Archiwa tagu: dzieci

W trosce o nasze dzieci i wnuki!

Znalezione obrazy dla zapytania narodziny

 

Moja, chora Mama wchodzi w trzeci rok życia w chorobie. Jest leżąca!

Jest okrutnie silna i trwa, choć są dni, że wydaje się, że za chwilę odejdzie, a jednak walczy i są momenty całkiem nie do wytłumaczenia, bo kontaktuje się z nami.

Dzisiaj w Dzień Barbórki i Imienin Barbary przyszła na świat w rodzinie malutka kruszynka o imieniu Pola.

Witamy ją, a Rodzicom życzę, aby rosła i zdrowo się chowała.

Długo czekałam na Wnuki, a tu raptem się okazało, że się posypały i teraz w Rodzinie jest ich piątka dzieci w różnym wieku oczywiście., bo moje troje, a u Siostry dwoje!

Nikt nie wie, czy Mama dożyje chwili, kiedy będzie mogła przywitać się z Polą, bo każdy dzień w życiu Mamy może być dniem ostatnim.

Może być tak, że Mama nigdy Poli nie pozna i nie zdąży Jej przywitać, ale tak to w życiu bywa, że ktoś odchodzi, a ktoś inny zapełnia puste miejsce.

Jestem taka, że kiedy widzę zdjęcie małego człowieczka, to mięknę, a w oczach mam łzy.

Zastanawiam się wówczas, jakim człowiekiem będzie kiedyś to maleństwo i jak potoczy się jego, dalsze życie, bo czas leci jak szalony i moje Wnuki też były takie maleńkie, a teraz, to są już dzieci szkoły i nie pojęte jest jak ten czas szybko upłynął!

Moje Wnuki to Anielka, Luiza i Wojciech, a mojej Siostry, to Leon i kilku godzinna Pola i tak bardzo bym chciała, aby te Dzieci rosły w zdrowym środowisku, gdyż coraz częściej się pisze w prasie, że grozi nam klimatyczna zagłada.

W Polsce jest największe stężenie toksyn i świat bije na alarm, że musimy to powstrzymać, bo będziemy umierać z powodu smogu!

Pojawiają się potężne pożary, tsunami, trąby powietrzne, kataklizmy pogodowe i jeśli ludzkość się nie ocknie, to nasze wnuki będą zagrożone potężnymi upałami i ludzkości grozi głód, susza, zanieczyszczenie środowiska.

W Katowicach odbywa i panel w celu ratowania Ziemi i czytam:

David Attenborough na szczycie klimatycznym w Katowicach

 

David Attenborough: zagłada naszej cywilizacji majaczy na horyzoncie.

David Attenborough, najsłynniejszy popularyzator wiedzy przyrodniczej na świecie, pracujący w BBC, wystąpił na poniedziałkowej inauguracji szczytu klimatycznego COP24 w Katowicach. Cieszący się niezwykłym autorytetem biolog, pisarz i podróżnik wygłosił przemówienie, w którym stwierdził, że zmiana klimatu to największa od tysięcy lat groźba, z którą mierzy się ludzkość.

– Mierzymy się z wywołaną przez człowieka katastrofą na globalną skalę. To największa groźba dla ludzi od tysięcy lat – zmiana klimatu – rozpoczął swoje przemówienie Attenborough.

Jego zdaniem, jeśli nie podejmiemy działań, dosięgnie nas zagłada naszej cywilizacji i wymarcie większej części naszego naturalnego środowiska. Ratunkiem dla nas może być porozumienie paryskie, mające przeciwdziałać zmianom klimatu.

– Ludzie przemówili. Ich przekaz jest jasny. Czas się kończy. Ludzie chcą abyście wy, decydenci polityczni, zaczęli działać – podkreślił Attenborough.

– Dalsze istnienie naszej cywilizacji i świata naturalnego jest w waszych rękach – zwrócił się do liderów krajów, biorących udział w szczycie.

92-letni David Attenborough za działalność naukową otrzymał od królowej Elżbiety II tytuł szlachecki. Został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego oraz przyjęty do Royal Society. Ukończył zoologię, w BBC pracuje od 1952 roku. Dla stacji nakręcił wiele filmów przyrodniczych.

Na filmach Attenborough wychowują się kolejne pokolenia. W serii „Błękitna planeta” zwrócił on uwagę na zanieczyszczenie oceanów, co uświadomiło masową widownię o istnieniu poważnego problemu. Inne ważne filmy w dorobku Attenborough to ”Życie na Ziemi”, ”Żyjąca planeta”, ”Na ścieżkach życia” czy ”Życie ptaków”.

Konferencję klimatyczną ONZ w Katowicach zainaugurowano oficjalnie w poniedziałek, 3 grudnia. W wydarzeniu brały udział głowy państw i szefowie rządów na czele z prezydentem Dudą, a także przedstawiciele ONZ z sekretarzem generalnym Antonio Guterresem.

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres przekonywał w swoim wystąpieniu, że COP24 jest najważniejszym tego typu spotkaniem, odkąd podpisano Porozumienie paryskie.

https://kultura.onet.pl/film/wiadomosci/david-attenborough-zaglada-naszej-cywilizacji-majaczy-na-horyzoncie/ybcc9ex?utm_source=kultura_viasg&utm_medium=nitro&utm_campaign=allonet_nitro_new&srcc=ucs&utm_v=2

Obraz może zawierać: tekst

Reklamy

Wspólny obiad i wspomnienia!

Obraz może zawierać: dom, chmura, niebo, roślina i na zewnątrz

Zupełnie bez żadnej okazji pojechałam z Mężem do innej miejscowości na obiad.

Miejscowość oddalona od naszej o jakieś 20 kilometrów, a w niej ulubiony, ze smacznym jedzeniem „Big Bar”, w którym jedzą najczęściej kierowcy tirów, ale nie tylko.

Jedzenie jest iście domowe i dlatego lubimy kuchnię tego baru.

Obsługa bardzo miła i do tego nie czeka się na dania zbyt długo, a zamówiliśmy sobie zupę grzybową, a do tego placek cygański z warzywami.

Na stole stała świeczka i Mąż poprosił kelnerkę, aby dla nas ją zapaliła, a obserwowały nas dwie seniorki, które przyjechały na ciasto i kawę i obdarzyły nas przyjaznym uśmiechem, a mnie było strasznie miło.

Tak sobie myślę, że takie wyjazdy, tylko we dwoje są sprawdzianem dla nas, czy potrafimy wciąż ze sobą rozmawiać będąc 43 lata po ślubie.

Inaczej się zachowujemy we wspólnym zamieszkaniu, gdzie jest masę bieżących spraw do obgadania, a inaczej jest, kiedy jesteśmy na neutralnym gruncie i okazało się kolejny raz, że jest dobrze i wciąż mamy wspólne tematy do pogawędek.

Czekając na nasze zamówione dania zaczęliśmy wspominać nasze dzieciństwo i jak one nas ukształtowało?

To były lata 60-te, 70-te, kiedy to dorastaliśmy w Polsce siermiężnej, ponurej, szarej, a nasi rodzice robili wszystko, abyśmy wyszli na ludzi.

Mąż wspominał swoją Mamę, która latem przynosiła mu na plażę kanapki ze smalcem i posolony świeży ogórek oraz zsiadłe mleko.

Ja wspominałam swoje drzewo z innej plaży, pod którym czytałam książki, ale los tak chciał, że spotkaliśmy się, kiedy mój Mąż z rodzicami przeprowadził się do tej samej, blokowej klatki i tak się to wszystko potoczyło, że wciąż jesteśmy razem.

To były czasy, kiedy dzieci były podwórkowe z kluczem na szyi i żaden psycholog nie podpowiadał naszym rodzicom jak mają wychowywać swoje dzieci, a było to tak jak w tekście wklejonym z sieci – poniżej i także jak wyglądała Polska, kiedy my dzieci – wchodziliśmy w dorosłość i mieliśmy już swoje dzieci:

Zdjęcia pobrane z sieci ze strony facebookowej, które zatrzymały w kadrze moje życie w Polsce, kiedy Wałęsa wyrywał kraj spod buta Rosji.

Było smutno, ale byliśmy młodzi i pokonaliśmy transformację, o której ówcześni, młodzi nie mają zielonego pojęcia, ile nas kosztowało, aby przeżyć:

Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią nasze szalone lata 80.:
  • Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
  • Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
  •  Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.
  • Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.
  • Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
  • Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.
  • Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą do niej wracać.
  • Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.
  • Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze.
  • Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
  • Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy  pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.
  • Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
  • W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.
  • Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.
  • Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
  • Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
  • Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył, po tej czynności, rąk.
  • Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień dobry i nosić za nią zakupy.
  •  Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.
  • Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
  • Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
  • Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
  • Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
  • Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
  • Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
  • Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
  • Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
  • Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie brzydził.
  • Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
  • Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
  • Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i wycierania ust rękawem.
  • Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
  • Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie dawać radę sami.
  • Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
  • Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych wychowawców.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt  nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!
Obraz może zawierać: 1 osoba, w budynku

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi, jedzenie i w budynku

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie siedzą i w budynku

Obraz może zawierać: 2 osoby, na zewnątrz

Obraz może zawierać: 3 osoby, na zewnątrz

Obraz może zawierać: 1 osoba, na zewnątrz

Obraz może zawierać: 3 osoby, uśmiechnięci ludzie, ludzie stoją, dziecko i w budynku

Obraz może zawierać: 2 osoby, ludzie stoją

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba

Obraz może zawierać: 1 osoba, roślina i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 2 osoby, na zewnątrz

Obraz może zawierać: ludzie stoją

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi, śnieg i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 1 osoba, kapelusz, dziecko, na zewnątrz i zbliżenie

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi i na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, samochód i na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, dziecko i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 3 osoby, ludzie stoją i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 17 osób, tłum i na zewnątrz

Obraz może zawierać: na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 6 osób, rower i na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie stoją i w budynku

Obraz może zawierać: 3 osoby, w budynku

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi i w budynku

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 7 osób, ludzie stoją i w budynku

Obraz może zawierać: 1 osoba, motocykl i na zewnątrz

Zawsze trzeba dać drugą szansę!

 

Dzisiaj, tj. 26 listopada 2018 roku Małgorzata i Donald Tusk obchodzą swoją 40 Rocznicę Pożycia Małżeńskiego.

Piszę z dużej litery, bo to w dzisiejszych czasach jest już mało  spotykane, że małżeństwa trwają tak długo.

40 lat wspólnego życia, to wymaga od obojga wielkiej miłości, determinacji, pokonywania życiowych trudności, rozłąki i dlatego podziwiam takie pary, które mimo wszelkich życiowych zawirowań potrafiły być wciąż ze sobą.

Autorką zdjęcia jest Kasia Tusk – córka Tusków, która na Instagramie napisała, że wraz ze swoim mężem przebiją tę rocznicę, a Donald Tusk jej odpisał, że to wcale nie jest takie łatwe!

Oczywiście, że nie jest łatwe życie przy boku polityka, który więcej czasu jej poświęca, a rolą żony jest się z tym pogodzić i dźwigać na swoich, kruchych barkach całą rodzinę, w której pojawiły  się dzieci!

Dlatego oboju życzę wszystkiego najlepszego i jeszcze długich lat w szczęściu i zdrowiu.

Gdzieś czytałam, że w Ich małżeństwie pojawiła się rysa, krzywa, zakręt, ale napiszcie mi, w którym małżeństwie się nie pojawiają kryzysy?

Najważniejsze jest to, aby przetrwać, pokonać i być wciąż razem!

Być może, że ta właśnie para niedługo stanie się Parą Prezydencką, która godniej nas będzie reprezentować, aniżeli ta z nazwiskiem Duda.

W takich sytuacjach, kiedy czyta się o szczęściu w małżeństwie, to automatycznie włączają mi się moje wspomnienia.

Obliczyłam ile lat jesteśmy razem i wyszło, że 24 stycznia 2019 roku będziemy obchodzili 43 rocznicę naszego małżeństwa.

Biję się w piersi i pamiętam nasze kryzysy, a było ich sporo i nasze małżeństwo było na krawędzi i obiło się o sprawę rozwodową.

Rodzina radziła rozwód, rozwód, rozwód, ale nie miała pomysłu na moje życie z dziećmi – samej!

Gdzie bym miała po rozwodzie zamieszkać? Z czego bym miała żyć, choć pracowałam – na to już nie mieli pomysłu i musiałam walczyć i musiałam dać kolejną i kolejną szansę, choć mnie to kosztowało prawie utratę zmysłów!

Wiecie ile jest durnych kobiet, z którymi mężczyźni zdradzają swoje żony, które myślą, że ten facet zostawi żonę i rodzinę i zamieszka z nią?

Jest tych naiwnych cała rzesza, które myślą, że są najlepsze, bo on z żoną nie śpi i wcale nie są ze sobą!

Niestety, ale jakże często się zawodzą i święta spędzają same, bo kochanek spędza je z mądrą żoną i udanymi dziećmi!

Poznaliśmy się w 1973 roku i chodziliśmy ze sobą parę lat.

Pobraliśmy się w 1976 roku i tak zostanie już do naszego końca, bo oboje zdajemy sobie sprawę z tego, że los nas połączył na zawsze i dopiero teraz zdajemy sobie sprawę z tego, że popełnione błędy tylko  umocniły nasz związek.

Wszystko, co wypracowałam w moim małżeństwie jest moją zasługą, bo na rodzinę nigdy nie mogłam liczyć i jestem z tego dumna!

 

Obraz może zawierać: 2 osoby, ludzie stoją i w budynku

 

Obraz może zawierać: 2 osoby

Magiczne słowo – „KOCHAM”

 

Taka jest kolej rzeczy, że my Matki rodzimy dzieci i chcemy wychować je tak, by były dobrymi i wartościowymi ludźmi, abyśmy były z nich dumne.

I ja urodziłam dwoje dzieci i jestem z nich szalenie dumna, choć wiem, że żyją one już własnym życiem, do którego nie mam prawa się wtrącać.

Kiedy ja już jestem na emeryturze, a dzieci mają swoje życie, swoje domy, swoich współmałżonków i w końcu swoje dzieci, to staram się o nich pamiętać i kibicuję, aby wszystko im się układało.

Odeszły z domu, zamknęły drzwi po tamtej stronie i pozostała pustka, z którą borykałam się 3 lata, aż w końcu zaakceptowałam fakt, że tak to wygląda, że dzieci odlatują z gniazda.

Z pewnością oboje z Mężem popełniliśmy jakieś błędy, które nasze Dzieci pamiętają, ale kto ich nie popełnia?

Kochamy nasze Dzieci, choć czasami się z nimi spieramy z powodu różnicy pokoleń, ale staramy się uczyć na swoich, popełnionych błędach.

Nie raz przepraszałam nasze Dzieci za te niedociągnięcia, bo któż ich nie ma na sumieniu i z tego powodu często się gryzę i robię rachunek sumienia.

Agnieszka Chylińska – rockowa piosenkarka, bardzo kolorowa i kontrowersyjna udzieliła obszernego wywiadu na temat relacji ze swoimi rodzicami i jak one wpłynęły na jej dalsze życie.

Wywiad jest szczery i uświadomił mi jak wpływa relacja każdego dziecka z rodzicami na dalsze życie i ile czasami nasze dzieci mają w sobie pretensji zapisanych w sercu i w duszy.

Wiem jedno, że należy naszym dzieciom mówić często jak są dla nas ważne i to, że je kochamy bez względu na orientację, dokonania życiowe i kontrowersyjne życie.

Agnieszka Chylińska jako piosenkarka nie jest z mojej bajki, ale szanuję ją jako dorosłą kobietę, która w swoim, burzliwym życiu przeszła przez wiele zakrętów po drodze.

Jednak kiedy powiedziała, że każdego dnia walczy o siebie (podobnie jak ja), to stała mi się bliska i zdałam sobie sprawę z tego, jak ważna jest relacja dzieci i rodziców i to, co wynosimy z domu rodzinnego.

Zdałam sobie sprawę z tego, że ja jako matka nie jestem wylewna i może trochę zimna i zbyt mało mówię moim Dzieciom, że je kocham do utraty tchu.

Moje Dzieci są największym osiągnięciem w moim, już długim życiu i postaram się okazywać swoje uczucia częściej.

Tak mało bywamy ze sobą, bo najczęściej podczas uroczystości rodzinnych, ale mamy dostęp do sieci i tam się spotykam ze swoimi Dziećmi, a więc tym sposobem postaram się okazywać Im tych uczuć więcej.

Może piszę banały, ale Agnieszka Chylińska otworzyła mnie na relacje ze swoimi Dziećmi i uświadomiła, aby nie zamykać się w swoich chorobach, czasami samotności, a być z Nimi i mówić, pisać jak są dla mnie ważne.

To moje Dzieci i moja duma!

„Warto mnie kochać, mamo”. Chylińska w szczerym wywiadzie opisała, co czują setki kobiet.

Odkąd został opublikowany, media rozkładają go na czynniki pierwsze. Boleśnie szczery wywiad, który pojawił się na oficjalnym kanale YouTube Agnieszki Chylińskiej to wyjątkowa publikacja. Nie dlatego, że piosenkarka przeklina, mówiąc o swej relacji z Jezusem, czy z powodu wyznania, że chciała popełnić samobójstwo, co wyłapały portale plotkarskie. Chylińska mówi o czymś, co dotyczy każdego z nas i towarzyszy nam do końca życia. O relacji z rodzicami.

Agnieszka Chylińska starszemu pokoleniu znana jest z wizerunku buntowniczki, mocnej muzyki z emocjonalnymi tekstami i ciętego języka. Młodszemu – z kolorowych fryzur, radiowej muzyki i programu „Mam talent”. W rozmowie, którą nazywa „wywiadem życia” wyjaśnia, co działo się za kurtyną metamorfoz.

Wilczy bilet
Przez 25 minut Chylińska porusza masę wątków. Z jej ust padają wyznania, że modli się, by przetrwać dzień, opisuje, jak trudny był początek jej kariery, dowiadujemy się, że jeden z mężczyzn zrobił z jej serca tatar. Jednak w tej historii pojawia się wątek, który łączy pozostałe w spójną całość.

To szczere i bezpardonowe opisy relacji z rodzicami. To ona zdaje się rzutować na to, co tu i teraz czuje Chylińska. W jej słowach odnaleźć można krajobraz uczuć dorosłej kobiety, za którą ciągnie się widmo udowadniania, że zasłużyła na miłość.

„Dostałam od rodziców wilczy bilet na odchodne. Wedle matki byłam artystką ze spalonego teatru, a wedle ojca wielkim rozczarowaniem” – mówi w wywiadzie Agnieszka. Ten zawód i brak wsparcia ze strony rodziców zdaje się ubytkiem, który nie znika nigdy.

Na pytanie Edwarda Miszczaka, kiedy poczuła, że rodzice jednak są z niej dumni, Chylińska odpowiada: „Wiesz, jak to jest w sercu dzieciaka? No i co z tego? (…) Nie jest miarą ten moment, w którym już osiągnąłeś sukces. Nawet jeśli to jest twój ojciec i twoja matka. (…) Nie mogłam tego pojąć, że obcy ludzie dają mi wsparcie, a oni nie (…) Potrzebowałam telefonu od matki i słów: córeczko, dasz radę. A nie milczenia”.

Te słowa Agnieszki to bolesny dowód, że niektórych błędów rodzicielskich nie da się odkręcić. Że nie jest sztuką doceniać własne dziecko, gdy jest ładne, mądre i podejmuje rozsądne decyzje. Sztuką jest widzieć w nim wartość i wspierać je, kiedy robi rzeczy niezrozumiałe, a jego osiągnięciami nie można pochwalić się przed znajomymi.

Te słowa Agnieszki to bolesny dowód, że niektórych błędów rodzicielskich nie da się odkręcić. Że nie jest sztuką doceniać własne dziecko, gdy jest ładne, mądre i podejmuje rozsądne decyzje. Sztuką jest widzieć w nim wartość i wspierać je, kiedy robi rzeczy niezrozumiałe, a jego osiągnięciami nie można pochwalić się przed znajomymi.

Platyny spadają
„Wszystkie trofea i płyty, które dostaję, przynoszę mojej mamie. (…) Cały czas udowadniam: warto mnie kochać, mamo. Warto mi zaufać, mamo. Ale jak tylko coś pójdzie nie tak, jest to samo: a widzisz, można było tę maturę zrobić. Wszystkie platyny ze ścian spadają, bo ta znowu ma wątpliwość” – mówi Chylińska w wywiadzie.

Platyny w opowieści Agnieszki są metaforą życiowych osiągnięć, które ma każdy z nas i które wiele z nas, tak jak Chylińska, przynosi na tacy rodzicom, by tylko poczuć, że są z nas dumni. Że w końcu są zadowoleni. Chylińska kilka razy powtórzyła w rozmowie, że nie potrafi niczego robić dla siebie. Że zawsze wydawało jej się, że jak uszczęśliwi innych, to inni uszczęśliwią ją. Na ten schemat „łapie się” wiele kobiet…

„Pani mówi o sobie? Mam wrażenie, że o mnie”
Gros internautów zareagowało na wywiad bardzo emocjonalnie. Zresztą na mnie (a nie jestem fanką Chylińskiej) i na moich koleżankach po fachu, jej słowa zrobiły wielkie wrażenie. I to nie dlatego, że wywiad jest znakomicie zmontowany, wyciszone są wszystkie wybuchy śmiechu, a słowa dobrane jak w dobrej literaturze. Artystka swoim wyznaniem trafia w sedno – ten błąd popełnia wielu rodziców, dlatego tak wiele z nas czuje się dziś tak samo.

„Demony, które krążą wokół mojej głowy, są okrutne. Są skazujące i osądzające. Są prokuratorami, a ja nie mam w swojej głowie adwokata” – mówi Chylińska. Ten stan zna masa kobiet – kiedy czujemy się niedostatecznie dobre i zamiast się pocieszyć, automatycznie wymierzamy sobie karę.

Internautki piszą: „pani mówi o sobie? Myślałam, że o mnie”, „widzę, jak bardzo jesteśmy do siebie podobne”, „pełna identyfikacja”. Niektóre dziękują, bo są mamami córek i ten wywiad okazał się dla nich przestrogą i inspiracją.

Poza tym Chylińska mówi o zwykłych bolączkach wielu mam. „Bardzo chciałam być normalna, bardzo chciałam być w domu. A jeszcze najbardziej smutne jest to, że ja chciałam być w tym domu szczęśliwa (…) Nie jestem doskonałą mamą. Mam po ojcu to, że on był fantastyczny, ale było go bardzo mało w domu. Ja też jestem fantastyczna przez te chwile, kiedy jestem z dziećmi. Natomiast głównie mnie nie ma”.

Głośne przyznanie, że życie rodzinne może rozczarowywać, przynosi ulgę. Bycie mamą może być trudne, czasem nieznośne, a jednocześnie bywa dla kobiet najważniejszą rolą. Słowa Chylińskiej trafiają w samo sedno: „Musisz pomieścić: i dziwkę, i kobietę. I mamę, i dziewczynę, która jeździ Fordem Mustangiem. I jak to pomieścić, jak to poukładać?”

Agnieszko, tego wywiadu matki długo ci nie zapomną. Dzięki!

Tandeta w języku polskim!

Znalezione obrazy dla zapytania dzieci technologii
Starzeję się!

Dziś obejrzałam reklamy, bo uciec się od nich nie da i chyba w dwóch kompletnie nie zrozumiałam, co reklamują i o co w tych reklamach chodziło!

Prawie ani jednego słowa po polsku, a prawie wszystko po angielsku, a ja angielskiego nie znam.

W telewizji też są niby polskie programy, ale na licencjach zagranicznych i tak mamy program modowy „Top Model”, albo kulinarny „Master Chef”, albo program muzyczny pod nazwą „Voice of Poland”.

Dochodzi też do tego, że zaczynam nie rozumieć swoich Wnuków, które już posługują się swoim językiem – dla mnie obcym.

Nawet nazwy bajek są dla mnie niezrozumiałe, bo np.: „Ninjago: Mistrzowie Spinjitzu (Lego)”,  „Umizoomi 3″.

Było parę razy tak, że Wnusia chciała bawić się w jakąś grę w moim laptopie i wybaczcie, ale nie zapamiętałam jej nazwy!

Technologia jest w rozkwicie i młodzież gra godzinami w jakieś gry i pokonuje coraz wyższy level, a to chyba oznacza na wyższy poziom?

Pamiętam moje nauczycielki języka polskiego, które posługiwały się piękną polszczyzną i aż miło było je słuchać, a teraz jest językowa tandeta, a więc język skrótowy, szybki, bez treści i tak mamy:

Siema, lol, git – czyli język współczesnej młodzieży.

„Idziemy na chate. Będzie niezła impra. Zapodamy proszki,  złapiemy haluny i odlot. Potem kolejna kreska, działka i znowu faza.”

Powyższa wypowiedź jest typowym przykładem slangu młodzieżowego, czyli stylu potocznego, niestarannego w którym przeważają krótkie zdania i skróty myślowe. Jest to język nacechowany humorem i ekspresywnością, zazwyczaj niezrozumiały dla postronnych osób. Przysłuchując się młodym ludziom można usłyszeć, że coś jest „odjechane” czy „spoko”. Innym razem że „obciachowe” i lipne. Młodzież coraz częściej i sprawniej tworzy nowe słowa. Slang stał się językiem ciągłej zmiany, stale przekształcającym się i płynnym. Jak się okazuje, ilość nowych zwrotów i udoskonalonych o nowe znaczenie starych słów, jest ogromna. Powstające wyrazy są najczęściej zapożyczeniem z języka angielskiego np. cool (fajnie), pliska (proszę), lukać (patrzeć), czy dżamprezka (przyjęcie, zabawa). Język młodzieżowy korzysta także z innych źródeł, są to zapożyczenia z kultury hip-hopowej, rockowej, masowej oraz mediów. Częste jest również posługiwanie się wulgaryzmami. Niestety wzbudza to wiele kontrowersji. Bardzo często język używany przez młodych bulwersuje osoby starsze i  wywołuje negatywne odczucia. Dorośli twierdzą że młodzież w ten sposób ogranicza swój zasób słownictwa i kaleczy poprawną polszczyze. Według językoznawców dzieje się tak dlatego ponieważ młodzież coraz rzadziej siega po wielostronicowe pachnące niepowtarzalnym bibliotecznym zapachem książki. Nie biorą jednak pod uwagę tego, że tworzenie własnego jezyka daje młodym ludziom poczucie swobody, wolności a także indywidualizmu. To prawda że slangiem nie powinny być pisane wypracowania, eseje  czy pisma urzędowe, ale to nie znaczy, że język ten jest zły. Przede wszystkim wzmacnia poczucie więzi miedzy daną grupą środowiskową a także buduje własną niezależną tożsamość.

Poniżej przedstawiam kilka tekstów dzisiejszej młodzieży:

Rozkminiać – zastanawiać się

Miksować klimaty – zmieniać odwiedzane miejsca

Czaić baze – rozumieć coś

Ściema, zmyła – kłamstwo

Towar, dragi, czady, materiał  – narkotyki

Ćpun, grzejnik, trawiarz, klejarz – narkoman

Wymiatać – być najlepszym w jakiejś dziedzinie

 

A jakie teksty Wy pamiętacie ze swoich czasów? 😉

https://grupatrzecia.wordpress.com/2012/05/25/siema-lol-git-czyli-jezyk-wspolczesnej-mlodziezy/

Obejrzyjcie poniższe video o tym jaka nastąpiła zmiana pokoleniowa.

Jeszcze trochę, a babcie i dziadkowie kompletnie nie złapią wspólnego języka ze swoimi wnukami.

Przerażające!

 

Rodzice się starzeją – choroby – opieka!

 

Podobny obraz
„Nienawidzę swoich rodziców. Nie będę się nimi opiekować” Czy zawsze jesteśmy winni starszemu pokoleniu pomoc?

Pierwszy SMS był krótki: „Marcin, z tatą gorzej. Przyjedź, proszę”. Drugi, trzeci, czwarty już dłuższe. „Będziesz żałował, a jeśli on umrze? Nigdy nie porozmawiacie. Po co ta złość? To w końcu nasz ojciec. Nawet dla mamy tego nie zrobisz?!”.

To ten, na którego Marcin odpisał. Wiedział, że jego siostra wypiła za dużo wina. Tylko wtedy mówiła, co myśli: Jesteś egoistą. Wiem, że cię skrzywdzili, mnie też. Ale jestem inna niż ty”. „Właśnie. Inna. Ty rób co chcesz. Wolisz zapomnieć? Twoja sprawa” napisał.
W końcu wiadomość od ojca: „Przyjedź”
Żona Marcina, matka jego dzieci: „Kochanie, ja tego nie rozumiem. Powinniśmy opiekować się rodzicami, to nasz obowiązek”.

Marcin: „Każda dobra pamięć jest wybiórcza. Podobno. Traumy się zapomina. Nie zapomniałem swoich. Nie jestem nic winny rodzicom, mogą umrzeć. Mam znajomych z toksycznych domów. Znajomi mają po trzydzieści, czterdzieści lat. Silni, niezależni. W środku dygot. Bo mama powiedziała „be”, bo tata powiedział „fe”. Bo ojciec pije, bo matka płacze. Wykładają na rodziców kasę, znoszą pretensje i manipulacje. Wyrzucają kasę na psychologów. A rada jest jedna: odciąć gówno.

„Źle się uczysz? Zajeb….Cię”
„Po co Ci okrucieństwo?” piszę.
Marcin: „To nie okrucieństwo. Nie oceniaj mnie”.
Chłopiec ma 8 lat. Brzydko pisze: „Ale ma kota”. Szlaczków ładnych też nie potrafi robić. „Przyjdzie ojciec, to zobaczysz” mówi matka. Chłopiec się boi. Kroki na schodach, szuranie butów, odgłos płaszcza, który ląduje na wieszaku. I matka; „Kochanie, tu masz ziemniaki, kotlet, coś jeszcze?”. I: „Nie mam do niego siły, on w ogóle nic nie potrafi”.

Marcin: W moim domu śmierdziało strachem. Jej. Moim. Naszym. Nie bił tylko siostry. „Jesteś taką moją blondyneczką” powtarzał. Nienawidziłem jej.

„Jak napisałeś tę literkę? Jak ją, ku….a napisałeś?! ” wrzeszczy ojciec.
„Normalnie napisałem” mówi cicho chłopiec. Mocny cios. Czasem jest to deska. Twarda i długa. Część boazerii tak wtedy modnej. Trwa remont. Czasem jest to pas, który ojciec ściąga powoli patrząc chłopcu w oczy. Czasem ręka.
Marcin po latach zapisze: „Chodzi o ból, który pociąga cię na dno, o nieprzewidywalność, niesprawiedliwość. I upokorzenie, bo ktoś bije cię wszędzie. I wszystkim. Przecież ja miałem osiem lat, nie wiedziałem jak się pisze literki. I nie rozumiałem dlaczego ktoś wali mnie deską po głowie. Jest 1986 rok. Nie ma policji, nie ma mediów. Przemoc toczy się w większości domów. Nikt o tym nie mówi. Matki nas nie bronią”.

„Odchodzę od Twojej matki. To dziwka”
Z szafy wylatują krawaty i skarpetki. Ojciec wrzuca rzeczy do czarnej, podniszczonej walizki. Słychać odgłos otwieranego piwa. Marcin uczy się: piwo daje lekkość, daje chwiejny krok, daje krzyk, ale i miękkość. Po piwie ojciec nie jest agresywny. Nawet jeśli się zamachnie, nie zawsze trafia. Marcin lubi piwo.
Gdy rzeczy lądują na podłodze i ojciec upycha je do walizki, Marcin jest bezpieczny. Mówi więc głośno: „Ale co ty robisz, tato?”. Słyszy: „Wyprowadzam się, twoja matka to dziwka”. Podbiega i syczy: Dziwka, kurwa, szmata. Zdechniecie razem. Drzwi trzaskają, ktoś coś słyszy.
Marcin: Cierpiałem, gdy odszedł. Pokaż mi dziecko, które nie cierpi po stracie rodzica. Siadałem przed pustą szafą. Zaklinałem: niech tata przestanie pić, niech mnie kocha, niech tata przestanie pić, niech kocha.

„Zadzwonię. Obiecuję”
Chłopiec ma 10 lat. Często jada obiady u rodziców kolegów z klasy. Tam ojcowie też czasem biją, i piją też. Albo matki. Ale chociaż na obiad jest zupa pomidorowa. I rosół.
Marcin lubi smak marchewki. Jego matka nie gotuje. Wciąż za to płacze. „Ojciec nas skrzywdził, skrzywdził, zostawił” mówi. W białej szafce w kuchni są tabletki. Ona łyka je garściami, bo po nich się śpi. Marcin któregoś dnia łyka je wszystkie. Koleżanka:  Możesz zasnąć na zawsze”. Marcin się cieszy, bo chciałby umrzeć. A potem jest szpital, i płukanie żołądka, i panie w białych fartuchach. „Jemu nic się nie stało, to taka pomyłka” tłumaczy matka. Dzwoni do męża, on już mieszka z inną kobietą. „Zadzwonię, zadzwonię, obiecuję” słyszy.
Marcin: Do dziś nienawidzę słabych kobiet, to udawanie, że nic się nie stało. I miliony obietnic ojca. Że przyjdzie, że zadzwoni, że będzie. Nie przyszedł nigdy.

„Spier… nie mam pieniędzy”
Chłopiec ma 19 lat, zdał maturę, chce jechać do Londynu. Zaczynać wszystko od nowa. Odzywa się do ojca, prosi o pożyczkę. W końcu nie płacił alimentów. W mieszkaniu ojca śmierdzi. Już nie lękiem, ale niestrawionym alkoholem, przegraną. „Jeb się, synu, jeb się” . Kochanka ojca wpycha ojca do łóżka. Pościel jest brudna. Marcin wie. Nawet gdyby ojciec się na niego zamachnął bez trudu by się obronił. „Przepraszam, przepraszam, on ma takie problemy z pracą. Musisz zrozumieć, zrozumieć musisz” kochanka powtarza. Wciska chłopcu banknot, tłumaczy.
On myśli: Jest czulsza niż matka. I bardziej opiekuńcza.

Z maila: „Tych sytuacji było tysiące. Nic, ku… a nie jesteśmy winni swoim rodzicom, którzy się nami opiekowali. Nic nie jesteśmy winni pijakom, ludziom agresywnym, którzy nie dawali nam wsparcia, gdy byliśmy bezradni, mieliśmy kilka lat. Nawet jeśli to nasi rodzice. Dajesz miłość, dostajesz ją w zamian. Nie dajesz, nie dostajesz nic. To matematyka. Dzieciństwo bywa jak nóż w gardle. Nie umiem go wyjąć. Przemoc rodzi przemoc. Złość rodzi złość. Nieuwaga rodzi nieuwagę. W dupie mam rodziców. I to, że ktoś mówi: bądź mądrzejszy, i lepszy. Nie chcę. Mam swoje dzieci, pracuję na wzajemność”.

Odpowiedź: Rodzice pewnie też mieli swoją historię. Twój ojciec….
Marcin: Byłem bity, nikogo nie biję. Byłem zostawiony, nie zostawiam. Nie mam poczucia winy. Uwielbiam swoich synów. Tania ta psychologia. Znam setki ludzi, którzy czują jak ja. Ale trwają przy rodzicach. I marnują życie.

PS. Marcina ojciec umarł na początku sierpnia. Marcin nie pojechał na pogrzeb. Nie odezwał się też do matki.
P.S 2. Ojciec Marcina był inżynierem. Mama redaktorką w dużym wydawnictwie. O Marcinie mówili: „Bo ty jesteś z dobrego domu”.

https://mamadu.pl/120763,nienawidze-swoich-rodzicow-nie-bede-sie-nimi-opiekowac-czy-zawsze-jestesmy-winni-starszemu-pokoleniu-pomoc

SOS – dla małżeństwa!

Znalezione obrazy dla zapytania bliskość senior

Aby nie zgubić po drodze miłości!

To już ponad trzydzieści lat po ślubie, pomyślała i spojrzała nieśmiało na siebie w lustro.

Był wieczór, taki niby jak zawsze, kiedy wieczorem każde z nich szło do swojego pokoju na odpoczynek po całym dniu.

  • O nie, nie może być tak zawsze, do końca życia i poszła do łazienki wziąć wieczorny prysznic.

Ubrała najpiękniejszą koszulę, ułożyła włosy i zrobiła delikatny makijaż.

Spojrzała ponownie na siebie w lustro i stwierdziła, że jest jeszcze fajnie i podobała się sobie.

Wzięła głęboki oddech i weszła do pokoju męża, który czytał w łóżku gazetę.

Spojrzał na nią od niechcenia i nie zauważył jej pragnienia w oczach, a zarazem ogromnego zażenowania.

Stanęła w progu z oczekiwaniem, że zaprosi ją do wspólnego łoża i po prostu przytuli.

  • Chciałaś coś, coś się stało, tylko takie pytanie usłyszała, rzucone za gazety.

  • Nie, nic się nie stało i wycofała się do swojego pokoju, zakrywając załzawioną twarz.

Położyła się w swoim pokoju, pełna tęsknoty za tamtymi latami, kiedy kochali się namiętnie i prawdziwie, a tu już od czterech lat, żyjąc pod jednym dachem, w pięknym mieszkaniu czuje się coraz bardziej samotna.

Pomyślała, że chyba wszystko się już wypaliło i nic ją nie czeka.

Tak bardzo go kocha, a mimo to, nie potrafi mu opowiedzieć, co czuje, co ją uwiera i do czego tak bardzo jeszcze tęskni.

Codzienna rutyna ją zabijała i coraz bardziej czuła się odepchnięta przez swojego kochanego mężczyznę.

O poranku usmażyła kolejny raz mężowi jajko na bekonie, po czym on wychodził do pracy na długie godziny, bez pocałunku i bez grama czułości.

Gdzieś te wszystkie uczucia się zagubiły i to ją okropnie uwierało.

Nie mogła się pogodzić, że być może on już jej nie kocha i go ani troszeczkę nie pociąga.

Przecież nie może tak dalej żyć, wśród niedomówień i pragnienia za czułością, delikatnym dotknięciem, przelotnym pocałunkiem, a o seksie nie wspominając.

Nie może tak być i postanowiła poszukać specjalisty, który pomoże jej odnaleźć się w zaistniałej sytuacji.

Ktoś kto pobudzi ich dwoje do powrotu do siebie, bądź odrzucenia bez względu na wyniki terapii.

Musi to wiedzieć, co między nimi jest jeszcze do ocalenia.

Odda każdy grosz, aby ratować swoje małżeństwo, które po odejściu dzieci z domu, stało się skostniałe, jakby go nie było.

Było by jej łatwiej, gdyby ją opuścił i czułaby się mniej samotna, niż obok niego, który zamknął się w świecie swoich zajęć i rutyny.

Gdyby zechciał jej się zwierzyć z tego, czy ma jeszcze jakieś oczekiwania i pragnienia?

Nie wiedziała o nim nic właściwie i chciała przy pomocy specjalisty na nowo go poznać i rozszyfrować.

Postawiła wszystko na jedną kartę, bo albo się rozstaną, albo na nowo się do siebie zbliżą w oparach nowej namiętności.

Każda kobieta wychodząc za mąż ma swoje oczekiwania i pragnienia.

Każda z nas chce być pożądana przez swojego mężczyznę wybranego spośród miliona innych.

Wychodzimy za mąż, budujemy gniazdo rodzinne, rodzimy dzieci, pracujemy i tak nam ucieka wiele lat.

Nie zauważamy, że obok żyje z nami drugi człowiek, który także ma swoje fantazje i pragnienia.

Jakże często nie rozmawiamy na te tematy, bo wstydzimy się ujawniać nasze najskrytsze myśli.

Mijają lata, dzieci odchodzą z domu i nie potrafimy cieszyć się tą wolnością, przestrzenią, która jest niespodziewanie nam dana.

Codzienne czynności, codzienne przyzwyczajenia zatracają w nas potrzebę bliskości.

Dochodzi do tego także zmiana naszego wyglądu, dodatkowych kilogramów, posiwiałych włosów.

To wszystko oddala nas od bliskich spotkań w sypialni, ponieważ szybko przekreślamy swoją atrakcyjność.

Rezygnujemy z bliskości, obawiając się odrzucenia.

Spoglądamy na siebie w lustro i stwierdzamy, że nie powinniśmy już domagać się seksu, przytuleń, pocałunków.

Oddalamy od siebie swoje oczekiwania, choć pojawiają się nie raz.

Ktoś to wszystko źle urządził, ponieważ kiedy mamy tak wiele czasu na bliskość, odrzucamy ją niejednokrotnie, wstydząc się swoich myśli.

Boimy się rozmawiać o tym z kochanym partnerem i dopóki ktoś z tych dwojga nie przerwie tego przeklętego milczenia, poczujemy nagle, że omija nas jeszcze coś bardzo ważnego w życiu.

Omija nas szczęście jakie może dać nam bliska i kochana osoba z wzajemnością.

Jak to zmienić? Trzeba rozmawiać, a jeśli się nie udaje, trzeba poszukać rady dobrego psychologa, aby nam pomógł przełamać te lody, bo szkoda czasu, ostatniego czasu na miłość.

PS. Moja bohaterka wygrała i jej determinacja sprawiła, że zostały pokonane wewnętrzne obawy przed bliskością, bo sobie założyła, że jeśli on kocha, to do niej mentalnie wróci i przeżyją niejedną upojną noc.

PS. Czytałam w wielu miejscach, że są takie małżeństwa, którym seks nie jest potrzebny, a współżyją ze sobą tylko dla prokreacji i są szczęśliwi i się kochają.

Na tym Świecie wszystko się zdarzyć może i niczemu nie należy się dziwić.

 

Bezstresowe wychowanie – czy to ma sens!

 

Obraz może zawierać: 2 osoby, ludzie siedzą i tekst

Znajomego syn powiedział:

– Nie krzycz na mnie bo pójdę na policję!
Na co znajomy odpowiedzial:
– Idź, zabiorę Ciebie od nas i dadzą do jakiejś rodziny zastępczej a tam nikt nie będzie znosił twoich fochów….a powrotu do domu już też nie będzie.
Chlopak przestraszył się i spokorniał. 
Kiedyś dostał by pasem po dupie i byłby spokój….
Czy kara fizyczna jest czymś do czego rodzic ma prawo czy nie?
Dorosły wie, że jak narozrabia to może trafić do więzienia….I będzie to sroga kara. Dziecko wie że ma prawa, bo wszyscy wybijają mu to do głowy…często  zapomina, że ma obowiązki!

Taki wpis spotkałam na Facebooku i na chwilę się zatrzymałam, bo przypomniałm sobie historię z jakiegoś marketu.

Mama ze swoim dzieckiem robiła zakupy – może dziecko miało jakieś na oko – 6 lat.

Wszystko szło dobrze i mama  spokojnie poruszała się między półkami wkładając do kosza na kółkach artykuły i było tego towaru dość sporo.

Dziecko szło grzecznie przy wózku, ale w pewnym momencie zauważyło pojemnik wypełniony po brzegi kolorowymi pluszakami.

Dziecko podbiegło i wyjęło z pojemnika maskotkę, a kiedy mama kazała mu maskotkę wrzucić do pojemnika, tłumacząc spokojnie, że ma w domu takich maskotek dużo, to dzieciak wpadł w szał.

Zaczął matkę szarpać, pluć na nią, ciągnął wózek i w końcu położył się na podłodze, waląc głową o posadzkę. Matka straciła cierpliwość dając mu w tyłek siarczystego klapsa, co ostudziło skutecznie histerycznego dzieciaka.

Psychologowie piszą wszędzie i edukują rodziców, że nie wolno dzieciom dawać klapsów, gdyż to jest pogwałcenie wszelkich kanonów w wychowaniu dzieci.

Teraz jest bardzo modne wychowanie bezstresowe i klaps uważany jest za przestępstwo.

Byłam też dzieckiem i nie dostawałam klapsów jeno, a byłam regularnie bita przez ojca.

Byłam bita nie z powodu złego zachowania, złych ocen, a za to, że broniłam Matki przed razami, które ojciec stosował kiedy się uchlał.

Pewnej niedzieli wpadł w szał i wybił wszystkie szyby w drzwiach, a wówczas nie wytrzymałam i jako nastolatka pobiegłam na policję, aby go zabrali do wytrzeźwienia.

Przyszła policja, a ojciec siedział w kuchni  spokojnie obierając ziemniaki i się wykpił, a więc nic mu nie zrobili.

Już wtedy wiedziałam, że rodzina katowana i dzieci nie mają żadnej ochrony z żadnej strony i dalej katował rodzinę, bo sąsiedzi słyszeli, ale nikt nie reagował.

Kto nie dał klapsa swojemu dziecku, to niech pierwszy rzuci kamieniem, bo mnie się w życiu zdarzyło i biorę to na klatę, bo w paru sytuacjach nie wytrzymałam, choć teraz się tego wstydzę.

Mamy inne czasy i inne podejście do wychowywania dzieci. Prawo zabrania klapsów, bo nawet dorosły nie chce być uderzony, ale uważam, że teraz dzieci wchodzą rodzicom na głowę i nauczycielom też.

Teraz dzieci myślą, że wszystko im wolno i swoim zachowaniem, jakże często pokazują dorosłym swoją wyższość i tak powstaje błędne koło!

 

Obraz może zawierać: tekst

„Żona” – moje kino!

W zachodniej części Polski skończyła się już piękna, złota jesień i od dwóch dni jest smutno i ponuro.

Pada deszcz i dość mocno wieje wiatr, który strząsa kolorowe liście z drzew, które robią się łyse i złowrogie, zapowiadając długą zimę, którą trzeba jakoś przeżyć.

Bardzo współczuję paniom sprzątającym, które wygrabują złote runo z trawników i pakują je do platikowych worków i tak wielkokrotnie.

No właśnie trzeba przeżyć i trzeba zagospodarować sobie wolny czas, kiedy jest się seniorką!

Zaczynam więc odpalać swoje domowe kino, bo wieczory już są długie, a więc w wolnej chwili lubię oglądać, dobre, porządne kino!

Na blogu mam tag – kino, film i można tym sposobem prześledzić proponowane przeze mnie filmy – gorąco polecam.

Wczoraj wybrałam dla siebie film pt. „Żona” – produkcji szwedzko – amerkańskiej, zrealizowany w 2017 roku z posągową Glenn Close i świetnym Jonathan Pryce.

Mogłabym wkleić na blogu recenzję z sieci i było by szybciej, ale nie chcę tak i chociaż nie jestem na tyle uzdolniona, aby pisać recenzje fachowo, to napisze po swojemu tak jak umiem.

Björn Runge – reżyser tego filmu skierował swój film chyba najbardziej do kobiet, żon, matek, które swoje całe życie poświęcają dla mężczyzny, w którym się zakochały miłością bezgraniczną i najczęściej ślepą.

Joan i Joe poznali się w latach 50-tych i zbudowali swoje szczęście na nieszczęściu innej kobiety, bo Joe był w związku małżeńskim i w tym związku urodziło się dziecko.

Joe był profesorem literatury – początkującym pisarzem, a Joan była jego studenntką i od razu wpadli sobie w oko – zasikrzyło i pojawiła się chemia.

Ona też pisała, ale inna pisarka na pewnym wernisażu powiedziała jej, że książki pisane przez kobiety najczęściej zalegają na półkach i w świecie pisarzy liczą się tylko pisarze.

Poświęciła się więc swojemu małżonkowi, któremu urodziła dwoje, wspaniałych dzieci, ale ich małżeństwo miało swoją tajemnicę, o której nikt na świecie nie wiedział.

Pewnej nocy otrzymali telefon ze Sztokholmu i zostali powiadomieni, że mąż Joan otrzymał nagrodę Nobla za całokształt swojego pisarstwa.

Pojechali na ceremonię i w pokoju hotelowym stało się coś dziwnego.

Żona pisarza zdała sobie sprawę z tego, że swoje, całe życie poświęciła nieudacznikowi, który ją wykorzystał, bo to ona nadawała treść i artyzm w jego powieściach i to ona powinna zostać nagrodzona, gdyż w zamkniętym pokoju, latami poprawiała męża powieści i nadawała im głęboką treść.

Przypomniała sobie o tym jak wiele razy ją zdradzał, kiedy to ona dbała  o jego wizerunkek poprawiając krawaty i muszki i to ona przez 40 lat ich małżenstwa pilnowała, aby zażywał leki i odpowiednio się odżywiał.

Całkowicie poświęciła się swojemu mężowi, aby stał się kimś w świecie pisarzy, ale na rozdaniu nagrody Nobla zrozumiała, że to nie było warte, bo w ten sposób zatraciła swoją, własną tożsamość i godność.

Mąż umarł na atak serca zaraz po przyjęciu nagrody Nobla, kiedy oświadczyła mu, że odchodzi!

Otworzyła w samolocie wracając do Ameryki brulion z czystą kartką, co by oznaczało, że będzie pisała na własny rachunek, bo była piekielnie uzdolnioną pisarką.

Obejrzycie ten film – koniecznie!

Nie liczę na komentarze na ten wpis, bo zwykle tak bywa, że Polacy deklarują miłość do filmów na festiwalach, ale gorzej jest z recenzją!

Znalezione obrazy dla zapytania żona film fotosy

 

W domach z betonu!

Obraz może zawierać: roślina, drzewo, kwiat, tabela, niebo, na zewnątrz i przyroda

Stanisław Dygat

„Po­gar­da jest właści­wa ludziom słabym i nik­czem­nym, którzy usiłują od­wrócić uwagę od drob­nych świństw, przy których po­mocy przedzierają się przez życie.”

Zaczynam swój dzisiejszy wpis od cytatu –  dlaczego? Ponieważ toksyczna seniorka napisała, że ja żyję w jakiejś kiszce liczącej 30 metrów kwadratowych i się mądrzę. A ja się pytam – NO… i?!

Wiem, że ludzie pogardzają tymi, którzy mieszkają w blokach, a nie w wypasionych domkach jednorodzinnych na wsiach, czy też obrzeżach miasta.

My mieszkańcy bloków jesteśmy dla nich grupą w najniższej hierarchii, biedni i zakompleksieni.

Dla nich jesteśmy niczym zaraza skupiona obok siebie i żyjąca w symbiozie, jakiej oni nie znoszą.

Jesteśmy dla nich barachłem, biednym elementem, które do niczego w swoim życiu nie doszło!

Jesteśmy dla nich leniami, którym nie chciało się pracować, aby do czegoś dojść w życiu,  zamiast pławić się w luksusach o powierzchni przynajmniej 200 metrów kwadratowych i poruszać się po wielkim i wypasionym ogrodzie wypełnionym licznymi roślinami z tarasem i najlepiej z basenem. 

Tak sobie myślę, że osoba kpiąca z moich metrów kwadratowych, pewnie tak mieszka i dlatego jest taka złośliwa, bo nie wie, co zrobić z tym swoim szczęściem posiadania. 😀

Pewnie siedzi pod baldachimem z filiżanką kawy w chińskim, porcelanowym kubku i miesza swoją kawkę srebrną łyżeczką, a wynajęta służąca wachluje jej powabne ciało, aby czacha się jej nie przegrzała za bardzo. 😀

Swoje mieszkanie wykupiliśmy z mężem, a liczy sobie blisko 50 metrów kwadratowych.

Mamy dwa pokoje, spory przedpokój, kuchnię wystarczającą i oczywiście wyśmiewany mój balkon.

Po naszej śmierci moje dzieci zadysponują naszym mieszkaniem i dostaną za nie niezłą sumkę, ale póki co, kocham swoje mieszkanie, w którym mieszkam ponad 40 lat i nie zamierzam go zmieniać.

To w tym mieszkaniu wychowały się moje dzieci i wyszły na porządnych ludzi, z których dumna jestem.

To w tym mieszkaniu wydarzyło się całe nasze życie i może przyjdzie mi w nim umrzeć, a bardzo bym chciała.

Obok mojego bloku są inne bloki, w których mieszkają lekarze, nauczyciele i ważni ludzie w moim mieście, bo nie wszyscy chcą, podkreślam chcą się budować, czy też kupować domek jednorodzinny.

Nie wszyscy pragną mieszkać na wsi i dojeżdżać codziennie do pracy, skoro mają wszystko pod nosem i szybko wszędzie. 

Młodzi ludzie nie garną się do wsi, a starzy często sprzedają domki i wracają do bloków, aby resztę życia spędzić sobie w wygodnych warunkach z ciepłą wodą w kranie i ogrzewaniem c.o.

Sama znam takich, którzy po latach mieszkania w domku jednorodzinnym, nagle na stare lata, kiedy brakuje sił na utrzymanie domku i ogrodu, wprowadzają się do niewielkich mieszkań w bloku i najlepiej do pierwszego piętra, aby mieć siłę wejść po schodach.

Spytałam swoich starszych znajomych swego czasu, czy chcieli by zamieszkać gdzieś z dala od zgiełku miasta, a Oni mi na to, że nigdy w życiu. bo domek na wsi, to owszem, ale wyłącznie na wakacje.

Nie lubimy małych miejscowości gdzie każdy o każdym wszystko wie i robactwa latającego w koło, szczekających w nocy psów, ciemności, nieodśnieżonych dróg, grzebania się w ziemi w ogrodzie, naprawiania wszystkiego samemu, odległości od wszelkich sklepów i rozrywek jakie daje miasto, a także słabej komunikacji i możliwości, że nie dojedzie karetka pogotowia – tak mniej więcej mi odpowiedzieli.

Każdy swoje metry w bloku urządza po swojemu i z reguły są to przemyślane i coraz ładniejsze wnętrza.

Bloki są odnawiane i ocieplane, a samorządy blokowe dbają o czystość w koło i zieleń, aby każdemu miło się żyło w tej blokowej społeczności.

U mnie są ławeczki i trawniki, a klatka pilnowana domofonem, czysta i spokojna. Sąsiedzi dbają, by był porządek i starają się, by innym nie zakłócać  spokoju.

Naprawdę żyje się się w bloku całkiem miło, ale to wszystko zależy od świadomości społecznej. 

Dla niektórych wieś jest szczytem marzeń i domek jednorodzinny, a inni wybierają życie w społeczności i to jest indywidualny wybór, a więc nie potępiajmy innych za te wybory, a wieś i owszem, ale najpiękniej dla mnie już teraz  – wygląda w wierszach, ponieważ była i jest natchnieniem poetów.

Ludmiła Marjańska

Lato na wsi

Marii i Wiesławowi Feduniewiczom

Susza. Spękana ziemia. Nawet kret
chowa się głębiej w korytarze chłodu.
Wody brakuje w studniach. Strumień
wysechł i mostek śmiesznie zawisł w próżni.
Upał wysysa sok z czarnych porzeczek,
maliny jak suszone korale na krzaku.
Bielinek niestrudzenie lata nad grządkami
młodej kapusty, lekki jak powietrze,
wolny od trosk o jutro.
Pełnia lata. Siano w brogach schnie.
Konie rżą.
Na pagórach wiszą mgły poranne,
zanim słońce z nich zrzuci przejrzyste koszule
i zalśni – bezlitosne jak wspaniały władca
złotą kolczugą okryty
i tak spragniony, że gotów jest wypić
nie tylko Wiar , Turnicę, San,
lecz Jezioro Solińskie.
Wtedy na mieliźnie
osiądą wodne rowery, łodzie i stateczki,
a jachty zwiną skrzydła jak bielinki
pod koniec upalnego dnia. Z wieczorem
przyjdzie uspokojenie.
Siądziemy pod gruszą
pijąc schłodzone wino i będziemy mówić
o Pogórzu Przemyskim, Bieszczadach, o życiu
w mieście i na wsi,
o tym jak się rodzą wiersze
i legendy.