Archiwa tagu: dzieci

Dziecięca cyberprzemoc!

 

Podobny obraz

Dzisiaj, od miesiąca gościłam w domu moje Wnuki i ich Rodziców.

Zobaczyłam jak przez ten czas podrosły i niedługo, bardzo niedługo, staną się nastolatkami, ku mojemu zdziwieniu, że czas leci jak szalony, a przecież niedawno były niemowlakami.

Urosły, dojrzały i tak patrzę na nie i słucham, to stwierdzam jakże inne mają dzieciństwo od dzieci urodzonych w czasach słusznie minionych.

Teraz dzieci są bystrzejsze, bardziej mądrzejsze i po prostu inne ode mnie, kiedy byłam dziewczynką, a to chyba za sprawą nowoczesnej technologii, w której siedzą, czyli w samrtfonach i tabletach.

Ja w wieku moich Wnuków każdą wolną chwilę spędzałam na podwórku, czyli na świeżym powietrzu, często z kluczem na szyi.

Nikt się w tamtych czasach nie przejmował zagrożeniami, pedofilią, bo rodzice pracowali, a my – dzieci żyliśmy w grupach podwórkowych i musieliśmy sobie sami dawać radę!

Nikt nas nie odprowadzał do szkoły i pamiętam, że sama codziennie pokonywałam trasę do szkoły po 2 kilometry tam i z powrotem w słońcu i w deszczu i musiałam sobie radzić, kiedy Mama była w pracy.

Do dzisiaj na swoim ciele mogę odnaleźć 7 blizn, bo szlałam na podwórku spadając z roweru, drzewa, albo potykałam się o podwórkowe przeszkody.

Nikt specjalnie nie kontrolował tego, co miałam zadane do domu i lekcje odrabiałam bez pomocy, a teraz rodzice trzęsą się na swoimi dziećmi i w wielu sprawach są blisko – na wyciągnięcie ręki, aby tylko je chronić.

Faktycznie w sieci czyta się teraz wiele ile zagrożeń czyha ma małe dzieci i może dlatego rodzice są wyczuleni i pilnują, aby tylko zło tego świata nie dopadło ich latorośli.

Czasy się zmieniły i dzieciaki mają smartfony, tablety, laptopy i wcale ich nie trzeba uczyć obsługi tego sprzętu, bo rodzą się z tym, jakby wyssały to z mlekiem matki.

Moje też mają taki sprzęt, bo rodzice chcą mieć kontakt ze swoimi dziećmi i tak je kontrolują i sprawdzają, czy nie dzieje się coś złego.

Można się opierać temu, żeby swojemu dziecku nie kupić smartfona, by je chronić przed głupotami znajdujących się w sieci, jak durnowane filmiki na YT.

Nie kupisz dziecku takiego telefonu skazuje się je na pogardę rówieśników, a kiedy kupisz, to musisz sprawdzać, co to dziecko w sieci robi i dawkować mu siedzenie z Wi-fi.

Dziś się dowiedziałam, że 9 letnie dzieci spotykają się w grupach na jakimś portalu i wymieniają między sobą opinie na temat wyglądu, ubierania się i dochodzi tam do ostrej rywalizacji, a kiedy ktoś się nie spodoba, to zbiera straszne opinie i jest hejtowany.

Jeden z chłopców ostrzelany i hejtowany napisał, że nie ma po co żyć!

Takich sytuacji jest coraz więcej i nastolatki popełniają samobójstwa, bo są zastraszane przez równolatów:

 

Zabiła się, bo była prześladowana przez koleżanki. Rodzice pozywają szkołę.
– Mamy nadzieję, że nasz pozew zwróci szerszą uwagę na epidemię cyberprzemocy – mówi rodzina ofiary. Dwunastolatka z New Jersey popełniła samobójstwo, bo była atakowana przez rówieśników w szkole i mediach społecznościowych.
Mallory Grossman z Rockford w stanie New Jersey miała 12 lat, kiedy w czerwcu ub.r. popełniła samobójstwo. Wcześniej przez dziewięć miesięcy była wyśmiewana i prześladowana przez kolegów z klasy w szkole i w mediach społecznościowych.
„Zabij się, wszystkim nam ulży”
Dziś rodzice dziewczynki, Dianne i Seth Grossman, pozywają Copeland Middle School, czyli szkołę, do której chodziła ich córka, a także miejscowe władze edukacyjne. Przekonują, że nie dopełniły swoich obowiązków, choć powinny były chronić ich dziecko przed prześladowaniem.
Państwo Grossman przypominają, że wielokrotnie alarmowali szkołę, że ich córka jest celem niewybrednych żartów i docinków ze strony koleżanek, które przy każdej okazji obrażały ją, wyśmiewały się z jej wyglądu, a nawet sugerowały samobójstwo. „Dlaczego się nie zabijesz, wszystkim nam by wreszcie ulżyło” – miały do niej pisać.
– Nie chodzi tylko o Mallory, ale o dzieci czy wnuki każdego z nas – przekonuje cytowana w „New York Post” matka dziewczynki, która publicznie oskarżyła dyrektora szkoły, Alfonso Gonnellę, że ma „krew na rękach”.
Szkoła dba o testy, nie o emocje
Ponoć zamiast wystąpić zdecydowanie w obronie Mallory, dyrektor kazał dziewczynce „pogodzić się” z koleżankami, które ją prześladowały – została nawet zmuszona, żeby na znak zgody uściskać jedną z nich. Kiedy prześladowania trwały, a matka ponawiała skargi, dyrekcja sugerowała, że dziewczynka powinna unikać koleżanek, które ją wyśmiewają, na przykład jadając lunch poza stołówką.
– Szkoła, zamiast skupiać się wyłącznie na wynikach testów, powinna bardziej dbać o emocjonalną inteligencję dzieci – przekonywała matka Mallory w rozmowie z lokalną telewizją News 12. – Nie chciałam zabierać Mallory z zajęć chóru. Chciałam, żeby to dziewczyny, które ją wyzywały, zostały usunięte, nie ona – tłumaczy.
Szkoła i miejscowe władze edukacyjne nie poczuwają się do odpowiedzialności. Już w sierpniu ub.r. wydały oświadczenie, że „oskarżenia, jakoby dystrykt szkolny Rockaway ignorował rodzinę Grossman i nie zajął się problemem prześladowania, są bezpodstawne”.
Smartfon jak śmiertelna broń
Bruce Nagel, prawnik rodziny, nie zgadza się z tą oceną. – Wszelkie skargi ze strony rodziców Mallory były ignorowane w sposób niesłychany – przekonuje. Dodaje jednocześnie, że „smartfon w rękach nieodpowiedniego dziecka to śmiertelna broń”.
– Mamy nadzieję, że ten pozew zwróci szerszą uwagę na epidemię cyberprzemocy i że unikniemy dzięki temu kolejnych pogrzebów uczniów, którzy padli jej ofiarami – mówił na konferencji prasowej.
To pierwsza sprawa o cyberprzemoc w szkołach w New Jersey. Rodziny dziewczynek oskarżonych o prześladowanie Mallory zostały poinformowane o pozwie rodziców zmarłej dwunastolatki i uprzedzone, że także wobec nich mogą zostać podjęte kroki prawne.
http://wyborcza.pl/7,75399,23580122,zabila-sie-bo-byla-przesladowana-przez-kolezanki-rodzice-pozywaja.html
Reklamy

Dzieci Świata!

Znalezione obrazy dla zapytania głód w kenii

Przeglądając kanały telewizyjne zauważyłam i się ucieszyłam, że pojawił się nowy pod nazwą „DOKU Polsat HD”

Jest na tym kanale wiele ciekawych produkcji domumentalnych i wczoraj oglądałam całą sobą o losach Elżbiety I. Był to bardzo dobry dokument, który mnie wciągnął, a dziś z kolei trafiłam na produkcję niemiecką pt. „Najbardziej niebezpieczne drogi do szkoły – Kenia” z 2013 roku.

W Kenii żyje 10 milionów ludzi cierpiących z powodu głodu, a najbardziej głód dotyka dzieci właśnie.

W dokumencie bardzo dobrze i warygodnie zrealizowanym dowiedziałam się, że:

„Masajskie dzieci z rodziny Etisha idą do szkoły w 30-stopniowym upale. Boso pokonują 20 kilometrów po rozpalonej sawannie Tanzanii, mijając po drodze dzikie i niebezpieczne zwierzęta. Następną przeszkodą jest rzeka Pangai, w której czyhają 4-metrowe krokodyle. Jeśli prom nie kursuje, uczniowie muszą podjąć śmiertelne ryzyko pokonania rzeki wpław. W drogę do szkoły wyruszają o świcie, gdy słońce jeszcze nie pali zbyt mocno”.

Kiedyś Majka Jeżowska śpiewała piosenkę, że „Wszystkie dzieci nasze są”, ale to nie jest prawda.

W Kenii dzieci głodują, bo kiedy jest susza, ziemia niczego nie rodzi, a więc ludzie nie mają co jeść, ani nie mają wody.

Chodują jakieś zwierzęta, ale te też są okropnie wychudzone i w zasadzie dają tylko mleko, którym poi się dzieci.

Mimo głodu te dzieciaki idą po sawannie wiele kilometrów do szkoły, licząc, że to tam dostaną miskę czegoś do jedzenia, bo rodzice nie mają czym karmić swoich dzieci.

Idą do szkoły też dlatego, bo same w dokumencie mówiły, że chcą się kształcić i kiedyś wyjadą do lepszego świata.

Mają marzenia, że nauka doprowadzi je do szczęścia i dobrobytu i pragną wybudować dom i sprowadzić mamę i tatę, a także może kupią sobie samochód.

Idą do szkoły wiele kilometrów do swojej ukochanej szkoły i po drodze zjadają owoce z drzew, których nie zjadły dzikie zwierzęta.

Po drodze nie ma właściwie wody, a jeśli jest, to brudne bajoro, z którego zaspokajają swoje pragnienie.

Narażone są na atak słoni i innych dzikich zwierząt i muszą bardzo uważać, aby iść z wiatrem, aby zwierzęta nie wyczuły ich obecności.

Mają świadomość, że jedzenie mięsa oraz picie krwi ze zwierząt daje człowiekowi siłę, a te dzieci bardzo jej potrzebują, gdyż codziennie pokonują wiele kilometrów na piechotę.

Jednak jest tak, że nie ma wielu okazji by posilić się mięsem, a więc nie mają wyboru i jedynie szkoła daje im miskę grochu, albo innej bezmięsnej strawy.

Dzieci te mimo ciężkiego losu marzą, aby kiedyś mogły się stać lekarzami, nauczycielami, prawnikami i dążą do tego swoją wewnętrzną siłą i pragnieniem o lepszym życiu.

Oglądałam ten dokument ze łzami w oczach i tak sobie pomyślałam, że powinien on być propagowany w szkołach cywilizowanych krajów, aby dzieci, które mają wszystko, narzekają na swój los – mogły skonfrontować swoje życie z życiem tych dzielnych dzieciaków.

Doprawdy nie dziwię się, że na zawodach sportowych, to Kenijczycy wygrywają w biegach, gdyż życie ich po prostu zahartowało i mają w sobie moc i szybkość oraz walkę o lepsze życie.

Czytam, że Świat pomaga, ale to wszystko jest kroplą w morzu!

Drzewa umierają stojąc!

To było jakieś 30 lat temu!

Nasze Córki stawały się nastolatkami i Mąż postanowił na ich cześć zasadzić dwa drzewa, choć Córki nie były synami!

Podobno  Ojciec buduje dom, sadzi drzewo i płodzi syna, a u nas na świecie pojawiły się dziewczynki.

Mąż pod balkonem więc posadził dwie daglezje i daliśmy im imiona naszych Córek.

Jedna padła, a druga się przyjęła i ma już za chwilę 30 lat i sięga wysokością do trzeciego piętra naszego budynku.

Zakochałam się w tym drzewie, bo nie tylko przypomina mi dzieciństwo moich Córek, ale i osłania mój balkon od miejskiego zgiełku i hałasu.

Jest to moje ukochane drzewo na całej kuli ziemskiej i uwielbiam na nie patrzyć, kiedy jestem na balkonie.

Moje drzewo oparło się nie jednej wichurze, co nagrałam na kamerze, a tu nagle stało się coś bardzo złego!

Z dnia na dzień moje ukochane drzewo zaczęło chorować!

Najpierw wydawało mi się, że jest oświetlone przez jesienne słońce i dlatego tak żółto wyglądają najniższe gałęzie.

Dziś z Mężem przyjrzeliśmy się dokładniej i okazało się, że drzewo umiera i traci swoje zielone igły, które zamieniły się w kolor rdzawy – brzydki!

Rozchorowałam się, bo umiera mi Mama i umiera mi ukochane drzewo.

Serce mi pęka z rozpaczy i ratujemy to nasze drzewo, bo być może to susza je zabija.

Na zachodzie Polski lato trwało przez pół roku, bez opadów właściwie i może to susza sprawiła, że tak się stało.

Ratujemy je i podlewamy od dzisiaj, mając nadzieję, że to nie zaraza zabija nasze drzewo, ale mam marną nadzieję, że je uratujemy.

Umierająca Mama i umierające drzewo, to dla mnie za dużo!

Drzewa umierają stojąc, a moja Mam umiera leżąc i jak sobie z tym poradzić – nie wiem!

Jestem chora!

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, drzewo, roślina, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: roślina, drzewo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: drzewo, roślina, niebo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: roślina, drzewo, na zewnątrz i przyroda

 

„Dziwny jest ten świat,  Gdzie jeszcze wciąż,  Mieści się wiele zła” Czesław Niemen

Znalezione obrazy dla zapytania głodne dzieci

Dziwny jest ten świat, 
Gdzie jeszcze wciąż, 
Mieści się wiele zła. 
I dziwne jest to, 
Że od tylu lat, 
Człowiekiem gardzi człowiek. 

Tak śpiewał nas nieodżałowany Czesław Niemen.

Moja dusza krzyczy na niegodziwości, które opanowały nasz świat, bo ludzkość wciąż przymyka oczy na światowy głód i na światową pedofilię.

Wybaczcie, że dość często piszę o pedofilli, ale dla mnie świętością jest nie Pan Bóg, a dziecko!

Dziecko powinno być pod szczególną ochroną ludzkości, bo dziecko niczemu nie jest winne i kiedy rodzi się dziecko, to jest największy cud świata i nie ma innego, ważniejszego.

Dziecko się rodzi i jest jak czysta kartka papieru i tylko od dorosłych zależy jakie czeka go życie, a ma go przed sobą bardzo dużo i każde dziecko zasługuje na szczęśliwe życie w swoim środowisko.

Jednak tak nie jest, bo w czasach cywilizacji, sięgania w kosmosie do najdalszych planet, to z reguły dziecko cierpi najbardziej, jako bezbronne i często wykorzystywane przez dorosłych.

Istnieją na świecie bardzo bogate metropolie, które dbają tylko o swój interes i zapominają o ludziach biednych i niedożywionych, choć świat wytwarza bardzo dużo żywności, która jest niszczona i nie dociera ona przede wszystkim do dzieci.

Dziś w tv zobaczyłam najdroższe buty świata, które na naszą walutę kosztują 60 milionów złotych, które powstały z ciężkiej pracy biednego człowieka, ale świat o tym nie pamięta i się zachwyca.

Znalezione obrazy dla zapytania najdroższe buty świata

 

Wszystkie dobra na tym świecie zrodzone są z ciężkiej pracy zwykłych, często biednych ludzi, którzy wydobywają złoto, szukają diamentów, aby zaspokoić ego tych bogatych. Robią to, aby przeżyć!

Weźmy taki Dubaj, który ocieka złotem i diamentami, w którym, to jest masa bogaczy żyjących ponad stan, ale nie podzielą się oni z biednymi i nie nakarmią biednych dzieci.

Egoizm świata jest porażający i tak trudno się z tym pogodzić, że Bóg nad tym nie czuwa i ma ten stan głęboko gdzieś.

Z oceanów wyławiane są ryby, które trafiają na prestiżowe targi, na których kupcy się licytują, aby tylko zaspokoić najlepiej podniebienia bogaczy, kiedy na świecie dzieci walczą o marną miskę z byle jakim jedzeniem.

Chce się krzyczeć, kiedy na Placu w Watykanie zbierają się tysiące ludzi, którzy nie wiedzą, że Watykan jest największą pralnią brudnych pieniędzy i się tam żarliwie modlą.

Modlą się do mafii, która nie dba o wiernych i dopuszcza do pedofilli w swoim środowisku, kryjąc tych drani w sutannach.

 

FAKTY NA TEMAT ŚWIATOWEGO GŁODU

– Na świecie głoduje prawie 800 milionów ludzi.

– Mieszkają oni głównie w Afryce Południowej, Ameryce Południowej, Azji.

– Współczesna ekonomia jest w stanie rozwiązać problem głodu.

– Światowe zasoby żywnościowe przewyższają o 100% potrzeby planety.

– Połowa światowej produkcji żywności jest wyrzucana.

– Do wyżywienia „głodnego świata” wystarczy 37 mld dolarów. Tylko we Włoszech rocznie wyrzuca się jedzenie warte 34 mld Euro.

– Problem głodu na świecie to problem moralny, a nie ekonomiczny.

http://www.hungergenerat

Tymczasem daleko od Afryki w kościele katolickim tak krzywdzone są dzieci, które ja nazywam największym cudem i jak mam nie krzyczeć i milczeć?

Co zrobił dzieciom irlandzki Kościół katolicki

Katarzyna Surmiak-Domańska
250 placówek, które przez lata funkcjonowały w świadomości Irlandczyków jako azyle dla zaniedbanych dzieci, było w rzeczywistości siedliskami sadyzmu, którego dopuściło się ponad 800 członków męskich i żeńskich kongregacji zakonnych.

Przyszedł czas zapłaty!

Poniższe zdjęcia, mojego autorstwa mają już jakieś dwa lata.

Na pierwszym zdjęciu jest moja Teściowa z moją Córką, a na drugim jest moja Mama, także z moją Córką.

Minęły dwa lata i obie Mamy już tak dobrze nie wyglądają i widać po nich, że mają już bardzo mało czasu na tym świecie, bo choroby zrobiły swoje.

Obie po dwóch latach wyglądają jak jesienne liście – kruche bardzo i chudziutkie jak by były nastolatkami, ważące nie więcej niż 50  kilogramów.

Kiedy weszłam w związek z moim Mężem, a było to 42 lata temu, to nasze Mamy były młodymi kobietami, gdyż liczyły sobie w okolicach 40 lat i były silne i pełne  życia, mimo różnych zawirowań, jak to było w czasach słusznie minionych.

Przecież nie miały pralek automatycznych i tych wszystkich, współczesnych bajerów, a musiały robić wszystko swoimi rękoma i nikomu się nie skarżyły.

Kiedy pojawiły się na świecie moje Dzieci, to obie bardzo wiele mi pomogły i za to Im ogromne dzięki.

Biegałam do pracy na różne zmiany i to moja Mama brała na siebie nocne dyżury, abym mogła spokojnie pracować i pamiętam jak pokazała mi jak się kąpie noworodka.

Teściowa opiekowała się moimi Dziećmi, kiedy ja pracowałam, a One miały przerwę w przedszkolu i gotowała dla nich pyszne obiady.

Teściowa moja miała dar do robórek ręcznych, a więc wyczarowywała dla moich Dzieci sweterki, sukieneczki i szaliczki, dziergane na szydełku, czy też drutach.

Nigdy nie zapomniałam o tym, ile tym obu Kobietom zawdzęczam, kiedy byłam zaganiana i zapracowana, a na Ich pomoc zawsze mogłam liczyć.

Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie dzień zapłaty, ale nie wiedziałam, że tak szybko, bo ten czas minął jak z bata strzelił i my z Mężem się lekko zestarzeliśmy i nasze Matki także.

Moja Mama jest od roku leżąca, a moja Teściowa jest po zabiegu na sercu i obie już nie będą w pełni sprawne, a więc rewanżuję się tak, że gotuję większy gar zupy, albo innego dania i trzeba teraz je podkarmiać, tak jak One robiły dla nas.

Role się odwóciły i to my, Ich dzieci chodzimy koło swoich Matek, bo stały się bezwolne i bez sił i potrzebują naszej pomocy i wsparcia.

I na koniec taka myśl:

Zmieniam mojej Mamie pampersa i widzę Jej łono i serdecznie Jej dziekuję za dane mi życie, bo to łono wydało  mnie na ten  świat!

Wszystko się odmieniło, bo to Ona kiedyś zmieniała mi pieluchy i karmiła, dbała, a teraz przyszedł czas na nas – Córkach, które urodziła.

 

Matka Polka!

 

Zachorowało jej dziecko. Wiadomo, wszak jest sezon grypowy i jakieś wirusy fruwają w powietrzu, a przecież dzieci trzeba zaprowadzić i przyprowadzić z przedszkola.

Najpierw starsze zachorowało. Z temperaturą 39 stopni leżało bez sił, a więc trzeba było zgłosić się do lekarza. Diagnoza! Wirus i trzeba wyleżeć przede wszystkim z pomocą syropów obniżających temperaturę i innych leków.

Mama bierze zwolnienie, bo przy chorym dziecku, które leje się przez ręce, to właśnie matka jest niezastąpiona.

Stres, bo zanosi się na dłuższe zwolnienie, aż do wyzdrowienia dziecka, a tu pech i drugie, młodsze choruje po trzech dniach. Choruje z takimi samymi objawami, a więc najgorsza jest wysoka gorączka.

Podwójny stres u matki, bo zanosi się jednak na dłuższe zwolnienie, a matka boi się, że tam, w pracy robota się nawarstwia i nie jest na bieżąco, a tego nie lubi jej szefowa – starsza już pani, która zaraz idzie na emeryturę.

Denerwuje się więc ta matka z powodu chorych dzieci i z powodu, że po powrocie do pracy nie będzie wiedziała, w co włożyć ręce, bo nikt za nią tego nie zrobi.

Wie, że nikt nie zrobi, bo jest fatalna organizacja i brak dobrej woli. Denerwuje się matka, bo zna swoją szefową, że będzie miała focha. Jednak matka odgania od siebie złe myśli, bo wyzdrowienie dzieci jest dla niej priorytetem i to jest dla niej najważniejsze.

Matka ma chwilę wolną, bo opiekę nad dziećmi przejmuje ojciec dzieci, a ta biegnie do zakładu pracy, aby przedłożyć zwolnienie z powodu choroby dzieci. Chce być uczciwa i w porządku w stosunku do swojego pracodawcy, mimo tego, że telefonicznie powiadomiła brak obecności w pracy.

Idzie ulicą zapłakana, młoda matka. Płacze tak mocno, że obraz ulicy jej się zamazuje. Wraca do domu i chorych dzieci na pamięć, bo łzy zlewają jej oczy.

Nie może zrozumieć, że jej szefowa zasugerowała jej podczas złożenia zwolnienia lekarskiego, że pewnie zrobiła sobie ferie z dziećmi w domu, a robota leży odłogiem!

Młodej matce bardzo zależy na pracy, ale co ma zrobić z chorymi dziećmi skoro w pobliżu nie ma babci, ani dziadka, którzy zaopiekowali się jej chorymi dziećmi, by ta mogła spokojnie pracować?

Pracodawca nie widzi, że młoda matka, aby nadgonić robotę, bardzo często idzie do pracy w wolną sobotę, aby choć odrobinę wyrobić  zbyt wysoką normę z powodu złej organizacji. Tego pracodawca nie widzi, ale kole pracodawcę w oczy, zwolnienie na chore dzieci, które są faktycznie chore i zwolnienie nie jest żadną naciąganą historią.

Proponuję lekarzom pediatrom, aby do zwolnienia lekarskiego było obowiązkowo wypisywane zaświadczenie, że dziecko jest chore na to i na to, a pod spodem widniała wiarygodna pieczątka lekarza prowadzącego. Takie zaświadczenie może by zapobiegło spekulacjom wobec biednej matki, która wciąż musi wybierać między pracą, a swoimi dziećmi i rodziną!

Takie spekulacje powinny być zabronione i karalne. Nie wolno w ten sposób gnębić w Polsce – Matek Polek! Najlepszych Matek na świecie!

Potwory w sutannach!

pedofilia, znęcanie się na dziećmi, dziecko

Autor zdjęcia: Shutterstockznęcanie się na dziećmi

Wyszła na jaw okropna, paskudna sprawa z księżmi z Pelsynwanii, którzy w okresie ostatnich 70 lat skrzywdzili tysiąc niewinnych dzieci, wkładając w majtki tych dzieci swoje, tłuste łapska, nie skalane żadną pracą!

Ja naprawdę wybaczam im to, że sypiają notorycznie z kobietami i mają dzieci dlatego, że są to zdrowi, wyposzczeni mężczyźni, skrywający się za sutanną, którzy udają świętych. Ten proceder w Pelsynwanii na nowo mnie rozwścieczył i pomyślałam sobie, że gdybym była wierzącą, to bym się zastanawiała, czy mój ksiądz z mojej parafii też to robi!

Swego czasu telewizja, w porze wysokiej oglądalności, kiedy powinno być Szkło Kontaktowe wyemitowała reportaż Ewy Ewart o tajemnicach Watykanu i zastanawiałam się dlaczego o tak nietypowej porze był ten reportaż?

Może dlatego, aby dotarł do większej masy ludzi i aby ludzie przejrzeli w końcu na oczy. Od jakiegoś czasu tajemnice Watykanu już nie są tajemnicami, gdyż coraz częściej ludzie wygrzebują ze swojej pamięci, jak byli z dzieciństwie wykorzystywani przez księży i gwałceni.

Oglądałam ten reportaż ze ściśniętym sercem, a oczy zalały się łzami. Nie mogłam długo się uspokoić i następnie zasnąć, gdyż ów reportaż był niesamowicie obiektywny, żeby nie napisać drapieżny, do bólu, do łez.

Opowiada kobieta, że jako mała dziewczynka, została zaproszona przez księdza do pomocy w kościele, po czym brutalnie ją zgwałcił w tym kościele, pozostawiając z płynącą krwią po nogach. 

Opowiadają dorośli mężczyźni, że kiedy należeli do Legionów Chrystusa, byli notorycznie, latami wykorzystywani seksualnie i  nie mieli prawa się nikomu poskarżyć. Byli osamotnieni ze swoim cierpieniem i zamykano im usta pod groźbą grzechu i nie rozgrzeszenia.

Bali się księży, którzy czasami byli dla nich i matką i ojcem, bo nie mieli nikogo oprócz księdza, który pod przykrywką kościoła i sutanny, stanowił dla nich autorytet.

Żaden Papież, w tym Jan Paweł II nie otworzył i nie ujawnił archiwów, w którym jest setki doniesień na księży dopuszczających się molestowania, pedofilii i gwałtów za zamkniętymi drzwiami, w kuriach, na plebaniach i w kościołach!

W latach 40 w Meksyku został założony Legion Chrystusa, mający na celu rekrutację młodych księży i przygotowywanie ich do posługi kapłańskiej, a w rzeczywistości jest to sekta, mająca na celu werbowanie młodego narybku do niecnych czynów księży wyżej postawionych i owe legiony działają w każdym zakątku naszej ziemi, za przyzwoleniem oczywiście Watykanu, bo kolejni Papieże wiedzą, iż legiony mają niechlubną opinię, ale zarabiają dla kościoła katolickiego wielkie pieniądze, idące w miliardy i dlatego wciąż przymyka się oczy i udaje, że nic się nie dzieje.

Oświadczam, że jestem agnostyczką, wciąż poszukującą i lubię patrzeć na strzeliste, dawno budowane kościoły, bo mają w sobie taki magnetyzm, który mnie porywa, ale moja noga nie postanie w kościele, w żadną niedzielę, na żadnej mszy i kazaniu. Żaden ksiądz nie będzie mi mówił jak ja mam żyć i z czego mam się wyspowiadać. Nie ufam tym ludziom, tak ludziom niestety, którzy założyli sutannę, by nawracać narody i ludzi, będąc jednocześnie diabłami w sutannach.

Mogę wejść do kościoła i oddać się modlitwie i prośbie, ale zrobię to po swojemu. Mogę wejść do kościoła, by w tej specyficznej atmosferze pobyć sama ze sobą i oddać się przemyśleniom, ale nigdy nie uwierzę w moc księdza, który uważa, że ma odpowiedź na wszystkie ludzkie bolączki, bo ja uważam, że nie ma odpowiedzi dlaczego kościół skrzywdził i nadal krzywdzi niewinne dzieci.

Więcej pytań, a mniej odpowiedzi i jeśli nowy Papież nie oczyści skostniałego kościoła z naleciałości pedofilskich, tym będą mieli mniej na tacę, bo ludziom klapki powoli opadają!

Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć film „Legion Chrystusa” to służę.

Ksiądz gwałcił 1,5-roczną dziewczynkę. Nie oszczędził też jej 4 sióstr.

„Według szokującego raportu opublikowanego przez Sąd Najwyższy w Pensylwanii, 300 księży tamtejszych parafii dopuściło się pedofilii w ciągu ostatnich 70 lat. Ofiarą padło blisko 1000 dzieci. Realna liczba może by znacznie większa.

Szczegóły gwałtów, jakie znalazły się w ponad 800-stronicowym raporcie, przyprawiają o dreszcze. Pisaliśmy już o chłopcu, którego ksiądz gwałcił w taki sposób, że w końcu uszkodził mu kręgosłup. Nie mniej szokująca jest sprawa innego duchownego, który molestował 5 małych dziewczynek. Były siostrami. Najmłodsza z nich miała wtedy zaledwie 1,5 roku… Księdzu to nie przeszkadzało, ponieważ według niego „molestowanie jest nawet święte”.

Gwałcone dzieci były odurzane i manipulowane. Wmawiano im, że w molestowaniu nie ma nic złego, a wręcz przeciwnie. To coś, co prowadzi do świętości. Słyszał to też chłopiec, któremu grupa księży nago kazała pozować na krzyżu udając ukrzyżowanie.

Niestety w większości przypadków, księżom pedofilom, o których mowa w raporcie, nie można postawić zarzutów. Minęło już zbyt wiele lat. Raport sporządzono na podstawie archiwów przetrzymywanych w diecezjach. Dochodzenie trwało półtora roku. jak się okazuje, biskupi ukrywali te mroczne tajemnice przenosząc księży gwałcicieli z parafii do parafii. Niestety ofiar księży było zapewne o wiele więcej. Niektóre archiwa zaginęły. Nie wszystkie też dzieci opowiedziały o swoich dramatach.

Watykan ubolewa

Co na to Watykan? – Watykan odczuwa „ból i wstyd” w reakcji na raport ws. pedofilii w Kościele w stanie Pensylwania w USA – oświadczył dyrektor biura prasowego Stolicy Apostolskiej Greg Burke. Nazwał czyny, jakich dopuścili się księża, „straszliwymi przestępstwami”. Jednocześnie rzecznik podkreśla, że papież stoi po stronie molestowanych”.

https://www.se.pl/wiadomosci/swiat/ksiadz-gwalcil-1-5-roczna-dziewczynke-nie-oszczedzil-tez-jej-4-siostr-aa-sAwv-PyYC-PhAG.html

Miejmy respekt dla Bałtyku!

Znalezione obrazy dla zapytania dzieci nad morzem

Kiedy miałam siedem lat i mieszkaliśmy nad morzem, to pamiętam jak mój Ojciec wszedł do morza, kiedy było bardzo wzburzone i popłynął w głąb, pośród dużych fal.

Nie pamiętam, czy pokłócił się z Mamą, że zdobył się na taki desperacki czyn, ale pamiętam, że stałam na brzegu morza i darłam się w niebogłosy – tatusiu wracaj!

To wtedy zrozumiałam, że z morzem żartów nie ma i trzeba się liczyć z jego nieobliczalnością, bo może zdarzyć się wszystko.

Do dziasiaj pamiętam ten strach dziecka o życie swojego rodziciela i to mnie nauczyło, że z morzem żartów nie ma.

Ludzie dostali 500+ i masowo zjechali na wakacje do morskich miejscowości mniejszych i większych.

Rodzice zabierają swoje dzieci, które często widzą morze po raz pierwszy i nie mają wyobraźni, że trzeba te dzieci pilnować, bo morze jest nieprzewidywalne.

Wielka tragedia wydarzyła się w Darłówku, kiedy w falach ginie trójka dzieci porwana przez fale.

Matka zostawiła dzieci moczące się w wodzie i poszła z najmniejszym dzieckiem na siusiu, a kiedy wróciła, to jej trójki dzieci już nie było!

Zostały porwane przez fale i się utopiły w jednej, krótkiej chwili.

Tragedia nie do wyobrażenia i nie do przeżycia, bo tracąc trójkę dzieci w sekundę, to tylko się powiesić z rozpaczy.

Kochani – wklejam filmik ku przestrodze. Pokażcie go swoim bliskim, bo trzeba wiedzieć, iż morze jest zdradliwe bardzo i nigdy nie wiadomo jaką krzywdę może wyrządzić.

Stała się wielka tragedia, ale tragedią jest hejt na tę rodzinę. Hejterzy pisali, że dobrze, że te dzieci utonęły, bo budżet zaoszczędzi 5oo+x2=tysiąc złotych!

Takie kanalie żyją pośród nas!

 

Co się stało z ludźmi!

Urodziłam się nad morzem i mieszkaliśmy bodajże cztery lata w Ustce!

Plaża była blisko, że kiedy był sztorm, to było go słychać w domu.

Pamiętam, że kiedy było lato, to Mama zabierała nas na wiele godzin na plażę i to wtedy pokochałam  Bałtyk i tak mi zostało na całe, moje życie.

Pamiętam, że gotowała coś ciepłego, robiła kanapki i brała ze sobą domowy kompot i to wszystko pakowała i szłyśmy na dziką plażę, na której nie było tłumu.

Najbardziej zapamiętałam bigos z młodej kapusty, gotowany przez Mamę i do dziś pamiętam ten smak.

To była dzika plaża, na którą przychodziły i inne mamy ze swoimi, małymi dziećmi i, niektóre miały na sobie kostiumy kąpielowe, a te mniejsze często biegały na golasa.

2 i 3 letnie dzieci bawiły się w piasku, brodziły pod opieką w morzu i nikomu do głowy nawet nie przyszło, aby ganić te matki i zwracać im uwagę, że postępują niewłaściwie.

Potem w latach 80 – tych jeździłam na wczasy i także zdarzało się, że były golaski na plaży  i znowu nikomu, to nie przeszkadzało.

Ale czasy się zmieniły i oto mamy Internet i wiele matek publikuje zdjęcia swoich pociech. Nie zdają sobie nawet sprawy z tego – kto te zdjecia ogląda, a nawet kradnie!

Mamy takie czasy, że wszystko kojarzy się z seksem, erotyką, pedofilią i naprawdę trzeba nie mieć wyobraźni, że te zdjęcia mogą trafić wszędzie i do każdego.

Czytam wiele w sieci o  zagrożeniach jakie mogą dzieci spotkać, bo w kościele nawet kwitnie pedofilia, ale nie tylko.

W sieci siedzą zboczeńcy, którzy czyhają tylko na zdjęcia dzieci i je kolekcjonują!

Kiedy moje Wnuki jadą na kolonie, to ja babcia drżę, aby nie spotkało ich żadne zagrożenie ze stony zboczeńca i aby nikt nie wykorzystał niewinności moich Wnuków.

Świat stał się straszy i trzeba bardzo uważać, bo psycholi na nim nie brakuje, a Internet jest wspaniałym dla zboczeńców wynalazkiem.

Napiszę szczerze, że gdybym była plażowiczką w wieku Seniora i widziałabym gołe dziecko, to grzecznie bym podeszła do mamy tego dziecka i po cichu wyłuszczyła swoje racje – grzecznie i z troską.

Nigdy bym się nie zachowała tak, jak ta kobieta w poniższym tekście i uważam tą kobietę za prostaczkę!

„Widać, że to patologia”. Kobieta wyzwała matkę, której dziecko biegało nago po plaży.

przez Aleksandra 

Pani Ania w krótkiej wiadomości do nas opisała to, co spotkało ją na wakacjach w Kołobrzegu. Nie tak wyobrażała sobie wolny czas, który miała spędzić z mężem i synkiem…
Usłyszała takie słowa od obcej kobiety na plaży, że aż się rozpłakała…
Wyjazd na wakacje do Kołobrzegu to zawsze była dla nas wyprawa. Z Krakowa to jest kawałek drogi, ale nas to nie przerażało i zawsze z wielką chęcią i radością wybieraliśmy się nad polskie morze. Niestety w tym roku byliśmy nieco rozgoryczeni kilkoma rzeczami, ale tylko jedna zapadła mi głęboko w pamięć.
Nie będę opowiadać o drodze, która trwała kilka godzin, ale już o samym opalaniu i plażowaniu, które okazało się być dla mnie w tym roku horrorem. To były nasze pierwsze wakacje z synkiem, bo ostatni raz odpoczywaliśmy przed moją ciążą, czyli dobrych kilka lat temu. Obiecałam sobie, że gdy Jaś skończy dwa latka i trochę sobie odłożymy, to na pewno gdzieś pojedziemy.
Zacznijmy może od tego, że z malutkim dzieckiem bardzo ciężko było znaleźć miejsce na tyle ustronne, aby syn mógł się swobodnie bawić, ale i na tyle zaludnione, aby mógł spotkać dzieci w swoim wieku. Wiem, to brzmi jak misja na Marsa 😃
Wydawało mi się, że takie miejsce znaleźliśmy! Obok nas tylko cztery parawany i dużo wolnego miejsca. Jasiu szybko zakolegował się z małym Robciem i razem stawiali babki z piasku. Umówiłam się tak z jego mamą, że raz ja doglądam ich zabawy, a drugi raz ona. Dzięki temu jedna z nas mogła się opalać, w momencie gdy druga pilnowała dzieci.

Już myślałam, że to będzie idealne popołudnie, gdy nagle usłyszałam pretensjonalny krzyk dochodzący z parawanu oddalonego o kilka metrów od nas.

„Na litość boską, jak tak można?! To nie jest prywatna plaża! Przecież tutaj wszyscy przychodzą. Jak ja miałam małe dziecko i byłam na plaży, to w życiu takiego czegoś nie robiłam. Pani syn nie jest pępkiem świata. Niech się pani trochę zastanowi!”

No mnie szczerze mówiąc wcięło, bo nie spodziewałam się, że komukolwiek, a zwłaszcza matce, może przeszkadzać to, że małe dziecko biega po plaży bez majtek. Wydaje mi się, że jedyną osobą, której mogłoby to przeszkadzać, jest mój syn. Przez kilka minut nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć tej kobiecie, ale ona z pewnością siebie dalej brnęła w tym temacie.

„No oczywiście, że nawet pani nie zareaguje. Widać, że to jakaś patologia z południa Polski. Przyjeżdżają tylko i piwska piją, a normalni ludzie już nie mają gdzie odpoczywać. Jak się nie umie dostosować do reszty to się powinno w domu siedzieć. Tak tylko Polacy potrafią. Aż wstyd w innych krajach się przyznać że się z Polski pochodzi”

Wiecie co ja głupia zrobiłam? Zwyczajnie się rozpłakałam, bo nie miałam siły ani pomysłu na to, co ja mogłabym odpowiedzieć. Mojego męża akurat nie było, bo poszedł po lody, ale może to i lepiej, bo gdyby to usłyszał, to mógłby wpaść w niemały szał. Jakim prawem ktoś mówi mi, że jestem patologią i że powinnam siedzieć w domu?! Na jakiej podstawie wysnuwać wnioski, że mi się coś nie należy?!

Nie zareagowałam, bo nie wiedziałam nawet, co mam powiedzieć. I tak uważam, że ta kobieta niczego by nie zrozumiała tylko dalej tkwiłaby w swoich przekonaniach i racjach. Zrobiło mi się tylko przykro, bo odkładaliśmy pieniądze na te wakacje, licząc, że Jasiu zobaczy po raz pierwszy morze i będzie szczęśliwy i razem spędzimy rodzinny i pełen ciepła wyjazd. Jeśli mam być szczera, po takim popołudniu i takich słowach, miałam ochotę spakować się i wrócić do domu.

Oczywiście tego nie zrobiłam, a przez kolejne dni ubierałam Jasiowi kąpielówki, przez co dodatkowo powstała kłótnia między mną, a mężem, bo on nie chciał, abym robiła tak, jak oczekują tego ode mnie inni ludzie. Ja po prostu nie chciałam problemów i tyle. Chciałam tylko miło spędzić ten czas… Nic poza tym…

„Widać, że to patologia”. Kobieta wyzwała matkę, której dziecko biegało nago po plaży
Czy waszym zdaniem pani Ania przesadziła? Czy powinna założyć dziecku majteczki? Dajcie znać jakie jest wasze zdanie w tej sprawie
https://popularne.pl/gole-dziecko-na-plazy/?utm_source=Facebook&utm_medium=cpm&utm_campaign=special_soft

Gdzie się podziała radość dzieci?

Wychowywałam się w PRL-u w blokowiskach, które były bezbarwne i brzydkie i każdy w moim wieku pamięta jak to szaro i buro wyglądało.

W tych blokowiskach mieszkały rodziny, które miały dzieci i naprawdę było tych dzieci sporo, bo każda rodzina mimo biedy te dzieci mieć chciała.

Pamiętam czasy, kiedy dzieciaki wylegały na podwórka, też brzydkie, ale potrafiły sobie zająć czas nie tylko podczas wakacjom przeróżnymi zabawami i jakże często trudno było je zwołać przez rodziców do domu – wieczorem.

Wpadaliśmy do domu po jakąś kanapkę i wracaliśmy na podwórko, bo tam się dużo działo.

Nie mieliśmy profesjonalnych placów zabaw, bo wystarczył nam kawałek trawnika, trzepak, kapsel, guma, kilka cegieł i piłka.

Robiliśmy raban na podwórkach grając w dwa ognie, klasy, pięć cegiełek, zaklęcia do chowanego po piwnicach i takie tam.

Potrafiliśmy iść do parku i bawiać się w podchody, chowanego, niewidzialną rękę i naprawdę mieliśmy masę innych zajęć, a wieczorem padaliśmy ze zmęczenia jak kawki.

Kiedy moje Dzieci podrosły w początkowych latach osiemdziesiątych, to było tak samo, kiedy ja dorastałam.

Co się więc stało, że oto na tym podwórku, gdzie szalałam ja i moje Dzieci mimo wakacji, ładnej pogody na moim dawnym podwórku – dzieci brak.

Oberwuję podwórko pod moim balkonem od rana do wieczora i nie ma na nim dzieci, kiedy dawnymi czasy chłopcy rozgrywali swoje pierwsze mecze, a dziewczynki grały w gumę, lub  bawiły się paletkami i słychać było dziecięce emocje.

Nie ma teraz tego, choć przecież dzieci się wciąż rodzą i jest ich wcale nie mniej, niż to było kiedyś!

Czasami widzę grupkę szkolnych dzieci siedzących obok siebie i wszyscy gapią się w telefony wysokiej jakości i w coś tam grają, albo przeglądają Internet i to jest bardzo smutny widok.

Z dużego miasta przyjechała dziś moja Córka z Wnuczką i spytała mnie gdzie są inne dzieci na placu, bo w dużych miastach trudniej jest to zjawisko zauważyć, a ja nie potrafiłam sensownie tego zjawiska wyjaśnić.

Prawdopodobnie teraz nowododki z mlekiem matki wysysają obsługę smartfona i tableta i kiedy nie chcą jeść, to mamy włączają im bajeczkę na telefonie i w ten sposób wychowują swoje dzieci.

Na naszych oczach zmienia się wszystko, a dzieciaki zamiast szaleć na podwórkach, integrować się, to wolą w samotności bawić się wirtualnie.

Dziś Dorota Zawadzka – była Super Niania zamieściła taki tekst i tym razem – wyjątkowo się z nią zgadzam:

„Nieustannie zdumiewa mnie, jak często rodzice nie uczą manier.
Dzieci przy posiłkach w czapkach, jedzą „jak świnki”, czyli jedzenie na obrusie i podłodze, nie czekają aż rodzina usiądzie, nie czekają aż pozostali skończą, ogadają na tabletach i smartfonach „coś” przy posiłkach, nie korzystają z serwetek do wycierania ust, nie umieją posługiwać się sztućcami.
Nie rozmawiają a krzyczą do siebie, albo co gorsza na siebie.
Albo w ogóle rodzice nie zwracają uwagi na dziecko…
I NIE mowię o maluchach…”

 

 

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

A jak było kiedyś?

„Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią nasze szalone lata 80.:
  • Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
  • Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
  •  Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.
  • Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.
  • Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
  • Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.
  • Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą do niej wracać.
  • Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.
  • Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze.
  • Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
  • Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy  pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.
  • Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
  • W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.
  • Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.
  • Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
  • Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
  • Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył, po tej czynności, rąk.
  • Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień dobry i nosić za nią zakupy.
  •  Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.
  • Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
  • Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
  • Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
  • Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
  • Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
  • Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
  • Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
  • Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
  • Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie brzydził.
  • Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
  • Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
  • Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i wycierania ust rękawem.
  • Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
  • Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie dawać radę sami.
  • Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
  • Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych wychowawców.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt  nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!”
http://www.eioba.pl/a/2voj/my-dzieci-tamtych-rodzicow