Archiwa tagu: chroba

Starość nie radość – śmierć nie wesele!

Kiedy jechali na ziemie odzyskane w nadziei na lepsze życie, uciekając ze zrujnowanej Warszawy, spotkali się w pociągu przepełnionym i pękającym w szwach. Nastał czas wyzwolenia i ludzie jechali w różne strony, aby rozpocząć nowe życie.

Spojrzał na nią w tym pociągu i się od razu zakochał, tak, że jego twarz pokryła się rumieńcem i nie mógł się na nią napatrzeć. Od pierwszej chwili wiedział, że to jest ta jedna, jedyna i żadna inna.

Zauważyła to spojrzenie i zawstydzona opuściła wzrok, bo bardzo ją peszyło to jego patrzenie, ale i jej serce mocno zabiło i zapragnęła, aby ta chwila się nigdy nie skończyła Mimo zawstydzenia poczuła coś bardzo dziwnego, że ten mężczyzna i żaden inny.

Jan i Maria jechali w jednym pociągu i ich spojrzenia się skrzyżowały, a kiedy on się do niej odezwał pierwszy raz, to ona  w swoim sercu poczuła, pierwsze w swoim życiu motyle. Taka chwila nie zdarzyła się jej nigdy i była przeszczęśliwa, że na progu nowego życia spotkało ją takie uczucie.

Jechali do tego samego miasta i w tym samym celu, aby znaleźć pracę i urządzić się w nowym mieście, bo po wojnie każdy szukał swojego miejsca w zrujnowanym przez wojnę kraju.

Umówili się na pierwszą randkę, a potem tych randek było i było i poczuli, że od pierwszego spojrzenia w pociągu już nie będą mogli bez siebie żyć.

Maria zamieszkała u swojej siostry i obie jakoś sobie radziły. O pracę nie było ciężko, bo każda para rąk chętnych do pracy była potrzebna. Otrzymała pracę w szpitalu jako pielęgniarka, a Jan  miał smykałkę od kolejnictwa i zamieszkał w robotniczym hotelu.

Między pracą, a czasem wolnym spotykali się przez trzy lata, ale nie pobrali się tak od razu, bo chcieli zamieszkać razem, ale nie było wówczas łatwo o mieszkanie, a więc czekali na chwilę, aby móc założyć rodzinę.

Kochali się jak szaleni i pasowali do siebie jak dwie połówki jabłka i kiedy Jan otrzymał mieszkanie zakładowe od razu wzięli ślub.

Takie to były czasy, kiedy wszyscy się dorabiali od tej przysłowiowej pierwsze łyżki i oni też powoli urządzali swoje niewielkie mieszkanko. Kochali się strasznie i cieszyli z każdego nowo zakupionego przedmiotu, a kiedy Maria zaszła w ciążę, to Jan jeszcze bardziej pokochał Marię i był gotów dla niej góry przenosić.

Nigdy nie kłócili się o nic, bo ich miłość przekształciła się z czasem w uwielbienie i żadne przeciwności losu nie były dla nich straszne. Jeśli coś im na drodze stanęło rozwiązywali to szczerą rozmową podczas, której dochodzili do takiego wniosku, aby żadne z nich nie było poszkodowane.

Maria urodziła Janowi dwoje dzieci i każde z nich było owocem wielkiej miłości. Miłości takiej, że wszyscy im zazdrościli takiego związku – przepełnionego zrozumieniem i poszanowaniem. Gdziekolwiek się nie pokazali, to wzbudzali ogromny szacunek, iż ta miłość nie więdła, a rozkwitała z każdym, wspólnym rokiem.

Mijały lata i dzieci rosły zdrowo i dobrze się uczyły. Jan i Maria z czasem otrzymali większe mieszkanie i znów wili swoje rodzinne gniazdo. W nowym mieszkaniu był już podłączony gaz i z kranu ciekła ciepła woda. Był to dla nich luksus jak u wielu rodzin, które odbijały się w nowej rzeczywistości.

Oboje pracowali i powodziło się im dość dobrze, a każdy zaoszczędzony grosz przeznaczali na wakacje z dziećmi. Jeździli nad polskie morze, albo w góry w zapakowanym po brzegi, nowo kupionym samochodem. Jan uwielbiał te ich eskapady i świetnie organizował rodzinny wakacyjny czas.

Bardzo często zabierał rodzinę na biwaki, kiedy to Maria gotowała posiłki na kuchence gazowej, aby tylko dzieci podczas wakacji wypoczęły i nawdychały się świeżego powietrza, kiedy Jan wędkował nad jeziorem. Cieszyła się, że Jan też się cieszy, że są wszyscy razem.

Kiedy dzieci odeszły z domu i pojechały się uczyć, to Jan i Maria ciężko to znosili, bo nagle zrobiło się tak cicho. Nie mogli z początku się odnaleźć w nowej sytuacji. Oboje cierpieli z powodu pustego gniazda, ale żyć trzeba było dalej.

Starzeli się razem i na te starsze lata Jan kupił ogród działkowy. Latem razem z Marią spędzali czas na świeżym powietrzu, pośród wypieszczonych przez Marię kwiatów, kiedy Jan budował nową altanę, by można było być na działce od rana do wieczora.

Ich działka z czasem piękniała i jednego roku zajęli pierwsze miejsce w konkursie na najpiękniejszą działkę, a było na niej wszystko. Były kwiaty i warzywa, a także kilka drzewek owocowych, a także Jan wybudował oczko wodne, w którym pływały rybki. Wszystko to było dziełem tych dwojga, którzy wciąż na siebie patrzyli jak pierwszego dnia w tamtym pociągu.

Pewnego poranka Maria źle się poczuła i zwijała się z bólu. Myślała, że się czymś zatruła i dlatego boli ją w boku. Bóle były jednak tak silne, że Jan musiał wezwać karetkę i Marię zabrano do szpitala.

Cała seria badań, aby zlokalizować przyczynę tych boleści i kiedy lekarze nie mieli wątpliwości oznajmili Janowi, że sprawa jest bardzo poważna.  Maria zachorowała na nieoperacyjnego raka trzustki. Nie dawali Marii żadnych szans, bo choroba dała o sobie znak zbyt późno i lekarze już nie mogą jej pomóc.

Jan siedział przy Marii długie dni i noce. Nie opuszczał jej przez cały okres jej cierpienia, trzymając jej dłoń w swojej i nie chciał słyszeć, że ma iść do domu, by odpocząć. Przychodził do domu, tylko po to, aby się wykąpać, zmienić bieliznę i na nowo były przy łóżku Marii.

Jakże dużo ze sobą wtedy rozmawiali. Jakże wiele wspominali ze swojego pięknego życia – we dwoje. Jakże wiele wylali łez i na wzajem sobie je ocierali. Chcieli się pożegnać i tym pożegnaniom nie było końca. Jan przysiągł Marii, że będzie starał sobie jakoś radzić, kiedy jej już nie będzie.

Umarła cichutko jednej z nocy pełnej cierpienia, zastrzyków i morfiny. Umarła pięknie, tak jak piękne było ich wspólne życie, a Jan?

Jan umarł za tydzień, bo umarł z powodu pękającego serca z rozpaczy, bo nawet nie wiemy, że:

„Japońscy naukowcy odkryli, że serce pękające z rozpaczy rzeczywiście istnieje. Przybiera kształt Tako-Tsubo, naczynia do łapania ośmiornic. I tak nazwali kardiomiopatię sercową – zespół złamanego serca. Objawia się ona nagłym bólem w klatce piersiowej, spadkiem temperatury ciała i ciśnienia, słabym i szybkim tętnem. Następuje gwałtowny wzrost wydzielania hormonów stresu, które przedostają się wprost do naczyń wieńcowych. Zmniejsza się raptownie ilość krwi przepływającej przez serce, następuje rozdęcie komór, ich migotanie i zatrzymanie akcji serca. W zapisie EKG obserwuje się zmiany jak przy zawale, lecz w naczyniach nie ma zmian typowych dla choroby wieńcowej. Tako-Tsubo może kończyć się śmiercią”

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1616489,1,milosc-az-po-grob.read

Gdy chore dzieci idą do aniołków w Belgi

Pewnego, pięknego dnia cała rodzina wybrała się samochodem, na występ swojego syna w innym mieście. Mama i Tata i ich dwoje dzieci, córeczka i syn. Rodzice byli bardzo szczęśliwi, że ich syn zagra utwór na koncercie z innymi dziećmi. Był bardzo utalentowany i kochał muzykę. Po koncercie, wracając, córeczka poprosiła, aby się zatrzymać, bo chce jej się siusiu. Ojciec posłusznie zatrzymał samochód na poboczu, ale w tym samym momencie z samochodu wyskoczył niespodziewanie ich syn, czego rodzice nie zauważyli, gdyś działo się to błyskawicznie. Nagle usłyszeli ogromny huk uderzającego auta w ich syna. Kiedy się zorientowali, co się wydarzyło, samochód ze sprawcą wypadku szybko odjechał i zginął we mgle. Nie zdążyli zapamiętać nr rejestracyjnych, nie zdążyli zauważyć marki tamtego samochodu,  bo sprawca zbiegł z wypadku w chwili, kiedy ratowali swojego syna, a On umierał im na drodze.

Rodzice zatopieni w rozpaczy i wielkim bólu musieli przez wiele miesięcy pogodzić się ze stratą dziecka, a ból był tym większy, że sprawca pozostawał wciąż na wolności i nie poniósł kary.

Ich córeczka często dopominała się wyjaśnień, bo przecież była wciąż małym dzieckiem, nie rozumiejącym, gdzie jest teraz jej braciszek.

Pytała rodziców, a oni nie mieli dla niej czasu, gdyż ból po stracie dziecka był tak wielki, że całkowicie ich obezwładnił. Usłyszała pewnego wieczoru od mamy, która przyszła do jej pokoiku powiedzieć jej dobranoc, że jej braciszek jest teraz u aniołków i tak będzie mu bardzo dobrze. Pozna z pewnością tam nowych przyjaciół, będzie się bawił z nimi i biegał po zielonej trawie. Będzie tam bardzo szczęśliwy, otoczony troskliwą opieką. Mama zapewniła swoją córeczkę, że tam u aniołków, będzie braciszkowi bardzo dobrze i i aby się o niego wcale, a wcale nie martwiła, choć już nigdy do niej nie wróci.

To troszkę uspokoiło dziewczynkę  i tylko jeszcze zapytała, czy będzie mogła dla niego jutro zagrać na pianinie i czy braciszek będzie słyszał jej muzykę tam u aniołków. Oczywiście, że będzie słyszał, ze łzami w oczach odpowiedziała jej mama.

Dziewczynka spokojna już, że jej braciszkowi będzie tam dobrze, zasnęła z uśmiechem na buzi, wyciszona i uspokojona,  wyobrażając sobie jak wygląda ten czarowny świat, tam u aniołków.

Za kilka miesięcy, dziewczynka zaczęła uskarżać się, że bolą ją wszystkie jej malutkie kosteczki i trudno jej wytrzymać ten ból. Zaczęła się gonitwa po lekarzach, którzy oznajmili po serii badań, że jest chora na białaczkę. Mijały miesiące, a choroba w zastraszającym tempie postępowała i lekarze nie dawali już żadnej nadziei. Nie pomagały jej już żadne leki uśmierzające ból i dziewczynka nikła w oczach. Zrozpaczeni rodzice robili wszystko i wydali fortunę, aby ratować swoje jedyne dziecko, ale niestety lekarze nie dawali już żadnej nadziei.

Pewnego poranka, ich córeczka oświadczyła, że chce już iść do aniołków, bo ból jest tak straszny, że już chce umrzeć. Chce iść do aniołków i już tam nie chce tak cierpieć. Chce się bawić na zielonej trawie, gdzie wciąż świeci słońce i gdzie pozna nowych, zdrowych przyjaciół. Bo u aniołków jest fajnie, a tu na ziemi jest źle, jest brzydko, bo tu na ziemi dzieje się tyle nieszczęść, a ona chce być u tych aniołków wreszcie zdrowa, tak jak są zdrowe księżniczki z bajek, bo u aniołków jest tak jak w bajce i ona już tak chce.

Dlaczego piszę tę historię, wymyśloną przeze mnie. Dlatego moi czytelnicy, gdyż od wczoraj mam w głowie mętlik i nie mogę sobie z tematem poradzić. W Belgi zatwierdzono ustawę, że chore beznadziejnie cierpiące dzieci  przed 12 rokiem życia, będą miały prawo zarządzać swoim życiem. Będą miały prawo oznajmić, że chcą już umrzeć, bo mają już dość cierpienia i chcą odejść z tego świata, gdyż ból i cierpienie jest nie do zniesienia. Będą miały prawo poprosić o eutanazję, która za zgodą rodziców, lub opiekunów będzie mogła prawnie zostać wykonana.

Jak wytłumaczyć tak małemu dziecku, że tam, po tamtej stronie nic je właściwie już nie czeka. Jak rozmawiać z dzieckiem tak malutkim, które styka się z odchodzeniem, że tam jest już tylko ciemność i panuje mrok i wieczna noc i, że jest to bilet tylko w jedną stronę. Jak trafić do dziecka, które w bajach widzi kolorowy i piękny świat i słyszy od dorosłych, że po tamtej stronie, u aniołków jest jak w bajkach.

Nie mogę sobie ze sobą poradzić. Nie mogę przestać o tym myśleć i pierwszy raz w swoim dość długim życiu, nie znajduję odpowiedzi i za pewnie nie znajdę do czasu, kiedy zostanę powołana do aniołków!

PS. Zaznaczam nieśmiało, że nie wierzę w życie pozagrobowe, a przepraszam tych, którzy wierzą w życie po życiu. Szanuję wybory innych ludzi.