Archiwa tagu: codzienność

Moje lustro codzienności!

Cytat jest nieprzypadkowy i tylko ja wiem, o co w tym chodzi! 

Kiedyś napiszę o co!

Zbliżają się Święta Wielkanocne i powoli trzeba będzie obudzić się po zimowym śnie i ruszyć do robienia porządków wiosennych.

Jeśli jeszcze parę lat temu taka gonitwa ze szmatą nie przerażała, tak z każdym rokiem przeraża.

Najbardziej boję się już mycia okien, gdyż wchodzenie na chybotliwy stołek budzi we mnie lęk.

Dziś rano, tak od niechcenia napomknęłam Mężowi, że może trzeba będzie wynająć Panią do sprzątania, bo naprawdę te okna mnie przerażają.

Mąż szybko mi odpowiedział, że absolutnie nie, bo jeszcze dajemy sobie radę i damy radę tej i wiosny.

Powiedział, że pomoże zdjąć firany i po praniu je zawiesi, a także zetrze dachy od mebli, abym nie musiała się skrabać.

Niespodziewanie w domu pojawił się nowy sprzęt, który Mąż mi fundnął i oto tadam – mam drabinkę!

Jest ona bardzo stabilna, w przeciwieństwie do chybotliwych stołków kuchennych. Wykonana z porządnego plastiku, leciutka i łatwa w rozkładaniu i składaniu. Jednym słowem jestem zadowolona i podziękowałam Mężowi za praktyczny zakup.

 

A co ja dzisiaj robiłam w ciągu dnia na nizinach?

Mam chorą Mamę i dziś gotowałam dla Niej rosół z wołowego szpondera i z piersi kaczej.

Pyrkotał na ogniu ponad 6 godzin i wyszedł pyszny.

Ostatnio z Mężem mamy fazę na rosół właśnie, a i Mamie nie powinien szkodzić.

 

Dziś też miałam ochotę na inny smak i w lodówce znalazłam niewielki kabaczek. Tak mi się zachciało smaku lata.

Co zrobiłam z kabaczkiem?

Pocięłam go wzdłuż na plastry i zrobiłam dresing z oliwy, czosnku, odrobiny soli i pieprzu.

Kabaczek tak sobie poleżał dwie godziny w tej oliwie, a następnie usmażyłam go na rumiano z każdej strony.

Mnie to smakuje, a Mąż je nawet z takim kabaczkiem bułkę posmarowaną masłem.

I to by było na tyle o tym, co działo dziś się w moim życiu.

Chwytam każdy dzień, tak jakby jutra nie było!

Reklamy

„Enid” – moje kino

Dobry wieczór. 🙂

Każdy z nas ma, albo miał swojego idola, za którego by dał się pokroić. Idola w świecie artystycznym, może i politycznym też, którego się uwielbiało, albo nadal uwielbia.

Mamy do tego prawo, by wielbić pisarza, malarza, piosenkarza, który jest na świeczniku i stanowi dla nas źródło natchnienia i radości.. 

Jednak nigdy nie wiemy jaką osobą nasz idol jest w życiu prywatnym, bo ponoć nie ma domu bez złomu. Może współczesne czasy, w dobie Internetu szybciej są w stanie obnażyć różne grzeszki i przywary naszego idola. Dziś wiadomości rozchodzą się lotem błyskawicy i paparazzi nie śpią, ale kiedyś można było wiele ukryć i czasami nic na światło dzienne nie wypływało długie lata.

Piszę o tym po seansie filmu pt. „Enid”, opowiadającym biograficzną historię pisarki brytyjskiej Enid Blyton, która pisała bajki i opowiadania dla dzieci.

Jej bajki dzieci wprost uwielbiały, a pisarka uwielbiała splendor w ich towarzystwie. Ocieplała się w chwilach spotkań z dziećmi, ale nikt nie wiedział, że jako matka dwóch córek bardzo je zaniedbywała, a także miało się wrażenie, że własne dzieci ją wprost drażniły.

Nie kochała ojca swoich dzieci i nie dbała o niego, a jej paskudny, apodyktyczny charakter spowodował, że mąż nie wytrzymał i od niej odszedł, a ona z tego powodu absolutnie nie rozpaczała.

Jako młoda dziewczyna opuściła dom rodzinny, chorą matkę i dwóch, młodszych braci i nie kontaktowała się z nimi przez 30 lat swojego życia, spędzonego na pisaniu. Nie pojechała też na pogrzeb matki i dopiero, tuż przed chorobą utraty pamięci zdała sobie sprawę, że całe swe życie była złą kobietą.

Film jest bardzo dobrze nakręcony i wciąga, a więc polecam na wieczór, ale nie dzisiaj, bo dzisiaj wszyscy żyjemy Debatą Ewy Kopacz, z Beatą Szydło, a więc pewnie będzie gorąco.

Trzymamy nerwy na wodzy i kciuki za swoją idolkę. 🙂

W tej notce jestem wredna i bezwzględna, ale może jestem starej daty i dlatego!

 

Kiedy urodziłam moją pierwszą Córkę, a był to dzień 12.05.1976 roku, to chyba jak każda Matka byłam lekko przerażona, czy dam sobie radę.

Pierwsze miesiące nie były łatwe, bo jako młoda dziewczyna musiałam swoje życie przestawić i podporządkować tej małej istotce, którą powołaliśmy na świat.

Czasy nie były łatwe, bo w kraju coś się zaczęło już burzyć politycznie i coś się szykowało, ale jeszcze sklepy w miarę były zaopatrzone. Nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że w podziemnej Polsce szykują zmianę ustroju.

Nie wiele do społeczeństwa docierało, bo nie było  Internetu i telefonii komórkowej, a cenzura blokowała wszystko i nie każdy miał w domu telefon stacjonarny, a telewizja ukrywała bardzo wiele.

12.12.1979 roku urodziłam drugą Córeczkę, a mąż po wyjściu z wojska, natychmiast zaczął pracę na zmiany i mijaliśmy się. Ja wstawałam każdego ranka o 5 godzinie, aby przygotować dzieci do żłobka i przedszkola. Wstawałam, szykowałam każdej jedzenie, bo dzieci nie szyły na służbę głodne. Potem je budziłam i często musiałam je na śpiocha jeszcze ubrać i po kolei zasuwałam do placówek. Następnie biegiem do pracy, aby się nie spóźnić. Zawsze zrobione włosy i makijaż, co robiłam perfekcyjnie szybko, bo tak sobie ułożyłam swój grafik, że nie było mowy o jego zmianie, czy też folgowaniu moim codziennym, porannym zajęciom. 

Wówczas zaczęłam pisać pamiętnik wieczorami, a raczej, to były zapiski z tego, co przeżywam w związku z macierzyństwem.

Pisałam rzecz jasna w zeszycie, bo przecież wówczas nikt nie słyszał, co to jest blog, a więc kiedy dzieci już spały, bardzo krótko wpisywałam do zeszytu swoje myśli i tu dam najdłuższy mój wpis, jaki popełniłam, a potem jakoś przestałam zapisywać swoje emocje – może szkoda!

A więc:

13 grudnia 1981 rok:

Jest wieczór, a ja siedzę na tym zeszytem i płaczę. Generał Jaruzelski ogłosił w Polsce stan wojenny i moje dzieci nie obejrzały ulubionego „Teleranka”. Jestem wystraszona, bo męża mi zmobilizowali, a ja widzę przez okno uzbrojonych żołnierzy w mroźną zimę. Nie wiem kompletnie co dalej?  Boję się strasznie, bo wygląda to wszystko przerażająco i nic nie wiem.

Jak żyć, kiedy kraj jest ogarnięty niepokojem, a gdzieś tam jeżdżą czołgi?  Nie można nigdzie wyjść bez dowodu tożsamości. Nie nie można do nikogo zadzwonić i nie wiem gdzie jest mój mąż i kiedy wróci do domu.

Wiem, że trzeba żyć dalej. Wiem, że muszę poradzić sobie dla moich dzieci. Wiem, że zrobię dla nich wszystko, bo to są moje dzieci i muszę je chronić!

Nie mogę za bardzo na kimkolwiek polegać, a więc muszę być silna. Kolejki! Jedziemy z mężem na wioskę, bo tam jest świeży chleb i kupujemy dla całej rodziny. W męża i mojej pracy rzucają coś, a więc bierzemy, co dają, a więc jakieś ubranka dla dzieci, jakąś wędlinę, budyń, a nawet kieliszki do wina, choć na diabła nam one.

Teść budzi mnie o piątej rano, bo rzucają masło i ser amerykański na dziecięce książeczki. Stoimy, a zimno jak diabli, ale jaka satysfakcja przy kasie, że mam to!

Jestem zmęczona, wykończona, ale daję radę, bo może doczekam czasów, że moim dzieciom będzie lepiej, lżej. Stoję w kolejkach po buty dla dzieci, ale rzucili tylko dla dorosłych. Buty przynosi mąż, bo rzucili u niego w pracy – za małe!

Horror, ale daję radę i nie mam marzeń, że bym się gdzieś wybrała z koleżankami, aby się zresetować. Nie mam marzeń, abyśmy z mężem gdzieś wyjechali, tylko we dwoje, bo niby jak, skoro w kraju zawierucha.

Jestem szczęśliwa, że kupiłam biszkopty dla dzieci, a one cieszą się, że mają jakąś odmianę. Jestem szczęśliwa, kiedy uda się kupić jakiś owoc i jestem szczęśliwa, że mimo wszystko dzieci chowają się zdrowo.

Jestem szczęśliwa, że mam je i zrobię wszystko, bym była dla nich autorytetem i aby nigdy nie musiały się za mnie wstydzić, bo robię dla nich wszystko, co możliwe w tych parszywych czasach!

****

A teraz Matki piszą blogi i jest ich bardzo wiele w sieci i proszę porównać jak zmieniło się postrzeganie macierzyństwa (wpis poniżej). Nie czepiam się, ale chcę zaznaczyć, że każda kobieta, która decyduje się na macierzyństwo musi! Musi się liczyć z wyrzeczeniami, a więc koniec i kropka. Dzieci nie pchają się na świat i trzeba założyć twardy pancerz, aby dać z siebie wszystko, aby je mądrze wychować!

Żadna z tych narzekających mam,  nie chciałaby zamienić pamperów na pieluchy tetrowe, gotowane w zwykłym mydle i je potem wypłukać z tego mydła. Żadna by nie chciała polować na warzywa, aby ugotować domową zupę dla dziecka, bo jest teraz wszystko w słoiczkach  – gotowe. Jest gotowe mleko, kaszki, grysiki i Bóg wie, co jeszcze?

Wniosek z tego taki, że każda z tych młodych kobiet, skoro zdecydowała się na macierzyństwo, to powinna wiedzieć, że to jest ten koszt młodości trochę straconej, ale jeśli mądrze przeżyją swoje macierzyństwo, to zostanie Im z nawiązką zwrócone w postaci miłości dzieci.

I jeszcze jedno. Miałam jedyną książkę, która mi podpowiadała jak żywić, jak ubierać dziecko, a teraz w sieci są blogi, fora, Facebook i sama nie wiem co jeszcze. Zauważyłam, że młode kobiety i tak błądzą jak we mgle i to jest strasznie smutne. Dużo stękają! Trzeba swoje macierzyństwo wziąć na klatę i cieszyć tym, że dzieci są zdrowe. Nie jesteście pępkiem świata do diaska i manna z nieba nie spada! Na wszystko trzeba zapracować!

Czytam w sieci wynurzenia zmaltretowanych matek, które mają pretensje do wszystkich i wszystkiego, ale nie do siebie za źle zorganizowany czas, a brak logistyki i Bóg wie do czego jeszcze. Jak świat, światem, to Matka wydaje dziecko na świat i większość wychowania i ogarnięcia na niej spoczywa, bo mężczyzna może, ale nie musi, bo zależy na jakiego faceta się trafi.

Przestańcie walczyć o karmienie dziecka w miejscach publicznych, bo ja sądzę, że jest to tak intymna czynność, że powinna być pod czas niej tylko matka i dziecko, a nie kamery, obserwatorzy, ciekawscy, bo to Wy powinnyście chronić swoją prywatność, a więc przestańcie szaleć w przestrzeni publicznej, bo nie uchodzi!

I tak na ostatek, to psychologowie mącą kobietom w głowach swoimi receptami, poradami i robią tym kobietom sieczkę w głowie i pozbawiają kobiecej intuicji i wyczucia. Politycy zaś mamią dodatkiem 500 zł, na każde drugie dziecko, ale jeśli one wierzą w te obiecanki, zamiast liczyć na siebie, to  są okropnie naiwne. Nie ma nic za darmo na tym świecie. Nic!

Oto wynurzenia biednej Matki Polki – współczesnej!

„Dobra matka

Stosy brudnych naczyń na całej długości kuchennych blatów. Koty kotłujące się po podłodze, żywe na tyle, by potrafić przeturlać się na drugą stronę pokoju. Rozlane herbatki. Paprochy tworzące nieznane konstelacje na niebie z paneli podłogowych. Zabawki nie od parady, od pary też nie. Pojedyncze kapcie, ubrania ściągane i wciągane kilka razy dziennie. Kapciuszki, rajstopki, opakowania po chusteczkach. Kawałek wyplutego chleba pod krzesłem, pod stołem zaś rodzynki. Makaron przyklejony do wszystkich możliwych mebli. Misie, gumisie, koparki. Kremy, miski i garneczki. Piłki, folie i kawałki wymiętego papieru.
A w tym wszystkim pośrodku matka.
Dresy wypchane tak, że wyglądają jakby chodziła na zgiętych kolanach. Tłusta cebula na głowie. Zarośnięte brwi i makijaż składający się z fachowo wtartego kremu bb – tylko albo aż. Plamy od zupy pomidorowej, smarków i kredek na koszulce wyciągniętej ze skotłowanego prania, którego rosnące kupy monumentalnie nie powstydzą się dorównywać piramidom w Egipcie.
Ona wciąż tam stoi. Tam. Pośrodku. I choćby świat się wokół walił, choćby była wykończona, niewyspana, w złym humorze lub po prostu miałaby ochotę chwycić torebkę pod pachę, odwrócić się na pięcie i wyjść… będzie tam stała.
Tak wygląda każdy dzień.
Macierzyństwo jest piękne. Lecz jest cholernie trudne. Męczące. Wykańczające.
Przynależąc do kilku grup o tematyce rodzicielskiej, coraz częściej natykam się na zwierzenia mam napawające smutkiem i poszukiwaniem wsparcia. Mówią o bezsilności, braku czasu dla siebie, braku sił i energii, utracie cierpliwości. Zastanawiają się czy są dobrymi matkami, bo przecież tyle i ciągle krzyczą. Pytają co mogą brać na uspokojenie, bo nie dają rady. Opowiadają o symptomach świadczących o depresji. Często nie mają czasu na wizyty u specjalistów a nazwy leków podpowiadają im inne forumowiczki. Chętne zresztą podzielić się i receptą. Zdołowane, zapłakane w najpiękniejszym ponoć momencie życia. Ironia losu ?
Brak wsparcia ze strony bliskich, którzy albo nie widzą problemu albo równie często nie zdają sobie sprawy z jego rozmiarów, nie pomaga. Zewsząd napływają informacje o spełniających się szczęśliwych piastunkach ogniska domowego, które wzbudzają poczucie wstydu u nieszczęśliwej kobiety i pogłębiają przykre myśli na swój temat – wszystko ogarniają, piękne, wymalowane, wypacykowane, w świetnie dopasowanych i wyprasowanych ciuchach, zawsze uśmiechnięte, matki idealne a przepraszam nie matki, nigdy matki – mamusie.
Niesamowite jest to zjawisko, ponieważ mam wrażenie, że kobiety/matki bardzo się jednak wspierają i są wobec siebie wyrozumiałe jak nikt inny a jednak gdzieś tam powstaje rywalizacja – którą kreuje śmiem stwierdzić społeczeństwo. To jest chore.
Zaprosiłam we wtorek na kawę koleżankę. Była u mnie pierwszy raz a ponieważ dzieci zaprowadziłam do żłobka, mogłam na szybko ogarnąć i siebie i dom. Nawet oko tuszem potraktować. I tak rozmawiamy sobie w najlepsze gdy ona mówi, że na co dzień bez makijażu chodzi bo czasu na nic nie ma ale dziś się pomalowała bo do mnie, bo ja taka zawsze … (idealna?):) Ja zrobiłam identycznie, dokładnie to samo co ona. Makijaż mam od święta, pełny oczywiście. Nie wspominając o stole bez kurzu, nieobecności brudnych naczyń i braku zabawek na każdym możliwym metrze kwadratowym podłogi. Fajnie jak jest czysto, lecz z tym już dawno się pożegnałam.Najważniejsze jest żeby umieć się przyznać do tego, że nie jest się robotem. Trudne ? Że nie ogarniamy połowy zaplanowanych rzeczy choć walczymy o każdą zawzięcie. Że musimy wybierać między sprzątnięciem pokoju a upieczeniem ciasta czy zrobieniem obiadu – ja zawsze wybieram gotowanie. I nauczyć się żyć w nowych warunkach. Odpuścić kiedy mają przyjść znajomi a my walczymy z nawracającym jak perpetuum mobile bałaganem. Goście z dziećmi zrozumieją, bez dzieci – nie wiadomo, aczkolwiek im też się w końcu dzieci urodzą, wtedy zrozumieją. Odpuścić przepraszanie za bałagan, które weszło w krew jak mantra. Bo za co przepraszać ? Za czas poświęcony dzieciom zamiast łazience ?Matki potrzebują pomocy. Potrzebują wsparcia i zrozumienia. Potrzebują wypłakania się i przytulenia. Potrzebują wyjść z domu i odpocząć. Potrzebują pobyć same. Potrzebują chwili ciszy. Potrzebują czterech ścian. Potrzebują pomarzyć. Potrzebują posiedzieć na kiblu. Potrzebują wziąć dłuższy prysznic i mieć chwilę na ogolenie nóg. Potrzebują siebie. Potrzebują pogadać ze swoimi myślami. Potrzebują.Przeraża mnie jak ogromna panuje znieczulica. Kobiety szukają wsparcia w obcych ludziach, w anonimach z internatu. A co z ich gniazdem ? Przecież tworzą rodzinę. Czy nie w rodzinie powinny doszukiwać się pomocy ? Gdzie są mężowie, rodzice ? Gdzie są przyjaciele? Czy nie widać, że przestała odbierać telefony i rzadziej odpisuje na sms ?  Nie widać, że ma smutek w oczach i głos jakby się miała za chwilę rozbeczeć ? A może zamyka się w łazience i siedzi na toalecie udając wiadomo co, by ukryć kilka łez bezsilności ? Gdzie jesteście ludzie ? Pracujecie, zarabiacie, macie swoje problemy, swoje życia. Wiem, rozumiem. Aczkolwiek nie daje mi to spokoju. Gdzie jest państwo ? Grupy wsparcia powinny walić drzwiami i oknami. Mąż może poświęcić godzinę dzieciom lub wyciągnąć naczynia ze zmywarki. Przyjaciółka ugotować zupę, bo matka często nie ma czasu nawet dojeść obiadu. Serio ! Nawet kawę pije na raty, zimną zazwyczaj. A może zakupy jej zrobić skoro i tak jedziesz do Tesco ?Kobieta, która jest w domu, która po części zrezygnowała z siebie i ze spełniania przynajmniej na jakiś czas swoich marzeń powinna być wynoszona na piedestały a nazywa się ją kurą domową, której się ani nie szanuje ani nie docenia. A jedyną osobą, która to rozumie jest inna kura domowa. Smutne to, niewdzięczne i upokarzające. Tak bardzo zależy nam na mądrych, silnych, zdrowych i szczęśliwych dzieciach a matki, które mają największy wkład w start swoich pociech pozostawia się same sobie. Radźcie sobie kobiety. Każdy o tym wie, lecz jakimś dziwnym trafem część niechcący zapomniała, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Gdzie w tym logika ? Jak znerwicowana, zestresowana, przytłoczona nadmiarem obowiązków matka ma wychować szczęśliwe dziecko i zapewnić mu jak najlepszy start w dorosłość ? Zrobi to. Ale jakim kosztem ?„Prawdziwa matka umie przyznać, że egzamin z macierzyństwa łatwiej oblać, niż zaliczyć…
Śpij spokojnie prawdziwa matko. Jeśli masz wątpliwości, czy jesteś dobrą mamą, to znaczy, że nią jesteś”.
                                                                                                           Jodi Picoult

Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej

Aby powstało ludzkie życie, to do tego potrzebna jest kobieta i mężczyzna i nie chcę tutaj pisać o innych sposobach, z którymi różnie się walczy, a mam na myśli in vitro, czy surogatki  i coś tam, coś tam.

Dwoje ludzi płodzi dziecko, które być może już w zarodku ma przypisane cechy charakteru i być może już przyklejona jest do niego latka – etykietka, jak w tym życiu mu się będzie wiodło. Może to geny, a może przeznaczenie, a może palec Boży. Nikt nie dowiódł tego, że nie jesteśmy przypisani przeznaczeniu po urodzeniu i nikt nie dowiódł tego, że dopiero po urodzeniu kształtuje się nas przyszły los.

Zmierzam do tego, że rodzimy się i nigdy nie wiemy jak nasze losy się potoczą i jest tak, że jednym idzie się przez życie jak po czerwonym dywanie, obsypanym płatkami róż, a drudzy muszą przedzierać się przez życie jak przez zasieki kolczaste i wciąż się raną, aż do krwi i choć by robili najróżniejsze uniki, to i tak całe życie trafiają na kolce i wciąż są przez życie poranieni.

Jednym na pstyk wszystko, łatwo przychodzi, a drudzy walczą całe życie o akceptację, lepszą pracę, szczęśliwsze związki i tak dalej.

Analizując różne sytuacje wyjaśnię o co mi chodzi.

Ktoś rodzi się w rodzinie alkoholików i jest mu strasznie ciężko już na starcie i mimo starań nigdy nie otrzepie się z tego, że rodzice chlali wódę i nie dbali o potomstwo. Jakże często wchodzimy w związek z podobnym typem i użeramy się z alkoholikiem i przemocowcem. Czy przypięta łatka powoduje, że dokonujemy złych wyborów i idziemy wciąż drogą destrukcyjną? Dlaczego trafiamy na podobnych ludzi do tych, którzy nas wychowali i jak się z tego otrzepać, aby uszczęśliwić swoje życie, a nie wciąż cierpieć i myśleć, że jesteśmy na skraju wytrzymałości?

Inna sytuacja. Ojciec zdradzał notorycznie matkę, a my zakochujemy się w takim samym typie i stajemy wobec takiej samej sytuacji, którą mieliśmy w domu. Dlaczego nie potrafimy przewidzieć tego, że ten człowiek nas zdradzi i cierpimy w takich związkach latami. Jak sobie wytłumaczyć, że nie jesteśmy jedyni na tym świecie, kiedy trafiamy na kanalię?

Jeszcze inna sytuacja. Rodzimy dziecko, ale okazuje się ono chore i mimo walki o jego zdrowie – tracimy je.Jest to trauma prawie nie do przeżycia, ale życie toczy się dalej i w końcu musimy stanąć na nogi.

Mam tak wiele przykładów na to, że choćbyśmy stanęli na rzęsach, to i tak niepowodzenie życiowe nas dopada i ciągnie się na nami jak guma z gaci. I tu mam pytanie?

Jak podnosić się z tych wszystkich nieszczęść i jak sobie radzić, kiedy po następnym niepowodzeniu ulatuje z nas życie, a sił na walkę nagle brakuje? Nie możemy sobie poradzić z pytaniem dręczącym – dlaczego znowu mnie to dotknęło? Dlaczego znowu ja jestem poddany kolejnej próbie, z której mogę się  podnieść, ale nie potrafię, ponieważ uleciało ze mnie powietrze i właściwie za chwilę mnie już nie będzie, bo tego nie zniosę i nie wytrzymam!

Ale tutaj nachodzi mnie refleksja? Co mają powiedzieć ludzie, u których wykryto nieuleczalnego raka? Jakież wewnętrzne piekło przechodzą ludzie z chwilą diagnozy, że za miesiąc mogą już umrzeć i ich nagle zabraknie. Przecież ci ludzie przechodzą piekło i dlatego apeluję do tych wszystkich zgnębionych i bez żadnej nadziei na przyszłość, co się im wydaje. Nigdy byście się nie chcieli zamienić z tymi, dla których już nie ma żadnej szansy na życie i dlatego o tym piszę, że w chwili, kiedy serce jeszcze bije, a rozum podpowiada, że za chwilę nastąpi koniec, to ci zdrowi mają przed sobą lata, aby pogodzić się ze swoimi niepowodzeniami i tego się trzymajmy.

Nie poddajmy się tym, co nas gnoją w realu, w rodzinie,  albo w sieci. To jest mało ważne, bo na tym świecie nie brakuje świrów, którzy opluwając mnie, Was i czerpią chorą satysfakcję. Stańcie na chwilę i spluńcie w ich kierunku z politowaniem. Współczujmy tym ludziom i pomyślcie o tym, że wciąż żyjecie i wciąż możecie czerpać z życia, to co piękne i wartościowe. Pomyślcie o tych, którzy chwytają się każdej okazji, aby to swoje życie przedłużyć choćby o tydzień. 

I na koniec wiedzcie jedno, że na ten świat przychodzą ludzkie kanalie, którzy czerpią satysfakcję z tego, że gnoją drugiego człowieka, ale nie zwracajcie na nich uwagi, a szanujcie siebie, bo Wasze życie jest w Waszych rękach, a gnój zawsze trafi do marginesu społecznego. Życie jest tak piękne ze swoimi zachodami i wschodami słońca – dobranoc  kochani i niech Wam smakuje poranna kawa.

Dobranoc!  🙂

A wracając do łatki, czy etykiety w łonie matki, to żadna matka nie wie, czy urodzi prawego człowieka, czy notoryczną kanalię, która nawet w wieku seniora kanalią pozostaje, a ja znam takie wirtualne kanalie, ale umiem wciąż patrzeć na życie w kolorowych barwach, co jest na moich zdjęciach.

Myślisz, że nie wszystko wiesz, to Facebooka śledź!

 

Wczoraj wyszłam na spacer, aby zrobić kilka fotek mojego miasta, a był już prawie wieczór, co widać po zapalonych latarniach miejskich.

Nagle usłyszałam znajomy z przed lat głos mojej dawnej koleżanki, z którą nie widziałam się sporo czasu. Bożena wyjechała po ślubie na wieś i tam kompletnie się zakopała.

Co ja wiedziałam o Bożenie? Wiedziałam, że wiele, długich lat pracowała na rzecz swojej wsi, jako Sołtys i była wielce zaangażowana w sprawy wsi. Poświęcała ludziom swój, cenny czas i była naprawdę skutecznym Sołtysem i bardzo lubianym, że wygrywała wybory za każdym razem, bo się sprawdzała na tym stanowisku. Ludzie jeśli tylko mieli kłopoty, to wiedzieli, że Bożena zrobi wszystko, aby im pomóc, a wieś pod jej nadzorem, co roku piękniała.

Wiedziałam, że Bożena ma rodzinę i dwie cudne i mądre córki, ale kiedy zaprosiła mnie do nowo otwartej w mieście pizzeri, to okazało się, że nie wiem o niej wszystkiego.

Poszłyśmy więc na pogaduchy, bo czułam, że musi się komuś wygadać, a więc przystałam na miejsce i poszłyśmy na kawę i lampkę wina, bo to było też w karcie oprócz pizzy.

Zauważyłam, że Bożena jest w niezbyt dobrej kondycji, bo posuwała nogami, a było to spowodowane chorym biodrem, bo w końcu obie mamy już swój wiek.

Usiadłyśmy i Bożena mi powiedziała, że przyjechała do koleżanki, aby pobyć z dala od domu i męża i tu zaczęła swoją opowieść.

– Elu, bardzo Cię zawsze szanowałam, bo wiem, że to, co usłyszysz zostanie między nami, bo zawsze taka byłaś dyskretna, a więc mam do Ciebie zaufanie i weź mi coś poradź i tu zaczęła swoją opowieść i pozwoliła mi na jej publikację, bo poprosiłam:

– Poznałam Janusza jeszcze w szkole podstawowej i od razu coś między nami zaiskrzyło. Chodziliśmy ze sobą cztery lata i po dwóch zaczęliśmy współżycie, kiedy oboje mieliśmy zaledwie dwadzieścia lat.

Zakochałam się w nim jak wariatka i świata nie widziałam bez niego i kiedy zaszłam w pierwszą ciążę, to nastąpił szybki ślub i skromne wesele. Matka mi mówiła, że to nie jest facet dla mnie, bo jakby czuła, że zrani mnie i po 30 latach wspólnego życie wiem, że miała absolutną rację, której ja, jako młoda dziewczyna kompletnie nie przyjmowałam.

Urodziłam pierwszą córkę i kiedy byłam zagoniona, zapędzona między pracą, a żłobkiem, to po trzech latach się dowiedziałam, że zrobił dziecko innej kobiecie, a ja  byłam w ciąży z drugim dzieckiem.

– Rozchorowałam się i rozsypałam na cząsteczki. Wylądowałam na oddziale psychiatrycznym, a dziećmi zajęła się moja mama, za co jej dozgonnie dziękuję.

– Elu, wróciłam z tego szpitala mocniejsza i nie wiem dlaczego w tym momencie nie wywaliłam go z domu i nie założyłam sprawy rozwodowej, ale wiesz jak to jest, kiedy kocha się za bardzo i ma się nadzieję, że to więcej się nie powtórzy. Nadzieja jednak jest matką głupich, bo dochodziły mnie słuchy, że romansował z Grażynką, Renatką i chyba naliczyłam ich z dziesięć, ale nie miałam na to żadnych dowodów, a on zawsze mi mówił, że kocha tylko mnie i nie mam prawa posądzać go o jakieś romanse.

– Nasze życie było podzielone między moim wizytami na psychoterapii, a jego wmawianiem mi, że jest czysty i zrobi wszystko, bym była najszczęśliwszą kobietą pod słońcem.

– Dowiedziałam się dziesięć lat temu, że sypia z niejaką Jolą i wiesz co? Opadały mi ręce i nie miałam już chęci żyć. Targnęłam się po raz drugi na swoje życie i nie myślałam kompletnie o dzieciach, a o swojej zranionej po raz wtóry – mojej kobiecej godności.

– Walczyłam ze sobą i wypierałam, że skoro mnie nie zostawił i przez dziesięć lat nie zdecydował się, by z tamtą zamieszkać, to widocznie wciąż mnie kocha i chce naprawić swoje błędy. Zrobił się bardzo troskliwy, jeszcze bardziej troskliwy. Mnie z chorym biodrem trudno było robić zakupy, a więc on to robił nienagannie. Po urzędach też chodził i chodzi nadal, a więc opiekuje się mną.

– Wiesz co? Już myślałam, że zerwał z tą swoją kochanką, bo w końcu ma na karku sześćdziesiąt lat i pragnie przy mnie do końca się zestarzeć, ale wiesz co go zgubiło?

– Elu! Zgubił go Facebook. Pewnego dnia poprosił mnie, abym dała mu komplet szklanek, których nie używamy, a stoją bezużyteczne, bo koledzy po pracy nie mają w czym wypić drinka. Odświeżyłam je i mu je zapakowałam, pełna dobrej woli.

– Byłam przekonana, że owe naczynka trafią do jego kolegów, ale otworzyłam profil córki jego „niby” dawnej kochanki, a tam wiszą zdjęcia z urodzin córki synka – 7 letniego, a obok tortu stoją moje, śliczne i charakterystyczne szklanki i miałam już wszystkiego dość!

– Kiedy to zobaczyłam, to kazałam mu się spakować i wynieść w końcu do tamtej, ale on nie chce, a ja jestem w totalnej rozsypce i dlatego wyjechałam z domu, aby to przemyśleć, bo wiesz co? On jest dla mnie bardzo dobry i nie mam z nim źle, ale ciągnie go do tamtej. Nie chcę się znaleźć w szpitalu, ale jestem bliska załamaniu. Nie dam sobie rady finansowo bez niego, ale kusi mnie, aby go spakować i wywieźć jego ciuchy pod drzwi tamtej i niech mnie oboje wreszcie nie oszukują i co mi Elu radzisz?

Zdębiałam naprawdę, bo nie wiem, co poradzić tej mojej koleżance, która wciąż go kocha, a jednocześnie nienawidzi. Nie wiem, co poradzić tak wrażliwej i schorowanej kobiecie, która być może nie da sobie sama rady, ze względu na chorobę, bo każda porada może okazać się niewypałem, a więc może kolejny raz zacisnąć zęby i żyć dalej?

Córki Bożenę wspierają, ale już same się pogubiły w tych dziwnych relacjach i wiedzą, że w razie rozstania będą musiały matkę wspierać w każdym względzie i wiedzą też o tym, że tych dwoje nie może bez siebie żyć, bo znają ich od podszewki, choć ojcu nie wybaczyły chuci i same są bezradne. Nie wiedzą, jak mają matce doradzić!

Nie żałuj, nig­dy nie żałuj, że mogłeś coś zro­bić w życiu, a te­go nie zro­biłeś. Nie zro­biłeś, bo nie mogłeś – S. Lem

Dzień dobry. 🙂

 

Ależ u mnie piękny, wrześniowy dzień, że chce się żyć. Mam nadzieję, że tak jest w całej Polsce, w której piękna, złota, polska jesień roztacza swe uroki.

Między jednym, a drugim sobie myślę, że oto znalazłam się w cudownym okresie  mojego życia, bo wreszcie mam czas na to, by wsłuchać się w siebie. Mam czas na to, aby siebie zrozumieć i pomyśleć o tym, co w danym okresie jest dla mnie najważniejsze i to jest:

– szczęście i zdrowie mojej rodziny jest na pierwszym miejscu,

– zdrowie moje i mojego męża wciąż nie jest najgorsze,

– mogę poświęcić się swoim sprawom i w końcu mam na to czas,

– nie muszę się już nigdzie spieszyć, 

– mogę robić, to na co w danej chwili mam ochotę,

– mogę się z kimś spotkać na pogaduchy, ale nie na plotki, których nie cierpię,

– szanuję siebie, ale nie przejmuję się tym, że ktoś mnie nie lubi, bo o gustach się nie dyskutuje,

– staram się nie denerwować, choć może denerwuje mnie polityka, ale od czego mam bloga, gdzie wyrzucam swoje frustracje.

– mam wreszcie czas, by pobyć z mężem i oboje cenimy sobie te chwile,

– reasumując – żyję nie tylko dla siebie, ale mam czas na to, by się nagradzać i niech ten stan trwa i trwa.

Ciekawa jestem Waszych odczuć odnośnie wieku jeszcze nie starego, a gdzieś tam na pograniczu w latach, gdyż młodość duszy nie pozwala na to, by  tej starości się bać. 

A jak mam świetny humor, to śpiewam, albo słucham piosenek. Kiedyś miałam dość dobry głos, ale z czasem się sfilcował i brzmi to mniej więcej tak:

Wklejam clip, który mimo mojego już sędziwego wieku – strasznie mnie rozbawił.

Miłego dnia 🙂

https://www.youtube.com/watch?v=eM9PjdeqWvw

Wybór Pani Leokadii

Letnie późne popołudnie, które pozwoliło po dziennym upale opuścić swoje domy, ponieważ w mediach ostrzegali, aby w takie upały najlepiej pozostać w domu. W małym miasteczku rozdzwoniły się dzwony, które przypominały ludziom o wieczornej mszy. Dzwoniły tak głośno, że ich dźwięk rozchodził się po wszystkich uliczkach tonących w zieleni i letnim marazmie.

Dwie kobiety z jednej ulicy wyraźnie słyszały, że czas iść do kościoła, a po mszy siadały w uroczym parku obok kościoła,  na ławeczce, kiedy tylko pogoda pozwalała i siedziały czasem rozmawiając, a czasem milcząc zupełnie. Lubiły się, choć dzieliła ich wielka przepaść, ale może jednak przeciwieństwa się przyciągają.

Często się spierały i jedna na drugą fukała, ale za chwilę gładziły się po rękach i uśmiechały do swoich starczych fobii i dziwactw. Obie to był gatunek powojenny i obie miały wiele przykrych wspomnień z tego powodu, ale nie lubiły wracać w swoich rozmowach do tamtych lat, kiedy to Niemcy wpadali do domu i robili przeszukania i  jeśli im się coś nie podobało, to walili na oślep tak, że i małym dziewczynkom się dostało. Jedna z nich pamięta, jak rodzice pędzili po kryjomu bimber, aby mieć z czego żyć, a jak kupili plasterek wędliny, to tylko dla niej, a więc jadła najpierw chleb, a ten plasterek smakowała i smakowała, aby nie zapomnieć smaku. Druga też pamiętała, jak wpadli Niemcy do domu i szukali czegoś wartościowego, a kiedy nie znaleźli nic, to demolowali dom i pamięta, że jadła surowe śledzie z beczki na zmianę z kiszoną kapustą i nigdy nie zapomni uczucia głodu i bezradności, a potem jeszcze widziała stosy spalonych ciał w miejscowej fabryce i nigdy nie zapomni tego fetoru, który zakodował się na całe jej życie.

To wszystko sobie Pani Melania i Pani Leokadia opowiedziały, a także i to, jak ułożyło się ich życie, kiedy Niemcy opuścili zrujnowany kraj, który wziął się za odbudowę, aby podnieść się gruzu, prochu i pyłu.

Obie się zakochały w chłopcach, którzy stanęli na wysokości zadania i zależało im, aby Polska powstała z kolan i tak:

Pani Melania pokochała i z przyszłym mężem zamieszkała w niewielkim domku, bez wody i kanalizacji, ale po ślubie robiła wszystko, aby żyć w miarę godnie i tak z wielkiej miłości urodziła dwie córki. Pani Melania z czasem przeprowadziła się do nowego bloku, gdzie otrzymali piękne, dwupokojowe mieszkanie i tam jej córki dorastały, które z czasem powychodziły za maż i też urodziły po dwie córki, a potem te córki urodziły wspólnie troje dzieci i tak Pani Melania stała się babcią trójki wnucząt, ale tego szczęścia nie doczekał jej mąż, który przedwcześnie zmarł i zostawił Panią Melanię w wielkiej rozpaczy. Jednak to wnuczęta pozwoliły jej przetrwać ciężkie chwile i teraz żyła tylko dla tych małych istotek i cieszyła się, że ma przy sobie swoje dzieci i te szkraby, które rozpromieniały jej każdy dzień.

Inaczej było z Panią Leokadią, gdyż po wojnie zakochała się też, ale jeszcze przed ślubem zorientowała się, że jest w ciąży i cieszyła się jak każda kobieta, ale na samym początku ciąży dowiedziała się, że z jej chłopakiem w ciąży jest jeszcze inna kobieta. Wściekła się i kompletnie rozsypała i czym prędzej swoją ciążę usunęła, bo nie chciała mieć nic po tamtym człowieku, który ją tak śmiertelnie zranił i tak już nigdy w swoim życiu nie zaufała żadnemu mężczyźnie. Została starą panną, która mieszkała ze swoją matką staruszką i jej życie toczyło się tylko wokół matki i jej pielęgnacji, kiedy ta się postarzała. Gotowała jej, wyprowadzała staruszkę na spacer, a wieczorami obie oglądały w telewizji swoje ulubione programy i tak mijało życie Pani Leokadii.

Kiedy Melania zaczęła opowiadać coś o swoich wnukach, jej towarzyszka ją strofowała i przypominała, że nie lubi słuchać opowiastek o wrzeszczących bachorach, bo nie lubi dzieci i już i nie rozumie kompletnie tej fascynacji dziećmi zasmarkanymi, wrzeszczącymi i roszczeniowymi, że to świat powinien się kręcić wokół nich. Wówczas Pani Melania milkła, aby się nie kłócić i nie nadepnąć na odcisk swojej towarzyszki, bo jednak ją lubiła i starała się zrozumieć, że Pani Leokadia tych dzieciaków nie cierpi i już.

Przeszło gorące lato i nieubłaganie drzewa zaczęły zmieniać swoją szatę, na brązy, czerwienie i złocienie i nagle Leokadia przestała przychodzić do kościoła, aby prosić Boga o wybaczenie za swoją aborcję, bo tego domyślała się Pani Melania. Nagle miejsce na ławce krzyczało pustką i Pani Melania się zaniepokoiła, a okazało się, a wieści w małym miasteczku rozchodzą się błyskawicznie, że Pani Leokadia trafiła do szpitala, bo nagle zaczęło ją bardzo mocno boleć. Lekarze rozłożyli ręce i przeniesiono Panią Leokadię do  przyszpitalnego hospicjum, bo nie było dla niej ratunku już. Wciąż żyjącą 90 letnią mamę Pani Leokadii umieszczono w domu spokojnej starości i tylko Pani Melania kuśtykając i podpierając się laseczką w ostatniej chwili trzymała rękę odchodzącej koleżanki, bo innych bliskich Pani Leokadia nie miała, bo taki był jej życiowy wybór.

Nasze 39 lat :)

 24 stycznia 1976 r. w mroźną zimę, bo nie taką jak tego roku, poszliśmy sobie ślubować i tak oto minęło nam 39 lat razem. Tak, tak to było, że szczeniakom zachciało się pobawić w małżeństwo, a dlaczego szczeniakom, ponieważ mieliśmy zaledwie po 20 lat. 

Było różnie, bo prosto i podłużnie, ale dziś daliśmy sobie całusa wdzięczności obopólnej, że wciąż razem trwamy i ciągniemy ten wózek jakoś, a czego sobie życzyliśmy? Tego, że jeśli uda się nam dotrwać do 40 rocznicy naszego ślubu, to zrobimy ogólne tańce i hulanki dla całej rodziny, a więc koniecznie to uczcimy. 

Dzień niby jak co dzień, a jednak inny, ponieważ włącza się proces wspomnień automatycznie i albumy poszły w ruch, a w nich jakże wiele uchwyconych chwil na pamiątkę dla potomnych. 

Chcę wesoło spędzić ten dzień, a więc na blogu też będzie wesoło i wkleiłam bardzo adekwatny clip do kabaretu, abyście i Wy uśmiechnęli się w dzień naszej radości.

To tyle i aż tyle 🙂

 

Józef Baran

Bajka o małżeństwie

tak długo płyną już tą łodzią
a wokół
wciąż ten sam krajobraz morski
i słowa jak mewy
przysiadają na rufie łodzi
na włosach rękach ramionach

budzą się o świcie
on zajmuje
miejsce z przodu
ona tuż za nim
siedzą tak blisko siebie że
co chwilę zapominają o swym istnieniu

wyrwani jak ze snu
znów siebie widzą słyszą
by po chwili zgubić z oczu
tak mija im dziesięć… dwadzieścia
trzydzieści lat

słychać tylko rytmiczny plusk wioseł
poruszanych ich rękami

Siła sugestii jest jak bomba jądrowa :)

Kochani, minęły nam święta i powitaliśmy ochoczo Nowy Rok z fajerwerkami na całym świecie, a oto niespodziewanie pojawił się nam na finiszu taki wstrętny dzień i dopada nas szara rzeczywistość, bo:

„Dziś w poniedziałek 19 stycznia wypada tzw. „blue monday”. To według psychologów najbardziej depresyjny dzień w całym roku.

19 stycznia to najbardziej „nieszczęśliwy” dzień w roku. Według psychologów mamy mieć dzisiaj wszystkiego dosyć – będziemy ubolewać na brak pieniędzy, dotykające nas choroby oraz całe zło tego świata.” 

http://http://tvn24bis.pl/z-kraju,74/blue-monday-najsmutniejszy-dzien-w-roku,507230.html

Zrobiono ankietę i co my tu mamy?

Czy czujesz, że ten dzień nie będzie Twoim ulubionym?

Tak, jest bardzo źle, czekam na koniec
24,73%
Raczej tak, źle się zapowiada
16,88%
Raczej nie, kiepsko jak co dzień, ale kawa i do roboty
25,4%
Nie, zaczął się świetnie i mam kilka pomysłów na to, był był wspaniały
21,55%
Nie wiem/Trudno powiedzieć
11%

 

Mamy, że siła sugestii jest siłą potężną, gdyż nie mały procent ludzi odczuwa wyjątkowy dyskomfort i po prostu czekają, aż ten dzień się wreszcie skończy.

Ja się przyznam, że wstałam w dobrym humorze, bo oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba, ale mimo woli spojrzałam w okno, a tam szaro i buro i tak jakoś smutnawo. Telewizja też nie dostarcza radosnych nowin, bo chociaż kryzys z górnikami zamieciono pod dywan, to tylko na trochę i to też przeraża. Nowa kandydatka na Prezydentkę chce ratować nasz kraj, zmieniając od podstaw prawo i to też troszeczkę mnie załamało, bo jak sobie pomyślę, że wszystko od podstaw, to czarno to widzę i muszę się jakoś ratować, aby ta czarna dziura depresyjna mnie nie wchłonęła, bo kochani – szkoda każdego dnia.  Jeszcze tak nie było, aby jakoś tam nie było, a więc apeluję, abyśmy się mimo wszystko uśmiechnęli, a nic człowieka tak nie uszczęśliwia, jak własne nastawienie do otaczającego nas świata, bo nikt za nas nie przeżyje tego depresyjnego, ponoć dnia. 

 https://www.youtube.com/watch?v=xKAJcRzHyps

Jak sobie radzić?

– Nie czujesz potrzeby wchodzenia z domu – zostań  w nim.

– Włącz radosną muzykę, swoją ulubioną.

– Przejrzyj albumy ze zdjęciami, powspominaj sobie.

– Zjedz całą czekoladę, bez wyrzutów sumienia.

– Odpoczywaj, bo masz do tego prawo.

– Przeczytaj ulubiony tomik poezji i tak dalej moi drodzy.

Baj 🙂 Trzymajcie się 🙂

Napiętnowana w małym miasteczku!

Melania, ale wszyscy mówili na nią Mela, to była młoda  kobieta w wieku 27 lat, która w małym miasteczku pracowała w urzędzie gminy na stanowisku aktywizacji i promocji. Wszędzie było jej pełno, bo jeśli trzeba było zorganizować miejskie dożynki, czy dni miasta, to ona nadawała się do tego idealnie.

Miała w sobie moc charyzmy i potrafiła w mig zaktywizować lokalnych sponsorów i zorganizować imprezę z orkiestrą i miejskimi wykonawcami, angażując wszystkich ważnych w mieście i wypromować miasteczko jak się patrzy.

Była nie zastąpiona i wszędzie było jej pełno, a wójt miasta nie musiał się martwić, że coś na imprezie promocyjnej miasta nie wypali. Była doskonała i kochała to co robi będąc swoim żywiole.

Swoim koleżankom zawsze mówiła, że jest niewierząca i nigdy nie wyjdzie za mąż, gdyż jej ojciec katował jej matkę, która z rozpaczy się rozchorowała i umarła, a więc nie wierzy w Boga i tylko kieruje się w życiu intuicją i zdrowym rozsądkiem.

Lubiła imprezować, ale robiła to z głową. W swoim wynajętym, malutkim mieszkanku urządzała często spotkania babskie i nie tylko, gdzie alkoholu było dużo, ale było wesoło i każdy wiedział, że Melania to rozrywkowa babka, ale nigdy nie zawaliła swojej pracy, a więc nie było się czego czepić.

Pewnego dnia Melania poczuła się źle i znalazła się na pogotowiu, a tam zaczęto podejrzewać, że jest w ciąży.

Położono ją na oddział i faktycznie Melania była w ciąży zagrożonej, jak stwierdził lekarz dyżurny i pozostawiono ją na obserwacji.

Fama po mieście rozeszła się bardzo szybko, bo niby z kim Melania miałaby być w ciąży? Przecież z nikim się nie spotykała, a więc wszyscy byli ciekawi skąd ciąża u Melanii.

Ktoś rzucił podejrzenie i plotka poszła, że często była wzywana do wójta miasta, a więc może wójt, który jest żonaty i ma dwoje dzieci, jest sprawcą tajemniczej ciąży?  Może to jakiś kolega z towarzystwa zrobił jej dziecko podczas zakrapianej imprezy i tak się wszyscy domyślali. Najgorzej było pod kościołem gdzie to starsze panie snuły domysły, że z pewnością Melania usunie tą ciążę, bo nigdy do kościoła nie chodziła, a urodzić dzieciaka wójta to wielki wstyd, a do tego jak można rozbijać rodzinę wójta?

Pluto na Melanię, że bezbożnica z niej i ladacznica. Wyklęto ją ze społeczności, kiedy ona leżała w szpitalu na podtrzymaniu ciąży i o niczym nie wiedziała, co szepcze się mieście, ale do czasu rzecz jasna. Odwiedzały ją koleżanki i naświetliły jak sprawy się mają!

Minęły miesiące i Melania urodziła, wbrew wszystkim pomówieniom, że to dziecko wójta, albo jakiegoś tam innego, że usunie niechcianą ciążę jak to baby plotły pod kościołem. Urodziła w terminie ślicznego chłopaka i tylko kiedy mogła go wyprowadzić na świeże powietrze pokazała dziecko całej społeczności udowadniając, że mimo wszystko dziecka nie usunęła, ale…

W miasteczku wciąż się domyślają, czyje to jest dziecko, ale Melania na ten temat milczy!

Ps. Żona wójta poprosiła Melanię o udostępnienie danych do wyników DNA, ale okazało się, że jej mąż nie jest ojcem, a więc baby pod kościołem nabrały wody w usta, a syn Melanii rośnie zdrowo, a ona kocha go nad życie, ale z pracy ją zwolniono!