Archiwa tagu: lekarz

Poszła baba do lekarza!

Kto mnie czyta, to wie, że trochę zaczęłam się leczyć i w związku z tym chodzę do lekarzy, co jakiś czas.

Właśnie wczoraj odbyłam wizytę w szpitalnej przychodni i to, co mnie podczas tej wizyty spotkało – spowodowało, że musiałam się z tym przespać!

Dopiero dziś dojrzałam do tego, aby napisać co i jak!

Siedziałam w kolejce do lekarza jakieś 1,5 godziny, bo mimo przydzielonej godziny, to czekanie się wydłużyło, bo lekarz wyszedł z gabinetu i długo go nie było! Norma!

Wreszcie przyszła moja kolej, weszłam do gabinetu i pokornie usiadłam na krześle po drugiej stronie stołu!

Mimo, że byłam już drugi raz, to lekarz zaczął mnie przepytywać tak jak za pierwszym razem i spytał czy pracuję?

Odparłam, że jestem na emeryturze i już nie pracuję, a ten  gdzie pracowałam?

Odparłam, że tu i tu, a on do mnie, a czym się w pracy zajmowałam?

Pokornie odpwiedziałam, ale nie widziałam zasadności tych dziwnych pytań, bo co ma piernik do mojej cukrzycy!

Spojrzał w książeczkę cukrzyka i zaczął zapisywać w karcie moje wyniki, a potem pomachał mi moimi wynikami z krwi przed nosem i rzekł – przez ostatnie trzy miesiące pani się obżerała ponad miarę i nieprzyzwoicie.

Spojrzałam na niego i prosiłam o powtórzenie, bo myślałam, że czegoś nie zrozumiałam.

A on do mnie, że paramer z krwi wskazuje, że się obżerałam chyba jakimiś golonkami i mięsiwem i zaczął na mnie się drzeć, że powinnam wiedzieć jaki parametr jest prawidłowy przy cukrzycy.

Zdębiałam, ale się nie społoszyłam i powiedziałam wprost, że jest w ogromnym błędzie, bo przez rok zrzuciłam 18 kilogramów, a moja dieta jest bardzo skromna i właściwie nie jadam pieczywa, a obiad jest bardzo skromny i nie jem kolacji po 18!

Wbiłam go w konsternację i nagle poszedł po rozum do głowy, że ja trzy miesiące przed leczeniem nie brałam żadych leków i stąd są takie, a nie inne wyniki.

Nawet mnie nie przeprosił za kalumnię rzuconą o obżarstwie!

Ale to  nie koniec szopki!

Jeszcze raz spojrzał na moje pomiary cukru i jednego wieczora miałam poziom blisko 200!

Grzecznie się przyznałam, że zjadłam trochę czereśni, bo sezon, a on do mnie – czeeereśnie pani zjadła?

A wie pani, że nie wolno jeść pani żadnych owoców, a jedynie warzywa i napadł na mnie w te słowa – a wie pani gdzie jest najwięcej węglowodanów?

Ja jąkając się odparłam, że w owocach,  on – no właśnie w końcu pani to zrozumiała i to wszystko podniesionym głosem!

Poczułam sie jak intruz i w pewnym momencie miałam ochotę pieprznąć drzwiami i powiedzieć mu, że pomylił się z powołaniem, ale zachowałam stoicki spokój!

Wyznaczył mi kolejną wizytę i pójdę i będę dalej pod jego kontrolą, ale nie dam się sprowokować temu chamstwu.

Pisałam niżej, że kiedy miałam arytmię serca, to trafiłam do szpitala, a tam lekarka – młoda też wydarła na mnie buzię, że nie umiem opowiedzieć o tym – dlaczego jestem słaba.

Dopiero kiedy spłynęły wyniki moje z krwi i moczu się przestraszyła i chciała mnie zostawić na obserwację!

Podziękowałam jej, bo nie pozwolę, aby ktoś traktował mnie – senorkę jak zło konieczne.

Powiem Wam szczerze, że bywało, iż w czasach komuny miałam styczność z lekarzami, bo przecież rodziłam i dzieci chorowały, ale nigdy nie spotkałam się z takim chamstwem!

Unikałam lekarzy jak ognia całe życie, a ten lekarz mnie się pyta na co jeszcze choruję?

Odpowiedziałam grzecznie, że jestem niezdiagniozowana, bo miałam pierwsze USG w swoim życiu i jego to dziwi!

Leczysz się nadmiernie, to jesteś natrętem, a nie leczysz się, to jesteś idiotą!

Rozumiem, że od prawie 3 lat wszyscy boją się PiS i jego nowych rządów, ale dlaczego mają to odczuwać pacjenci Bogu ducha winni?

Oto moje menu odkąd wiem, że nie mogę sobie folgować z dietą.

Czytam, co mi wolno, a czego nie, ale to jest takie trudne, bo mamy sezon i chce się spróbowowac wszystkiego i popełnia się małe grzeszki, ale za sałatę mnie cham lekarz chyba nie zbeszta, a truskawki mają mały indeks glikemiczny i czytam w sieci, że czereśnie też, ale co ja tam wiem!

 

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Reklamy

Kamień z serca!

Podobny obraz

Jak pisałam niżej zaczęłam chodzić po lekarzach i w konsekwencji zadbać o swoje zdrowie.

Nie chodziłam po lekarzach latami i myślałam sobie buńczucznie, że jestem niezniszczalna, bo nawet żadne grypy mnie się nie imają.

Jednak miesiąc temu poczułam się źle, bo zaczęło kołatać mi serce i znalazłam się na kilka godzin w szpitalu.

Tam podano mi kroplówki, a po zbadaniu krwi chcieli mnie zostawić na obserwację na kilka dni!

Nie zgodziłam się, bo panicznie boję się szpitali, a wyniki z krwi wykazały, że moja wątroba coś szwankuje.

Zaczęłam więc leczyć się abulatoryjnie i biegam po lekarzach.

Ten zły wynik wątrobowy od razu zrodził w mojej głowie, że mam raka wątroby, tak jak moja chora Mama.

Już widziałam siebie w szpitalu, gdzie dają mi chemię i oczywiście to, że umrę na raka, bo mam w życiu takie „zezowate szczęście”.

Według wskazówek lekarza zaczęłam systematycznie badać poziom cukru i oczywiście regularnie biorę zapisane mi leki.

Rodzinna skierowała mnie do specjalisty, a ten napisał dla mnie skierowanie na USG jamy brzusznej.

Do badania dzisiejszego miałam parę dni i w wyobraźni miałam diagnozę – rak!

Nawet do Męża powiedziałam, że jak umrę, to ma się ponownie ożenić z kobietą, która o Niego zadba!

Sama siebie pocieszałam, że rak to nie wyrok i w dzisiejszej, rozwiniętej medycynie jakoś mnie uratują!

Ze strachem na ramieniu poszłam dzisiaj na te USG i pokornie czekałam na swoją kolejkę, ale wewnętrznie byłam sparaliżowana i strasznie wystraszona, że za chwilę usłyszę wyrok!

Tak samo czułam się na kozetce, kiedy pani robiła mi to USG i czekałam na to straszne słowo – rak, torbiel, guz, narośl.

Pani podała mi papier, abym się wytarła z tego żelu i usłyszaaaam – śledzona zdrowa, trzustka zdrowa, nerki działają i w końcu wątroba zdrowa choć lekko stłuszczona jak to bywa u cukrzyków.

Wyleciałam z gabinetu jak na skrzydłach i poczułam ogromną ulgę i do teraz czuję się jak w skowronkach, że mi się udało.

Mam do Was kochani apel – badajcie się i nie odpuszczajcie mimo, że do lekarzy są ogromne kolejki i trzeba swoje wysiedzieć, ale warto i nie idźcie moją drogą, że uważałam, że nie lubię lekarzy.

Starzejący się rodzice to balast. Dla dzieci, lekarzy, pielęgniarek

Tak mi się ostatnio składa, że parę dni temu byłam codziennie u Mamy w szpitalu.

Leżała na oddziale wewnętrznym w bardzo ciężkim stanie. Myślałam, że nie wyjdzie z choroby i przyjdzie Jej kres.

A jednak stał się cud z mocy służby zdrowia i rodziny, która zaopiekowała się na równi z pielęgniarkami i lekarzem prowadzącym.

Jakże byłam mile zaskoczona, że moją Mamą tak dobrze zaopiekował się szpital.

Kroplówki – dużo kroplówek i zastrzyki – dużo zastrzyków i w końcu stan Mamy bardzo się poprawił.

W chorobie na raka chodzi o to, by pacjent nie cierpiał i tak też się stało.

Dobranie odpowiednich leków sprawiło, że Mama w stanie stabilnym jest od tygodnia w domu.

Dziękuję służbie zdrowia w mojej miejscowości za dużo empatii i troskę.

Ale nie zawsze tak bywa i tu polecam poniższy wywiad:

Smutna prawda o nas: Starzejący się rodzice to balast. Dla dzieci, lekarzy, pielęgniarek.

Karetka zabiera dziadka czy babcię, a młodzi jadą na wakacje. Bez balastu, którym na co dzień są ich starzy rodzice. Wiem, że wszyscy chcemy być młodzi, piękni, wysportowani i oczywiście zdrowi, i że najlepiej by było gdyby starość nie istniała. Chowamy ją w domach starców, w szpitalach. I nie szanujemy. I jak się przekonałam, nie szanują jej też lekarze i pielęgniarki – mówi Magda Rigamonti, dziennikarka, której wpis na Facebooku dotyczący 22-godzinnego pobytu z ojcem na szpitalnym oddziale ratunkowym w maju poruszył wiele osób. Teraz dziennikarka wraca do tych chwil przyglądając się funkcjonowaniu SOR-ów i traktowaniu seniorów w Polsce.

Jakimi trzema słowami opisałaby pani pobyt z ojcem na SOR-ze?

Bezradność i oczekiwanie. No i jeszcze może zwątpienie.

Zwątpienie?

Zwątpienie w to, że jest się podmiotem.

Pani była tam „jedynie” osobą towarzyszącą.

Ale obserwowałam pacjentów i personel SOR-u. I jasne jest, że pacjenci boją się jeszcze bardziej i są jeszcze bardziej bezradni. Szczególnie ci starsi, 80-, 90-letni, na skraju życia. Pamiętam ich wzrok pytający, błagalny. Siedzieli, leżeli, czekali aż ktoś się nimi zajmie, powie, co dalej, co z nimi. Pamiętam staruszka, którego posadzono na wózku. Czekał i tylko wodził wzrokiem za przechodzącymi obok ludzi w białych kitlach. Dokładnie tak samo patrzą dzieci w domu dziecka, podczas wizyt potencjalnych rodzin adopcyjnych. Patrzą, wodzą wzrokiem i mają nadzieję, że właśnie do nich podejdzie pani, przytuli, zajmie się, przygarnie.

 

Nie przesadza pani?

Nie. Na SOR-ze też tak czekają ci, którym coś dolega. Wiedzą, że są zależni od salowych, pielęgniarek, lekarzy, od wszystkich osób w białych kiltach. I to jest okrutna zależność.

Myśli pani, że pacjenci znają swoje prawa? Potrafią o siebie zawalczyć w takiej sytuacji?

Powiedziałam o okrutnej zależności. Pacjenci wiedzą przecież, że od lekarza i pielęgniarki zależy ich zdrowie, a często i życie. Wiedzą to też lekarze i cały personel SOR-u. Wiedzą i ten fakt wykorzystują. Wiedzą, że są prawa pacjenta, ale i tak czują się panami sytuacji. Proszę pamiętać, że szczególnie ludzie starszej daty mają do lekarza ogromne zaufanie, darzą szacunkiem, wierzą, że lekarz to zawód szczególny, zawód zaufania publicznego.

Pani nie wierzy?

Wierzę, przecież ci ludzie kształcili się przez wiele lat po to, by ratować ludzi, by pomagać w potrzebie. Musieli się kierować, jeśli nie powołaniem, to przynajmniej misją. Lekarz to zawód zaufania publicznego. To ktoś, od kogo jesteśmy uzależnieni w sytuacjach ekstremalnych (nawet takich jak złamanie ręki, bo to ekstremalna sytuacja dla zdrowego człowieka), bo sami sobie nie poradzimy. Skoro lekarz wybrał taki zawód, zdecydował się pracować w szpitalu, przychodni czy prywatnej klinice, to ma obowiązek zachowywać się uczciwie i z szacunkiem. Kilka lat temu spędziłam wiele godzin w Szpitalu Bielańskim, widziałam, jak pracuje dr Marzena Dębska i prof. Dębski i wiem, że po wielu latach w tym zawodzie można być lekarzem cierpliwym, życzliwym, który zrobi wszystko by ratować życie i zdrowie matek i ich dzieci.

Praca na SOR-ze jest specyficzna. Wiąże z dużym stresem. Może w tym wszystkim brak już miejsca na empatię?

Kiedy po 22 godzinach zabierałam ojca z SOR-u, podjęłam decyzję, że przestaję być tylko bezradną córką, która prosi pielęgniarki i lekarza o informacje. Zrozumiałam, że mam obowiązek wyciągnąć legitymację prasową i powiedzieć, że jestem dziennikarką. Nie, nie po to, żeby pomóc swojemu ojcu, tylko tym wszystkim, którzy tkwili na tych krzesełkach i leżankach od wielu godzin. I rozpoczął się teatr. Nagle pielęgniarki ruszyły do pacjentów. –Jak długo trwają te dolegliwości? Czy się powtarzają? O, nie może pan złapać tchu. Od jak dawna to trwa? Jakie leki pani przyjmuje? I tak dalej… Doskonale wiedziały, że właśnie zadają pytania, które miały obowiązek zadać wiele godzin wcześniej.

Za granicą na studiach medycznych są przedmioty dotyczące komunikacji z pacjentem.

Pewnie na medycynie jest psychologia, ale czy komunikacja, to nie wiem. Jeśli jest, to personel SOR-ów szybko zapomina o tym, czego się nauczył. Wie pani, żałuję, że wtedy na SOR-ze przy Wołoskiej nie zrobiłam tym starszym pacjentom zdjęć, nie poprosiłam o ich zgodę na to. Do dziś mam przed oczami obrazy m.in. pana, który siedział 11 godzin na wózku inwalidzkim i nikt z personelu nie zapytał, czy chce siku, pić, jeść, czy nie potrzebuje pomocy, czy może by się trochę przeszedł. To ja zapytałam, czy przynieść mu kanapkę i wodę. Była tam też młoda omdlewająca dziewczyna. Siedziała kilka godzin na twardym krześle. Widziałam, jak wyciągnęła rękę do przechodzącej obok osoby w białym kitlu, prosząc, czy ta może podprowadzić ją do toalety. Usłyszała tylko: „nie jestem od tego”. Wstałam i poszłam z nią do ubikacji. Na takim oddziale powinien być ktoś, kto pomaga czekającym ludziom, kto poda pić, przyniesie kanapkę. Proszę pamiętać, że tam dla ludzi czekających wiele godzin nie są przewidziane żadne posiłki. Proszę sobie wyobrazić, kto czeka 20 godzin, jest cukrzykiem i musi często jeść drobne porcje… No, ale czego ja chcę, skoro pewnie nikt takiej osoby nie zapyta, na co choruje. Mojego ojca nikt podczas tej prawie doby na SOR-ze nie zapytał, jakie leki przyjmuje, na co choruje. Nikt nie powiedział panu z leżanki obok, że ma nie jeść i nie pić, bo za chwilę będzie miał badanie, które powinno się robić na czczo. Nikt nie zaproponował starszym ludziom, którzy byli tam sami, bez żadnej rodziny, czegoś do picia czy jedzenia. Pytałam więc panie pielęgniarki, czy trzymałyby w takich warunkach, bez jedzenia swojego 80-letniego dziadka czy ojca. Spuszczały tylko głowy. Ok, może to była już dziesiąta godzina ich dyżuru, może czekały, już tylko na to aż skończą pracę i będą mogły pójść do domu.

 

Tłumaczy je pani?

Nie, próbuję zrozumieć. Kiedyś spędziłam kilka nocy na SOR-ze w szpitalu przy ul. Szaserów w Warszawie. Przygotowywałam materiał o dr Magdalenie Kozak lekarzu ratowniku i żołnierce. I tam też był tłum pacjentów. I byli lekarze i pielęgniarki, ale nikt nikogo nie ignorował. Widziałam, jak można pracować z poświęceniem, chociaż czasami ma się bardzo, ale to bardzo dosyć, szczególnie w dwudziestej godzinie dyżuru. A do tego trzeba wypełniać dokumentację medyczną. Wie pani, wydaje mi się, że wszystko sprowadza się do tego, by pozostać człowiekiem.

I widzieć w pacjencie człowieka.

Oczywiście. To nie nos, palec czy udar trafił na SOR. To nie noga przyjechała z wypadku, to nie zawał przywieźli, bo to przyjechała pani Stasia z Jerozolimskich, lat 94, która jest sama, mąż od dawna nie żyje, córka mieszka w Kanadzie. Po raz kolejny mówię o tych starszych ludziach, bo chyba jednak stanowią większość na SOR-ach. Wtedy, na Wołoskiej było sześciu albo siedmiu takich niezaopiekowanych staruszków. Chyba wszystkich przywiozło pogotowie. Pewnie ktoś zasłabł, ktoś się źle poczuł, ktoś miał bardzo wysokie ciśnienie, kogoś zastali sąsiedzi leżącego na schodach klatki schodowej. Przecież wystarczyłoby, gdyby pielęgniarka bądź lekarz powiedzieli: „pani Kowalska, ma pani swoje lata i już całkowicie zdrowa nie będzie, bo takie jest życie, ale zrobimy pani badania, podamy kroplówkę z lekarstwem i mamy nadzieję, że się pani poprawi. A może warto by było, aby została pani na obserwację. No, ale trzeba poczekać na wyniki badań”. Pytała mnie pani o prawa, o to, czy pacjenci je znają. Myślę, że ci starsi ludzie boją się odezwać, o coś poprosić. Nie awanturują się. Choć, mam wrażenie, że jak „klient jest awanturujący się”, to zostanie szybciej załatwiony. Nie mówię o chamskich reakcjach i ubliżaniu, tylko zwróceniu na siebie uwagi i pokazaniu, że jestem tu człowiekiem, a nie nosem czy wyrostkiem.

Pani była tą „awanturującą się”?

Dopiero na koniec, w 22 godzinie pobytu mojego ojca na SOR-ze. Byłam awanturującą się dziennikarką. Okazało się nawet, że wezwano policję. Powiedziałam im, że tak, jak i oni jestem w pracy. Byli trochę zmieszani, myślę, że doskonale rozumieli moje zachowanie. Spisali moje dane z legitymacji dziennikarskiej i na tym się skończyło. Mam nadzieję, że całe to zdarzenie sprawiło, że personelowi, chociaż na te 2-3 godziny otworzyły się oczy, że zaczęli inaczej traktować pacjentów. Zresztą, kiedy opisałam tę sytuację, odezwali się różni ludzie, którzy byli pacjentami i rodzinami pacjentów. Opisywali swoje historie z SOR-ów, często makabryczne, często zakończone śmiercią. Odezwała się kobieta, której ojciec trafił na SOR na Wołoską i tam mu nie udzielono pomocy, tylko z niewiadomych przyczyn przewieziono do innego szpitala, w którym ten człowiek zmarł. Skontaktowali się ze mną także lekarze i pielęgniarki.

Z pretensjami?

Też.

Czy było pani przykro, kiedy czytała pani pod swoim wpisem negatywne komentarze od środowiska medycznego?

Negatywne równoważyły się z pozytywnymi. Pisali, że się nie znam, że nie rozumiem tej pracy. A ja uważam też, że skoro jestem dziennikarką, to mam obowiązek również lekarzom patrzeć na ręce. Kilka lat temu zajmowałam się sprawą prof. Chazana i nadużywania przez niego kompetencji dyrektorskich w szpitalu przy Madalińskiego w Warszawie. Teraz jeden z doktorów powiedział mi, że w końcu ktoś napisał prawdę i pokazał, jak jest na SOR-ach. Sam pracuje na jednym z warszawskich SOR-ów. Opowiadał o pacjentce, która leżała na SOR-ze przez osiem dni.

Bo?

Bo czekała na przyjęcie na konkretny oddział. Na oddziale jednak nie było miejsca, z SOR-u obawiano się ją wypuścić. Później się okazało, że w tym czasie na oddział przyjęto 14 osób, z pominięciem SOR-u. Ten doktor rozmawiał ze mną bardzo szczerze, mówił, że modli się o to, by nie trafić nigdy do szpitala, nie przechodzić przez SOR, modli się o to, by umrzeć ze starości, a nie chorować. Dodał, że wielu pacjentów umiera na SOR-ach, w szpitalach, bo są nienależycie zaopiekowani i że oczywiście trudno to udowodnić, bo na wszystko z reguły są papiery, procedury są wykonane i udokumentowane. On i inni powtarzali, że jeśli nie ma się znajomego lekarza w szpitalu albo chociaż pielęgniarki, to w szpitalu nie będzie się traktowanym, jak należy. I to jest największe zło, bo okazuje się, że jeśli jest się zwykłym pacjentem, to jest się nikim.

Historie, o których pani mówi, pokazują słabość systemu.

Tak, ale za systemem stoją ludzie. To, że system jest zły, wszyscy wiemy. Dyrektor SOR-u z innego szpitala powiedział mi, że za tym hasłem: system jest zły – pracownicy SOR-ów bardzo chętnie się skrywają. Tym złym systemem tłumaczą sytuacje, do których nigdy nie powinno dojść. Z drugiej strony od tego samego doktora słyszę, że na jednym dyżurze jest zaledwie dwóch lekarzy, którzy muszą ratować zdrowie, a często życie aż 130 pacjentów, więc nie ma siły, by byli oni empatyczni i pochylali się nad każdym tak, jak powinni. No, ale z drugiej strony czasami wystarczy podnieść kąciki ust… I oni po studiach, kiedy trafiają na taki oddział, mają w sobie pokłady empatii, są dobrze nastawieni do pacjentów.

I co, później o tym zapominają?

Nie wiem. Może patrzą na to, jak się zachowują ich starsi koledzy po fachu. Oczywiście nie wszyscy. Jest przecież wielu wspaniałych lekarzy. Niedawno trafiłam z córką na SOR w Giżycku. Byliśmy na wakacjach. Późnym wieczorem córka się przewróciła, narzekała na ból stopy. Nic nie puchło, więc sądziłam, że to tylko stłuczenie. Rano jednak nóżka spuchła. Pojechałyśmy do szpitala. Tam na SOR-ze powiedziano, że skoro do zdarzenia doszło dzień wcześniej, nie przyjmą dziecka i mamy się udać do przychodni. Na szczęście było blisko. Przyjął nas dr Pułjanowski. Obejrzał stopę, powiedział, że na jego oko to skręcenie i pęknięcie jednej z kostek stopy.

 

 Po czym wyjął plansze, pokazał układ kostny stopy, wyjaśnił, co się mogło stać i zanim wysłał na RTG, to jeszcze uspokoił, że jeśli potwierdzi się jego przypuszczenie, to włoży stópkę w lekką skorupę żywiczną. Kiedy czekałyśmy w krótkiej kolejce do gabinetu RTG, rozmawiałam z dwiema pacjentkami doktora – jedna po wszczepieniu endoprotezy, druga bodajże po operacji kolana. Mówiły, że ten doktor zawsze wszystko wyjaśnia, że wychodzi z założenia, że pacjent musi być szczegółowo poinformowany, no i że przyjeżdżają do niego pacjenci z całej Polski… No i jeszcze, lekko podnosi kąciki ust. No, ale to wszystko nie działo się na SOR-ze, tylko w przychodni.
 

Część pacjentów przychodzi na SOR, żeby ominąć kolejki w przychodniach.

I oni oczywiście robią też tłum na SOR-ach. Ale ja ich rozumiem.

Bo to sposób na szybszą diagnostykę…

Dziwi się pani tym ludziom. Skoro w przychodni rejonowej słyszą, że tomografię mogą zrobić dopiero za pół roku, a kardiolog przyjmie ich za 11 miesięcy. Myślę, że gdybym była w ich sytuacji, działałabym podobnie.

Znowu wracamy do systemu.

Tak, tylko że w tym systemie najbardziej cierpią pacjenci. Pamiętam staruszkę, która trafiła na SOR na Szaserów. Upadła i bolało ją biodro. Dr Magda Kozak zapytała, w którym miejscu boli i kiedy się przewróciła. Okazało się, że dwa tygodnie wcześniej. Nie zgłosiła się do lekarza rodzinnego, bo wiedziała, że ten będzie ją odsyłał do innych i przepisze co najwyżej tabletkę przeciwbólową. Miała świadomość, że na SOR-ze, choć trzeba poczekać, to i prześwietlenie i diagnozę można załatwić za jednym zamachem. Może też liczyła na to, że będzie mogła kilka dni pobyć w szpitalu. No, bo jak włożą ją w gips, to w domu sama sobie nie poradzi… W szpitalu lepiej i wygodniej. Dr Kozak mówiła mi o staruszkach podrzucanych na SOR przez swoje dorosłe dzieci. Zamawiają pogotowie, tłumaczą, że mama bądź tata gorzej się czują, że oni nie wiedzą, co robić. Karetka zabiera dziadka czy babcię, a młodzi jadą na wakacje, spędzają święta bez tego balastu, którym na co dzień są ich starzy rodzice. Wiem, że wszyscy chcemy być młodzi, piękni, wysportowani i oczywiście zdrowi i że najlepiej by było, gdyby starość nie istniała, gdyby nam nie przeszkadzała w naszym wspaniałym życiu. Chowamy ją w domach starców, w szpitalach. I nie szanujemy. I jak się przekonałam, nie szanują też lekarze i pielęgniarki. Niedawno rozmawiałam z Janem Rulewskim, opozycjonistą, który w PRL-u przesiedział za swoją działalność siedem lat. W stosunku do tego, czego doświadczył, użył sformułowania „przekroczenie granicy godności”. Od razu pomyślałam, że „przekroczenie granicy godności” to właśnie to, czego doświadcza bardzo wielu pacjentów w szpitalach. Tam często zapomina się o człowieczeństwie i zapomina o tym cały personel medyczny. Niestety, również o swoim człowieczeństwie.

Wywiad pochodzi z portalu: www.medexpress.pl

Niech zasznurują jeszcze kobietom „cipki”!

Kiedyś, w dobrych czasach jako młoda kobieta i jak każda kobieta, musiałam korzystać z usług lekarza – ginekologa.

Taka wizyta oczywiście była stresująca, ale prosta do wykonania.

Szło się i czekało w kolejce na swoją kolej. Czasami długo to trwało w zależności od liczby pacjentek, ale zostało się przyjętym.

Ale to było kiedyś, kiedy Państwo dbało o polskie kobiety, a nie tak  jak teraz!

Zamiast ułatwiać kobiecie, to w czasach dzisiejszych robi się wszystko, by te kobiety zniechęcać do profilaktyki i badań.

Teraz trzeba się zapisywać na listę i czasami na wizytę czeka się tydzień, albo i dłużej. Przynajmniej tak jest w mojej miejscowości.

Kobieta obecnie ma utrudniony dostęp w NFZ do jakże ważnego lekarza.

Co się dzieje, kiedy kobieta potrzebuje tej wizyty na cito? Idzie badać się prywatnie i słono płaci.

Lekarz prywatnie wypisuje receptę bez zniżki, czyli bez refundacji i kobieta musi zostawić w aptece znowu spore pieniądze.

Tak się zastanawiam nad tym, że w Sejmie zablokowano tabletkę „Dzień po” i teraz jest ona dostępna na receptę.

Ta tabletka ma takie działanie, że trzeba ją wziąć do 72 godzin po niefortunnym stosunku, czy przypadkowym seksie.

Ta tabletka potrzebna jest kobiecie, kiedy nie chce mieć dziecka, a antykoncepcja w postaci prezerwatywy zawiodła – np.

Ta tabletka ma takie działanie, że nie dopuszcza do zapłodnienia, a nie jest tabletką wczesnoporonną!

Ta tabletka ratowała życie wielu kobietom, które w wyniku gwałtu mogły zajść w ciążę. Nawet gwałtu ze strony męża!

I chwała medycynie za to, że taka tabletka się pojawiła.

Niestety, ale w obecnej sytuacji kobieta ma długą drogę do uzyskania recepty na tę tabletkę, bo skoro są zapisy do lekarza, to czas działa na niekorzyść kobiety. Może być za późno!

Każda kobieta ma prawo do samodzielnego podejmowania decyzji, czy chce mieć dziecko, czy nie i ta tabletka sprawiała, że kobieta miała jakieś wyjście, ale nie teraz!

Kiedy PiS doszedł do władzy, to mnożą się listy lekarzy z klauzulą sumienia i mnożą się farmaceuci, którzy takiej tabletki nie sprzedadzą i koło się zamyka!

Urodziłam się wcześnie i dobrze, bo w ciążę już nie zajdę, ale współczuję młodym kobietom żyjących w tych czasach, kiedy mają wszystko pod górkę!

To nie jest kraj dla młodych kobiet i martwię się, co z nimi będzie!

Ale to nie wszystko, bo:

Ustawa Katolickich Farmaceutów już w Sejmie. Aptekarz nie sprzeda leku, jeśli to „niezgodne z jego sumieniem”

Stowarzyszenie Farmaceutów Katolickich Polski złożyło w trybie petycji projekt ustawy o klauzuli sumienia dla aptekarzy. Aptekarz może nie sprzedać leku, gdy uzna, że to niezgodne z jego sumieniem. W grę wchodzi także sumienie „właścicieli i wspólników prowadzących aptekę”. Stowarzyszenie lansuje koncepcję „aptek pro-life”, bez środków antykoncepcyjnych

Projekt ustawy jest inicjatywą obywatelską, złożoną w trybie petycji. Oznacza to, że projektu nie musi popierać 100 tys. obywateli i ich podpisy nie muszą zostać dołączone do petycji. Z drugiej strony petycja nie musi zostać w ogóle rozpatrzona przez Sejm. Projekt katolickich farmaceutów został już (26 maja) skierowany do komisji ds. petycji. Zdecyduje ona, czy projektem zajmie się Sejm.

Trudno się dziwić, że wnioskodawcy wykorzystali tę ścieżkę legislacyjną. Pod projektem udało się zebrać zaledwie 14,5 tys. podpisów. A potrzeba 100 tys., by projekt złożyć w trybie inicjatywy obywatelskiej.

 Stowarzyszenie Katolickich Farmaceutów, do którego należy 500-800 spośród ok. 25 tys. polskich farmaceutów, chce, by do siedmiu przypadków, w których aptekarz nie musi wydać leku, dodać jeszcze jeden: „wydanie produktu leczniczego jest niezgodne z sumieniem farmaceuty, technika farmaceutycznego, lub przedsiębiorcy prowadzącego jednoosobową działalność gospodarczą, w ramach której prowadzi aptekę, albo wspólników prowadzących aptekę” (na ilustracji „patronka stowarzyszenia błogosławioną Marię Sagrario, farmaceutka i karmelitanka hiszpańska zamordowana przez komunistów w 1936 roku”).

zobacz siedem przypadków, kiedy farmaceuta może odmówić sprzedaży leku
Katoliccy farmaceuci proponują też, by uzupełnić zapis z ustawy prawo farmaceutyczne: „apteki ogólnodostępne są obowiązane do posiadania produktów leczniczych i wyrobów medycznych w ilości i asortymencie niezbędnym do zaspokojenia potrzeb zdrowotnych miejscowej ludności”. Chcą, by dodać tu wyjątek, że „od tego obowiązku można odstąpić, jeżeli wydanie produktu leczniczego jest niezgodne z sumieniem farmaceuty lub przedsiębiorcy (…) lub wspólników”.

Farmaceuci uznają, że brak takiej możliwości w polskim prawie łamie wolność sumienia, chronioną przez Konstytucję RP. Twierdzą, że farmaceuci są zastraszani i zwalniani z pracy, gdy odmówią sprzedaży środków antykoncepcyjnych lub pigułki „dzień po”. Rysują wstrząsający obraz dyskryminacji: „Nie tylko pracownicy aptek, ale również właściciele aptek, którzy pragną, by ich apteka była prowadzona z poszanowaniem wymogów sumienia są narażani na szykany, prowokacje oraz są przymuszani do dystrybucji środków, które ze swej natury nie służą zdrowiu, ani życiu”.

Wnioskodawcy powołują się przy tym na Konstytucję RP (art. 53), Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych (art. 18), Konwencję o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności (art. 9) i Kodeks Aptekarza RP. Autorzy przypominają opinie Biura Analiz Sejmowych sporządzone na wniosek Jarosława Sellina (20 marca 2011) i Jacka Żalka (10 maja 2012).

Karolina Kędziora z Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego podkreśla, że „dyrektywy unijne, które obowiązują też Polskę, zakazują dyskryminacji ze względu na płeć w dostępie do dóbr i usług, a taka ustawa byłaby formą dyskryminacji. Prawo dotknęłoby szczególnie kobiety z małych miejscowości.

To drastyczne obniżenie standardów w dostępie do dóbr i usług. Poza tym, to nie farmaceuta ma wiedzę dotyczącą stanu zdrowia pacjentki i tego, jakiego leku jej potrzeba, ale lekarz, który wystawia receptę”.

Komitet Bioetyki: farmaceuci nie podejmują decyzji
Na gruncie obecnego prawa nie ma opisuje czegoś takiego jak klauzula sumienia dla farmaceutów. To właśnie autorzy projektu chcieliby zmienić. Komitet Bioetyki PAN uzasadniając swoje stanowisko w sprawie aptekarzy i farmaceutów zaznaczył:

„Wykonywanie tych zawodów (w szczególności realizowanie recept) nie wiąże się z osobistym podejmowaniem czynności, które bezpośrednio godzą bądź stanowią bezpośrednie i realne zagrożenie dla określonego dobra”. Farmaceuta – w odróżnieniu od lekarza – nie podejmuje decyzji o leczeniu, bo zażycie leku pozostaje w gestii pacjenta. Ostatecznie to on podejmie działanie, zgodnie ze swoim sumieniem.

W sprawie klauzuli sumienia dla aptekarzy do Głównego Inspektora Farmaceutycznego pisał w kwietniu 2017 Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar: „Zgodnie z przekazami medialnymi w Polsce pojawiają się apteki nieprowadzące sprzedaży środków antykoncepcyjnych z uwagi na powoływanie się przez farmaceutów w nich pracujących na „klauzulę sumienia”. W mojej ocenie takie praktyki pozostają w sprzeczności w obowiązującym prawem i mogą prowadzić do ograniczenia praw pacjenta do świadczeń zdrowotnych”. Rzecznik poprosił GIF o stanowisko i ewentualne dane o skali zjawiska.

GIF: farmaceuta może odmówić
W odpowiedzi Główny Inspektor Farmaceutyczny stwierdza, że określenie „klauzula sumienia”, które umożliwiałoby odmowę sprzedaży leku, nie funkcjonuje w polskim prawie. Jednocześnie jednak „Konstytucja RP przewiduje jako jedną z najważniejszych i podstawowych wolności gwarantowanych przez ustawę zasadniczą wolność wyrażania swoich poglądów, myślenia czy wolność sumienia. Należy podkreślić, iż wolność słowa, wolność myśli czy wolność sumienia są wolnościami koniecznymi, bez których prawa i wolności człowieka byłyby mocno ograniczone.

Mając na uwadze poszanowanie praw jednostki w świetle ustawy zasadniczej jaką jest Konstytucja, właściwym wydaje się dopuszczenie możliwości odmowy przez farmaceutę sprzedaży leków antykoncepcyjnych powołującego się na „klauzulę sumienia” przy czym przedsiębiorca prowadzący aptekę, u którego taka sytuacja występuje, musi zapewnić sprzedaż produktów leczniczych antykoncepcyjnych przez innego farmaceutę”.

W proponowanym przez katolickich farmaceutów prawie nie ma nawet tej furtki – aptekarz nie ma obowiązku zapewnić klientowi sprzedaży leku np. przez innego farmaceutę.

Konsekwencją nowego prawa będzie nie tylko drastyczne ograniczenie dostępu do środków antykoncepcyjnych, szczególnie w małych ośrodkach, ale także dowolna interpretacja zapisów. „Produkty niezgodne z sumieniem farmaceuty” mogą oznaczać wiele różnych leków, także środki przeciwbólowe, czy leki, które mogą być wykorzystywane jako środki psychoaktywne.

 

https://oko.press/ustawa-katolickich-farmaceutow-juz-sejmie-aptekarz-sprzeda-leku-jesli-niezgodne-sumieniem/

Z pamiętnika starszej lekarki!

 

Wczoraj pisałam, że udałam się powtórnie do lekarza.

Udałam się do dermatologa, gdyż trapi mnie nieprzyjemna wysypka.

Było w poczekalni z sześć osób  i ja byłam w tej kolejce ostatnia.

Lekarka jest gadatliwa i z każdym pacjentem lubi sobie powymieniać myśli i trwa to dość długo, co jest dla mnie denerwujące, ale trudno się mówi i siedzi się w kolejce cierpliwie.

Kiedy przyszła moja kolejka po godzinnym czekaniu, to byłam szczęśliwa, że wchodzę do gabinetu, mając nadzieję, że mnie lekarka nie zagada.

– Dzień dobry – rzekłam.

– Dzień dobry i pytanie jak się nazywam.

– Tak i tak – odpowiedziałam.

– Niech siada – usłyszałam i usiadłam na starej kozetce, bo krzesełka „ni ma” w gabinecie.

Odbywa się szukanie mojej karty i to trwa dość długo. Czekam!

I nagle!

– Wie pani, że mnie opluli w Internecie?

Zrobiłam wielkie oczy i się skupiłam na dalszą opowieść.

– Tak, tak w Internecie napisali, że jestem wiedźmą, niedouczoną, wariatką i to, że biorę łapówki.

Powiedziałam grzecznie, aby się nie przejmowała, bo ludziom się nie dogodzi i tyle.

Chciałam, aby skupiła się na mnie, ale nie!

Przyłożyła rękę do buzi i tak cicho mi opowiadała tą historię, że ja absolutnie jej nie słyszałam i parę razy poprosiłam o powtórzenie.

Spytałam gdzie te wpisy są, to sobie zajrzę i okazuje się, że na FB – „Nie polecam”.

To była znowu dziwna sytuacja u lekarza i tylko się zastanawiam dlaczego takie opowieści padają w kierunku mojej osoby. Chyba wzbudzam zaufanie ha ha.

Oczywiście zajrzałam na FB i faktycznie ludzie pod swoim nazwiskiem zwyzywali biedną lekarkę, a ona mi powiedziała, że chyba całe miasto jej nienawidzi.

Trudno być osobą publiczną w dzisiejszym świecie, kiedy to każdy na każdego może wylać wiadro pomyj.

Wniosek jest taki, że Internet, to jest miejsce gdzie można znaleźć przyjaciół, ale i wrogów, bo ludzie w sieci potrafią być niesamowicie okrutni i wychodzą z nich najgorsze instynkty! 

Smutne to i tylko mnie dziwi, że hejt na lekarkę był w 2015 roku, a Ona wciąż o tym opowiada, ale w zasadzie trudno się dziwić, bo to, co okrutne pamięta się na zawsze.

Komedia, czyli noworoczne zderzenie ze służbą zdrowia!

Wybrałam się dziś do lekarza. Tak od nowego roku mnie przypiliło, a do tego chciałam od lekarza rodzinnego receptę na stałe leki i przy okazji pożyczyć jej wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

Weszłam do przychodni, a tam tłumy!

Nie szkodzi, że zbliżała się godzina 12, a i tak ludzi wciąż przybywało, a najwięcej mam z malutkimi dziećmi.

Miałam się już wycofać, ale ja tak nie lubię psychicznie szykować się do lekarza i w końcu postanowiłam powalczyć.

Kiedy podałam swoje nazwisko i miejsce zamieszkania, to okazało się, że nie ma mojej, grubej, dość karty z całą historią choroby mojego życia. Wsiąkła, a na jej miejsce była wsadzona nówka, bez żadnego śladu moich chorób.

Zrobiło mi się dziwnie, bo takie coś, to tylko na mnie mogło trafić. Zawsze miałam pecha z kontaktami z służbą zdrowia.

Nie dociekałam co i jak, bo ludzie przy recepcji na mnie napierali, a więc odpuściłam, ale będę musiała w lepszym czasie to sobie wyjaśnić, bo nie może być tak, że ginie karta pacjenta!

Usiadłam w poczekalni i czekałam ponad dwie godziny. Doktor rodzinna zarobiona po pachy, a do tego dwa razy wychodziła na dłużej z gabinetu. Trudno – siedzę i czekam cierpliwie na swoją kolejkę.

No i uf! W końcu wchodzę do mojej Rodzinnej. Pytam o starą kartę, ale niczego się nie dowiedziałam. Pani doktor jedzie na nowej karcie. Zwierzam się, że w święta mnie wysypało i cholernie swędzi.

Dostaję więc skierowanie do dermatologa i zlecenie na komplet badań, których dawno nie robiłam, a więc tarczyca i takie tam inne.

Spytałam, że skoro jestem na czczo, to czy pobiorą mi krew na te badania.

Ależ owszem, ale niestety nie owszem, bo mimo braku pacjentów w laboratorium, pani mnie odesłała z uśmiechem i kazała przyjść w następny dzień od 8.30 i tak zabiła we mnie chęć zrobienia wyników od zaraz.

Idę więc do dermatologa. Nie daleko na szczęście, ale gabinet jedynej w mieście dermatolog mieści się w pomieszczeniu wziętym rodem jeszcze z PRL. Brudne lamperie, nie pomalowane futryny, co odstrasza i dziwi. Pomijając jednak wygląd tu zaczyna się komedia.

Zapalam światło, bo nie widzę, co pisze na drzwiach do gabinetu, a pisze, aby wejść do gabinetu na wezwanie lekarza.

Jestem sama w ponurej poczekalni i postanowiłam zapukać. Słyszę, że mam zaczekać i mam zgasić światło!

Okej, gaszę i czekam na wezwanie.

Jestem za minutę wezwana i wchodzę do gabinetu i od razu zauważam, że nie ma krzesełka dla pacjenta, a jednie kozetka oddalona od pani doktor na odległość 1.5 metra.

Nieprzyjaźnie –  pomyślałam sobie i usiadłam na kozetce i tu zaczęła się rozmowa.

– Skądś panią znam – stwierdza pani doktor i dzwoni telefon do pani doktor i to trwa!

Pomyślałam sobie, że ze szkoły podstawowej, bo jesteśmy w tym samym wieku, ale oczywiście tylko pomyślałam.

– Kiedy pani u mnie była, bo wydaje mi się, że niedawno – stwierdziła.

– Nie pani doktor! Jeśli byłam, to jakieś 30 lat temu.

– Aha! Zatwierdziła. Dzwoni telefon do pani doktor i to trwa.

– Proszę pokazać z czym pani do mnie przyszła!

Pokazuję, a pani doktor od razu do mnie!

– Ma pani kota, albo psa?. Dzwoni telefon do pani doktor i to trwa.

– Nie mam już, bo staruszkę trzeba było uśpić z powodu starczej choroby i od dwóch miesięcy nie mam zwierzaka.

I tu się zaczęło!

– Bo wie pani, ale ja nie mam nic przeciwko zwierzakom i nic bym im nie zrobiła, ale wie pani, bo moi sąsiedzi mają psa i ten wyje 24 godziny na dobę i mam po prostu dość. Nie wiem co z tym zrobić, bo wie pani, ale ja zwierzakowi nic bym nie zrobiła, ale gdzieś to muszę zgłosić!

Potem przyłożyła rękę do twarzy i coś mi pani doktor opowiadała, ale tak cicho, że ja na tej kozetce nic nie usłyszałam. W środku wyłam ze śmiechu, kiedy pani doktor mi nawijała, a ja nie byłam w stanie tego zrozumieć.

Z utęsknieniem czekałam na receptę, ale to trwało i trwało i w między czasie rozejrzałam się po gabinecie i zauważyłam dwie, spore szafki, na których były ustawione anioły z porcelany i mówię Wam – kolekcja przednia.

To był dziwny dzień dla mnie i jeśli spotkacie taką panią doktor, dość dziwną – to przebijcie mnie ha ha.

Na szczęście doczekałam się recepty, ale do teraz myślę o tej dość dziwacznej wizycie, bo wyszło na to, że to nie ja z nudów chodzę do lekarzy, ale to pani doktor z nudów zamęcza pacjenta swoimi opowieściami tak po cichu, jakby bała się w gabinecie podsłuchu hi hi.

Polska, to nie jest kraj dla starych ludzi!

Moja Mama trafiła do szpitala. Całe życie się migała od szpitali, ale tym razem żarty się skończyły.

Byłam ją dzisiaj odwiedzić i wiecie co?

Polska to nie jest kraj dla starych ludzi. W Polsce ludzie starzy nie są szanowani, tak w domach, jak i szpitalach.

Pielęgniarki szczególnie brzydzą się starością i robią tylko to, co jest niezbędne i nic ponadto! Wciąż krzyczą, że zarabiają za mało. Uważam, że gdyby zarabiały dwa razy tyle, to i tak by się nic nie zmieniło.

Staruszka, lat 92. 

Leży i tylko mruczy pod nosem z bólu. Nie może samodzielnie zmienić pozycji, gdyż ma bandaże na nogach i jakieś śruby powkręcane.  Widać, że chce się przekręcić na łóżku. Widzi to inna chora staruszka, która zwleka się z łóżka i idzie do pokoju, gdzie siedzą pielęgniarki. Prosi więc o pomoc i naświetla sprawę, ale słyszy tylko, że jest zmiana dyżuru i koniec rozmowy.

Salowa przynosi obiad i stawia go przed inną, bardzo chorą staruszką, która nie może go samodzielnie zjeść – potrzebuje pomocy, bo ręce tak bardzo drżą.

Obiad stygnie! Po jakimś czasie przychodzi pielęgniarka i pyta, czy będzie ten obiad jadła! Staruszka zawstydzona kręci głową, że nie, a więc cały obiad zostaje jej zabrany.

Nikt nie pomyśli o tym, że może by ją trzeba nakarmić. Nikt nie mówi, aby chociaż przełknęła parę łyżek gorącej zupy! Nikt!

Wystarczy wyjść z domu – w przestrzeń publiczną, aby zaobserwować jak to ludzie zdrowi nie potrafią się wczuć w sytuację ludzi starych. Wszystko jest robione na odwal i nie ma w służbie zdrowia za grosz empatii!

Ale znalazła się ludzka istota, która trochę po znajomości podłożyła koc pod prześcieradło mojej Mamie, gdyż łóżka dla starych ludzi są twarde jak kamień, tak jak twarde są serca ludzi w służbie zdrowia.

Powinny być w sprzedaży aptecznej, zestawy do domowej eutanazji! Ileż to by odjęło roboty ludziom służby zdrowia.

Tak sobie szłam i zrobiłam kilka fotek, a w głowie miałam widok szpitala, gdzie ludzie starzy są intruzami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mój medyczny eksperyment

Dobry wieczór. 🙂

 

Dziś chciałam się czymś podzielić z czytelnikami.

Otóż na twarzy pojawił mi się pieprzyk, jak to bywa na stare lata, że coś się pojawia to tu,  to tam.

Była to taka mała kropeczka ledwo widoczna i pewnego wieczora sobie to paznokciem drapnęłam, bo myślałam, że to tylko jakiś strupek.

Zapomniałam do tym i nic się nie działo, ale za pół roku w tym samym miejscu zaczął pojawiać mi się włókniak, który charakteryzuje się, że osadzony jest na szypułce i przy dotknięciu, to się tak trochę kiwało.

Pojawiło się i z czasem zaczęło się rozrastać i lekko swędzić. Brzydko to wyglądało i miałam iść do lekarza z tym, by się tego pozbyć, bo nie podobało mi się to.

Jednak w wypadku takich znamion na ciele zawsze jest strach, czy to czasem nie jest rakowe i chyba każdy, kto ma znamiona się obawia diagnozy, bo i ja się bałam.

Usuwają teraz takie znamiona laserowo i już się miałam rejestrować do lekarza, by to brzydkie zbadał i ewentualnie mi to usunął, bo mąż ponaglał, ale ja:

Przeczytałam w sieci ha ha. Kto się leczy w Google, to wie, że nie powinien, ale trafiłam na poradę i postanowiłam przeprowadzić na swoim, jeszcze żywym organizmie. Tam było napisane, że cudownie można się pozbyć włókniaka smarując go octem jabłkowym.

A więc do dzieła. Smarowałam przez 5 dni wacikiem, delikatnie tym octem do 5 razy dziennie i wiecie co?

Zaczęło się pięknie goić i przysychać, aż w końcu pewnego poranka znikło, bo w nocy odpadło.

Piszę o tym i nie namawiam, ale proszę potraktować to jako ciekawostkę medyczną bez użycia skalpela i lasera, choć oczywiście obserwuję to miejsce,  ale na razie jest okej. 🙂

Uderz w depresję mocno i bezlitośnie – nie czekaj, że sobie sama pójdzie! – Sonda anonimowa!

Dobry wieczór. 🙂

Za oknem pogoda się radykalnie zmieniła i jest zimno, oraz pada deszcz. Ludzie są już ciepło poubierani i ulica się zmieniła na bardziej szarą. Nie ma co się okłamywać, bo czekają nas długie wieczory, a dzień bardzo się skrócił i ciemność widzę już o 19 godzinie.

To jest taka pora, kiedy zamykamy się w sobie i przygotowujemy  na przeczekanie z hasłem – aby do wiosny, a mnie udało się zrobić sporo jesiennych zdjęć, ale może jeszcze się rozpogodzi i będzie okazja zrobić ich więcej.

Trzeba na jesienne wieczory coś dla siebie znaleźć, aby zapełnić długie wieczory i metod są dziesiątki.

Jedni czytają namiętnie książki, inni oglądają hurtowo seriale, a jeszcze inni coś tam swojego tworzą, ale są i tacy, którym ta pora nie służy i wpadają w dołki, chandry i depresje.

Zmierzam do tego, że dziś obejrzałam program wspomnieniowy o dawnym zespole „2+1”, w którym śpiewała prześliczna, a może nawet przepiękna Elżbieta Dmoch.

Tak sobie pomyślałam, że wielka szkoda, że zniknęła tak utalentowana piosenkarka i wpadłam do sieci w jej poszukiwaniu, a to dlatego, że zawsze ludzi ciekawi i mnie też, jak potoczyły się losy naszych ulubieńców z estrady i pierwszych stron gazet.

Pamiętacie z pewnością Elę Dmoch, taką zalotną, śliczną i pełną życia na scenie piosenkarkę, która wraz z zespołem porywała tłumy, a jej piosenki od razu były hitami na naszych ogniskach, wypadach, prywatkach.

Ile dziewczyn chciało tak się czesać i ubierać jak Ela, ponieważ zawsze miała na sobie coś oryginalnego i odlotowego.

Jesień sprzyja stanom depresyjnym, ale w depresję potrafi też wpędzić nieudana miłość, o której teraz się mówi – toksyczna.

Elżbieta Dmoch zakochała się bardzo nieszczęśliwie w liderze zespołu – Januszu Kruku. On zostawił dla niej żonę i dziecko, a sama Ela bardzo młodziutka 17 letnia dziewczyna, oddała mu swoje serce i oddała się tej miłości bez reszty.

Może to był błąd, że rozbiła rodzinę, a może po prostu ulokowała swoje uczucie w niewłaściwym facecie. Janusz był rozrywkowym facetem, lubiącym imprezować, a takie są wspomnienia o tym związku:

 „Drzwi się tam nie zamykały, przyjaciele do nich lgnęli” – wspomina na łamach „Na żywo” Maria Szabłowska. „

Ludzie po kątach Internetu piszą, że Ela z mężem zażywali zbyt wiele narkotyków, a i alkoholu nie brakowało i to mogło być przyczyną rozpadu tego związku.

Pisze się, że Janusz zaczął ją notorycznie zdradzać, a ona nie mogła się z tym pogodzić, bo kochała za bardzo.

Po śmierci męża, który zmarł na zawał, ona jeszcze trochę koncertowała, ale już prawie 20 lat nie ma jej na scenie i usunęła się całkowicie w cień.

A tak pięknie śpiewała, aby pomalował jej świat, a jej świat stał się szaro – bury i paparazzi od czasu do czasu pokazują jej zdjęcia w bardzo niekorzystnej odsłonie.

Ela podupadła na zdrowiu i żyje jak nędzarka. Nie oceniam jej wyglądu, bo jest już panią po 60-tce i widać na zdjęciach, że wycierpiała bardzo wiele. Widać chorobę i widać, że jest całkowicie w innym świecie i wiecie co sobie pomyślałam:

Pomyślałam sobie, że z pewnością jest wśród kobiet, a nawet mężczyzn wiele osób, którzy nigdy nie pogodzili się z rozpadem związków i nie potrafili oddzielić życia prywatnego, od pracy, pasji i nagle wszystko się zawaliło, bo nie potrafili się podnieść i iść dalej.

Bardzo mi szkoda takich ludzi, choć niezbadana się ludzka psychika i pamiętajcie, że jeśli się pojawią takie symptomy:

Objawy depresji:
obniżenie nastroju
złe samopoczucie
ciągłe zmęczenie
brak radości z życia
apatia
drażliwość i lęk
duże napięcie emocjonalne
objawy somatyczne (bóle głowy, brzucha itp.)
zaburzenia snu (bezsenność lub nadmierna senność)
zmniejszenie zainteresowań
mniejszy apetyt
spadek koncentracji
poczucie niskiej wartości
myśli i czyny samobójcze
pesymistyczne myślenie

Nie czekajcie i idźcie do lekarza, bo żaden z objawów nie ma prawa Was trzymać dłużej niż dwa tygodnie. Nie wstydźcie się i ratujcie za wszelką cenę. Jest teraz bardzo dużo nowoczesnej medycyny w psychiatrii i jest tylko kwestia dobrze dobranego leku. Można wyjść z depresji i można z nią żyć, ale trzeba o siebie walczyć z całych sił i tego życzę wszystkim skłonnym do obniżonego nastroju. 

To tyle jesiennych rozważań.

Piszesz mi w liście, że kiedy pada, 
Kiedy nasturcje na deszczu mokną, 
Siadasz przy stole, wyjmujesz farby 
I kolorowe otwierasz okno. 

Trawy i drzewa są takie szare, 
Barwę popiołu przybrały nieba. 
W ciszy tak smutno, szepce zegarek 
O czasie, co mi go nie potrzeba. 

Więc chodź, pomaluj mój świat
Na żółto i na niebiesko, 
Niech na niebie stanie tęcza 
Malowana twoją kredką. 

Czy jest w sejmie lekarz – psychiatra?

Każdy bloger, czy też ktoś, kto pisze swoje teksty na książkę, na portalach społecznościowych, albo w końcu do szuflady stara się pisać w miarę poprawnie. Stara się, aby tekst nie zawierał błędów ortograficznych, gramatycznych i stylistycznych.

Jeśli się trafi, to się trafi, bo jesteśmy tylko ludźmi i może to wynikać z niewiedzy, pomyłki, albo też zwykłej literówki, bo teraz więcej piszemy wszak na klawiaturze. Nie zawsze wyłapiemy swój błąd i to się po prostu zdarza i już.

Jest jednak taka kwestia, że jeśli nam się zdarzy postawić byka na klawiaturze, to jeśli ktoś nam zwróci uwagę, to z pokorą się do błędu przyznajemy. Poprawiamy i co najważniejsze – kodujemy w głowie i zaklepujemy, aby na przyszłość ustrzec się takiej gafy.

Pamiętam swoje przejście do innej szkoły, w innym mieście, a była to pierwsza klasa. Od razu trafiłam na dyktando i narobiłam tyle błędów, że moja kartka była cała czerwona. Nauka w początkowej klasie była w tyle, a więc miałam po prostu braki. Zawstydziłam się i to pamiętam jak dzisiaj. Obiecałam sobie, że będę się starała nie robić błędów i to było moje dziecięce postanowienie.

Oczywiście, że nie raz się złapię na byku, choć Google podkreśla.

Dzieci teraz więcej  piszą na klawiaturach komputerów, albo telefonów i uważam to za zły kierunek, bo już mało kto potrafi pisać pięknie i ładnym charakterem pisma, tak jak to dawniej bywało przy pisaniu ksiąg ręcznie.

Ale kochani do rzeczy. Otóż posłanka Krystyna Pawłowicz napisała w sieci wziąść, zamiast wziąć i kiedy Internauci wychwycili błąd, to posłanka Pawłowicz pochodząca z rodziny szlacheckiej jak zwykle przystąpiła do ataku i jak to w jej stylu, napisała taki oto tekst.

Oryginał:

 

Takiego niechlujstwa już dawno nie czytałam w sieci. Proszę zwrócić uwagę na przecinki, na spacje i zdania bez składu i ładu. Nie chce mi się wierzyć, że pisała to na trzeźwo,  bo przecież jest profesorem czegoś tam. Jestem zniesmaczona, że w moim kraju ta pani jest na liście wyborczej. Jestem zniesmaczona ogólnie tą panią, która w sejmie podczas obrad konsumowała jakąś tam sałatkę na oczach innych posłów i telewidzów. Jestem zniesmaczona, że tacy ludzie za chwilę będą dzierżyć władzę w Polsce.

Czytam wiele tekstów na Facebooku, bo czytam pięknie posługującego się mową ojczystą – Jacka Pałasińskiego, którego teksty są dopracowane i logiczne i bez awantur politycznych. Czytam Krystynę Jandę i czytam Palikota, ale w ich tekstach jest tekst, a nie mowa trawa, aby tylko komuś dowalić i to jeszcze z błędami w języku polskim.

Taka jest mentalność Pis-u, że nie potrafią się przyznać do błędów i idą w zaparte, a mnie się to nie widzi i nie podoba. Nie szanuję takich ludzi, a Krystyna Pawłowicz jest nieukiem, a nie żadną posłanką i szlachcianką!