Archiwa tagu: leczenie

Leczenie depresji w Polsce!

Jakieś 10 lat temu trafiłam na oddział leczenia nerwic i depresji – całodobowy w Międzyrzeczu – Obrzyce.
Byłam tam przez okres 3 miesięcy i z początku się buntowałam, że muszę być taka sama wśród innych chorych!
Wszędzie piszą, że psychiatria w Polsce jest nie dofinansowana i ogólnie jest to obraz nędzy i rozpaczy!
Ja trafiłam na bardzo dobrze wyposażony oddział – wyremontowany ze wszystkimi dogodnościami!
Pokoje były 2 i 4 osobowe z szafką, szafą i czystą pościelą,, a także z pralką automatyczną.
Trafiłam tam z powodu silnej depresji spowodowanej nawarstwieniem się kłopotów w moim życiu!
Było tak, że nie wstawałam z łóżka, gdyż całkowicie straciłam chęć do życia – bywa tak w depresji!
Po pewnym czasie przydzielono mnie do zajęć i na samym początku postawiono na psychoterapię, a potem muzykoterapię, rysunek, ćwiczenia na sali gimnastycznej i tak był ułożony każdy dzień, czyli aktywnie!
Bardzo długo nie czułam się tam dobrze i chciałam wracać do domu, bo cierpiałam z powodu nieumiejętności się przystosowania, ale moja rodzina się uparła, że mam przejść cały cykl!
Zawsze miałam  kłopot z nawiązywaniem więzi międzyludzkich!
Zawsze potrzebowałam dużo czasu!
Szpital i różne oddziały znajdują się w poniemieckich budynkach, do których Niemcy zwozili chorych psychicznie i tam ich pozbawiali życia poprzez zastrzyki.
Do dzisiaj jest tam cmentarz zamordowanych, chorych i to jest ta mroczna strona tego miejsca.
Po pewnym czasie i terapii zauważyłam u siebie poprawę i zaczęłam nawet to miejsce lubić!
Pomogły mi w tym trzy kobiety, z którymi się zaprzyjaźniłam i byłyśmy nierozłączne.
One były naprawdę chore – z problemami i godzinami ze sobą rozmawiałyśmy, a  te rozmowy pamiętam do dziś!
Kiedy poczułam, że jestem coś warta i, że ktoś chce być w moim towarzystwie zauważyłam ciekawe zjawisko!
Zauważyłam, że nie wszyscy pacjenci są chorzy, czy to na depresję, albo nerwicę!
Nic z tego, bo te osoby nawet nie dostawały leków, gdyż zaliczały szpital po to, aby uzyskać rentę, albo rozwód, czy też z innych – nieznanych dla mnie przyczyn!
Sfera seksualna kwitła po kątach!
Te trzy kobiety naprawdę cierpiały, bo Maria z powodu zdrady męża, z którą nie mogła się pogodzić!
Honorata – strasznie mądra dziewczyna szukała w sobie odpowiedzi – czy jest na tyle dobra, aby rodzice ją pokochali!
Trzecia, to Teresa, którą mąż lał codziennie i ubliżał, a ona nie potrafiła od niego odejść!
Kiedy w końcu ja uwierzyłam, że jestem czegoś warta, to sobie policzyłam, że na oddziale liczącym 50 osób – 80%, to wielka ściema!
Osoby te czuły się bardziej na wczasach, czy też w sanatorium!
Tak działa w Polsce leczenie psychiatryczne, bo często tylko dla papierka, ale najważniejsze jest to, że ja po tych 3 miesiącach powstałam jak Feniks z popiołów, a reszta jest nieważna!
Pamiętam sytuację kiedy oddałam psychologowi swój rysunek do oceny, który  rzekł – w końcu widzę w twoich oczach blask!
Ozdrowiałam, ale wciąż jestem podatna na stany depresyjne i wiem, że jeśli ktoś mnie zrani, to przejdę wszystko od nowa!
IB Systems

Nie znasz historii życia kogoś, to milcz!

Znalezione obrazy dla zapytania: dzień depresji 23 luty

Weź się w garść. Zrób coś ze swoim życiem.

Jesteś silny/a tylko ci się nie chce.

Wszyscy ludzie cierpią, nie jesteś jedyny/a. Takie słowa są najczęściej kierowane do tego kogoś, kto nagle traci chęć do życia.

Nie wiedzieć kiedy, zapada się w siebie i nic go już nie cieszy.

Nagle pochyla się i garbi, a przedmioty lecą mu z bezradności i braku siły na podłogę.

Wyraz twarzy się zmienia i widać na nim ogromny smutek, bez cienia jakichkolwiek oznak chęci do życia.

Myśli się plączą i nagle chory na depresję zatraca się w swoim smutku i beznadziejności.

Nie umie wytłumaczyć otoczeniu, co mu dolega, a tylko sygnalizuje, że nie ma chęci dalej żyć i wszystko straciło dla niego sens.

Najczęściej ucieka w sen, albo też cierpi na wielkie pokłady bezsenności.

Często pojawia się nadmierne obżarstwo, albo kategoryczne odmawianie posiłków.

Jest wiele odmian depresji i zdiagnozować tę właściwą, to dla lekarza jest wielką sztuką, jeśli w ogóle pacjent zdecyduje się na takie leczenie.

Wciąż w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że pojawienie się przed gabinetem psychiatrycznym, to jak wydanie na siebie wyroku – jestem chory psychicznie i za chwilę wszyscy będą o tym gadać.

Będę skreślony/a i nie nigdzie nie dostanę pracy, albo wszyscy się ode mnie odsuną.

Zostanę sam/a.

Jak pomóc osobie chorej na chorobę duszy? Jak poprowadzić i wyciągnąć rękę ku drodze uzdrowienia , bo sam/a sobie nie pomoże.

Jakie uruchomić mechanizmy, gdzie skierować, aby zajęli się nim, nią specjaliści i wyciągnąć z tego czarnego dołka.

Najczęściej namawiamy do wizyty u dobrego psychiatry.

W dobie Internetu, wpadamy więc do sieci i szukamy najlepszych lekarzy w naszym rejonie – chcemy pomóc, bo zależy nam na nim, niej.

Na naszym dziecku, mężu, żonie, czyli na  naszym bliskim.

Jesteśmy zdrowi, silni i robimy wszystko, aby pokierować tak chorym, aby do nas wrócił.

Jeśli uda nam się namówić chorego do wizyty u lekarza, najczęściej po wstępnym wywiadzie, otrzymuje chory receptę na leki, czyli tzw. antydepresanty. 

Jest nadzieja, że leki te od razu sprawią, że chory poczuje się lepiej i złapie pierwszy oddech od wielu miesięcy i zacznie patrzeć optymistycznie na świat.

Jednak często tak bywa, że lekarz z lekiem nie trafi i chory zamiast czuć się lepiej, wpada jeszcze w większy dół.

Druga i kolejna wizyta, a efektów brak i wówczas lekarz rozkłada ręce i wypisuje skierowanie do szpitala.

Jeśli u chorego pojawiają się myśli samobójcze, tym szybciej należy umieścić chorego w placówce zamkniętej, na obserwacji.

I tu zaczyna się dramat.

Widziałam różne szpitale w swoim życiu.

Wielkie sale, zastawione kilkoma łóżkami i przy nich malutka szafeczka.

Nikt nie oddziela  ludzi bardzo chorych, niewyleczalne, ciężkie przypadki, od ludzi z nadzieją na wyleczenie.

Pierwszy wywiad, zrobiony na szybko i wpisanie leków do karty i tyle.

Nagle słyszy się na korytarzu szpitalnym, wycie, przeklinanie i wiązanie w pasy.

Nagle chory narażony jest na niewyobrażalny stres sytuacyjny.

Nie może się odnaleźć, bo nie ma w tym miejscu cichego zakątka, gdzie mógłby się odizolować.

Nie obchodzi to żadną pielęgniarkę i nikt nie uchroni go od tego dodatkowego przeżywania.

Takie leczenie nie ma sensu i chory prosi rodzinę, aby go jak najszybciej zabrano do domu, bo dłużej tego nie wytrzyma.

Widziałam też szpital, gdzie jedyną rozrywką dla chorego jest palarnia i mocna kawa.

Gdzie spotykają się ludzie, aby opowiedzieć sobie jak spędzili noc.

Czy leki działają, czy też powodują większe rozdrażnienie.

Spotykają się w tej palarni, aby pogadać, pomilczeć, popłakać.

Nikt z personelu tam nie zagląda i nikt nie wspomina o tym, że w szpitalu palić nie wolno.

Nikt nie jest w stanie zlikwidować palarni w szpitalach psychiatrycznych, gdyż palarnia działa jak pokój psychoterapeutyczny.

Widziałam jeszcze jeden szpital, chyba zbliżony najbardziej do cywilizowanych warunków.

Pokoje ładnie udekorowane. Każdy ma swój kawałek podłogi.

Nie ma w nim przypadków skrajnych.

Nikt nie wrzeszczy i nikogo nie zakuwa się w pasy.

Chorzy są pod ciągłą opieką lekarza i psychologa.

Ułożony grafik zajęć, sprzyja samodyscyplinie. Powstają grupy wsparcia.

Chorzy uczęszczają na zajęcia z muzyką, tańcem, a także muszą ćwiczyć na sali sportowej.

Psychoterapia w kółku, powoduje większe otwarcie się na problemy innych ludzi, co wywołuje różne emocje, zmuszając chorego do współodczuwania, dyskusji i uwierzenia w siebie.

Długie spacery po parku, rozmowy z zaprzyjaźnioną grupą i taki szpital z takim programem kieruje chorego na drogę ku uzdrowieniu.

Widziałam ludzi po takiej kuracji, że na twarzach chorych pojawiała się chęć do życia.

Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że są w Polsce jeszcze i dobrze się mają, szpitale skostniałe, niczym z filmu CK Dezerterzy, gdzie chorego na depresję podciąga się pod chorobę psychiczną, najcięższego gatunku.

Powinno się to zmieniać i powinno się o tym mówić bardzo głośno!

W Polsce na depresję choruje już ponad milion ludzi, kiedy chorzy wpadają w taki stan, że nie chce się im myć, czesać, malować.

Jest to tendencja wzrostowa i bije się już na alarm.

Nie chce się  ładnie wyglądać i sprzątać, bo nic się nie chce, a najbardziej chce się umrzeć i skończyć tę wegetację.

Moja pani doktor wysłała mnie do tego dobrego szpitala, całodobowego z psychoterapią i dopiero tam małymi kroczkami otrzeźwiałam i zrozumiałam, że jestem czegoś tam warta i nie odstaję niczym od ludzi zdrowych.

To było moje koło ratunkowe, z którego na siłę skorzystałam, ale wyzdrowienie nie jest dane na zawsze, bo to dziadostwo czai się znienacka i lubi ponownie za atakować!

Jednak nie wszyscy chcą się leczyć i i tkwią latami w bólu i cierpieniu i tu zapłaczę nad losem, kiedyś pięknej Elżbiety Dmoch, która śpiewała „Windą do nieba”, aż nagle odcięła się od świata po przeżyciach i odtrąca wszelką pomoc.

Depresja, zaraz po raku jest najbardziej, okropną chorobą, ale rządzący nie chcą przeznaczyć 2 miliardów na onkologię, albo na poprawę leczenia psychiatrycznego dla dzieci i dorosłych, bo potrzebują tych pieniędzy na kampanię prezydencką pod przykrywką  dotacji na swoją kłamliwą telewizję!

Tymczasem szpitale psychiatryczne są wciąż z czasów PRL-u, bo są nie dofinansowane i brakuje personelu!

Chorzy „leczeni” są w starych budynkach i leżą na odrapanych łóżkach i nikt nie pilnuje, że młodzi ludzie mają przy sobie ostre narzędzia i się tną!

A teraz mam apel do rodziców, aby zwracali uwagę na zachowanie swoich dzieci, gdyż dzieje się tak, że na depresję zapadają najmłodsi i to nie zawsze jest złe zachowanie nastolatka,a bunt, który może się zmienić w chorobę depresyjną!

Cd. niżej!

Bolesne rozstanie

Po dawnej sławie nie zostało nic. Elżbieta Dmoch na nowych zdjęciach nie przypomina zjawiskowej gwiazdy sprzed lat.

Wybrała życie w samotności

„Już mi niosą suknię z welonem, już Cyganie czekają z muzyką” – śpiewa Elżbieta Dmoch w słynnym utworze „Windą do nieba”. Piosenka o wielkim smutku i nieszczęśliwej miłości stała się paradoksalnie hitem każdego wesela. Dmoch nie mogła wiedzieć, że słowa tego utworu staną się dla niej prorocze.

Do sieci trafiły zdjęcia paparazzi, na których widać Elżbietę Dmoch. To pierwsze zdjęcia, odkąd pojawiła się wiadomość o tym, że zdecydowała się na życie w samotności. Nic dziwnego, że wywołują sensację. Elżbietę Dmoch wielu z nas pamięta jako piękną kobietę, która pięła się po szczeblach kariery. Już dawno wybrała dla siebie inną drogę. Z daleka od luksusów, sławy, mediów i zainteresowania dawnych fanów.

Dmoch sfotografowano podczas zakupów w osiedlowym sklepie spożywczym. Gumowe klapki, przetarte rajstopy, wyciągnięte spodnie i krótki T-shirt, który odsłaniał brzuch. Na pierwszy rzut oka wygląda na zaniedbaną kobietę, która dawno przestała przejmować się swoim wyglądem. Potargane, niechlujnie ułożone włosy dopełniają obrazek nieszczęścia. Ale osoby, które ją widziały, zwracają uwagę na zupełnie co innego. – Poszła do sklepiku mieszczącego się przy jej bloku. Wyglądała bardzo dobrze. Była w czystych ciuchach, a na jej twarzy pojawiał się uśmiech. Pani Elżbieta zrobiła zakupy i widać było, że polepszyło się jej materialnie – mówi w rozmowie z „Super Expressem” jeden z klientów sklepu.

Kilkanaście lat temu Elżbieta Dmoch przeszła załamanie nerwowe, wpadła w głęboką depresję. Przestała pracować, występować na scenie, żyła jedynie z oszczędności. Maria Szabłowska, znana dziennikarka telewizyjna i radiowa, mówiła w wywiadach, że Dmoch przestała płacić składki na ZUS. Nie przyjmowała też pieniędzy, które zbierali dla niej przyjaciele. Mieszkała sama w niewielkim mieszkaniu, które w końcu musiała opuścić ze względu na to, że nie płaciła czynszu. W 2005 roku jej losem zainteresowali się dziennikarze Uwagi TVN.

Dmoch nie zgodziła się porozmawiać wtedy z dziennikarzami Uwagi. Od lat konsekwentnie unika mediów. Dziennikarze poinformowali, że mieszka w fatalnych warunkach w maleńkim domu na wsi. Odizolowała się od świata, nie chce nikogo widywać, odmawia pomocy lekarzy i pracowników opieki społecznej. – Dziwi się, czemu zakłócamy jej spokój. Pyta, czy zrobiła coś złego, skoro do niej przychodzimy. Czy mamy jej pomagać na siłę, czy zostawić samej sobie, jeśli wybrała taki sposób życia? – mówiła Elżbieta Klimkowska z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Tarczynie. Dmoch wielokrotnie oferowano pomoc finansową. Ze wszystkich pieniędzy rezygnowała. Utrzymuje się tylko i wyłącznie z tantiem wypłacanych przez Stowarzyszenie Artystów i Wykonawców Utworów Muzycznych. – Bardzo skrupulatnie sprawdza, czy są to tantiemy, które jej się należą, a nie pomoc, której się jej udziela. Doszła do wniosku, że niczego więcej nie chce od świata i nie chce, by świat czegoś od niej chciał – mówił z kolei Jacek Skubikowski, prezes Stowarzyszenia.

Był koniec lat 60., gdy Elżbieta Dmoch zaczęła współpracować z Januszem Krukiem. W 1971 roku na rynku muzycznych pojawiło się ich wspólnego dziecko – zespół 2 plus 1. Królowali na polskich estradach i to dosłownie. Elżbieta miała wtedy 17 lat, Janusz 22. Oboje byli po przejściach. Ich duet podbił serce Polaków w zawrotnym tempie. Przeboje, koncerty, wielka sława. – Sami ledwo to wytrzymywaliśmy, a ona robiła dwa razy więcej – wspomina Cezary Szlęzak, były współpracownik Dmoch, przyjaciel artystki w rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim”. – W Niemczech mieliśmy własne półki w sklepach muzycznych. W Japonii byliśmy na listach przebojów. Zagraniczni menadżerowie dobijali się bez przerwy. Jak jej zrobili sesję zdjęciową, to na sześćset fotografii – dodaje. Wspomina, że 2 plus 1 mieli już zamówiony koncert w Iraku, ale wojna przekreśliła występ artystów.

To ona zaśpiewała „Windą do nieba”, „Choć pomaluj mój świat” czy „Czerwone słoneczko”. W 1974 roku Elżbieta otrzymała tytuł Miss Obiektywu. Drugi raz ten tytuł przyznano jej w 1976 roku na Festiwalu w Opolu. Była zjawiskowa, hipnotyzująca, naturalnie piękna i ludzie to doceniali. W 1979 roku Dmoch otrzymała jedno z najbardziej wyjątkowych odznaczeń – Srebrny Krzyż Zasług. Była na szczycie. Stała się legendą PRL-u. Mówiło się, że ona i Janusz Kruk tworzą najpiękniejszą parę wśród polskich artystów. Pobrali się jeszcze w 1973 roku. On miał już wcześniej żonę i dziecko. Dla Elżbiety postanowił zostawić rodzinę. Ale ich szczęście nie trwało długo.

 

Jak wspomina Szabłowska w jednym z wywiadów: „Janusz był rozrywkowym facetem. Drzwi się nie zamykały, przyjaciele do nich lgnęli”. Kruk w końcu postanowił opuścić piosenkarkę dla innej kobiety. To była druga połowa lat 80. Rozwiedli się dokładnie w 1989 roku. Podobno pozostali w przyjacielskich stosunkach, ale w mediach krążyły liczne plotki o kolejnych romansach Kruka. Elżbieta wierzyła jednak, że kiedyś do siebie wrócą. Janusz był jej największą miłością. W 1992 roku mężczyzna zmarł na zawał serca. Wtedy wokalistka przeżyła załamanie nerwowe i wycofała się z życia publicznego. Zaszyła się na wsi i rzadko dopuszczała do siebie ludzi. Wróciła na scenę tylko raz – w 1998 roku. Publiczność przyjęła ją owacjami na stojąco. – Ela była tak zachwycona, że byliśmy pewni, iż ją odzyskaliśmy. Niestety, choroba znów dała o sobie znać – mówiła Szabłowska w rozmowie z „Na żywo”.

https://gwiazdy.wp.pl/po-dawnej-slawie-nie-zostalo-nic-elzbieta-dmoch-na-nowych-zdjeciach-nie-przypomina-zjawiskowej-gwiazdy-sprzed-lat-6299155448477313g/3

 

Nie przypomina dawnej siebie

Zalegalizować marihuanę w Polsce!

Gdzieś przeczytałam, że w hotelu dla polityków wieczorami unosi się zapach palonej marihuany.
Politycy PiS  po stresującym dniu pełnych kłamstw,  uspokajają się widocznie w ten sposób, albo piją alkohol.
Politycy mają wejścia do tego świata i im jest łatwo załatwić sobie jointa i go zarajać .
Zwykły obywatel w naszym kraju ma utrudniony dostęp  i jeśli zdobędzie, to jest to karalne.
Ja uważam, że marihuana lecznicza powinna być w Polsce dostępna, bo może nawet na receptę, aby nie zadzierać z prawem.
W Polsce dostępny jest alkohol i papierosy przez 24 h, a magiczna roślina zabroniona pod rygorem więzienia.
Przeczytałam świadectwo jednej sędzi, która z powodu bardzo stresującej pracy wysiadła psychicznie i takich ludzi w Polsce jest miliony.
On wie, że do końca swoich dni skazana jest na leki uspokajające!
Ludzie faszerują się chemią, bo tak im przepisują lekarze psychiatrzy zamiast leczyć ich najbardziej skuteczną rośliną na świecie jaką jest właśnie marihuana.
Sama zmagam się z depresją pomieszaną z nerwicą i wolałabym zażyć medyczną marihuanę, a nie prochy zwane antydepresantami.
W swoim życiu przeżyłam tak dużo, że się  dziwię, iż jeszcze żyję!
Po dłuższej przerwie dopadła mnie zmora z dnia na dzień, a bliżej w rocznicę śmierci mojej Mamy!
Nie poszłam do lekarza, bo nie mam na to siły i nie chcę lekarzowi się spowiadać, bo opowieść byłaby bardzo długa!
Dziś też przeczytałam świadectwo ojca, który pali „marychę”, która pomaga mu być spokojniejszym ojcem i cierpliwym i uważa, że dzięki temu jest lepszym ojcem.
Koncerny produkują różne leki i na tym zbijają ogromne pieniądze, a lekarze koncernom w tym pomagają!
Po co to tak działa, kiedy w Polsce ludzie chorują na nerwicę i depresję w miliony i gdyby marihuana była legalna, to po prostu budżet dostałby ogromny zastrzyk, a chorzy ulgę!
Dlaczego nie pozwala się sprzedaży leczniczej marihuany dla dzieci cierpiącym na padaczkę, albo ludziom cierpiącym na stwardnienie rozsiane, a także ludziom chorującym na raka i tym, którzy zmagają się z rakiem mózgu!
To jest zła polityka w tym katolickim kraju, kiedy zabrania się pomocy potrzebującym!
Kiedy moja Mama cierpiała, to zastanawiałam się dlaczego nie mam prawa marihuaną jej ulżyć w cierpieniu, bo zabraniają tego politycy, którzy regularnie się wspomagają?
Jakże wiele krajów zalegalizowało „Maryśkę, a my tu w Polsce odbijamy się od muru!
Na rynku w Polsce dostępny jest i legalny olej CBD, który prawdopodobnie pomaga przeżyć kolejny dzień potrzebującym, bo czytamy:
Czy olej CBD pomaga na nerwicę?

Czy olej CBD pomaga na nerwicę?

Szacuje się, że na różne odmiany nerwicy cierpi nawet osiem milionów Polaków. Tak wielka liczba osób, czyni nerwicę najpowszechniej występującym zaburzeniem na tle psychicznym. Psychoterapia jest w przypadku nerwicy długotrwała i wymaga cierpliwości oraz konsekwencji w działaniu. Okazuje się, że w czasie trwania zaburzeń można sobie pomagać olejem CBD, który łagodzi i wycisza pewne, towarzyszące nerwicy objawy.

Chroniczny stres, napięcie i nieustanne wewnętrzne konflikty związane z niemożnością pogodzenia ze sobą sprzecznych poleceń w pracy, niewykonalnością codziennych zadań (brak czasu!), kłopoty rodzinne, zamartwianie się o bliskich, niedostatek pieniędzy, nadmierny szum informacyjny – stała ekspozycja na te i inne stresory skutkuje społeczną epidemią zaburzeń o charakterze nerwicowym i lękowym.

W efekcie zaczynamy cierpieć na bóle różnych narządów, od głowy i kręgosłupa, aż po serce i kończyny. Pojawia się nadmierna senność, problemy z koncentracją i zapamiętywaniem informacji oraz nieuzasadnione lęki. Z czasem mogą one stać się tak głębokie, że uniemożliwiają normalne funkcjonowanie, a nawet wychodzenie z domu.

Olej CBD stosowany na nerwicę

Leczenie zaburzeń nerwicowych wymaga udania się po pomoc do psychoterapeuty i psychiatry, który pomoże zdiagnozować przyczynę problemu, ustali, czy jest ona wyłącznie zewnętrzna (czynniki stresowe), czy też przypadkiem chorobie nie sprzyja dodatkowo któraś z cech osobowości pacjenta.

I tu powoli dochodzimy do roli, jaką w terapii nerwicy odegrać mogą kannabinoidy oraz – szczególnie – olej konopny CBD. Jedną z charakterystycznych cech nerwicy jest tzw. sprzężenie zwrotne. Towarzyszący zaburzeniom o charakterze nerwicowym lęk nasila objawy somatyczne, te z kolei potęgują lęk i w efekcie chory traci zdolność do jakiejkolwiek samodzielnej aktywności.

Tymczasem pozyskiwany z konopi siewnych kannabidiol (CBD) który w przeciwieństwie do THC nie wykazuje działania psychoaktywnego, zdolny jest łagodzić wiele towarzyszących nerwicy objawów. W badaniach na szczurach udało się potwierdzić osłabienie somatycznej reakcji na lęki. Skuteczność CBD jako substancji przeciw lękowej udowodniono zresztą w całym szeregu badań przedklinicznych.

Czy olej CBD pomaga na nerwicę?

Badania nad olejem z konopi a nerwicą

Do jednego z badań prowadzonych w Brazylii zaproszono np. pacjentów cierpiących na lęk społeczny. Podzielono ich na dwie grupy – jednej z grup podawano kannabidiol, druga otrzymywała placebo. W ramach badania dowiedziono, iż olej CBD stosowany na nerwicę, redukuje uczucie niepokoju. Dodatkowo wpływa na faktyczne zmniejszenie lęku i obawy przed kontaktami z ludźmi u osób z zdiagnozowanym lękiem społecznym.

Jeśli chodzi o wspomaganie terapii zaburzeń nerwicowych (lękowych), wpływ oleju CBD jest nie do przecenienia. Także jeśli chodzi o inne, poza lękowe objawy zaburzenia. Olej CBD wykazuje działanie rozluźniające i wspomagające zasypianie, sprzyja także poprawie jakości snu.

Zmniejszenie objawów psychosomatycznych po podaniu oleju CBD

Zregenerowany układ nerwowy będzie sobie lepiej radził zarówno ze stresorami pojawiającymi się w życiu codziennym. Ale także z nawracającymi symptomami nerwicy. Do takich symptomów można zaliczyć bóle o charakterze psychosomatycznym, kołatania serca, czy problemy z koncentracją i lęk. Dowiedź się, więcej na temat dawkowania oleju CBD w nerwicy.

Na koniec podkreślić należy, że badania nad dobroczynnym wpływem oleju CBD na osoby dotknięte nerwicami wciąż trwają. Ponieważ jednak nie tylko naukowcy, lecz także lekarze-praktycy dostrzegają potencjalną wartość kannabidiolu jako leku wspomagającego terapie zaburzeń lękowych, wkrótce spodziewać należy się pierwszych leków aptecznych zawierających CBD. Na razie na uspokojenie polecamy olej CBD!

Czy olej CBD pomaga na nerwicę?

 

Chora służba zdrowia w Polsce

Dość już dawno posłanka PO – śliczna Joanna Mucha wydaliła z siebie, że seniorzy chodzą do lekarzy i siedzą w kolejkach, bo im się bardzo nudzi.

Obraziła mnie w tym momencie, bo jestem tego zaprzeczeniem.

Idę do lekarza tylko wówczas, gdy mi coś poważnie dolega, a swoje leki załatwiam telefonicznie i nie muszę siedzieć w poczekalnich.

Ale i z tym czasami bywa kłopot!

Wczoraj policzyłam moje leki i stwierdziłam, że na weekend mi zabraknie, a więc z wielką tremą, jak zawsze, dzwonię do rodzinnej.

Piszę z wielką tremą, bo mam głupi charakter i uważam, że zawracam komuś głowę i nie chcę być natrętna, a więc jest to dla mnie zawsze wielki stres.

Ja stara kobita mam obiekcje, że dzwonię do lekarza i mu się narzucam, a przecież taka jest lekarzy praca!

Dzwonię więc cała w stresie, a tu rodzinna odrzuca moje połączenie.

Pomyślałam sobie, że może jest zajęta i dzwonię drugi raz po godzinie.

Ponownie moje połączenie odrzuciła.

Wnerwiona dzwonię do rejestracji i czekam dość długo na odebranie mojego telefonu.

No w końcu rejestratorka odebrała, a ja grzecznie pytam, czy jest moja rodzinna w pracy i usłyszałam, że jest na urlopie!

Pytam więc, co ja mam zrobić, aby wypisano mi receptę i słyszę w słuchawce – nie wiem!

Konsternacja chwilowa i usłyszałam – no dobrze, to niech pani podaje te swoje leki!

Podałam, ale sobie pomyślałam, czy tak trudno rodzinnej byłoby nagrać  informację  w telefonie, że właśnie przebywa na urlopie?

Może warto w sieci założyć informację, że lekarz od – do przebywa na urlopie, a nie żeby pacjent musiał się domyślać.

Co w takich sytuacjach mają zrobić starzy ludzie, którzy nie są w stanie iść samodzielnie do lekarza i nie mają bliskich do pomocy?

Nie lubię naszej służby zdrowie, bo kiedy tylko się z nią zetknę, to czuję się jak intruz, że zawracam komuś głowę i jestem kłopotem.

W dobie komputerów, telefonów komórkowych tak trudno służbie zdrowia jest obsłużyć pacjenta i naraża się go na stres.

Ja wiem, że oni marnie zarabiają i w rejestracji te panie niechętnie robią robotę za lekarzy, będąc wciąż nadąsane, bo są zmęczone, ale są granice, że w końcu ten pacjent potrzebuje ludzkiego traktowania, a nie chce być popychadłem.

Mój kolega „D” tak napisał o służbie zdrowia w Polsce!

Jest coraz gorzej i od czterech lat służba zdrowia chyli się ku upadkowi!

„Służba zdrowia w stanie przedzawałowym.

Polska ma jeden z najniższych odsetków PKB wydawanych na opiekę zdrowotną.
W kontekście postępującego starzenia się społeczeństwa nie wróży to nic dobrego. :dobani:
Obrazek
Szpitale odsyłają ciężko chorych pacjentów, bo ich leczenie się nie opłaca. :bezradny:
W dużym szpitalu miejskim w Pruszkowie k/Warszawy – właśnie ODESZLI Z PRACY NARAZ WSZYSCY LEKARZE Oddziału Wewnętrznego.. :boisie:
Obrazek
W szpitalach coraz częściej opiekują się chorymi starsze panie pielęgniarki, bo średnia wieku pielęgniarek z braku napływu nowych – od kilku lat systematycznie wzrasta a weteranek ochrony zdrowia nie ma kto zastąpić.
W przyszłym roku prawie połowa pracujących pielęgniarek osiągnie wiek emerytalny. :szok:
Już dziś co trzecia z nich ma skończone 60 lat.

Jeszcze gorzej wyglądamy pod względem liczby lekarzy – co czwarty lekarz jest dziś w wieku emerytalnym, a 11 proc. ma powyżej 71 lat.
W Unii Europejskiej zajmujemy ostatnie miejsce ze współczynnikiem 2,4 lekarza na 1000 mieszkańców.

Młodzi wyjeżdżają albo zmieniają zawód. :smutny:
Obrazek
Kiedy lekarze i pielęgniarki przejdą na zasłużone emerytury – TO BĘDZIE ZAPAŚĆ SŁUŻBY ZDROWIA!!

Rządzący Polską PiS – ma to głęboko w dupie, bo oni mają KLINIKĘ RZĄDOWĄ i najlepszych specjalistów.. :VV:
Pielęgniarki i lekarze to nie jest ktoś – kto da im miliony głosów, a napalonej na „prezenty Prezesa” tłuszczy rzuci się jakieś ochłapy przed wyborami i biegusiem polecą głosować na PiS.. :zabawa:

Jakbym się umiał modlić – to bym się modlił przede wszystkim O ZDROWIE!! :poklon:
A WY?” :wariat:

Zalegalizować Marihuanę!

Znalezione obrazy dla zapytania marycha

W swoim, dość długim już życiu zapadłam na depresję nie jeden raz.

Kto nie chorował na tą groźną chorobę, ten nie zrozumie, co się dzieje z takim człowiekiem.

Jest takie powiedzenie, że, co to jest szczęście, a odpowiedź jest taka – dobrze dobrane leki w tej chorobie.

Człowiek w depresji ma wszystko w sobie chore, bo całe ciało jego jest chore i głowa zaprzątnięta myślami sto pięćdziesiąt na minutę i szuka rozwiązania jak wyjść z tego marazmu i niemocy, a często jest to myśl o samobójstwie.

Kiedy się wpada w taki stan, to automatycznie sypie się całe życie.

Nie chce się wstać do pracy i nie chce się jeść, a także nie chce się myć, oraz wiele się nie chce!

Najchętniej przeleżało by się w łóżku i z nikim nie rozmawiało mając w głowie – niech się wszyscy odczepią.

Depresja, to nie jest znak naszych czasów, bo była zawsze, ale dopiero w naszych czasach lekarze potrafią ją diagnozować.

Chorowałam wiele razy i raz mocniej, a raz lżej, ale moja dusza cierpiała okropnie, kiedy w moim życiu wydarzyło się wiele zła, na które wcale sobie nie zasłużyłam.

Chorowałam, bo chorują wrażliwcy, którzy nie godzą się na takie, czy inne traktowanie i wydaje mi się, że ludzie przebojowi nie mają takich stanów, bo potrafią odpowiednio walczyć o swoje.

Miałam poczucie niższej wartości i zawsze czułam się gorsza od innych – mniej wartościowa i interesująca i tak zaczęłam unikać ludzi – nawet swojej rodziny sprawiając Jej ból.

Lekarze nie potrafili dobrać dla mnie odpowiedniego leku i w końcu trafiłam na psychoterapię trzymiesięczną i dopiero tam się pozbierałam i uwierzyłam w siebie, że jeśli tylko chcę, to mogę wszystko.

Zauważyłam tam, że jestem lubiana i wielu do mnie lgnęło i tym sposobem uwierzyłam, że nie jestem dziwadłem, a interesującą jednostką.

Mieliśmy tam przeróżne zajęcia jak rysunek, muzyka, ćwiczenia gimnastyczne itp.

To mi dało siłę i tak udaje mi się trwać już wiele lat w dość dobrej kondycji psychicznej i niczym się nie różnię od ludzi zdrowych i wolnych od depresji.

Jednak tamtego okresu nijak nie da się zapomnieć i zawsze w tyle głowy mam, aby siebie chronić, bo jestem podatna i depresję i mam w genach.

Dość jednak tego wspominania, a napiszę, że swego czasu obejrzałam świetny, polski film pt. „Moje córki krowy” i w tym filmie nagle córki i ojciec ich zapalili dżointa i śmiali się do rozpuku mimo, że sytuacja w rodzinie była skomplikowana.

Poprosiłam kogoś, aby mi ten specyfik załatwił i tak się stało, że jedyny raz w życiu z Mężem to zapaliliśmy – tak dla ciekawości.

Może nie wpadliśmy w szaleńczy śmiech, ale trochę prychaliśmy i było to zaraz przed snem.

Powiem Wam, że po tym incydencie spałam jak młody bóg – spokojnym, niemowlęcym snem i obudziłam się w błogostanie i byłam szczęśliwa i rozluźniona, gotowa na przyjęcie nowego dnia.

Dlatego uważam po swoim doświadczeniu, że „Marycha” powinna być wykorzystywana mądrze w leczeniu depresji, a ludzie nie powinni być faszerowani chemią, która szkodzi i nie zawsze pomaga.

Do światowej depresji dołączyła nowa odmiana, a nazywa się Hikikmmori, a polega na tym, że ludzie nie wychodzą latami do społeczeństwa – izolując się.

Ola nie wychodzi z pokoju odkąd skończyła 21 lat. Czyli rok i siedem miesięcy. Z łazienki korzysta, kiedy zyska pewność, że nikogo nie ma w domu. Zazwyczaj je to, co mama zostawia jej pod drzwiami. W zasadzie można uznać, że Ola nie istnieje. Jest jak japońscy Hikikomori. Zamknięta przed światem.

Marek przez 26 lat podłej egzystencji przeżył wystarczająco dużo poniżeń, by usprawiedliwić swoje pustelnictwo. Od Oli różni go względna otwartość. Po kilku latach samotności powoli otwiera się na ludzi. Okna w jego pokoju są zasłonięte. W szybach wiszą brązowe koce, jakby właściciel tego pomieszczenia walczył o swoją prywatność. Jest duszno, powietrze gęstnieje od dymu z papierosów. Ich zapachem przeszły ubrania, tapety i ciężkie zasłony.

– Mam tu wszystko, czego potrzebuję – mówi. – Zrezygnowałem z życia typu „open air”, bo wystarczająco mnie pokarało. Nie żałuję.

Od dwóch lat ani razu nie wyszedł na zewnątrz. Traktuje to jako osobisty sukces. Przestał bać się poranków. Długo zajęło mu zrozumienie, że rzeczywistość za drzwiami mieszkania po prostu go przerasta. Tylko tu czuje się bezpiecznie.

We wczesnym dzieciństwie ma problem z komunikacją, nie potrafi bawić się z rówieśnikami. W wieku szkolnym rozwija się prawidłowo, lecz nigdy już nie dogodni innych dzieci. Zbyt dziwny, by mieć go za przyjaciela. Za powolny do gry w piłkę. Nudny jak na chłopaka w tym wieku. Wkrótce szkoła przekształca się dla niego w miejsce kaźni. Dobrze jest czasem wsadzić jego głowę w kibel, ściągnąć majtki na środku holu i zabawić się jego kosztem. – Facet ma być facet, a nie cipa – mówi wychowawca, kiedy Marek prosi go o pomoc. – Jeszcze podziękujesz kolegom, jak zrobią z ciebie mężczyznę.

W tym czasie rodzice zajmują się małżeńskimi awanturami. – Ojciec z matką byli niedobrani. Rozwód nastąpił za późno, kiedy wszyscy byli już sobą zmęczeni do granic możliwości – tłumaczy. – Zasądzili mi alimenty tysiąc złotych od ojca. Matka zobowiązała się płacić za mieszkanie i też sypnęła kasą. Gdy poszedłem do liceum, stwierdziła, że jestem już dorosły i na stałe wyjechała do nowego partnera. Wpadała raz na parę miesięcy. Dla mnie to był superukład, ale sam już nie wiem, czy mnie ta samotność bardziej nie pokrzywiła.

W ogólniaku jest trochę lepiej: mniej przemocy fizycznej, a więcej docinek na temat wyglądu i zachowania. Uczy się słabo, ale maturę zdaje zadziwiająco dobrze. W 2009 r. dostaje się na psychologię. Myśli, że studia pomogą mu zrozumieć ludzi. Do pierwszej sesji nie podchodzi, ze strachu przed ustnymi egzaminami. Od tej pory rozpoczyna proces stopniowej izolacji.

– Nakupowałem sobie jedzenia w puszkach, masę żywności instant i obiadów w słoikach. Później zlokalizowałem internetowy sklep spożywczy z dostawą do domu. W końcu przestałem wychodzić w ogóle.

Rodzice orientują się za późno. Dopiero po dwóch latach blokowego pustelnictwa udało im się namówić syna na rozmowę z psychiatrą. Lekarz stwierdził u niego rys Aspergera oraz fobię społeczną. Do tego doszło uzależnienie. Traumy, które powinien przepracować, zaleczał osiedlową amfetaminą i antydepresantami. Od niedawna Marek bierze nowe leki. Jest z nim dużo lepiej. Coraz częściej powala się odwiedzać. Matka próbuje odbudować z nim relację. Rozmawiają codziennie przez Skype.

– Syndrom Hikikomori przekracza granice Japonii – mówi dr hab. n. med. Marek Krzystanek, który jako pierwszy opisał przypadek Hikikomori w Polsce. – Trudno oszacować ilu jest polskich Hikikomori. Bywa, że są diagnozowani jako osoby uzależnione od sieci czy gier komputerowych. Podczas swojej praktyki leczyłem takie osoby. Hikikomori nie są w stanie sprostać stawianym im wymaganiom. Cywilizacja przyspiesza i wraz ze swoim wyścigiem szczurów przypomina pędzący pociąg, z którego Hikikomori po prostu wysiadają i nie mają zamiaru wrócić na swoje miejsca. W Polsce styl życia nie jest jeszcze porównywalny do tego, który panuje w Japonii, ale aspirujemy do niego i im bardziej się zbliżamy, tym mocniej widoczne będzie to zjawisko.

– Są pacjenci, którzy prawie nie mają kontaktu ze światem rzeczywistym, ale odnajdują sens istnienia w tym wirtualnym – mówi prof. Kobayashi. – Jeśli dodatkowo boją się życia i stawiają sobie za duże wymagania, prowadzi to do coraz większej izolacji. A to może przyczynić się do szybkiego zwielokrotnienia liczby Hikikomori w Polsce.

Skalę problemu potwierdza widoczna obecność polskich Hikikomori w internecie, gdzie funkcjonuje wiele grup dla samotników. Na stronie PhobiaSocialis.pl, zrzeszającej pacjentów z objawami fobii społecznej, zarejestrowało się ponad 8,5 tys. użytkowników, którzy napisali już prawie 340 tys. postów. Dyskusję otwiera pytanie nastolatki: – Macie ochotę gdzieś się schować? Odizolować od ludzi, zniknąć? Mam dość innych i siebie. Ciągle błędy, napięcie, stres, strach, złe wybory – wylicza.

Użytkownicy PhobiaSocialis rozważają, czy zorganizowanie pustelni pomogłoby im w zwalczeniu lęków. Piszą jak powinna wyglądać, albo zdają relację z okresu separacji. – Utknąłem tu (w swoim pokoju – dop. red.) na 7 lat – pisze jeden z internautów.

– A ja chcę się schować w swojej wyobraźni, odizolować albo popełnić samobójstwo. Nie musiałbym już nigdy z nikim rozmawiać – uzasadnia inny.

Podczas gdy Marek i Ola powoli wynurzają się z otchłani lęków, 24-letnia Karolina wciąż nie może ich pokonać. Jej mama siedzi w przestronnym pokoju. Na prostych, skandynawskich półkach stoją ramki ze zdjęciami. Z fotografii uśmiecha się ta sama dziewczyna, raz młodsza, raz starsza. To mała galeria żalu. Wydaje się, że Karolina wyemigrowała na inny kontynent – zbyt daleko, żeby mogła znieść to matka. Jednak córka jest w pokoju obok. Nie wychodzi prawie rok. Jej fobii społecznej towarzyszyły: depresja, agorafobia, ataki paniki. – Na początku sądziłam, że córka wymierza mi karę, że ta izolacja, to jeden z jej ataków złości – wspomina Bożena, mama Karoliny. – Okres zamknięcia przedłużał się. Dla rodzica to jest koszmar, potrzebowałam wsparcia psychicznego, do dziś korzystam z pomocy terapeuty. Do pokoju córka wpuszcza tylko swojego lekarza. Wie, że nie wypisze jej leków bez konsultacji. Wystawałam godzinami przed pokojem. Mówiłam, że się o nią boję. Próbowałam wyciągnąć córkę siłą, ale wejście do środka pogłębiało tylko jej lęki. Przeżyłam jej dwie próby samobójcze i nie zniosę kolejnej. Nie wiem, czy kiedykolwiek odzyskam swoje dziecko.

W ostatnich miesiącach stan Karoliny jest stabilny. Leczenie trwa. To długi proces. Bożena czeka więc na dzień, kiedy drzwi się otworzą. Patrzy w nie godzinami, jakby mogła je przeniknąć wzrokiem.

https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/zamknieci-przed-swiatem-kim-sa-polscy-hikikomori/5bhhkfr?ut&fbclid=IwAR0lMOyRSuYPYXmReSBbWWu_7bHgANal68EYPwqre0U6aT7RfnkEEPQKxmE

Dajcie im Marihuanę, bo przyroda zrodziła najbardziej skuteczny lek w jej leczeniu.

 

Kiedy Państwo nie refunduje szansy na życie!

 „Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany
Jeszcze wiosenne deszcze obudzą ruń zieloną
Jeszcze zimowe śmiecie na ogniskach wiosny spłoną
Jeszcze w zielone gramy, jeszcze wzrok nam się pali
Jeszcze się nam pokłonią ci, co palcem wygrażali
My możemy być w kłopocie, ale na rozpaczy dnie
Jeszcze nie, długo nie!”

W. Młynarski

Wiosna zapukała cichutko dzisiaj i to wcale nie był prima aprylis! Jakże to był cudny dzień w całej Polsce.

Ludzie czekają na wiosnę, bo ona daje ludziom nadzieję.

Wyjechaliśmy z Mężem nad jezioro, aby rozpocząć okres wiosenny, bo nie tylko pogoda nas do tego skłoniła, ale i szczytny cel dla ratowania ludzkiego życia. Motorówka była dla chętnych, którzy chcieli pomóc i pomogli – wrzucając pieniądze do puszki.

Pieprzyć politykę i polityków, kiedy dziś zobaczyłam, że za rządów PiS jeszcze nie wszyscy zwariowali.

Kiedy w mieście nagłośniono, że ktoś potrzebuje pieniędzy na bardzo drogie leczenie, a Państwo tego nie refunduje, to MY potrafiliśmy podnieść się z kanapy i poszliśmy biegać, aby w ten sposób komuś pomóc.

I udało się, gdyż w biegu uczestniczyło ponad 150 osób, a ci, którzy nie biegli z racji ograniczeń poszli na spacer i z kijkami.

Impreza zaczęła się na naszej miejskiej plaży i z minuty na minutę  zapełniała się ludźmi dobrej woli.

Ja robiłam zdjęcia, a ktoś inny upiekł ciasto, a jeszcze inny dostarczył kiełbasę na grilla po maratonie.

Byłam tak wzruszona, że ludziom wciąż się chce, że w pewnym momencie prosiłam Męża, aby mnie zawiózł do domu, gdyż łzy nie dawały mi robić zdjęć. Nie nadaję się na takie imprezy, ale mimo wszystko byłam do końca. 

Ten czas spędzony z innymi dał mi takiego kopa, że trzeba być tam z aparatem, gdzie dzieją się wielkie rzeczy.

Mam satysfakcję osobistą, że razem z Mężem w tym wydarzeniu braliśmy udział, a kawa na świeżym powietrzu smakuje wybornie.

 https://www.youtube.com/watch?v=EoY-QuGn6Ic

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mój medyczny eksperyment

Dobry wieczór. 🙂

 

Dziś chciałam się czymś podzielić z czytelnikami.

Otóż na twarzy pojawił mi się pieprzyk, jak to bywa na stare lata, że coś się pojawia to tu,  to tam.

Była to taka mała kropeczka ledwo widoczna i pewnego wieczora sobie to paznokciem drapnęłam, bo myślałam, że to tylko jakiś strupek.

Zapomniałam do tym i nic się nie działo, ale za pół roku w tym samym miejscu zaczął pojawiać mi się włókniak, który charakteryzuje się, że osadzony jest na szypułce i przy dotknięciu, to się tak trochę kiwało.

Pojawiło się i z czasem zaczęło się rozrastać i lekko swędzić. Brzydko to wyglądało i miałam iść do lekarza z tym, by się tego pozbyć, bo nie podobało mi się to.

Jednak w wypadku takich znamion na ciele zawsze jest strach, czy to czasem nie jest rakowe i chyba każdy, kto ma znamiona się obawia diagnozy, bo i ja się bałam.

Usuwają teraz takie znamiona laserowo i już się miałam rejestrować do lekarza, by to brzydkie zbadał i ewentualnie mi to usunął, bo mąż ponaglał, ale ja:

Przeczytałam w sieci ha ha. Kto się leczy w Google, to wie, że nie powinien, ale trafiłam na poradę i postanowiłam przeprowadzić na swoim, jeszcze żywym organizmie. Tam było napisane, że cudownie można się pozbyć włókniaka smarując go octem jabłkowym.

A więc do dzieła. Smarowałam przez 5 dni wacikiem, delikatnie tym octem do 5 razy dziennie i wiecie co?

Zaczęło się pięknie goić i przysychać, aż w końcu pewnego poranka znikło, bo w nocy odpadło.

Piszę o tym i nie namawiam, ale proszę potraktować to jako ciekawostkę medyczną bez użycia skalpela i lasera, choć oczywiście obserwuję to miejsce,  ale na razie jest okej. 🙂

Każdy alkoholik przestaje kiedyś pić, niektórym udaje się to jeszcze za życia

Jakże miło na nią teraz patrzeć, a było kiedyś patrzeć na nią z politowaniem i wielkim współczuciem, bo piła i to wcale nie w towarzystwie, ani okazjonalnie.

Mężatka i matka dwóch synów zaczęła pić kiedy jej dzieci chodziły jeszcze do gimnazjum, a więc wciąż potrzebowali matki. Jednak najczęściej matka była w stanie wskazującym, a więc chłopcy czując luz robili wszystko, co najgorsze.

Zaczęli wagarować notorycznie, imprezować i pojawiły się też narkotyki. Nauczyciele załamywali ręce, bo żadne argumenty nie trafiały do nich, że muszą się uczyć. Psycholog coraz częściej wzywał matkę na rozmowy, gdyż zachowanie chłopców było coraz bardziej naganne i niepokojące. Byli brutalni wobec innych i często z ich winy dochodziło w szkole do bójek, ale matka się w szkole nie zjawiała, a jeśli to była skacowana i wszyscy rozkładali ręce, bo szkoda było dzieciaków.

Przykro było na nią patrzeć, ponieważ miała własną działalność i w malutkim lokalu robiła kobiece paznokcie,a więc  finansowo zawsze coś dla siebie miała, ale często zakład był zamknięty, bo nie miała siły pracować.

Codziennie przemierzała tą samą drogę z domu do sklepu, gdzie szybkimi ruchami chowała flaszkę w torebce i czym prędzej pędziła do domu, aby się tylko znowu napić. Mąż jej wyjeżdżał służbowo na dalekie budowy i bywał w domu tylko podczas weekendu, a więc nie był w stanie jej pilnować. Robiła to jej matka – staruszka, która schorowana siedziała w jej domu i pilnowała, by córka nie miała sposobności wyjść po alkohol.

Nigdy alkoholika się nie upilnuje, bo alkoholik ma schowany alkohol w przeróżnych miejscach, a więc w pralce, w piwnicy, na klatce schodowej w licznikach i tak dalej.

Nasza bohaterka była mistrzynią w kamuflowaniu zakazanego towaru i nikt nie był w stanie wywęszyć, gdzie zdąży się napić. Jeśli brakowało pieniędzy, to zawsze ktoś jej pożyczył kasę, bo robiło się jej wszystkim żal, a była lubiana w społeczności. Była mistrzynią kłamstwa i zawsze coś wymyśliła, aby skołować kasę choćby na parę piw.

Szkoła zaczęła ją straszyć, że jeśli się za siebie nie weźmie, to dzieci pójdą do ośrodka i potem pod kuratelę rodziny zastępczej i dopiero kiedy policja zaczęła robić pierwsze kroki w celu odebrania jej dzieci – podziałało.

Nikt nie wiedział dlaczego pije i ludzie się dziwili, bo dzieci zdrowe, mąż pracowity, a ona przestała nad wszystkim panować. Nie sprzątała i nie gotowała dla dzieci. Była nerwowo trzeźwa, kiedy mąż wracał do domu, ale i ten nagle zauważył, że jego żona z niczym sobie nie radzi. Zagroził, że jeśli nie przestanie pić, to się z nią rozwiedzie i to też o dziwo – podziałało.

Nagle stanęła i pomyślała, że w jednej chwili może stracić wszystko. Poszła więc do lekarza, który wypisał jej wniosek na zamknięte leczenie i pojechała.

Nie było jej widać prawie miesiąc i ludzie szeptali, że pewnie to leczenie guzik jej da, bo alkoholik i tak zawsze wraca do pica i mało komu udaje się wyjść z nałogu. Szeptali, że z pewnością po powrocie zacznie się na nowo szopka i wybiegi, aby tylko się napić ponieważ widzieli jej wieloletnie uzależnienie.

Wróciła z tego leczenia i wyglądała bardzo dobrze, bo przybrała na wadze, a z twarzy znikł syndrom pijaństwa i się ładnie wygładziła.

Wróciła i wzięła się do roboty tak w domu jak i w pracy. Minęło parę lat, a chłopcy się pożenili i urodziły się im dzieci, a ona jest najlepszą babcią pod słońcem. Wiecznie zapędzona, gdyż to taki typ kobiety, że okna myje raz w tygodniu i zmienia firany. Biegnie na rynek, by kupić świeże warzywa, aby ugotować dobry obiad i zawsze latem na jej balkonie są ślicznie utrzymane kwiaty.

Ludzie przecierają oczy ze zdumienia, że jej się udało i zastanawiają się na tym, co jej w tym szpitalu zrobili, że wszyła na prostą i miło się na nią teraz patrzy. 🙂

Historia prawdziwa, a zostały zmienione detale jeno.

Zgadzam się, że lekarz też musi jeść śniadanie, ale…

Ja jeszcze w kwestii służby zdrowia, bo wiecie jak to jest, kiedy wyjdzie się z domu i zaczyna się obserwować świat i oczywiście zachowania ludzkie. Zaczyna nam coś dolegać, bo coś się przyplątało. Nagle zaczynamy kaszleć, katar leci z nosa, a do tego pobolewa gardło, a za tym idzie, że i gnaty i jest to sygnał, że jesteśmy chorzy i zaczynamy źle się czuć.

Pierwsza myśl, to gdzie podłapaliśmy owe choróbsko, bo może mieliśmy kontakt z chorym gdzieś w sklepie, tramwaju, czy też innym miejscu ktoś nam te bakterie przekazał. Zastanawiamy się, bo może w powietrzu są jakieś wirusy i nas też to dopadło.

Szukamy domowych sposobów, aby rozpędzić chorobę, a więc leczymy się mlekiem z miodem, jemy czosnek i popijamy syropem z cebuli, ale jeśli to leczenie nie przynosi żadnych rezultatów, to niestety, ale musimy iść do lekarza.

Siedząc w kolejce do lekarza zauważyłam, że jesteśmy wobec choroby zupełnie bezradni i skazani na wiedzę lekarzy, którzy nas osłuchają, sprawdzą stan gardła i przepiszą odpowiednie leki, których nazw i działania kompletnie nie znamy, a więc siedzimy w długich kolejkach, aby tylko uzyskać pomoc. Siedzimy cierpliwie i skazani jesteśmy na tego jednego człowieka, który uczył się po to na lekarza, aby nieść pomoc.

Młodzi w długich kolejkach grzebią w telefonach, słuchają muzyki przez słuchawki i sprawdzają Facebooka, bo to jest znak nowych czasów. Starsi siedzą spokojnie i przyglądają się towarzyszom niedoli, Czasami z sobą porozmawiają, uśmiechną się i jakoś ten czas im leci. Jednak w kolejce czekają też malutkie dzieci, które do czasu są grzeczne i siedzą na kolanach swoich rodziców. Kiedy im się nudzi, to rodzice stają na rzęsach, aby zabawić dzieciaka i czymś zająć, a zmierzam do tego, że pod gabinetem pewnej lekarki czekały trzy mamy z maluchami, około trzech lat. Jak pisałam, maluchy zaczęły się lekko nudzić, a więc popłakiwały, mazały się i nie było im w smak, że muszą tyle czekać. Nagle z gabinetu wyszła kobieta z dzieckiem, a za nią lekarka, która przyjmowała w tym gabinecie. Kluczem zamknęła gabinet i nikomu nic nie mówiąc, udała się do pokoju socjalnego, gdzie nie skłamię, ale spędziła czterdzieści minut, kiedy pod jej gabinetem ta trójka maluchów miała szczerze dość czekania.

Spojrzałam na tabliczkę, ale tam nie ma ani jednego zdania, że lekarz ma przerwę śniadaniową i szczerze współczułam tym matkom z dziećmi, które dwoiły się i troiły, aby przetrwać oczekiwanie. Kiedy ja już wychodziłam z receptą, to w poczekalni nic się nie zmieniło, a więc pomyślałam sobie, że lekarz też jeść musi, ale w tym wypadku to chyba była jeszcze dłuższa drzemka i takie traktowanie tych dzieci, tak dzieci mnie bardzo zniesmaczyło.

Narzekamy na urzędników, że są rozleniwieni i niegrzeczni, ale ja pamiętam, że na śniadanie było przeznaczone 15 minut i bardzo często jadło się je między jednym petentem, a drugim, a tu spotkałam się z wysokim lekceważeniem człowieka przez ludzi, którzy powinni z racji wykształcenia mieć wyczucie sytuacji, ale chyba się czepiam i żądam jakiegoś etycznego zachowania.

Nie wolno lekceważyć pierwszych symptomów depresji!

Jadwiga siedziała w fotelu i ukryła w trzęsących się dłoniach swoją zapłakaną twarz. Nie mogła już tego wszystkiego znieść, a wydawało się jej, że zrobiła już wszystko dla swojej jedynej córki, którą kochała nad życie. Ratuje ją wraz z lekarzami od roku i nie ma żadnych efektów.

Monika leżała od roku  w łóżku z przerwami na toaletę i wymuszone posiłki, bo na nic więcej nie miała siły. Opuściła ją życiowa energia z dnia na dzień i niczego takiego się nie spodziewała. Zawsze energiczna i pełna pomysłów na życie, usiadła po pracy pewnego dnia i wyleciało z niej powietrze. Nagle wydało się jej, że to co robi i jak żyje jest bez sensu.

Monika była zawsze ambitna. W szkole podstawowej dostawała świadectwa z czerwonym paskiem, a potem w szkole średniej nie miała sobie równych w wygrywaniu wszystkich olimpiad. Była dumą dla nauczycieli, jako wyjątkowo zdolna uczennica. Zdobyła wiele nagród i dyplomów i została przyjęta bez egzaminu na studia, które ukończyła z wyróżnieniem. Była panią architekt i ze znalezieniem pracy nie miała żadnego problemu. Od razu przyjęto ją do korporacji, w której dostała stanowisko w obrocie nieruchomościami i przystosowaniem ich do sprzedaży. Remontowała te mieszkania i urządzała, aby potem je sprzedać po intratnej cenie. Była bardzo dobra w tym, co robi i zbierała wiele pochwał od szefa, który był bardzo wymagający, ale wciąż stawiał przed nią coraz wyższą poprzeczkę, a ona starała się robić tak, aby swojego szefa zadowolić. Pracowała po dwanaście godzin dziennie, bez wytchnienia z wyrywanymi chwilami na szybką kawę i złapanie oddechu. Źle się odżywiała przez kilka lat, bo jadła w biegu i mało odpoczywała. Kiedy miała chwilę na odpoczynek, to i tak wciąż myślała o pracy i wpadła w taki stan, że przestała umieć w końcu odpoczywać.

Kilka razy miała okazję na miłość, ponieważ podobała się płci przeciwnej, ale odkładała takie uczucia na później. Może kiedyś będzie miała czas na to  – nie teraz! Musi się wyrobić i nadrobić, bo tego oczekuje od niej kierownictwo zakładu, a ona miała we krwi, aby nie zawodzić i być zawsze najlepszą.

Nadszedł ten dzień, że się nie poznawała. Doznała ogromnego uczucia pustki i osamotnienia. Nagle wchłonęła ją czarna dziura, w której zobaczyła ciemny i nieskończony tunel nie widząc w nim promienia światła. Ze strachu nie widziała jak się z tego wydostać.

Poszła na drugi dzień do pracy, do której z ledwością się przyszykowała. Nie miała siły na poranny prysznic i makijaż. Zrobiła to jakby w jej ciele była zupełnie inna istota. Jakby ktoś inny namydlał jej ciało i wkładał na nie ubrania. Była poza tymi czynnościami, wykonywanymi nie jej rękoma i nie jej świadomością swoich ruchów i czynności.

W pracy poczuła, że ręce jej drżą, serce chce wylecieć z piersi, a ludzie ją otaczający są jacyś obcy i jej nie znani. Poczuła się jak w obcym miejscu, bo to nie był jej komputer i jej pokój pracy. Przestały docierać do niej wszelkie bodźce i nie widziała kiedy zemdlała.

Znalazła się na pogotowiu i pierwsza diagnoza brzmiała – przemęczenie i stres. Dostała leki wzmacniające i jakieś proszki na uspokojenie. Lekarz kazał jej odpocząć  dwa tygodnie na nic nie robieniu. Miała odpoczywać, dużo spacerować i dobrze się odżywiać. Mówił, że powinna wyjechać gdzieś, najlepiej nad morze by złapać dobrą energię z szumiącego morza i wdychania największej dawki jodu.

Na zwolnieniu lekarskim brała lekarstwa, a proszki na uspokojenie ją tylko usypiały, a więc spała dzień i noc, pozostawiwszy całe tętniące życie za oknem, które było szczelnie zasłonięte. Nie miała ochoty wychylać nosa do dawnego świata. Bała się przebudzeń, ku zmartwieniu swojej mamy, która otaczała ją troską, ale Monika nie chciała żadnej pomocy. Odrzucała matkę i zamykała przed nią drzwi. Chciała być sama ze swoim strachem, który zawładnął ją w całości. Całe ciało było zdrętwiałe i czuła ból każdej swojej kosteczki. Przejmujący ból duszy mówił jej, że wszystko, co robiła do tej pory było bez sensu i kompletnie przestało ją interesować.

Gdzie i kim ja jestem – myślała w oszalałych myślach i miała wrażenie, że chyba zwariowała, nie mogąc poskładać myśli i ich poskromić. Miała tysiąc myśli na minutę i były tak poplątane, że już nie rozróżniała, które są racjonalne, a które ją obezwładniają. Czuła się tak źle, że nie chciała aby ktokolwiek ją odwiedzał, kiedy jej twarz skręcała się z bólu duszy, a ciało było niewładne i nie słuchało żadnych przebłysków, że tak nie można żyć!

Jadwiga szukała dla córki najlepszych lekarzy, a więc każda kolejna wizyta u psychiatry i kolejne leki, coraz nowszej generacji w nadziei, że Monika w końcu stanie na nogi. Koleje terapie i kolejne spotkania z psychologiem nie dawały pożądanych oczekiwań, a lekarze rozkładali ręce i kazali czekać, aż leki zadziałają i uwolnią Monikę od wyjątkowo paskudnej depresji.

Przyszła piękna jesień ze wszystkimi swoimi kolorami i Monika rzuciła okiem na te barwne drzewa za jej oknem. Dawno się tak nie zachwyciła. Chciała być bliżej tego widoku i zapragnęła wyjść do parku i nasycić oczy tymi barwami. Jeśli pojawił się taki impuls, jedyny od wielu miesięcy, postawiła go wykorzystać. Założyła ciemne okulary i wyszła z domu w kierunku dużego parku w środku miasta. Po drodze postanowiła w akcie odwagi kupić nową partię leków, aby odciążyć matkę.  Potem chciała jak najszybciej dotrzeć do parku. Chciała, aby nie widzieli jej ludzie, aby było ich jak najmniej na jej drodze, a więc w wielkim strachu i popłochu mijała ich i zauważyła, że się ich boi. Boi się ludzi i ją denerwują, bo z pewnością widzą, że jest chora psychicznie i się z niej śmieją. Miała wrażenie, że pukają się w głowę i kiwają głowami z politowaniem na jej widok.

W parku wzięła wszystkie lekarstwa jakie wykupiła w aptece. Nie miała siły i nie chciała już tak żyć. Usiadła na ustronnej ławce, tak aby nikt jej nie zauważył i zasnęła spokojnym snem bez bólu i cierpienia.

Ktoś wezwał karetkę, ale było już na późno!