To cholerne bezstresowe wychowanie!

Znalezione obrazy dla zapytania prace techniczne dzieci

Wracam na stare lata dość często do swoich szkolnych lat, a bliżej do szkoły podstawowej.

Jako pierwszoklasistka sama chodziłam do szkoły i Mama mnie nie prowadzała, a jedynie odprowadzał mnie i po skończonych lekcjach na mnie czekał – mój mądry piesek o imieniu As.

Pamiętam, że w pierwszej klasie smarowałam sobie atramentem palce i w ten sposób chwaliłam się ludziom na ulicy, że chodzę do szkoły i byłam z tego bardzo dumna.

Pamiętam też, że w pierwszej klasie siedziałam w ławce z kolegą, któremu pomagałam uczyć się pisać obsadką.

My dzieci w latach 60-tych ubiegłego wieku byliśmy skazani na to, aby uczyć się samodzielności, bo rodzice bardzo często nie mieli dla nas czasu, gdyż po prostu pracowali.

Klucz na szyję i musieliśmy się wiele nauczyć, aby nie sprawiać rodzicom problemów, a więc dość szybko stawaliśmy się dziećmi samodzielnymi.

Uczyłam się raczej dobrze, ale największe problemy miałam z pracami ręcznymi i rysunkiem, bo w tym kierunku talentu mi zabrakło.

Bodajże w 3 klasie podstawowej nauczyciel zadał uczniom skonstruowanie dźwigu i tu jako mała dziewczynka poległam. Musiała mi w tym pomóc moja zręczna Mama i to był chyba jedyny raz, kiedy to Mama wykonała za mnie  zadanie.

Z rysunkiem sobie radziłam sprytem, bo na książki układałam szybę od czegoś tam i pod spodem umieszczałam zapaloną, nocną lampkę i tak kalkowałam swoje prace.

Rodzice nie pieścili nas i nie wkładali pod swoje skrzydła, bo oprócz nauki mieliśmy zadane wyniesienie śmieci, czy też pomoc w domowych porządkach, bo Mamie często brakowało na to czasu.

Pamiętam, że pastowałam płytki PCV i robiłam miksturę z octu i oleju i czyściłam meble na błysk.

Nasze dorastanie było zupełnie inne i nie można tego porównać do dorastania współczesnych dzieci, kiedy rodzice stosują bezstresowe wychowanie i trzęsą się nad swoimi pociechami jak osika.

Nie wypuszczają dzieci na podwórka, bo może pedofil.

Dzieci w teraźniejszych czasach są zagubione i bojące, bo wszędzie czai się zagrożenie i tak wmawiają im matki i ojcowie.

Proponuję przeczytać poniższy tekst wzięty z sieci, ale jest to tekst prawdziwy.

Ten tekst to kwintesencja zachowań współczesnych rodziców:

„To matki matkom zgotowały ten los.

Kiedy na drzwiach przedszkola zawisł kawałek bristolu z wypisaną nań informacją, że do 16.03 dzieci mogą składać kartki wielkanocne na KONKURS, któren to rozstrzygnięty będzie w poniedziałkowy poranek, przyjęłam to ze spokojem. Jestem wszak matką- weteranką, przeżyłam przygotowania moich latorośli do niezliczonych odmian współzawodnictwa w świecie krasnali. Najbardziej hardkorowy był konkurs piosenki dziecięcej, gdy nagle okazało się, że tylko Małgośka śpiewała puszka-okruszka, reszta rodziców uznała bowiem, że „miłość miłość w Zakopanem, polewamy się szampanem, nanana” jest równie niewinna, jak dziewica Orleańska i opowiada o wyjeździe na ferie z rodziną, a „ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie” to współczesna historia miłości Dziadka do Orzechów i baletnicy. Także ten. Kartka świąteczna.
W sobotę wyjęłam z tajnej skrytki, jaką posiada każdy rodzic dzieci w wieku 5 wzwyż ( w której to skrytce jest zazwyczaj wszystko, tylko, klasycznie, nie to, co o 22 dziecko przekazuje, że potrzebne jest na jutro) wszelkiej maści arkusze pianek, filców, tekturek, piórek, rurek i innych przydasiów, posadziłam młodzież przy stole i zakrzyknęłam- róbta co chceta, byle zawierało jajko, kurczaka bądź inny element skojarzeniowy.
Radosna TFUrczość pięciolatki wyewoluowała w baranka, któremu z dupy wystają żonkile w fazie kwitnięcia. Podpisałyśmy dzieło inicjałem i zaniosłyśmy do przedszkola, gdzie powitały nas między innymi:
– naturalnej wielkości baranek zrobiony metodą quilingu, podpisany: Jaś, 4 lata, grupa Gwiazdek,
– ręcznie pleciony kosz wiklinowy 2 d z pełnym wyposażeniem wyszytym włóczką Zuzia, 5 lat, Słoneczka,
– wydzierganą szydełkiem białą serwetkę z zadziornie różowym napisem „Alleluja”- Kasia, Planetki, lat 3.
No kurfa.

Ja, oczywiście, nie odmawiam dzieciom talentu. Może rodzice powyższych progenitur zamiast gryzaków oswajali dziecięcia swe ze sztuką, rękodzielnictwem, eko-modą. Może zamiast wierszy Tuwima czytano takim brzdącom do poduszki dzieła klasyków greckich w oryginale. PRZYPUSZCZAM, ŻE WĄTPIĘ. Tym bardziej, że w szatni kiblujemy koło wspomnianej Zuzi, stąd wiem, że blondwłosy ten aniołek ma problem z założeniem kapci na prawidłową stopę i mimo że ma tylko dwie opcje, jest w stanie pomylić się pięć razy.

Matki. Pozwólcie dzieciom tworzyć baranki z żonkilami w dupie, kurczaczki w osranych skorupkach, zające z jednym oczkiem bardziej. Nie bądźcie jak mama Jasia, Zuzi, Kasi. Nie twórzcie klik Matek Współzawodniczących, Matek Cierpiętniczych, Matek Odpięciulatniewypiłamciepłejkawy. Matki, dajcie Matkom żyć!”

28 myśli na temat “To cholerne bezstresowe wychowanie!

  1. Tak, nasze dzieciństwo było kompletnie inne niż dzisiejszych dzieci… Mnie też mama w 1 klasie podstawówki odprowadzała chyba tylko ze 2 tygodnie, a potem już chodziłam sama, chociaż droga zajmowała około 45minut piechotą. Dziś nawet nastolatki są wożone przez rodziców do szkoły, na zajęcia, do koleżanek… A co do prac plastycznych – to rzeczywiście nieświadome robienie dziecku krzywdy i zaostrzanie rywalizacji między samymi matkami. Po co???

    Polubienie

    1. Nas wychowywano inaczej, a teraz dzieciaki są rozpieszczane do granic możliwości.To nie wróży dobrze względem następnych pokoleń. Psychologiem nie jestem, ale widzę, że rodzice powariowali!

      Polubienie

      1. Każdy chce dla swojego dziecka jak najlepiej i to jest normalne. Ale już metody nie zawsze są trafione… Myślę, że duże znaczenie ma tu też internet.

        Polubienie

  2. Też jak porównuje dzieciństwo moje i mojej 12latniej siostrzenicy to jej współczuje. My po szkole lataliśmy po dworze, do domu wracaliśmy cali ubabrani, ale było wesoło, a dziś? Komputery, tablety, smarkfony a dziecko siedzi i się w to gapi. My nie mieliśmy tego wszystkiego i może dzięki temu byliśmy szczęśliwsi…

    Polubienie

  3. A co do prac, nadal zdarza się, że moja rodzicielka robi rysunki na jakieś konkursy czy gazetki za swoją wnuczkę… 🙂 Choć to niezbyt wychowawcze…

    Polubienie

      1. Jedna z moich sąsiadek ma dwójkę dzieci, wystarczy żeby jedno kichnęło a już obojga przez tydzień do szkoły nie wypuszcza… Nadopiekuńczością można tylko zaszkodzić…

        Polubienie

      2. Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią nasze szalone lata 80.:
        Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).

        Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.

        Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.

        Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.

        Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.

        Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.

        Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą do niej wracać.

        Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.

        Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze.

        Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.

        Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.

        Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.

        W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.

        Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.

        Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.

        Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.

        Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył, po tej czynności, rąk.

        Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień dobry i nosić za nią zakupy.

        Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.

        Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.

        Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.

        Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.

        Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.

        Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.

        Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.

        Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.

        Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.

        Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie brzydził.

        Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.

        Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.

        Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i wycierania ust rękawem.

        Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.

        Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie dawać radę sami.

        Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.

        Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych wychowawców.

        Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
        My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
        A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!

        Polubione przez 2 ludzi

  4. ha, ha, ha 🙂 Uśmiałam się trochę z listu mamy do mam, bardzo dobry tekst. Jednak to w zasadzie smutne, że istnieje taka rywalizacja między rodzicami i potem się dziwimy, dlaczego już od młodego pokolenia zaczyna się wyścig szczurów. Bohaterka Twojego wpisu postąpiła bardzo rozsądnie i właściwie, ale czasem tak jest, że zadania nauczycieli są bardzo wymagające, a oceny surowe, więc nie ma się co czasem dziwić, że dzieci korzystają z pomocy dorosłych. Sama w szkole podstawowej posiłkowałam się pomocą rodzinki, bo plastycznie jestem do dziś totalnym antytalentem 🙂

    Polubienie

      1. Ach tego to już nie będę komentować, bo w zasadzie nie znajduje słów na takie bezmyślne i głupie zachowanie.

        Co do Twojego tekstu powyżej, to teraz wszystko wygląda zupełnie inaczej. Ludzie dążą do unowocześnienia i ulepszenia świata, dlatego wszystko jest bardziej skomplikowane, bakterie, zarazki mutują się na potęgę zagrażając naszemu życiu i zdrowiu, jedzenie jest sztuczne, naszpikowane chemią, ludzie od nadmiaru tych wszystkich złych informacji, wszelkich mediów, potrzeby posiadania rzeczy materialnych, sami siebie nakręcają nienawiścią i zazdrością do innych, dlatego stali się niebezpieczni i agresywni. Każdy, kto ma problem odsyłany jest do psychiatry dostając psychotropy jeszcze bardziej popada w paranoje. W szkołach nauczyciele nie radzą sobie z dziećmi i młodzieżą, są nieodpowiednio wyszkoleni. To z kolei prowadzi do stresujących sytuacji w szkołach. Dzieci nie wytrzymują presji i tak wszystko kręci się w kółko.

        Polubienie

      2. Masz rację Gabuniu, że wraz ze skokiem cywilizacyjnym każde pokolenie jest słabsze od poprzedniego. Z pewnością służą temu różne sprawy, bo np. smog w miastach i atmosferze. Tylko dlaczego uciekamy od rzeczywistego życia chowając się w domach i się izolujemy. Dzieci i dorośli też teraz wolą gadu gadu i inne komunikatory, a omijają realne kontakty. To wszystko jest bardzo smutne.

        Polubione przez 1 osoba

      3. Oj tak, masz rację Sagulo, teraz żeby dowiedzieć się o kimś znajomym, czy kimś z rodziny, to wchodzi się na któryś z portali i już wszystko wiadomo. Kiedyś trzeba było zadzwonić lub nawet odwiedzić kogoś by się czegoś dowiedzieć. Ludzie stawiają wysokie mury i zagradzają się niczym w zamkowej twierdzy, ale wiesz tak sobie myślę, że to tak jak pisałam świat i społeczeństwo samo jest sobie winne, bo to „ludzie ludziom zgotowali ten los”, tak jak pisała Zofia Nałkowska w Medalionach.

        Polubienie

      4. Tamte czasy już za mną, kiedy z pietyzmem pisało się listy i kartki świąteczne. Sama wpadłam w sieć i chyba tak mi zostanie. Wniosek tego tak, że ten skok cywilizacyjny wcale dobrze ludzkości nie robi. Wydaje mi się, że to idzie za daleko i tylko nie wiem dokąd zmierza.

        Polubione przez 1 osoba

      5. Masz rację, ludzie się zapętlają w tym labiryncie życia i do niczego dobrego to nie prowadzi. Boję się, że będzie ciężko to powstrzymać, bo wszyscy są egoistycznie zapatrzeni w swoje zaspakajanie potrzeb materialnych zapominając o wszelkich wartościach życia.

        Polubienie

      6. Tak ludzie lubią dużo kasy i luksusowe życie. Jest to dla nich priorytet, a kiedy wyjadą za granicę, to wyłazi im słoma z butów.
        Niektórzy nawet na starośc nie mądrzeją i biją się o majątki i spadki w sądach.
        Gabuniu obie wiemy, co w życiu jest najważniejsze, to to jest spokój i względna stabilzacja i przede wszystkim zdrowie.

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s