Archiwa tagu: dzieci

Wiekowa żona, babcia, teściowa!

Obraz może zawierać: roślina, tabela i w budynku

Nie lubię w roku miesiąca sierpnia, a tylko dlatego, że mam w sierpniu urodziny!

Chyba nikogo w starszym wieku, to nie cieszy, kiedy z roku na rok robimy się starsi i bliżej nam – niż dalej!

Urodziny mam za trzy dni i najchętniej bym się schowała do jakieś nory, by tylko ich nie obchodzić!

Jednak się nie da, bo bliscy pamiętają i już dziś otrzymałam w prezencie cudnego, niewinnego storczyka!

Muszę się zapoznać jak nim się opiekować, bo to są naprawdę trudne kwiaty do prowadzenia, aby zawsze były piękne i pełne nowych pąków!

Może ktoś podpowie?

Jeśli jesteśmy stosunkowo młodzi, to nie zastanawiamy się i nie martwimy, że jesteśmy o kolejny rok starsi i wydaje się nam, że mamy jeszcze kupę lat do przeżycia.

Inaczej jest, kiedy jesteśmy w wieku seniora, a wówczas w dzień urodzin robimy podsumowanie swojego życia i ja tak mam!

Mam tak, że pamiętam ludzi, którzy mi źle życzyli, albo odepchnęli, ale sobie z tym poradziłam!

Oliwa zawsze na wierzch wypływa i karma wraca!

Tylko mądrością życiową można pokonać ludzi chytrych, zawziętych i nieszczerych!

Sumuje się swoje życie i drąży, oraz analizuje, bo co nam w życiu wyszło, a gdzie spotkała nas totalna klęska, z którą sobie lepiej lub gorzej poradziliśmy.

Włączają się automatycznie wspomnienia niestety!

Sięgam więc do albumów ze zdjęciami i analizuję każde ze zdjęć,  na których zapisana była młodość i dość dobre życie.

Z biegiem dni – z biegiem lat wsłuchuję się w mój organizm i każdy ból sprawia, że oto odzywa się choroba, a może nawet rak!

Moja Mama dostała boleści w ciągu paru minut i w szpitalu okazało się, że ma raka, a więc uwrażliwiłam się , że może spotkać mnie to samo!

Póki co zdrowie jako tako dopisuje, choć mogłoby być lepiej!

Mieszkam z Mężem od 60 lat w tym samym miasteczku, pełnym zieleni i ścieżek spacerowych, gdzie jest spokój i cisza, a w środku miasta znajduje się  przepiękne jezioro.

Dla młodych ludzi to jest nuda, ale dla starszych, to raj na ziemi!

Jakże często robię zdjęcia i wstawiam na bloga i mojego fan – page!

Nie nudzę się jako emerytka!

Jedyne co mnie martwi, to to, że Polską rządzi grupa przestępcza, która w tej dumnej Polsce zepsuła wszystko, a tak bym chciała, by moje Wnuki żyły w mądrej Polsce!

Dzieci i Wnuki  są zdrowe i są szczęśliwe, a więc mimo upływu lat i ja staram się być szczęśliwa i cieszę się z małych rzeczy, drobnostek, z Męża a także nabywam nowej filozofii życia, co sprawia, że jestem mądrzejsza niż kiedy byłam młoda!

 

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Obraz może zawierać: niebo i na zewnątrz

Reklamy

Współcześni, zagubieni rodzice!

Za chwilę kończą się wakacje i moje Wnuki rozpoczną nowy rok szkolny – jak ten czas leci!

Były na obozach harcerskich w lesie i to ja babcia chyba bardziej się o nie bałam niż ich rodzice.

Kiedy się człowiek naczyta, o pedofilach, zagrożeniach różnych jak np. wichura w lesie, to się o te Wnuki trzęsie.

Jako, że więcej siedzę w sieci niż moje dzieci, to mam szersze spojrzenie na to, co może grozić dzieciakom oderwanych na jakiś czas od rodziny.

Naprawdę się trzęsłam, aby nic złego ich nie spotkało!

Na szczęście wróciły całe i szczęśliwe i za chwilę wrócą do  szkoły,  a ja chyba niepotrzebnie tworzę w swojej głowie demony i drżę, aby żaden wyjazd nie sprawił jakiegoś nieszczęścia.

Pamiętam czasy, gdy z kluczem na szyi biegałam po podwórku i nic złego się nie wydarzyło, ale może to było kiedyś, a teraz jest inaczej!

Przeczytałam w sieci bardzo ciekawy artykuł, który definiuje wychowanie dzieci, kiedy rodzice chcą im zapewnić wszystko, co najlepsze i to ze szkodą dla potomstwa, które robi się z każdym rokiem coraz bardziej bezradne.

Takim wychowaniem rodzice robią wielką szkodę swoim dzieciom i zdaje się, że i ja wychowana na podwórku się do tego przyłączam!

Media robią swoje!

I czytamy!:

Pokolenie płatków śniegu!

Wychowujemy coraz mniejszą liczbę coraz bardziej doinwestowanych dzieci. Nadopiekuńczość i zapobiegliwość rodziców drugiej połowy lat 90. stworzyła generację niesamodzielnych, bojaźliwych młodych ludzi, którzy nie radzą sobie z wyzwaniami dnia codziennego

„Jesteśmy nadopiekuńczy i rozpieszczamy nasze dzieci. To właśnie przez to wychowujemy pokolenie bojaźliwych, wątpiących we własne możliwości płatków śniegu” – mówi prof. Jonathan Haidt z Uniwersytetu Nowojorskiego, współautor książki The Coddling of American Mind (Rozpieszczanie amerykańskiego umysłu), z wymownym podtytułem Jak dobre intencje i złe pomysły przygotowują generację porażki.

Określenie snowflakes odnosi się do osób o słabej kondycji psychicznej, które zbyt emocjonalnie reagują na otaczające ich środowisko, np. zmiany polityczne lub sytuację społeczną.

„W poprzednich pokoleniach rodzice rozumieli, że ich »pracą« jest jak najszybsze pozbycie się tej »pracy«, czyli przygotowanie dzieci do opuszczenia domu i samodzielności” – mówi prof. Haidt w wywiadzie dla Studia 10. „Wygląda na to, że teraz rodzice szukają dla siebie stałego zatrudnienia” – dodaje.

Największe zmiany w mentalności młodych Amerykanów zauważono w 2014 r. To właśnie wtedy pierwsi przedstawiciele tzw. generacji Z pojawili się na amerykańskich kampusach. Studenci nagle stali się pełni obaw – prosili o ostrzeżenia przed „niebezpiecznymi” treściami oraz o tworzenie bezpiecznych stref.

Profesor Haidt wyjaśnia, że bezpośrednią przyczyną tego stanu rzeczy było pojawienie się mediów społecznościowych. „Między 2009 a 2011 r. życie społeczne nastolatków zmienia się z interakcji bezpośrednich na kontakty wirtualne. W 2012 r. wszyscy są już online. Niedługo później, szczególnie wśród dziewczynek, liczba przypadków depresji, stanów lękowych i samookaleczeń gwałtownie rośnie” – tłumaczy.

Przyciągająca siła porównania

Media społecznościowe dostarczają nie tylko nowych sposobów komunikacji, ale pozwalają śledzić celebrytów, gwiazdy i internetowych influencerów, którzy dają przykład doskonałego wyglądu i stylu życia. Z drugiej strony, w internecie aż roi się od hejterów i agresywnych komentatorów. Nagle okazuje się, że w nowym pokoleniu to słowa ranią bardziej niż akty fizycznej przemocy.

Profesor Haidt zwraca uwagę, że problem z nadmiernym porównywaniem się do wirtualnych wzorców znacznie częściej dotyka dziewczynek. Chłopcy chętniej grają w gry komputerowe i wpływ social mediów jest u nich mniej widoczny.

Nadopiekuńczy rodzice zapewniają dzieciom doskonałe środowisko – pozbawiają ich możliwości odniesienia porażki, zapewniają o wyjątkowości i klepią po plecach, nieważne, czy im się udało, czy nie. Dlatego młode pokolenie nie jest przyzwyczajone do jakiegokolwiek krytycyzmu.

„Stopniowo wzmacniamy poczucie własnej wartości u naszych dzieci, co samo w sobie jest okropnym pomysłem. Zamiast sztucznie pompować ich wysoką samoocenę, powinniśmy dać im narzędzia i umiejętności, dzięki którym same zdobędą szacunek u innych” – zaznacza Haidt.

Młode osoby, które opuszczają bezpieczną i przyjazną strefę, pierwsze co napotykają w prawdziwym świecie to niedoścignione wzorce i agresywne ataki. I nie są na to gotowe.

Pułapka dziecięcych potrzeb

Współcześni rodzice dostarczają swoim pociechom wszystkiego, czego one potrzebują. A czasem nawet więcej. Towarzyszą dzieciom przez cały czas, chroniąc je i zabezpieczając przed całym złem tego świata.

W 2011 r. stworzono nawet nowe pojęcie opisujące taki model wychowania. Jak pisze Kate Byless w serwisie Parents.com, „helikopterowi rodzice” (helicopter parents) przedkładają potrzeby dzieci ponad wszystko inne i często wyręczają je w czynnościach, które mogłyby wykonać same.

Helikopterowi rodzice przez cały czas podążają za dzieckiem, organizują mu czas i bawią się z nim, bez przerwy instruując, co ma ono robić. Nie zostawiają swoim pociechom nawet chwili „sam na sam ze sobą”.

„Rodzice nie rozumieją, że dzieci potrzebują stresu, potrzebują frustracji” – mówi Haidt. „Nie chodzi o długotrwałe, chroniczne napięcie, a o wiele małych, pojedynczych stresowych sytuacji” – dodaje.

Naukowiec proponuje schemat, dzięki któremu dzieci mogą nabyć odporność na codzienne komplikacje. „Wyzwanie, porażka, regeneracja, wnioski. Wyzwanie, porażka, regeneracja, wnioski – i właśnie wtedy uczymy się, jak w końcu osiągnąć sukces” – podkreśla.

Cały szkopuł polega na tym, by pozwolić dzieciom uczyć się na własnych doświadczeniach, a nie tylko podążać za bezpośrednimi instrukcjami rodziców. Jeśli tego zabraknie, nastolatkowie wkraczający w dorosłość nie będą gotowi na wyzwania prawdziwego świata. Pierwsze poważne kłopoty zaczynają się tuż po opuszczeniu rodzinnego domu, gdy trafiają na studia.

Zostawić dzieci w spokoju

Każdy współczesny rodzic traktuje bezpieczeństwo i szczęście swoich dzieci jako priorytet. W poprzednich pokoleniach, sześcio- czy siedmiolatki bawiące się w parku i grające w piłkę na ulicy stanowiły normalny widok nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale we wszystkich rozwiniętych krajach Zachodu.

Teraz pozostawienie dziecka bez opieki jest uznawane za przykład skrajnej nieodpowiedzialności i może być penalizowane. We wszystkich mediach pojawiają się informacje o przestępstwach, morderstwach i porwaniach, dlatego rodzice ze strachu nie chcą pozwolić dzieciom na samodzielność.

„To prawda, ludzie stają się czasem ofiarami morderstw. Ale to zdarza się bardzo rzadko. Z drugiej strony, dzieci masowo popełniają samobójstwa i to zjawisko jest znacznie częstsze. To do nas, rodziców, należy decyzja, które ryzyko jesteśmy skłonni na siebie przyjąć” – zauważa prof. Haidt.

Słowa psychologa potwierdzają statystyki. Raport opublikowany w 2015 r. przez JAMA Pediatrics wskazał, że 1,12 mln dzieci i nastolatków wykazuje skłonności lub zachowania samobójcze. W Polsce samobójstwa są drugą – po wypadkach – najczęstszą przyczyną śmierci wśród dzieci i nastolatków.

Jeszcze pokolenie milenialsów pamięta, że momentem rozpoczęcia samodzielnej zabawy było ukończenie siedmiu lat. Ten próg znacząco się podwyższył i obecnie rodzice nie wypuszczają dzieci z domu przez dodatkowe trzy lata.

Profesor Haidt twierdzi, że „brak pozwolenia na samodzielną zabawę ośmiolatków i starszych dzieci powinien być traktowany jak niezamierzone, nieświadome znęcanie się nad nimi”. Wydłużanie wieku, w którym dziecko potrzebuje stałej opieki, sztucznie wydłuża dzieciństwo i infantylizuje młodych dorosłych. W dodatku osoby wychowane przez nadopiekuńczych rodziców, powielą schemat nadmiernego rozpieszczania dzieci we własnych rodzinach w przyszłości.

„Musimy przerwać to błędne koło. W Stanach Zjednoczonych fala przestępstw została znacząco obniżona, a jednak wciąż wychowuje się dzieci w przekonaniu, że świat jest bardzo niebezpieczny. To poczucie trwałego lęku sprawia, że kortyzol jest na wysokim poziomie, co działa destrukcyjnie na młode umysły” – podkreśla naukowiec.

Kolejne pokolenia w jeszcze większym stopniu będą borykały się z depresją, stanami lękowymi i całą masą innych dolegliwości psychicznych.

Odwrócić niepożądany proces

Na szczęście dla rodziców, którzy rozpoznają u swoich dzieci objawy typowe dla „płatków śniegu” i nadwrażliwość na codzienne fluktuacje, jest jeszcze szansa na odwrócenie tego procesu.

Jako że dużą rolę w pojawieniu się problemów z przystosowaniem się nastolatków odgrywają media społecznościowe, warto zadbać o to, by najmłodsze dzieci nie miały szansy zderzenia z wirtualną rzeczywistością.

„Po pierwsze, trzeba ustalić godzinę, po której dziecko przestaje korzystać z urządzeń elektronicznych. Nikt nie musi odpisywać na wiadomości czy sprawdzać profili społecznościowych w nocy” – proponuje profesor.

„Po drugie, możliwość aktywnego korzystania z social mediów powinny mieć nastolatki powyżej 14 lat. Dla młodszych dzieci jest na to za wcześnie. Po trzecie, trzeba ustalić z dzieckiem tygodniowy limit czasu, podczas którego może korzystać z dobrodziejstw najnowszej techniki” – wylicza.

Haidt zaznacza również, że istotną rolę w wychowaniu niezależnych młodych ludzi mają kary, które następują od razu po zachowaniu, którego chcemy oduczyć. Nie chodzi mu bynajmniej o przemoc fizyczną, a o drobne upomnienia i wyciąganie konsekwencji tuż po niepożądanym czynie.

Problem społeczeństwa „doinwestowanych dzieci”

Opisywane przez prof. Haidta zjawiska kiedyś odnosiły się głównie do potomków klasy średniej, w której dobro dziecka stanowiło najwyższy priorytet. Teraz ta nadopiekuńczość dotyczy już każdej grupy społecznej i ekonomicznej, również w Polsce.

Już w 2001 r. naukowcy Lippitz i Heike zauważyli, że „dobro dziecka stało się nadrzędnym celem rodziny, a obowiązki rodziców wobec niego zaczęły górować nad prawami”. W rezultacie otrzymaliśmy społeczeństwo „doinwestowanych” i dobrze wykształconych dzieci, którzy nie radzą sobie w realiach szarej codzienności.

Ilość czasu, pieniędzy i uwagi, jakie poświęcamy pociechom, powoduje, że rodzice inwestują coraz więcej w coraz mniejszą liczbę dzieci i nie zauważają zagrożeń płynących z nadopiekuńczości.

Ta tendencja stawia nowe wyzwania nie tylko przed uczelniami i pracodawcami, ale również przed systemem opieki zdrowotnej. Już teraz zapotrzebowanie na pomoc psychiatryczną i psychologiczną rośnie z roku na rok i nic nie wskazuje na to, by ten trend można było szybko zahamować lub odwrócić.

Jak podaje Forum Przeciw Depresji, w Polsce na kliniczną postać depresji może cierpieć nawet do 20 proc. nastolatków. Jednocześnie aż 30–70 proc. dzieci z depresją spełnia również kryteria diagnostyczne zaburzeń lękowych.

Profesor Haidt ostrzega, że kolejne pokolenia będą jeszcze bardziej narażone na destrukcyjne działanie zewnętrznych czynników właśnie ze względu na nadmierną troskę ich rodziców.

Źródła: The Coddling of American Mind, YouTube, Parents.com, Forum Przeciw Depresji, Dziecko jako inwestycja współczesnych rodziców z klasy średniej

Kochani wyszłam na spacer, by odreagować współczesną politykę i zrobiłam kilka zdjęć, by Wam pokazać w jak cudnym miejscu mieszkam.

Wszędzie jest zielono, cicho, spokojnie, a była to godzina 20.00

Zapraszam na spacer.

Obraz może zawierać: drzewo, dom, niebo, roślina i na zewnątrz

Obraz może zawierać: niebo, drzewo, chmura, roślina, dom, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: roślina, kwiat, drzewo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: roślina, kwiat, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: roślina, kwiat, drzewo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: roślina, kwiat, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: drzewo, boisko do koszykówki, niebo, roślina i na zewnątrz

Obraz może zawierać: ludzie siedzą, drzewo, roślina, buty i na zewnątrz

Obraz może zawierać: drzewo, niebo, roślina, na zewnątrz, przyroda i woda

Obraz może zawierać: roślina, na zewnątrz, przyroda i woda

Obraz może zawierać: niebo, roślina, drzewo, trawa, na zewnątrz, przyroda i woda

Obraz może zawierać: drzewo, niebo, roślina, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: drzewo, roślina, trawa, kwiat, niebo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: drzewo, niebo, roślina, na zewnątrz, przyroda i woda

Obraz może zawierać: niebo, drzewo, roślina, chmura, na zewnątrz, przyroda i woda

Obraz może zawierać: drzewo, niebo, trawa, roślina, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: drzewo, roślina, niebo, dom, trawa, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: drzewo, roślina, niebo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: niebo, drzewo, roślina, dom, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: niebo, drzewo, chmura i na zewnątrz

Popełnione błędy!

Kiedy miałam dość swojego ojca, który jak to się potocznie mówi – pił i bił, to jak najszybciej chciałam zwiać z  rodzinnego domu.

Poznałam chłopka, w którym od pierwszego wejrzenia się zakochałam i wymyśliłam sobie, że się z nim zestarzeję i będziemy żyli długo i szczęśliwie.

Już w wieku nastolatki byłam romantyczką i wierzyłam, że mi się uda stworzyć modelowe małżeństwo i rodzinę.

Nie chciałam żyć w kłamstwie rodzinnym i dlatego dążyłam do tego, aby mi się udało być szczęśliwą i kochaną.

Pobraliśmy się, a ja urodziłam pierwsze dziecko, kiedy mąż był dwa lata w wojsku.

Sama więc wychowywałam dziecko przy pomocy mojej matki i czekałam cierpliwie na powrót męża na łono domowego ogniska.

Wychowywałam dziecko i biegałam do roboty, aby zarobić na potrzebne rzeczy dla swojej córeczki.

Nie było lekko, ale starałam się, gdyż zależało mi, aby dziecku niczego nie brakowało na tamte, chude czasy.

Po trzech latach pojawiła się druga córka i doszły więc nowe obowiązki, ale ja zawsze chciałam mieć dwoje dzieci, bo zawsze twierdziłam, że w razie co – mam swoje dwie ręce i będę miała jak je ochronić.

Nigdy o tym nie pisałam, ale kiedy moja starsza córka szła do komunii, to w tym dniu dowiedziałam się, że mąż będzie miał dziecko z inną kobietą!

Kobietą, która w swoim życiu nie przepracowała ani jednego dnia, a każde dziecko pochodziło z innego związku!

Miała ich czwórkę i tak zagięła parol, że mój mąż się dał uwieść jak to młody byczek.

Mój świat runął!

Nie wytrzymałam tego, że tak kochając zostałam zdradzona!

Wzięłam za dużo tabletek, bo chciałam odejść i nie myślałam w tamtym momencie o moich dzieciach.

Rodzina się wypięła i nawet nie próbowała mnie ratować.

Nabrali wody w usta i zostawili mnie samą z wielką, moją tragedią!

Mój anioł czuwał i lekarze mnie uratowali, a kiedy doszłam jako, tako do siebie, to kazałam mężowi wybierać, bo albo ja i dzieci, albo ona.

Został przy mnie i tak jesteśmy ze sobą już 43 lata.

Poszłam kiedyś to niej i spytałam dlaczego mi to zrobiła, a ona, że się zakochała i było jej wszystko jedno, czy rozbije moją rodzinę!

Tamte przeżycia tkwią we mnie przez ponad 30 lat i choć staram się o tym nie mówić, nie rozdrapywać, to wryły się tak mocno, że od czasu do czasu demony mnie atakują w cichości mojej duszy.

Nikt o tym nie wie, bo nawet mąż, gdyż nie wracam  do tamtego czasu, ale ja mam w sobie wciąż ten ból, to odrzucenie i poniżenie tylko za to, że kochałam i kocham za bardzo.

Kiedy tylko spotkałam jakiś rodzaj sztuki nazwany przeze mnie – tylko w dwoje, które mam do dzisiaj, to mi przypomina jak cholernie pragnęłam miłości! – zdjęcia poniżej!

Udało się nam to wszystko posklejać, choć minęły lata i teraz kiedy mąż do mnie mówi, że szkoda, iż nie miał takiego rozumu jak teraz, to by się to zło nigdy nie wydarzyło.

Jesteśmy teraz tacy, że się cholernie kochamy i żadne z nas nie umie żyć bez siebie.

Jesteśmy małżeństwem,  przyjaciółmi i wspieramy się na każdym kroku i tamte wypadki sprawiły, że rozumiemy się bez słów.

Teraz jestem szczęśliwa jak nigdy nie byłam.

Ta smutna historia zakończyła się happy – endem!

Tylko, teraz jest tak, że boję się kto, kogo zostawi i odejdzie pierwszy!

Piotr piszesz bloga o zdradach i proszę Ciebie – przestań zdradzać swoją żonę!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Dziś o matkach!

 

Image

Mam konto na Twitterze, ale praktycznie się tam nie udzielam, a tylko czasami czytam, co piszą politycy ze wszystkich opcji.

Wczoraj natrafiłam na wpis Doroty Zawadzkiej, która wyśmiała wpis byłej premier – Beaty Szydło, która przekręciła słowa z piosenki „Chłopców z Placu Broni” brzmiące:

„Wolność kocham i rozumiem. 
Wolności oddać nie umiem”
Chłopcy z Placu Broni!

Zawadzka to skrytykowała i napisała, że dziewczynka z Placu Broni wymyśliła sobie własną wersję.

Automatycznie pojawiły się nienawistne słowa skierowane do Zawadzkiej, której syn miał epizod z próbą gwałtu na koleżance, której podczas szarpaniny wybił ząb.

Zawadzka po raz wtóry naraziła siebie i syna na okropną krytykę prawicowych ludzi, którzy tak ją i syna skopali, że trudno mi było to czytać.

Czytałam te nienawistne komentarze i pomyślałam sobie, że pani psycholog kompletnie nie rozumie, że wdając się w krytykę PiS-u automatycznie naraża swoje dziecko na tak okrutne komentarze.

Jaka matka tak robi wiedząc, że do syna przykleiła się łatka gwałciciela i będzie musiał z tym żyć do końca swego żywota, bo media mocno nagłośniły ten jego wybryk, za który spędził 3 miesiące w areszcie.

Zawadzka ma tendencję do krytyki, a to celebrytów, a to polityków i ma prawo do swojego zdania, ale po każdej, takiej krytyce spływa na nią nienawistny hejt i dalej niczego się nie nauczyła.

Nie pojmuję dlaczego ściąga na swoje dziecko tak bardzo okrutne słowa i zamiast chronić swoje dziecko, to sama wystawia je na hejt, a tak przykro się to w sieci czyta.

Druga strona medalu, to stwierdzam, że PiS wygra wybory, bo ma ogromne poparcie tak bezwzględnych ludzi, chamskich ludzi, którzy w sieci zostawiają obrzydliwy ściek.

Wszędzie się głosi, żeby przestać hejtować, ale to jak grochem o ścianę i o tym przekonałam się wczoraj obserwując profil Zawadzkiej.

Zła, zmartwiona napisałam do niej mejla o treści:

Przeczytałam dzisiejszy hejt na Twitter i dziwię się, że ponownie naraziłaś swojego syna na hejt.
Dlaczego wdajesz się w dyskurs z prawicą, która wyrzyguje hejt na Twego syna.
Dlaczego mu to robisz, bo wydaje się, że jesteś najgorszą matką  w Polsce.
Wydaje się, że nie masz za grosz wyczucia i sama wystawiasz się na hejt i swoją rodzinę.
Jakie to przykre!”
Odpisała mi:
„Nie narażam swojego syna na hejt, bo ob jest osobą prywatną i w ogóle go to nie dotyka. Prawica wyrzyguje na wszystkich a ja nie będę milczeć bo ktoś bzdury pisze. Im o to chodzi. Niech sobie piszą co chcą. Nic z tego co wypisują nie jest prawdą, to czemu mam się przejmować?
Wyjaśnij mi to. D.”
Odpowiedziałam:
„Syn nie jest osobą prywatną. Ludzie go znają! A jednak swojego TT zamknęłaś, bo chyba dotarło w końcu, że syn czyta i dostało mu się strasznie. „
Kolejny mejl od Zawadzkiej:

„Jest osobą prywatną. Ci którzy go znają, wiedzą. Brednie innych mamy w nosie 😉

Nie ma tweetera 😉
Gdyby ci pisali obcy ludzie , ze jesteś idiotką to byś sie przejęła?  Ja nie 😉
Miłego dnia. D.”

Odpowiedziałam więc:

„5 długich lat byłam hejtowana i sprawa trafiła do Prokuratury, a więc doskonale znam smak hejtu. Przykro czytać ile pomyj wylano na syna i powinna pani go chronić, a nie narażać na ściek w sieci.
Też miłego dnia!”
Dlaczego do Zawadzkiej napisałam?
Ano dlatego, że strasznie żal mi się zrobiło tego jej syna, który tym jedynym wybrykiem sprawił, że matka w sieci może pisać już tylko neutralnie, bo w innym wypadku katuje i zabija swoje dziecko!
Znalezione obrazy dla zapytania matki w smartfonach
A teraz o młodych matkach – znalezione na Facebooku!
Stosunek współczesnych matek do swoich dzieci:
Napisała to pewna nauczycielka przedszkolna, która pilnie obserwuje obecną rzeczywistość.

„Dzień dobry, jestem matką 10 latki oraz nauczycielka z 15 letnim stażem w publicznym przedszkolu. Jestem przerażona, tak na poważnie. Czym? Właściwie kim? Otóż rodzicami(czyt. niepracujacymi „madkami”) , którzy w piękne słoneczne dni zadają sobie wiele trudu, aby wstać wcześnie rano, wyszykowac miłość swojego życia, czyli ich osobiste kochane dzieciątko i prowadzą je do dyzurujacego przedszkola, zostawiają na cały dzień w nagrzanych salach, a same idą na zasłużony odpoczynek, na pogaduszki z koleżanką itp.., po kilku godzinach pojawiają się z pytaniem „czy zjadło? ” bo przecież nie będą gotować specjalnie! O nic więcej nie pytają, bo po co? Co robiło, czy się dobrze czuje, czy jest zmęczone, czy nauczyło się czegos nowego? To jest nie ważne! I idą trzy kroki przodem zapatrzone w ekrany smartfonów przeglądając nowe posty… A dziecko… no jest gdzieś tam z tyłu… idzie…. coś tam mówi… nieważne. I tak mija dzień za dniem, ze smartfonem w ręku i dzieckiem gdzieś tam… Nawet fajnie, że jest ten dzieciak bo jeszcze 500+ wpadnie. O jeszcze trzeba kilka ładnych fotek wstawić w ładnych modnych ubrankach, które znalazły godzinami przeglądając na chińskich stronach… I mam wrażenie, że ja znam te dzieci lepiej niż one same. Mówią mi, że są niegrzeczne… ja się pytam kiedy? Bo nie zauważyłam… Może wtedy gdy się nudzą? Bo w przedszkolu są cudowne, ciekawe świata, zabawne, rozmowne… Trzeba tylko usiąść z nimi, odłożyć telefon i posłuchać co mają ciekawego do opowiedzenia, iść na spacer i poznawać świat, tam nie ma nudy! Mogłabym tak pisać i pisać…, ale mam od dzisiaj urlop, a moja 10 latka czeka na mnie, idziemy zrywać śliwki… będzie ciasto śliwkowe do kawy i ki po obiedzie…. fajnie się przy tym gada…”

Macierzyństwo wczoraj i dziś!

Obraz może zawierać: w budynku

Mam taki kolaż, który zrobiłam w gotowej ramce jakieś 30 lat temu.

Często na niego patrzę i tak sobie myślę, jakie było to moje macierzyństwo?

Zawsze chciałam mieć rodzinę, taką dobrą, lepszą od rodziny jaką stworzyli moi rodzice.

Zawsze sobie mówiłam, że będę dobrą matką, a mój Mąż lepszym ojcem dla swoich dzieci.

Oboje byliśmy poharatani przez rodziców, a zwłaszcza ojców i dlatego marzyła  mi się rodzina bez blizn, co różnie, niestety było.

Nie ma chyba małżeństwa na świecie, którym się układa jak po różach, bo niestety, ale zdarzają się kataklizmy i musimy wszyscy przez to przejść i chwała tym, którym się udaje.

Matką starałam się być na 100%, choć wiem, że popełniłam po drodze masę błędów jak każda matka zresztą.

Kiedyś może od swoich Dzieci my rodzice usłyszymy jakieś żale  i uwagi i weźmiemy to  na klatę, to tylko to już można zrobić.

Moje dzieci mają już swoje rodziny, dzieci i one też popełniają błędy, choć starają się swoje dzieci wychowywać książkowo, kiedy ja takich porad wychowawczych nie miałam i wychowywałam je intuicyjnie.

Znalazłam na Facebooku poniższy wpis o zmęczonej mamie, która płacze w ukryciu, bo jest  wyczerpana –  pełna obaw i się obwinia, czy jest dobrą matką.

Zaczęłam grzebać w pamięci, aby sobie przypomnieć kiedy płakałam z powodu dzieci.

Płakałam kiedy był Stan Wojenny, a ja nie miałam dla swoich dzieci nawet budyniu, kisielu, herbatników, jajka.

Nie miałam czym nakarmić  swoich dzieci, bo w sklepach stał tylko ocet.

Drugi raz płakałam, kiedy moja druga Córka zachorowała i znalazła się w szpitalu, bo lekarze zapisywali zbyt dużo antybiotyków i dziecko zachorowało na anemię.

Kochałam i kocham swoje dzieci, choć pamiętam, że byłam dość szorstką matką, bo musiałam trzymać się grafiku.

Budziłam je o 5 rano, by je nakarmić i odstawić do przedszkola oddalonego sporo od domu, a sama musiałam się stawić punktualnie w pracy na godz. 7.oo

My matki PRL- u nie miałyśmy łatwo, bo w każdej ciąży pracowałam do ostatnich dni, a mimo to, podołałam i nigdy nie żałowałam, że jestem matką!

Nie wyłam do księżyca, że mam dość!

Teraz trochę czytam w Internecie, że młode mamy są przemęczone, sfrustrowane macierzyństwem, choć mogą iść na zwolnienie od pierwszych dni ciąży.

Mają w sklepach wszystko, co potrzebują i nie muszą prać,  gotować pieluch, przecierać zupek, polować w sklepach niemal na wszystko.

Mimo to są zmęczone rolą matki i to jest chyba znak czasów, że wszystko powinno być łatwe i przyjemne, a jeszcze do tego psychologowie mieszają matkom w głowach!

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i w budynku
DO ZMĘCZONEJ MAMY…

„Do zmęczonej mamy, która chowa się na kilka minut pod prysznicem, żeby trochę popłakać… Do mamy, która ukrywa się w łazience, bo potrzebuje kilku minut spokoju, kiedy z jej oczu płyną łzy. Do mamy, która jest tak zmęczona, że nie może już nic więcej zrobić i oddałaby wszystko za chwilę spokoju. Do mamy, która płacze cicho w pokoju, bo nakrzyczała na dzieci bez powodu i teraz ma poczucie winy.

Do mamy, która desperacko usiłuje wcisnąć się w dżinsowe spodnie, bo chce wyglądać ładnie i poczuć się lepiej. Do mamy, która zamawia pizzę na kolację, bo znowu nie miała czasu, żeby zrobić kolacji, tak jak się tego spodziewała.

Do mamy, która czuje się samotna, nawet kiedy nie jest sama.

Jesteś wartościowa. Jesteś ważna. Jesteś wystarczająco dobra.

To tylko etap, wymagający czas dla wszystkim mam. To wszystko okaże się jednak tego warte. Teraz jest ciężko. To trudne na wiele różnych sposobów dla każdej mamy. Nie zawsze o tym rozmawiamy, ale wszystkie walczymy. Nie jesteś sama. Dajesz z siebie wszystko.

Te małe oczy, które Cię obserwują, uważają Cię za idealną, myślą, że więcej niż doskonała. Te małe ręce, które proszą byś wzięła je w ramiona, myślą, że jesteś najsilniejszą osobą na świecie i możesz podbić świat.

Te małe usta, które jedzą to, co gotujesz, uważają, że jesteś najlepsza. Te małe serca, potrzebują Twojego, nie chcą nikogo oprócz Ciebie. Jesteś dla nich wystarczająca, jesteś więcej niż wystarczająca, mamo. Jesteś cudowna!

Źródło: The Mum Source”

Wydumane tematy, aby się kręciło!

Obraz może zawierać: 1 osoba, uśmiecha się, ocean, niebo, woda, plaża, na zewnątrz i przyroda

Ludzie mają w domach pieski, które wyprowadzają na podwórka, do parku, czyli na trawkę.

O ile piesek zrobi kupkę, to odpowiedzialny właściciel sprzątnie po piesku, co się rzadko zresztą zdarza.

Co zrobić z siusiu pieska więc, które wsiąka w ziemię i tyle!

Na moje zachodnie wybrzeże przyjechała słynna Super Niania – Dorota Zawadzka w ramach akcji „Przytulmy lato” i tak sobie jeździ i robi jakieś wykłady dla rodziców w hotelach, domach wczasowych i w wolnym czasie szpieguje.

Szpieguje i jak coś zauważy tak strasznie niepokojącego, jak wysiusianie dziecka przez matkę pod drzewem, to od razu robi na swojej stronie „gównoburzę”.

Przeczytałam więc:

„Raport z ostatniej chwili
Jastrzębia Góra. Deptak, ten na którym nagrywaliśmy film po wyłączeniu komórki. Wracamy, mijamy toaletę, która jest przy samym zejściu na plażę i 3 m dalej pod drzewem – mama wysikuje chłopca. Zszarpuje z niego majtki bo widać młodemu- około 6 lat- się chce siku i młody sika na drzewo przy chodniku.
Podchodzę do niej i mówię przepraszam bardzo, ale tu trzy kroki dalej jest toaleta, mama się nawet nie odwraca. Reaguje pan który stoi koło mnie i mówi „pani da spokój to jest tylko dziecko”. Więc pytam pana, czy uważa, że dziecko może sikać tam gdzie stoi i czy dziecku wszystko wolno a pan mówi, że tak „bo to jest tylko dziecko”. Pan jest koło czterdziestki z żoną i dwiema córeczkami i pan powtarza: „tak, to jest dziecko, dziecku wolno wszystko”.
Więc przypominam i temu panu, co mu powiedziałam, i wam, że nikomu nie wolno wszystkiego. Dziecko nie jest świętą krową i nie może robić siku czy kupy tam gdzie akurat stoi i dziecko trzeba wychowywać od początku, Rozumiem przypadki, że nie ma toalet, trzeba się zatrzymać i wysikać dziecko pod krzaczkiem, ale na głównym deptaku, kiedy jest toaleta 3 m obok no to naprawdę przesada.
Namawiam do wychowywania dzieci”.

Oberwało się publicznie matce, która pozwoliła na wysiusianie się dziecka pod drzewem, chociaż blisko była toaleta publiczna zwana toi-toi, czy jakoś tam.

Pod tym wpisem u Zawadzkiej pojawiło się ponad 750 komentarzy i mamuśki polskie zaczęły oceniać kobietę, która wysiusiała swoje dziecko.

Tylko niech każdy się przyzna, że też swoje dziecko posadziło pod krzaczkiem, bo dziecko wołało „siusiu chcę mamusiu”.

U mnie w mieście są zaledwie trzy toalety publiczne i to w takich miejscach, że trzeba sporo przejść po mieście, a więc widzę często, że wysadzają matki swoje dzieci pod krzaczkami na moim podwórku i co mam drzeć papę z balkonu, że mi się to nie podoba?

Dziecko, to dziecko, a nie dorosły facet, który olewa moczem ściany bloku, bo napił się piwska! Takie obrazki też widzę i jestem skłonna jemu zwrócić uwagę, ale nie dziecku, które tupie nogami, bo zaraz się zesika.

Co ma robić taka mama, która nie chce pozwolić, by dziecko zmoczyło się w majtki?

Jeździłam z dziećmi nad morze i nikt mi nie zwracał uwagi, że wysiusiałam dziecko gdzieś w lasku z dala od plaży, bo nie było gdzie!

Nie było Internetu i nikt mnie publicznie nie oceniał, bo ludzie byli  zajęci swoimi sprawami, a nie obserwowaniem innych ludzi.

Kiedyś dzieci biegały po plaży na golasa – moje nie, ale nikt nie uważał, że czają się w krzakach pedofile.

Było po prostu normalnie, zdrowo, bez dzikich spojrzeń i zawiści.

Jednak teraz w dobie Internetu każdy każdemu może zrobić zdjęcie i puszcza to do sieci i się zaczyna chamska nawalanka publiczna.

Uważam, że Zawadzkiej należy odciąć Internet, bo za każdym razem kiedy do nas przyjeżdża, to ocenia ludzi, których nie da się zmienić i żadne nawoływania ludzi nie niczego nie nauczą, bo to jest dziki tłum!

Ależ oczywiście, że nie jestem za sikaniem i robieniem na twardo gdzie popadnie, ale czasami nie ma innego wyjścia, jeśli dziecko woła siku.

Strach wejść do tych toi-toi, bo tam często elegancko nie jest i dlatego bywają sytuacje, że dziecko ma swoje prawo załatwić się pod krzaczkiem.

Byłabym dumna z Zawadzkiej gdyby zwróciła uwagę napakowanemu tatusiowi, który ma pod opieką dziecko, który raczy się na plaży piwskiem i dziecko robi, co chce, ale tego by się bała zrobić, gdyż usłyszałaby odpowiednią wiązankę.

500 + sprawiło, że ludzie hurtowo jadą nad morze, ale za tym stoją chamskie zachowania na wybrzeżu i niech tu czerpie Zawadzka materiały do swoich postów, ale boi się!

W rodzinie Zawadzkiej jest piesek, a więc pytam, czy sika on do foliowej torebki, czy też podnosi nogę i oblewa drzewko?

Schamiało nasze społeczeństwo i tak napisała aktorka – Katarzyna Skrzynecka:

Co nas „wypłoszyło” z plaży nad Polskim morzem…? Nie, nawet nie dzikie tłumy…bo przecież każdy ma prawo, lubi i chciałby być latem nad morzem… Nawet nie że woda zimna… (…) Gromady rozwydrzonych matołów, pod 30tkę, dojących na plaży z gwinta już nie tylko piwsko, ale wódkę i „łychę”, ryczących jak bawoły – przy czym bawół chociaż ma mózg! – co 2gi…3ci grajdoł wyjących bezmózgów: „Weź kuwa, ja piedolę kuwa, jeać, jeać wszystkich, kuwa” … Kolejne rodziny jak my, z dziećmi, którym uszy więdły, opuszczały w poczuciu niesmaku śliczne szerokie plaże… Tak miło wspominam te plaże z wakacji mojego dzieciństwa…. Odeszło w przeszłość. Na szczęście, mamy enklawę basenu w hotelu.Tu się schowamy przed „współczesną kulturą plażowania” – napisała aktorka”.

Zawadzka boi się o tym napisać, bo ona jest psycholożka od dzieci przecież!

Na świecie są ważniejsze tematy, jak susza, upały, tornada, śmieci w morzach i oceanach, a ta zajmuje się dzieckiem psikającym na drzewo.

W komentarzach pod tym postem matki pisały, że są na plaży.

Wsadziły nosy w smartfon i dyskutowały,  a ja się pytam, co robiło ich dziecko w tym czasie, bo może oddaliło się od plaży 8 kilometrów i znalazło się w Niemczech i nikt na nie nie zwrócił uwagi, bo u Zawadzkiej jest „gównoburza”!

Z troską o dzieciach!

Będąc na balkonie obserwowałam małe dzieci w piaskownicy i tak mi przyszedł pomysł na kolejny wpis.

Dzieci ze sobą współpracowały kopiąc dziury w piasku i żywo ze sobą dyskutowały.

Pomyślałam sobie na kogo te dzieci wyrosną i jak im się potoczy życie.

Tak samo oczywiście myślę o swoich Wnukach rzecz jasna.

Potocznie się mówi, że małe dzieci, to mały kłopot, a duże, to duży kłopot i choćby rodzice dbali i wychowywali swoje dzieci jak najlepiej, to może w przyszłości pójść coś nie tak!

Rozmawiałam nie tak dawno z moją  Córką, która opowiedziała mi historię 12 letniej córki jej koleżanką.

Dziewczynka bardzo inteligentna, zaopiekowana przez rodziców i niczego jej nie brakuje, a jednak coś z nią dzieje się niedobrego.

Jestem bardzo wrażliwa na dzieci i każda zła wiadomość sprawia, że w moich oczach pojawiają się łzy. Musiałam się powstrzymać przy Córce, by się nie rozkleić.

Przecież to nie moje dziecko, nie moje Wnuki, a jednak mnie wrażliwca dotyka i zajmuje myśli.

Otóż 12 lata wmówiła sobie, że może być taka sama jak jej idolka, którą wypatrzyła w sieci i chce się do niej upodobnić, a więc pojawiła się anoreksja i z tego powodu dziewczynka odmawia pożywienia!

Rodzice są załamani, bo postępowanie ich dziecka spędza im sen z powiek.

Pamiętam, że kiedy byłam dziewczynką, to nigdy nie chciałam się do nikogo upodobnić, ale to były spokojne czasy bez internetowego szału, gdzie dzieci odnajdują swoich idoli i koniecznie chcą ich naśladować, a najbardziej pod względem wyglądu!

Pamiętam, że w latach 60-tych biegłam do kiosku i kupowałam tygodnik (chyba) pt. „Film” i „Ekran”, a w nich były zdjęcia aktorów i aktorek.

Czytam tą prasę i namiętnie wycinałam zdjęcia i wklejałam do osobistego zeszytu z aktorami.

Tak się dowiedziałam o istnieniu Sophii Loren, Claudii Cardinale, Brygitte Bardot, Alana Delona itp.

To była zdrowa fascynacja, która także uczyła tego wielkiego świata w zasklepionej Polsce, do której tak mało docierało z zachodu!

Teraz dzieci są bombardowane pięknem poprawianym przez programy graficzne i ślepo wierzą, że ci ludzie tak naprawdę wyglądają i dążą do tego, by się upodobnić do nie istniejącego.

Dzieci nie wiedzą, że za tym pięknem stoi chirurgia plastyczna, a więc sztuczne „cycki”, usta, botoks, kawasy, wycinanie żeber, by mieć piękną talię i inne sztuczki chirurgiczne.

Te dzieci są oszukiwane i wpadają w kompleksy i przeróżne choroby natury psychicznej.

A tymczasem w Polsce brakuje dziecięcych psychiatrów i zamykane są oddziały w szpitalach w całej Polsce.

Z zawodu odchodzą psycholodzy i psychiatrzy i czytam:

Psychiatria dziecięca tonie. Zamyka się kolejny oddział, istnienie kilku innych jest zagrożone.

„Brak miejsc w szpitalach, brak zaplecza ambulatoryjnego, zagrożonych zamknięciem jest kilka ośrodków w kraju. Mamy problem z kadrą, a warunki pracy są nie do zniesienia. Musimy odmawiać pacjentom z myślami samobójczymi przyjęcia, bo brak miejsc, a oni nam grożą, że się zabiją”.

„Stajemy przed dramatycznym pytaniem: czy powiesi się nastolatek z myślami samobójczymi odesłany ze szpitalnej izby przyjęć do domu, czy ten przyjęty na oddział, któremu nie będziemy w stanie zapewnić opieki?”

https://oko.press/psychiatria-dziecieca-tonie-zamyka-sie-kolejny-oddzial-istnienie-kilku-innych-jest-zagrozone/

 

Współcześni zagubieni rodzice!

Wzrost postaw roszczeniowych idzie w parze z wyuczoną bezradnością

Pamiętacie swoje dzieciństwo, kiedy to z kluczem na szyi musieliśmy sobie radzić, bo rodzice byli w pracy?

Kiedyś wracając do domu ze szkoły zgubiłam ten klucz i było mi głupio, ale chyba rozwiązał się sznurek i klucz ten mi zginął. Miałam zaledwie 8 lat i pamiętam to do dzisiaj.

Miałam daleko do szkoły, bo aż dwa kilometry musiałam pokonać w deszczu i śniegu, ale dawałam radę.

Nikt mnie do szkoły nie woził, a więc musiałam pokonać taką trasę i pamiętam, kiedy deszcz skropił mnie do ostatniej, suchej nitki.

Mama nie miała czasu, aby mnie odprowadzać, a więc musiałam sama sobie radzić.

Wolny czas spędzaliśmy na podwórkach, bo wówczas rodzice nie jeździli na wypasione wczasy, a nas posyłali do dziadków, na kolonie, czy też na obozy harcerskie.

Pamiętam taki obóz, na którym trzeba było zbierać drzewo na ognisko, szykować posiłki dla wszystkich i spać w namiocie na łóżku polowym i nikt się nami nie martwił.

Uczyliśmy się szkoły przetrwania.

Pamiętam, kiedy pojechałam z rodzicami do Warszawy i tam poznałam swojego kuzyna w moim wieku.

Siedzieliśmy przy stole i narysowałam go z siusiakiem i za to dostałam takie cięgi od mamy nylonową siatką, że pamiętam to do dziś.

Nikt wówczas rodzicom nie wmawiał, że klaps, to też bicie!

To były zupełnie inne czasy dla nas dzieci i dla naszych rodziców.

Szalałam na podwórku i dorobiłam się na nim 7 blizn na nogach, które powstały z chęci poznawania świata.

Sama nauczyłam się jazdy na łyżwach, jazdy rowerem i pływania, bo ojcu ani w głowie to było, gdyż robił karierę zawodową.

Rodzice się kłócili, to zwiewałam z domu na podwórko, do parku, czy na boisko sportowe i tam grałam z rówieśnikami w różne gry.

Nikt wówczas nie mówił o bezstresowym wychowaniu i w wielu rodzinach stosowano pasa, w celu wychowania dziecka i nikt się temu nie dziwił.

Nie było Internetu i rodzice nie wiedzieli, że nikt obcy nie ma prawa dotykać ich dziecka.

Czytam Facebooka Doroty Zawadzkiej, tej Super Niani i tam się dowiaduję, że rodzice skaczą koło swoich dzieci i nie dają im swobody!

Biegają po stołówce wczasowej, aby tylko dziecko coś zjadło i dochodzi do dziwnych sytuacji, bo dzieci plują jedzeniem, wrzeszczą i krzyczą!

Oczywiście nie wolno dać klapsa!

Młode matki czerpią wiedzę o wychowaniu z Internetu i dochodzi do tego, że każda matka może być skrytykowana, opluta, bo boso posłała swoje dziecko do ogródka, a dziecko ma brudne stopy.

Doszło do tego, że wielu rodziców boi się swojemu dziecku zwrócić uwagę, bo dziecko zaraz odpowie, że ma swoje prawa w domu i w szkole!

Siedzą zombi przed komputerem, a kiedy rodzic każe zamknąć klapę, to boją się, że zostaną uduszeni przez własne dziecko.

Podwórka są puste i ja to obserwuję, a kiedy nastolatki wyjdą z domu, to siedzą na ławce wgapieni w smartfona.

Prasa krzyczy, że coraz więcej dzieci ma myśli samobójcze, bo się pogubiły i nie wiedzą jaką drogą iść w kierunku dorosłego życia!

Tak po cichu napiszę, że podczas tych wakacji moja Wnusia była na obozie harcerskim i wróciła do domu zadowolona i nic złego ją nie spotkało – uf pisze babcia!

Jednak nie wszędzie jest tak cudnie i kolorowo i czytamy!:

„Nasze dzieci to największe pierdoły na świecie? Hodujemy zombi, które nie wiedzą kim są.

Hodujemy zombi, które nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają. Żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć. A nie potrafią poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za innych.

Witam, czy wasze dzieci były na obozie harcerskim? Wszystko OK, tylko przerażają mnie te namioty w środku lasu. A co w sytuacji, jak jest burza?” – pyta Beata na internetowym forum pod hasłem „Obóz harcerski”. „Namioty namiotami. Moje dziecko zraziło się w zeszłym roku brakiem higieny. Syf, brud, kąpiele sporadyczne, wróciła totalnie brudna” – odpowiada jej Zofia. Tę bezradność rodziców i dzieci potęgują obecne przepisy. Rok temu sanepid chciał zamknąć obóz harcerski koło Ustki, bo nie było tam elektryczności. Dwa lata temu w Bieszczadach kazano organizatorom obozu survivalowego pociągnąć rurami wodę z ujęcia oddalonego o trzy kilometry. W sumie trudno się więc dziwić, że w styczniu tego roku wychowawca zimowiska koło Karpacza zorganizował zamiast ogniska „świecznisko” w świetlicy, bo na zewnątrz było minus 10 stopni i dzieciaki poskarżyły się rodzicom, że nie chcą marznąć, a ci zagrozili opiekunowi interwencją w kuratorium, jeśli nie odwoła „niebezpiecznej zabawy”.

– Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. W las pierwsi jechali najbardziej sprawni i silni harcerze, cięli siekierkami drzewa, kopali latryny, myli się w górskim lodowatym strumieniu. Cały obóz budowaliśmy własnymi rękoma. Nikt się nie zastanawiał, czy jajka na jajecznicę zostały wyparzone w „wydzielonym, oznakowanym stanowisku wyparzania jaj”. Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. Obozy stawiają profesjonalne firmy, a dzieciaki przyjeżdżają na gotowe, zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania – opowiada były już harcmistrz z podwarszawskiej miejscowości. Woli pozostać anonimowy, bo dorabia, choć tylko okazjonalnie i nieharcersko, na letnich obozach dla młodzieży.

– Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.

Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki. Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba. Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF. Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś. Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło. Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.

– Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks – opowiada.

„Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.

Ale dwie lewe ręce mają nie tylko najmłodsi. W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.

Tylko do pierwszego potu

Naukowcy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie od wielu lat badają kondycję fizyczną polskiej młodzieży. Ich wnioski są zatrważające: 30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie. Uczniowie szkół podstawowych z miejsca skakali w dal 129 cm, dzisiaj skoczą najwyżej metr. 600 m przebiegali dawniej średnio w 3 minuty i 5 sekund, teraz wloką się 40 sekund wolniej. Ale prawdziwy dramat widać w sile – kiedy nie było jeszcze internetu, uczeń potrafił w zwisie wytrzymać 17 sekund, teraz zaledwie 7. O załamaniu sportowych wyników mówią też trenerzy – mimo specjalistycznych planów wysiłkowych, nowoczesnego sprzętu i odzieży, ogólnodostępnych siłowni czy placów do ćwiczeń osiągnięcia sportowe są – delikatnie mówiąc – mizerne. I to mimo że sport uprawia dziś dwa razy więcej osób niż 20–30 lat temu. Tyle że to ćwiczenia tylko do pierwszego potu. Psycholodzy mówią o syndromie nadmiaru możliwości i wynikającego z tego braku wytrwałości. Młodzi rezygnują z doskonalenia się w danej dziedzinie, jeśli tylko napotkają pierwszą trudność. Od razu próbują nowych rzeczy. W konsekwencji mamy mnóstwo nowych dyscyplin, hobby czy możliwości spędzania wolnego czasu. Wszystko to jednak robią po łebkach, żeby tylko zaliczyć, żeby się pokazać na słitfoci w portalu społecznościowym. To powierzchowne próbowanie wszystkiego oznacza, że tak naprawdę nie potrafią niczego.

– Dziś żyjemy w świecie panoptykonu, o którym mówił Michel Foucault, więzienia, w którym wszyscy wszystkich obserwują. Dążymy więc do tego, by się pokazać z jak najlepszej strony. Cokolwiek zaczynamy robić, robimy już nie tyle dla siebie, co dla poklasku, dla pokazania innym. Nie biegamy już dla zdrowia, dla kondycji, tylko żeby pokonywać kolejne dystanse, bić kolejne rekordy, które od razu wrzucamy do internetu. Podobnie jak jazda na rowerze czy ćwiczenia w siłowni. Jednak ten imperatyw ciągłego zdobywania sukcesu powoduje, że zawsze jesteśmy przegrani. Bo jeśli tylko na tym budujemy system własnej wartości, wystarczy drobne potknięcie, żeby ta cała psychologiczna konstrukcja się zawaliła. I wtedy stajemy się bezradni – tłumaczy psycholog Małgorzata Osowiecka z SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego w Sopocie.

Podczas zeszłorocznych wykładów w The Royal Institution w Londynie prof. Danielle George z Uniwersytetu w Manchesterze przedstawiła badania, z których wynika, że młodzi, ale już dorośli ludzie stali się uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek. W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.

Albo supermen, albo nikt

Dla tego jednak, kto sądzi, że taka życiowa postawa pierdoły to domena osób niezbyt lotnych, kubłem zimnej wody niech będą słowa prof. Jonathana Droriego, który podczas konferencji naukowej TED (Technology, Entertainment and Design) w Kalifornii, organizowanej przez amerykańską organizację non profit Sapling Foundation, opowiedział o eksperymencie przeprowadzonym kilka lat temu w Instytucie Technologicznym w Massachusetts (MIT), uważanym za jedną z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie. Naukowcy odwiedzili świeżo upieczonych inżynierów z MIT i zapytali, czy można zapalić żarówkę za pomocą baterii i drutu. – Zapytaliśmy: umiecie to zrobić? Powiedzieli, że to niemożliwe. I nie wyśmiewam tu Amerykanów. Tak samo jest w Imperial College w Londynie – opowiadał rozbawionym słuchaczom prof. Drori.

Lecz to śmiech przez łzy, bo to przecież ci młodzi ludzie niebawem przejmą, a nawet już przejmują stery rządów, gospodarek, bo to oni zaczynają decydować o kierunkach rozwoju świata. Tymczasem dochowaliśmy się, i nadal tak wychowujemy, rzeszy wydmuszek nasączonych wiedzą, z której nie potrafią skorzystać, o skorupkach tak słabych, że pękają od pierwszego niepowodzenia, ba – od niepochlebnej opinii czy krytyki. Inżynierowie z MIT z pewnością doskonale poradzą sobie z odczytaniem schematów silników rakietowych, ale mają problemy z wyzwaniami codziennego życia.

Już ponad 10 lat temu historyk literatury, eseista, profesor Uniwersytetu Gdańskiego Stefan Chwin alarmował, że błędem współczesnego modelu wychowawczego jest tyrania optymizmu, tyrania udawania, że wszystko będzie OK – tylko się starajcie i uczcie pilnie. Że wystarczy wiara, iż wszyscy mogą wszystko, że wystarczy chcieć, by móc. Jednak takie głosy rozsądku przegrały z przekonaniem, iż wszyscy są równi i mają takie same szanse, a szczęśliwy człowiek to człowiek sukcesu. – Zastąpiliśmy zasady i wartości hiperliberalizmem, który zaprowadził nas na manowce – wskazuje prof. Joanna Moczydłowska z Politechniki Białostockiej.

Przede wszystkim równość to fikcja. Są ludzie bardziej i mniej zdolni, inteligentni i gamonie. – Ludzie są po prostu różni. Jedni mają temperament flegmatyczny, inni choleryczny. To są cechy wrodzone, niezależne od oddziaływania rodziny, szkoły czy pracodawcy. To właśnie geny decydują, dlaczego tak rozbieżne potrafią być ścieżki kariery rodzeństwa, które wychowywane było w jednym domu, w tych samych warunkach, które miało taki sam start i potencjalne możliwości środowiskowe – tłumaczy prof. Moczydłowska.

Zdolnej, inteligentnej młodzieży nie przybędzie dlatego, że udało się wmówić młodym ludziom, że mogą sięgnąć po nieosiągalne. 20 lat temu do szkół z maturą szło najwyżej 30 proc. uczniów po podstawówce. Dziś wskaźnik ten sięgnął prawie 90 proc. Na rynku pojawiła się więc armia z dyplomami, niestety zbyt często bez zdolności, umiejętności i pasji. – Wielu ludziom robimy tym krzywdę. Tej nadprodukcji magistrów rynek nie przyjmuje, rodzi się za to frustracja z niespełnienia oczekiwań, którymi ładuje się ich od najmłodszych lat. Jeśli kibol, który się spełnia, ćwicząc z ciężarkami, pozostanie w dorosłym życiu na swoim poziomie i w swoim otoczeniu, będzie żył w zgodzie z samym sobą, to z punktu widzenia psychologii jest dla wszystkich korzystne. Jeśli ulegnie ułudzie i pójdzie na studia, którym intelektualnie nie jest w stanie sprostać, będzie to groźne dla jego psychiki i otoczenia, na którym może wyładować swoją późniejszą frustrację – zauważa ekspertka.

Społeczeństwo zachłysnęło się – jak to nazywają specjaliści – amerykanizacją oczekiwań, że każdy może wszystko, i napakowaniem energią do nieustannego odkrywania w sobie supermena. Sęk w tym, że imperatyw wzlatywania ponad poziomy nie ma poduszki bezpieczeństwa. W dzisiejszym świecie jest tylko jeden cel: osiągnięcie sukcesu, ale nie ma porażki. Jest tylko pochwała, ale nie ma krytyki. Jest tylko rozwiązywanie problemów, ale nie ma problemów.

Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel. Ale nie zaboli w ogóle, bo są środki ochronne. A jeśli Jaś się nie nauczy, że prędkość na rowerze plus nieuwaga są groźne i mogą wywołać ból, Jan nie zrozumie, że szybkość auta plus nieuwaga oznacza już śmierć.

– Mnożenie zakazów i nakazów sprawia, że młodzi ludzie nie potrafią sami sobie wyznaczać granic. Nie rozumieją konsekwencji swoich czynów, nie mają kontroli nad swoim zachowaniem i postępują bezrefleksyjnie. Dlatego nawet najbardziej agresywne reklamy społeczne przedstawiające skutki zażywania dopalaczy nie będą skuteczne, bo zadziała tu mechanizm obronny – nie damy sobie rady z taką hardkorową informacją, więc musimy ją odrzucić. I młodzi niemający własnych fatalnych doświadczeń taki przekaz odrzucają – zaznacza psycholog Małgorzata Osowiecka.

– I do tego ta nieustająca nadopiekuńczość. Ostatnie badania wskazują, że już 43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami, a w wielu przypadkach powodem nie są wcale problemy finansowe. Tak czują się bezpieczniej, wolą pozostać pod rodzicielskim parasolem. Gdy byli mali, rodzice mówili: nie biegaj, bo się wywrócisz i stłuczesz kolano, do szkoły nosili za nich ciężkie tornistry, a teraz mówią: nie pracuj, masz jeszcze czas, my ci pomożemy. Takie ograniczanie samodzielności u dorosłego człowieka to dramat, bo on nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych. Rezygnuje z podejmowania wyzwań w imię trwania w sferze komfortu – przestrzega prof. Joanna Moczydłowska.

Być to być widzianym

Szklany klosz, pod którym chowamy nasze dzieci, nie wystawiając ich na trudy życia i ryzyko porażki, powoduje, że zatracają umiejętności krytycznego postrzegania rzeczywistości. W USA według sondażu przeprowadzonego przez Columbia University aż 85 proc. rodziców wierzy, że trzeba wmawiać dzieciom, iż są inteligentne, i chwalić je na każdym kroku. Tymczasem – jak przekonuje psycholog Carol Dweck – to błąd wychowawczy. Przez 10 lat badała osiągnięcia uczniów kilkunastu szkół w Nowym Jorku. Z jej eksperymentów i analiz wynika, że dzieci, które po udanym rozwiązaniu testu były chwalone za mądrość i zdolności, szybciej osiadały na laurach i unikały kolejnych wyzwań, niż te, u których doceniano wysiłek i ciężką pracę w osiągnięcia sukcesu. Te „mądre z natury” bały się porażki przy trudniejszych zadaniach, bo podważałaby one ich wysoką samoocenę. Nie chciały się przekonać, że jednak nie są tak inteligentne, jak uważa otoczenie. A jak już podejmowały ryzyko i skończyło się to niepowodzeniem, rezygnowały z dalszych prób, by nie pogłębiać poczucia przegranej. Te zaś, których sukces był skomentowany jako efekt ciężkiej pracy, dużo chętniej sięgały po bardziej skomplikowane zadania, a niepowodzenie tylko motywowało je do dalszej pracy.

Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów. Zaś sztuczne wzmacnianie u dzieci poczucia własnej wartości i puste pochwały powodują, że gdy dorastają, nie radzą sobie nawet z niewielkimi porażkami. Utożsamiają je z własnymi słabościami – przecież wszyscy są ponoć równi i każdego stać na wszystko – czują się oszukani i odreagowują niepowodzenia agresją.”

https://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/892103,nasze-dzieci-to-najwieksze-pierdoly-na-swiecie-hodujemy-zombi-ktore-nie-wiedza-kim-sa.html?fbclid=IwAR3sqszudpMGS7SmUO2LQh9UwwerNUA0Wkqk9Xzco25Rx5s1RTplzCodXRs

Najważniejsze jest dobro dziecka!

Od 24 godzin cała Polska szuka 5 letniego Dawida.

Ojciec zabrał syna od dziadków i obiecał, że zawiezie go do jego mamy, z którą od miesiąca nie mieszkał.

Była godzina 17, a 3 godziny potem rzucił się pod pociąg, ale cała Polska zadaje sobie pytanie, co stało się z dzieckiem?

Jest  to  straszna historia i można zadawać sobie różne pytania i samemu sobie odpowiadać.

Może ojciec w akcie zemsty zabił syna i ukrył zwłoki?

Może oddał dziecko komuś zaufanemu, a może dziecko jest już za granicą.

Mam nadzieję, że ta sprawa zakończy się tak, że dziecko całe i zdrowe wróci do matki.

Jestem babcią i bardzo jestem uwrażliwiona na punkcie dzieci, bo mam trójkę Wnucząt.

Boję się o nie i moja wyobraźnia szaleje, kiedy dowiaduję się, że moje szkolne Wnuki są wysyłane na kolonie, obozy, a ja wszędzie szukam zagrożeń, bo tyle się teraz o tym czyta.

Czyta się o pedofilach w każdym zawodzie, bo nie tylko księży i dlatego włączyła mi się jakaś, chyba chora czujność.

O swoje Córki tak nie drżałam jak teraz o Wnuczęta i ciężko się żyje z taką wyobraźnią.

Godzina 11 i ktoś mocno puka do moich drzwi.

Pomyślałam sobie, że może znowu Policja mnie zaszczyca, bo może ktoś mnie znowu podkopał za wypowiedź w Internecie, co już przeżyłam.

Podeszłam do drzwi i gapię się przez Judasza i widzę dwa małe smerfy po drugiej stronie.

Otwieram, a smerfy do mnie, że przyszły mnie odwiedzić.

Luiza i Wojtek są kuzynami 8 letnimi i świetnie się dogadują.

Jak to babcia chciałam ich czymś poczęstować, a że wizyta była niezapowiedziana, to miałam tylko morele w kształcie UFO!

Gotował się bób, a więc zjedli też po parę ziarenek i sobie pogadaliśmy o tym, jak spędzają wakacje!

Luiza pokazała babci jak nauczyła się tańczyć walca wiedeńskiego w szkole dla tancerzy!

Biłam brawo i spytałam Wojtusia jak mu idzie kopanie piłki, bo rośne drugi Lewandowski.

Potem dziadek zabrał moje szczęśliwe Wnuki nad jezioro, co było odmianą dla trochę nudnych wakacji, bo dzieciom trzeba czas urozmaicać.

Cieszę się, że moje Wnuki mają rozsądnych rodziców, kochających się i nie grozi im los 5 letniego Dawida.

 

Obraz może zawierać: 1 osoba, chmura, niebo, na zewnątrz, przyroda i woda

Obraz może zawierać: 1 osoba, siedzi, niebo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: chmura, niebo, na zewnątrz, przyroda i woda

Obraz może zawierać: chmura, niebo, na zewnątrz, woda i przyroda