Archiwa tagu: leczenie

Zalegalizować Marihuanę!

Znalezione obrazy dla zapytania marycha

W swoim, dość długim już życiu zapadłam na depresję nie jeden raz.

Kto nie chorował na tą groźną chorobę, ten nie zrozumie, co się dzieje z takim człowiekiem.

Jest takie powiedzenie, że, co to jest szczęście, a odpowiedź jest taka – dobrze dobrane leki w tej chorobie.

Człowiek w depresji ma wszystko w sobie chore, bo całe ciało jego jest chore i głowa zaprzątnięta myślami sto pięćdziesiąt na minutę i szuka rozwiązania jak wyjść z tego marazmu i niemocy, a często jest to myśl o samobójstwie.

Kiedy się wpada w taki stan, to automatycznie sypie się całe życie.

Nie chce się wstać do pracy i nie chce się jeść, a także nie chce się myć, oraz wiele się nie chce!

Najchętniej przeleżało by się w łóżku i z nikim nie rozmawiało mając w głowie – niech się wszyscy odczepią.

Depresja, to nie jest znak naszych czasów, bo była zawsze, ale dopiero w naszych czasach lekarze potrafią ją diagnozować.

Chorowałam wiele razy i raz mocniej, a raz lżej, ale moja dusza cierpiała okropnie, kiedy w moim życiu wydarzyło się wiele zła, na które wcale sobie nie zasłużyłam.

Chorowałam, bo chorują wrażliwcy, którzy nie godzą się na takie, czy inne traktowanie i wydaje mi się, że ludzie przebojowi nie mają takich stanów, bo potrafią odpowiednio walczyć o swoje.

Miałam poczucie niższej wartości i zawsze czułam się gorsza od innych – mniej wartościowa i interesująca i tak zaczęłam unikać ludzi – nawet swojej rodziny sprawiając Jej ból.

Lekarze nie potrafili dobrać dla mnie odpowiedniego leku i w końcu trafiłam na psychoterapię trzymiesięczną i dopiero tam się pozbierałam i uwierzyłam w siebie, że jeśli tylko chcę, to mogę wszystko.

Zauważyłam tam, że jestem lubiana i wielu do mnie lgnęło i tym sposobem uwierzyłam, że nie jestem dziwadłem, a interesującą jednostką.

Mieliśmy tam przeróżne zajęcia jak rysunek, muzyka, ćwiczenia gimnastyczne itp.

To mi dało siłę i tak udaje mi się trwać już wiele lat w dość dobrej kondycji psychicznej i niczym się nie różnię od ludzi zdrowych i wolnych od depresji.

Jednak tamtego okresu nijak nie da się zapomnieć i zawsze w tyle głowy mam, aby siebie chronić, bo jestem podatna i depresję i mam w genach.

Dość jednak tego wspominania, a napiszę, że swego czasu obejrzałam świetny, polski film pt. „Moje córki krowy” i w tym filmie nagle córki i ojciec ich zapalili dżointa i śmiali się do rozpuku mimo, że sytuacja w rodzinie była skomplikowana.

Poprosiłam kogoś, aby mi ten specyfik załatwił i tak się stało, że jedyny raz w życiu z Mężem to zapaliliśmy – tak dla ciekawości.

Może nie wpadliśmy w szaleńczy śmiech, ale trochę prychaliśmy i było to zaraz przed snem.

Powiem Wam, że po tym incydencie spałam jak młody bóg – spokojnym, niemowlęcym snem i obudziłam się w błogostanie i byłam szczęśliwa i rozluźniona, gotowa na przyjęcie nowego dnia.

Dlatego uważam po swoim doświadczeniu, że „Marycha” powinna być wykorzystywana mądrze w leczeniu depresji, a ludzie nie powinni być faszerowani chemią, która szkodzi i nie zawsze pomaga.

Do światowej depresji dołączyła nowa odmiana, a nazywa się Hikikmmori, a polega na tym, że ludzie nie wychodzą latami do społeczeństwa – izolując się.

Ola nie wychodzi z pokoju odkąd skończyła 21 lat. Czyli rok i siedem miesięcy. Z łazienki korzysta, kiedy zyska pewność, że nikogo nie ma w domu. Zazwyczaj je to, co mama zostawia jej pod drzwiami. W zasadzie można uznać, że Ola nie istnieje. Jest jak japońscy Hikikomori. Zamknięta przed światem.

Marek przez 26 lat podłej egzystencji przeżył wystarczająco dużo poniżeń, by usprawiedliwić swoje pustelnictwo. Od Oli różni go względna otwartość. Po kilku latach samotności powoli otwiera się na ludzi. Okna w jego pokoju są zasłonięte. W szybach wiszą brązowe koce, jakby właściciel tego pomieszczenia walczył o swoją prywatność. Jest duszno, powietrze gęstnieje od dymu z papierosów. Ich zapachem przeszły ubrania, tapety i ciężkie zasłony.

– Mam tu wszystko, czego potrzebuję – mówi. – Zrezygnowałem z życia typu „open air”, bo wystarczająco mnie pokarało. Nie żałuję.

Od dwóch lat ani razu nie wyszedł na zewnątrz. Traktuje to jako osobisty sukces. Przestał bać się poranków. Długo zajęło mu zrozumienie, że rzeczywistość za drzwiami mieszkania po prostu go przerasta. Tylko tu czuje się bezpiecznie.

We wczesnym dzieciństwie ma problem z komunikacją, nie potrafi bawić się z rówieśnikami. W wieku szkolnym rozwija się prawidłowo, lecz nigdy już nie dogodni innych dzieci. Zbyt dziwny, by mieć go za przyjaciela. Za powolny do gry w piłkę. Nudny jak na chłopaka w tym wieku. Wkrótce szkoła przekształca się dla niego w miejsce kaźni. Dobrze jest czasem wsadzić jego głowę w kibel, ściągnąć majtki na środku holu i zabawić się jego kosztem. – Facet ma być facet, a nie cipa – mówi wychowawca, kiedy Marek prosi go o pomoc. – Jeszcze podziękujesz kolegom, jak zrobią z ciebie mężczyznę.

W tym czasie rodzice zajmują się małżeńskimi awanturami. – Ojciec z matką byli niedobrani. Rozwód nastąpił za późno, kiedy wszyscy byli już sobą zmęczeni do granic możliwości – tłumaczy. – Zasądzili mi alimenty tysiąc złotych od ojca. Matka zobowiązała się płacić za mieszkanie i też sypnęła kasą. Gdy poszedłem do liceum, stwierdziła, że jestem już dorosły i na stałe wyjechała do nowego partnera. Wpadała raz na parę miesięcy. Dla mnie to był superukład, ale sam już nie wiem, czy mnie ta samotność bardziej nie pokrzywiła.

W ogólniaku jest trochę lepiej: mniej przemocy fizycznej, a więcej docinek na temat wyglądu i zachowania. Uczy się słabo, ale maturę zdaje zadziwiająco dobrze. W 2009 r. dostaje się na psychologię. Myśli, że studia pomogą mu zrozumieć ludzi. Do pierwszej sesji nie podchodzi, ze strachu przed ustnymi egzaminami. Od tej pory rozpoczyna proces stopniowej izolacji.

– Nakupowałem sobie jedzenia w puszkach, masę żywności instant i obiadów w słoikach. Później zlokalizowałem internetowy sklep spożywczy z dostawą do domu. W końcu przestałem wychodzić w ogóle.

Rodzice orientują się za późno. Dopiero po dwóch latach blokowego pustelnictwa udało im się namówić syna na rozmowę z psychiatrą. Lekarz stwierdził u niego rys Aspergera oraz fobię społeczną. Do tego doszło uzależnienie. Traumy, które powinien przepracować, zaleczał osiedlową amfetaminą i antydepresantami. Od niedawna Marek bierze nowe leki. Jest z nim dużo lepiej. Coraz częściej powala się odwiedzać. Matka próbuje odbudować z nim relację. Rozmawiają codziennie przez Skype.

– Syndrom Hikikomori przekracza granice Japonii – mówi dr hab. n. med. Marek Krzystanek, który jako pierwszy opisał przypadek Hikikomori w Polsce. – Trudno oszacować ilu jest polskich Hikikomori. Bywa, że są diagnozowani jako osoby uzależnione od sieci czy gier komputerowych. Podczas swojej praktyki leczyłem takie osoby. Hikikomori nie są w stanie sprostać stawianym im wymaganiom. Cywilizacja przyspiesza i wraz ze swoim wyścigiem szczurów przypomina pędzący pociąg, z którego Hikikomori po prostu wysiadają i nie mają zamiaru wrócić na swoje miejsca. W Polsce styl życia nie jest jeszcze porównywalny do tego, który panuje w Japonii, ale aspirujemy do niego i im bardziej się zbliżamy, tym mocniej widoczne będzie to zjawisko.

– Są pacjenci, którzy prawie nie mają kontaktu ze światem rzeczywistym, ale odnajdują sens istnienia w tym wirtualnym – mówi prof. Kobayashi. – Jeśli dodatkowo boją się życia i stawiają sobie za duże wymagania, prowadzi to do coraz większej izolacji. A to może przyczynić się do szybkiego zwielokrotnienia liczby Hikikomori w Polsce.

Skalę problemu potwierdza widoczna obecność polskich Hikikomori w internecie, gdzie funkcjonuje wiele grup dla samotników. Na stronie PhobiaSocialis.pl, zrzeszającej pacjentów z objawami fobii społecznej, zarejestrowało się ponad 8,5 tys. użytkowników, którzy napisali już prawie 340 tys. postów. Dyskusję otwiera pytanie nastolatki: – Macie ochotę gdzieś się schować? Odizolować od ludzi, zniknąć? Mam dość innych i siebie. Ciągle błędy, napięcie, stres, strach, złe wybory – wylicza.

Użytkownicy PhobiaSocialis rozważają, czy zorganizowanie pustelni pomogłoby im w zwalczeniu lęków. Piszą jak powinna wyglądać, albo zdają relację z okresu separacji. – Utknąłem tu (w swoim pokoju – dop. red.) na 7 lat – pisze jeden z internautów.

– A ja chcę się schować w swojej wyobraźni, odizolować albo popełnić samobójstwo. Nie musiałbym już nigdy z nikim rozmawiać – uzasadnia inny.

Podczas gdy Marek i Ola powoli wynurzają się z otchłani lęków, 24-letnia Karolina wciąż nie może ich pokonać. Jej mama siedzi w przestronnym pokoju. Na prostych, skandynawskich półkach stoją ramki ze zdjęciami. Z fotografii uśmiecha się ta sama dziewczyna, raz młodsza, raz starsza. To mała galeria żalu. Wydaje się, że Karolina wyemigrowała na inny kontynent – zbyt daleko, żeby mogła znieść to matka. Jednak córka jest w pokoju obok. Nie wychodzi prawie rok. Jej fobii społecznej towarzyszyły: depresja, agorafobia, ataki paniki. – Na początku sądziłam, że córka wymierza mi karę, że ta izolacja, to jeden z jej ataków złości – wspomina Bożena, mama Karoliny. – Okres zamknięcia przedłużał się. Dla rodzica to jest koszmar, potrzebowałam wsparcia psychicznego, do dziś korzystam z pomocy terapeuty. Do pokoju córka wpuszcza tylko swojego lekarza. Wie, że nie wypisze jej leków bez konsultacji. Wystawałam godzinami przed pokojem. Mówiłam, że się o nią boję. Próbowałam wyciągnąć córkę siłą, ale wejście do środka pogłębiało tylko jej lęki. Przeżyłam jej dwie próby samobójcze i nie zniosę kolejnej. Nie wiem, czy kiedykolwiek odzyskam swoje dziecko.

W ostatnich miesiącach stan Karoliny jest stabilny. Leczenie trwa. To długi proces. Bożena czeka więc na dzień, kiedy drzwi się otworzą. Patrzy w nie godzinami, jakby mogła je przeniknąć wzrokiem.

https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/zamknieci-przed-swiatem-kim-sa-polscy-hikikomori/5bhhkfr?ut&fbclid=IwAR0lMOyRSuYPYXmReSBbWWu_7bHgANal68EYPwqre0U6aT7RfnkEEPQKxmE

Dajcie im Marihuanę, bo przyroda zrodziła najbardziej skuteczny lek w jej leczeniu.

 

Reklamy

Kiedy Państwo nie refunduje szansy na życie!

 „Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany
Jeszcze wiosenne deszcze obudzą ruń zieloną
Jeszcze zimowe śmiecie na ogniskach wiosny spłoną
Jeszcze w zielone gramy, jeszcze wzrok nam się pali
Jeszcze się nam pokłonią ci, co palcem wygrażali
My możemy być w kłopocie, ale na rozpaczy dnie
Jeszcze nie, długo nie!”

W. Młynarski

Wiosna zapukała cichutko dzisiaj i to wcale nie był prima aprylis! Jakże to był cudny dzień w całej Polsce.

Ludzie czekają na wiosnę, bo ona daje ludziom nadzieję.

Wyjechaliśmy z Mężem nad jezioro, aby rozpocząć okres wiosenny, bo nie tylko pogoda nas do tego skłoniła, ale i szczytny cel dla ratowania ludzkiego życia. Motorówka była dla chętnych, którzy chcieli pomóc i pomogli – wrzucając pieniądze do puszki.

Pieprzyć politykę i polityków, kiedy dziś zobaczyłam, że za rządów PiS jeszcze nie wszyscy zwariowali.

Kiedy w mieście nagłośniono, że ktoś potrzebuje pieniędzy na bardzo drogie leczenie, a Państwo tego nie refunduje, to MY potrafiliśmy podnieść się z kanapy i poszliśmy biegać, aby w ten sposób komuś pomóc.

I udało się, gdyż w biegu uczestniczyło ponad 150 osób, a ci, którzy nie biegli z racji ograniczeń poszli na spacer i z kijkami.

Impreza zaczęła się na naszej miejskiej plaży i z minuty na minutę  zapełniała się ludźmi dobrej woli.

Ja robiłam zdjęcia, a ktoś inny upiekł ciasto, a jeszcze inny dostarczył kiełbasę na grilla po maratonie.

Byłam tak wzruszona, że ludziom wciąż się chce, że w pewnym momencie prosiłam Męża, aby mnie zawiózł do domu, gdyż łzy nie dawały mi robić zdjęć. Nie nadaję się na takie imprezy, ale mimo wszystko byłam do końca. 

Ten czas spędzony z innymi dał mi takiego kopa, że trzeba być tam z aparatem, gdzie dzieją się wielkie rzeczy.

Mam satysfakcję osobistą, że razem z Mężem w tym wydarzeniu braliśmy udział, a kawa na świeżym powietrzu smakuje wybornie.

 https://www.youtube.com/watch?v=EoY-QuGn6Ic

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mój medyczny eksperyment

Dobry wieczór. 🙂

 

Dziś chciałam się czymś podzielić z czytelnikami.

Otóż na twarzy pojawił mi się pieprzyk, jak to bywa na stare lata, że coś się pojawia to tu,  to tam.

Była to taka mała kropeczka ledwo widoczna i pewnego wieczora sobie to paznokciem drapnęłam, bo myślałam, że to tylko jakiś strupek.

Zapomniałam do tym i nic się nie działo, ale za pół roku w tym samym miejscu zaczął pojawiać mi się włókniak, który charakteryzuje się, że osadzony jest na szypułce i przy dotknięciu, to się tak trochę kiwało.

Pojawiło się i z czasem zaczęło się rozrastać i lekko swędzić. Brzydko to wyglądało i miałam iść do lekarza z tym, by się tego pozbyć, bo nie podobało mi się to.

Jednak w wypadku takich znamion na ciele zawsze jest strach, czy to czasem nie jest rakowe i chyba każdy, kto ma znamiona się obawia diagnozy, bo i ja się bałam.

Usuwają teraz takie znamiona laserowo i już się miałam rejestrować do lekarza, by to brzydkie zbadał i ewentualnie mi to usunął, bo mąż ponaglał, ale ja:

Przeczytałam w sieci ha ha. Kto się leczy w Google, to wie, że nie powinien, ale trafiłam na poradę i postanowiłam przeprowadzić na swoim, jeszcze żywym organizmie. Tam było napisane, że cudownie można się pozbyć włókniaka smarując go octem jabłkowym.

A więc do dzieła. Smarowałam przez 5 dni wacikiem, delikatnie tym octem do 5 razy dziennie i wiecie co?

Zaczęło się pięknie goić i przysychać, aż w końcu pewnego poranka znikło, bo w nocy odpadło.

Piszę o tym i nie namawiam, ale proszę potraktować to jako ciekawostkę medyczną bez użycia skalpela i lasera, choć oczywiście obserwuję to miejsce,  ale na razie jest okej. 🙂

Każdy alkoholik przestaje kiedyś pić, niektórym udaje się to jeszcze za życia

Jakże miło na nią teraz patrzeć, a było kiedyś patrzeć na nią z politowaniem i wielkim współczuciem, bo piła i to wcale nie w towarzystwie, ani okazjonalnie.

Mężatka i matka dwóch synów zaczęła pić kiedy jej dzieci chodziły jeszcze do gimnazjum, a więc wciąż potrzebowali matki. Jednak najczęściej matka była w stanie wskazującym, a więc chłopcy czując luz robili wszystko, co najgorsze.

Zaczęli wagarować notorycznie, imprezować i pojawiły się też narkotyki. Nauczyciele załamywali ręce, bo żadne argumenty nie trafiały do nich, że muszą się uczyć. Psycholog coraz częściej wzywał matkę na rozmowy, gdyż zachowanie chłopców było coraz bardziej naganne i niepokojące. Byli brutalni wobec innych i często z ich winy dochodziło w szkole do bójek, ale matka się w szkole nie zjawiała, a jeśli to była skacowana i wszyscy rozkładali ręce, bo szkoda było dzieciaków.

Przykro było na nią patrzeć, ponieważ miała własną działalność i w malutkim lokalu robiła kobiece paznokcie,a więc  finansowo zawsze coś dla siebie miała, ale często zakład był zamknięty, bo nie miała siły pracować.

Codziennie przemierzała tą samą drogę z domu do sklepu, gdzie szybkimi ruchami chowała flaszkę w torebce i czym prędzej pędziła do domu, aby się tylko znowu napić. Mąż jej wyjeżdżał służbowo na dalekie budowy i bywał w domu tylko podczas weekendu, a więc nie był w stanie jej pilnować. Robiła to jej matka – staruszka, która schorowana siedziała w jej domu i pilnowała, by córka nie miała sposobności wyjść po alkohol.

Nigdy alkoholika się nie upilnuje, bo alkoholik ma schowany alkohol w przeróżnych miejscach, a więc w pralce, w piwnicy, na klatce schodowej w licznikach i tak dalej.

Nasza bohaterka była mistrzynią w kamuflowaniu zakazanego towaru i nikt nie był w stanie wywęszyć, gdzie zdąży się napić. Jeśli brakowało pieniędzy, to zawsze ktoś jej pożyczył kasę, bo robiło się jej wszystkim żal, a była lubiana w społeczności. Była mistrzynią kłamstwa i zawsze coś wymyśliła, aby skołować kasę choćby na parę piw.

Szkoła zaczęła ją straszyć, że jeśli się za siebie nie weźmie, to dzieci pójdą do ośrodka i potem pod kuratelę rodziny zastępczej i dopiero kiedy policja zaczęła robić pierwsze kroki w celu odebrania jej dzieci – podziałało.

Nikt nie wiedział dlaczego pije i ludzie się dziwili, bo dzieci zdrowe, mąż pracowity, a ona przestała nad wszystkim panować. Nie sprzątała i nie gotowała dla dzieci. Była nerwowo trzeźwa, kiedy mąż wracał do domu, ale i ten nagle zauważył, że jego żona z niczym sobie nie radzi. Zagroził, że jeśli nie przestanie pić, to się z nią rozwiedzie i to też o dziwo – podziałało.

Nagle stanęła i pomyślała, że w jednej chwili może stracić wszystko. Poszła więc do lekarza, który wypisał jej wniosek na zamknięte leczenie i pojechała.

Nie było jej widać prawie miesiąc i ludzie szeptali, że pewnie to leczenie guzik jej da, bo alkoholik i tak zawsze wraca do pica i mało komu udaje się wyjść z nałogu. Szeptali, że z pewnością po powrocie zacznie się na nowo szopka i wybiegi, aby tylko się napić ponieważ widzieli jej wieloletnie uzależnienie.

Wróciła z tego leczenia i wyglądała bardzo dobrze, bo przybrała na wadze, a z twarzy znikł syndrom pijaństwa i się ładnie wygładziła.

Wróciła i wzięła się do roboty tak w domu jak i w pracy. Minęło parę lat, a chłopcy się pożenili i urodziły się im dzieci, a ona jest najlepszą babcią pod słońcem. Wiecznie zapędzona, gdyż to taki typ kobiety, że okna myje raz w tygodniu i zmienia firany. Biegnie na rynek, by kupić świeże warzywa, aby ugotować dobry obiad i zawsze latem na jej balkonie są ślicznie utrzymane kwiaty.

Ludzie przecierają oczy ze zdumienia, że jej się udało i zastanawiają się na tym, co jej w tym szpitalu zrobili, że wszyła na prostą i miło się na nią teraz patrzy. 🙂

Historia prawdziwa, a zostały zmienione detale jeno.

Zgadzam się, że lekarz też musi jeść śniadanie, ale…

Ja jeszcze w kwestii służby zdrowia, bo wiecie jak to jest, kiedy wyjdzie się z domu i zaczyna się obserwować świat i oczywiście zachowania ludzkie. Zaczyna nam coś dolegać, bo coś się przyplątało. Nagle zaczynamy kaszleć, katar leci z nosa, a do tego pobolewa gardło, a za tym idzie, że i gnaty i jest to sygnał, że jesteśmy chorzy i zaczynamy źle się czuć.

Pierwsza myśl, to gdzie podłapaliśmy owe choróbsko, bo może mieliśmy kontakt z chorym gdzieś w sklepie, tramwaju, czy też innym miejscu ktoś nam te bakterie przekazał. Zastanawiamy się, bo może w powietrzu są jakieś wirusy i nas też to dopadło.

Szukamy domowych sposobów, aby rozpędzić chorobę, a więc leczymy się mlekiem z miodem, jemy czosnek i popijamy syropem z cebuli, ale jeśli to leczenie nie przynosi żadnych rezultatów, to niestety, ale musimy iść do lekarza.

Siedząc w kolejce do lekarza zauważyłam, że jesteśmy wobec choroby zupełnie bezradni i skazani na wiedzę lekarzy, którzy nas osłuchają, sprawdzą stan gardła i przepiszą odpowiednie leki, których nazw i działania kompletnie nie znamy, a więc siedzimy w długich kolejkach, aby tylko uzyskać pomoc. Siedzimy cierpliwie i skazani jesteśmy na tego jednego człowieka, który uczył się po to na lekarza, aby nieść pomoc.

Młodzi w długich kolejkach grzebią w telefonach, słuchają muzyki przez słuchawki i sprawdzają Facebooka, bo to jest znak nowych czasów. Starsi siedzą spokojnie i przyglądają się towarzyszom niedoli, Czasami z sobą porozmawiają, uśmiechną się i jakoś ten czas im leci. Jednak w kolejce czekają też malutkie dzieci, które do czasu są grzeczne i siedzą na kolanach swoich rodziców. Kiedy im się nudzi, to rodzice stają na rzęsach, aby zabawić dzieciaka i czymś zająć, a zmierzam do tego, że pod gabinetem pewnej lekarki czekały trzy mamy z maluchami, około trzech lat. Jak pisałam, maluchy zaczęły się lekko nudzić, a więc popłakiwały, mazały się i nie było im w smak, że muszą tyle czekać. Nagle z gabinetu wyszła kobieta z dzieckiem, a za nią lekarka, która przyjmowała w tym gabinecie. Kluczem zamknęła gabinet i nikomu nic nie mówiąc, udała się do pokoju socjalnego, gdzie nie skłamię, ale spędziła czterdzieści minut, kiedy pod jej gabinetem ta trójka maluchów miała szczerze dość czekania.

Spojrzałam na tabliczkę, ale tam nie ma ani jednego zdania, że lekarz ma przerwę śniadaniową i szczerze współczułam tym matkom z dziećmi, które dwoiły się i troiły, aby przetrwać oczekiwanie. Kiedy ja już wychodziłam z receptą, to w poczekalni nic się nie zmieniło, a więc pomyślałam sobie, że lekarz też jeść musi, ale w tym wypadku to chyba była jeszcze dłuższa drzemka i takie traktowanie tych dzieci, tak dzieci mnie bardzo zniesmaczyło.

Narzekamy na urzędników, że są rozleniwieni i niegrzeczni, ale ja pamiętam, że na śniadanie było przeznaczone 15 minut i bardzo często jadło się je między jednym petentem, a drugim, a tu spotkałam się z wysokim lekceważeniem człowieka przez ludzi, którzy powinni z racji wykształcenia mieć wyczucie sytuacji, ale chyba się czepiam i żądam jakiegoś etycznego zachowania.

Nie wolno lekceważyć pierwszych symptomów depresji!

Jadwiga siedziała w fotelu i ukryła w trzęsących się dłoniach swoją zapłakaną twarz. Nie mogła już tego wszystkiego znieść, a wydawało się jej, że zrobiła już wszystko dla swojej jedynej córki, którą kochała nad życie. Ratuje ją wraz z lekarzami od roku i nie ma żadnych efektów.

Monika leżała od roku  w łóżku z przerwami na toaletę i wymuszone posiłki, bo na nic więcej nie miała siły. Opuściła ją życiowa energia z dnia na dzień i niczego takiego się nie spodziewała. Zawsze energiczna i pełna pomysłów na życie, usiadła po pracy pewnego dnia i wyleciało z niej powietrze. Nagle wydało się jej, że to co robi i jak żyje jest bez sensu.

Monika była zawsze ambitna. W szkole podstawowej dostawała świadectwa z czerwonym paskiem, a potem w szkole średniej nie miała sobie równych w wygrywaniu wszystkich olimpiad. Była dumą dla nauczycieli, jako wyjątkowo zdolna uczennica. Zdobyła wiele nagród i dyplomów i została przyjęta bez egzaminu na studia, które ukończyła z wyróżnieniem. Była panią architekt i ze znalezieniem pracy nie miała żadnego problemu. Od razu przyjęto ją do korporacji, w której dostała stanowisko w obrocie nieruchomościami i przystosowaniem ich do sprzedaży. Remontowała te mieszkania i urządzała, aby potem je sprzedać po intratnej cenie. Była bardzo dobra w tym, co robi i zbierała wiele pochwał od szefa, który był bardzo wymagający, ale wciąż stawiał przed nią coraz wyższą poprzeczkę, a ona starała się robić tak, aby swojego szefa zadowolić. Pracowała po dwanaście godzin dziennie, bez wytchnienia z wyrywanymi chwilami na szybką kawę i złapanie oddechu. Źle się odżywiała przez kilka lat, bo jadła w biegu i mało odpoczywała. Kiedy miała chwilę na odpoczynek, to i tak wciąż myślała o pracy i wpadła w taki stan, że przestała umieć w końcu odpoczywać.

Kilka razy miała okazję na miłość, ponieważ podobała się płci przeciwnej, ale odkładała takie uczucia na później. Może kiedyś będzie miała czas na to  – nie teraz! Musi się wyrobić i nadrobić, bo tego oczekuje od niej kierownictwo zakładu, a ona miała we krwi, aby nie zawodzić i być zawsze najlepszą.

Nadszedł ten dzień, że się nie poznawała. Doznała ogromnego uczucia pustki i osamotnienia. Nagle wchłonęła ją czarna dziura, w której zobaczyła ciemny i nieskończony tunel nie widząc w nim promienia światła. Ze strachu nie widziała jak się z tego wydostać.

Poszła na drugi dzień do pracy, do której z ledwością się przyszykowała. Nie miała siły na poranny prysznic i makijaż. Zrobiła to jakby w jej ciele była zupełnie inna istota. Jakby ktoś inny namydlał jej ciało i wkładał na nie ubrania. Była poza tymi czynnościami, wykonywanymi nie jej rękoma i nie jej świadomością swoich ruchów i czynności.

W pracy poczuła, że ręce jej drżą, serce chce wylecieć z piersi, a ludzie ją otaczający są jacyś obcy i jej nie znani. Poczuła się jak w obcym miejscu, bo to nie był jej komputer i jej pokój pracy. Przestały docierać do niej wszelkie bodźce i nie widziała kiedy zemdlała.

Znalazła się na pogotowiu i pierwsza diagnoza brzmiała – przemęczenie i stres. Dostała leki wzmacniające i jakieś proszki na uspokojenie. Lekarz kazał jej odpocząć  dwa tygodnie na nic nie robieniu. Miała odpoczywać, dużo spacerować i dobrze się odżywiać. Mówił, że powinna wyjechać gdzieś, najlepiej nad morze by złapać dobrą energię z szumiącego morza i wdychania największej dawki jodu.

Na zwolnieniu lekarskim brała lekarstwa, a proszki na uspokojenie ją tylko usypiały, a więc spała dzień i noc, pozostawiwszy całe tętniące życie za oknem, które było szczelnie zasłonięte. Nie miała ochoty wychylać nosa do dawnego świata. Bała się przebudzeń, ku zmartwieniu swojej mamy, która otaczała ją troską, ale Monika nie chciała żadnej pomocy. Odrzucała matkę i zamykała przed nią drzwi. Chciała być sama ze swoim strachem, który zawładnął ją w całości. Całe ciało było zdrętwiałe i czuła ból każdej swojej kosteczki. Przejmujący ból duszy mówił jej, że wszystko, co robiła do tej pory było bez sensu i kompletnie przestało ją interesować.

Gdzie i kim ja jestem – myślała w oszalałych myślach i miała wrażenie, że chyba zwariowała, nie mogąc poskładać myśli i ich poskromić. Miała tysiąc myśli na minutę i były tak poplątane, że już nie rozróżniała, które są racjonalne, a które ją obezwładniają. Czuła się tak źle, że nie chciała aby ktokolwiek ją odwiedzał, kiedy jej twarz skręcała się z bólu duszy, a ciało było niewładne i nie słuchało żadnych przebłysków, że tak nie można żyć!

Jadwiga szukała dla córki najlepszych lekarzy, a więc każda kolejna wizyta u psychiatry i kolejne leki, coraz nowszej generacji w nadziei, że Monika w końcu stanie na nogi. Koleje terapie i kolejne spotkania z psychologiem nie dawały pożądanych oczekiwań, a lekarze rozkładali ręce i kazali czekać, aż leki zadziałają i uwolnią Monikę od wyjątkowo paskudnej depresji.

Przyszła piękna jesień ze wszystkimi swoimi kolorami i Monika rzuciła okiem na te barwne drzewa za jej oknem. Dawno się tak nie zachwyciła. Chciała być bliżej tego widoku i zapragnęła wyjść do parku i nasycić oczy tymi barwami. Jeśli pojawił się taki impuls, jedyny od wielu miesięcy, postawiła go wykorzystać. Założyła ciemne okulary i wyszła z domu w kierunku dużego parku w środku miasta. Po drodze postanowiła w akcie odwagi kupić nową partię leków, aby odciążyć matkę.  Potem chciała jak najszybciej dotrzeć do parku. Chciała, aby nie widzieli jej ludzie, aby było ich jak najmniej na jej drodze, a więc w wielkim strachu i popłochu mijała ich i zauważyła, że się ich boi. Boi się ludzi i ją denerwują, bo z pewnością widzą, że jest chora psychicznie i się z niej śmieją. Miała wrażenie, że pukają się w głowę i kiwają głowami z politowaniem na jej widok.

W parku wzięła wszystkie lekarstwa jakie wykupiła w aptece. Nie miała siły i nie chciała już tak żyć. Usiadła na ustronnej ławce, tak aby nikt jej nie zauważył i zasnęła spokojnym snem bez bólu i cierpienia.

Ktoś wezwał karetkę, ale było już na późno!

 

Kiedy mężczyzna skopie życie kobiety!

Już była wolna. Sprawa rozwodowa kosztowała ją wiele nerwów, ponieważ wytoczył przeciw niej najcięższe działa. Mówił na kolejnych sprawach, że była niegospodarna i źle wychowywała ich dzieci. Mówił, że w łóżku była do niczego, co spowodowało, że ich pożycie seksualne można włożyć między bajki. Sypał zmyślonymi przykładami, oczerniając ją w obliczu sądu, a wszystko miał to spisane na kartkach, aby czegoś nie pominąć.

Została w sądzie zbrukana i  na każdej sprawie nie potrafiła powstrzymać łez, bo przecież byli ze sobą 25 lat, a kiedy dowiedziała się, że ją zdradza z młodszym modelem, to ona założyła mu sprawę rozwodową, wiedząc, że nigdy mu tej zdrady nie wybaczy. A teraz, wszystko obróciło się przeciwko niej, bo człowiek, z którym żyła okazał się draniem bez klasy i był gotów zmieszać ją z błotem i wykręcić jak brudną ścierkę. Tyle były warte te wszystkie zmarnowane lata, że walczył jak lew, by po rozwodzie zostawić ją ze świadomością całkowitej winy za rozpad ich małżeństwa.

Była wolna, ale nie mogła się pozbierać po tym cyrku, jaki jej zafundował. Wyprowadził się do tamtej, zabierając najwartościowsze rzeczy z ich mieszkania. Zostawił szafę, łóżko do spania i stół z krzesłami. Zabrał telewizor, pralkę, lodówkę, uważając, że robi jej niedźwiedzią przysługę, bo spać będzie miała na czym. Nie miała siły protestować!

Dzieci rozesłane po szkołach, bardzo się o nią martwiły. Dzwoniły i wspierały duchowo, ale jej było źle w tych czterech ścianach i nie miała siły, aby zacząć żyć na nowo i się pozbierać. Leżała całe dnie z wbitym wzrokiem w sufit. Leżała i nie mogła swoim umysłem ogarnąć swojego, zmarnowanego życia. Opuściły ją siły i mimo rocznego urlopu zdrowotnego nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji bez wyjścia, bo mężczyzna, któremu niegdyś ufała, wycisną z niej sok jak z cytryny. Było jej ciężko i wpadła w depresję, przestając całkowicie interesować się światem. Zastygła w tym bólu i nie odbierała żadnych telefonów – od dzieci też.

Pewnego dnia przyjechała jej córka i siłą zaprowadziła do psychiatry. Nie mogła dłużej patrzyć, jak jej matka pogrąża się w bólu i tonie emocjonalnie w swojej rozpaczy.

Lekarz zapisał leki, które miały ją uwolnić od bólu, a także w rozmowie z córką, zasugerował, że konieczna będzie psychoterapia, przynajmniej pół roczna. Napisał zlecenie o przyjęcie swojej pacjentki do ośrodka leczenia depresji i zaburzeń nerwicowych.

Brała leki i spała. Wstawała tylko, by się umyć i coś od niechcenia zjeść i tak wyglądały jej kolejne dni. Wciąż oderwana od świata, nie miała bladego pojęcia, co się na tym świecie dzieje. Nie odbierała telefonów od koleżanek z pracy, które się o nią szczerze martwiły, bo zniknęła w swojej nicości, a więc wciąż było z nią źle. Leki tylko ją otumaniały i przesypiała całe dnie, a nocą miała koszmary z przeszłego życia. Wciąż nie mogła się pogodzić z tym, jak skończyło się jej małżeństwo – co za wstyd i niesława – myślała.

Ale obudziła się pewnego poranka i powiedziała sobie, że ma dość takiego życia. Musi się podnieść i odnaleźć. Spakowała walizkę i wsiadła do autobusu, który zawiózł ją do szpitala.

Po rozmowie z lekarzem i niezbędnym wywiadzie, otrzymała pokój jednoosobowy i grafik z codziennymi zajęciami. Weszła do przyjemnego pokoju i rozpakowała rzeczy, a także zmieniła ubranie na wygodny dres. Nie wiedziała, co ją tutaj będzie czekało i była pełna obaw na nowych ludzi, których minęła na korytarzu. Siedzieli też w salonie, oglądając telewizję, a gdzieś w kącie, ktoś układał samotnie puzzle, Było cicho i spokojnie.

Na drugi dzień zaprowadzono ją na psychoterapię, która miała za zadanie wyspowiadanie się z tego, co boli. Grupa była mieszana i dość liczna. Siedzące w okręgu osoby były w jej wieku, co trochę ją uspokoiło i ciekawa była tego, dlaczego oni tu są i co ich tu przywiodło. Jakie mieli problemy –  ci ludzie w wieku 50+?

Została poproszona o złożenie przysięgi, że wszystko, co usłyszy w tym gronie, powinna zachować tylko dla siebie,a więc złożyła taką klauzulę lojalności wobec grupy i zostawiono ją w spokoju, bo na tym spotkaniu opowiadał o sobie Ryszard. 

Ryszard długo opowiadał o tym, że po śmierci swojej żony, która zmarła na raka, nie potrafi się podnieść i pogodzić z jej odejściem. Opowiadał o pustym domu i strachu przed samotnością, a więc grupa go wspierała i wywiązała się dyskusja, która ją odciągnęła myślami od swoich spraw. Poczuła się pewniej i już wiedziała na czym owa psychoterapia będzie polegała.

Jej leczenie było przewidziane na pół roku, ale czas szybko mijał, gdyż do południa odbywały się liczne zajęcia i spotkania ze specjalistami, a popołudnia spędzała przeważnie w swoim pokoju. Nie miała śmiałości wejść w jakąś grupę ludzi się znających, bo zawsze cechowała ją nieśmiałość. Jeśli wychodziła, to spacerowała sama po przyszpitalnym parku i rozmyślała o tym, co to leczenie jej da.

Przyszedł dzień, że poproszono ją na terapii, aby opowiedziała o sobie, a więc nie miała wyjścia i ze łzami w oczach opowiedziała jak posypało się jej małżeństwo. Opowiadała niechętnie, ale taki jest wymóg tego leczenia i musiała się zastosować. Nie chciała stroić fochów, że nie będzie się obcym zwierzała.

Poświęcono jej w grupie bardzo dużo czasu, a dyskusje były bardzo żarliwe, bo zahaczające o temat zdrady i klasy przy rozstaniach. Grupa dała jej dużą dawkę wsparcia i z dnia na dzień czuła się silniejsza i bardziej rozumiała siebie. Dowiedziała się, że miała prawo się załamać, ale musi się teraz otrząsnąć i żyć dalej.

Nie żałowała, że zdecydowała się na przyjazd do szpitala, choć na początku miała wrażenie, że to będzie zmarnowany czas. Terapia była jej potrzebna, bo powoli uwalniała się od złych emocji i pogodziła się z tym, że żyła tyle lat z obcym sobie człowiekiem. 

Terapia sprawiła, że otworzyła się na ludzi i kiedy jej grupa spotykała się po zajęciach, chętnie do nich dołączyła, bo czuła się z nimi dobrze i bezpiecznie. Ta grupa bardzo ją wzmocniła i uwolniła z poczucia winy.

Ryszard często siadał obok niej i chętnie razem pili poranną kawę. Jeszcze przed zajęciami, w szlafrokach wszyscy szli na stołówkę rozbić sobie poranną kawę, rozczochrani po nocy, w kapciach i nikomu to nie przeszkadzało. Oddział stał się ich drugim domem i często było gwarnie i wesoło. Dużo rozmawiali, albo ktoś siadał do pianina, a pozostali śpiewali, albo tańczyli. Grupa rosła w siłę i z dnia na dzień się scalała i wzmacniała – wolna od plotek i niesnasek.

Czuła, że powzięła bardzo dobrą decyzję, decydując się na to leczenie. Ryszard zabierał ją na spacery, które bardzo ją cieszyły, bo właśnie budziła się wiosna, a ona nie czuła się taka sama. Delikatnie szukał je dłoni, kiedy siedzieli na ławce przy rzece. Miał taki delikatny i czuły głos i bardzo lubiła go słuchać. Czuła się w jego towarzystwie bardzo bezpiecznie i jego towarzystwo sprawiało jej przyjemność.

Nastała pewna noc i kiedy oddział całkowicie zasnął, usłyszała, że ktoś wszedł do jej pokoju i delikatnie wsunął się pod jej kołdrę. Tylko pragnę cię przytulić – usłyszała szept Ryszarda. Zgodziła się i sama wtopiła się w jego oddech. Było jej tak dobrze.

Na drugi dzień została wezwana do ordynatora, który kazał jej się spakować i opuścić szpital, gdyż złamała obowiązujący regulamin, bo przyjęła mężczyznę do swojego pokoju, co jest kategorycznie zabronione. Ryszard nie otrzymał żadnego upomnienia i mógł kontynuować leczenie, ale już be z niej. 

Było jej tak przykro, bo do ordynatora nie trafiły żadne tłumaczenia, że to tylko była niewinna chęć pobycia z drugim człowiekiem i do niczego nie doszło, ale ordynator słuchać jej nie chciał.

Wróciła do domu, ale na tyle silniejsza, że ta sytuacja jej nie złamała. Nauczono ją, że musi o siebie dbać i walczyć, a tym bardziej, że znów ją posądzono za niewinność. Mąż były ją oczernił, a także szpital, a więc drugi raz jej nikt nie złamie, co to, to nie!

Nie zdążyła się jeszcze rozpakować, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Otworzyła zdziwiona, a w drzwiach stał Ryszard z bagażem i spytał, czy może dokończyć to przerwane przytulanie?

Wyjechała z Ryszardem do jego miejscowości, zostawiając za sobą złą przeszłość, z dala o złego męża i przykrych wspomnień i są już razem – bardzo szczęśliwi. 🙂

Egzorcyzmy w Polsce bardzo modne

Często zdarza się tak, że nie radzimy sobie z problemami życiowymi. Często zdarza się, że spadają na nas wielkie ilości niepowodzeń, tak w pracy, jak i w życiu osobistym, czyli wali się wszystko, jak efekt domina. Ile razy byliśmy w takim okresie życia, że stwierdziliśmy, że więcej znieść nie jesteśmy w stanie. Ja sama byłam w takiej sytuacji, że wydawało mi się, że nie zniosę więcej, że to ponad moje siły i chyba mój świat zawalił się całkowicie. Byliście kiedyś w takiej sytuacji, że wszystko zaprzysięgło się wobec Wam? Byliście kiedyś, że przeklinaliście los i sytuacje, że wydawało się  Wam, iż cierpicie i nie wiedzieć za jaką karę i pytaliście się – dlaczego ja, dlaczego mnie to spotkało? Byliście, bo każdy człowiek narażony jest na niepowodzenia, bo nie da się iść przez życie tylko po płatach róż.

Jeśli sobie nie radzimy, popadamy w odrętwienie. Kładziemy się do łóżka, bo tak jest bezpiecznie i wydaje się nam, że kiedy leżymy, problemy się same rozwiążą, ale zwykle się nie rozwiązują i powstaje błędne koło. Zasłaniamy często zasłony i nie chcemy wpuścić świata zewnętrznego do swojego bezpiecznego mieszkania, bo chcemy być sami i w samotności chcemy, a może próbujemy rozwikłać swoje problemy, co zwykle  się nie udaje.

Nie szukamy pomocy u psychiatry, bo być może zapadliśmy w stan depresyjny, nie zdając sobie z tego sprawy. Nie szukamy pomocy u psychologa, aby przerobić nasz problem, czyli nie wierzymy, że ktoś  bardziej doświadczony i wykształcony może nam pomoże wyjść ze świata matni, w którym się zasklepiliśmy i tu zmierzam do sedna, bo Polska stoi na egzorcyzmach. Nie wierzycie, to wklejam fragment felietonu, jaki znalazłam w sieci:

http://www.focus.pl/czlowiek/polska-choruje-na-egzorcyzmy-8056

egzor

„W Polsce racjonalne podejście do medycyny nadal nie jest zbytnio w cenie. W aptekach dostępne są preparaty homeopatyczne, choć dawno już wykazano, że bazują one na pseudonauce, podobnie jak wszelkiego rodzaju bioenergoterapie czy radiestezja. Gabinety „medycyny” alternatywnej dobrze prosperują w każdym większym polskim mieście. Egzorcyzmy po prostu wpisują się w ten nurt.

Dodatkowym czynnikiem jest nieufność Polaków wobec specjalistów, zwłaszcza tych od zdrowia psychicznego. Natomiast księża nadal cieszą się dość wysokim zaufaniem. W większości są oni zapewne dobrymi specjalistami od teologii i duszpasterstwa, ale w kwestii problemów psychicznych ich przeciętna wiedza nie jest większa od wiedzy ich petentów” – wskazuje Paweł Krukow, neuropsycholog z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. „Obawiam się, że renesans egzorcyzmów jest wynikiem niskiej jakości usług psychologicznych i psychiatrycznych z jednej strony, a rosnącej tolerancji na pseudonaukowe formy terapii z drugiej. Sprzyja temu dodatkowo stan prawny zawodu psychoterapeuty w Polsce. Dzisiaj może nim zostać każdy – wystarczy, że zarejestruje działalność gospodarczą. Nic dziwnego, że pacjenci szukają pomocy gdzie indziej” – dodaje dr Witkowski.

Teoretycznie egzorcyści podlegają kontroli biskupów. W praktyce, jak sami przyznają, nie prowadzą żadnych statystyk – nie potrafią powiedzieć dokładnie, ilu opętanych uwolnili od demonów, nie monitorują też długofalowych skutków swej terapii. Możliwe więc, że w wielu przypadkach blokują chorym dostęp do psychiatry lub opóźniają rozpoczęcie racjonalnego leczenia. Dr Klebaniuk twierdzi wręcz, że to jeden z objawów walki ideologicznej i ekonomicznej Kościoła. „Niedługo doczekamy się, że egzorcyści będą pobierać państwowe pensje, podobnie jak kapelani i katecheci” – mówi psycholog. Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie, bo wtedy z pewnością staniemy się światowym centrum opętań i ich pseudoleczenia”

Kochani, z tego wniosek, że boimy się profesjonalnej pomocy, bo wolimy iść do księdza egzorcysty, aby wypędził z nas demony, bo tak jest prościej i szybciej. Czy idziemy z postępem, czy się niestety cofamy?

To nie jest wpis prima aprillisowy

Dziś rano usłyszałam w programie śniadaniowym, że przyszła do nas nowa moda z Ameryki, którą zaczęli stosować polscy celebryci, a więc zamieniałam się w słuch, a potem wpadłam do sieci w poszukiwaniu wiadomości na ten temat. Chodzi o ssanie i płukanie ust olejem słonecznikowym, każdego dnia przez,na początek 15 minut. Sceptycznie podchodzę do takich niekonwencjonalnych metod leczenia i trochę pod wąsem się uśmiechnęłam, no bo jak to niby ma działać. I tak mi zeszło do południa na wgłębianiu się w temat i postanowiłam spróbować, a co mi tam.

Podczas sprzątania kuchni, z dużą dawką obaw, nalałam na dużą łyżkę tego oleju i wprowadziłam do ust. Myślałam, że będę miała odruch wymiotny, bo olej ma konsystencję tranu, tak znienawidzonego w dzieciństwie. Było okej i wytrzymałam na początek te 15 minut. Na co powinno przeprowadzić się taką kurację, a więc ludzie piszą, że to działa na:

Kurację olejową stosujemy dla poprawy samopoczucia, oczyszczenia organizmu, poprawy stanu zdrowia i na schorzenia takie jak: 
•Bóle głowy 
•Zapalenie oskrzeli 
•Bóle zębów 
•Zakrzepica żył głębokich 
•Przewlekłe choroby krwi 
•Artroza 
•Egzema 
•Choroby żołądkowe 
•Choroby jelit 
•Dolegliwości serca 
•Problemy nerkowe 
•Choroby kobiece 
•Choroby płuc 
•Dolegliwości wątrobowe 
•Choroby układu nerwowego 

A więc najbardziej rozchodzi mi się o zlikwidowanie, to za dużo powiedziane, ale o wzmocnienie mojego serca i ogólne oczyszczenie organizmu z toksyn. Mam dużo czasu, a więc pomyślałam sobie, a co mi szkodzi, skoro tak bardzo zachwalana jest to metoda, a do tego nic nie kosztująca. Podobno lekarze dentyści proponują ssanie oleju przy kłopotach z dziąsłami i ludzie piszą, że to działa, a może nawet lepiej jak te wszystkie cudowne pasty do zębów. Piszą, że pozbyli się trądzika i wszelkich łuszczyc po dłuższym stosowaniu. Naprawdę jest w sieci wiele pozytywnych opinii, jak wzmocnienie włosów i paznokci, a także spowodowanie piękniejszej cery, bez przebarwień i wyprysków. Niektórzy piszą, że ustąpiły im bóle reumatyczne, leczone latami, albo sygnalizują, że ustąpiła im alergia, lub częste i nawracające przeziębienia. Po prostu chwalą tą metodę i głęboko w nią wierzą, a nawet są od niej uzależnieni i każdego poranka, co robią na początek dnia – właśnie ssą olej przed pójściem do pracy, wykonując w tym czasie inne czynności.

Podobno najlepszy jest olej słonecznikowy z pierwszego tłoczenia, ale opinie są różne, bo piszą też o lnianym. Należy na początek ssać go przez 15 minut, po czym wypluć, koniecznie do muszli klozetowej, a następnie szybko spłukać, gdyż usunięte z jamy ustnej bakterie powinny być szybko zneutralizowane, Następnie należy wypłukać dokładnie usta wodą z sodą i na koniec umyć zęby. Ja wiem, że opis mój może wydawać się obrzydliwy, ale niestety tak to wygląda. Człowiek jest największą chemiczną fabryką i wiele się dzieje w naszych organizmach.

Na YT jest sporo filmików na ten temat i jeśli  ktoś będzie chciał więcej się dowiedzieć, to łatwo znajdzie materiały doszkalające i nie ma sensu, abym wklejała w tym wpisie skopiowane instrukcje. Po pierwszym razie, jaki ze sobą zastosowałam, poczułam niezwykłą czystość i lekkość w jamie ustnej, bardzo przyjemną, jaką nie daje najlepsza pasta do zębów, ani żaden płyn do płukania jamy ustnej.

Mam nadzieję wytrwać w tym postanowieniu, a pierwsze efekty można zauważyć już po paru dniach. Może wzmocnię  sobie włosy? Czas pokaże. Nie zachęcam, a sygnalizuję, że taka metoda się pojawiła na nowo, choć pisał o nej prof. Tombak w swoich książkach poradnikowych. Wybór należy do Ciebie i Ciebie.

Czy musimy zawsze czegoś się bać?

Nie może być zawsze pięknie i kolorowo. Wczoraj otrzymałam telefon od Siostry – Mama w szpitalu. Ciśnienie urosło do ponad 200 i karetka zabrała ją do szpitala. Nie muszę chyba pisać, co w takim momencie z człowiekiem się dzieje, bo dzieje się niezbyt ciekawie. Przy wieku mojej Mamy wszystkiego już można się spodziewać – niestety. Tym bardziej, że niedawno też zaliczyła szpital i po nim, jakby zaczęła  – trudno to pisać, ale niknąć w oczach. Zrobiła się taka malutka i krucha, choć rozum wciąż jak u nastolatki. Nie ma lekarstwa na starość, bo przy takich wiadomościach zdajemy sobie sprawę, że starzejemy się wszyscy – ja też. Sama cierpię na wiele schorzeń, choć staram się nie poddawać, ale wiem, że z roku na rok będzie coraz gorzej.

Codziennie przyrzekam sobie, że pójdę na spacer, że się dotlenię i rozruszam swoje kości, ale co ja zrobię, że nie cierpię tych spacerków bez sensu. Mąż mnie rozpieszcza i robi wszystkie zakupy, a więc nie mam jak to się mówi bodźca, a skoro jest wszystko, to co będę się wałęsała i do tego sama. Samotne spacery mnie przytłaczają i włącza mi się myślenie na wyrost, a to nie jest dobre dla mnie. Staram się odganiać od siebie takie momenty, kiedy myśli się w nadmiarze. No może z wiosną, kiedy wszystko zacznie się budzić do życia, pozwolę sobie na spacery z aparatem – nie obiecuję, ale i się nie zapieram, że nic z tego nie wyjdzie, bo wiem, że wystarczy samodyscyplina i trzeba po prostu chcieć, a więc może mi się zachce? Co ja jednak mam począć, że tak strasznie lubię swój dom i wcale się w nim nie nudzę i tak mi jest dobrze i bezpiecznie?

Po tym telefonie miałam w nocy koszmary i obudziłam się w środku nocy i nie mogłam ochłonąć. Z pewnością dołożyły mi te wiadomości ze świata i groźba wojny na Ukrainie. Martwię się, jak się to wszystko rozwinie, i w którą stronę pójdzie. Martwię się, bo życie jest takie piękne, a możni tego świata nie mogą sobie poradzić z takim jednym, co to inteligencją nie grzeszy, który to oderwał się od rzeczywistości, jak to określiła Kanclerz Merkel. Po co to światu, na co to ludzkości, aby w XXI w. dochodziło do zabijania i zastraszania się wzajemnego. Mało jest na tym świecie łez, biedy, niesprawiedliwości, aby jeszcze dokładać następnych cierpień? Martwi mnie, bo boję się o nas Polaków i boję się o moje wnuki, bo pragnę, aby nigdy nie zaznały niepokojów i nigdy się nie bały.

Eh, świat nie wierzy łzom, tak śpiewa Laskowski:

Powiedz, powiedz – jak to jest,
Że na świecie tym.
Jest tak dużo łez
Co dzień wielki deszcz.
Pada wokół nas.
Powiedz – jak to jest?
Że świat płacze cały czas?
Że świat płacze cały czas …
Ref:
Świat nie wierzy łzom.
Szkoda naszych łez.
Świat nie wierzy łzom.
Bo za dużo jest …
Na tym świecie łez.