Archiwa miesięczne: Sierpień 2017

Takich posłów sobie wybrali!

Nienawiść, to bardzo brzydka cecha, ale w dzisiejszej rzeczywistości i podczas obserwacji sceny politycznej – to ja się do nienawiści przyznaję.

Jest taki poseł w PiS, którego autentycznie nienawidzę i tego się nie wstydzę.

Kiedy widzę w ławach sejmowych posła PiS – Dominika Tarczyńskiego, to moja nienawiść do tego człowieka sięga zenitu.

Nawet poseł Kaczyński nie budzi we mnie takiego odczucia i także Antoni Macierewicz, bo to są ludzie skrzywdzeni przez swoją psychikę.

Poseł Tarczyński ma w sobie takie coś, że na jego widok chce się biec do toalety, by zwymiotować.

Powinnam dzisiaj pisać o Rocznicy Porozumień Sierpniowych, ale nie ma właściwie po co wracać do tego, co nam od dwóch lat skutecznie zabrano.

Nie chcę pisać o minionych 27 latach demokracji, bo oczy robią się wilgotne, a serce drży z żalu, że takie kanalie jak Tarczyński weszły do polityki i śmieją się mi bezczelnie w twarz.

Wiecie dlaczego oni tacy są? Bo muszą iść po linii partii, którą kieruje z tylnego siedzenia człowiek, który nie ma żadnych zasług i przyjął do swojej partii takie nędzne kreatury jak Tarczyński.

Tarczyński od wejścia do PiS lubi chwalić się luksusowym życiem i sprzedał swoją partnerkę na Twitterze jak klacz z Janowa Podlaskiego.

Wszystko to z naszych podatków – niestety. Utrzymujemy takie typy bez ogłady!

Czytam różne blogi i dziś trafiłam na perełkę.

Proszę przeczytać:

Niech żyje bal

 

To jest zdjęcie z podtekstami. Jest rok 2014. Rządzi Platforma Obywatelska. Pan Dominik Tarczyński nie jest jeszcze posłem, ba, jeszcze nawet nie jest członkiem PiS-u. Jeszcze nie wie, co się stanie za rok. Tymczasem bawi się na balu charytatywnym pewnego hotelu świętokrzyskiego. Ale z kim!!!

Bawi się w towarzystwie Małgorzaty Tusk. Tak, żony znienawidzonego przez prezesa Kaczyńskiego Donalda. Zdjęcie jest dostępne na stronie internetowej hotelu

 

tarka1

Nie wiem, czy prezes Jarosław był kiedykolwiek w tym hotelu i to zdjęcie widział. Zobaczyłby bowiem, że nie tylko Małgorzata Tusk wprawia Dominika Tarczyńskiego w dobry humor. Dobrze bawi się on również podczas licytacji plakatu z Lechem Wałęsą. Jak  widać, ani żona „zdradzieckiego” Donalda, ani jeszcze bardziej „zdradziecki” elektryk z Gdańska nie wzbudzają w nim niechęci, ani żadnych negatywnych uczuć.

W czerwcu 2016 roku na Twitterze o gościu na plakacie napisze: „– Bolek mówi przez media do posła na sejm RP, że „wyrwie mnie z korzeniami”. Zapraszam Cię na solo bydlaku! ” Ale wtedy Tarczyński będzie już członkiem PiS-u i posłem na Sejm, czyli paniskiem pełną gębą. Mocarzem, tak mocnym, że dałby radę pobić nawet schorowanego 73-letniego seniora, bo tyle lat miał w 2016 roku Lech Wałęsa.

Trzeba przyznać, że partia daje siłę. Niech zatem, żyje bal, „bo to życie to bal jest nad bale”, dopóki prezes Jarosław nie widział jeszcze tego hotelu w internecie, bo jak zobaczy  – „drugi raz nie zaproszą nas wcale”.

https://zycieumyslowe.wordpress.com/2017/08/28/niech-zyje-bal-2/

Reklamy

Co się z tym Narodem stało – niedobrego!

Piękna, słoneczna środa w całej Polsce, bo wreszcie po deszczach i wichurach dostaliśmy od pogody parę ciepłych dni.

Mąż więc postanowił skorzystać z ładnego dnia i wypoczywał nad naszym jeziorem.

Ja nie mogę, bo mam obowiązki przy chorej Mamie.

Kiedy zjawił się w domu, to opowiedział mi krótką historyjkę, która nie okazała się dla mnie i dla niego dobrą historyjką.

Na plaży zauważył idącą po pomoście, dawno nie widzianą znajomą z mężczyzną typu – muskuły, kark i tatuaże.

Spytał, a gdzież to podział się jej mąż?

Odpowiedziała z cynicznym uśmiechem, że nie było go na nią stać!

Mają dwoje dzieci!

Kurtyna!

Powyższy wpis, jest o tym jak chamieją ludzie, dla których wszelkie wartości jak miłość, rodzina, przyjaźń poszły precz, bo najważniejsza jest kasa.

Jakie to smutne, że te wartości już tak niewiele znaczą.

Podobno jesteśmy krajem katolickim, a coraz więcej draństw pojawia się w przestrzeni publicznej i nie można już z tym nic zrobić.

Może tak należy to tłumaczyć, że skoro rządzący pod krzyżem kłamią, oszukują, konfabulują, to społeczeństwo myśli, że wszystko jest w porządku i ono też tak może. W końcu przykład idzie z góry – co nie?

Pięknie opisał obecną sytuację w Polsce Janusz Palikot na swoim blogu i nic dodać i nic ująć – cyt.:

” Czas pijanych os

30 Sie, 2017 | Polityka

Są wszędzie. Nieprzytomne. Zataczające się. Pijane „w trzy dupy”, jak to się mówi na Pradze. Z tego picia spadają bezwiednie na włosy, oczy, koszulę. Wtrącają się nieprzytomne do zup, chleba, sosów i wszystkiego. Nie sposób ich przeprosić, odpędzić lub odgonić. Gotowe zginąć, ale sięgnąć po jeszcze jednego. Patrzę na nie i myślę – toż to wypisz, wymaluj władza dzisiaj.

Jak wiadomo sezon się jednak kończy. Przynajmniej jeśli idzie o pszczoły”.

Ps.:

Pszczoły pójdą spać Panie Palikot, a ten nierząd szykuje nam jesień średniowiecza. 

Nie jeden Polak tego nie wytrzyma i będą zawały!

Sam Lech Wałęsa może tego nie wytrzymać i PiS będzie miał na sumieniu  jego śmierć!

I NIE TYLKO!

Prezent urodzinowy!

 Z okazji moich urodzin otrzymałam cudny prezent od Męża.

Jestem od paru godzin szczęśliwą posiadaczką wysokiej klasy aparatu fotograficznego.

Mąż stwierdził, że skoro wciąż nie mija mi pasja fotografowania, to trzeba podwyższyć klasę aparatu.

Oniemiałam, kiedy zobaczyłam ile muszę się nauczyć, by zdjęcia były dobre, gdyż aparat posiada masę nowych dla mnie funkcji.

Muszę je opanować więc, ale myślę, że dam sobie radę.

Pojechaliśmy w teren, aby zrobić kilka zdjęć na próbę, a ja jako jeszcze nieopierzona cieszę się strasznie.

Moje każde wyjście z domu, to wyjście z aparatem, bo nigdy nie wiadomo kiedy trafi się coś ciekawego do uwiecznienia.

 Na zdjęciach już jesień. 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

Czas zagrać „Różowymi teczkami”

Od 1 października br. wchodzi w życie tak zwana ustawa deubekizacyjna, która dawnym funkcjonariuszom SB oraz innym (wybranym) a mającym jakikolwiek związek z komunistycznymi służbami, znacznie obniża emerytury – średnio o około 2 tysiące złotych. 
Kiedy upadała władza PZPR, wielu funkcjonariuszy bezpieki i innych służb mundurowych, znalazło się w posiadaniu dokumentów obciążających dzisiejszą elitę polityczną. Przywłaszczali sobie teczki, aby w odpowiednim, zagrażającym im momencie je wykorzystać. Środowisko dawnych tajnych policjantów twierdzi, że ma możliwość pogrążenia wielu działaczy obozu rządzącego, w tym także posłów.
Obrazek
Chcą więc ujawnić niewygodne dla Prawa i Sprawiedliwości dokumenty, dotyczące orientacji seksualnej członków partii. 
Na wspomnianej liście będzie znajdował się LIDER obozu władzy, „P”, o którego orientacji seksualnej wypowiadali się między innymi Lech Wałęsa, Janusz Palikot czy Robert Biedroń. 
MOŻE SIĘ OKAZAĆ – ŻE POLSKĄ RZĄDZĄ GEJE.

Jeżeli dotrzymają słowa , to … będzie się działo.
Kto teczkami wojuje, ten od teczek ginie, ale i tak Ciemnemu Ludowi wmówią, że to UB-ecka prowokacja i fałszywki, a pisowski IPN potwierdzi. 

Autor „D”

„Lion- Droga do domu” – to bardzo ciekawe kino!

 Dziś ze swoich  ulubionych, zapisanych filmów do obejrzenia wybrałam film pt. „Lion – Droga do domu”.

Zapewniam, że jest to film wart poświęcenia mu uwagi.

Jest to opowieść nakręcona na podstawie książki, opartej na autentycznych wydarzeniach i takie kino lubię najbardziej.

Film jest dość długi, ale nie można się na nim nudzić ani minutki.

Pięcioletni chłopiec, urodziny w Indiach nagle odłącza się od swojej rodziny i trafia tysiąc kilometrów od rodzinnego domu.

Błąka się po Kalkucie i nie potrafi nikomu powiedzieć skąd jest i jak się nazywa.

Trafia w końcu do bardzo brutalnego sierocińca, skąd wydobywa go australijskie małżeństwo i zabiera chłopca na wyspę Teneryfa.

Tam chłopiec czuje się kochany i otrzymuje wyśmienite wykształcenie, ale coś go zaczyna trapić i nie do końca czuje się szczęśliwy.

Zaczyna szukać swojej tożsamości, bo czuje, że w Indiach po 25 latach wciąż czeka na niego ukochana matka, brat i siostra.

Obecna, skomputeryzowana technologia po wielu próbach odkrywa mężczyźnie miejsce jego pochodzenia.

Ten film należy obejrzeć ponieważ uświadamia jak ważny jest dla każdego człowieka aspekt skąd się wywodzimy i gdzie jest nasz początek. Na tym filmie nie jedna łza zakręci się w oku i dlatego jeszcze warto go obejrzeć, gdyż Nicole Kidman zagrała w tym filmie Oscarową rolę.

 

 

 

 

Najważniejszy mebel w domu, to rodzinny stół!

 Dziś miałam w domu gości – najdroższą mi Rodzinę.

Szykowałam stół byśmy zasiedli przy nim wspólnie i abyśmy zjedli razem obiad.

Miesiąc sierpień w mojej Rodzinie jest obfity w jubileusze i inne święta, a więc postanowiłam wraz z Mężem przygotować uroczysty obiad, aby pobyć ze sobą nie tylko w święta.

W sierpniu obchodzimy dwie rocznice ślubu moich Córek, imieniny Wnusi i moje urodziny, a więc bardzo się cieszę, że udało nam się zgrać czasowo, a to nie jest łatwe.

Myślę, że wszyscy spędzili dobre, przyjemne chwile przy smacznym obiedzie i na koniec z kawałkiem bardzo dobrego tortu i kawą.

Jestem ogromnie zadowolona, że mi się to udało zorganizować i pobyłam także z Wnukami, które coraz częściej mnie zaskakują w swoim dorastaniu. To już nie są maluchy, a raczej powoli wkraczają w nastoletnie dzieci.

Ale ten dzień ma też swoją ciemną stronę.

Kiedy goście wyszli – włączyłam tv i mnie zmroziło.

Podczas naszego obiadu odszedł mój ukochany Dziennikarz – Grzegorz Miecugow.

Uwielbiam oglądać jego program – „Szkło Kontaktowe”, które śledzę od początku jego powstania i zrobiło mi się bardzo źle!

Grzegorz Miecugow miał zaledwie 61 lat, a jego odejście tak niespodziewane, to nie jest ładne zagranie.

Panie Grzegorzu, takich numerów się nie robi!

Są tacy ludzie, po których odejściu łzy leją się strumieniem i ja zapłakałam nad marnością naszego tu na Ziemi życia.

Długo, długo nikt nie będzie w stanie zapełnić tego pustego miejsca w świecie mediów.

Niech spoczywa w spokoju! [*]

Moi Indianie! 🙂

 

Starzejący się rodzice to balast. Dla dzieci, lekarzy, pielęgniarek

Tak mi się ostatnio składa, że parę dni temu byłam codziennie u Mamy w szpitalu.

Leżała na oddziale wewnętrznym w bardzo ciężkim stanie. Myślałam, że nie wyjdzie z choroby i przyjdzie Jej kres.

A jednak stał się cud z mocy służby zdrowia i rodziny, która zaopiekowała się na równi z pielęgniarkami i lekarzem prowadzącym.

Jakże byłam mile zaskoczona, że moją Mamą tak dobrze zaopiekował się szpital.

Kroplówki – dużo kroplówek i zastrzyki – dużo zastrzyków i w końcu stan Mamy bardzo się poprawił.

W chorobie na raka chodzi o to, by pacjent nie cierpiał i tak też się stało.

Dobranie odpowiednich leków sprawiło, że Mama w stanie stabilnym jest od tygodnia w domu.

Dziękuję służbie zdrowia w mojej miejscowości za dużo empatii i troskę.

Ale nie zawsze tak bywa i tu polecam poniższy wywiad:

Smutna prawda o nas: Starzejący się rodzice to balast. Dla dzieci, lekarzy, pielęgniarek.

Karetka zabiera dziadka czy babcię, a młodzi jadą na wakacje. Bez balastu, którym na co dzień są ich starzy rodzice. Wiem, że wszyscy chcemy być młodzi, piękni, wysportowani i oczywiście zdrowi, i że najlepiej by było gdyby starość nie istniała. Chowamy ją w domach starców, w szpitalach. I nie szanujemy. I jak się przekonałam, nie szanują jej też lekarze i pielęgniarki – mówi Magda Rigamonti, dziennikarka, której wpis na Facebooku dotyczący 22-godzinnego pobytu z ojcem na szpitalnym oddziale ratunkowym w maju poruszył wiele osób. Teraz dziennikarka wraca do tych chwil przyglądając się funkcjonowaniu SOR-ów i traktowaniu seniorów w Polsce.

Jakimi trzema słowami opisałaby pani pobyt z ojcem na SOR-ze?

Bezradność i oczekiwanie. No i jeszcze może zwątpienie.

Zwątpienie?

Zwątpienie w to, że jest się podmiotem.

Pani była tam „jedynie” osobą towarzyszącą.

Ale obserwowałam pacjentów i personel SOR-u. I jasne jest, że pacjenci boją się jeszcze bardziej i są jeszcze bardziej bezradni. Szczególnie ci starsi, 80-, 90-letni, na skraju życia. Pamiętam ich wzrok pytający, błagalny. Siedzieli, leżeli, czekali aż ktoś się nimi zajmie, powie, co dalej, co z nimi. Pamiętam staruszka, którego posadzono na wózku. Czekał i tylko wodził wzrokiem za przechodzącymi obok ludzi w białych kitlach. Dokładnie tak samo patrzą dzieci w domu dziecka, podczas wizyt potencjalnych rodzin adopcyjnych. Patrzą, wodzą wzrokiem i mają nadzieję, że właśnie do nich podejdzie pani, przytuli, zajmie się, przygarnie.

 

Nie przesadza pani?

Nie. Na SOR-ze też tak czekają ci, którym coś dolega. Wiedzą, że są zależni od salowych, pielęgniarek, lekarzy, od wszystkich osób w białych kiltach. I to jest okrutna zależność.

Myśli pani, że pacjenci znają swoje prawa? Potrafią o siebie zawalczyć w takiej sytuacji?

Powiedziałam o okrutnej zależności. Pacjenci wiedzą przecież, że od lekarza i pielęgniarki zależy ich zdrowie, a często i życie. Wiedzą to też lekarze i cały personel SOR-u. Wiedzą i ten fakt wykorzystują. Wiedzą, że są prawa pacjenta, ale i tak czują się panami sytuacji. Proszę pamiętać, że szczególnie ludzie starszej daty mają do lekarza ogromne zaufanie, darzą szacunkiem, wierzą, że lekarz to zawód szczególny, zawód zaufania publicznego.

Pani nie wierzy?

Wierzę, przecież ci ludzie kształcili się przez wiele lat po to, by ratować ludzi, by pomagać w potrzebie. Musieli się kierować, jeśli nie powołaniem, to przynajmniej misją. Lekarz to zawód zaufania publicznego. To ktoś, od kogo jesteśmy uzależnieni w sytuacjach ekstremalnych (nawet takich jak złamanie ręki, bo to ekstremalna sytuacja dla zdrowego człowieka), bo sami sobie nie poradzimy. Skoro lekarz wybrał taki zawód, zdecydował się pracować w szpitalu, przychodni czy prywatnej klinice, to ma obowiązek zachowywać się uczciwie i z szacunkiem. Kilka lat temu spędziłam wiele godzin w Szpitalu Bielańskim, widziałam, jak pracuje dr Marzena Dębska i prof. Dębski i wiem, że po wielu latach w tym zawodzie można być lekarzem cierpliwym, życzliwym, który zrobi wszystko by ratować życie i zdrowie matek i ich dzieci.

Praca na SOR-ze jest specyficzna. Wiąże z dużym stresem. Może w tym wszystkim brak już miejsca na empatię?

Kiedy po 22 godzinach zabierałam ojca z SOR-u, podjęłam decyzję, że przestaję być tylko bezradną córką, która prosi pielęgniarki i lekarza o informacje. Zrozumiałam, że mam obowiązek wyciągnąć legitymację prasową i powiedzieć, że jestem dziennikarką. Nie, nie po to, żeby pomóc swojemu ojcu, tylko tym wszystkim, którzy tkwili na tych krzesełkach i leżankach od wielu godzin. I rozpoczął się teatr. Nagle pielęgniarki ruszyły do pacjentów. –Jak długo trwają te dolegliwości? Czy się powtarzają? O, nie może pan złapać tchu. Od jak dawna to trwa? Jakie leki pani przyjmuje? I tak dalej… Doskonale wiedziały, że właśnie zadają pytania, które miały obowiązek zadać wiele godzin wcześniej.

Za granicą na studiach medycznych są przedmioty dotyczące komunikacji z pacjentem.

Pewnie na medycynie jest psychologia, ale czy komunikacja, to nie wiem. Jeśli jest, to personel SOR-ów szybko zapomina o tym, czego się nauczył. Wie pani, żałuję, że wtedy na SOR-ze przy Wołoskiej nie zrobiłam tym starszym pacjentom zdjęć, nie poprosiłam o ich zgodę na to. Do dziś mam przed oczami obrazy m.in. pana, który siedział 11 godzin na wózku inwalidzkim i nikt z personelu nie zapytał, czy chce siku, pić, jeść, czy nie potrzebuje pomocy, czy może by się trochę przeszedł. To ja zapytałam, czy przynieść mu kanapkę i wodę. Była tam też młoda omdlewająca dziewczyna. Siedziała kilka godzin na twardym krześle. Widziałam, jak wyciągnęła rękę do przechodzącej obok osoby w białym kitlu, prosząc, czy ta może podprowadzić ją do toalety. Usłyszała tylko: „nie jestem od tego”. Wstałam i poszłam z nią do ubikacji. Na takim oddziale powinien być ktoś, kto pomaga czekającym ludziom, kto poda pić, przyniesie kanapkę. Proszę pamiętać, że tam dla ludzi czekających wiele godzin nie są przewidziane żadne posiłki. Proszę sobie wyobrazić, kto czeka 20 godzin, jest cukrzykiem i musi często jeść drobne porcje… No, ale czego ja chcę, skoro pewnie nikt takiej osoby nie zapyta, na co choruje. Mojego ojca nikt podczas tej prawie doby na SOR-ze nie zapytał, jakie leki przyjmuje, na co choruje. Nikt nie powiedział panu z leżanki obok, że ma nie jeść i nie pić, bo za chwilę będzie miał badanie, które powinno się robić na czczo. Nikt nie zaproponował starszym ludziom, którzy byli tam sami, bez żadnej rodziny, czegoś do picia czy jedzenia. Pytałam więc panie pielęgniarki, czy trzymałyby w takich warunkach, bez jedzenia swojego 80-letniego dziadka czy ojca. Spuszczały tylko głowy. Ok, może to była już dziesiąta godzina ich dyżuru, może czekały, już tylko na to aż skończą pracę i będą mogły pójść do domu.

 

Tłumaczy je pani?

Nie, próbuję zrozumieć. Kiedyś spędziłam kilka nocy na SOR-ze w szpitalu przy ul. Szaserów w Warszawie. Przygotowywałam materiał o dr Magdalenie Kozak lekarzu ratowniku i żołnierce. I tam też był tłum pacjentów. I byli lekarze i pielęgniarki, ale nikt nikogo nie ignorował. Widziałam, jak można pracować z poświęceniem, chociaż czasami ma się bardzo, ale to bardzo dosyć, szczególnie w dwudziestej godzinie dyżuru. A do tego trzeba wypełniać dokumentację medyczną. Wie pani, wydaje mi się, że wszystko sprowadza się do tego, by pozostać człowiekiem.

I widzieć w pacjencie człowieka.

Oczywiście. To nie nos, palec czy udar trafił na SOR. To nie noga przyjechała z wypadku, to nie zawał przywieźli, bo to przyjechała pani Stasia z Jerozolimskich, lat 94, która jest sama, mąż od dawna nie żyje, córka mieszka w Kanadzie. Po raz kolejny mówię o tych starszych ludziach, bo chyba jednak stanowią większość na SOR-ach. Wtedy, na Wołoskiej było sześciu albo siedmiu takich niezaopiekowanych staruszków. Chyba wszystkich przywiozło pogotowie. Pewnie ktoś zasłabł, ktoś się źle poczuł, ktoś miał bardzo wysokie ciśnienie, kogoś zastali sąsiedzi leżącego na schodach klatki schodowej. Przecież wystarczyłoby, gdyby pielęgniarka bądź lekarz powiedzieli: „pani Kowalska, ma pani swoje lata i już całkowicie zdrowa nie będzie, bo takie jest życie, ale zrobimy pani badania, podamy kroplówkę z lekarstwem i mamy nadzieję, że się pani poprawi. A może warto by było, aby została pani na obserwację. No, ale trzeba poczekać na wyniki badań”. Pytała mnie pani o prawa, o to, czy pacjenci je znają. Myślę, że ci starsi ludzie boją się odezwać, o coś poprosić. Nie awanturują się. Choć, mam wrażenie, że jak „klient jest awanturujący się”, to zostanie szybciej załatwiony. Nie mówię o chamskich reakcjach i ubliżaniu, tylko zwróceniu na siebie uwagi i pokazaniu, że jestem tu człowiekiem, a nie nosem czy wyrostkiem.

Pani była tą „awanturującą się”?

Dopiero na koniec, w 22 godzinie pobytu mojego ojca na SOR-ze. Byłam awanturującą się dziennikarką. Okazało się nawet, że wezwano policję. Powiedziałam im, że tak, jak i oni jestem w pracy. Byli trochę zmieszani, myślę, że doskonale rozumieli moje zachowanie. Spisali moje dane z legitymacji dziennikarskiej i na tym się skończyło. Mam nadzieję, że całe to zdarzenie sprawiło, że personelowi, chociaż na te 2-3 godziny otworzyły się oczy, że zaczęli inaczej traktować pacjentów. Zresztą, kiedy opisałam tę sytuację, odezwali się różni ludzie, którzy byli pacjentami i rodzinami pacjentów. Opisywali swoje historie z SOR-ów, często makabryczne, często zakończone śmiercią. Odezwała się kobieta, której ojciec trafił na SOR na Wołoską i tam mu nie udzielono pomocy, tylko z niewiadomych przyczyn przewieziono do innego szpitala, w którym ten człowiek zmarł. Skontaktowali się ze mną także lekarze i pielęgniarki.

Z pretensjami?

Też.

Czy było pani przykro, kiedy czytała pani pod swoim wpisem negatywne komentarze od środowiska medycznego?

Negatywne równoważyły się z pozytywnymi. Pisali, że się nie znam, że nie rozumiem tej pracy. A ja uważam też, że skoro jestem dziennikarką, to mam obowiązek również lekarzom patrzeć na ręce. Kilka lat temu zajmowałam się sprawą prof. Chazana i nadużywania przez niego kompetencji dyrektorskich w szpitalu przy Madalińskiego w Warszawie. Teraz jeden z doktorów powiedział mi, że w końcu ktoś napisał prawdę i pokazał, jak jest na SOR-ach. Sam pracuje na jednym z warszawskich SOR-ów. Opowiadał o pacjentce, która leżała na SOR-ze przez osiem dni.

Bo?

Bo czekała na przyjęcie na konkretny oddział. Na oddziale jednak nie było miejsca, z SOR-u obawiano się ją wypuścić. Później się okazało, że w tym czasie na oddział przyjęto 14 osób, z pominięciem SOR-u. Ten doktor rozmawiał ze mną bardzo szczerze, mówił, że modli się o to, by nie trafić nigdy do szpitala, nie przechodzić przez SOR, modli się o to, by umrzeć ze starości, a nie chorować. Dodał, że wielu pacjentów umiera na SOR-ach, w szpitalach, bo są nienależycie zaopiekowani i że oczywiście trudno to udowodnić, bo na wszystko z reguły są papiery, procedury są wykonane i udokumentowane. On i inni powtarzali, że jeśli nie ma się znajomego lekarza w szpitalu albo chociaż pielęgniarki, to w szpitalu nie będzie się traktowanym, jak należy. I to jest największe zło, bo okazuje się, że jeśli jest się zwykłym pacjentem, to jest się nikim.

Historie, o których pani mówi, pokazują słabość systemu.

Tak, ale za systemem stoją ludzie. To, że system jest zły, wszyscy wiemy. Dyrektor SOR-u z innego szpitala powiedział mi, że za tym hasłem: system jest zły – pracownicy SOR-ów bardzo chętnie się skrywają. Tym złym systemem tłumaczą sytuacje, do których nigdy nie powinno dojść. Z drugiej strony od tego samego doktora słyszę, że na jednym dyżurze jest zaledwie dwóch lekarzy, którzy muszą ratować zdrowie, a często życie aż 130 pacjentów, więc nie ma siły, by byli oni empatyczni i pochylali się nad każdym tak, jak powinni. No, ale z drugiej strony czasami wystarczy podnieść kąciki ust… I oni po studiach, kiedy trafiają na taki oddział, mają w sobie pokłady empatii, są dobrze nastawieni do pacjentów.

I co, później o tym zapominają?

Nie wiem. Może patrzą na to, jak się zachowują ich starsi koledzy po fachu. Oczywiście nie wszyscy. Jest przecież wielu wspaniałych lekarzy. Niedawno trafiłam z córką na SOR w Giżycku. Byliśmy na wakacjach. Późnym wieczorem córka się przewróciła, narzekała na ból stopy. Nic nie puchło, więc sądziłam, że to tylko stłuczenie. Rano jednak nóżka spuchła. Pojechałyśmy do szpitala. Tam na SOR-ze powiedziano, że skoro do zdarzenia doszło dzień wcześniej, nie przyjmą dziecka i mamy się udać do przychodni. Na szczęście było blisko. Przyjął nas dr Pułjanowski. Obejrzał stopę, powiedział, że na jego oko to skręcenie i pęknięcie jednej z kostek stopy.

 

 Po czym wyjął plansze, pokazał układ kostny stopy, wyjaśnił, co się mogło stać i zanim wysłał na RTG, to jeszcze uspokoił, że jeśli potwierdzi się jego przypuszczenie, to włoży stópkę w lekką skorupę żywiczną. Kiedy czekałyśmy w krótkiej kolejce do gabinetu RTG, rozmawiałam z dwiema pacjentkami doktora – jedna po wszczepieniu endoprotezy, druga bodajże po operacji kolana. Mówiły, że ten doktor zawsze wszystko wyjaśnia, że wychodzi z założenia, że pacjent musi być szczegółowo poinformowany, no i że przyjeżdżają do niego pacjenci z całej Polski… No i jeszcze, lekko podnosi kąciki ust. No, ale to wszystko nie działo się na SOR-ze, tylko w przychodni.
 

Część pacjentów przychodzi na SOR, żeby ominąć kolejki w przychodniach.

I oni oczywiście robią też tłum na SOR-ach. Ale ja ich rozumiem.

Bo to sposób na szybszą diagnostykę…

Dziwi się pani tym ludziom. Skoro w przychodni rejonowej słyszą, że tomografię mogą zrobić dopiero za pół roku, a kardiolog przyjmie ich za 11 miesięcy. Myślę, że gdybym była w ich sytuacji, działałabym podobnie.

Znowu wracamy do systemu.

Tak, tylko że w tym systemie najbardziej cierpią pacjenci. Pamiętam staruszkę, która trafiła na SOR na Szaserów. Upadła i bolało ją biodro. Dr Magda Kozak zapytała, w którym miejscu boli i kiedy się przewróciła. Okazało się, że dwa tygodnie wcześniej. Nie zgłosiła się do lekarza rodzinnego, bo wiedziała, że ten będzie ją odsyłał do innych i przepisze co najwyżej tabletkę przeciwbólową. Miała świadomość, że na SOR-ze, choć trzeba poczekać, to i prześwietlenie i diagnozę można załatwić za jednym zamachem. Może też liczyła na to, że będzie mogła kilka dni pobyć w szpitalu. No, bo jak włożą ją w gips, to w domu sama sobie nie poradzi… W szpitalu lepiej i wygodniej. Dr Kozak mówiła mi o staruszkach podrzucanych na SOR przez swoje dorosłe dzieci. Zamawiają pogotowie, tłumaczą, że mama bądź tata gorzej się czują, że oni nie wiedzą, co robić. Karetka zabiera dziadka czy babcię, a młodzi jadą na wakacje, spędzają święta bez tego balastu, którym na co dzień są ich starzy rodzice. Wiem, że wszyscy chcemy być młodzi, piękni, wysportowani i oczywiście zdrowi i że najlepiej by było, gdyby starość nie istniała, gdyby nam nie przeszkadzała w naszym wspaniałym życiu. Chowamy ją w domach starców, w szpitalach. I nie szanujemy. I jak się przekonałam, nie szanują też lekarze i pielęgniarki. Niedawno rozmawiałam z Janem Rulewskim, opozycjonistą, który w PRL-u przesiedział za swoją działalność siedem lat. W stosunku do tego, czego doświadczył, użył sformułowania „przekroczenie granicy godności”. Od razu pomyślałam, że „przekroczenie granicy godności” to właśnie to, czego doświadcza bardzo wielu pacjentów w szpitalach. Tam często zapomina się o człowieczeństwie i zapomina o tym cały personel medyczny. Niestety, również o swoim człowieczeństwie.

Wywiad pochodzi z portalu: www.medexpress.pl

Kreatywna Babcia!

 Jeszcze żyją ludzie, którzy pamiętają jak dawnymi czasy było trudno o wszystko.

Mówi się o nich – stara, dobra szkoła, którą życie nauczyło, aby o wszystko dbać, bo z nieba nie spadnie.

Mama mojego Męża zimą trochę niedomagała i leżała w łóżku.

Mąż wpadł na pomysł i zaniósł swojej Mamie mały komputer i trochę Ją podszkolił.

Zapomnieliśmy o tym, ale dziś Mężowi był potrzebny .Poszedł do Mamy, aby go od Niej zabrać.

Nasze zdumienie było tak wielkie, że płakaliśmy ze śmiechu!

Otóż Mama, Babcia i Prababcia nie korzystała oczywiście z maszynki, ale uszyła jej pokrowczyk – i oto tadam jest na blogu! 😀

 

Jak ten „rząd” niszczy ludzi!

Ważne! Podajcie dalej!

Apel w sprawie ofiar „ustawy dezubekizacyjnej”
„Nie możemy milczeć”
Byli szefowie służb specjalnych, MSW, prawnicy oraz dziennikarze wzywają rząd do wstrzymania „dezubekizacji” „przynajmniej wobec osób chorych i w podeszłym wieku”. To reakcja na kolejne przypadki samobójstw i śmierci emerytowanych funkcjonariuszy, którym obniżono świadczenia.
Treść apelu:
Warszawa 22 sierpnia 2017r.
Apel b. szefów MSW, służb specjalnych, prawników i dziennikarzy
Od 1 października emeryci i renciści służb mundurowych oraz ich rodziny zostaną objęci nowymi przepisami, które rząd nazywa „ustawą dezubekizacyjną”. Każdy, kto chociaż jeden dzień przepracował w organach bezpieczeństwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (nazywanej w ustawie „państwem totalitarnym”), będzie miał drastycznie obniżone świadczenia, bez względu na to, jak długo i w jakich formacjach pracował potem dla wolnej Polski.
Ci, którzy pracowali wyłącznie w PRL, dostaną świadczenie w wysokości minimalnej, poniżej progu ubóstwa.
Redukcje świadczeń dotyczą ponad 50 tys. osób z rodzinami.
Ustawa weszła w życie na początku 2017 r. po podpisaniu jej przez Prezydenta RP. Stało się tak mimo jasnego stanowiska Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego ważności praw nabytych w III RP oraz zdecydowanych zastrzeżeń prawników co do jej zgodności z Konstytucją, prawami człowieka i zasadami sprawiedliwości społecznej.
Ustawa wymierza karę bez aktu oskarżenia i bez sądowego wyroku. Pomija zasługi i ofiary poniesione w służbie państwu. Stosuje odpowiedzialność zbiorową, stawiając na równi osoby wykonujące istotne funkcje w strukturach bezpieczeństwa z ich personelem pomocniczym, pracownikami administracji oraz członkami rodzin, którzy często – jak np. rodziny oficerów wywiadu – nie wiedzieli, jakie obowiązki wykonują ich bliscy.
Ustawa podważa zaufanie do państwa, dowodząc, że może ono w każdej chwili wycofać się ze zobowiązań podjętych wobec osób, które przeszły już na rentę czy emeryturę i nie mogą tego stanu zmienić.
Wprowadzeniu ustawy towarzyszy kłamliwa propaganda, nazywająca objętych nią funkcjonariuszy „oprawcami” i podająca fałszywe kwoty ich rzekomo ogromnych świadczeń.
Z informacji zebranych przez Federację Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP wynika, że doszło już do 12 przypadków śmierci osób objętych nową ustawą. Są to udokumentowane przypadki samobójstw, zawałów serca i udarów, które nastąpiły po otrzymaniu decyzji MSWiA o obniżeniu świadczenia.
W tej sytuacji nie możemy milczeć, tym bardziej, że szokujące jest milczenie przedstawicieli władz wobec tych wydarzeń oraz brak reakcji i refleksji z ich strony.
Wobec widocznych już dramatycznych skutków, jakie przynoszą opisane regulacje, apelujemy do rządu o odstąpienie od wprowadzenia w życie tych przepisów.
Prezydenta RP, Kościół, partie polityczne oraz organizacje społeczne wzywamy do interwencji w tej sprawie.
Chociaż zdaniem większości z nas niesprawiedliwe przepisy powinny zostać wycofane w całości, wzywamy by w pierwszym rzędzie dokonać przynajmniej korekty podjętych już decyzji w odniesieniu do osób chorych, samotnych, w podeszłym wieku oraz rodzin pobierających renty po zmarłym lub poległym na służbie funkcjonariuszu.
Są to osoby bezradne, często chore. Nie są w stanie podjąć pracy, a wejście w życie ustawy dla wielu z nich oznacza wręcz skazanie na śmierć.
Wzywamy też opozycję do zajęcia jasnego stanowiska w tej sprawie i deklaracji, że po wyborach cofnie przepisy uderzające w mundurowych emerytów, rencistów oraz ich rodziny.
Milczenie oznaczać będzie nie tylko zgodę na to, że władza może zrobić z obywatelem, co tylko jej się podoba, lecz także zgodę na wynikające z tego ludzkie tragedie, na utratę zaufania do własnego kraju, a w konsekwencji – dystansowanie się do niego i osłabianie go.
Politykom władzy, tym którzy ulegli propagandzie, a także tym, którzy milczą, bo myślą, że ich to nie dotyczy, przypominamy: dziś oni, ale jutro na ich miejscu możecie się znaleźć Wy.

Paweł Białek – wiceszef ABW 2007-12
Krzysztof Bondaryk- szef ABW 2007-14
Wojciech Brochwicz- prawnik
Marek Chmaj- prawnik
Zdzisław Czarnecki- szef Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP
Wojciech Czuchnowski- dziennikarz
Zbigniew Ćwiąkalski – prawnik
Marek Dukaczewski- b. szef WSI
Krzysztof Dusza – wiceszef SKW 2007-15
Henryk Jasik – szef wywiadu UOP 1990-95
Jacek Kondrack

 

Jestem szczęśliwą babcią!

Jestem szczęśliwą babcią, bo wiem, że moje Wnuki mają cudownych Rodziców, którzy pokazują im świat.

Moja druga Córa z Rodziną pojechała do nadmorskiej miejscowości – Pobierowo, by spędzić tam kilka dni, aby naładować akumulatory.

1 września wszystko zacznie się na nowo, bo Wnuki do przedszkola i szkoły, a Rodzice do pracy.

Jestem z nimi na bieżąco, bo w epoce szybkiej komunikacji  – to nie jest trudne.

Mam na bieżąco zdjęcia i relację z Ich wypoczynku.

Zaskoczyli mnie bardzo, bo ponoć w Pobierowie istnieje dom, który Hitler kupił swojej przyszłej żonie – Ewie Braun.

Dom jest zdewastowany i praktycznie nikt o niego nie dba, ale jest to znakomita atrakcja turystyczna.

 

Na końcu ulicy Grunwaldzkiej, za bazą ratowników, w zachodniej części Pobierowa, znajduje się drewniany domek, wokół którego przez lata narosło wiele opowieści. Według przekazów, domek letniskowy zamieszkiwany był przez kochankę, a później żonę Adolfa Hitlera – Ewę Braun.

Tak naprawdę, nie ma żadnych pisemnych dowodów na to, by wódz III Rzeszy faktycznie odwiedzał w tym miejscu swą wybrankę. Można jednak natrafić na informacje, że we wspomnianym domu, Ewę wizytował marszałek niemieckiego lotnictwa – Hermann Goring, który mieszkał w pobliskim Międzywodziu i doglądał położone w okolicy lotnisko.

Na chwilę obecną, dom jest mocno zdewastowany i można go oglądać wyłącznie z zewnątrz. Od wielu lat stoi bowiem pusty, a obecny właściciel nie jest zainteresowany podjęciem jakichkolwiek prac remontowych. Mimo opinii, iż nie jest to atrakcja turystyczna, a wyłącznie ciekawostka, pod domkiem Ewy Braun często można spotkać turystów.