Archiwa tagu: choroba

A kiedy odchodzi Matka?

 

Na powyższym zdjęciu jest moja Mama, kiedy miała może – zaledwie 75 lat.

Zdjęcie zrobione na weselu jednej z moich Córek i widać na nim, że dobrze wyglądała i była zawsze uśmiechniętą osobą.

Od życia dostała dobrze w kość, ale nigdy się nie załamała i szła przez życie z ogromną siłą, pokonując wszelkie trudy, jakie nosło życie.

Stary, dobry materiał zahartowany i mocny, który za chwilę odejdzie z tego świata.

Przeżyła II Wojnę Światową i czasy socjalizmu jak wszyscy, nasi starzy Rodzice, których teraz, ten obecny nierząd szykanuje i odbiera im część emerytury, bo urodzili się za wcześnie i jest to hańba dla tego nierządu.

Pracowała całe swoje życie, a do pracy poszła, kiedy miała zaledwie 14 lat, ale nigdy nie narzekała na swój trudny los.

Dziecństwo też miała nie lekkie, gdyż wychowywała Ją sroga macocha, która była trudną osobą i Mama nie raz opowiadała, że macocha dawała jej mocno w kość.

Nie raz na blogu pisałam przez ostatnie dwa lata o swojej Mamie, która już dwa lata żyje od diagnozy – rak i w tej chwili jest fizycznym warzywem, choć jeszcze z bardzo bystrą psychiką, która wszystkich zadzwia.

Jednak jest tak, że wszyscy jesteśmy zmęczeni opieką nad chorą Mamą, bo Ona wymaga tej opieki 24 godziny na dobę.

Wszyscy działamy na adrenalinie, że trzeba być przy Niej, choć nie jest roszczeniowa i nie lamentuje – nie skarży się na swój los i swoją chorobę znosi niesamowicie godnie.

Przechodzę przez różne etapy w związku z chorobą Mamy i mówię do siebie, że jeśli ma taką wolę życia i siły psychiczne, to jestem na każde zawołanie, ale bywa, że opadam z sił, bo nie należę do osób silnych psychicznie.

Dziś poszłam w godzinach porannych zmienić Mamie pampersa i musiałam podnieść Mamę całą sobą, aby zaprowadzić Ją do ubikacji.

Stękała, bo wszystko Ją bolało i nigdy przez dwa lata tak się nie skarżyła, ale choroba jest bezlitosna i drąży!

Nic nie można więcej zrobić, jak tylko wezwać lekarza, aby zwiększył dawkę środków przeciw bólowych.

Rozleciałam się na kawałki, bo kiedy wróciłam do domu, to ległam na kanapie i łzy lały się strumieniami.

Straciłam swoją energię, gdyż dziś namacalnie zobaczyłam, że Mama gaśnie i opuszczają Ją siły witalne!

Jeszcze staram się być silna, ale wiem jedno, że kiedy Mama odejdzie, będą długo składała się do kupy!

Tak naprawdę, to nikt nie wie, co się ze mną dzieje, bo zamknęłam się w sobie i przygotowuję się do żałoby w samotności!

 

Reklamy

Książka na półce!

Kto mnie czyta, ten wie, że mam chorą Mamę, która żyje z wyrokiem rak, już za chwilę będzie dwa lata.

Tak przykro się na to patrzy, bo całkowicie jest zależna od rodziny.

Lekarze po diagnozie dawali Jej 3 – 4 miesiące życia, a tu taki sprawdzian dla rodziny, ale nikt nie pomyślał, aby oddać Ją do hospicjum.

Wiem, że przydzie taka noc  – taki dzień, że Mama odejdzie i oto nastąpi jej życia kres.

W tej sytuacji niewiele mnie cieszy, ale aby nie popaść w stan depresyjny mówię sobie, że mnie cieszy jednak coś!

Cieszy mnie, że z Mężem mamy jeszcze jako takie zdrowie i we dwoje ciągniemy ten przysłowiowy wózek i razem dajemy sobie jeszcze radę.

Cieszy mnie, że moje Dzieci mają pracę i sobie radzą, a moje Wnuki, to super są dzieci, z których jestem ogromnie dumna.

Cieszy mnie, że mam swoje miejsce na Ziemi i swój malutki kąt, w którym czuję się świetnie i nigdy swojego kąta nie opuszczę, bo to w nim czuję się bezpieczna.

Cieszy mnie, że mam, co do garnka włożyć i sama wciąż gotuję obiady i nie jestem zależna od jakiegoś kateringu, czy pomocy Dzieci.

Cieszy mnie kiedy wciąż potrafię się wzruszać i mam wielką wrażliwość i przy takiej twórczości płaczę!

Przeżyłam w swoim życiu naprawdę wiele lat traumy, a jednak udało mi się zachować człowieczeństwo i moje przyżycia nie zabiły we mnie niczego!

Nie zmieniłam się w jędzę, wiedźmę, sekutnicę, bo potrafiłam pożyczyć modem do Internetu sąsiadowi, który mieszka w mojej klatce i jest chory na raka, który ani razu w życiu mi się nie ukłonił!

Jesteśmy z Mężem tacy, że jeśli ktoś potrzebuje pomocy, to się nie migamy i pomagamy!

Nie piszę tego, aby się chwalić, a piszę dlatego, że warto być przyzwoitym.

Na rynku księgarskim pojawiła się książka, za którą Marcin Wicha otrzymał nagrodę Nike – 2018.

Od razu zainteresował mnie tytuł, bo brzmi – „Rzeczy których nie wyrzuciłem”.

Książki jeszcze nie mam, ale pójdę do księgarnii i ją kupię, bo jest to rozrachunek  autora z życiem po śmierci swojej matki.

Nie kupię jej przez Internet, bo chcę poczuć tę magię zakupu książki w księgarnii, by poczuć od razu jej zapach.

Postanowiłam sobie, że nie przeczytam tej książki w czasie choroby mojej Mamy, bo pewnie bym się rozsypała na kawałki.

Przeczytam ją wówczas, kiedy uporam się z żałobą!

Niech książka leży na półce nawet rok, bo moja Mama może tyle jeszcze pożyć, ale kiedy się otrząsnę, to sięgnę już na spokojnie po tę pozycję.

Myślę, że ta książka zrobi furorę na wzór filmu pt. „Kler”

 

 

Literacka Nagroda Nike 2018: Marcin Wicha ze statuetką

Depresja – czyli weź się w garść!

Weź się w garść. Zrób coś ze swoim życiem.

Jesteś silny/a tylko ci się nie chce.

Wszyscy ludzie cierpią, nie jesteś jedyny/a. Takie słowa są najczęściej kierowane do tego kogoś, kto nagle traci chęć do życia.

Nie wiedzieć kiedy, zapada się w siebie i nic go już nie cieszy.

Nagle pochyla się i garbi, a przedmioty lecą mu z bezradności i braku siły na podłogę.

Wyraz twarzy się zmienia i widać na nim ogromny smutek, bez cienia jakichkolwiek oznak chęci do życia.

Myśli się plączą i nagle chory na depresję zatraca się w swoim smutku i beznadziejności.

Nie umie wytłumaczyć otoczeniu, co mu dolega, a tylko sygnalizuje, że nie ma chęci dalej żyć i wszystko straciło dla niego sens.

Najczęściej ucieka w sen, albo też cierpi na wielkie pokłady bezsenności.

Często pojawia się nadmierne obżarstwo, albo kategoryczne odmawianie posiłków.

Jest wiele odmian depresji i zdiagnozować tę właściwą, to dla lekarza jest wielką sztuką, jeśli w ogóle pacjent zdecyduje się na takie leczenie.

Wciąż w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że pojawienie się przed gabinetem psychiatrycznym, to jak wydanie na siebie wyroku – jestem chory psychicznie i za chwilę wszyscy będą o tym gadać.

Będę skreślony/a i nie nigdzie nie dostanę pracy, albo wszyscy się ode mnie odsuną.

Zostanę sam/a.

Jak pomóc osobie chorej na chorobę duszy? Jak poprowadzić i wyciągnąć rękę ku drodze uzdrowienia , bo sam/a sobie nie pomoże.

Jakie uruchomić mechanizmy, gdzie skierować, aby zajęli się nim, nią specjaliści i wyciągnąć z tego czarnego dołka.

Najczęściej namawiamy do wizyty u dobrego psychiatry.

W dobie Internetu, wpadamy więc do sieci i szukamy najlepszych lekarzy w naszym rejonie – chcemy pomóc, bo zależy na na nim, niej.

Na naszym dziecku, mężu, żonie, czyli na  naszym bliskim.

Jesteśmy zdrowi, silni i robimy wszystko, aby pokierować tak chorym, aby do nas wrócił.

Jeśli uda nam się namówić chorego do wizyty u lekarza, najczęściej po wstępnym wywiadzie, otrzymuje chory receptę na leki, czyli tzw. antydepresanty. 

Jest nadzieja, że leki te od razu sprawią, że chory poczuje się lepiej i złapie pierwszy oddech od wielu miesięcy i zacznie patrzeć optymistyczniej na świat.

Jednak często tak bywa, że lekarz z lekiem nie trafi i chory zamiast czuć się lepiej, wpada jeszcze w większy dół.

Druga i kolejna wizyta, a efektów brak i wówczas lekarz rozkłada ręce i wypisuje skierowanie do szpitala.

Jeśli u chorego pojawiają się myśli samobójcze, tym szybciej należy umieścić chorego w placówce zamkniętej, na obserwacji.

I tu zaczyna się dramat. Widziałam różne szpitale w swoim życiu.

Wielkie sale, zastawione kilkoma łóżkami i przy nich malutka szafeczka.

Nikt nie oddziela ludzi bardzo chorych, niewyleczalne, ciężkie przypadki, od ludzi z nadzieją na wyleczenie.

Pierwszy wywiad, zrobiony na szybko i wpisanie leków do karty i tyle.

Nagle słyszy się na korytarzu szpitalnym, wycie, przeklinanie i wiązanie w pasy.

Nagle chory narażony jest na niewyobrażalny stres sytuacyjny.

Nie może się odnaleźć, bo nie ma w tym miejscu cichego miejsca, gdzie mógłby się odizolować.

Nie obchodzi to żadną pielęgniarkę i nikt nie uchroni go od tego dodatkowego przeżywania.

Takie leczenie nie ma sensu i chory prosi rodzinę, aby go jak najszybciej zabrano do domu, bo dłużej tego nie wytrzyma.

Widziałam też szpital, gdzie jedyną rozrywką dla chorego jest palarnia i mocna kawa.

Gdzie spotykają się ludzie, aby opowiedzieć sobie jak spędzili noc.

Czy leki działają, czy też powodują większe rozdrażnienie.

Spotykają się w tej palarni, aby pogadać, pomilczeć, popłakać.

Nikt z personelu tam nie zagląda i nikt nie wspomina o tym, że w szpitalu palić nie wolno.

Nikt nie jest w stanie zlikwidować palarni w szpitalach psychiatrycznych, gdyż palarnia działa jak pokój psychoterapeutyczny.

Widziałam jeszcze jeden szpital, chyba zbliżony najbardziej do cywilizowanych warunków.

Pokoje ładnie udekorowane. Każdy ma swój kawałek podłogi.

Nie ma w nim przypadków skrajnych.

Nikt nie wrzeszczy i nikogo nie zakuwa się w pasy.

Chorzy są pod ciągłą opieką lekarza i psychologa.

Ułożony grafik zajęć, sprzyja samodyscyplinie. Powstają grupy wsparcia.

Chorzy uczęszczają na zajęcia z muzyką, tańcem, a także muszą ćwiczyć na sali sportowej.

Psychoterapia w kółku, powoduje większe otwarcie się na problemy innych ludzi, co wywołuje różne emocje, zmuszając chorego do współodczuwania, dyskusji i uwierzenia w siebie.

Długie spacery po parku, rozmowy z zaprzyjaźnioną grupą i taki szpital z takim programem kieruje chorego na drogę ku uzdrowieniu.

Widziałam ludzi po takiej kuracji, że na twarzach chorych pojawiała się chęć do życia.

Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że są w Polsce jeszcze i dobrze się mają, szpitale skostniałe, niczym z filmu CK Dezerterzy, gdzie chorego na depresję podciąga się pod chorobę psychiczną, najcięższego gatunku.

Powinno się to zmieniać i powinno się o tym mówić bardzo głośno!

Piszę o tym też dlatego, że ostatnio usłyszałam zarzut, który uderzył we mnie jak młot.

Usłyszałam, że nie byłam u swojej Mamy przez 4 lata w jakimś tam okresie mojego życia.

Odpowiedziałam, że mogło tak być, ale te 4 lata kosztowały mnie walkę o siebie i nikt, kto nie chorował na depresję nie zdaje sobie sprawy z tego, że często to trwa latami.

Wpada się z taki stan, że nie chce się człowiekowi myć, czesać, malować.

Nie chce się  ładnie wyglądać i sprzątać, bo nic się nie chce, a najbardziej chce się umrzeć i skończyć tę wegetację.

Moja pani doktor wysłała mnie do tego dobrego szpitala, całodobowego z psychoteriapią i dopiero tam małymi kroczkami otrzeźwiałam i zrozumiałam, że jestem czegoś tam warta i nie odstaję niczym od ludzi zdrowych.

To było moje koło ratunkowe, z którego na siłę skorzystałam i jestem od kilku lat wśród żywych.

Jednak nie wszycy tak postępują i tkwią latami w bólu i cierpieniu i tu zapłaczę nad losem, kiedyś pięknej Elżbiety Dmoch, która śpiewała „Windą do nieba”, a która odcięła się od świata po przeżyciach i odtrąca wszelką pomoc.

Depresja, zaraz po raku jest najbardziej, okropną chorobą.

Bolesne rozstanie

Po dawnej sławie nie zostało nic. Elżbieta Dmoch na nowych zdjęciach nie przypomina zjawiskowej gwiazdy sprzed lat.

Wybrała życie w samotności

„Już mi niosą suknię z welonem, już Cyganie czekają z muzyką” – śpiewa Elżbieta Dmoch w słynnym utworze „Windą do nieba”. Piosenka o wielkim smutku i nieszczęśliwej miłości stała się paradoksalnie hitem każdego wesela. Dmoch nie mogła wiedzieć, że słowa tego utworu staną się dla niej prorocze.

Do sieci trafiły zdjęcia paparazzi, na których widać Elżbietę Dmoch. To pierwsze zdjęcia, odkąd pojawiła się wiadomość o tym, że zdecydowała się na życie w samotności. Nic dziwnego, że wywołują sensację. Elżbietę Dmoch wielu z nas pamięta jako piękną kobietę, która pięła się po szczeblach kariery. Już dawno wybrała dla siebie inną drogę. Z daleka od luksusów, sławy, mediów i zainteresowania dawnych fanów.

Dmoch sfotografowano podczas zakupów w osiedlowym sklepie spożywczym. Gumowe klapki, przetarte rajstopy, wyciągnięte spodnie i krótki T-shirt, który odsłaniał brzuch. Na pierwszy rzut oka wygląda na zaniedbaną kobietę, która dawno przestała przejmować się swoim wyglądem. Potargane, niechlujnie ułożone włosy dopełniają obrazek nieszczęścia. Ale osoby, które ją widziały, zwracają uwagę na zupełnie co innego. – Poszła do sklepiku mieszczącego się przy jej bloku. Wyglądała bardzo dobrze. Była w czystych ciuchach, a na jej twarzy pojawiał się uśmiech. Pani Elżbieta zrobiła zakupy i widać było, że polepszyło się jej materialnie – mówi w rozmowie z „Super Expressem” jeden z klientów sklepu.

Kilkanaście lat temu Elżbieta Dmoch przeszła załamanie nerwowe, wpadła w głęboką depresję. Przestała pracować, występować na scenie, żyła jedynie z oszczędności. Maria Szabłowska, znana dziennikarka telewizyjna i radiowa, mówiła w wywiadach, że Dmoch przestała płacić składki na ZUS. Nie przyjmowała też pieniędzy, które zbierali dla niej przyjaciele. Mieszkała sama w niewielkim mieszkaniu, które w końcu musiała opuścić ze względu na to, że nie płaciła czynszu. W 2005 roku jej losem zainteresowali się dziennikarze Uwagi TVN.

Dmoch nie zgodziła się porozmawiać wtedy z dziennikarzami Uwagi. Od lat konsekwentnie unika mediów. Dziennikarze poinformowali, że mieszka w fatalnych warunkach w maleńkim domu na wsi. Odizolowała się od świata, nie chce nikogo widywać, odmawia pomocy lekarzy i pracowników opieki społecznej. – Dziwi się, czemu zakłócamy jej spokój. Pyta, czy zrobiła coś złego, skoro do niej przychodzimy. Czy mamy jej pomagać na siłę, czy zostawić samej sobie, jeśli wybrała taki sposób życia? – mówiła Elżbieta Klimkowska z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Tarczynie. Dmoch wielokrotnie oferowano pomoc finansową. Ze wszystkich pieniędzy rezygnowała. Utrzymuje się tylko i wyłącznie z tantiem wypłacanych przez Stowarzyszenie Artystów i Wykonawców Utworów Muzycznych. – Bardzo skrupulatnie sprawdza, czy są to tantiemy, które jej się należą, a nie pomoc, której się jej udziela. Doszła do wniosku, że niczego więcej nie chce od świata i nie chce, by świat czegoś od niej chciał – mówił z kolei Jacek Skubikowski, prezes Stowarzyszenia.

Był koniec lat 60., gdy Elżbieta Dmoch zaczęła współpracować z Januszem Krukiem. W 1971 roku na rynku muzycznych pojawiło się ich wspólnego dziecko – zespół 2 plus 1. Królowali na polskich estradach i to dosłownie. Elżbieta miała wtedy 17 lat, Janusz 22. Oboje byli po przejściach. Ich duet podbił serce Polaków w zawrotnym tempie. Przeboje, koncerty, wielka sława. – Sami ledwo to wytrzymywaliśmy, a ona robiła dwa razy więcej – wspomina Cezary Szlęzak, były współpracownik Dmoch, przyjaciel artystki w rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim”. – W Niemczech mieliśmy własne półki w sklepach muzycznych. W Japonii byliśmy na listach przebojów. Zagraniczni menadżerowie dobijali się bez przerwy. Jak jej zrobili sesję zdjęciową, to na sześćset fotografii – dodaje. Wspomina, że 2 plus 1 mieli już zamówiony koncert w Iraku, ale wojna przekreśliła występ artystów.

To ona zaśpiewała „Windą do nieba”, „Choć pomaluj mój świat” czy „Czerwone słoneczko”. W 1974 roku Elżbieta otrzymała tytuł Miss Obiektywu. Drugi raz ten tytuł przyznano jej w 1976 roku na Festiwalu w Opolu. Była zjawiskowa, hipnotyzująca, naturalnie piękna i ludzie to doceniali. W 1979 roku Dmoch otrzymała jedno z najbardziej wyjątkowych odznaczeń – Srebrny Krzyż Zasług. Była na szczycie. Stała się legendą PRL-u. Mówiło się, że ona i Janusz Kruk tworzą najpiękniejszą parę wśród polskich artystów. Pobrali się jeszcze w 1973 roku. On miał już wcześniej żonę i dziecko. Dla Elżbiety postanowił zostawić rodzinę. Ale ich szczęście nie trwało długo.

 

Jak wspomina Szabłowska w jednym z wywiadów: „Janusz był rozrywkowym facetem. Drzwi się nie zamykały, przyjaciele do nich lgnęli”. Kruk w końcu postanowił opuścić piosenkarkę dla innej kobiety. To była druga połowa lat 80. Rozwiedli się dokładnie w 1989 roku. Podobno pozostali w przyjacielskich stosunkach, ale w mediach krążyły liczne plotki o kolejnych romansach Kruka. Elżbieta wierzyła jednak, że kiedyś do siebie wrócą. Janusz był jej największą miłością. W 1992 roku mężczyzna zmarł na zawał serca. Wtedy wokalistka przeżyła załamanie nerwowe i wycofała się z życia publicznego. Zaszyła się na wsi i rzadko dopuszczała do siebie ludzi. Wróciła na scenę tylko raz – w 1998 roku. Publiczność przyjęła ją owacjami na stojąco. – Ela była tak zachwycona, że byliśmy pewni, iż ją odzyskaliśmy. Niestety, choroba znów dała o sobie znać – mówiła Szabłowska w rozmowie z „Na żywo”.

https://gwiazdy.wp.pl/po-dawnej-slawie-nie-zostalo-nic-elzbieta-dmoch-na-nowych-zdjeciach-nie-przypomina-zjawiskowej-gwiazdy-sprzed-lat-6299155448477313g/3

 

Nie przypomina dawnej siebie

Przyszedł czas zapłaty!

Poniższe zdjęcia, mojego autorstwa mają już jakieś dwa lata.

Na pierwszym zdjęciu jest moja Teściowa z moją Córką, a na drugim jest moja Mama, także z moją Córką.

Minęły dwa lata i obie Mamy już tak dobrze nie wyglądają i widać po nich, że mają już bardzo mało czasu na tym świecie, bo choroby zrobiły swoje.

Obie po dwóch latach wyglądają jak jesienne liście – kruche bardzo i chudziutkie jak by były nastolatkami, ważące nie więcej niż 50  kilogramów.

Kiedy weszłam w związek z moim Mężem, a było to 42 lata temu, to nasze Mamy były młodymi kobietami, gdyż liczyły sobie w okolicach 40 lat i były silne i pełne  życia, mimo różnych zawirowań, jak to było w czasach słusznie minionych.

Przecież nie miały pralek automatycznych i tych wszystkich, współczesnych bajerów, a musiały robić wszystko swoimi rękoma i nikomu się nie skarżyły.

Kiedy pojawiły się na świecie moje Dzieci, to obie bardzo wiele mi pomogły i za to Im ogromne dzięki.

Biegałam do pracy na różne zmiany i to moja Mama brała na siebie nocne dyżury, abym mogła spokojnie pracować i pamiętam jak pokazała mi jak się kąpie noworodka.

Teściowa opiekowała się moimi Dziećmi, kiedy ja pracowałam, a One miały przerwę w przedszkolu i gotowała dla nich pyszne obiady.

Teściowa moja miała dar do robórek ręcznych, a więc wyczarowywała dla moich Dzieci sweterki, sukieneczki i szaliczki, dziergane na szydełku, czy też drutach.

Nigdy nie zapomniałam o tym, ile tym obu Kobietom zawdzęczam, kiedy byłam zaganiana i zapracowana, a na Ich pomoc zawsze mogłam liczyć.

Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie dzień zapłaty, ale nie wiedziałam, że tak szybko, bo ten czas minął jak z bata strzelił i my z Mężem się lekko zestarzeliśmy i nasze Matki także.

Moja Mama jest od roku leżąca, a moja Teściowa jest po zabiegu na sercu i obie już nie będą w pełni sprawne, a więc rewanżuję się tak, że gotuję większy gar zupy, albo innego dania i trzeba teraz je podkarmiać, tak jak One robiły dla nas.

Role się odwóciły i to my, Ich dzieci chodzimy koło swoich Matek, bo stały się bezwolne i bez sił i potrzebują naszej pomocy i wsparcia.

I na koniec taka myśl:

Zmieniam mojej Mamie pampersa i widzę Jej łono i serdecznie Jej dziekuję za dane mi życie, bo to łono wydało  mnie na ten  świat!

Wszystko się odmieniło, bo to Ona kiedyś zmieniała mi pieluchy i karmiła, dbała, a teraz przyszedł czas na nas – Córkach, które urodziła.

 

Matka Polka!

 

Zachorowało jej dziecko. Wiadomo, wszak jest sezon grypowy i jakieś wirusy fruwają w powietrzu, a przecież dzieci trzeba zaprowadzić i przyprowadzić z przedszkola.

Najpierw starsze zachorowało. Z temperaturą 39 stopni leżało bez sił, a więc trzeba było zgłosić się do lekarza. Diagnoza! Wirus i trzeba wyleżeć przede wszystkim z pomocą syropów obniżających temperaturę i innych leków.

Mama bierze zwolnienie, bo przy chorym dziecku, które leje się przez ręce, to właśnie matka jest niezastąpiona.

Stres, bo zanosi się na dłuższe zwolnienie, aż do wyzdrowienia dziecka, a tu pech i drugie, młodsze choruje po trzech dniach. Choruje z takimi samymi objawami, a więc najgorsza jest wysoka gorączka.

Podwójny stres u matki, bo zanosi się jednak na dłuższe zwolnienie, a matka boi się, że tam, w pracy robota się nawarstwia i nie jest na bieżąco, a tego nie lubi jej szefowa – starsza już pani, która zaraz idzie na emeryturę.

Denerwuje się więc ta matka z powodu chorych dzieci i z powodu, że po powrocie do pracy nie będzie wiedziała, w co włożyć ręce, bo nikt za nią tego nie zrobi.

Wie, że nikt nie zrobi, bo jest fatalna organizacja i brak dobrej woli. Denerwuje się matka, bo zna swoją szefową, że będzie miała focha. Jednak matka odgania od siebie złe myśli, bo wyzdrowienie dzieci jest dla niej priorytetem i to jest dla niej najważniejsze.

Matka ma chwilę wolną, bo opiekę nad dziećmi przejmuje ojciec dzieci, a ta biegnie do zakładu pracy, aby przedłożyć zwolnienie z powodu choroby dzieci. Chce być uczciwa i w porządku w stosunku do swojego pracodawcy, mimo tego, że telefonicznie powiadomiła brak obecności w pracy.

Idzie ulicą zapłakana, młoda matka. Płacze tak mocno, że obraz ulicy jej się zamazuje. Wraca do domu i chorych dzieci na pamięć, bo łzy zlewają jej oczy.

Nie może zrozumieć, że jej szefowa zasugerowała jej podczas złożenia zwolnienia lekarskiego, że pewnie zrobiła sobie ferie z dziećmi w domu, a robota leży odłogiem!

Młodej matce bardzo zależy na pracy, ale co ma zrobić z chorymi dziećmi skoro w pobliżu nie ma babci, ani dziadka, którzy zaopiekowali się jej chorymi dziećmi, by ta mogła spokojnie pracować?

Pracodawca nie widzi, że młoda matka, aby nadgonić robotę, bardzo często idzie do pracy w wolną sobotę, aby choć odrobinę wyrobić  zbyt wysoką normę z powodu złej organizacji. Tego pracodawca nie widzi, ale kole pracodawcę w oczy, zwolnienie na chore dzieci, które są faktycznie chore i zwolnienie nie jest żadną naciąganą historią.

Proponuję lekarzom pediatrom, aby do zwolnienia lekarskiego było obowiązkowo wypisywane zaświadczenie, że dziecko jest chore na to i na to, a pod spodem widniała wiarygodna pieczątka lekarza prowadzącego. Takie zaświadczenie może by zapobiegło spekulacjom wobec biednej matki, która wciąż musi wybierać między pracą, a swoimi dziećmi i rodziną!

Takie spekulacje powinny być zabronione i karalne. Nie wolno w ten sposób gnębić w Polsce – Matek Polek! Najlepszych Matek na świecie!

Zniecierpliwienie!

 

Gdzieś ludzie spacerują ulicami Paryża, albo Rzymu i choćby w małych miejscowościach, wygrzewają się na słońcu, wystawiając do niego swoje twarze.

Gdzieś tam siedzą w kawiarniach i piją aromatyczną kawę oraz rozmawiają rozkoszując się rozmową.

Gdzieś tam tworzą rodzinną atmosferę i jedzą ugotowany w domu, smaczny obiad i cieszą się domowym ogniskiem.

Gdzieś tam spacerują i gdzieś tam się przytulają, mówiąc sobie miłe słowa.

Gdzieś tam toczy się zwykłe i niezwykłe życie i gdzieś tam idą sobie do kina i jedzą popcorn.

Gdzieś tam kupują bilety i idą do teatru, albo na koncert ulubionego zespołu i szaleją oraz śpiewają.

Kocham swoją, chorą Matkę i włączam się w opiekę nad Nią, co trawa już 20, długich miesięcy, ale dziś wymiękłam i mi się przelało.

W moim życiu przeszłam trzy, potężne depresje i myślałam, że się z nich wygrzebałam, ale nie!

Dziś mi się przelało i zdałam sobie sprawę, że nie dam rady więcej i potrzebuję odpoczynku, bo jestem wypalona.

Poczułam, że jest mi odbierane moje, poukładane życie właściwie bez stresu, a od 20 miesięcy jestem na telefon skazana, który kiedy dzwoni, to dostaję dreszczy!

Nagle moje serce powoduje pieczenie w piersi i nagle poczułam, że jestem totalnie wykończona.

Nagle poczułam, że więcej dać z siebie nie mogę, bo sama potrzebuję spokoju w końcu i zajęcia się swoim życiem!

Poczułam się wyalienowana, taka, co już normalnie nie potrafi rozmawiać z ludźmi, uśmiechać się i pozytywne myśleć, bo tak wielki smutek się wkradł.

Nagle moja chora Matka nie budzi współczucia, bo do duszy wkrada się złość i zniecierpliwienie.

Nagle kiedy moje serce zaczęło wariować pomyślałam sobie, że Ona przeżyje mnie, a ja pójdę do piachu!

Poniższy artykuł jest o tych, którzy od miesięcy siedzą przy łożu chorych rodziców i trwają, ale w pewnym momencie następuje wypalenie i obojętność w duszy i to jest normalne!

 

 

Podobny obraz

Kiedy opiekun przewlekle chorego ma już dość…

Wymagania wobec osoby, która zajmuje się sędziwymi rodzicami, mogą powodować ogromną ilość stresu. Jeśli opiekun nie jest ostrożny, może narazić na szwank własne zdrowie i samopoczucie.

Stres i wypalenie opiekuna
Badania opiekunów rodzinnych wykazały, że stres związany z opieką nad przewlekle chorą osobą powoduje 63-procentowy wzrost śmiertelności w porównaniu z osobami w tym samym wieku nieposiadającymi takich obowiązków. Istnieje wiele powodów, dlaczego pojawia się stres: przepracowywanie się, zbyt mała ilość snu, godzenie obowiązków związanych z opieką i pracą, brak czasu na zajęcie się sobą.

Należy pamiętać, że nie można opiekować się ukochaną osobą, jeśli samemu ma się problemy zdrowotne. Pierwszym krokiem w radzeniu sobie ze stresem jest rozpoznanie jego oznak. Oto 10 objawów stresu opiekuna:
1. Depresja. Objawy to: ciągły smutek, uczucie beznadziei i więcej przypadków płaczu. Wiecej o depresji przeczytaj tutaj: http://portal.abczdrowie.pl/depresja).
2. Wycofanie się. Taka oznaka może pojawić się razem z depresją i oznacza, że nie chcesz widzieć się z rodziną i przyjaciółmi lub przestajesz zajmować się tym, co sprawiało kiedyś radość.
3. Lęk. Uczucie niepokoju pojawia się w sytuacjach, kiedy masz mało czasu lub myślisz o przyszłości.
4. Złość. Możesz zacząć częściej krzyczeć na rodzica lub mieć więcej trudności z opanowaniem napadów złości w stosunku do innych ludzi. Opiekunowie często są źli na ukochaną osobę, ponieważ poświęcają własne życie dla nich. Uczucie złości na innych członków rodziny, którzy nie pomagają, również jest często spotykane.
5. Utrata koncentracji. Nieustanne myśli o sędziwym rodzicu i wszystkich koniecznych do wykonania obowiązkach sprawiają, że koncentracja w pracy lub przy innych zajęciach jest znacznie mniejsza.
6. Zmiany nawyków żywieniowych. Często występuje utrata wagi lub przybieranie na wadze oraz częstsze choroby.
7. Bezsenność. Czujesz zmęczenie, ale nie możesz zasnąć? A może organizm jest zmęczony, ale ty tego nie czujesz? Może się też zdarzyć, że budzisz się w środku nocy z powodu koszmarów lub stresujących snów.
8. Wycieńczenie. Jeżeli często budzisz się i czujesz, że nie możesz wstać z łóżka pomimo przespanej nocy, oznacza to wyczerpanie.
9. Picie alkoholu i palenie papierosów. Zauważalnie palisz i pijesz więcej lub zaczynasz to robić, mimo że w przeszłości tak nie było.
10. Problemy zdrowotne. Coraz częściej zdarza ci się przeziębienie lub grypa. Bardzo często dzieje się to w przypadku opiekunów, którzy nie dbają o siebie, np. źle się odżywiają i nie ćwiczą.

Sprawdzone strategie kontrolowania stresu
1. Odpoczywaj i korzystaj z dostępnej opieki zdrowotnej. Zrobienie sobie przerwy i upewnienie się, że rodzicem zajmuje się odpowiednio wykwalifikowana osoba to jeden z najlepszych sposobów na zmniejszenie stresu.
2. Nie bój się poprosić członków rodziny o pomoc w opiece lub w sprawach finansowych. Opieka nad starszymi rodzicami to nie tylko twoja odpowiedzialność.
3. Naucz się odmawiać wykonywania innych wyczerpujących i stresujących zadań, np. bycie gospodarzem w czasie świąt.
4. Wybaczaj sobie niedoskonałości. Idealny opiekun nie istnieje.
5. Naucz się rozpoznawać, co możesz zmienić, a czego nie. Przykładowo, może nie uda się zmienić zachowania innej osoby, ale masz wpływ na to, jaka jest twoja reakcja.
6. Stawiaj sobie realistyczne cele. Podziel duże zadania na mniejsze, które możesz wykonywać po kolei.
7. Skup się na priorytetach, stwórz listę i codzienny plan zajęć.
8. Utrzymuj kontakty z rodziną i przyjaciółmi, i koniecznie znajdź czas dla siebie.
9. Przyłącz się do grupy wsparcia opiekunów. Jeśli rodzic jest przewlekle chory, np. cierpi na chorobę Alzheimera (http://portal.abczdrowie.pl/choroba-alzheimera)lub demencję, poszukaj grupy, która radzi sobie z podobnymi problemami.
10. Znajdź czas na aktywność fizyczną w większość dni, nawet jeśli to tylko spacer. Odżywiaj się zdrowo i wysypiaj się. Regularnie chodź na badania okresowe.
11. Ćwicz pozytywne myślenie i poczucie humoru.
12. Dowiedz się czegoś na temat bezpłatnej opieki, pomocy lub poradni w okolicy.
13. Zastanów się nad wzięciem urlopu. W Polsce przysługuje14 dni kalendarzowych rocznie na opiekę nad członkiem rodziny.

http://natemat.pl/124175,kiedy-opiekun-przewlekle-chorego-ma-juz-dosc

Umieramy samotni!

 

Znalezione obrazy dla zapytania umieranie

Umieramy w samotności niestety!

Dyżurowałam dzisiaj i kolejne dni będę u mojej chorej Mamy.

Jest leżąca od wielu miesięcy i tak patrzę za każdym razem, czy jeszcze oddycha i tak patrzę jak samotnie odchodzi, chociaż ma rodzinę, bo gdyby nie ona – to nie wiem!

Już o tym raz pisałam, że chorym śmiertelnie człowiekiem nikt się nie interesuje i gówno, to kogo obchodzi w tym kraju!

Stary, schorowany człowiek nikogo nie obchodzi i nawet sąsiadki, z którymi Mama mieszkała w jedym bloku 40 lat, omijają temat – boją się umierania, choć same stoją już nad grobem z racji zaawansowanego wieku.

Sąsiadki owe mają jeszcze to szczęście, że mogą wciąż samodzielnie spacerować, choć powolutku, a moja Mama już została tego przywileju pozbawiona.

Dziś spotkałam jedną z sąsiadek i tylko mi się odkłoniła, a jeszcze niedawno obiecała, że Mamę odwiedzi i to się nie stało i nie dokonało.

Dziś nawet nie spytała mnie jak jest z Mamą, bo wiedziała, że nie dotrzymała obietnicy.

Lekarz rodzinny, do którego przynależała Mama wiele lat bez potrzeby wypisania recepty, też nie zadzwoni nawet, czy w czymś może pomóc! Cisza i kompletny brak zainteresowania dawną pacjentką.

Mama uczeszczała od kościoła, ale i nawet sam ksiądz nie wie ilu ludziom jest potrzebny i osoby chore chętnie by z księdzem porozmawiały, co dałoby trochę ulgi w cierpieniu.

Głupia jestem chyba, że oczekuję od innych ludzi odrobinę empatii i wsparcia, a ksiądz owszem pojawi się, ale tylko na pogrzebie, za co łaska – akurat!

Od miesięcy nie wpadła do Mamy pielęgniarka środowiskowa, chociaż zobaczyć jak jest zaopiekowany chory, czy zmierzyć choremu ciśnienie i też dodać mu otuchy!

Zwykli ludzie się boją odchodzenia, bo nie wiedzą jak się zachować, a ci coś znaczący nie zrobią nic, jeśli nie ma z tego kasy!

Może ja za dużo wymagam i tłumaczę sobie, że tak wygląda odchodzenie, bo w samotności i za dużo wymagam od systemu, ale boli mnie to jak diabli.

Moja Mama, kiedy była zdrowa interesowała się polityką i często o tym rozmawiałyśmy.

Teraz mało do Niej dociera i może i dobrze, bo by ze mną płakała nad Polską!

Ludzie nie wytrzymują tego, jak niszczony jest nasz kraj i z braku innego wyrażenia swoich emocji – piszą!

Mieszkańcy Wrocławia protestują przeciwko Międlarowi, który na pl. Solnym promuje swoje „dzieło”.. Coś na wzór „Mein Kampf” Hitlera. Oglądam transmisję i łzy mi lecą. Leci „Rota”, słyszę „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, „Polska dla Polaków” i te hasełka, pełnie nienawiści, z elementami wręcz neonazistowskimi. Nie wierzę… wciąż nie wierzę, do czego PiS doprowadziło Polskę przez niecałe trzy lata.

Kiedy słyszę, że taki Ziobro, Duda i inni „eksperci” od prawa, ustawić chcą po kątach profesorów, największe autorytety w tej dziedzinie, ręce mi opadają.
Kiedy widzę te hordy mięśniaków, całych w symbolach polskości, plujących nienawiścią, oddających cześć katom narodu polskiego, zbiera mi się na wymioty.
Kiedy żona prezydenta Poznania, pani Jaśkowiak, zostaje ukarana za słowa „jestem wk…na”. Kiedy dwie dziewczyny zostają uznane winnymi, za straszne przestępstwo czyli trzymanie transparentu z napisem jak wyżej, by zamanifestować swoją solidarność z panią Jaśkowiak. Kiedy skazuje się ludzi za napis „Konstytucja”, wołanie „Lech Wałęsa”, udział w proteście przeciwko chorym poczynaniom władzy, to zastanawiam się, gdzie ja żyję.

Gdzie nie spojrzę tam tylko zgliszcza. Edukacja, kultura, polityka zagraniczna, gospodarka, wojsko, policja… coraz mroczniej, brunatniej, ciemno…

I tylko te pełne zadowolenia i buty twarze polityków PiS. I ten prezydent, który przynosi hańbę stanowisku głowy państwa. To wmawianie Polakom, że jest cudownie, a będzie jeszcze lepiej. Budowanie swojej władzy na kłamstwie, matactwach i manipulacji.

To już nie jest kraj, w którym chce się żyć. Brak stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa, narastająca anarchia i chaos. To jest właśnie ten największy „sukces” PiS-u. To jedyne, co udało im się osiągnąć.

Zapłacicie za to wszystko…

Depresja – weź się w garść!

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Weź się w garść. Zrób coś ze swoim życiem. Jesteś silny/a tylko ci się nie chce.
Wszyscy ludzie cierpią, nie jesteś jedyny/a. Takie słowa są najczęściej kierowane do tego kogoś, kto nagle traci chęć do życia.
Nie wiedzieć kiedy, zapada się w siebie i nic go już nie cieszy.
Nagle pochyla się i garbi, a przedmioty lecą mu z bezradności i braku siły na podłogę.
Wyraz twarzy się zmienia i widać na nim ogromny smutek, bez cienia jakichkolwiek oznak chęci do życia.
Myśli się plączą i nagle chory na depresję zatraca się w swoim smutku i beznadziejności.
Nie umie wytłumaczyć otoczeniu, co mu dolega, a tylko sygnalizuje, że nie ma chęci dalej żyć i wszystko straciło dla niego sens.
Najczęściej ucieka w sen, albo też cierpi na wielkie pokłady bezsenności.
Często pojawia się nadmierne obżarstwo, albo kategoryczne odmawianie posiłków.
Jest wiele odmian depresji i zdiagnozować tę właściwą, to dla lekarza jest wielką sztuką, jeśli w ogóle pacjent zdecyduje się na takie leczenie.
Wciąż w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że pojawienie się przed gabinetem psychiatrycznym, to jak wydanie na siebie wyroku – jestem chory psychicznie i za chwilę wszyscy będą o tym gadać.
Będę skreślony/a i nie nigdzie nie dostanę pracy, albo wszyscy się ode mnie odsuną. Zostanę sam/a.
Jak pomóc osobie chorej na chorobę duszy? Jak poprowadzić i wyciągnąć rękę ku drodze uzdrowienia , bo sam/a sobie nie pomoże.
Jakie uruchomić mechanizmy, gdzie skierować, aby zajęli się nim, nią specjaliści i wyciągnąć z tego czarnego dołka.
Najczęściej namawiamy do wizyty u dobrego psychiatry.
W dobie Internetu, wpadamy więc do sieci i szukamy najlepszych lekarzy w naszym rejonie – chcemy pomóc, bo zależy na na nim, niej. Na naszym dziecku, mężu, żonie, czyli na  naszym bliskim.
Jesteśmy zdrowi, silni i robimy wszystko, aby pokierować tak chorym, aby do nas wrócił.
Jeśli uda nam się namówić chorego do wizyty u lekarza, najczęściej po wstępnym wywiadzie, otrzymuje chory receptę na leki, czyli tzw. antydepresanty. 
Jest nadzieja, że leki te od razu sprawią, że chory poczuje się lepiej i złapie pierwszy oddech od wielu miesięcy i zacznie patrzeć optymistyczniej na świat.
Jednak często tak bywa, że lekarz z lekiem nie trafi i chory zamiast czuć się lepiej, wpada jeszcze w większy dół.
Druga i kolejna wizyta, a efektów brak i wówczas lekarz rozkłada ręce i wypisuje skierowanie do szpitala.
Jeśli u chorego pojawiają się myśli samobójcze, tym szybciej należy umieścić chorego w placówce zamkniętej, na obserwacji. I tu zaczyna się dramat.
Widziałam różne szpitale w swoim życiu. Wielkie sale, zastawione kilkoma łóżkami i przy nich malutka szafeczka.
Nikt nie oddziela ludzi bardzo chorych, niewyleczalne, ciężkie przypadki, od ludzi z nadzieją na wyleczenie.
Pierwszy wywiad, zrobiony na szybko i wpisanie leków do karty i tyle.
Nagle słyszy się na korytarzu szpitalnym, wycie, przeklinanie i wiązanie w pasy.
Nagle chory narażony jest na niewyobrażalny stres sytuacyjny. Nie może się odnaleźć, bo nie ma w tym miejscu cichego miejsca, gdzie mógłby się odizolować.
Nie obchodzi to żadną pielęgniarkę i nikt nie uchroni go od tego dodatkowego przeżywania.
Takie leczenie nie ma sensu i chory prosi rodzinę, aby go jak najszybciej zabrano do domu, bo dłużej tego nie wytrzyma.
Widziałam też szpital, gdzie jedyną rozrywką dla chorego jest palarnia i mocna kawa. Gdzie spotykają się ludzie, aby opowiedzieć sobie jak spędzili noc. Czy leki działają, czy też powodują większe rozdrażnienie. Spotykają się w tej palarni, aby pogadać, pomilczeć, popłakać.
Nikt z personelu tam nie zagląda i nikt nie wspomina o tym, że w szpitalu palić nie wolno. Nikt nie jest w stanie zlikwidować palarni w szpitalach psychiatrycznych, gdyż palarnia działa jak pokój psychoterapeutyczny.
Widziałam jeszcze jeden szpital, chyba zbliżony najbardziej do cywilizowanych warunków.
Pokoje ładnie udekorowane. Każdy ma swój kawałek podłogi. Nie ma w nim przypadków skrajnych.
Nikt nie wrzeszczy i nikogo nie zakuwa się w pasy. Chorzy są pod ciągłą opieką lekarza i psychologa.
Ułożony grafik zajęć, sprzyja samodyscyplinie. Powstają grupy wsparcia.
Chorzy uczęszczają na zajęcia z muzyką, tańcem, a także muszą ćwiczyć na sali sportowej.
Psychoterapia w kółku, powoduje większe otwarcie się na problemy innych ludzi, co wywołuje różne emocje, zmuszając chorego do współodczuwania, dyskusji i uwierzenia w siebie.
Długie spacery po parku, rozmowy z zaprzyjaźnioną grupą i taki szpital z takim programem kieruje chorego na drogę ku uzdrowieniu.
Widziałam ludzi po takiej kuracji, że na twarzach chorych pojawiała się chęć do życia.
Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że są w Polsce jeszcze i dobrze się mają, szpitale skostniałe, niczym z filmu CK Dezerterzy, gdzie chorego na depresję podciąga się pod chorobę psychiczną, najcięższego gatunku.
Powinno się to zmieniać i powinno się o tym mówić bardzo głośno!

Przychodzimy, odchodzimy, leciuteńko, na paluszkach!

Nie na darmo się mówi, że starość się Panu Bogu nie udała!

Moja Mama 19 miesiąc leży w łóżku nie mająca na nic siły.

Mocne serce nie daje Jej odejść na wieczny odpoczynek, a wszyscy są zmęczeni do granic możliwości.

Tak trudno patrzeć, że  choroba uwięziła Mamę we własnym ciele, a odchodzenia nie widać.

Zmęczona jest Ona i zmęczona jest rodzina i chyba każdy z nas, gdzieś tam w głowie ma, aby w końcu ten dramat się skończył!

19 miesięcy, to dużo i dla Niej i dla nas, bo wszyscy padają na pysk – dosłownie.

Starość i do tego nieuleczalna choroba, to jest najgorsza mieszanka tego nieszczęsnego bycia na tej ziemi.

Jest taka dzielna w tej swojej chorobie, że takiej dzielności życzę wszystkim, którzy muszą się opiekować schorowanym rodzicem, mężem, żoną, czy też swoim dzieckiem.

Taka opieka wysysa z opiekuna także siły i obniża odporność psychiczną, bo trzeba być z chorym przy łóżku i zerkać, czy aby nie nadchodzi ta ostatnia godzina, ostatni oddech, a to niszczy najbardziej.

Patrzę w telewizji i w realu na ludzi, których choroba nie złożyła do łóżka i  gdzieś tam w miarę funkcjonują z laseczką,  czy z balkonikiem, a mojej Mamie to zostało zabrane przez wstrętnego raka.

Taka była radosna, dzielna jeszcze 19 miesięcy temu i tak bardzo lubiła o własnych siłach spacerować, porozmawiać z ludźmi na ławeczce, a tu ni z tego, ni z owego stała się warzywem, ale ma wciąż sprawną psychikę i to jest ewenement na skalę światową!

Taka notoryczna opieka ograbia z własnego życia. Trzeba obyć się od przyzwyczajeń, spędzania czasu, a także od czasu na odpoczynek. Wycieńcza i dołuje!

Wiem, że nie grzeszę tym, iż chciałabym, aby Mama już odeszła i nie dla odpoczynku dla nas wszystkich, a dla Jej skrócenia męki żywota!

Bo gdyby starość wyglądała tak jak w poniższym wierszu, to byłoby cudnie i nawet wesoło, ale  starość nie dla wszystkich jest łaskawa.

 

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania staruszek w parku

SMUTKI I RADOŚCI OBJAWÓW STAROŚCI !

Idę ulicą – ktoś mi się kłania.
Oddaję ukłon – znam przecież drania:
ta twarz, ten uśmiech i ten błysk w oku …
To miły facet, znam go od roku.
Jakże u diabła on się nazywa?
… Dziura, w pamięci. Czasem tak bywa.
Wtedy myśl smutna w głowie się rodzi:
Nic nie poradzisz – starość nadchodzi.

Z trzeciego piętra schodzę radośnie,
bo w kalendarzu ma się ku wiośnie,
no i spaceru gna mnie potrzeba
zwłaszcza, że słońce i błękit nieba…
Gdy już po parku idę alei
nagle pot zimny koszulę klei,
bowiem pytanie w głowie mi tkwi:
czy aby kluczem zamknąłem drzwi?
W śpiesznym powrocie znów myśl się rodzi:
Nic nie poradzisz – starość nadchodzi.

Siedzę i czytam. Nagle myśl żywa
jakimś pragnieniem z fotela zrywa.
Robię trzy kroki, staję przy szafie
i jak to cielę na nią się gapię …
Pojęcia nie mam, po co ja wstałem?
Czego tak bardzo i nagle chciałem?
Oj, coraz bardziej mi to już szkodzi,
że ta nieszczęsna starość nadchodzi.

Jadę na urlop – prasuję spodnie.
żeby wśród ludzi wyglądać godnie.
Biorę walizkę, pędzę nad morze …
Lecz tam zamiast śledzić dziewczyny hoże,
zamiast podziwiać plażowe akty …
…Czy wyłączyłem wtyczkę z kontaktu?
Może dom spłonął? Strach we mnie godzi …
Tak to jest kiedy starość nadchodzi.

Żeby nie znaleźć się kiedyś w nędzy
zaoszczędziłem trochę pieniędzy.
W dużej kopercie, zamkniętej klejem,
dobrze ukryłem je przed złodziejem.
I teraz … już od paru miesięcy
nie mogę znaleźć moich tysięcy.
Ech, nie pojmiecie tego wy młodzi
jak miło żyć gdy starość nadchodzi.

Pomimo moich najlepszych chęci
nie zawsze mogę ufać pamięci.
Więc by jej pomóc, a przez nią sobie,
czasem na chustce węzełki robię.
A potem jeden Bóg wiedzieć raczy
co który węzeł ma dla mnie znaczyć?
Choć mi się nawet nieźle powodzi,
wciąż mam kłopoty. Starość nadchodzi.

Dwa razy dziennie – raz przy śniadaniu,
a potem w obiad, po drugim daniu
zażywam leki, tabletki białe:
cztery połówki i cztery całe.
Często się pieklę /bom nie aniołem/,
gdy w obiad nie wiem czy rano wziąłem?
Tę gorycz klęski wątpliwie słodzi
wiedza, że oto starość nadchodzi.

Żuję kolację – w niej polędwica
me podniebienie smakiem zachwyca.
Pogodnie dumam o tej starości …
Czy ona musi stale nas złościć?
Przecież jest piękna. Masz sporo czasu …

Chcesz iść nad wodę, albo do lasu,
to sobie idziesz – nikt ci nie broni.
Z łóżka zbyt wcześnie też nikt nie goni,
bowiem nie musisz pędzić do pracy
jak wszyscy twoi młodsi rodacy.
Co prawda wigor z wolna przekwita,
lecz po co wigor u emeryta?
Podwyżki pensji już nie wyprosisz,
należną gażę poczta przynosi …

Spokojnie patrzysz jak świat się zmienia,
gdyż wiek ci daje m ą d r o ś ć spojrzenia …
Więc wiwat starość! Niechaj nam służy,
nawet gdy trochę chwilami nuży.
Bowiem – jak sądzę – w tym jest rzecz cała,
by jak najdłużej ta starość trwała …

Wiersz Reinera Kerna „Das Alter kommt auf seine Weise” spolszczył /i uzupełnił/ Tadeusz Rejniak