Archiwa tagu: charakterystyka

Żyć w swoim świecie!

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi, roślina, kwiat i na zewnątrz

 

Amy Schumer – autorka książki „Dziewczyna z tatuażem na lędźwiach”, a w niej o introwertyczce!

Introwertyczka, to ja i jeśli przez 7 lat pisania bloga mnie nie poznaliście, to się całkowicie odkrywam, bo nawet rodzina nie wie jaka ja jestem.

Może ktoś  po przeczytani odkryje także siebie i lepiej zrozumie, co mu w duszy piszczy!

Zaciemnię i zaczerwienę fragmenty, które wyjątkowo do mnie pasują i czego o mnie inni nie wiedzą!

„Przede wszystkim, jak podkreśla Amy, introwertyczka to nie jest osoba nieśmiała tylko taka, która lubi samotność. Natomiast ludzi lubi również, owszem, ale raczej w małych dawkach. Co to oznacza? Że ludzie są potrzebni introwertykom do ładowania baterii metodą wzajemnego iskrzenia. Należy jednak uważać, bo często tłum pożera energię introwertyka szybciej niż się zdaje. Podłącza się do niego, zabawia, zagaduje i gilgocze – ani się samotnik nie obejrzy, a leży bez sił w kąciku i pochlipuje z przepalonymi bezpiecznikami. Bo można dawać z siebie wszystko – błyszczeć, popisywać się i zabawiać innych do rozpuku. Przychodzi jednak moment, kiedy należy sobie pójść do siebie, zwinąć w kłębek i w milczeniu poczytać czy popisać. Albo być i tyle. Bez innych. Dla introwertyka idealnym rozwiązaniem jest internet: można w nim porozmawiać na odległość, zamówić jedzenie bez konieczności mówienia czy siedzenia z innymi. Wspaniała jest też samotność hotelowa, hipermarkety czy wagony ciszy. Dobrze jest również tak ułożyć sobie pracę, aby mieć możliwość wycofania się choćby na chwilę z tłumu. Dla artysty będzie to garderoba lub pokój hotelowy. Dobre są samotne spacery po mieście lub udawanie, że nas nie ma. Nieodbieranie telefonu, nieumawianie się na spotkania. Znikanie na własnych warunkach, najlepiej po angielsku, bo wtedy nikt nie pyta.

Czemu tak jest? Czy jesteśmy jak dzikie zwierzątka, które nie do końca wierzą innym? Szczególnie u dziewczyn to trudna sprawa. Jesteśmy bowiem wychowywane do bycia miłymi i sympatycznymi dziewczynkami recytującymi wierszyki. Jak jakieś gejsze – tak napisała Amy Schumer. Zawsze uśmiechnięte, bo jeśli przez chwilę nie szczerzymy się do świata, to zaraz ktoś się zapyta: „A cio taka smutna buuuziaaa?” to ja już wolę sobie pójść. Sama ze sobą.

No niestety, ja to się czuję wybitnie źle w small talkach i wśród nudnych ludzi, którzy mówią powoli albo nie są w stanie zauważyć, że temat przez nich poruszany nie interesuje nikogo oprócz nich samych.
Tylko że wtedy zaczynają się podejrzenia – że się obraziłam, że mam depresję lub zadzieram nosa. Albo – jak podpowiada Schumer – że jestem pojebana. „Możliwe, że jestem pojebana”, wyjaśnia, „jednak wcale nie dlatego, iż nie chcę się krygować ani uśmiechać do kogoś, kto opowiada mi ze swadą, jak to w gimnazjum uprawiał biegi przełajowe”. No niestety, ja to się czuję wybitnie źle w small talkach i wśród nudnych ludzi, którzy mówią powoli albo nie są w stanie zauważyć, że temat przez nich poruszany nie interesuje nikogo oprócz nich samych.

Na początku jestem nieco zestresowana, chowam się za książką lub telefonem. W torbie mam mały prezent, żeby coś z tego naszego spotkania pozostało. Prezenciki to dla mnie wyrażanie emocji – nie umiem zbytnio żyć z ludźmi, ale chcę im jakoś (koślawo) przekazać, że mi zależy. Wbrew lękom i niechęci, pewnie i wstydowi. Stąd laurki i drobiazgi wtykane na początku, żeby sobie nie poszli, skoro już do nich przyszłam.

Jak wiemy, na świecie są ludzie, z którymi nie musimy przechodzić tych wszystkich poziomów znajomości typu uprzejmość, obwąchiwanie się, blebleble, jakieś tam pytania o ulubioną zupę. Tylko od razu łubudu i jesteśmy w jądrze ciemności.

Dla introwertycznej, czającej się duszyczki, moment olśnienia drugim człowiekiem jest jak dwutygodniowe wakacje all inclusive. Bo o co chodzi? Żeby się sztachnąć interakcją czy rozmową. Żeby dać sobie strzał dobroci i żywić się nim potem w domowych pieleszach. Być gdzieś intensywnie, śmiać się i brylować, a potem czmychnąć do domu. Na imprezach to ja muszę raz na jakiś czas do pustego pokoju wejść i oddychać. Albo pobawić się z dziećmi lub psem. Na wspólnych wyjazdach iść wcześnie spać uciekając od reszty. Pobyć, ułożyć sobie, poczytać. Nie zapieprzać jak bączek na środku pokoju, bo grozi to rozpryśnięciem się na tysiące kawałków. Dlatego też, jeśli mogę być z kimś długo w jednym miejscu i czuć się dobrze, to wtedy wiem, że to jest właściwa osoba. Jest ich mało, ale lubię też takie, które rozumieją, że ja muszę sobie gdzieś pójść sama. Zniknąć i nie reagować na te wszystkie „ej no, zostań jeszcze”. Nie zostanę. Ale kiedy będę z wami wszystkimi, to na sto procent. Wezmę coś od was, wy coś weźmiecie ode mnie. I już, tak to działa.

Dla mnie prawdziwym uczuciem ulgi był moment, w którym nie tyle odkryłam, co zaakceptowałam moją nie-imprezową i nie-integrującą się stronę. Już nie muszę analizować, czemu nie zostałam do szóstej rano w klubie. Wiem po prostu, że musieliby mnie z tego klubu zawieźć od razu do psychiatryka. Ale za to jeśli już wychodzę do ludzi, to w pełni świadomie, że tego chcę i wtedy jest zwykle bombowo. Piękne zdarzenia dla introwertyczki.

Nie uważajcie introwertyków za dziwaków – Demotywatory.pl

Ren tekst zamieściła na swoim blogu:
Sylwia Chutnik / @sylwia.chutnik

Pisarka, felietonistka. Doktorka Instytutu Kultury Polskiej UW. Kulturoznawczyni, absolwentka Gender Studies na UW. Działaczka społeczna i promotorka czytelnictwa. Laureatka Paszportu Polityki, trzykrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike. Dostała Społecznego Nobla Ashoka za działalność na rzecz matek oraz nagrodę m. st. Warszawy. Twórczyni sztuk teatralnych. Jej książki zostały wydane w dziewięciu krajach.