Archiwa tagu: alkohol

Kobiecy alkoholizm!

Wczoraj przeczytałam w Newsweeku felieton o alkoholizmie kobiety, którą było stać na torebkę Prady.

Jest to wstrząsające świadectwo kobiety z tzw. wyższej półki, która zatraciła się w nałogu i opisała dokładnie jak kobiety pijące potrafią się kamuflować przez wiele lat i ich nałóg często zostaje niezauważony w pracy, czy też w domu.

Naukowo jest udowodnione, że to kobietom trudniej jest wyjść z impasu, a udaje się częściej mężczyznom.

Jednak to kobiety potrafią się lepiej maskować i mają opracowaną strategię do perfekcji.

Ja piszę o przeciętnej kobiecie, nie z wyższej półki – zwykłej kobiecie, której się udało i od wielu lat nie zajrzała do kieliszka.

Wszystko na nowo się jej pukładało, bo wróciła do pracy i uratowała swoje małżeństwo, a mąż jej wybudował cudowny dom, w którym są szczęśliwi!

Każdy alkoholik przestaje kiedyś pić, niektórym udaje się, to jeszcze za życia.

Jakże miło na nią teraz patrzeć, a było kiedyś patrzeć na nią z politowaniem i wielkim współczuciem, bo piła i to wcale nie w towarzystwie, ani okazjonalnie.

Mężatka i matka dwóch synów zaczęła pić kiedy jej dzieci chodziły jeszcze do gimnazjum, a więc wciąż potrzebowali matki. Jednak najczęściej matka była w stanie wskazującym, a więc chłopcy czując luz robili wszystko, co najgorsze.

Zaczęli wagarować notorycznie, imprezować i pojawiły się też narkotyki. Nauczyciele załamywali ręce, bo żadne argumenty nie trafiały do nich, że muszą się uczyć. Psycholog coraz częściej wzywał matkę na rozmowy, gdyż zachowanie chłopców było coraz bardziej naganne i niepokojące. Byli brutalni wobec innych i często z ich winy dochodziło w szkole do bójek, ale matka się w szkole nie zjawiała, a jeśli to była skacowana i wszyscy rozkładali ręce, bo szkoda było dzieciaków.

Przykro było na nią patrzeć, ponieważ miała własną działalność i w malutkim lokalu robiła kobiece paznokcie,a więc  finansowo zawsze coś dla siebie miała, ale często zakład był zamknięty, bo nie miała siły pracować.

Codziennie przemierzała tą samą drogę z domu do sklepu, gdzie szybkimi ruchami chowała flaszkę w torebce i czym prędzej pędziła do domu, aby się tylko znowu napić. Mąż jej wyjeżdżał służbowo na dalekie budowy i bywał w domu tylko podczas weekendu, a więc nie był w stanie jej pilnować. Robiła to jej matka – staruszka, która schorowana siedziała w jej domu i pilnowała, by córka nie miała sposobności wyjść po alkohol.

Nigdy alkoholika się nie upilnuje, bo alkoholik ma schowany alkohol w przeróżnych miejscach, a więc w pralce, w piwnicy, na klatce schodowej w licznikach i tak dalej.

Nasza bohaterka była mistrzynią w kamuflowaniu zakazanego towaru i nikt nie był w stanie wywęszyć, gdzie zdąży się napić. Jeśli brakowało pieniędzy, to zawsze ktoś jej pożyczył kasę, bo robiło się jej wszystkim żal, a była lubiana w społeczności. Była mistrzynią kłamstwa i zawsze coś wymyśliła, aby skołować kasę choćby na parę piw.

Szkoła zaczęła ją straszyć, że jeśli się za siebie nie weźmie, to dzieci pójdą do ośrodka i potem pod kuratelę rodziny zastępczej i dopiero kiedy policja zaczęła robić pierwsze kroki w celu odebrania jej dzieci – podziałało.

Nikt nie wiedział dlaczego pije i ludzie się dziwili, bo dzieci zdrowe, mąż pracowity, a ona przestała nad wszystkim panować. Nie sprzątała i nie gotowała dla dzieci. Była nerwowo trzeźwa, kiedy mąż wracał do domu, ale i ten nagle zauważył, że jego żona z niczym sobie nie radzi. Zagroził, że jeśli nie przestanie pić, to się z nią rozwiedzie i to  o dziwo – podziałało.

Nagle stanęła i pomyślała, że w jednej chwili może stracić wszystko. Poszła więc do lekarza, który wypisał jej wniosek na zamknięte leczenie i pojechała.

Nie było jej widać prawie miesiąc i ludzie szeptali, że pewnie to leczenie guzik jej da, bo alkoholik i tak zawsze wraca do pica i mało komu udaje się wyjść z nałogu. Szeptali, że z pewnością po powrocie zacznie się na nowo szopka i wybiegi, aby tylko się napić ponieważ widzieli jej wieloletnie uzależnienie.

Wróciła z tego leczenia i wyglądała bardzo dobrze, bo przybrała na wadze, a z twarzy znikł syndrom pijaństwa i się ładnie wygładziła.

Wróciła i wzięła się do roboty tak w domu jak i w pracy. Minęło parę lat, a chłopcy się pożenili i urodziły się im dzieci, a ona jest najlepszą babcią pod słońcem. Wiecznie zapędzona, gdyż to taki typ kobiety, że okna myje raz w tygodniu i zmienia firany. Biegnie na rynek, by kupić świeże warzywa, aby ugotować dobry obiad i zawsze latem na jej balkonie są ślicznie utrzymane kwiaty.

Ludzie przecierają oczy ze zdumienia, że jej się udało i zastanawiają się na tym, co jej w tym szpitalu zrobili, że wszyła na prostą i miło się na nią teraz patrzy. 🙂

Historia prawdziwa, a zostały zmienione detale jeno.

Alkoholiczki z torebkami Prady – znana dziennikarka opowiada o swoim nałogu.

Małgorzata Święchowicz

MAŁGORZATA ŚWIĘCHOWICZ

Byłam non stop pijana, a ludzie mi mówili: „fajnie, że już nie pijesz”, „od roku nie widzieliśmy cię pijanej”. Tak mi się udawało wszystkich oszukiwać – mówi Michalina Taczanowska, dziennikarka. Na ekranach kin pojawił się niedawno film Kingi Dębskiej „Zabawa, zabawa”. Jego bohaterki są wykształcone, dobrze sytuowane i bardzo uzależnione. – Ja mówię na takie: alkoholiczki z torebkami od Prady. Strasznie się wstydzą i świetnie maskują – mówi Tacznowska i apeluje. Przestańcie się wstydzić i oszukiwać, zacznijcie się leczyć.

MICHALINA TACZANOWSKA: Piłam? 15 lat. Długo. I ostro. Choć początkowo wydawało mi się, że niewinnie. Mąż był w szkole filmowej w Łodzi. Tam pili wszyscy, ja z nimi, na okrągło. Miałam mocną głowę, świetnie mi się piło. Picie w tym środowisku nie było rzeczą wstydliwą, pod warunkiem, że nie kończyło się żenująco. A u mnie z czasem ta świetna tolerancja na alkohol gdzieś zniknęła i zaczęły się żenady. Budziłam się w obcym łóżku, z obcym facetem albo na izbie wytrzeźwień. To jest ten moment, po którym lepiej już pić nie wychodząc z domu. Piłam więc w samotności. A to jest wielkie nieszczęście, początek totalnego zjazdu. Choć z czasem już nawet się nie upijasz.

Tylko? 

– Wyrównujesz poziom alkoholu we krwi waląc setkę co dwie godziny. Przez wiele lat mieszkałam w USA i jeden rok miałam taki, że stale wyrównywałam sobie poziom. Wszędzie miałam butelki, także pod fotelem w samochodzie. Piłam, po czym żułam gumę arabską, która zabija wszelki zapach. Byłam w takim stanie, że gdybym raz czy drugi odpuściła sobie tę setkę, to bym zaraz miała delirkę, poty, lęki. Przez rok byłam non stop pijana, a ludzie mi mówili: „fajnie, że już nie pijesz”, „od roku nie widzieliśmy cię pijanej”. Tak mi się udawało wszystkich oszukiwać. Ale później już było coraz gorzej, w tym stanie, w którym byłam, nie mogłam zasnąć, więc zaczęłam brać prochy. A prochy są jeszcze gorsze, niż wóda, bo wóda jest śmierdząca, ordynarna, ewidentna. A proszki to się łyka lekko, najpierw trzy, pięć, później dziesięć. Im dalej zabrniesz, tym większą pracę musisz później wykonać, żeby wytrzeźwieć. I nie chodzi tylko o to, żeby przestać pić. Niektórym może się wydaje, że abstynencją wszystko naprawi. Tymczasem jest ogromna różnica między abstynencją a trzeźwością. Abstynencja to tylko przerwa między piciem. Trzeźwość to długi proces zmieniania siebie tak, by móc normalne żyć, mieć normalne relacje z innymi, być pogodzonym ze sobą. To nie jest łatwa droga i wielu się na niej wywraca. Ja się wywróciłam szybko.

Później odtrucia, kolejne próby leczenia? 

– Na odtruciach byłam niezliczoną ilość razy. Dają kroplówki, sprawdzają parametry i po trzech dniach wracasz do domu. Na początku nawet to nieźle znosisz, ale każdy kolejny raz, to większe cierpienie. Delirka, halucynacje, rzyganie, sranie. Alkoholizm to straszna choroba. Te sfery tak zwane wyższe mają z nią gorzej. Ponieważ to choroba iluzji i zaprzeczeń, używa się wszystkich środków, by nie przyznać, że ma się problem. Ukrywa się, minimalizuje, próbuje racjonalizować. Ludziom mniej skomplikowanym jest łatwiej – szybciej spadają na swoje dno, szybciej się odbijają. Tym, którzy mają wyższą pozycję, jest gorzej wyzdrowieć. Choćby dlatego, że mają zaplecze. Finanse, rodzinę, przyjaciół.

Czytaj też: Alkoholizm i kobiety

Takie zaplecze nie pomaga wyjść z nałogu? 

– Może cię ciągnąć w dół, bo jeśli masz pieniądze, to sobie fundujesz różne zabiegi, kroplówki, to wszystko, co pozwala zatrzeć ślady picia i jakoś funkcjonować. Jeśli masz dobrze sytuowanych znajomych, na przykład lekarzy, to oni ci pomogą po koleżeńsku. Masz więcej możliwości maskowania tego, że pijesz. Znam wiele kobiet sukcesu, którym długo udawało się, pomimo picia, robić fantastyczną karierę. Ale ani jednej, która by ostatecznie – w wyniku picia – nie zniszczyła, tego co osiągnęła. To tylko kwestia czasu.

Powiedzmy o stratach. 

– Mogę powiedzieć o moich: odszedł mąż, straciłam mieszkanie w Nowym Jorku, samochód, konta w banku. Wróciłam do rodziców, którzy widząc, co ze mną zrobił alkoholizm, mało nie oszaleli. Wciąż byłam jeszcze młoda, miałam 34 lata, niby piękny wiek, można wszystko zacząć od nowa. Ale to „od nowa” jest tak ciężkie… Naprawdę trudno zaczynać, gdy tyle się straciło, gdy bez picia już nie jest się w stanie nic zrobić, gdy ma się depresję. Z wielkim współczuciem patrzę na każdego, kto jest w takim położeniu, w jakim ja byłam wtedy. Wyobrażałam sobie, że jak tylko pójdę na leczenie, to szybko pójdzie, wyjdę, będzie cudownie. Okazało się, że bez picia nic nie jest takie, jak było. Wszystko wydaje się inne, wszystkiego trzeba się uczyć na nowo, bo wcześniej niemal wszystko robiło się z alkoholem. Ja bez alkoholu nie umiałam nawet tańczyć, ani pójść z facetem do łóżka. Spotkałam wiele kobiet, które piły. Jedne, bo mąż od nich odszedł. Inne, bo dopadł je syndrom pustego gniazda – dopóki były dzieci, jakoś było, dzieci wyfrunęły z domu, nie ma co robić, zaczyna się pić. Inne zaczynają od koniaczku, żeby im się lepiej zasypiało. I nie wszystkie się uzależnią. Dużo o tym myślałam i teraz wiem, że już w podstawówce, wypijając swoje pierwsze dwa piwa, powinnam wiedzieć, że się uzależnię. Leciutko się wtedy wstawiłam, ale poczułam to COŚ. Coś na moje kompleksy, na moją nieśmiałość, na brak poczucia bezpieczeństwa. Alkoholik właśnie dlatego pije. Nie, jak większość po to, by było radośnie, przyjemnie. Tylko dlatego, że picie mu coś załatwia. Zapełnia jakiś brak.

Czy kobiety nie szukają odprężenia w alkoholu, bo stres, bo awans, bo za dużo się od nich oczekuje?

– Oczywiście można sobie szukać takich usprawiedliwień: bo w pracy ciężko, bo miałam ciężkie dzieciństwo, bo ojca alkoholika. Z tego, jak szukać sobie usprawiedliwień, każda alkoholiczka mogłaby napisać doktorat. Tak już jest w tej chorobie, że szuka się usprawiedliwień, że się kłamie, pozuje, aby tylko ktoś nie pomyślał, że upijam się, jak ostatnia menelka. Jednak, jak się w porę nie weźmiesz za leczenie, to kończysz, jak menelka. Byłam na pogrzebach paru kobiet, które w porę się nie zatrzymały. Patrzyłam po żałobnikach: część w drogich garniturach, nawet znane twarze, a część: twarze sine, napite, odziane w byle co – znajomi z ostatniej części życia. Pijąca kobieta, po jakimś czasie już nie potrafi się porozumieć z tymi, z którymi nie pije. Jest ogromna agresja uzależnionych do tych, którzy mogliby spojrzeć ze zdziwieniem, obrzydzeniem, ocenić. Unika się ich. Nie chce się słuchać uwag w rodzaju: masz problem, idź na odwyk?

– Niewielki odsetek uzależnionych zgłasza się na leczenie, szczególnie tam, gdzie to leczenie jest najskuteczniejsze – czyli do państwowych ośrodków. Alkoholiczki z torebkami Prady wybierają prywatne, co jest takim stawianiem sprawy, jakby chciały leczyć cukrzycę separując się od innych cukrzyków.

Wstydzą się? Może odstraszają je spartańskie warunki?

– Spartańskie warunki, ostry regulamin. W państwowym ośrodku wszyscy są traktowani tak samo, nie ma szans zgrywać się, mieć się za kogoś z lepszej półki. Miałam szczęście, że trafiłam do Ośrodka Terapii Uzależnień przy Sobieskiego w Warszawie. Tam dostałam w kość. Walnęli mi prawdę prosto w oczy. W grupie było 8 osób, z kobiet tylko ja i jedna babka. Niestety, już nie żyje. Na początek usłyszeliśmy: zgodnie ze statystykami dwie osoby z waszej grupy przestaną pić, dwie szybko się zapiją, reszta będzie mieć wpadki, wracać na terapię i znów mieć wpadki. Niektóre, wkładając wielki wysiłek w to, żeby wyjść z rynsztoka, przestać pić, latami chodzą na spotkania AA i jakoś udaje im się trzymać z dala od alkoholu, ale bywa, że jak tylko odpuszczą sobie pracę nad sobą, wciąga je jakieś nowe uzależnienie. Już nie wódka ich wciąga, ale na przykład hazard. Żeby nie przejść z uzależnienia w uzależnienie, trzeba wciąż nad sobą pracować. Także nad tym, żeby odbudować relacje z tymi, których się skrzywdziło. Moje dzieci musiały pójść na dwuletnią terapię Dorosłych Dzieci Alkoholików i teraz już jest w porządku, ale co ze mną przeszły, to przeszły. Dotąd, gdy do mnie wpadają, muszę się pilnować, żeby na przykład nie położyć się na kanapie, nie zdrzemnąć, bo jakby mnie zobaczyły taką leżącą, wróciłyby najgorsze wspomnienia. Spaprałam im dzieciństwo, ale teraz widzą, że jestem już innym człowiekiem. Lepszym. Pracującym nad sobą. Codziennie, gdy wstaję, parzę kawę, wychodzę na taras, bez względu na to, jaka jest pogoda, i mówię: „No, Panie Jezu, co dziś fajnego się wydarzy?” W ogóle nie jestem religijna, tylko zafascynowana Pismem Świętym. Wybieram sobie jakiś fragment, czytam. I jest fantastycznie. To taki mój rytuał. Mam wkodowane, żeby każdy dzień tak zaczynać. Właśnie od zachwytu, i od wdzięczności za to, co mam. Za to, że jestem trzeźwa.

 

https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/alkoholiczki-z-torebkami-prady-znana-dziennikarka-opowiada-o-swoim-nalogu/em4wf4x?fbclid=IwAR1joH0O063qOPBhuRExjd4u0VJ0-27YdBmjdDdOW3bIkq9AXlu-uJKbLMA

Reklamy

Alkoholiczka!

 

Zadzwonił budzik jak każdego poranka, nastawiony wieczorem przez Hanię. Niestety, czas wstawać pomyślała, ale postanowiła poleżeć jeszcze pięć minut. Pięć minut przeciągnęło się do piętnastu i Hania wystraszona, że spóźni się do pracy jak katapulta wyskoczyła z łóżka.

Prysznic i te wszystkie zabiegi kobiece, obowiązkowe każdego poranka miała opracowane do perfekcji. Kiedy skończyła makijaż, przypomniała sobie, że wieczorem wywiesiła na balkon upraną bluzkę, a więc poszła, aby ją zdjąć i przeprasować lekko żelazkiem.

To był moment, kiedy rzuciła okiem dalej niż wisząca jej ulubiona bluzka i stanęła jak wryta. Zauważyła w zaułku oddalonego budynku, między jedną, a drugą klatką, swoją koleżankę z pracy – Beatę.  Siedziały w jednym pokoju w urzędzie. Znały się od roku i bardzo polubiły, a tu taki widok.

Widziała bardzo wyraźnie, że Beata odkręciła małą buteleczkę i wypiła jej zawartość jednym haustem. Postała jeszcze chwilę i wzięła głęboki wdech, a za chwilę odwinęła gumę do życia i skierowała się w stronę miejsca pracy.

Beata przeważnie pierwsza była w pracy i tłumaczyła innym współpracownikom, że cierpi na bezsenność i dlatego jako pierwsza rozpoczynała dzień w urzędzie, robiąc przy okazji wszystkim poranną kawę.

Wszyscy się do tego już przyzwyczaili i pytań było coraz mniej, bo Beata po prostu tak ma i już!

Hania niewiele wiedziała o Beacie, ale ta raz jej się zwierzyła, że jej mąż jest bardzo wymagający i wręcz obsesyjnie perfekcyjny, kiedy ona sama nie przywiązuje wagi do wielu detali i dlatego żyje z mężem jak pies z kotem.

Mąż Beaty wymagał od niej bezwzględnej czystości w domowych kątach i zwracał jej na każdym kroku uwagę, a więc na tym tle dochodziło do ostrych spięć.

Beata nie skarżyła się nikomu, że jej małżeństwo to czyste piekło, z którego nie wiedziała jak się uwolnić, gdyż mąż zawsze twierdził, że nigdy nie da jej rozwodu i jest skazana na niego do końca życia.

Hania zaczęła obserwować Beatę i zauważyła, że jej koleżanka z pracy często wychodzi z torebką do toalety po czym czuła od Beaty zapach alkoholu, tłumiony cukierkami miętowymi.

Hania wiedziała już wszystko – Beata pociąga alkohol przed pracą i w pracy. 

Minęło kilka dni, a Beata wciąż przychodziła do pracy pod wpływem i tylko Hania to już wiedziała na pewno. 

Nie wiedziała, co ma zrobić z tą wiedzą, bo żal było jej koleżanki, która była bardzo dobrą pracownicą i wykonywała swoje obowiązki najlepiej jak umiała.

Petenci ją szanowali za kompetencje, a ona była dla nich zawsze miła i bardzo pomocna, a więc nikt się nie domyślał, że Beata ma problem.

Hania pewnego razu zdobyła się na odwagę i prosto w oczy powiedziała Beacie, że wie o jej problemie.

Rozmowa odbyła się w pokoju, kiedy innych współpracowników w nim nie było.

Beata zrobiła się czerwona, a jej oczy zalały się łzami. Nie wiedziała jak ma się zachować, ale poprosiła, aby Hania nikomu o tym nie mówiła, a ona zrobi wszystko, aby się takie sytuacje więcej nie zdarzyły. 

Hania czuła, że Beata ma poważny problem w swoim życiu, ale uwierzyła koleżance, że stanie na wysokości zadania i więcej do tematu nie wracała, gdyż czuła, że Beacie jest bardzo z tym źle.

Nie chciała jej zdemaskować, choćby ze względu na to, że jak dotąd Beata była świetnym pracownikiem.

Przyszedł okres, kiedy Beata stwierdziła, że musi zostać dłużej w pracy, gdyż musi dokończyć sprawozdanie, aby je przedłożyć nazajutrz przełożonemu.

Wszyscy już wyszli z pracy, a Beata została, ale nikogo to nie dziwiło, gdyż Beata miała takie okresy w swojej pracy, wymagające godzin nadliczbowych.

Nagle w mieście rozległy się syreny karetki jadącej na sygnale w godzinie dość już późnej, a do Hani zadzwonił kolega z pracy, że Beata wpadła pod samochód i jest bardzo ciężko ranna, a najgorsze jest to, że była kompletnie pijana i to była jej wina, że pod ten samochód wpadła.

Hania zamarła po tym telefonie i na drugi dzień wybrała się do szpitala, aby dowiedzieć się jaki jest stan jej koleżanki.

Lekarze nie chcieli z nią rozmawiać, ale po znajomości dowiedziała się, że Beata jeśli przeżyje i wybudzą ją ze śpiączki, już nigdy nie stanie na własnych nogach.

Czeka ją wózek i prawdopodobnie rehabilitacja nie przyniesie oczekiwanej poprawy.

Mijały miesiące i Beata otrzymała grupę inwalidzką. Zniknęła wszystkim z oczu i zapadła się jakby pod ziemię i tylko Hania wie, że mąż Beaty złożył pozew o rozwód i ją zostawił z tym nieszczęsnym wózkiem!

Alkohol i polityka!

 

Obraz może zawierać: jedzenie

Drogie kobietki i nie ważne, czy jesteście mężatkami, czy też żyjecie w związkach nie formalnych ileś tam lat , a o mężczyznach chcę pisać.

Każdy mężczyzna, choć są wyjątki, od czasu do czasu musi się napić z kumplami, bo inaczej by usechł u boku wybranki jak kaktus nie podlewany.

Zgadują się na takie sjesty potajemnie, tak aby  kobieta nic, a nic nie wiedziała, bo na co im te babskie gadanie. 😀

Spotykają się w pubach, bo niby będą oglądali fascynujący mecz, choć Polska zazwyczaj przegrywa, ale mają nadzieję.

Spotykają się w garażach, bo akurat trzeba coś naprawić w samochodzie, a tylko jakiś tam kumpel jest od tego specem.

Spotykają się na rybach i na grzybach, ale szukają niepijącego, który do chaty bezpiecznie ich odwiezie.

Spotykają się, aby obgadać to i tamto, a często w tle jest flaszka.

To są bardzo poważne, męskie spotkania i kobieta raczej nie jest mile widziana, bo nie mieści się w męskiej konwencji, bardzo poważnych rozmów.

Oni przy flaszce mają swoją bajkę i traktują to wszystko śmiertelnie poważnie.

To są ich strasznie ważne tajemnice, a więc wyjątkowo żadna kobita im nie  jest potrzebna w tym czasie. 😀

Mężczyzna napije się różnie, a zazwyczaj na dwa sposoby, bo na wesoło i gorzej jak na smutno.

Na wesoło to jest tak, że przychodzi do swojej czekającej kobiety i mamrocze, że kocha ją nad życie i jest ona jedyną miłością jego życia, aż po grób.

Twierdzi, że znalazł diament i cieszy się, że ma takie fajne cycki itd. 😀

Chce się z nią na” tentychmiast” kochać, bo ona go rozpala do czerwoności i ciężko takiego faceta jest zgasić, kiedy całuje każdą cząstkę i miejsce swojej wybranki, dopóki nie padnie w swoim łóżku.

Kobieta gasi więc światło i zmęczona gadaniem kładzie się obok, albo w zupełnie innym miejscu, bo zaraz słyszy potężne chrapanie. 😀

Jeśli facet upija się na smutno, to robi wywód, że on tak ciężko pracuje, ale nie przestanie dopóki nie zapewni jej i dzieciom wszystkiego.

Skarży się, a jednocześnie zapewnia, że nie ustanie i będzie pracował, aby ją zabrać wszędzie.

Gada tak i gada i żali się i płacze, ileż to go zdrowia kosztuje, ale nie żałuje, bo pracuje, a ma dla kogo.

Kocha ją nad życie i niech będzie cierpliwa, bo jeszcze rok, najwyżej dwa – mamrocze i nagle zasypia jak zmęczony niedźwiadek i też chrapie. 😀

Oj, takich przykładów jest mnóstwo i co pijany facet, tyle scenariuszy, a jak jest u mnie?

Jestem najpiękniejszą i najmądrzejszą żoną i kiedy wytrzeźwieje, zdania nie zmienia i ma szczęście. 😀

Czego mi do szczęścia więc trzeba, a do tego  mam wypracowany sposób, aby mój niedźwiedź szybko zasnął i nie marudził, uf! 😀

Ciekawa jestem jak to u innych kobiet wygląda i jakie sposoby mają na umiarkowanie i bezpieczne pozbycia się natręta hi hi . 🙂

Ale dziś było inaczej i Mąż się przyznał, że chce się spotkać ze swoimi kolegami – dinozaurami i poprosił mnie, abym przygotowała jakąś zakąskę na szybko.

Spojrzałam do lodówki i zobaczyłam jajka i wyprodukowałam im jajka w majonezie z moją osobistą kombinacją. Chyba nie porzygają się ha ha.

A teraz nie byłabym sobą, abym nie zahaczyła o politykę.

Obchodziliśmy dzisiaj 38 rocznicę Porozumień Sierpniowych, w których przewodnią rolę pełnił Lech Wałęsa, który wielkim długopisem te porozumienia podpisywał.

Jestem dużą dziewczyną i pamiętam tamte czasy, kiedy działa się wielka historia Polski i pamiętam jak powoli wchodziliśmy w stan transformacji otrzepując się spod rosyjskiego buta i budowaliśmy naszą tożsamość.

Byłam dumna jako zwykła Obywatelka i tysiące ludzi działających w „Solidarności”.

Dzisiaj powieszono na bramie w Gdańsku portret Wałęsy i innych działaczy, które zostały zdjęte przez dzisiejszą „Solidarność” pod wodzą niejakiego Dudy, który sprzedał się PiS-owi – drań nad dranie, a nawet chłystek polityczny.

Wysłuchałam płomiennego przemówienia Adriana – drugiego chłystka, który w kościele świętej Brygidy nie wspomniał ani razu od Lechu Wałęsie, a Mazowiecki, Bujak, Borusiewicz nie przeszło mu przez garło.

Płakałam, bo uważam, że prawda jest tylko jedna, a wszystko, co Adrian powiedział w kościele, to jest gówno prawda.

Kochani uczcie swoje dzieci, wnuki prawdziwej historii i opowiadajcie jaka była prawda!

Posłuchajcie! Łzy leją się u mnie strumieniami i dziwię się rodzicom Adriana, że wpoili mu do głowy takie szambo!

Jeszcze Polska nie zgnięła, a kiedy moje Wnuki będą na tyle dorosłe, to Im opowiem o prawdzie tamtych dni!

Adrian, może dożyję chwili, że staniesz przed Trybunałem Stanu za wychwalanie komunistycznego prokuratora – Piotrowicza i łamanie Konstytucji, która jest święta draniu!

Kiedy Ona śpiewa – płacze cały świat!

Dzisiaj w telewizji „Polsat” trafiłam całkiem niechcący na wywiad ze wspaniałą kobietą, aktorką filmową i teatralną, a także  piosenkarką, choć to chyba głupio brzmi.

Pani Stanisława Celińska nie śpiewa, a celebruje słowa i melodię w swoich piosenkach.

Nie będę wklejała Jej biografii, gdyż jest dostępna w sieci, a wkleję kilka Jej utworów!

Jej życiorsys był nezmiernie tragiczny, ponieważ przeżyła okres w swoim życiu bardzo niechlubny – była alkoholiczką!

Jak opowiada, to wyzwania i wielka ambicja wpędziły Ją w ten nałóg i nie umiała sobie w życiu jakoś wszystkiego poukładać.

Ucierpiał mąż i ucierpiały dzieci, bo wiele lat zaniedbywała swoją rodzinę, a najbardziej syna i córkę.

Zorientowała się w pewnym momencie, że oto znalazła się na dnie i postanowiła się ponieść oraz naprawić wyrządone krzywdy.

Poprosiła po wielu latach o wybaczenie, a najbardziej zależało Jej, aby to dzieci jej wybaczyły, że była tak złą matką.

Powoli się podnosiła i postanowiła napisać autobiograficzną książę pt. „Wiele przeszłam”.

Oficjalnie przyznała się do swojej chorby alkoholowej, gdyż w ten sposób próbuje pomóc innym ludziom z takim problemem – z chorobą alkoholową. Mówi, że miała uczulenie na alkohol, tak jak inni mają uczulenie na kurz, czy pyłki brzozy.

Teraz spokojna i wyciszona ma wiele koncertów,  na których ludzie płaczą, bo i ja płaczę słuchając jej utworów.

Te jej piosenki sięgają bardzo głęboko we wrażliwe dusze i drążą i wiercą rozpierając, sięgając do najbardziej ukrytych tajemnic ludzkiego istnienia.

Nie ma mowy, aby nie płakać słuchając jej, gdyż ona potrafi rozłożyć na kawałki nawet najbardziej twarde serducho, bo dotyka naszych trosk i kłopotów w życiu codziennym.

Pani Stanisława twierdzi, że powstać pomógł Jej Pan Bóg i wiara. Twierdzi, że pisząc teksty do kolęd świątecznych – to Bóg jej dyktuje słowa. Można i tak wychodzić z uzależnienienia.

Ja Jej dziękuję za Jej twórczość, którą na nowo odkryłam dzięki temu wywiadowi.

Odsłuchując Jej songi po moim licu spływały łzy, bo znalazłam w jej twórczości kawał swojego życia nie zawsze usłanego róźami!

Kto ma ochotę, to niech posłucha!

https://www.youtube.com/watch?v=F045E_yrxCM&index=5&list=PLxsBwxT0vz01HCWwvk7f9PWCwYq7cWcBi

 

https://www.youtube.com/watch?v=VqYcAKYsWgs

 

https://www.youtube.com/watch?v=Ksd6J1X6AA8

 

https://www.youtube.com/watch?v=jTMJesfFNo4

 

https://www.youtube.com/watch?v=Zgdyx6b9QVM

 

https://www.youtube.com/watch?v=JO_b4vq96ss

Pij, bracie, pij, na starość torba i kij!

15 lat temu pracowałam z pewnym, młodym człowiekiem. Miał tylko 27 lat, kiedy się poznaliśmy w pracy.

Młody, bardzo przystojny mężczyzna, o którego biły się młode dziewczyny.

Polubiliśmy się i od czasu do czasu przychodził na pogaduchy – jak to w urzędzie.

Zwierzał mi się, bo w  życiu osobistym nie za bardzo mu się układało, gdyż żona odchodziła i wracała.  Powodem tego było nadużywanie alkoholu przez tego młodego, ale jakże słabego mężczyznę!

Rozmawialiśmy i radziłam, aby poszedł na odwyk i ratował rodzinę, bo tylko droga trzeźwości spowoduje, że żona mu zaufa i wróci.

Dużo tłumaczyłam i podawałam przykłady, że temu się udało, a następnemu nie, gdyż alkohol nie jest dobrym doradcą w żadnej sprawie.

Z czasem nasze drogi się rozeszły i na parę lat straciłam z nim kontakt, ale wiedziałam, że  nadal pije.

Dwa razy spotkaliśmy się w mieście i zauważyłam degradację jego organizmu. Szedł o sztywnych nogach, poszarzał i posiwiał, choć liczył sobie zaledwie 40 lat. Zawsze przy spotkaniu mnie pozdrawiał i chwilkę porozmawiał, gdyż  mimo róznicy wieku się lubiliśmy. Może zastępowałam mu na chwilę Matkę, z którą też miał problemy.

Nie układało mu się całe życie i zawsze miał pod górkę, a problemy zapijał i to był taki jego sposób na życie.

Wiedziałam, że przyjdzie czas, iż marnie skończy, bo nie potrafił żyć bez alkoholu i na drugi dzień bez klina.

Wiem, że wiele lat nie pracował i zawsze mnie dziwi skąd tacy ludzie biorą pieniądze na codzienną dawkę alkoholu?

Przedwczoraj poszła fama, że mężczyzna chciał rozpalić w piecu i ten piec podlany beznyną spowodował gwałtowny pożar i mój dawny znajomy zginął w płomieniach!

Zawsze wiedziałam, że „R” marnie skończy. Miał zaledwie 44 lata.

Kurtyna i jest mi niezmiernie smutno, ale nie mogłam dla niego nic zrobić, bo kto chce pić, ten pić bedzie!

[*]

Kiedy alkohol rządzi życiem!

Daj im szansę – odpowiedziałam, kiedy Mąż mnie zapytał, czy ma zatrudnić pewne małżeństwo do pracy.

Nie był pewny, czy powinien, bo w tym małżeństwie wiele złego się działo, gdyż alkohol zawsze stał na stole.

Pił on i piła jego żona, a dzieci poszły na swoje, gdyż nie mogły dłużej patrzeć na swoich rodziców i na biedę w domu.

Nie miały co jeść, ale rodzice na alkohol pieniądze zawsze jakieś wyłuskali. Dzieci więc zwiały gdzie pieprz rośnie i musiały znaleźć pracę, by się jakoś utrzymać.

Do mojego Męża zadzwoniła matka pijącego syna z prośbą o jakiekolwiek zajęcie, ponieważ ciągnęli z jej niskiej emerytury pieniądze, a ona nie potrafiła synowi odmówić.

Ręczyła, że jeśli w końcu znajdą pracę, to będą mieli motywację, aby wyjść z biedy i zarobić parę groszy na życie i na rachunki.

Mama tego syna jest moją znajomą i dlatego powiedziałam Mężowi, by dał im szansę, bo człowiekowi zawsze trzeba ją dać.

Mąż uprzedził, że jeśli zawiodą, to nie będzie sentymentu i robotę stracą.

Przyrzekali oboje, że chcą pracować i dziękują za zaufanie i w końcu staną na nogi.

Opcjonalnie, każde z nich mogło zarobić tysiąc dwieście złotych, a więc razy dwa, to już nie jest tak mało jak na warunki w Polsce.

Praca nie była ciężka i ja od czasu do czasu pytałam Męża jak im idzie. Mąż był z nich zadowolony, bo stawiali się do pracy i byli w porządku. Uśpiło się w Mężu podejrzenie, że mogą coś wywinąć.

Pewnego wieczoru zadzwoniła do Męża Policja i okazało się, że pani w pracy ma w krwi ponad 1 promil alkoholu. 

Piła w pracy w ukryciu i Mąż musiał ją natychmiast zwolnić z roboty. Bardzo się zdenerwował, bo zawsze stawia na kulturę w pracy i zależy mu, aby nikt nie zarzucił mu, że coś jest nie tak.

Jej mąż wziął sobie zwolnienie L4, gdyż oboje z żoną wpadli w ciąg i na nowo piją w domu.

Mąż nie miał sentymentów już i oboje pracę stracili.

Moja znajoma już nie dzwoni do mego Męża i już nie prosi o kolejną szansę, bo jest jej okropnie wstyd za tych dwoje, dorosłych ludzi.

I taki z tego wniosek, że ja się myliłam, by dać im szansę, bo tam gdzie rządzi alkohol, to tam będzie rządził.

Bardzo rzadko ludzie odbijają się od dna. To są wyjątki!

Aby odejść od tej przykrej historii, pojechałam z Mężem na zdjęcia jesieni, a w głowie śpiewała mi Zdzisława Sośnicka, którą uwielbiam:

 W błękicie mamy swój dom na wyspie słońca 
W błękicie mamy swój ląd zwyczajnych spraw 
Jesteś mój, czemu więc 
Tak często myślę, że 

Bez Ciebie jesień dogoni mnie 
Bez Ciebie marzeń oduczę się 
Bez Ciebie pasjans nie wyjdzie mi w pochmurne dni 
Bez Ciebie zmartwi mnie byle co 
Bez Ciebie nic nie będzie mi szło 
Bez Ciebie na zawsze schowam się na serca dnie 

Jeszcze wciąż jest tyle słońca 
Jeszcze nam nie płynie czas 
Jesteś mój, czemu więc 
Tak często myślę, że 

Bez Ciebie wino utraci smak 
Bez Ciebie nigdy nie powiem,”tak” 
Bez Ciebie drogi zasypie wiatr popiołem z gwiazd 
Bez Ciebie smuci mnie każdy wiersz 
Bez Ciebie nie przychodzi sen 
Bez Ciebie w jesień zapadnie świat na tysiąc lat 

Bez Ciebie jesień dogoni mnie 
Bez Ciebie marzeń oduczę się 
Bez Ciebie pasjans nie wyjdzie mi w pochmurne dni 
Bez Ciebie zmartwi mnie byle co 
Bez Ciebie nic nie będzie mi szło 
Bez Ciebie na zawsze schowam się na serca dnie 

Bez Ciebie jesień…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nienawidzę swoich rodziców. Nie będę się nimi opiekować” Czy zawsze jesteśmy winni starszemu pokoleniu pomoc?

Pierwszy SMS był krótki: „Marcin, z tatą gorzej. Przyjedź, proszę”. Drugi, trzeci, czwarty już dłuższe. „Będziesz żałował, a jeśli on umrze? Nigdy nie porozmawiacie. Po co ta złość? To w końcu nasz ojciec. Nawet dla mamy tego nie zrobisz?!”.

 

To ten, na którego Marcin odpisał. Wiedział, że jego siostra wypiła za dużo wina. Tylko wtedy mówiła, co myśli: Jesteś egoistą. Wiem, że cię skrzywdzili, mnie też. Ale jestem inna niż ty”. „Właśnie. Inna. Ty rób co chcesz. Wolisz zapomnieć? Twoja sprawa” napisał. 
W końcu wiadomość od ojca: „Przyjedź”
Żona Marcina, matka jego dzieci: „Kochanie, ja tego nie rozumiem. Powinniśmy opiekować się rodzicami, to nasz obowiązek”. 

Marcin: „Każda dobra pamięć jest wybiórcza. Podobno. Traumy się zapomina. Nie zapomniałem swoich. Nie jestem nic winny rodzicom, mogą umrzeć. Mam znajomych z toksycznych domów. Znajomi mają po trzydzieści, czterdzieści lat. Silni, niezależni. W środku dygot. Bo mama powiedziała „be”, bo tata powiedział „fe”. Bo ojciec pije, bo matka płacze. Wykładają na rodziców kasę, znoszą pretensje i manipulacje. Wyrzucają kasę na psychologów. A rada jest jedna: odciąć gówno.

 

„Źle się uczysz? Zajeb….Cię”
„Po co Ci okrucieństwo?” piszę.
Marcin: „To nie okrucieństwo. Nie oceniaj mnie”.
Chłopiec ma 8 lat. Brzydko pisze: „Ale ma kota”. Szlaczków ładnych też nie potrafi robić. „Przyjdzie ojciec, to zobaczysz” mówi matka. Chłopiec się boi. Kroki na schodach, szuranie butów, odgłos płaszcza, który ląduje na wieszaku. I matka; „Kochanie, tu masz ziemniaki, kotlet, coś jeszcze?”. I: „Nie mam do niego siły, on się w ogóle nic nie potrafi”. 

Marcin: W moim domu śmierdziało strachem. Jej. Moim. Naszym. Nie bił tylko siostry. „Jesteś taką moją blondyneczką” powtarzał. Nienawidziłem jej.

„Jak napisałeś tę literkę? Jak ją, ku….a napisałeś?! ” wrzeszczy ojciec.
„Normalnie napisałem” mówi cicho chłopiec. Mocny cios. Czasem jest to deska. Twarda i długa. Część boazerii tak wtedy modnej. Trwa remont. Czasem jest to pas, który ojciec ściąga powoli patrząc chłopcu w oczy. Czasem ręka. 
Marcin po latach zapisze: „Chodzi o ból, który pociąga cię na dno, o nieprzewidywalność, niesprawiedliwość. I upokorzenie, bo ktoś bije cię wszędzie. I wszystkim. Przecież ja miałem osiem lat, nie wiedziałem jak się pisze literki. I nie rozumiałem dlaczego ktoś wali mnie deską po głowie. Jest 1986 rok. Nie ma policji, nie ma mediów. Przemoc toczy się w większości domów. Nikt o tym nie mówi. Matki nas nie bronią”. 

„Odchodzę od Twojej matki. To dziwka”
Z szafy wylatują krawaty i skarpetki. Ojciec wrzuca rzeczy do czarnej, podniszczonej walizki. Słychać odgłos otwieranego piwa. Marcin uczy się: piwo daje lekkość, daje chwiejny krok, daje krzyk, ale i miękkość. Po piwie ojciec nie jest agresywny. Nawet jeśli się zamachnie, nie zawsze trafia. Marcin lubi piwo.
Gdy rzeczy lądują na podłodze i ojciec upycha je do walizki, Marcin jest bezpieczny. Mówi więc głośno: „Ale co ty robisz, tato?”. Słyszy: „Wyprowadzam się, twoja matka to dziwka”. Podbiega i syczy: Dziwka, kurwa, szmata. Zdechniecie razem. Drzwi trzaskają, ktoś coś słyszy. 
Marcin: Cierpiałem, gdy odszedł. Pokaż mi dziecko, które nie cierpi po stracie rodzica. Siadałem przed pustą szafą. Zaklinałem: niech tata przestanie pić, niech mnie kocha, niech tata przestanie pić, niech kocha. 

„Zadzwonię. Obiecuję”
Chłopiec ma 10 lat. Często jada obiady u rodziców kolegów z klasy. Tam ojcowie też czasem biją, i piją też. Albo matki. Ale chociaż na obiad jest zupa pomidorowa. I rosół. 
Marcin lubi smak marchewki. Jego matka nie gotuje. Wciąż za to płacze. „Ojciec nas skrzywdził, skrzywdził, zostawił” mówi. W białej szafce w kuchni są tabletki. Ona łyka je garściami, bo po nich się śpi. Marcin któregoś dnia łyka je wszystkie. Koleżanka: „ Możesz zasnąć na zawsze”. Marcin się cieszy, bo chciałby umrzeć. A potem jest szpital, i płukanie żołądka, i panie w białych fartuchach. „Jemu nic się nie stało, to taka pomyłka” tłumaczy matka. Dzwoni do męża, on już mieszka z inną kobietą. „Zadzwonię, zadzwonię, obiecuję” słyszy. 
Marcin: Do dziś nienawidzę słabych kobiet, to udawanie, że nic się nie stało. I miliony obietnic ojca. Że przyjdzie, że zadzwoni, że będzie. Nie przyszedł nigdy. 

„Spier… nie mam pieniędzy”
Chłopiec ma 19 lat, zdał maturę, chce jechać do Londynu. Zaczynać wszystko od nowa. Odzywa się do ojca, prosi o pożyczkę. W końcu nie płacił alimentów. W mieszkaniu ojca śmierdzi. Już nie lękiem, ale niestrawionym alkoholem, przegraną. „Jeb się, synu, jeb się” . Kochanka ojca wpycha ojca do łóżka. Pościel jest brudna. Marcin wie. Nawet gdyby ojciec się na niego zamachnął bez trudu by się obronił. „Przepraszam, przepraszam, on ma takie problemy z pracą. Musisz zrozumieć, zrozumieć musisz” kochanka powtarza. Wciska chłopcu banknot, tłumaczy.
On myśli: Jest czulsza niż matka. I bardziej opiekuńcza. 

Z maila: „Tych sytuacji było tysiące. Nic, ku… a nie jesteśmy winni swoim rodzicom, którzy się nami opiekowali. Nic nie jesteśmy winni pijakom, ludziom agresywnym, którzy nie dawali nam wsparcia, gdy byliśmy bezradni, mieliśmy kilka lat. Nawet jeśli to nasi rodzice. Dajesz miłość, dostajesz ją w zamian. Nie dajesz, nie dostajesz nic. To matematyka. Dzieciństwo bywa jak nóż w gardle. Nie umiem go wyjąć. Przemoc rodzi przemoc. Złość rodzi złość. Nieuwaga rodzi nieuwagę. W dupie mam rodziców. I to, że ktoś mówi: bądź mądrzejszy, i lepszy. Nie chcę. Mam swoje dzieci, pracuję na wzajemność”.

Odpowiedź: Rodzice pewnie też mieli swoją historię. Twój ojciec….
Marcin: Byłem bity, nikogo nie biję. Byłem zostawiony, nie zostawiam. Nie mam poczucia winy. Uwielbiam swoich synów. Tania ta psychologia. Znam setki ludzi, którzy czują jak ja. Ale trwają przy rodzicach. I marnują życie. 

PS. Marcina ojciec umarł na początku sierpnia. Marcin nie pojechał na pogrzeb. Nie odezwał się też do matki. 
P.S 2. Ojciec Marcina był inżynierem. Mama redaktorką w dużym wydawnictwie. O Marcinie mówili: „Bo ty jesteś z dobrego domu”.

http://mamadu.pl/120763,nienawidze-swoich-rodzicow-nie-bede-sie-nimi-opiekowac-czy-zawsze-jestesmy-winni-starszemu-pokoleniu-pomoc

Przekleiłam ten felieton, ponieważ nigdzie nie było zastrzeżenia o rozpowszechnianiu.

A dlaczego go przekleiłam? Chcę się podzielić tym, jak to ze mną było!

Nie zdążyłam pokochać swojego Ojca, a to dlatego, że kiedy nie pił alkoholu, to byłam zbyt mała, by o tym pamiętać.

Pamiętam tylko najgorszy scenariusz ze swojego dzieciństwa, kiedy Ojciec lał rodzinę jak mokre żyto.

Kariera zawodowa mu się posypała w socjalistycznym systemie i kompletnie się zagubił w rzeczywistości. Alkohol dawał mu poczucie siły i pewności siebie, ale działało to tak, że znęcał się nad najbardziej bezbronnymi!

Kiedy miałam 17 lat wymogłam na Mamie, by wzięła rozwód, bo mimo młodego wieku wiedziałam, że z Ojca już nic nie będzie i wszystkich nas wykończy psychicznie, a nawet może się to skończyć utratą życia.

Co Ojciec dla mnie dobrego zrobił? Chyba tylko to, że mnie spłodził, czyli dał mi życie. Więcej nie pamiętam, oprócz traumy, jaką mi zgotował na resztę moich dni. Wciąż się łapię na tym, że przeszłam przez piekło.

Po rozwodzie Rodzice mieli rozkwaterowane mieszkania, a więc Ojciec wyjechał do innego miasta i zniknął nam z oczu.

Odetchnęłam, ale nie na długo, bo nie radził sobie kompletnie  i kiedy doszły mnie słuchy, że znalazł się w szpitalu psychiatrycznym – zaczęłam działać.

Pojechałam i prosiłam Ordynatora o pomoc, by Ojcu znaleźć dobry Dom Opieki Społecznej. Udało się i tak Ojciec trafił do bardzo profesjonalnej placówki jak na warunki w Polsce. Miał dobrą emeryturę, a więc nie musiałam dopłacać ani grosza.

Ojciec nigdy  nie zaakceptował nowego miejsca i po siedmiu latach pobytu – popełnił samobójstwo. Jeździłam, zabierałam, wspierałam, ale nic z tego nie wyszło.

Ordynator poprosił o karawan, bo chciałam Ojca pogrzebać w moim mieście. Karawan pojechał i kiedy był na miejscu, ja dostaję telefon, że Prokuratura po raz drugi będzie badała sprawę od początku.

Tak się więc stało, że musiałam karawan wysłać drugi raz. Nerwy okropne, bo trzeba było załatwiać procedury pogrzebowe. Schudłam z nerwów, bo trzeba było szybko zaprosić z Polski rodzinę na pogrzeb.

Mimo tego, co mi w życiu zrobił. Mimo tego, że zamienił mi dzieciństwo w piekło, mam go na naszym cmentarzu, a na nagrobku kazałam wyryć, że: „Twoje cierpienie było naszym smutkiem”. Dlaczego tak? Dlatego, że po latach zrozumiałam jego pobudki i jego chorobę!

Mam czyste sumienie!

Ślepa miłość matki do syna!

Kiedy 20 lat temu jej syn oznajmił, że chce się żenić, to była bardzo szczęśliwa, jak każda matka. Znała dziewczynę syna i sądziła, że stworzą razem udany związek, taki do samej starości.

Kochała tego swojego synka miłością wielką i choć miała jeszcze córkę, to bardziej wpatrzona była w swojego syneczka, któremu by nieba przychyliła. Jej mąż często ją upominał, że powinna jednakowo traktować dzieci, ale jej serce biło mocniej do syna, który był bardzo podobny do niej, czyli jak to się mówi skóra zdarta.

Ludzie w mieście ją bardzo szanowali, gdyż z racji piastowania różnych, wysokich stanowisk wiele mogła robić dla ludzi i lubiła pomagać im. Była wykształcona i miała w sobie zapędy społecznika, taką wrodzoną charyzmę. Kiedy szła ulicą, to ukłonom nie było końca.

Zawsze elegancka i gustownie ubrana, rzucała się w oczy. Uśmiechała się do ludzi i w pracy jako szef zupełnie się spełniała swoją wysoką skutecznością w załatwianiu różnych spraw. Ceniona przez przełożonych, czyli jednym słowem – właściwy człowiek, na właściwym miejscu.

Ludzie coś tam między sobą szeptali, że małżeństwo jej syna nie jest za bardzo udane, choć pojawiły się w nim dzieci. O alkohol chodziło, że niby syn i synowa za bardzo spożywają, ale ona nigdy nie dała po sobie poznać, że coś w jej rodzinie jest nie tak.

Jednak nie wszystko dało się ukryć, gdyż bardzo często korzystała ze swoich znajomości, aby synowi załatwić jakąś pracę i załatwiała. Był kierowcą, a także woźnym. Był budowlańcem, a także pomocnikiem do spraw różnych w urzędzie, ale nigdzie długo nie zabawił, a powodem były ciągi alkoholowe i w  związku z tym wysoka absencja, co skutkowało utratą pracy.

Kochała swojego syna miłością tak ślepą, że ani razu nie powiedziała mu, by poszedł na odwyk, bo jeśli nie, to zakręci mu kurek  niemałych pieniędzy, które łożyła na swoje wnuki, a w rzeczywistości wszystko było przepijane przez syna i synową. Ani razu nie skierowała sprawy do sądu o przymusowe leczenie, bo go kochała, a może się wstydziła, że ludzie zaczną gadać, choć i tak gadali.

Przyszedł moment, że zmarł jej mąż, a to spowodowało, że zmniejszyły się też jej dochody, ale jeśli tylko synek przyszedł po pieniądze, to dawała – nawet ostatnie.

To wspomaganie syna pijaka poskutkowało, że sama nie miała na czynsz i opłacanie rachunków.

Wkradła się bieda i przyszedł komornik,który zabierał po kolei wszystko, co ma wartość i tak została z ręką w nocniku.

Musiała zmienić mieszkanie na sporo mniejsze i stało się tak, że dalej rosło jej zadłużenie, ale wciąż ratowała syna mając nadzieję, że kolejna wybłagana praca dla syna go zmieni.

Miała koleżankę, której mąż miał dochodową piekarnię i wybłagała, by zatrudnił jej ukochanego syna i tak też się stało.

Pracował zaledwie trzy miesiące i znowu wpadł w ciąg i pił przez miesiąc, a więc pracodawca mu podziękował.

Sama sobie kiedyś wypiła dla odwagi i zaczęła błagać, aby z powrotem syna przyjąć do pracy i ona ręczy za niego, że tym razem nie zawiedzie. Pracodawca się dał przekonać i przyjął go po raz drugi.

Niestety, ale  znowu trzy miesiące pracy i znowu ciąg alkoholowy. Polecał z roboty już definitywnie, a matka wydzwania po nocach i błaga o następną szansę dla swojego ukochanego syna. Sama wciąż pompuje w niego ostatnie pieniądze, a sama nie ma co do gara włożyć. Wie, że jej syn jest przypadkiem beznadziejnym, ale wciąż walczy o syna pijaka – nieskutecznie.

Ludzie w mieście patrzą z politowaniem na matkę, która oddała wszystko swojemu marnotrawnemu synowi, a ona pozostała w tym wszystkim bardzo samotna. 

Czy na taką zmowę milczenia sobie zasłużyła?

Kiedy alkohol rządzi człowiekiem!

Kiedy zobaczyłam te zdjęcia upadłej aktorki z serialu przede wszystkim „Klan”, to przypomniała się mi historia bardzo podobna z mojej miejscowości.

Alkohol, to zabójstwo, a do tego jeśli ktoś przestanie się kontrolować, bo zwykle kończy się to marnie.

Mówi się, że koniecznie trzeba wyciągnąć rękę do osoby uzależnionej i zrobić wszystko, aby jej pomóc i próbować wyrwać ze szponów nałogu, ale niektórzy nie przyjmują żadnej pomocy i nie dają sobie po prostu pomóc.

Znałam takie małżeństwo w swoim otoczeniu, bo miasteczko jest małe i ludzie się w małych miasteczkach znają.

Zaczęła pić i nikt, bo nawet jej mąż nie wiedział dlaczego żona sięgnęła po alkohol. Najpierw piła w samotności i w ukryciu, ale wciąż była w stanie rano podnieść się do pracy.

Mąż robił wszystko, aby ją oderwać od złych nawyków, ale nie wiele mógł. Miał taką pracę, że musiał często wyjeżdżać, a więc korzystała z okazji i zapijała się w domu, ale wciąż dbała o dzieci, bo mieli dwóch, nastoletnich synów,

Była jeszcze w stanie im ugotować i wyprać, oraz dbała o dom, ale przyszedł moment, że wódka była najważniejsza. Troskliwy mąż wysłał ją na leczenie zamknięte i był pełen nadziei, że to pomoże żonie i w końcu na nowo staną się udanym małżeństwem, a wszystko wróci do normy.

Po powrocie z leczenia był promyk nadziei, że ona zrozumiała, że nie tędy droga, a więc bardzo często mąż zabierał ją na spacery i cieszył się, że ich życie już będzie tylko lepsze.

Minął rok, a może krócej i ona uciekła z domu i zamieszkała w altanie na działce i tam piła od rana do wieczora. Często piła w towarzystwie sobie podobnych i całkowicie zapomniała, że jest żoną i matką. Wódka wzięła górę i całkowicie zawładnęła jej życiem.

Pewnego dnia miasteczko obiegła wiadomość, że ona na tej działce umarła, bo zapiła się na śmierć.

Ta historia potwierdza, że nie wszyscy chcą wsparcia i pomocy, bo uzależnienie od alkoholu jest tak silne, że odrzucają pomoc. Mówi się też, że trzeba sięgnąć dna, aby się od niego odbić, ale nie wszyscy zdają sobie sprawę w amoku alkoholowym, że na tym dnie są już od dawna.

Patrząc na Panią Kotulankę krwawi każde serce człowieka wrażliwego i moje krwawi, bo jednak jest mi jej strasznie żal, a czytając różne takie historie, to jest tylko kwestią czasu, że i ta historia zakończy się dramatem.

Bo rodzice popsuli im dzieciństwo!

Chłopiec z klasy gimnazjalnej zanim doszedł do szkoły, to zawisł na płocie, bo nie był w stanie do tej szkoły dotrzeć. Było ewidentnie widać, że dzieciak coś wziął bardzo niebezpiecznego i zaczął tracić przytomność.

W porę został zauważony i natychmiast przez nauczyciela została wezwana karetka pogotowia, aby dzieciaka ratować. Do karetki wsiadł psycholog szkolny, choć przy dziecku powinien być też rodzic, ale był pewien problem ze ściągnięciem rodzica na SOR.

Psycholog zadzwonił najpierw do matki, która coś tam przyjęła do wiadomości na zasadzie aha, ale po chwili dodała, że nie może się zjawić, ponieważ jest aktualnie w Niemczech i może się pojawić, ale z opóźnieniem. Psycholog spytał, że może ojciec się zjawi, ale matka odradziła, ponieważ ojciec pije codziennie na umór, a więc z pewnością się nie pojawi. Zaproponowała, aby zadzwonić do jej brata i tu psycholog miał zagwozdkę, bo już sam nie wiedział, czy ten brat wystarczy, ale zadzwonił i okazało się, że brat też nie może się pojawić.

Historia tego małżeństwa rozpoczęła się bardzo normalnie, bo się w sobie zakochali i potem na świecie pojawiło się dwóch synów.

Postanowili wybudować sobie duży dom na wiosce i kiedy on budował dom dla rodziny, matka dzieci wychowywała je i wszystko w tej rodzinie zapowiadało się wręcz sielankowo.

Mijały lata i chłopcy rośli i w pewnym okresie tego małżeństwa, matka chłopców została złapana przez męża na zdradzie i się zaczęło piekło.

Ojciec chłopców zaczął żonę tłuc jak mokre żyto, bo nie był w stanie zapomnieć jej tej zdrady. Wpadł w alkoholizm i został zwolniony z pracy.

Zaczęło  brakować pieniędzy, a więc matka chłopców zostawiła rodzinę i pojechała pracować w Niemczech, a czasami jechała do Francji na winobranie, aby zarobić jakieś pieniądze, bo w końcu były dzieci i rachunki.

Starszy chłopak już jest stracony, bo na okrągło ćpa, a teraz w jego ślady poszło młodsze dziecko i obaj często chodzą głodni i niedoprani, ale i niekochani przez nikogo.

Od czasu do czasu nakarmi ich stara babcia, która załamuje ręce, że jej wnuki nie mają normalnego domu i normalnych rodziców, ale nie jest w stanie dać chłopcom swojej opieki, bo nie ma na to już sił.

Szkoła zrobiła co mogła i zorganizowała spotkanie z psychologiem i psychiatrą, ale nie zdało się to na nic, bo rodziny tej już nie da się naprawić z takiej racji, że matka jeździ zarobkowo, a ojciec jest alkoholikiem.

Może gdyby matka dostała pracę w Polsce, której nie może dostać, to chłopcy byliby bardziej bezpieczni, a tak toną w dopalaczach i narkotykach i szkoda, że w naszym kraju nie pomaga się takim rodzinom, ale uchodźcom już pomagać się będzie.

Może to nie o pieniądze też tylko chodzi, a o dorosłych, którzy nie radzą sobie z sytuacjami życiowymi i toną w alkoholu i przestają się kochać. Cierpią na tym najbardziej nasze dzieci, bo wszystkie dzieci są nasze.

Chłopiec kiedy się obudził w szpitalu powiedział lekarzowi, że rodzice popsuli mu dzieciństwo i kiedy tylko będzie okazja i pieniądze, to będzie ćpał, bo nic lepszego go w życiu nie czeka. Popłakał się nie jak dziecko, a jak doświadczony przez los człowiek, któremu na starcie się nie udało.