Archiwa tagu: choroba

Wierzę w to, że karma wraca!

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Jestem u mojej chorej Mamy i mam  dyżur do niedzieli – wieczorem.

Nie mam więc pomysłu na nową notkę, bo moja głowa jest zajęta ważniejszymi sprawami niż np. – polityka.

Opieka nad chorą Mamą jest przede wszystkim bardzo stresująca i wysysająca energię.

Właśnie Mama zasypia, a ja chcę się z Wami podzielić moim szczęściem.

Kto mnie czytał,  to wiedział, że miałam w sieci za plecami dwie hejterki, a jedna z nich – wyjątkowa bandziorka netowa doniosła na mnie na Policję.

Przyszli i zarekwirowali mi komputer na 6 tygodni. Grzebali i nic nie znaleźli!

Niemniej ta historia obciążyła mój system nerwowy i bardzo to przeżyłam.

Dlaczego dzielę się swoim szczęściem?

Dlatego, że ta bandzorka od trzech miesięcy dała mi wreszcie święty spokój i gdyby ten proceder trwał  dalej, to nie wiem, czy bym to przeżyła i tu piszę bardzo poważnie.

Mogę się teraz skupić na  swoich sprawach i na chorej Mamie i od jakiegoś czasu  paniusia – Maria Pałac zamieszkała w Krakowie dała mi wreszcie zaczerpnąć świeżego powietrza!

Pani Mario – karma wraca i o tym się pani jeszcze przekona!

Ciekawe jak ta kobieta, która zrobiła mi piekło w sieci, patrzy na siebie w lustrze!

Reklamy

„Nieraz już ja to sprawdziłam na sobie, że najlepszy rumianek w chorobie” – Maria Konopnicka

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Oboje jesteśmy przeziębieni, czyli ja i mój Mąż.

Jesteśmy zasmarkani i kaszlący i choć nie jest to grypa typowa, a przeziębienie, to ratujemy się czym możemy, aby wyjść z przeziębienia, gdyż nie jest to miły stan.

Mąż jako mężczyna poleciał oczywiście do lekarza i choć płuca są czyste, a tylko lekko zaczerwienione gardło dostał antybiotyk.

Uważam, że w takim lekkim przeziębieniu przepisywaniu antybiotyku to błąd, bo nasze organizmy  za chwilę nie będą reagowały na żadne antybiotyki i medycyna już o tym trąbi.

Ja podchodzę na spokojnie i będę się leczyła w ciepłym domu, pod kocem i będę się leczyła siebie i Męża dodatkowo – domowymi specyfikami.

Tym razem postawiłam na czosnek i zrobiłam miksturę, która „gębusię” wykręca i tak:

  • do słoiczka wcinęłam przez praskę ząbki z całej główki czosnku – koniecznie polskiego,
  • dodałam sok z dwóch, dużych cytryn,
  • dodałam 3 łyżki miodu,
  • składniki te zalałam szklanką letniej wody – koniecznie letniej by nie zabić właściwości leczniczych,
  • odstawiłam miksturę na kilka godzin, a potem przelałam przez sitko do nowego słoiczka,
  • należy dawkować 3 razy dziennie w malutkich ilościach – czyli 3 razy dziennie po łyżce.

Mam pytanie – jak Wy się leczycie domowymi sposobami?

Może macie swoje tajemne receptury, które działają bez wizyty u lekarza.

Do Polski zawędrował syberyjski mróz i może dobrze się stało, bo wymrozi wszelkie wirusy, które ludzie łapią od innych w dużych skupiskach, a może uda mu się wymrozić też komary! 😀

W takie syberyjskie mrozy bardzo mi jest żal ludzi biednych i bezdomnych, którzy uważają, że alkohol sprawi, że przetrwają!

Jednak, na co im jest mój żal, skoro sami wybierają swój los i zamarzają na własne życzenie!

 

„Pełnia życia” – moje kino

Kiedy byłam tak przy chorej Mamie, wzięłam ze sobą komputer, z którego korzystałam kiedy Mama sobie pochrapywała i mogłam za pomocą komputera zająć sobie w ten sposób czas.

Aby Mamie nie przeszkadzać, wzięłam ze sobą słuchawki i odleciałam do domowego kina tak jak lubię.

Dziś trafiłam na film produkcji brytyjskiej z 2017 roku pt. „Pełnia życia”.

Film jest biograficzny, opowiadający o życiu młodego mężczyzny, który zachorował na polio, co spowodowało u niego całkowity paraliż, gdyż ta choroba atakuje układ nerwowy.

Nie mógł funkcjonować bez respiratora, który pomagał  mu w akcji oddychania i tak żył przez wiele lat z maszyną.

Jako młody człowiek miał wszystko, bo majętnych rodziców, wykształcenie i kochaną przy sobie żonę, a także malutkiego synka, który po latach opowiedział historię swojego ojca.

Kiedy choroba dała o sobie znać i zdał sobie sprawę, że nigdy nie wyzdrowieje – chciał umrzeć, by nie być dla nikogo ciężarem.

Dzięki determinacji swojej żony zgodził się żyć dalej dla niej i ukochanego dziecka.

Miał masę przyjaciół, którzy włączyli się w walkę o jego życie i jego komfort.

Zbudowali dla niego wózek z podłączonym respiratorem i tak zaczęła się walka o pieniądze z fundacji, aby inni, tak samo chorzy, zostali wypuszczeni ze szpitali, by mogli żyć w społeczeństwie i byli przydatni.

Udało się to ziścić i walka się powiodła, bo wielu więzionych w szpitalach odzyskało swoje człowieczeństwo.

Nie będę opisywała jak film się skończył, a zachęcam do obejrzenia tego dzieła wszystkich, którzy narzekają na swój los i na to, że są nieszczęśliwi, bo ktoś im zarysował samochód, albo nie dostali premii.

Film opowiada o walce o swoje życie i czerpanie z niego jak najwięcej – mimo choroby.

Ten film uzmysłowił mi, że nie ważne jest ile mamy kasy na koncie, bo nie to jest najważniejsze!

Ten film mi uzmysłowił, że trzeba cieszyć się każdym, danym nam dniem i umieć dostrzegać wschody i zachody słońca i uroki każdej pory roku.

Trzeba umieć dostrzegać niuanse jak śpiew ptaków i kolor drzew, oraz kształt chmur płynących po niebie.

Trzeba dbać o to, by nasze rodziny, które założyliśmy żyły w zgodzie tak, by dało radę w radości być w Boże Narodzenie i w każdy  dzień.

Nie ma nic ważniejszego jak zdrowie, zgoda i miłość, oraz potęga rodziny i o tym jest ten film.

 

Znalezione obrazy dla zapytania pełnia życia

Znalezione obrazy dla zapytania pełnia życia

Znalezione obrazy dla zapytania pełnia życia

 

Ludzie listy piszą – zwykłe – polecone!

 

Znalezione obrazy dla zapytania list

Otrzymałam dzisiaj list z wieloma zarzutami, że nie dość dobrze opiekowałam się i opiekuję swoją, chorą Mamą i biorę to na klatę.

Jednak z jednym zarzutem się kompletnie nie zgadzam, a brzmi on, że nigdy nie podziękowałam Mamie za to, co dla mnie zrobiła!

Podziękowałam i tu się będę broniła!

Rok temu, kiedy Mama leżała w szpitalu już z diagnozą – napisałam do Niej list w geście podziękowania i po to, żeby wiedziała ile dobrego dla mnie zrobiła.

W  szpitalu wręczyłam Mamie ten list z nadzieją, że go przeczyta, ale tak się nie stało.

Powiedziała, że list przeczyta na spokojnie, kiedy zostanie wypisana ze szpitala do domu.

Do dzisiaj nie wiem, czy go przeczytała, bo ani słowem –  nigdy mi nie dała znaku o tym – jak ten list przyjęła.

Miałam nadzieję, że kiedy ten list przeczyta, to się uściskamy, powspominamy, czy złapiemy w geście zrozumienia za rękę – chociaż!

Nie wiem gdzie teraz ten list się znajduje i nie wiem wcale, czy go Mama przeczytała i wiecie co? Jest mi cholernie przykro, że ten list, w którego włożyłam tak dużo serca i miłości został bez echa!

A napisałam w te słowa:

„Mamo, ja wszystko pamiętam jak bardzo starałaś się wychować nas na porządnych ludzi, ale może od początku opowiem Ci, co pamiętam:

Babie Doły, rok 1959 bodajże, kiedy ja, jako szkrab uciekałam Ci z domu nad morze i złaziłam po stromych wydmach, albo znajdywałaś mnie w lesie na jakimś drzewie. 

Już wówczas lubiłam chodzić swoimi drogami ku Twojej udręce. Pamiętam, że uszyte przez Ciebie porcięta, rwałam na gwoździach i potem bałam się do tego przyznać.  

Przychodziłam zakrwawiona, posiniaczona, a Ty jechałaś na pogotowie, aby mi te szramy zaszyli.

Pamiętam, gdy opowiadałaś o czasach wojny i jak byłaś głodzona jako dziecko, przez swoją macochę.

Opowiadałaś jak zaczęłaś pracować w wieku 14 lat, jako mała dziewczynka w szwalni i  skradałaś się  po ulicach wojennej Łodzi.

Opowiadałaś jak Niemcy przychodzili i robili w domu przeszukania, a Radogoszcz poszedł z dymem pochłaniając pracujących tam ludzi. 

Po przeprowadzce do Ustki, pamiętam jak gotowałaś bieliznę  w kotle i strasznie się oparzyłaś. 

Ojca w domu nie było długie miesiące i wszystko było na Twojej głowie, a ja właśnie poszłam do pierwszej klasy.

Ty w wolnych chwilach robiłaś nam zabawki – takie mebelki dla lalek.

Pamiętam, że po położeniu nas spać, pisałaś w kuchni wiersze w niebieskim zeszycie, albo długo rozmawiałaś z Ojcem, który przyjechał, a był w domu gościem z racji swojej pracy.

Pamiętam, że często płakałaś w czasie tych rozmów, a do tego opiekowałaś się bratem Ojca, który nie miał się gdzie podziać.

Potem zwalił Ci się na głowę brat następny, bo też nie miał się gdzie podziać i to wszystko na Twoją biedną głowę spadło.

Potem następna przeprowadzka i Ojciec już w domu, ale czasami sobie myślę, że lepiej nam było bez niego.

Wieczne awantury i alkohol i tak minęło 17 lat, w których walczyłaś jak lwica o nasz dom, pracując jednocześnie.

Pamiętam, jak pomagałaś mi robić do szkoły zadania z plastyki i wszystko potrafiłaś.

Nie był Ci obcy młotek, gwóźdź, malowanie, remonty, ponieważ nie mogłaś liczyć na nikogo, bo jesteś przecież jedynaczką, a mąż się na tym nie znał.

Nastał dzień, że trzeba było z domu uciekać, bo poziom awantur przybrał apogeum.

Wyszłyśmy z domu z paroma ciuchami do zupełnie mi obcych ludzi.

Chciałaś mnie z siostrą uchronić przed psychicznym znęcaniem się, abyśmy wszystkie nie zwariowały.

Mieszkanie poza domem przez pół roku i znowu wszystko było na Twojej głowie.

Dorastałyśmy, uczyłyśmy się i trzeba było nas ubrać, zakupić podręczniki, zeszyty i sama na to wszystko pracowałaś i długo by wymieniać i pisać o Twojej dobroci, cierpliwości i pracowitości, a do tego nigdy się nie załamałaś.

Pamiętam oczywiście o tym, jak mi pomagałaś w wychowaniu mojej pierworodnej Córki.

To Ty pierwsza Ją wykąpałaś i pokazałaś jak to się robi.

Kiedy biegłam do pracy, to Ty zostawałaś z Wnuczką i sprawowałaś nad Nią swoją, babciną opiekę i tego Ci Mamo nigdy nie zapomnę.

Zawsze Cię podziwiałam, bo zawsze byłaś dla mnie wzorem i wybacz, że kiedy odeszłam z domu i założyłam swoją rodzinę, było mnie mniej w Twoim życiu. Wówczas to ja musiałam zadbać o swoją rodzinę i wychować swoje dzieci na porządnych ludzi. Zadanie wykonałam i teraz Mamo jestem myślami bliżej Ciebie, bo mam teraz na to czas. Dziękuję Ci Mamo za wszystko i kłaniam Ci się w wielkiej atencji”.

 

 

 

Moje wyciszone święta!

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Powolutku szykuję się do Świąt Bożego Narodzenia, ale naprawdę powolutku – nie szaleję.

Mama chora na raka, a więc nie wiadomo, czy przed świętami nie będziemy mieć pogrzebu, gdyż wredna choroba atakuje mocno i bezlitośnie.

Codziennie u Niej jestem, aby pobyć i nacieszyć się sobą, ale kiedy wracam do domu, to jestem totalnie wyczerpana i nie fizycznie, ale psychicznie.

Moje święta będą więc bardzo wyciszone, które spędzę z Mężem i ukochanymi Córkami i ich rodzinami.

Mam już umyte okna i choineczka też już  jest ustawiona – taki akcent na zbliżający się czas.

Nie szaleję, bo nie ma co szaleć w obliczu nadchodzącej śmierci.

W pierwszy dzień świąt zaplanowałam uroczysty obiad ze swoimi Córkami i ich rodzinami

Mamy z Mężem masę rodzinnych kaset z lat, kiedy nasze Córki były malutkie, a więc powspominamy sobie tamte lata, kiedy Córki były z nami.

Zaplanowałam niewielkie menu, bo nie mam siły siedzieć w kuchni, kiedy Mama powoli umiera.

Nie ważne w takim czasie jest jedzenie, a ważna jest modlitwa o każdy dany dzień mojej Mamie.

 

 

Rak – to wstrętny gad!

Pisałam niżej, że mam chorą Mamę na raka!

Diagnoza padła w listopadzie 2016 roku! Rak wątroby z przerzutami na nadnercza i zdaje się na kości.
Ogromne boleści, ale nie wątroby i nie nadnerczy, a kości właśnie.

Mama dość dobrze funkcjonowała przez ten rok i mimo bólu  była w tym bardzo dzielna.

Miała w sobie niesamowitą wolę życia i potrafiła się ze swojej choroby śmiać.

Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, bo nikt dotąd nie widział tak mocnego człowieka.

Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, że będzie coraz gorzej, gdyż powolutku widać było, że choroba Mamę męczy, ale mimo to wciąż była dziarską i mocną kobietą.

Wczoraj, kiedy byłam u Mamy pierwszy raz dała niepokojący znak – widziała jakieś muchy na szybie i ćmę, które nakazała mi zabić łapką na muchy i okej – zabiłam i Mama się uspokoiła.

Minęło 12 godzin i nagle Mama zaczęła widzieć dziwne rzeczy i sytuacje.

Zaatakowany mózg przez raka sprawił, że Mamie odjęło zmysły i kompletnie się pogubiła.

Zaczęła opowiadać takie rzeczy, że odwiedził Ją Prezydent i aktorzy ze stacji TVN-u.

Opowiada, że nie może skorzystać z łazienki, bo tam robotnicy robią remont i wyburzają ściany.

Nagle komunikowała, że ktoś jej przestawia telewizor, a woda leje się z sufitu.

Kochani! Przeżyłam dzisiaj koszmar, bo nagle z rozumnej kobiety – nawet w chorobie, stała się taka bezbronna i tak jakby szalona.

Stała się malutkim dzieckiem, które kręci w głowie swoje bajki i opowieści!

Dziś był lekarz i orzekł, że to koniec życia Mamy, bo mózg automatycznie wyłącza wszystkie funkcje życiowe.

Jak się z tym pogodzić?

Wspomnienia mojej Mamy!

U mojej, chorej Mamy stał sobie na parapecie kuchennym malutki grudnik, który bardzo dawno nie kwitł i w tym roku mu się też nie chciało.

Zrobiłam eksperyment i 3 tygodnie temu przestawiłam go w inne miejsce i oto tadam – pojawił się mały Albinos.

Tak też robię z moim grudnikiem, który zakwitł mi na parapecie po jego przestawieniu.

To taka mała porada ogrodnicza dla tych, którym kwiatek odmawia kwitnienia.

Ale zmierzam do innego tematu – ważniejszego.

Dzisiaj zapakowałam swojego laptopa w specjalną walizkę do przenoszenia laptopów i powędrowałam do leżącej Mamy.

Pomyślałam sobie, że powspominamy miejsce Mamy urodzenia i dorastania w mieście Łódź.

Mama tam się urodziła i tam przeżyła II Wojnę Światową.

Wyjechała z Łodzi za swoją miłością kiedy miała 20/21 lat i potem podczas swojego życia odwiedziła swoje miasto dwa razy.

Kiedy tak oglądałyśmy zdjęcia zamieszczone w sieci, to Mamie włączyły się wspomnienia i dziś mi wiele opowiedziała, czego nigdy od Niej nie słyszałam.

Nie było Jej lekko, bo w wieku 14 lat musiała podjąć pracę, aby pomóc swoim rodzicom. Wstawała bardzo wcześnie i 15 minut szła na tramwaj i przez godzinę jechała do pracy. Kiedy po skończonej pracy ponownie jechała godzinę do domu, oraz kiedy zjadła jakoś obiad, to jechała z kolei do szkoły. Wracała późnym wieczorem i tak codziennie przez parę lat.

Widziała trupy w Radogoszczy, kiedy to Niemcy zabili w 1945 roku – 1500 osób, tuż przed przybyciem Rosjan do miasta.

Opowiedziała też jak zdobywali żywność, aby przeżyć, a także jak musiała prowadzić handel wymienny, aby zdobyć na wsi coś do zjedzenia.

Uśmiałam się, kiedy opowiedziała jak ludzie ze wsi pomagali przemycić prosiaka! Upijali go i kiedy spał słodkim snem – wkładali go do worka, aby Niemcy niczego ruszającego się nie zauważyli!

Dziś się dowiedziałam, że Ojciec mojej Mamy był wielkim czytelnikiem literatury historycznej, chociaż był zwykłym szewcem.

Dobrze zrobiłam, że wzięłam tego laptopa, bo Mama się otworzyła i dużo mi przekazała ze swojego życia.

Dla mnie te Jej wspomnienia, to są jak perełki i może kiedyś uda mi się je opowiedzieć moim Wnukom – kiedy dorosną do takich tematów – jeśli  będą pytać o życie ich Prababci.

Takie obrazy widziała moja Mama będąc dziewczynką!

W nocy z 17 na 18 stycznia 1945 roku rozegrała się największa tragedia w całej historii Łodzi. Uciekający Niemcy zamordowali około 1500 więźniów, osadzonych w więzieniu na Radogoszczu. Większość zginęła od kul strażników i w płomieniach, uratowało się zaledwie kilkudziesięciu.

Moje smutne święta!

Jakieś dwa miesiące temu Mąż powiedział mi coś dziwnego.

– Usiądź do komputera i poszukaj ciekawej oferty świątecznej, bo w tym roku wyjedziemy na Święta Bożego Narodzenia i sobie odpoczniemy!

Spojrzałam na  niego zdziwiona, bo nigdy w ten sposób nie spędzaliśmy świąt – zawsze w domu – z Rodziną!

Chciał nie chciał zaczęłam szukać w sieci propozycji pod frazą ” święta  nad morzem” gdyż oboje kochamy morze o każdej roku porze.

Wyskoczyły mi ciekawe propozycje w Międzyzdrojach, Świnoujściu, czy Dziwnowie.

Nie wyszłoby to specjalnie drogo i byłabym zwolniona z szykowania świąt – istny luksus i wygoda.

Kiedy wybraliśmy piękny ośrodek w Międzyzdrojach z pięknymi pokojami, łazienką osobistą, basenem i po przeczytaniu oferty – powiedziałam do Męża – stop!

Nie możemy jechać, gdyż mam chorą Mamę i nie darowałabym sobie, że mogłoby się stać nieuchronne, kiedy my byśmy się wczasowali! Nie ma nawet mowy o tym, że te święta spędzilibyśmy z dala od chorującej, nieuleczalnie Matki.

Mąż mnie oczywiście zrozumiał i tak żaden wyjazd nie wchodzi w rachubę – może w przyszłym roku!

W telewizji roi się od świątecznych reklam, a mnie to kompletnie nie cieszy.

W poprzednich latach – o tej porze już miałam umyte okna i zmienione firany. Powolutku szykowałam się do świąt i miałam już zaplanowane zakupy.

W tym roku się ślimaczę i nie mam kompletnie weny, aby te święta szykować. Kiedy widzę moją zbolałą Mamę, to mi opadają wszystkie skrzydła.

Oznajmiłam Rodzinie, że jestem zdolna tylko do ugotowania obiadu, upieczenia ciasta i to wszystko. Nie będzie żadnych sałatek i wigilijnych potraw, bo mnie się w tym roku nic nie klei i nie mam po prostu na to siły.

Zostałam zrozumiana, choć nie znaczy, że te święta nie są dla mnie ważne, gdyż już dziś ustroiłam okno i pierwszy akcent już jest.

Będzie choinka i będą prezenty, ale w kuchni będzie mnie mniej! Nie żarcie jest najważniejsze, kiedy Mama powoli odchodzi.

Dlaczego w epoce kosmosu nie ma leku na raka?

Siedzę w swoim gnieździe i myślę!

Już minął rok od diagnozy u Mamy – rak wątroby i przerzuty, które się rozsiały z prędkością komety.

Boli tam i tu i jeszcze tam i choć medycyna zapewnia ponoć życie w raku bez bólu, to sobie z tym nie zawsze radzi!

Boli i Mama to pokornie znosi już ponad rok, a my jako rodzina nie jesteśmy w stanie nic więcej zrobić – kompletna bezradość, skoro lekarze sobie z tym bólem nie radzą!

Boże drogi – jaka Ona jest dzielna w tym bólu i jak się potrafi nie skarżyć, choć boli jak diabli.

Tak naprawdę pierwszy raz towarzyszę w odchodzeniu, bo życie mi tego oszczędziło, ale jakie to jest dumne odchodzenie.

Codziennie jestem u Mamy i widzę jak cierpi, ale chyba nigdy więcej nie zobaczę jak dzielne to jest odchodzenie.

Mama ma wciąż bardzo bystrą psychikę i potrafi w tych boleściach rozmawiać ze mną nawet o polityce.

Wciąż potrafi logicznie myśleć i orientować się w otaczającej Ją rzeczywistości, co mnie zadziwia wprost.

Jej ciało się powoli poddaje, ale rozum nie śpi i wciąż jest taki ludzki, taki normalny, taki rzeczowy.

Nie mogę się temu nadziwić  i ubolewam, że powoli odchodzić będzie moja Matka, która psychicznie nie potrafi pożegnać się z życiem, kiedy ciało kompletnie się poddało.

Mama nie zgodziła się na chemię ze względu na wiek i jakby przeczuwała, że ta chemia Ją szybko zabije i zdaje się, że miała rację.

Dany Jej był rok czasu życia w bólu, ale nie bez świadomości. Doskonale się orientuje w tym, co rak wyrabia w Jej organizmie, a mimo to wciąż się nie poddaje i jest tak dzielna w tej swojej chorobie.

Miliony ludzi na świecie choruje na tą straszną chorobę, a medycyna wciąż jest bezradna.

Podają ludziom chemię, która jednym pomoże, a drugich zabija i nie chce mi się wierzyć, że na to dziadostwo nie ma wciąż lekarstwa.

Ludzkość poleciała w kosmos. W kosmos są wysyłane rakiety, sputniki, łaziki, a także wynaleziono Internet, dzięki któremu ludzie w sekundę mogą się połączyć z innymi ludźmi w każdym zakątku świata, a leku na raka nie ma!

Może to jest taka zmowa milczenia, bo za tym idą wielkie pieniądze, czyli lobby – tego zwykły człowiek nie wie.

Owiane to jest wielką, medyczną tajemnicą i być może nigdy nie dowiemy się, czy wynaleziono lekarstwo, aby uzdrawiać beznadziejnie dotąd chorych?

Takie towarzyszenie w odchodzeniu jest bardzo wyczerpujące i sama wiem po sobie, że w tym czasie jestem wiecznie zdenerwowana, zatroskana i pełna strachu oraz niepokoju.

Wiem jedno, że bycie przy chorym obniża automatycznie imunologię i taki potencjalny opiekun też może zachorować, gdyż organizm jest obciążony i w pewnym momencie będzie w stanie odmówić posłuszeństwa.

W kampanii krzyczeli o darmowych lekach dla Seniora! Moja Mama nie ma nic darmo i żadnej opieki od Państwa też nie ma!

Za wszystko trzeba zapłacić, bo za leki i za materac p/odleżynowy oraz za pożyczone, specjalistyczne łóżko.

Nawet na pampersy nie ma zniżki!

Chory może liczyć tylko na rodzinę, bo jeśli przyjdzie pielęgniarka, to tylko aby dać zastrzyk, lub podłączyć kroplówkę!

Takie są realia w Polsce, że nawet za odchodzeniem idą wielkie, emeryckie pieniądze i kogo to obchodzi, że Mama płaciła podatki od 14 roku życia, bo tak poszła do pracy w fabrycznej Łodzi!

W tym roku nie mam sił szykować świąt i nic mnie nie cieszy – jestem na ciągłym czuwaniu!

https://www.youtube.com/watch?v=KNWyYmwiJ70

Chory Mąż w domu, to inny Mąż!

Wczoraj usłyszałam z ust osobistego Męża –  to słynne – nie mów do mnie teraz!

Aha – pomyślałam – chory się czuje!

Głos faktycznie zmieniony jakby się coś w gardle działo, a do tego nerwowy jak diabli.

Zmierzył temperaturę i wyskoczyło – 36,9 – masakra jak ja to przeżyję?

Poradziłam aby wybrał się do lekarza, bo żartów nie ma – idzie sezon grypowy w końcu i Jego choroby lekceważyć nie mogę.

Zamieniłam się w kobietę o wielkiej cierpliwości, bo kiedy chłop chory, to kobieta ma przekichane.

Poszłam do kuchni i zrobiłam biedakowi syrop na zwiększenie odporności i wywalenie z Niego wirusa – z powietrza pewnie! 😀

– na tarce strałam 5 centymetów imbiru,

– wycisnęłam sok z dwóch cytryn,

– dodałam 4 łyżki miodu

i to zalałam litrem schłodzonej wody, aby nie zabić właściwości zdrowotnych składników!

Pomerdałam i odstawiłam, aby się przegryzło!

Podaję od wczoraj i o dziwno dziś Mąż poczuł się prawie zdrowy.

Dogadzam chorutkowi i na śniadanie zdobiłam mu jajka sadzone inaczej! 😀

Zdrowieje i humor wraca!

I jeszcze taka opowiastka z sieci!

Jak to jest, że faceci tak celebrują swoje chorowanie a kobiety nie robią z tego problemu?
Wczoraj Marek poczuł się źle, bóle brzucha, temperatura itp.
Położył sie do łóżka i leży.
– Kotuś – woła – przyniesiesz mi herbatki?
Podaje herbatę + coś na bule brzucha. Za chwilę:
– Moze bym coś zjadł. Kotuś zrób mi kanapkę ale tylko z masłem.
Podaje kanapkę + witaminki i Gripex. Zwracam mu uwagę że nie wypił poprzedniego lekarstwa. To po co mu dałam?
– Dlaczego zawsze jak jestem chory to jesteś taka niedobra?- po chwili – to ja bym zjadł jeszcze jedną kromke z masłem

itd, potem była jeszcze prośba o :
– gazetkę
– telefon
– przyniesienie drzewa do kominka
– przestawienie samochodów na podwórku
– sprawdzenie czy ma zimne stopy (!!!!!!!!! )
JEZU ! Oszaleję! A przecież jest jeszcze Ania i muszę wszystko sama przy niej zrobić, bo jeszcze się czymś zarazi od Marka.
Na dobranoc słysze news dnia: jutro przywiozą zmywarkę! Wszystke marudzenia mojego męża ida w zapomnienie. Zmywarka – znienawidzone mycie stosów garów to przeszłość.

Pozdrawiam wszystkie żony marudnych mężów i nie tylko.

Aga i Ania (6 3/4 miecha)