu ludzi dokarmia ptaki, sama to robię, moje dzieci też, kalendarze adwentowe są teraz dostępne w polskich sklepach i często są kupowane dzieciom, ludzie wciąż jeszcze piszą kartki świąteczne, niekoniecznie wysyłając z tej okazji maile czy smsy, fakt, tradycyjne listy piszą już coraz rzadziej. Sama siostrzeńcom nieraz daję pieniądze schowane w czekoladzie, Z tego, co wymieniłaś, to już nie praktykujemy kawy i napiwków dla listonosza, bo pensje i emerytury spływają na konto. Buty nadal pastujemy i to nie tylko z okazji niedzielnych wyjść. No i zdjęcia częściej w formie elektronicznej, choć tych papierowych też zatrzęsienie.
    Pozdrawiam

    Polubienie

  2. Masz rację i oby ta tendencja była w nas i naszych dzieciach i wnukach jak najdłużej. Choć musisz przyznać, że sąsiedztwo w blokach staje się martwe, bo każdy trzepie drzwiami i ma w nosie, co dzieje się u sąsiada. Mogę podać przykłady Czarownico. Czasy się zmieniły i my się zmieniliśmy na gorsze. Nie ma w nas dawnej serdeczności.
    Pozdrawiam dawno nie czytana 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s