Archiwa tagu: eutanazja

Powinna być eutanazja +

 

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie siedzą i w budynku

Rozmowa nr 1:

  • masz żyletkę może?
  • nie mam, a po co Ci żyletka?
  • chciałabyś wiedzieć.

Rozmowa nr 2:

  • zabij mnie
  • a jak mam Ciebie zabić?
  • są różne sposoby!
  • czy chcesz aby mnie zamknęli do więzienia?

Moja Mama ma dość choroby i najchętniej chciałaby już umrzeć i takimi życzeniami w czasie odzyskiwania świadomości nas informuje, że chce odejść.

Nie chce już być ciężarem i ma dość swojej choroby i bycia na tym łez padole.

Zdjęcie powyżej zrobiłam zaraz po lekarskiej diagnozie – rak i wygląda na nim całkiem zdrowo i korzystnie, ale wszyscy wiedzieliśmy, że z miesiąca na miesiąc będzie tylko gorzej.

Teraz nie ma jej połowy i leży w łóżku jak malutka kukiełka, trzcinka, maleńka laleczka, całkowicie od nas uzależniona.

Trzeba wszystko w łóżku, a więc karmić, myć i przewijać, bo kompletnie utraciła siły, czego bardzo się wstydzi, bo w przebłyskach świadomości zdaje sobie sprawę ze swojej choroby i z tego jakim jest obciążeniem.

Za chwilę zasypia na parę minut i dziś się obudziła i poprosiła bym trzymała Ją za rękę.

Usiadłam na stołeczku i trzymałam, gładziłam jednocześnie obserwując Jej oczy, które błądziły gdzieś po suficie i chciała coś powiedzieć, ale już i mowa zawodzi.

Przyszłam do domu i opowiedziałam Mężowi, a On, że muszę być silna i wszyscy musimy być silni, bo nie ma innego wyjścia.

Rozmawiałam z opiekunką do osób umierających, która mi powiedziała, że Mama ma raka i owszem, ale przy tym jest zdrowa, gdyż ma bardzo silne serce i prawidłowe o dziwo ciśnienie krwi i dlatego wciąż się broni przed śmiercią.

Od czasu do czasu odzyskuje świadomość i ma wolę umrzeć, ale polskie prawo zabrania eutanazji, a powinno być tak, że w obliczu takiego życzenia, lekarz powinien podać zgodnie z prawem ostateczny zastrzyk!

Mam w smartfonie zdjęcie umierającej, ale nigdy tego zdjęcia nie zamieszczę na blogu z szacunku do Niej i Jej choroby, bo tak nie wolno!

14 stycznia Mama ma Urodziny i skończy 87 lat, ale któż to może wiedzieć, czy doczeka?

Po tych żyletkach ryczę cały wieczór i sądzę, że kiedy Mama odejdzie, to rozsypię się na kawałki nie z powodu zmęczenia psychicznego, ale z powodu, że pierwszy raz w swoim życiu poprosiła mnie o trzymanie ją za rękę.

W mojej rodzinie urodziły się dwa istnienia, bo na świat przyszła Wnuczka mojej Siostry – Pola, a w rodzinie Męża urodził się Julian, a więc to są następne pokolenia, a my będziemy odchodzić i w tym momencie kolejny raz życzę sobie eutanazji w przypadku ciężkiej i nieuleczalnej choroby, bo nie chcę być dla nikogo ciężarem i nikomu nie chcę obierać jego życia.

Nie chcę by moje Dzieci obmywały mnie z śmierdzącego, ale w obliczu prawa w Polsce będę zmuszona do takiego upokorzenia!

W ilu domach odbywa się podobny dramat, a wszelkie rządy są na to głuche i ślepe, a więc w wielu domach są wielkie tragedie, a państwo nie robi z tym nic i ceduje opiekę nad śmiertelnie chorych tylko na rodziny, bo za hospicjum trzeba płacić krocie!

Reklamy

Prawo do eutanazji, ale nie w katolickim zaścianku!

Znalezione obrazy dla zapytania eutanazja

Jakieś 10 lat temu poznałam młodego człowieka w wieku 30 lat.

Młody, przystojny mężczyzna, który cierpiał na potworną depresję i żadne leki mu nie pomagały.

Cierpiał duchowe katusze, bo tak go bolało wszystko i nie umiał sobie z tym poradzić latami.

Opowiadał, że różnymi drogami zbierał psychotropy i powiedział mi, że jeśli w Polsce nie ma eutanazji, czyli zgody na  dobrą śmierć, to on to zrobi sobie sam.

Powiedział mi, że ma zgromadzone 10 fiolek z mocnym lekiem, a w każdej jest 60 tabletek, a jeśli popije to alkoholem, to nie ma siły, aby go uratowano.

Myślałam, że to tylko takie gadanie, ale po trzech latach dotarła do mnie wiadomość, że to zrobił!

W Europie jedynymi krajami, które dopuszczają czynną eutanazję, są Holandia, Belgia i Luksemburg.

Muszą być mocne argumenty, aby dokonać eutanazji i nie jest to decyzja hop siup, a każda  musi mieć mocne przesłanki rozpatrywane komisyjnie.

W Polsce możemy zapomnieć o wprowadzeniu takiego prawa, bo Polska mocno związana jest z kościołem, a więc kiedy ja zamienię się w warzywo nie będę miała prawa do osobistej decyzji, aby nie być istnieniem uciążliwym dla swoich bliskich, którzy też mogą mieć swoje jednostki chorobowe z racji wieku!

To my mając 60 lat, często jeszcze pracując, obarczeni jesteśmy opieką nad chorym rodzicem, albo rodzicami i takich domów jest bardzo dużo.

Medycyna pozwala żyć dłużej nawet leżącemu i my dzieci jesteśmy umordowani do granic wytrzymałości, ale staramy się pchać ten wózek, chociaż po obrobieniu chorego ze śmierdzącego – padamy na pysk.

Nie chcę tak! Nie godzę się na to, aby moje Dzieci wymiatały z pod mojego tyłka śmierdzące.

Dlatego jestem za skróceniem mi życia, ale może być, to moje pobożne życzenie, bo w tym kraju nie szanuje się umierających i odbiera im się godność, a opiekunów sprowadza się do maszynek i zabiera im się resztki  życia, kiedy by mogli godnie przeżywać wchodzenie w swoją starość.

A tak bierzesz papier, chusteczki nasączone, piankę do mycia, podkład i  usuwasz śmierdzące, ale nie rzygasz, bo to twoja Matka, Ojciec, Dziadek, Babcia i tak to wygląda!

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i niektórzy radzą sobie inaczej, aby choroba bliskiej osoby absolutnie nie była przeszkodą w obchodzeniu tych rodzinnych, natchnionych świąt i czytamy:

MARIANNA FIJEWSKA, 17 grudnia 2018

„Mam w d..ie matkę. Czekam, aż umrze”. Świąteczny koszmar w szpitalach.

Pielęgniarka: „Zapytałam tej kobiety, czy dawała mamie jeść i pić, choć dobrze wiedziałam, że pacjentka od jakichś dwóch dni nie miała nic w ustach. Spojrzała na mnie ze złością i powiedziała: „Co mi pani sugeruje?”.

Marianna Fijewska, Wirtualna Polska: W jaki sposób bliscy pozbywają się najstarszych członków rodziny na Święta Bożego Narodzenia?

Justyna, pielęgniarka ze szpitala publicznego pod Warszawą: „Nie wiem, co się dzieje! Mamusia gorzej wygląda!”, „Tato ma biegunkę „, „Babcia nie chce jeść” – każdy powód jest dobry, a prawda jest taka, że oni sami przyczynili się wcześniej do pogorszenia stanu zdrowia pacjenta. Starszy człowiek jest jak dziecko, jeśli przez dwa dni nie dostanie leków, picia, czy jedzenia , natychmiast się odwodni. Następstwem odwodnienia jest najczęściej zagęszczenie moczu, które wywołuje zapalenie układu moczowego. Gdy pacjent trafia na oddział, pobieramy mukrew i widzimy, że ma stan zapalny . W takiej sytuacji nie możemy odmówić przyjęcia.

Od kiedy zaczęło się to masowe przywożenie najstarszych pacjentów do szpitala?

Przez cały rok zdarzają się takie sytuacje, ale od piątku rozpoczął się istny koszmar. W tym momencie na oddziale internistycznym na 40 pacjentów mamy 15 leżących, jeszcze wczoraj było ich 17, ale w nocy dwóch zmarło. Wiemy, że to się dopiero zaczyna. Tak naprawdę najgorsze czeka nas w nadchodzącym tygodniu. W ubiegłym roku po 20 grudnia nie było miejsc na oddziale, więc ci staruszkowie leżeli na korytarzu, jeden obok drugiego.

Ile czasu potrzeba, żeby wyleczyć odwodnionego starszego pacjenta?

Jeśli doszło do zapalenia, starszy człowiek musi przejść kurację antybiotykową, bo inaczej może dostać sepsy i umrze. Taka kuracja trwa siedem dni. Jeśli do zapalenia nie doszło, tylko jest chwilowe pogorszenie stanu zdrowia, pacjent może wyjść ze szpitala po trzech lub czterech dobach, ale po tym czasie rodziny i tak się nie zjawiają. Przestają odbierać telefony i nie ma żadnej możliwości, żeby się z nimi skontaktować. A zgodnie z prawem nie możemy wypisać pacjenta, który nie jest samodzielny. Więc leży na oddziale, aż do momentu, w którym rodzina łaskawie się zjawi. Niech pani sobie wyobrazi, że ci pacjenci przyjeżdżają do nas zapakowani jak na wycieczkę. Mają w torbach ubrania na dwa tygodnie, a do tego świąteczne małe choineczki albo światełka. Rodziny pakują staruszków z pełną świadomością, że nie odbiorą ich przed Świętami, ani nawet przed Sylwestrem.

Jak się tłumaczą, gdy już się pojawiają?

Wymyślają najróżniejsze historie. Że byli w pracy, że sami zachorowali, że mąż był w delegacji i nie mieli jak odebrać pacjenta. Tylko kto jeździ w delegacje na Święta? Czasem też pojawiają się w drugi dzień Świąt, żeby odwiedzić pacjenta. Są to zazwyczaj kobiety – wnuczki albo córki. Przychodzą same i użalają się nad leżącym: „Oj biedna mama, tak mi jej szkoda!”. A jak mówimy, że możemy już wypisać pacjenta, to nagle zmieniają narrację. Wymyślają, że nie mogą dzisiaj zabrać go do domu, bo pracują przez całe Święta, albo datego, że dziecko zachorowało nazapalenie płuc i istnieje ryzyko zarażenia. Później w pośpiechu opuszczają szpital i pojawiają się dopiero po Nowym Roku.

Pani zawsze widzi po rodzinach, gdy udają?

Im bardziej płaczą, że coś złego dzieje się z pacjentem, tym bardziej wiadomo, że to szopka i sami przyczynili się do pogorszenia stanu zdrowia. Jako personel medyczny mamy związane ręce. Mamy pewność, że rodzina zaniedbała pacjenta, ale nie ma na to twardych dowodów. W piątek kobieta przywiozła 67-letnią mamę w stanie wegetatywnym. Powiedziała: „Nie wiem, co się stało, mama jeszcze trzy dni temu chodziła”. Zapytałam, czy dawała jej jeść i pić, choć dobrze wiedziałam, że pacjentka od jakichś dwóch dni nie miała nic w ustach. Ta kobieta spojrzała na mnie ze złością i powiedziała: „Co mi pani sugeruje?”. Zamilkłam, nie mogę nic zrobić, nie mając twardych dowodów.

A zdarza się, że ktoś mówi wprost: „Nie zajmę się mamą, babcią czy dziadkiem, bo nie mogę. Bo nie mam siły”?

Dwa miesiące temu przyszła dziewczyna i powiedziała wprost: „Mam w d..ie matkę. Czekam, aż umrze”. Myślałam, że się przesłyszałam. Spojrzałam na nią, jak na wariatkę, ale co mogłam powiedzieć? Pacjentka zmarła wczorajszej nocy. Dziś rano córka przyszła na oddział uśmiechnięta i szczęśliwa. Chciała tylko odebrać rzeczy.

Tak postępuje najbliższa rodzina?

Starsi pacjenci to nie są miłe osoby. Robią pod siebie, śmierdzą, budzą się w nocy , gdy coś ich boli, dostają ataków furii – krzyczą, plują i gryzą. Tak naprawdę wymagają całodobowej opieki, której rodzina ze względów finansowych i organizacyjnych nie jest w stanie im zapewnić. W końcu przychodzą Święta i taka rodzina pragnie, z całego serca, mieć trochę spokoju, więc pozbywa się pacjenta w jedyny możliwy sposób. Na miejsce w państwowych domach opieki dla seniorów czeka się czasem dwa lata, prędzej można umrzeć, niż doczekać. A poza tym oddanie bliskiej osoby jest przyznaniem się do pewnej porażki.

Czy po tych starszych ludziach widać smutek?

Oni są w większości w stanie wegetatywnym, ale nie wszyscy. Miesiąc temu trafił do nas dziadek ewidentnie zaniedbany przez syna. Zapytałam go wprost: „Czy syn pana głodził?”. Rękami i nogami zapierał się, że absolutnie nie, że syn się starał, że go karmił, że był dla niego bardzo dobry. W końcu przyznał: „Ze dwa razy mnie nie nakarmił, bo tak ciężko pracuje, że zapomniał”. Oni mają wdrukowane w głowie, że ich bliscy są dobrzy i kochani. Kłamią, jak z nut, żeby chronić swoje dzieci.

Chronić, bo szpital mógłby wnieść oskarżenie?

Nie. Oni ich chronią sami dla siebie. Bardzo potrzebują mieć dobry obraz bliskich. Wmawiają sobie, że rodzinie na nich zależy. Ja się z nimi nie kłócę – myślę, że to często ostatnia rzecz, która w ogóle trzyma ich przy życiu. Święta na internie, to najsmutniejsze Święta, jakie można sobie wyobrazić.

https://kobieta.wp.pl/mam-w-die-matke-czekam-az-umrze-swiateczny-koszmar-w-szpitalach-6328514414717057a?amp=1&__twitter_impression=true&fbclid=IwAR1t0tczO5H817IMrZn728ls77-yrmMIfEqBDW98O2i4KNeWW9lNOfgIsZ0

W Polsce nikt nie chce rozmawiać o eutanazji!

Znalezione obrazy dla zapytania miłość film

Było sobie starsze małżeństwo.

Nazwijmy ją i jego, a więc On niech będzie Stanisław, a Ona Anna.

Łączyła ich przez całe życie pasja do muzyki klasycznej i wręcz godzinami mogli ze sobą rozmawiać o muzyce właśnie.

Ich rozrywką na starsze lata było chodzenie na wszystkie koncerty jakie odbywały się w ich mieście.

To była dla nich uczta, a po każdym koncercie wracali autobusem do swojego domu, pełnego książek, obrazów, starych bibelotów i pamiątek i oczywiście.

W salonie stał okazały fortepian, przy którym Anna często zasiadała, a dom ich rozbrzmiewał muzyką.

Stanisław siedział wtedy z herbatą w fotelu, zapatrzony i zasłuchany podziwiał jej grę.

Pewnego poranka usiedli w kuchni do wspólnego śniadania.

Anna ugotowała mężowi jajka na miękko, ale zapomniała podać soli.

Kiedy Stanisław podniósł się po przyprawę, wracając do stołu, zauważył, że z Anną dzieje się coś bardzo dziwnego.

Mówił do niej, pytał co jej jest, a Anna siedziała z nieruchomym wzrokiem, wpatrzona w jeden punkt.

Stanisław bardzo się wystraszył i zaczął Annie robić zimny okład.

O dziwo, Anna przemówiła i zaczęła się zupełnie normalnie zachowywać, nie pamiętałąc jednak nic, co się wydarzyło.

Czujny Stanisław zawołał lekarza, który Annę skierował na badania do szpitala.

Okazało się, że Anna musi być poddana operacji, w celu usunięcia skrzepu z żyły szyjnej.

Niestety, ale operacja się nie udała i po niej pozostał Annie paraliż, co wiązało się z wózkiem.

Niewładne nogi i prawa ręka, skazały ją na całkowitą pomoc ze strony Stanisława.

Kochający jak nikt, starał się, aby Anna w miarę normalnie funkcjonowała.

Opiekował się nią z całych sił, kąpał, mył włosy, czytał, gładził jej ręce, karmił i rehabilitował.

Wzbraniał się przed pomocą pielęgniarki, gdyż Anna, to był tylko jego, ukochany skarb.

Pewnego dnia Anna miała drugi atak i straciła zdolność mówienia i rozpoznawania.

Stanisław i Anna mieli jedną córkę, która mając swoje poważne kłopoty małżeńskie, wpadała do rodziców jak po ogień, współczując swojemu Ojcu.

Między wierszami sugerowała, aby oddać matkę do domu starców, ale Stanisław nie chciał o tym słyszeć.

Sam chciał opiekować się żoną, mimo, że coraz gorzej sobie z tym radził.

Zdecydował się wreszcie przyjąć pielęgniarkę, ale widząc jaka z niej szorstka i nieludzka kobieta w obchodzeniu się z jego żoną, wypędził ją na trzy wiatry.

Z Anną było już tylko gorzej i nie miała już żadnej szansy na powrót do zdrowia.

Leżała w łóżku jak roślina, robiąc pod siebie. Stanisław jednak wciąż się nią opiekował, choć kontakt z żoną już był żaden.

Sam zaczynał podupadać na zdrowiu i było mu coraz ciężej, patrząc, jak jego ukochana żona jest warzywem.

Pewnego dnia, goląc się, usłyszał jęki z pokoju żony.

Poszedł do niej i spytał, czy ma jej coś opowiedzieć ze swojego życia.

Opowiedział jej historię, której przez całe ich wspólne życie  nie zdążył opowiedzieć, a kiedy skończył, wziął poduszkę i zakrył twarz żony tak szczelnie, że za chwilę Anna skonała.

Następnie poszedł do kwiaciarni i kupił kwiaty.

Przebrał żonę w najpiękniejszą suknię, obsypał ją kwiatami, a potem zamknął w pokoju, oklejając drzwi szczelnie taśmą, aby nikt jej nie przeszkadzał już.

Tym razem opowiedziałam film z zakończeniem pt. „Miłość”.

Nie wiem jaki czort kazał mi oglądać ten film.

Nie wiem, co mnie podkusiło być przez dwie, bite godziny w domu Stanisława i Anny, podglądać ich małżeńską miłość i ogromną tragedię.

A może dlatego, że się ponownie utwierdziłam, że starość się Panu Bogu nie udała, a także, że starość, to gówniana sprawa.  

Gdybym kiedyś ja stała się taką bezbronną istotą, dla której nie ma już żadnego ratunku, to nie chcę za wszelką cenę, trzymania mnie na siłę przy życiu.

Może taka poduszka i odwaga kogoś bliskiego, to jest całkiem dobre rozwiązanie, skoro nikt w naszym kraju nie chce ze starymi ludźmi rozmawiać o eutanazji!

Smutny temat i adekwatnie zdjęca jesienne mojego autorstwa!

 

Obraz może zawierać: drzewo, roślina, niebo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: drzewo, niebo, roślina, trawa, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: drzewo, roślina, niebo, trawa, buty, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: drzewo, roślina, niebo, trawa, na zewnątrz i przyroda

Dyskusyjny temat – eutanazja!

Dzisiaj miałam dyżur przy łóżku mojej chorej Mamy.

Mama jest w domu mojej Siostry, a ja kiedy jest taka potrzeba także włączam się w opiekę nad Nią.

Biorę ze sobą komputer, aby szybciej leciał mi czas, bo z Mamą jest bardzo słaba komunikacja.

Od 5 miesięcy jest już tylko leżąca jak warzywo i z dnia na dzień widać jak gaśnie, chociaż może pożyć przy tak dobrej opiece jeszcze długo!

Trzymałam się przez te miesiące dzielnie i hardo, ale dziś o mało się nie rozleciałam na kawałki.

Będąc z Mamą, co chwilę przyglądam się czy oddycha, czy nie oddycha – śpi, czy nie śpi i patrzy się w sufit.

Tak by chciało się urozmaicić Jej czas rozmową, ale Mama nie dosłyszy i trzeba się drzeć wprost i powtarzać blisko ucha po trzy, cztery razy.

Tak by się chciało, aby czas zapełniał Jej telewizor, ale nie dowidzi i nie dosłyszy.

Tak by się chciało coś ciekawego Jej przekazać, ale Ona momentami jest w zupełnie innym świecie i mnie nie rozumie.

Tak by się chciało przysunąć fotel i bez wysiłku opowiedzieć Jej jakie mam piękne buty, torebkę, sukienkę na I Komunię mojej pierworodnej Wnusi, ale musiałabym zedrzeć gardło, aby z tego coś zrozumiała.

Dziś tak popatrzyłam na Mamę i o mało bym nie wybuchła płaczem z bezradności i niemocy.

Schudła i okropnie zmarniała oraz się skurczyła i o ile fizycznie się zmieniła, tak nie potrafię się pogodzić z tym, że odleciała psychicznie.

Mama nigdy przy mnie nie wspomiała o eutanazji, ale w Polsce bliscy opiekują się starymi rodzicami, którym medycyna przedłuża życie i jest to dla opiekunów ogromne obciążenie, a wielu by chciało, aby męczarnia się skończyła!

Z pewnością nie jeden chory pragnie eutanazji, ale w Polsce jest to nie dopuszczalne, a powinno być.

W Polsce nakazuje się śmiertelnie chorym cierpienie do granic wytrzymałości i ja chciałabym mieć wybór.

Gdybym była na miejscu mojej Mamy, a mogę być, to chciałabym odejść w ciągu 5 minut i nie skazywać moich Dzieci na wyrzeczenia i mękę ze mną!

Niżej wklejam opowieść o chęci odejścia, ale nie w każdym kraju pozwalają na godne odejście.

Kilka kropel magicznego leku i po wszystkim. Uwalnia się chorego od cierpienia i od beznadziejnego życia!

104-letni naukowiec podda się eutanazji: „Chcę umrzeć. Smutne jest to, że chcą mi tego zakazać”

David Goodall, australijski botanik i ekolog 4 kwietnia obchodził 104. urodziny. Mimo udanego życia i pełnej sukcesów kariery naukowej nie był to jednak dla niego powód do radości. Dwa lata wcześniej władze uniwersytetu w Perth, gdzie wykładał, poprosiły go o odejście z pracy. Pod wpływem fali krytyki i zarzutów o dyskryminację z powodu wieku, wycofały się z tego pomysłu.

Goodall doszedł jednak do wniosku, że żyje już wystarczająco długo i przyszedł czas na to, by w pełni świadomie podjąć decyzję o zakończeniu życia.

I tu się robi problem, bo eutanazja w większości krajów jest zakazana. Australijski stan Victoria niedawno podjął decyzje o zmianie przepisów prawnych i zezwolenia na wspomagane samobójstwo osobom śmiertelnie chorym. Nowe prawo będzie obowiązywało od 2019 roku. Goodall nie chce czekać, poza tym nie jest śmiertelnie chory, więc nowe przepisy i tak by go nie objęły.

Bardzo żałuję, że dożyłem tego wieku – wyznał naukowiec w rozmowie z ABC. Nie jestem szczęśliwy, chcę umrzeć. To nie jest dla mnie smutne. Smutne jest to, że chcą mi tego zakazać. Moim zdaniem osoby starsze, takie jak ja, powinny mieć pełne obywatelskie prawa, w tym do możliwości wspomaganego samobójstwa.

W tej sytuacji jedynym wyjściem pozostaje wyjazd do Szwajcarii, by poddać się legalnej eutanazji.

Goodallowi pomaga fundacja Exit International, która zorganizowała zbiórkę pieniędzy na jego podróż do Bazylei, tłumacząc, że to niedopuszczalne, by „najstarsi obywatele musieli wyjeżdżać na drugi koniec świata, by móc umrzeć z godnością”. Do tej pory zebrano 17 tysięcy dolarów australijskich.

Z inicjatywy Davida Goodalla powstał filmik, zamieszczony potem na Youtube, który miał być jego głosem w sprawie prawa seniorów do decydowania o tym, kiedy i w jaki sposób pragną zakończyć swoje życie.

Świętował z rodziną swoje 104. urodziny, ale nie czerpał z tego żadnej radości – wyjaśnia głos z off-u. Zawsze przykładał wagę nie do wartości życia samego w sobie, lecz jego jakości.Zaczęło się od tego, że lekarze zabronili mu prowadzić samochód. Przez to nie mógł dojechać od teatru, gdzie gościnnie występował w spektaklach, co było jego wielką pasją. Potem zabronili mu jeździć komunikacją miejską, a nawet samodzielnie przechodzić przez ulicę.

Córka Goodalla, z zawodu psycholog kliniczny, przeprowadziła z ojcem wiele rozmów o życiu i umieraniu, żeby upewnić się, że jego decyzja o eutanazji nie została podjęta pochopnie.

Uważam, że jakakolwiek jest jego decyzja, powinien mieć do niej prawo – przekonuje Kylie Goodall-Smith.

 

„Ktokolwiek mówi, że się śmierci nie lęka, kłamie! – autor: Ignacy Krasicki”

Minęły święta i między świętami, a zbliżającym się Nowym Rokiem mam czas na rozmyślania i poukładania sobie tego, co w święta się wydarzyło.

To jest taki czas, kiedy z roku na rok jestem coraz starsza i myślę sobie – ile tych Wigilii mi pozostało i chyba każdy z nas po przekroczeniu magicznej 50-tki ma takie myśli o przemijaniu.

Mam taki ulubiony cytat, z którym całkowicie się zgadzam, a brzmi on tak:

„Ktokolwiek mówi, że się śmierci nie lęka, kłamie!

autor: Ignacy Krasicki”

Tak, boję się śmierci i okropnie boję się bólu, na który absolutnie nie jestem odporna i tak sobie myślę, że kiedy choroba mnie znokautuje i każe cierpieć niewyobrażalnie, to chciałabym mieć wybór między życiem, a świadomą tęsknotą odejścia z tego świata przy pomocy medycyny.

Kiedy bym się stała roślinką, warzywkiem, to nie chciałabym nikogo obarczać swoją chorobą. Nie chciałabym, by mnie ktoś mył, zmieniał pampersy i karmił, bo to jest takie upokarzające i obciążające dla bliskich.

Chciałabym, aby ktoś mi delikatnie pomógł odejść z godnością, choć w tym kraju jest to niemożliwe.

Może będą mnie trzymać pod respiratorem i karmić przez rurki, kiedy będę miała tego życia dość!

Przeczytajcie poniższy artykuł i wyraźcie swoje zdanie w komentarzach, choć wiem, że temat jest okrutnie ciężki.

 

Pomógł umrzeć schorowanej żonie. „Zrobiłem to z miłości”

88-letni Jean Mercie pomógł chorej żonie popełnić samobójstwo Czy człowiek powinien mieć zagwarantowane prawo do śmierci? I do pomocy w jak najłagodniejszym odejściu z tego świata? Te pytania wciąż wywołują kontrowersje i burzliwe debaty. Jak trudna jest to kwestia, wie tylko ten, kto sam musiał się z nią zmierzyć. Jedną z takich osób jest 88-letni Francuz Jean Mercier. Pięć lat temu jego schorowana żona poprosiła, by pomógł jej umrzeć. Mężczyzna, nie mogąc patrzeć na cierpienie ukochanej, podał jej śmiertelną dawkę leków. – Zrobiłem to z miłości – tłumaczy.

Jean Mercier i Josanne przez 55 lat byli kochającym się małżeństwem. Ich uczuć nie zmieniła nawet depresja, na którą kobieta zachorowała 25 lat po ślubie. Punkt krytyczny w życiu małżonków nastąpił w 2008 roku. Wówczas Josanne zapadła na chorobę zwyrodnieniową stawów – schorzenie, któremu towarzyszył chroniczny ból. Fizyczne i psychiczne cierpienia spowodowały, że Josanne w ostatnich latach życia wielokrotnie podejmowała próby samobójcze, zawsze nieudane. W końcu nadszedł dzień, gdy o pomoc poprosiła męża.

Dramatyczna prośba

10 listopada 2011 roku 83-letnia kobieta znalazła się u kresu sił. Tego dnia obudził ją potworny ból ręki. Okazało się, że ma złamany nadgarstek. To była kropla, która przepełniła czarę goryczy. Josanne zwróciła się do męża z dramatyczną prośbą. – Tego dnia powiedziała najspokojniej na świecie: „Przynieś mi moje lekarstwa.” Zrozumiałem. Tym bardziej, że powiedziała to zupełnie bez emocji – opowiada Jean Mercier.

Wcześniej mężczyzna chował przed żoną tabletki w obawie, że w przypływie gniewu lub rozpaczy może targnąć się na swoje życie, lecz tego dnia spełnił jej prośbę. – To nie był moment szaleństwa. Powiedziała zupełnie spokojnie: „Jestem zmęczona, jestem u kresu wytrzymałości” – dodaje Jean.

Mężczyzna, widząc bezgraniczne cierpienie ukochanej żony, poszedł po tabletki i morfinę. Następnie otworzył kapsułki i podał ich zwartość Josanne. Kobieta bez wahania połknęła śmiertelną dawkę leków. – Długo rozmawialiśmy, jak nigdy wcześniej. Była świadoma jeszcze przez 20 minut. Później straciła przytomność. Odeszła bardzo spokojnie – wyznaje mężczyzna drżącym głosem. – Kiedy jej puls stał się niewyczuwalny, zadzwoniłem po lekarza – dodaje.

88-latek twierdzi, że spełnił obietnicę, którą wiele lat temu złożył żonie. – To był akt miłości, solidarności i honoru. Kiedyś złożyliśmy sobie obietnicę, że jeśli zajdzie taka konieczność, to wzajemnie pomożemy sobie godnie umrzeć. Gdybym tego nie zrobił, wstydziłbym się za siebie – mówi Jean.

Eutanazja we Francji?

Sprawa Jeana Mercier na nowo wywołała wśród Francuzów debatę na temat eutanazji, która we Francji wciąż jest zakazana. 17 marca 2015 roku Zgromadzenie Narodowe przyjęło większością głosów ustawę, zgodnie z którą francuscy lekarze mogą wprowadzać śmiertelnie chorych pacjentów w „głęboki sen”, trwający aż do ich naturalnej śmierci. Francuski rząd nie zgodził się jednak na bardziej radykalne rozwiązania i nie wprowadził prawa do pełnej eutanazji, czy wspomaganego samobójstwa, choć domagała się tego opinia publiczna.

W tej sytuacji francuski wymiar sprawiedliwości nie zamierzał być pobłażliwy dla Jeana Mercier. W październiku 2015 r., cierpiący na raka prostaty i chorobę Parkinsona 88-latek, stanął przed sądem w Saint-Etienne, gdzie usłyszał zarzut nieudzielenia pomocy osobie znajdującej się w niebezpieczeństwie. Jak oskarżony tłumaczył się przed sądem? – Nie żałuję. Żałowałbym, gdybym tego nie zrobił – wyznał mężczyzna podczas pierwszej rozprawy. – Ważne jest dla mnie, aby prawo się zmieniło, ponieważ śmierć wciąż jest tematem tabu, do którego nie potrafimy podchodzić bez emocji – podkreślał.

Z kolei oskarżyciel przekonywał, że śmierć nie była jedynym możliwym rozwiązaniem w przypadku 83-letniej Josanne. – Nie była u kresu życia, nie cierpiała na nieuleczalną chorobę, a jedynie na zwyrodnienie stawów i lęki. To nie są śmiertelne choroby – tłumaczył na sali rozpraw mecenas Fabienne Goget.

Francuski wymiar sprawiedliwości wziął pod uwagę argumenty oskarżyciela i skazał Jeana Mercier na rok więzienia w zawieszeniu. Jego obrońca złożył apelację. 10 listopada br. Sąd Apelacyjny w Lyonie ostatecznie rozstrzygnął o losie 88-letniego Francuza. Po pięciu latach walki mężczyzna został uniewinniony. – Na wyrok czekałem ze spokojem. Jestem bardziej niż szczęśliwy – mówił Jean Mercier po ogłoszeniu wyroku.

Eutanazja w Europie 

W Europie tylko Belgia, Holandia i Luksemburg zalegalizowały eutanazję. Formy biernej eutanazji, czy też zezwalania pacjentowi na przerwanie leczenia, by „pozwolić mu umrzeć” są dopuszczalne w krajach skandynawskich, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Hiszpanii, Portugalii i Szwajcarii. Ten ostatni kraj wręcz zasłynął z tzw. „turystyki samobójczej”. Szwajcarskie prawo zezwala na wspomagane samobójstwo, kiedy pacjent jest nieuleczalnie chory. To sprawia, że „po śmierć” do Szwajcarii ściągają ludzie z całego świata.

Jedną z najsłynniejszych organizacji, która przeprowadza wspomagane samobójstwa w Szwajcarii jest założone w 1998 roku stowarzyszenie Dignitas. Każdy kto chce skorzystać z pomocy organizacji musi mieć jednoznaczne orzeczenie swojego lekarza o stanie zdrowia, natomiast chory musi podpisać oświadczenie, że dzieje się to za jego zgodą.

Asystowanie przy samobójstwie jest wyłącznie bierne, wspomagające psychicznie, zaś samobójca musi sam, o własnych siłach wypić środek usypiający. Może go też ewentualnie wprowadzić sobie sondą wprost do żołądka, albo wcisnąć tłok wbitej przez pielęgniarza strzykawki. Jaki jest koszt pomocy w samobójstwie? Według prezesa organizacji, około 4 tys. euro za przygotowania i asystę.

Przez lata wokół organizacji Dignitas narosło wiele kontrowersji. Słynna na cały świat stała się m.in. sprawa 69-letniej Niemki, która zgłosiła się do organizacji w 2005 roku. Kobieta okazała kartę zdrowia z rozpoznaniem marskości wątroby, na podstawie której udzielono jej pomocy w samobójstwie. Po przeprowadzeniu sekcji zwłok okazało się, że 69-latka była fizycznie zupełnie zdrowa. Cierpiała jedynie na depresję. Jej karta zdrowia, w której zapisano diagnozę o marskości wątroby, została sfałszowana. Lekarz, który pomagał w samobójstwie, gdy dowiedział się o zdarzeniu, odebrał sobie życie.

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów działalności szwajcarskiej organizacji jest pomoc w samobójstwie osób znajdujących się w depresji oraz psychicznie chorych. Założyciel Dignitas, Ludwig Minelli, uważa, że nawet chorzy psychicznie mają prawo do samobójstwa.

 

 

Kiedyś napisałam w listopadzie!

Belgia. Starsza pani po 80-tce w Domu Spokojnej Starości. Jeszcze normalnie myśląca, choć poruszająca się z trudem o balkoniku postanowiła, że chce umrzeć, bo w środku czuje się wypalona i zmęczona życiem. Pragnie z całych sił dołączyć do swojej córki, która odeszła przed nią, a więc zgłasza swoją chęć do eutanazji.

Po jakiś konsultacjach lekarskich i psychologicznych zostaje zatwierdzona do ostateczności.

Wstaje rano, je ostatnie śniadanie i dokładnie wie, o której zostanie jej podane lekarstwo i za pięć minut będzie już po wszystkim.

Ma kilka chwil, by pożegnać się ze współmieszkańcami, choć nie wszyscy podzielają jej decyzję i nawet się na nią obrazili w potępieniu według ich, tej egoistycznej decyzji. Niechętnie się z nią żegnają więc.

Przychodzi określony czas i lekarz w jej pokoju chwilę jeszcze z nią rozmawia i ostatni raz pyta, czy jest to nieodwołalna decyzja. Kiedy słyszy, że staruszka zdania nie zmienia, wlewa do szklaneczki żółtą miksturę i poleca, aby wypiła to powolutku, nie jednym haustem i oznajmia, że starsza pani wpadnie za chwilkę w głęboki sen i odejdzie.

Za pięć minut lekarz bada puls, bicie serca i stwierdza zgon. Jest po wszystkim – bez bólu i tylko jedna osoba jej towarzyszy w odchodzeniu.

Eutanazja na życzenie i wczorajszy dokument w TVN24 zamiast „Szkła Kontaktowego”, które w „Zaduszki” nie nadaje.

Obejrzałam ten dokument bardzo spokojnie, bo przecież już nie jestem młódką, a w życiu może każdego z nas dopaść taki stan, że nie będzie chciało się ciągnąć dalej tego balu.

Na ekranie telewizora bez żadnych ogródek pokazano jak łatwo skrócić sobie życie w dzisiejszych czasach, choć nie w Polsce i długo, długo nie w Polsce.

Żyjemy w kraju, w którym nic nie jest uregulowane, bo ani in vitro, ani prawo do aborcji i inne światopoglądowe sprawy są nie załatwione raz na zawsze. Polska, to kraj katolicki, a więc słowa eutanazja w polskich mediach się nie wypowiada.

Czytałam niedawno, że już śp. Maria Czubaszek, która mówiła o kontrowersjach stwierdziła, że rozmawiała z lekarzem, który ją poinstruował jaki lek i w jakiej ilości należy wziąć, aby skutecznie rozstać się ze światem,

Nie wiem, co to za lekarz, który bez ogródek podał receptę na bezpieczne odchodzenie, co w Polsce nazywa się samobójstwem, tak bardzo w katolickim kraju potępianym. Skąd w końcu wziąć taką dawkę i co?

W naszych realiach kiedy zachorujemy na raka, podaje się choremu wielkie ilości chemii, środków przeciwbólowych i podłącza się chorego na siłę do różnych rurek i urządzeń, aby jak najdłużej chorego utrzymać przy życiu.

Nie wiem, co jest lepsze! Nie mogę przestać myśleć na ten, jakże trudny temat po wczorajszym dokumencie. Czy człowiek nie ma prawa decydować o sobie i o tym, kiedy chce odejść z tego świata?

Takie usługi są dostępne gdzieś tam w świecie, ale nie u nas! 

Poza Szwajcarią, Holandią, Belgią i Luksemburgiem śmiertelnie chorzy pacjenci muszą cierpieć do końca. Przyspieszenie śmierci to nowa usługa cywilizacji XXI wieku. Bardzo pożądana, choć trudno dostępna.

No i jest jeszcze jeden aspekt tego jakże kontrowersyjnego odchodzenia, bo nazywa się, to usługą, a jak wiadomo, za usługę trzeba zapłacić, a nie są to małe pieniądze. Niemniej jest coraz więcej chętnych na wykonanie takiej usługi, bo nie tylko śmiertelnie chorzy na raka o nią proszą, ale także ludzie młodzi cierpiący nawet na depresję, którzy nie widzą przed sobą żadnego sensu życia. Jest to wielka pułapka, gdyż można źle ocenić sytuację i z powodu zwykłego focha na życie, wysłać kogoś na tamten świat!

Temat trudny i temat emocjonalny, ale uważam, że mądre przepisy dotyczące odchodzenia z godnością mogłyby ulżyć w cierpieniu i wielkim bólu nie do zniesienia.

Myślę, że się nie doczekam na regulację eutanazji w Polsce i może też będę kiedyś warzywem, którego rurki i aparatura trzymać będzie przy życiu, a chciałabym mieć jednak wybór i czas na pożegnanie swoich bliskich.

Ja wiem, że piszę na trudny temat i wiem, że ocena tematu zależy od punktu siedzenia i jeśli na razie nie boli, to będziemy się wzdrygać i oburzać.

Osobiście znam siebie i  jestem cholernie nie odporna na ból i okropnie bólu się boję!

Ale póki co wciąż mam dla kogo żyć. Pełna chata, to jest to, co unosi mnie do gwiazd! Jeszcze nic tak bardzo nie boli. Jeszcze sprawność jest w normie i oby jak najdłużej!

W Polsce zwierzęta odchodzą humanitarnie, a człowiek nie ma takiego prawa!

Lubię pisać sobie wieczorem na blogu, kiedy świat nagle zaczyna się wyciszać i robi się tak niespiesznie.

Nie oglądam żadnych tam „Tańców z Gwiazdami”. Nie oglądam ogłupiających seriali, ani idiotycznych, nowo powstałych typu „Rolnik szuka żony”.

Wieczór jest dla mnie i cudownie się wyciszam, a do głowy przychodzą przemyślenia.

Niestety, ale nie młodnieję i z tygodnia na tydzień staję się tylko starsza, a więc temat przemijania od czasu do czasu puka do mojej łepetyny i drąży.

Drąży tym bardziej, że jestem w żałobie po piesku, którego wczoraj pożegnaliśmy. Był z nami ponad dziesięć lat i uważam, że miała z nami szczęśliwe życie. Nie brakowało jej niczego i swoją miłością nam dziękowała.

Wczoraj patrzyła na mnie tymi pięknymi ślipiami i prosiła – pomóż mi wyzdrowieć, albo pomóż mi odejść! Nigdy nie zapomnę tego wzroku. Wycałowałam ją na pożegnanie, choć serce mówiło mi, że może dać jej jeszcze jeden dzień. Niestety, ale już medycyna się nad jej chorobą rozkraczyła.

Odeszła spokojnie, bo najpierw lekarz zapodał jej tzw. „głupiego Jasia”, a za chwilę docelowy i skuteczny zastrzyk. Zasnęła spokojnie i to już był koniec!

Tak sobie myślę, że w Polsce zwierzęta chore odchodzą bardziej humanitarnie od człowieka.

Człowieka się ratuje, podtrzymuje na siłę. Podłącza się respirator i pompuje lekarstwa, choć medycyna też już się w danej chorobie rozkraczyła.

Ileż jest próśb ludzi śmiertelnie chorych, ale o zdrowym umyśle, że wyrażają wolę odejścia, bo już nie chcą obciążać sobą rodziny?

Ileż jest świadomej woli, że życie im zbrzydło, bo nie chcą być przewijani,myci, karmieni przez ośrodki, czy rodzinę i duma im nie pozwala na to, że są wielkim ciężarem. Chcą odejść, ale nikt ich nie słucha i na siłę trzymają takich ludzi przy życiu – wbrew ich woli!

W Polsce bardziej humanitarnie odchodzą zwierzęta, a ludzi pragnących godnej śmierci tyranizuje się, bo polskie prawo nie przewiduje eutanazji.

Uważam, że to jest nieludzkie i tak sobie pomyślałam, że kiedy medycyna i nade mną się rozkraczy, bo mogę trafić do hospicjum, albo domu seniora, gdzie jakaś franca będzie mnie waliła po pysku, bo się załatwiłam do łóżka, to ja tak nie chcę!

Może tak być? Może, bo nie znamy jaka choroba rozłoży nas na łopatki i kto będzie się nami opiekował.

Może być tak, że będę bita, poniewierana przez bezduszne pielęgniarki, ale może być też tak, że to Dzieci mną się zajmą, ale do cholery – nie będę chciała zaprzątać ich sobą, a wówczas bym chciała odejść humanitarnie jak mój pies!

Ale póki żyję, to chciałabym Wam pokazać dom pogodnej starości w Japonii. Senior zmęczony życiem, będący na emeryturze, może tak tam wypoczywać. 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Wszyscy zmierzamy w jednym kierunku!

Uwięziona w swoim malutkim mieszkanku, resztkami sił wychuchanym. Zawsze lubiła mieszkać schludnie i okna myła raz w tygodniu, a mieszkanie odkurzała, co drugi dzień, Zawsze wszystko wyprane, poprasowane na kant i ułożone równo,  na półach.

Nigdy nie wyszła za mąż, bo jakoś miała pecha do mężczyzn, którzy ją na starcie oszukiwali, a więc zdecydowała spędzić swoje życie w pojedynkę,

Jeśli nie wyszła za mąż, to logicznym było, że nigdy nie urodziła dziecka, ale rekompensowała swoje tęsknoty za dziećmi w swojej z nimi pracy.

Była przedszkolanką i kochała te wszystkie urwisy,a miała do nich niesamowite podejście. Rodzice ją wychwalali i wystawiali osobiste referencje, że jest niesamowitym pracownikiem, który potrafi mieć podejście do tych małych istotek. Dzieci ją kochały, a ona po pracy przychodziła do swojego, cichego domu, spełniona i odpoczywała czytając swoje ukochane książki i malowała w zaciszu obrazy.

Wystawiała te obrazy w miejskiej galerii i zbierała masę nagród oraz pochwał. To było jej spełnione życie i niczego więcej nie pragnęła.

Ludzie mówili o niej stara panna, ale ona zbywała ich wszystkich uśmiechem i pokazywała swoją działalnością i pracą, że jest kobietą szczęśliwą.

Była pełna życia, bo miała jeszcze jedną pasję. Sama szyła sobie ubrania. Były to ubrania kolorowe i dla niektórych dziwne, ale ona czuła się w swojej wersji jak kolorowy ptak.

Nosiła piękne kapelusze i kolorowe garsonki i zawsze była szykowna i inna. Niektóre kobiety ją krytykowały za odwagę, ale ona miała duszę artystki i nic sobie z tego nie robiła. Była inna i odważna.

Często zapraszała swoje koleżanki z pracy i z galerii malarskiej na obiady do siebie do domu. To była uczta kulinarna i nikt od niej głody nie wyszedł. Uwielbiała jeść i uwielbiała uszczęśliwiać ludzi jedzeniem.

Była szczęśliwą kobietą, ale w pewnym momencie przyszedł kryzys, bo wysłano ją na zasłużoną emeryturę. Przepracowała nienagannie tyle lat, aż tu nagle wszystko zaczęło się kończyć.

Zdawała sobie sprawę z tego, że kiedy odejdzie z pracy, to jej kontakty z ludźmi zaczną się kurczyć, ale wciąż miała nadzieję na to, że w galerii  będzie między ludźmi.

Lubiła spacerować ulicami miasta. Zaglądała ludziom do ogrodów przy domach. Napawała się pięknem przyrody i wsłuchiwała  w świergot ptaków w parku. Robiła zdjęcia, polowała na rude wiewiórki i cieszyła się życiem.

Jakże często przysiadywała w parku z kimś zupełnie obcym i prowadziła długie, życiowe rozmowy. Ludzie się jej zwierzali bo bił od niej niesamowity blask.

Pewnego dnia wracała z parku i nie zauważyła, że zbliża się z dużą szybkością bryka, w której szalała muzyka disco polo. Nie zauważyła i obudziła się na sali szpitalnej unieruchomiona gipsem.

Leżała w szpitalu pół roku, a kiedy lekarze  orzekli, że już nigdy nie stanie na nogi i nawet ćwiczenia nie pomogą, to się załamała.

Wózek w domu, który nie mieścił się w drzwiach z pokoju do łazienki i dom kompletnie nie przystosowany dla kaleki.

Nie wiedziała jak ma dalej żyć w ukochanym, swoim domu, który stał się nagle dla niej więzieniem.

Wszyscy się odsunęli i nikt nie dzwonił i nie pukał do drzwi. Tylko opiekunka robiła dla niej zakupy, by miała co jeść i sprzątała, oraz ją myła, ale robiła to bez serca.

Czuła, że to wszystko nie ma sensu i zapragnęła umrzeć. Wykonała telefon do swojego lekarza i poprosiła o eutanazję.

Lekarz oczywiście odmówił, bo w polskim prawie nie ma o tym mowy. Zaproponował jej ośrodek dla Seniora, gdzie by miała opiekę, ale ona się nie widziała w takim ośrodku zdana na opiekę obcych ludzi. Nie wyobrażała sobie, że będą ją podcierać i zmieniać pampersy i chęć odejścia z tego świata ją nie odpuszczała w ciągu dnia i nocy.

Wyobrażała sobie swoją śmierć, a nawet układała scenariusz, ale nie mogła się powiesić, bo wózek, a także nie miała żadnych tabletek, a więc jej chęć odebrania sobie życia stanęła w miejscu, bo przecież nie odkręci gazu, by wysadzić w powietrze cały blok.

Kiedy pewnego poranka przyszła opiekunka spełnić swoje rutynowe zadania przy chorej. Otworzywszy drzwi do jej pokoju zastała ją z workiem nylonowym na twarzy, szczelnie zamotanym na szyi i to był koniec naszej, kolorowej, wesołej, roześmianej, pełnej życia bohaterki tego opowiadania.

Eutanazja – straszne słowo!

Belgia. Starsza pani po 80-tce w Domu Spokojnej Starości. Jeszcze normalnie myśląca, choć poruszająca się z trudem o balkoniku postanowiła, że chce umrzeć, bo w środku czuje się wypalona i zmęczona życiem. Pragnie z całych sił dołączyć do swojej córki, która odeszła przed nią, a więc zgłasza swoją chęć do eutanazji.

Po jakiś konsultacjach lekarskich i psychologicznych zostaje zatwierdzona do ostateczności.

Wstaje rano, je ostatnie śniadanie i dokładnie wie, o której zostanie jej podane lekarstwo i za pięć minut będzie już po wszystkim.

Ma kilka chwil, by pożegnać się ze współmieszkańcami, choć nie wszyscy podzielają jej decyzję i nawet się na nią obrazili w potępieniu według ich, tej egoistycznej decyzji. Niechętnie się z nią żegnają więc.

Przychodzi określony czas i lekarz w jej pokoju chwilę jeszcze z nią rozmawia i ostatni raz pyta, czy jest to nieodwołalna decyzja. Kiedy słyszy, że staruszka zdania nie zmienia, wlewa do szklaneczki żółtą miksturę i poleca, aby wypiła to powolutku, nie jednym haustem i oznajmia, że starsza pani wpadnie za chwilkę w głęboki sen i odejdzie.

Za pięć minut lekarz bada puls, bicie serca i stwierdza zgon. Jest po wszystkim – bez bólu i tylko jedna osoba jej towarzyszy w odchodzeniu.

Eutanazja na życzenie i wczorajszy dokument w TVN24 zamiast „Szkła Kontaktowego”, które w „Zaduszki” nie nadaje.

Obejrzałam ten dokument bardzo spokojnie, bo przecież już nie jestem młódką, a w życiu może każdego z nas dopaść taki stan, że nie będzie chciało się ciągnąć dalej tego balu.

Na ekranie telewizora bez żadnych ogródek pokazano jak łatwo skrócić sobie życie w dzisiejszych czasach, choć nie w Polsce i długo, długo nie w Polsce.

Żyjemy w kraju, w którym nic nie jest uregulowane, bo ani in vitro, ani prawo do aborcji i inne światopoglądowe sprawy są nie załatwione raz na zawsze. Polska, to kraj katolicki, a więc słowa eutanazja w polskich mediach się nie wypowiada.

Czytałam niedawno, że Maria Czubaszek, która mówi o kontrowersjach stwierdziła, że rozmawiała z lekarzem, który ją poinstruował jaki lek i w jakiej ilości należy wziąć, aby skutecznie rozstać się ze światem,

Nie wiem, co to za lekarz, który bez ogródek podał receptę na bezpieczne odchodzenie, co w Polsce nazywa się samobójstwem, tak bardzo w katolickim kraju potępianym. Skąd w końcu wziąć taką dawkę i co?

W naszych realiach kiedy zachorujemy na raka, podaje się choremu wielkie ilości chemii, środków przeciwbólowych i podłącza się chorego na siłę do różnych rurek i urządzeń, aby jak najdłużej chorego utrzymać przy życiu.

Nie wiem, co jest lepsze! Nie mogę przestać myśleć na ten, jakże trudny temat po wczorajszym dokumencie. Czy człowiek nie ma prawa decydować o sobie i o tym, kiedy chce odejść z tego świata?

Takie usługi są dostępne gdzieś tam w świecie, ale nie u nas! 

Poza Szwajcarią, Holandią, Belgią i Luksemburgiem śmiertelnie chorzy pacjenci muszą cierpieć do końca. Przyspieszenie śmierci to nowa usługa cywilizacji XXI wieku. Bardzo pożądana, choć trudno dostępna.

No i jest jeszcze jeden aspekt tego jakże kontrowersyjnego odchodzenia, bo nazywa się, to usługą, a jak wiadomo, za usługę trzeba zapłacić, a nie są to małe pieniądze. Niemniej jest coraz więcej chętnych na wykonanie takiej usługi, bo nie tylko śmiertelnie chorzy na raka o nią proszą, ale także ludzie młodzie cierpiący nawet na depresję, którzy nie widzą przed sobą żadnego sensu życia. Jest to wielka pułapka, gdyż można źle ocenić sytuację i z powodu zwykłego focha na życie, wysłać kogoś na tamten świat!

Temat trudny i temat emocjonalny, ale uważam, że mądre przepisy dotyczące odchodzenia z godnością mogłyby ulżyć w cierpieniu i wielkim bólu nie do zniesienia.

Myślę, że się nie doczekam na regulację eutanazji w Polsce i może też będę kiedyś warzywem, którego rurki i aparatura trzymać będzie przy życiu, a chciałabym mieć jednak wybór i czas na pożegnanie swoich bliskich.

Ja wiem, że piszę na trudny temat i wiem, że ocena tematu zależy od punktu siedzenia i jeśli na razie nie boli, to będziemy się wzdrygać i oburzać.

Osobiście znam siebie i  jestem cholernie nie odporna na ból i okropnie bólu się boję!

Jak obejść w Polsce zakaz śmierci na życzenie!

W Polsce prawo zabrania umierania na życzenie. W Polsce musisz ewentualnie umrzeć w szpitalu, w którym na siłę przytrzymują człowieka przy życiu, bo podłączą do respiratora i tak człowiek nieświadomy tylko oddycha, a jego serce wciąż bije. Można też umrzeć w hospicjum, ale musisz się męczyć i skręcać z bólu nawet jeśli morfina już nie pomaga.

Opowiem o umieraniu mimo prawu w naszym kraju. Umieraniu mimo wszystko i na przekór wszelkim przepisom i nie pokuszę się o ocenę, czy to są przepisy humanitarne, czy bezduszne, bo to wszyscy musimy ocenić we własnym sumieniu i zgodnie z naszą wiarą, a więc:

Anna i Jan pobrali się 50 lat temu, a pobrali się z wielkiej miłości, która nigdy w nich nie zgasła. Przechodzili razem koleje swojego życia i raz było gorzej, to znów się dźwigali z różnych życiowych zawirowań, ale zawsze zasypiali w jednym łóżku mocno trzymając się za ręce.

Anna wychowywała dwóch energicznych synów, a Jan był lekarzem, który miał poważanie w ich społeczności i nigdy, nikogo nie zawiódł. Wciąż się kształcił i doszkalał, aby tylko być na bieżąco z nowinkami, czyli był lekarzem ambitnym, któremu ludzie niezmiernie ufali.

Anna nie pracowała, ale była niezmiernie oczytaną kobietą i lubiła zajmować się domem, ogrodem i w wolnych chwilach grała na fortepianie Chopina,

Chłopcy rośli i w końcu wyfrunęli z domu na studia i pozakładali swoje rodziny. Jan i Anna byli bardzo dumni ze swoich synów, którzy często ich odwiedzali, a w pewnym momencie pojawiły się też wnuki.

Święta u Anny i Jana były zawsze magiczne. Anna gotowała na święta najsmaczniejsze potrawy, a Jan zajmował się choinką i prezentami. W domu na Boże Narodzenie panowała niezwykła atmosfera i potrafili przy winie i świecach spędzać pięknie, wspólnie święta.

Bardzo wiernym przyjacielem tej rodziny, od zawsze był kolega Jana, też lekarz, który nigdy się nie ożenił, a więc razem z tą rodziną wyjeżdżał na wszelkie wakacje i spędzał z nimi wszystkie święta jako stały członek rodziny.

Od jakiegoś czasu Jan zaczął chorować. Sam u siebie stwierdził, że oto choruje na stwardnienie rozsiane – boczne. Zaczął utykać na nogę, a potem choroba odebrała mi władzę w rękach. Choroba szybko postępowała, aż Anna karmiła go przez rurkę, bo nie mógł samodzielnie połykać. Wiedział, że to kwestia miesięcy kiedy odbierze mu mowę, a w końcu stanie się rośliną.

Chciał ostatnie święta spędzić z rodziną, ale najpierw uprzedził swoje dzieci i kolegę, że chce potem umrzeć na własne życzenie i Anna mu w tym pomoże.

Synowie byli na to przygotowywani i zgodzili się na śmierć ojca, bo ich uprzedził, że z każdym tygodniem będzie tylko gorzej, a on nie ma siły na to, by wyjechać do innego kraju, gdzie eutanazja jest legalna.

Przyszły święta i wszyscy się zjawili i byli przygotowani na to, że Anna poda mężowi tabletki, które Jan sam sobie wypisał. Te święta, to był dla wszystkich najtrudniejszy czas, choć starali się śmiać i tańczyć mocno się przytulając, ale coś się zdarzyło:

Kiedy Jan zmęczony położył się w sypialni, to jeden z synów zauważył, że Anna całuje się namiętnie i przytula z kolegą swojego męża.

Zapaliła się mu czerwona lampka, że może jego matka zgodziła się na uśmiercenie ich ojca, bo zawsze miała romans z jego kolegą.

Nie mógł spać, bo targały w nim emocje, że może ojciec powinien jeszcze kilka miesięcy pożyć, a matka zbyt szybko zgodziła się na jego śmierć!

Znalazł w salonie list, który miał być otwarty, po śmierci Jana, ale nie wytrzymał i go otworzył. Przeczytał, że:

” Kochani synowie z chwilą mojej śmierci zgadzam się na związek Waszej mamy – Anny z moim kolegą, bardzo dobrym kolegą, aby do końca swoich dni miał się nią kto opiekować. Wybaczacie, ale muszę tak zrobić, bo kocham moją żonę i nie mogę pozwolić na to, aby zastała sama na tym świecie, a więc wybaczcie i zrozumcie – Kocham was i mam nadzieję, że zrozumiecie i wybaczycie”.

Synowie wiedzieli, że zgodnie z umową, zaraz po świętach, po śniadaniu muszą wyjechać do swoich spraw, choć serca im rozrywało. Jednak uszanowali wolę rodziców, którzy ich we łzach pożegnali.

Anna i Jan po wyjeździe dzieci udali się do sypialni i wówczas, Anna rozpuściła proszki w wodzie, tak jak kazał Jan i podała mu przez rurkę, a kiedy zaczął zasypiać mocno go przytuliła i trzymała w ramionach, aż całkiem zgaśnie.

Kiedy przyjechało pogotowie, to powiedziała, że wyszła na spacer, a mąż zażył leki podczas jej nieobecności. Sprawę badała prokuratura, ale nigdy nikt nie dowiedział się  jak było naprawdę!