Archiwa tagu: eutanazja

Dyskusyjny temat – eutanazja!

Dzisiaj miałam dyżur przy łóżku mojej chorej Mamy.

Mama jest w domu mojej Siostry, a ja kiedy jest taka potrzeba także włączam się w opiekę nad Nią.

Biorę ze sobą komputer, aby szybciej leciał mi czas, bo z Mamą jest bardzo słaba komunikacja.

Od 5 miesięcy jest już tylko leżąca jak warzywo i z dnia na dzień widać jak gaśnie, chociaż może pożyć przy tak dobrej opiece jeszcze długo!

Trzymałam się przez te miesiące dzielnie i hardo, ale dziś o mało się nie rozleciałam na kawałki.

Będąc z Mamą, co chwilę przyglądam się czy oddycha, czy nie oddycha – śpi, czy nie śpi i patrzy się w sufit.

Tak by chciało się urozmaicić Jej czas rozmową, ale Mama nie dosłyszy i trzeba się drzeć wprost i powtarzać blisko ucha po trzy, cztery razy.

Tak by się chciało, aby czas zapełniał Jej telewizor, ale nie dowidzi i nie dosłyszy.

Tak by się chciało coś ciekawego Jej przekazać, ale Ona momentami jest w zupełnie innym świecie i mnie nie rozumie.

Tak by się chciało przysunąć fotel i bez wysiłku opowiedzieć Jej jakie mam piękne buty, torebkę, sukienkę na I Komunię mojej pierworodnej Wnusi, ale musiałabym zedrzeć gardło, aby z tego coś zrozumiała.

Dziś tak popatrzyłam na Mamę i o mało bym nie wybuchła płaczem z bezradności i niemocy.

Schudła i okropnie zmarniała oraz się skurczyła i o ile fizycznie się zmieniła, tak nie potrafię się pogodzić z tym, że odleciała psychicznie.

Mama nigdy przy mnie nie wspomiała o eutanazji, ale w Polsce bliscy opiekują się starymi rodzicami, którym medycyna przedłuża życie i jest to dla opiekunów ogromne obciążenie, a wielu by chciało, aby męczarnia się skończyła!

Z pewnością nie jeden chory pragnie eutanazji, ale w Polsce jest to nie dopuszczalne, a powinno być.

W Polsce nakazuje się śmiertelnie chorym cierpienie do granic wytrzymałości i ja chciałabym mieć wybór.

Gdybym była na miejscu mojej Mamy, a mogę być, to chciałabym odejść w ciągu 5 minut i nie skazywać moich Dzieci na wyrzeczenia i mękę ze mną!

Niżej wklejam opowieść o chęci odejścia, ale nie w każdym kraju pozwalają na godne odejście.

Kilka kropel magicznego leku i po wszystkim. Uwalnia się chorego od cierpienia i od beznadziejnego życia!

104-letni naukowiec podda się eutanazji: „Chcę umrzeć. Smutne jest to, że chcą mi tego zakazać”

David Goodall, australijski botanik i ekolog 4 kwietnia obchodził 104. urodziny. Mimo udanego życia i pełnej sukcesów kariery naukowej nie był to jednak dla niego powód do radości. Dwa lata wcześniej władze uniwersytetu w Perth, gdzie wykładał, poprosiły go o odejście z pracy. Pod wpływem fali krytyki i zarzutów o dyskryminację z powodu wieku, wycofały się z tego pomysłu.

Goodall doszedł jednak do wniosku, że żyje już wystarczająco długo i przyszedł czas na to, by w pełni świadomie podjąć decyzję o zakończeniu życia.

I tu się robi problem, bo eutanazja w większości krajów jest zakazana. Australijski stan Victoria niedawno podjął decyzje o zmianie przepisów prawnych i zezwolenia na wspomagane samobójstwo osobom śmiertelnie chorym. Nowe prawo będzie obowiązywało od 2019 roku. Goodall nie chce czekać, poza tym nie jest śmiertelnie chory, więc nowe przepisy i tak by go nie objęły.

Bardzo żałuję, że dożyłem tego wieku – wyznał naukowiec w rozmowie z ABC. Nie jestem szczęśliwy, chcę umrzeć. To nie jest dla mnie smutne. Smutne jest to, że chcą mi tego zakazać. Moim zdaniem osoby starsze, takie jak ja, powinny mieć pełne obywatelskie prawa, w tym do możliwości wspomaganego samobójstwa.

W tej sytuacji jedynym wyjściem pozostaje wyjazd do Szwajcarii, by poddać się legalnej eutanazji.

Goodallowi pomaga fundacja Exit International, która zorganizowała zbiórkę pieniędzy na jego podróż do Bazylei, tłumacząc, że to niedopuszczalne, by „najstarsi obywatele musieli wyjeżdżać na drugi koniec świata, by móc umrzeć z godnością”. Do tej pory zebrano 17 tysięcy dolarów australijskich.

Z inicjatywy Davida Goodalla powstał filmik, zamieszczony potem na Youtube, który miał być jego głosem w sprawie prawa seniorów do decydowania o tym, kiedy i w jaki sposób pragną zakończyć swoje życie.

Świętował z rodziną swoje 104. urodziny, ale nie czerpał z tego żadnej radości – wyjaśnia głos z off-u. Zawsze przykładał wagę nie do wartości życia samego w sobie, lecz jego jakości.Zaczęło się od tego, że lekarze zabronili mu prowadzić samochód. Przez to nie mógł dojechać od teatru, gdzie gościnnie występował w spektaklach, co było jego wielką pasją. Potem zabronili mu jeździć komunikacją miejską, a nawet samodzielnie przechodzić przez ulicę.

Córka Goodalla, z zawodu psycholog kliniczny, przeprowadziła z ojcem wiele rozmów o życiu i umieraniu, żeby upewnić się, że jego decyzja o eutanazji nie została podjęta pochopnie.

Uważam, że jakakolwiek jest jego decyzja, powinien mieć do niej prawo – przekonuje Kylie Goodall-Smith.

 

Reklamy

„Ktokolwiek mówi, że się śmierci nie lęka, kłamie! – autor: Ignacy Krasicki”

Minęły święta i między świętami, a zbliżającym się Nowym Rokiem mam czas na rozmyślania i poukładania sobie tego, co w święta się wydarzyło.

To jest taki czas, kiedy z roku na rok jestem coraz starsza i myślę sobie – ile tych Wigilii mi pozostało i chyba każdy z nas po przekroczeniu magicznej 50-tki ma takie myśli o przemijaniu.

Mam taki ulubiony cytat, z którym całkowicie się zgadzam, a brzmi on tak:

„Ktokolwiek mówi, że się śmierci nie lęka, kłamie!

autor: Ignacy Krasicki”

Tak, boję się śmierci i okropnie boję się bólu, na który absolutnie nie jestem odporna i tak sobie myślę, że kiedy choroba mnie znokautuje i każe cierpieć niewyobrażalnie, to chciałabym mieć wybór między życiem, a świadomą tęsknotą odejścia z tego świata przy pomocy medycyny.

Kiedy bym się stała roślinką, warzywkiem, to nie chciałabym nikogo obarczać swoją chorobą. Nie chciałabym, by mnie ktoś mył, zmieniał pampersy i karmił, bo to jest takie upokarzające i obciążające dla bliskich.

Chciałabym, aby ktoś mi delikatnie pomógł odejść z godnością, choć w tym kraju jest to niemożliwe.

Może będą mnie trzymać pod respiratorem i karmić przez rurki, kiedy będę miała tego życia dość!

Przeczytajcie poniższy artykuł i wyraźcie swoje zdanie w komentarzach, choć wiem, że temat jest okrutnie ciężki.

 

Pomógł umrzeć schorowanej żonie. „Zrobiłem to z miłości”

88-letni Jean Mercie pomógł chorej żonie popełnić samobójstwo Czy człowiek powinien mieć zagwarantowane prawo do śmierci? I do pomocy w jak najłagodniejszym odejściu z tego świata? Te pytania wciąż wywołują kontrowersje i burzliwe debaty. Jak trudna jest to kwestia, wie tylko ten, kto sam musiał się z nią zmierzyć. Jedną z takich osób jest 88-letni Francuz Jean Mercier. Pięć lat temu jego schorowana żona poprosiła, by pomógł jej umrzeć. Mężczyzna, nie mogąc patrzeć na cierpienie ukochanej, podał jej śmiertelną dawkę leków. – Zrobiłem to z miłości – tłumaczy.

Jean Mercier i Josanne przez 55 lat byli kochającym się małżeństwem. Ich uczuć nie zmieniła nawet depresja, na którą kobieta zachorowała 25 lat po ślubie. Punkt krytyczny w życiu małżonków nastąpił w 2008 roku. Wówczas Josanne zapadła na chorobę zwyrodnieniową stawów – schorzenie, któremu towarzyszył chroniczny ból. Fizyczne i psychiczne cierpienia spowodowały, że Josanne w ostatnich latach życia wielokrotnie podejmowała próby samobójcze, zawsze nieudane. W końcu nadszedł dzień, gdy o pomoc poprosiła męża.

Dramatyczna prośba

10 listopada 2011 roku 83-letnia kobieta znalazła się u kresu sił. Tego dnia obudził ją potworny ból ręki. Okazało się, że ma złamany nadgarstek. To była kropla, która przepełniła czarę goryczy. Josanne zwróciła się do męża z dramatyczną prośbą. – Tego dnia powiedziała najspokojniej na świecie: „Przynieś mi moje lekarstwa.” Zrozumiałem. Tym bardziej, że powiedziała to zupełnie bez emocji – opowiada Jean Mercier.

Wcześniej mężczyzna chował przed żoną tabletki w obawie, że w przypływie gniewu lub rozpaczy może targnąć się na swoje życie, lecz tego dnia spełnił jej prośbę. – To nie był moment szaleństwa. Powiedziała zupełnie spokojnie: „Jestem zmęczona, jestem u kresu wytrzymałości” – dodaje Jean.

Mężczyzna, widząc bezgraniczne cierpienie ukochanej żony, poszedł po tabletki i morfinę. Następnie otworzył kapsułki i podał ich zwartość Josanne. Kobieta bez wahania połknęła śmiertelną dawkę leków. – Długo rozmawialiśmy, jak nigdy wcześniej. Była świadoma jeszcze przez 20 minut. Później straciła przytomność. Odeszła bardzo spokojnie – wyznaje mężczyzna drżącym głosem. – Kiedy jej puls stał się niewyczuwalny, zadzwoniłem po lekarza – dodaje.

88-latek twierdzi, że spełnił obietnicę, którą wiele lat temu złożył żonie. – To był akt miłości, solidarności i honoru. Kiedyś złożyliśmy sobie obietnicę, że jeśli zajdzie taka konieczność, to wzajemnie pomożemy sobie godnie umrzeć. Gdybym tego nie zrobił, wstydziłbym się za siebie – mówi Jean.

Eutanazja we Francji?

Sprawa Jeana Mercier na nowo wywołała wśród Francuzów debatę na temat eutanazji, która we Francji wciąż jest zakazana. 17 marca 2015 roku Zgromadzenie Narodowe przyjęło większością głosów ustawę, zgodnie z którą francuscy lekarze mogą wprowadzać śmiertelnie chorych pacjentów w „głęboki sen”, trwający aż do ich naturalnej śmierci. Francuski rząd nie zgodził się jednak na bardziej radykalne rozwiązania i nie wprowadził prawa do pełnej eutanazji, czy wspomaganego samobójstwa, choć domagała się tego opinia publiczna.

W tej sytuacji francuski wymiar sprawiedliwości nie zamierzał być pobłażliwy dla Jeana Mercier. W październiku 2015 r., cierpiący na raka prostaty i chorobę Parkinsona 88-latek, stanął przed sądem w Saint-Etienne, gdzie usłyszał zarzut nieudzielenia pomocy osobie znajdującej się w niebezpieczeństwie. Jak oskarżony tłumaczył się przed sądem? – Nie żałuję. Żałowałbym, gdybym tego nie zrobił – wyznał mężczyzna podczas pierwszej rozprawy. – Ważne jest dla mnie, aby prawo się zmieniło, ponieważ śmierć wciąż jest tematem tabu, do którego nie potrafimy podchodzić bez emocji – podkreślał.

Z kolei oskarżyciel przekonywał, że śmierć nie była jedynym możliwym rozwiązaniem w przypadku 83-letniej Josanne. – Nie była u kresu życia, nie cierpiała na nieuleczalną chorobę, a jedynie na zwyrodnienie stawów i lęki. To nie są śmiertelne choroby – tłumaczył na sali rozpraw mecenas Fabienne Goget.

Francuski wymiar sprawiedliwości wziął pod uwagę argumenty oskarżyciela i skazał Jeana Mercier na rok więzienia w zawieszeniu. Jego obrońca złożył apelację. 10 listopada br. Sąd Apelacyjny w Lyonie ostatecznie rozstrzygnął o losie 88-letniego Francuza. Po pięciu latach walki mężczyzna został uniewinniony. – Na wyrok czekałem ze spokojem. Jestem bardziej niż szczęśliwy – mówił Jean Mercier po ogłoszeniu wyroku.

Eutanazja w Europie 

W Europie tylko Belgia, Holandia i Luksemburg zalegalizowały eutanazję. Formy biernej eutanazji, czy też zezwalania pacjentowi na przerwanie leczenia, by „pozwolić mu umrzeć” są dopuszczalne w krajach skandynawskich, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Hiszpanii, Portugalii i Szwajcarii. Ten ostatni kraj wręcz zasłynął z tzw. „turystyki samobójczej”. Szwajcarskie prawo zezwala na wspomagane samobójstwo, kiedy pacjent jest nieuleczalnie chory. To sprawia, że „po śmierć” do Szwajcarii ściągają ludzie z całego świata.

Jedną z najsłynniejszych organizacji, która przeprowadza wspomagane samobójstwa w Szwajcarii jest założone w 1998 roku stowarzyszenie Dignitas. Każdy kto chce skorzystać z pomocy organizacji musi mieć jednoznaczne orzeczenie swojego lekarza o stanie zdrowia, natomiast chory musi podpisać oświadczenie, że dzieje się to za jego zgodą.

Asystowanie przy samobójstwie jest wyłącznie bierne, wspomagające psychicznie, zaś samobójca musi sam, o własnych siłach wypić środek usypiający. Może go też ewentualnie wprowadzić sobie sondą wprost do żołądka, albo wcisnąć tłok wbitej przez pielęgniarza strzykawki. Jaki jest koszt pomocy w samobójstwie? Według prezesa organizacji, około 4 tys. euro za przygotowania i asystę.

Przez lata wokół organizacji Dignitas narosło wiele kontrowersji. Słynna na cały świat stała się m.in. sprawa 69-letniej Niemki, która zgłosiła się do organizacji w 2005 roku. Kobieta okazała kartę zdrowia z rozpoznaniem marskości wątroby, na podstawie której udzielono jej pomocy w samobójstwie. Po przeprowadzeniu sekcji zwłok okazało się, że 69-latka była fizycznie zupełnie zdrowa. Cierpiała jedynie na depresję. Jej karta zdrowia, w której zapisano diagnozę o marskości wątroby, została sfałszowana. Lekarz, który pomagał w samobójstwie, gdy dowiedział się o zdarzeniu, odebrał sobie życie.

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów działalności szwajcarskiej organizacji jest pomoc w samobójstwie osób znajdujących się w depresji oraz psychicznie chorych. Założyciel Dignitas, Ludwig Minelli, uważa, że nawet chorzy psychicznie mają prawo do samobójstwa.

 

 

Kiedyś napisałam w listopadzie!

Belgia. Starsza pani po 80-tce w Domu Spokojnej Starości. Jeszcze normalnie myśląca, choć poruszająca się z trudem o balkoniku postanowiła, że chce umrzeć, bo w środku czuje się wypalona i zmęczona życiem. Pragnie z całych sił dołączyć do swojej córki, która odeszła przed nią, a więc zgłasza swoją chęć do eutanazji.

Po jakiś konsultacjach lekarskich i psychologicznych zostaje zatwierdzona do ostateczności.

Wstaje rano, je ostatnie śniadanie i dokładnie wie, o której zostanie jej podane lekarstwo i za pięć minut będzie już po wszystkim.

Ma kilka chwil, by pożegnać się ze współmieszkańcami, choć nie wszyscy podzielają jej decyzję i nawet się na nią obrazili w potępieniu według ich, tej egoistycznej decyzji. Niechętnie się z nią żegnają więc.

Przychodzi określony czas i lekarz w jej pokoju chwilę jeszcze z nią rozmawia i ostatni raz pyta, czy jest to nieodwołalna decyzja. Kiedy słyszy, że staruszka zdania nie zmienia, wlewa do szklaneczki żółtą miksturę i poleca, aby wypiła to powolutku, nie jednym haustem i oznajmia, że starsza pani wpadnie za chwilkę w głęboki sen i odejdzie.

Za pięć minut lekarz bada puls, bicie serca i stwierdza zgon. Jest po wszystkim – bez bólu i tylko jedna osoba jej towarzyszy w odchodzeniu.

Eutanazja na życzenie i wczorajszy dokument w TVN24 zamiast „Szkła Kontaktowego”, które w „Zaduszki” nie nadaje.

Obejrzałam ten dokument bardzo spokojnie, bo przecież już nie jestem młódką, a w życiu może każdego z nas dopaść taki stan, że nie będzie chciało się ciągnąć dalej tego balu.

Na ekranie telewizora bez żadnych ogródek pokazano jak łatwo skrócić sobie życie w dzisiejszych czasach, choć nie w Polsce i długo, długo nie w Polsce.

Żyjemy w kraju, w którym nic nie jest uregulowane, bo ani in vitro, ani prawo do aborcji i inne światopoglądowe sprawy są nie załatwione raz na zawsze. Polska, to kraj katolicki, a więc słowa eutanazja w polskich mediach się nie wypowiada.

Czytałam niedawno, że już śp. Maria Czubaszek, która mówiła o kontrowersjach stwierdziła, że rozmawiała z lekarzem, który ją poinstruował jaki lek i w jakiej ilości należy wziąć, aby skutecznie rozstać się ze światem,

Nie wiem, co to za lekarz, który bez ogródek podał receptę na bezpieczne odchodzenie, co w Polsce nazywa się samobójstwem, tak bardzo w katolickim kraju potępianym. Skąd w końcu wziąć taką dawkę i co?

W naszych realiach kiedy zachorujemy na raka, podaje się choremu wielkie ilości chemii, środków przeciwbólowych i podłącza się chorego na siłę do różnych rurek i urządzeń, aby jak najdłużej chorego utrzymać przy życiu.

Nie wiem, co jest lepsze! Nie mogę przestać myśleć na ten, jakże trudny temat po wczorajszym dokumencie. Czy człowiek nie ma prawa decydować o sobie i o tym, kiedy chce odejść z tego świata?

Takie usługi są dostępne gdzieś tam w świecie, ale nie u nas! 

Poza Szwajcarią, Holandią, Belgią i Luksemburgiem śmiertelnie chorzy pacjenci muszą cierpieć do końca. Przyspieszenie śmierci to nowa usługa cywilizacji XXI wieku. Bardzo pożądana, choć trudno dostępna.

No i jest jeszcze jeden aspekt tego jakże kontrowersyjnego odchodzenia, bo nazywa się, to usługą, a jak wiadomo, za usługę trzeba zapłacić, a nie są to małe pieniądze. Niemniej jest coraz więcej chętnych na wykonanie takiej usługi, bo nie tylko śmiertelnie chorzy na raka o nią proszą, ale także ludzie młodzi cierpiący nawet na depresję, którzy nie widzą przed sobą żadnego sensu życia. Jest to wielka pułapka, gdyż można źle ocenić sytuację i z powodu zwykłego focha na życie, wysłać kogoś na tamten świat!

Temat trudny i temat emocjonalny, ale uważam, że mądre przepisy dotyczące odchodzenia z godnością mogłyby ulżyć w cierpieniu i wielkim bólu nie do zniesienia.

Myślę, że się nie doczekam na regulację eutanazji w Polsce i może też będę kiedyś warzywem, którego rurki i aparatura trzymać będzie przy życiu, a chciałabym mieć jednak wybór i czas na pożegnanie swoich bliskich.

Ja wiem, że piszę na trudny temat i wiem, że ocena tematu zależy od punktu siedzenia i jeśli na razie nie boli, to będziemy się wzdrygać i oburzać.

Osobiście znam siebie i  jestem cholernie nie odporna na ból i okropnie bólu się boję!

Ale póki co wciąż mam dla kogo żyć. Pełna chata, to jest to, co unosi mnie do gwiazd! Jeszcze nic tak bardzo nie boli. Jeszcze sprawność jest w normie i oby jak najdłużej!

W Polsce zwierzęta odchodzą humanitarnie, a człowiek nie ma takiego prawa!

Lubię pisać sobie wieczorem na blogu, kiedy świat nagle zaczyna się wyciszać i robi się tak niespiesznie.

Nie oglądam żadnych tam „Tańców z Gwiazdami”. Nie oglądam ogłupiających seriali, ani idiotycznych, nowo powstałych typu „Rolnik szuka żony”.

Wieczór jest dla mnie i cudownie się wyciszam, a do głowy przychodzą przemyślenia.

Niestety, ale nie młodnieję i z tygodnia na tydzień staję się tylko starsza, a więc temat przemijania od czasu do czasu puka do mojej łepetyny i drąży.

Drąży tym bardziej, że jestem w żałobie po piesku, którego wczoraj pożegnaliśmy. Był z nami ponad dziesięć lat i uważam, że miała z nami szczęśliwe życie. Nie brakowało jej niczego i swoją miłością nam dziękowała.

Wczoraj patrzyła na mnie tymi pięknymi ślipiami i prosiła – pomóż mi wyzdrowieć, albo pomóż mi odejść! Nigdy nie zapomnę tego wzroku. Wycałowałam ją na pożegnanie, choć serce mówiło mi, że może dać jej jeszcze jeden dzień. Niestety, ale już medycyna się nad jej chorobą rozkraczyła.

Odeszła spokojnie, bo najpierw lekarz zapodał jej tzw. „głupiego Jasia”, a za chwilę docelowy i skuteczny zastrzyk. Zasnęła spokojnie i to już był koniec!

Tak sobie myślę, że w Polsce zwierzęta chore odchodzą bardziej humanitarnie od człowieka.

Człowieka się ratuje, podtrzymuje na siłę. Podłącza się respirator i pompuje lekarstwa, choć medycyna też już się w danej chorobie rozkraczyła.

Ileż jest próśb ludzi śmiertelnie chorych, ale o zdrowym umyśle, że wyrażają wolę odejścia, bo już nie chcą obciążać sobą rodziny?

Ileż jest świadomej woli, że życie im zbrzydło, bo nie chcą być przewijani,myci, karmieni przez ośrodki, czy rodzinę i duma im nie pozwala na to, że są wielkim ciężarem. Chcą odejść, ale nikt ich nie słucha i na siłę trzymają takich ludzi przy życiu – wbrew ich woli!

W Polsce bardziej humanitarnie odchodzą zwierzęta, a ludzi pragnących godnej śmierci tyranizuje się, bo polskie prawo nie przewiduje eutanazji.

Uważam, że to jest nieludzkie i tak sobie pomyślałam, że kiedy medycyna i nade mną się rozkraczy, bo mogę trafić do hospicjum, albo domu seniora, gdzie jakaś franca będzie mnie waliła po pysku, bo się załatwiłam do łóżka, to ja tak nie chcę!

Może tak być? Może, bo nie znamy jaka choroba rozłoży nas na łopatki i kto będzie się nami opiekował.

Może być tak, że będę bita, poniewierana przez bezduszne pielęgniarki, ale może być też tak, że to Dzieci mną się zajmą, ale do cholery – nie będę chciała zaprzątać ich sobą, a wówczas bym chciała odejść humanitarnie jak mój pies!

Ale póki żyję, to chciałabym Wam pokazać dom pogodnej starości w Japonii. Senior zmęczony życiem, będący na emeryturze, może tak tam wypoczywać. 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Wszyscy zmierzamy w jednym kierunku!

Uwięziona w swoim malutkim mieszkanku, resztkami sił wychuchanym. Zawsze lubiła mieszkać schludnie i okna myła raz w tygodniu, a mieszkanie odkurzała, co drugi dzień, Zawsze wszystko wyprane, poprasowane na kant i ułożone równo,  na półach.

Nigdy nie wyszła za mąż, bo jakoś miała pecha do mężczyzn, którzy ją na starcie oszukiwali, a więc zdecydowała spędzić swoje życie w pojedynkę,

Jeśli nie wyszła za mąż, to logicznym było, że nigdy nie urodziła dziecka, ale rekompensowała swoje tęsknoty za dziećmi w swojej z nimi pracy.

Była przedszkolanką i kochała te wszystkie urwisy,a miała do nich niesamowite podejście. Rodzice ją wychwalali i wystawiali osobiste referencje, że jest niesamowitym pracownikiem, który potrafi mieć podejście do tych małych istotek. Dzieci ją kochały, a ona po pracy przychodziła do swojego, cichego domu, spełniona i odpoczywała czytając swoje ukochane książki i malowała w zaciszu obrazy.

Wystawiała te obrazy w miejskiej galerii i zbierała masę nagród oraz pochwał. To było jej spełnione życie i niczego więcej nie pragnęła.

Ludzie mówili o niej stara panna, ale ona zbywała ich wszystkich uśmiechem i pokazywała swoją działalnością i pracą, że jest kobietą szczęśliwą.

Była pełna życia, bo miała jeszcze jedną pasję. Sama szyła sobie ubrania. Były to ubrania kolorowe i dla niektórych dziwne, ale ona czuła się w swojej wersji jak kolorowy ptak.

Nosiła piękne kapelusze i kolorowe garsonki i zawsze była szykowna i inna. Niektóre kobiety ją krytykowały za odwagę, ale ona miała duszę artystki i nic sobie z tego nie robiła. Była inna i odważna.

Często zapraszała swoje koleżanki z pracy i z galerii malarskiej na obiady do siebie do domu. To była uczta kulinarna i nikt od niej głody nie wyszedł. Uwielbiała jeść i uwielbiała uszczęśliwiać ludzi jedzeniem.

Była szczęśliwą kobietą, ale w pewnym momencie przyszedł kryzys, bo wysłano ją na zasłużoną emeryturę. Przepracowała nienagannie tyle lat, aż tu nagle wszystko zaczęło się kończyć.

Zdawała sobie sprawę z tego, że kiedy odejdzie z pracy, to jej kontakty z ludźmi zaczną się kurczyć, ale wciąż miała nadzieję na to, że w galerii  będzie między ludźmi.

Lubiła spacerować ulicami miasta. Zaglądała ludziom do ogrodów przy domach. Napawała się pięknem przyrody i wsłuchiwała  w świergot ptaków w parku. Robiła zdjęcia, polowała na rude wiewiórki i cieszyła się życiem.

Jakże często przysiadywała w parku z kimś zupełnie obcym i prowadziła długie, życiowe rozmowy. Ludzie się jej zwierzali bo bił od niej niesamowity blask.

Pewnego dnia wracała z parku i nie zauważyła, że zbliża się z dużą szybkością bryka, w której szalała muzyka disco polo. Nie zauważyła i obudziła się na sali szpitalnej unieruchomiona gipsem.

Leżała w szpitalu pół roku, a kiedy lekarze  orzekli, że już nigdy nie stanie na nogi i nawet ćwiczenia nie pomogą, to się załamała.

Wózek w domu, który nie mieścił się w drzwiach z pokoju do łazienki i dom kompletnie nie przystosowany dla kaleki.

Nie wiedziała jak ma dalej żyć w ukochanym, swoim domu, który stał się nagle dla niej więzieniem.

Wszyscy się odsunęli i nikt nie dzwonił i nie pukał do drzwi. Tylko opiekunka robiła dla niej zakupy, by miała co jeść i sprzątała, oraz ją myła, ale robiła to bez serca.

Czuła, że to wszystko nie ma sensu i zapragnęła umrzeć. Wykonała telefon do swojego lekarza i poprosiła o eutanazję.

Lekarz oczywiście odmówił, bo w polskim prawie nie ma o tym mowy. Zaproponował jej ośrodek dla Seniora, gdzie by miała opiekę, ale ona się nie widziała w takim ośrodku zdana na opiekę obcych ludzi. Nie wyobrażała sobie, że będą ją podcierać i zmieniać pampersy i chęć odejścia z tego świata ją nie odpuszczała w ciągu dnia i nocy.

Wyobrażała sobie swoją śmierć, a nawet układała scenariusz, ale nie mogła się powiesić, bo wózek, a także nie miała żadnych tabletek, a więc jej chęć odebrania sobie życia stanęła w miejscu, bo przecież nie odkręci gazu, by wysadzić w powietrze cały blok.

Kiedy pewnego poranka przyszła opiekunka spełnić swoje rutynowe zadania przy chorej. Otworzywszy drzwi do jej pokoju zastała ją z workiem nylonowym na twarzy, szczelnie zamotanym na szyi i to był koniec naszej, kolorowej, wesołej, roześmianej, pełnej życia bohaterki tego opowiadania.

Eutanazja – straszne słowo!

Belgia. Starsza pani po 80-tce w Domu Spokojnej Starości. Jeszcze normalnie myśląca, choć poruszająca się z trudem o balkoniku postanowiła, że chce umrzeć, bo w środku czuje się wypalona i zmęczona życiem. Pragnie z całych sił dołączyć do swojej córki, która odeszła przed nią, a więc zgłasza swoją chęć do eutanazji.

Po jakiś konsultacjach lekarskich i psychologicznych zostaje zatwierdzona do ostateczności.

Wstaje rano, je ostatnie śniadanie i dokładnie wie, o której zostanie jej podane lekarstwo i za pięć minut będzie już po wszystkim.

Ma kilka chwil, by pożegnać się ze współmieszkańcami, choć nie wszyscy podzielają jej decyzję i nawet się na nią obrazili w potępieniu według ich, tej egoistycznej decyzji. Niechętnie się z nią żegnają więc.

Przychodzi określony czas i lekarz w jej pokoju chwilę jeszcze z nią rozmawia i ostatni raz pyta, czy jest to nieodwołalna decyzja. Kiedy słyszy, że staruszka zdania nie zmienia, wlewa do szklaneczki żółtą miksturę i poleca, aby wypiła to powolutku, nie jednym haustem i oznajmia, że starsza pani wpadnie za chwilkę w głęboki sen i odejdzie.

Za pięć minut lekarz bada puls, bicie serca i stwierdza zgon. Jest po wszystkim – bez bólu i tylko jedna osoba jej towarzyszy w odchodzeniu.

Eutanazja na życzenie i wczorajszy dokument w TVN24 zamiast „Szkła Kontaktowego”, które w „Zaduszki” nie nadaje.

Obejrzałam ten dokument bardzo spokojnie, bo przecież już nie jestem młódką, a w życiu może każdego z nas dopaść taki stan, że nie będzie chciało się ciągnąć dalej tego balu.

Na ekranie telewizora bez żadnych ogródek pokazano jak łatwo skrócić sobie życie w dzisiejszych czasach, choć nie w Polsce i długo, długo nie w Polsce.

Żyjemy w kraju, w którym nic nie jest uregulowane, bo ani in vitro, ani prawo do aborcji i inne światopoglądowe sprawy są nie załatwione raz na zawsze. Polska, to kraj katolicki, a więc słowa eutanazja w polskich mediach się nie wypowiada.

Czytałam niedawno, że Maria Czubaszek, która mówi o kontrowersjach stwierdziła, że rozmawiała z lekarzem, który ją poinstruował jaki lek i w jakiej ilości należy wziąć, aby skutecznie rozstać się ze światem,

Nie wiem, co to za lekarz, który bez ogródek podał receptę na bezpieczne odchodzenie, co w Polsce nazywa się samobójstwem, tak bardzo w katolickim kraju potępianym. Skąd w końcu wziąć taką dawkę i co?

W naszych realiach kiedy zachorujemy na raka, podaje się choremu wielkie ilości chemii, środków przeciwbólowych i podłącza się chorego na siłę do różnych rurek i urządzeń, aby jak najdłużej chorego utrzymać przy życiu.

Nie wiem, co jest lepsze! Nie mogę przestać myśleć na ten, jakże trudny temat po wczorajszym dokumencie. Czy człowiek nie ma prawa decydować o sobie i o tym, kiedy chce odejść z tego świata?

Takie usługi są dostępne gdzieś tam w świecie, ale nie u nas! 

Poza Szwajcarią, Holandią, Belgią i Luksemburgiem śmiertelnie chorzy pacjenci muszą cierpieć do końca. Przyspieszenie śmierci to nowa usługa cywilizacji XXI wieku. Bardzo pożądana, choć trudno dostępna.

No i jest jeszcze jeden aspekt tego jakże kontrowersyjnego odchodzenia, bo nazywa się, to usługą, a jak wiadomo, za usługę trzeba zapłacić, a nie są to małe pieniądze. Niemniej jest coraz więcej chętnych na wykonanie takiej usługi, bo nie tylko śmiertelnie chorzy na raka o nią proszą, ale także ludzie młodzie cierpiący nawet na depresję, którzy nie widzą przed sobą żadnego sensu życia. Jest to wielka pułapka, gdyż można źle ocenić sytuację i z powodu zwykłego focha na życie, wysłać kogoś na tamten świat!

Temat trudny i temat emocjonalny, ale uważam, że mądre przepisy dotyczące odchodzenia z godnością mogłyby ulżyć w cierpieniu i wielkim bólu nie do zniesienia.

Myślę, że się nie doczekam na regulację eutanazji w Polsce i może też będę kiedyś warzywem, którego rurki i aparatura trzymać będzie przy życiu, a chciałabym mieć jednak wybór i czas na pożegnanie swoich bliskich.

Ja wiem, że piszę na trudny temat i wiem, że ocena tematu zależy od punktu siedzenia i jeśli na razie nie boli, to będziemy się wzdrygać i oburzać.

Osobiście znam siebie i  jestem cholernie nie odporna na ból i okropnie bólu się boję!

Jak obejść w Polsce zakaz śmierci na życzenie!

W Polsce prawo zabrania umierania na życzenie. W Polsce musisz ewentualnie umrzeć w szpitalu, w którym na siłę przytrzymują człowieka przy życiu, bo podłączą do respiratora i tak człowiek nieświadomy tylko oddycha, a jego serce wciąż bije. Można też umrzeć w hospicjum, ale musisz się męczyć i skręcać z bólu nawet jeśli morfina już nie pomaga.

Opowiem o umieraniu mimo prawu w naszym kraju. Umieraniu mimo wszystko i na przekór wszelkim przepisom i nie pokuszę się o ocenę, czy to są przepisy humanitarne, czy bezduszne, bo to wszyscy musimy ocenić we własnym sumieniu i zgodnie z naszą wiarą, a więc:

Anna i Jan pobrali się 50 lat temu, a pobrali się z wielkiej miłości, która nigdy w nich nie zgasła. Przechodzili razem koleje swojego życia i raz było gorzej, to znów się dźwigali z różnych życiowych zawirowań, ale zawsze zasypiali w jednym łóżku mocno trzymając się za ręce.

Anna wychowywała dwóch energicznych synów, a Jan był lekarzem, który miał poważanie w ich społeczności i nigdy, nikogo nie zawiódł. Wciąż się kształcił i doszkalał, aby tylko być na bieżąco z nowinkami, czyli był lekarzem ambitnym, któremu ludzie niezmiernie ufali.

Anna nie pracowała, ale była niezmiernie oczytaną kobietą i lubiła zajmować się domem, ogrodem i w wolnych chwilach grała na fortepianie Chopina,

Chłopcy rośli i w końcu wyfrunęli z domu na studia i pozakładali swoje rodziny. Jan i Anna byli bardzo dumni ze swoich synów, którzy często ich odwiedzali, a w pewnym momencie pojawiły się też wnuki.

Święta u Anny i Jana były zawsze magiczne. Anna gotowała na święta najsmaczniejsze potrawy, a Jan zajmował się choinką i prezentami. W domu na Boże Narodzenie panowała niezwykła atmosfera i potrafili przy winie i świecach spędzać pięknie, wspólnie święta.

Bardzo wiernym przyjacielem tej rodziny, od zawsze był kolega Jana, też lekarz, który nigdy się nie ożenił, a więc razem z tą rodziną wyjeżdżał na wszelkie wakacje i spędzał z nimi wszystkie święta jako stały członek rodziny.

Od jakiegoś czasu Jan zaczął chorować. Sam u siebie stwierdził, że oto choruje na stwardnienie rozsiane – boczne. Zaczął utykać na nogę, a potem choroba odebrała mi władzę w rękach. Choroba szybko postępowała, aż Anna karmiła go przez rurkę, bo nie mógł samodzielnie połykać. Wiedział, że to kwestia miesięcy kiedy odbierze mu mowę, a w końcu stanie się rośliną.

Chciał ostatnie święta spędzić z rodziną, ale najpierw uprzedził swoje dzieci i kolegę, że chce potem umrzeć na własne życzenie i Anna mu w tym pomoże.

Synowie byli na to przygotowywani i zgodzili się na śmierć ojca, bo ich uprzedził, że z każdym tygodniem będzie tylko gorzej, a on nie ma siły na to, by wyjechać do innego kraju, gdzie eutanazja jest legalna.

Przyszły święta i wszyscy się zjawili i byli przygotowani na to, że Anna poda mężowi tabletki, które Jan sam sobie wypisał. Te święta, to był dla wszystkich najtrudniejszy czas, choć starali się śmiać i tańczyć mocno się przytulając, ale coś się zdarzyło:

Kiedy Jan zmęczony położył się w sypialni, to jeden z synów zauważył, że Anna całuje się namiętnie i przytula z kolegą swojego męża.

Zapaliła się mu czerwona lampka, że może jego matka zgodziła się na uśmiercenie ich ojca, bo zawsze miała romans z jego kolegą.

Nie mógł spać, bo targały w nim emocje, że może ojciec powinien jeszcze kilka miesięcy pożyć, a matka zbyt szybko zgodziła się na jego śmierć!

Znalazł w salonie list, który miał być otwarty, po śmierci Jana, ale nie wytrzymał i go otworzył. Przeczytał, że:

” Kochani synowie z chwilą mojej śmierci zgadzam się na związek Waszej mamy – Anny z moim kolegą, bardzo dobrym kolegą, aby do końca swoich dni miał się nią kto opiekować. Wybaczacie, ale muszę tak zrobić, bo kocham moją żonę i nie mogę pozwolić na to, aby zastała sama na tym świecie, a więc wybaczcie i zrozumcie – Kocham was i mam nadzieję, że zrozumiecie i wybaczycie”.

Synowie wiedzieli, że zgodnie z umową, zaraz po świętach, po śniadaniu muszą wyjechać do swoich spraw, choć serca im rozrywało. Jednak uszanowali wolę rodziców, którzy ich we łzach pożegnali.

Anna i Jan po wyjeździe dzieci udali się do sypialni i wówczas, Anna rozpuściła proszki w wodzie, tak jak kazał Jan i podała mu przez rurkę, a kiedy zaczął zasypiać mocno go przytuliła i trzymała w ramionach, aż całkiem zgaśnie.

Kiedy przyjechało pogotowie, to powiedziała, że wyszła na spacer, a mąż zażył leki podczas jej nieobecności. Sprawę badała prokuratura, ale nigdy nikt nie dowiedział się  jak było naprawdę!

Miłość matki i córki, aż po grób

Janka była wiele lat dyrektorem dużej fabryki, a więc jej pensja była nie mała. Jej córka Edyta była profesorem germanistyki na uczelni i też nie narzekała na zarobki. Janka lubiła swoją pracę i Edyta także, jednak ich życie osobiste trzymały obie w tajemnicy. Po kątach ludzie mówili, że mąż Janki tyranizuje ją psychicznie i nadużywa alkoholu. Nie, nie było tam awantur i nikt nikogo nie bił, ale mąż Janki miał inne sposoby, aby umilić życie żonie i córce. Był tyranem i toksycznym człowiekiem, a więc psychicznie je wykańczał.

Janka szykowała się do rozwodu, bo nie chciała swojej córce fundować wciąż takiego życia, tym bardziej, że sama zaczęła poważnie chorować na serce i powiedziała sobie, że dość już obie wycierpiały, ale w trakcie zbierania dowodów jej mąż zmarł w domu we śnie.

Odetchnęły obie i od tej chwili trzymały się ze sobą jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek. Edyta zaraz po pracy wracała do domu i nie utrzymywała żadnych towarzyskich stosunków. Bała się o swoją matkę, która z racji chorego serca przeszła na rentę, gdyż lekarze kategorycznie zabraniali jej jakiegokolwiek stresu. Janka dostała dość wysoką rentę z racji wysokich zarobków i tak im się spokojnie zaczęło żyć i niczego im nie brakowało.

Matka i córka, wszędzie razem. Kupiły sobie działkę nie daleko miejsca zamieszkania i każdą wolną chwilę na niej spędzały. Na działkę dojeżdżały rowerami i nie tylko na działkę. Lubiły swoje towarzystwo, a więc bardzo często jechały po 15 kilometrów i zwiedzały w ten sposób okolice. To był ich czas, który uwielbiały, a ich działka była najpiękniej ukwiecona ze wszystkich. Tak, kwiaty to było ich hobby i znały się na ich hodowli jak mało kto. W Internecie zawsze wyszperały nową odmianę krzewu ozdobnego, czy oryginalnego koloru róży.

To dzięki działce i swojej córce, Janka dochodziła do siebie. Niepokoiło ją tylko, że jej córka nie szuka sobie partnera, aby kiedyś z nim wziąć ślub i założyć rodzinę. Przeprowadziła z córką wiele rozmów na ten temat, bo przecież nie będzie żyła wiecznie, a w chwili jej odejścia – Edyta zostanie sama jak palec. Martwiło ją to bardzo, ale Edyta jasno i wyraźnie oświadczyła matce, że nie zamierza się wiązać i niech to będzie jej ostatnie słowo. Kochała matkę nad życie i póki co, ona jej w zupełności wystarczała.

Janka więc nie nalegała, aby nie zamęczać córki, tym bardziej, że oddała jej całe swoje życie i kochała nad życie. Pragnęła dla niej szczęścia, ale uszanowała jej wybór.

Żyły tak ze sobą parę lat w wielkiej symbiozie i się wspaniale uzupełniały. Razem zakupy i poranna kawa. Razem miały tę samą pasję i razem oglądały ulubione filmy i byłoby nadal tak pięknie, gdyby pewnego dnia Janka nie zasłabła.

Zrobiono Jance wiele wyników w szpitalu i wykryto u niej raka żołądka. Nie czuła żadnych dolegliwości, no może czasami tylko takie ssanie  i nigdy nie przypuszczała, że zaczyna zjadać jej żołądek ten wstrętny gad.

Choroba postępowała bardzo szybko i nagle okazało się, że bez balkonika już się nie da. Nagle się okazało, że boleści były tak wielkie, że żaden środek znieczulający już nie działał, a ona wiła się z bólu i już wiedziała, że nigdy z tego nie wyjdzie. Po serii chemii, lekarze zaczęli rozkładać ręce i wyraźnie oznajmili Edycie, że pozostała już tylko modlitwa.

Edyta siedziała przy matce dzień i noc i patrzyła jak z dnia na dzień jest coraz gorzej. Nie mogła patrzeć na cierpienie swojej ukochanej matki, a kiedy pewnej nocy ta poprosiła ją, aby Edyta przyspieszyła jej jakoś śmierć, bo chce godnie odejść – Edycie opadły ręce.

Weszła do komputera i zaczęła szperać na temat eutanazji. Jest to możliwe, ale nie w Polsce. Znalazła adres do pewnej kliniki w Zurychu i napisała do  w języku niemieckim prośbę, czy może przywieźć swoją matkę, nieuleczalnie chorą na raka, która ma wolę odejścia z godnością z tego świata – kliknęła i wiadomość poszła w świat.

Siedziała jak na szpilkach i czekała na odpowiedź. Bała się, że dostanie odpowiedź negatywną, a wówczas jej matka będzie umierała w męczarniach i nieludzkich bólach.

Otrzymała odpowiedź, że mogą przyjechać, a po dopełnieniu wszelkich, niezbędnych formalności i ustawowej opłacie lekarz przepisze jej zestaw leków potrzebnych do eutanazji.

Zorganizowała potajemnie transport i zabrała matkę tam, gdzie jej pomogą umrzeć po ludzku. Dojechały na miejsce i zostały bardzo dobrze obsłużone przez personel. Poinformowano je, że mają dwie godziny na pożegnanie, a więc to były ich ostatnie chwile, które Edyta przeleżała obok swojej mamy, w czystym, choć skromnym pokoiku. Płakały i żegnały się tuląc swoje ręce i twarze, do chwili, kiedy przyszedł lekarz i zrobił, co do niego należało.

Janka odeszła bardzo godnie i na jej twarzy Edyta widziała ulgę i ogromną dla niej wdzięczność i nie żałowała ani minuty, że zdecydowała się na to jakże kontrowersyjne zakończenie życia na własne życzenie. 

Na pogrzebie Janki nie płakała, a uśmiechała się, że ma to już za sobą. Uśmiechała się na wspomnienie ich wspólnych chwil, a na grób położyła najpiękniejsze kwiaty z ich ogrodu, a były to róże jakie udało im się wyhodować z najnowszej odmiany. 🙂

Wróciła po pogrzebie do domu i przeraziła ją straszliwa cisza i pomyślała – a co teraz będzie ze mną? 

A kiedy trzeba będzie pożegnać się z tym światem?

Jako, że latka moje lecą nieubłaganie i w zastraszającym tempie, moją głowę zaprząta coraz częściej słowo – eutanazja. Po przeczytaniu zwłaszcza życzenia naszego polskiego reżysera Krzysztofa Krauzego, który jest ciężko chory na raka i pisze tak: „

Moje prawo do dobrej śmierci nie narusza niczyjej wolności
Jestem za: za eutanazją, za paszportem do „dobrej śmierci”.
W Polsce jest to niewykonalne, a żyją pośród nas ludzie chorzy, bez żadnej nadziei na wyzdrowienie, ale nie dane im jest odejść z godnością, bo rękę trzyma na tym kościół, a rządzący boją się z kościołem zadrzeć. W Polsce podobno 50 % społeczeństwa jest za godnym odchodzeniem z tego świata i uważają, że każdy z nas ma mieć prawo do paszportu na tamtą stronę.
Pewna kobieta, która od lat opiekuje się swoim nieuleczalnie chorym synem, który jest już warzywem, ubolewa, że ratowała swojego syna trzy razy od samobójstwa, bo liczyła na to, że syn jej wyzdrowieje, ale teraz patrząc na swojego dziecko, ogromnie tego żałuje. Męczy się Ona i męczy się jej syn i nic z tym zrobić się nie da w naszym państwie.
Moje zdanie jest takie, że kiedy już nie ma żadnego ratunku i lekarze orzekną, iż zrobili już wszystko, każdy kontaktujący człowiek ma prawo do tego, aby uwolnić siebie od cierpienia i uwolnić swoich bliskich, którzy cierpią i nie mogą już na to cierpienie patrzeć.
Co można dać jeszcze osobie cierpiącej i co można oprócz podawania środków przeciwbólowych zrobić? Umieścić w hospicjum i patrzeć jak w katorgach ich bliski pomału odchodzi. W mękach i niewyobrażalnym odarciu z ludzkiej godności? Ileż było by zgłoszeń, gdyby w kraju dopuszczalna była eutanazja. Z pewnością bardzo wiele, jestem tego pewna.
Przychodzi ksiądz i każe się modlić i modlić, a modlitwa nie przynosi ukojenia, to co można jeszcze zrobić dla osoby cierpiącej w mękach i katorgach? Powinno być ustanowione prawo, iż każdy z nas powinien mieć prawo do godnego odchodzenia, jeśli tylko jest przy zdrowych zmysłach i sądzę, że wcześniej, czy później i w naszym kraju to prawo zostanie ustanowione, bo jest coraz więcej nacisków.
Pan Krzysztof Krauze pisze:

Ja, który chorobę terminalną próbuję zamienić na chorobę przewlekłą, żądam takiego paszportu. I chcę go mieć u siebie w domu. Mam dość tyranii państwa i Kościoła. Chcę być sobą. Bycie sobą to również prawo do niebycia. Prawo, aby odejść godnie – bez wysokich pięter, torów, wanien krwi. Śmierć to czasami jedyne lekarstwo na życie. Chcę mieć do niego prawo. Chcę mieć na nie receptę, niech leży przy łóżku. I nie zawaham się jej użyć. Agonia w torturach z nagrodą w zaświatach? Pozostawiam ten radosny przywilej biskupom. I proszę mnie nie mamić, że cierpienie uszlachetnia. Że jest źródłem mądrości. Cierpienie jest bezcelowe, okalecza, odbiera rozum. Nawet na Krzyżu. Nikt mnie nie namówi, żeby w tym smutnym kraju, jakim jest Polska, dorzucać do puli swoje cierpienie.”
Ileż racji jest w jego słowach i ile solidnych przemyśleń. To nie są słowa rzucane na wiatr. To są słowa błagalne, aby otworzyły się w naszym kraju umysły przesłonięte kołtuństwem i strachem, a ja już wiem, że nie chcę się w razie czego znaleźć w jakimś hospicjum i nie życzę sobie marnowania życia swoich dzieci, kiedy przyjdzie im się opiekować starą matką oplecioną wężami choroby, bo choć ciężko będzie się żegnać z tym pięknym światem, to w imię mojej godności też bym chciała odejść godnie.

Gdy chore dzieci idą do aniołków w Belgi

Pewnego, pięknego dnia cała rodzina wybrała się samochodem, na występ swojego syna w innym mieście. Mama i Tata i ich dwoje dzieci, córeczka i syn. Rodzice byli bardzo szczęśliwi, że ich syn zagra utwór na koncercie z innymi dziećmi. Był bardzo utalentowany i kochał muzykę. Po koncercie, wracając, córeczka poprosiła, aby się zatrzymać, bo chce jej się siusiu. Ojciec posłusznie zatrzymał samochód na poboczu, ale w tym samym momencie z samochodu wyskoczył niespodziewanie ich syn, czego rodzice nie zauważyli, gdyś działo się to błyskawicznie. Nagle usłyszeli ogromny huk uderzającego auta w ich syna. Kiedy się zorientowali, co się wydarzyło, samochód ze sprawcą wypadku szybko odjechał i zginął we mgle. Nie zdążyli zapamiętać nr rejestracyjnych, nie zdążyli zauważyć marki tamtego samochodu,  bo sprawca zbiegł z wypadku w chwili, kiedy ratowali swojego syna, a On umierał im na drodze.

Rodzice zatopieni w rozpaczy i wielkim bólu musieli przez wiele miesięcy pogodzić się ze stratą dziecka, a ból był tym większy, że sprawca pozostawał wciąż na wolności i nie poniósł kary.

Ich córeczka często dopominała się wyjaśnień, bo przecież była wciąż małym dzieckiem, nie rozumiejącym, gdzie jest teraz jej braciszek.

Pytała rodziców, a oni nie mieli dla niej czasu, gdyż ból po stracie dziecka był tak wielki, że całkowicie ich obezwładnił. Usłyszała pewnego wieczoru od mamy, która przyszła do jej pokoiku powiedzieć jej dobranoc, że jej braciszek jest teraz u aniołków i tak będzie mu bardzo dobrze. Pozna z pewnością tam nowych przyjaciół, będzie się bawił z nimi i biegał po zielonej trawie. Będzie tam bardzo szczęśliwy, otoczony troskliwą opieką. Mama zapewniła swoją córeczkę, że tam u aniołków, będzie braciszkowi bardzo dobrze i i aby się o niego wcale, a wcale nie martwiła, choć już nigdy do niej nie wróci.

To troszkę uspokoiło dziewczynkę  i tylko jeszcze zapytała, czy będzie mogła dla niego jutro zagrać na pianinie i czy braciszek będzie słyszał jej muzykę tam u aniołków. Oczywiście, że będzie słyszał, ze łzami w oczach odpowiedziała jej mama.

Dziewczynka spokojna już, że jej braciszkowi będzie tam dobrze, zasnęła z uśmiechem na buzi, wyciszona i uspokojona,  wyobrażając sobie jak wygląda ten czarowny świat, tam u aniołków.

Za kilka miesięcy, dziewczynka zaczęła uskarżać się, że bolą ją wszystkie jej malutkie kosteczki i trudno jej wytrzymać ten ból. Zaczęła się gonitwa po lekarzach, którzy oznajmili po serii badań, że jest chora na białaczkę. Mijały miesiące, a choroba w zastraszającym tempie postępowała i lekarze nie dawali już żadnej nadziei. Nie pomagały jej już żadne leki uśmierzające ból i dziewczynka nikła w oczach. Zrozpaczeni rodzice robili wszystko i wydali fortunę, aby ratować swoje jedyne dziecko, ale niestety lekarze nie dawali już żadnej nadziei.

Pewnego poranka, ich córeczka oświadczyła, że chce już iść do aniołków, bo ból jest tak straszny, że już chce umrzeć. Chce iść do aniołków i już tam nie chce tak cierpieć. Chce się bawić na zielonej trawie, gdzie wciąż świeci słońce i gdzie pozna nowych, zdrowych przyjaciół. Bo u aniołków jest fajnie, a tu na ziemi jest źle, jest brzydko, bo tu na ziemi dzieje się tyle nieszczęść, a ona chce być u tych aniołków wreszcie zdrowa, tak jak są zdrowe księżniczki z bajek, bo u aniołków jest tak jak w bajce i ona już tak chce.

Dlaczego piszę tę historię, wymyśloną przeze mnie. Dlatego moi czytelnicy, gdyż od wczoraj mam w głowie mętlik i nie mogę sobie z tematem poradzić. W Belgi zatwierdzono ustawę, że chore beznadziejnie cierpiące dzieci  przed 12 rokiem życia, będą miały prawo zarządzać swoim życiem. Będą miały prawo oznajmić, że chcą już umrzeć, bo mają już dość cierpienia i chcą odejść z tego świata, gdyż ból i cierpienie jest nie do zniesienia. Będą miały prawo poprosić o eutanazję, która za zgodą rodziców, lub opiekunów będzie mogła prawnie zostać wykonana.

Jak wytłumaczyć tak małemu dziecku, że tam, po tamtej stronie nic je właściwie już nie czeka. Jak rozmawiać z dzieckiem tak malutkim, które styka się z odchodzeniem, że tam jest już tylko ciemność i panuje mrok i wieczna noc i, że jest to bilet tylko w jedną stronę. Jak trafić do dziecka, które w bajach widzi kolorowy i piękny świat i słyszy od dorosłych, że po tamtej stronie, u aniołków jest jak w bajkach.

Nie mogę sobie ze sobą poradzić. Nie mogę przestać o tym myśleć i pierwszy raz w swoim dość długim życiu, nie znajduję odpowiedzi i za pewnie nie znajdę do czasu, kiedy zostanę powołana do aniołków!

PS. Zaznaczam nieśmiało, że nie wierzę w życie pozagrobowe, a przepraszam tych, którzy wierzą w życie po życiu. Szanuję wybory innych ludzi.