Archiwa tagu: Mama

Dzień Babci – Dzień Dziadka!

 

Obraz może zawierać: ekran

Jestem padnięta i lecę na pysk, ale lubię te swoje wieczorne godziny, kiedy mogę coś napisać na moim blogu – odpoczywam tak!

Wiele godzin z chorą Mamą i napiszę niestety, że nie urodziłam się pielęgniarzem, czy też pielęgniarką.

O ile mogę opiekować się podając chorej pić, nakarmić, podać leki, poprawić poduchy, okryć ciało, aby nie marzło, to sprawy higieniczne mnie przerastają i tu biję się w piesi, że wówczas potrzebuję pomocy.

Wiele godzin z chorym wysysa energię i wypala i by nie zwariować towarzyszy mi laptop, aby sobie zapełnić ten czas – pomiędzy, ale i gapię się przez okno i dziś zauważyłam, że moje miasto tonęło w słońcu!

Obraz może zawierać: drzewo, niebo, roślina, na zewnątrz i przyroda

Tyle razy tu pisałam, że Mama umiera, ale to jest często tak zgubne, bo o dziwo na drugi dzień, kiedy minie kryzys – kolejny, to Mama ożywa i doprawdy nie wiemy jak to sobie tłumaczyć!

Jest silna jak koń i ma chyba bardzo mocne serce, które wytrzymuje to wielomiesięczne leżenie w łóżku.

Laptop pomaga mi znieść te chwile i dyżur z Mamą, bo można w sieci przeczytać coś ciekawego, co zastanawia i tak:

Jestem babcią trójki Wnuków i uważam, że jestem normalną babcią bez wydziwiana i skakania nad Wnukami i pozwalania im na wszystko.

Staram się być babcią mądrą, tak jak i mój Mąż jest dziadkiem i traktujemy nasze Wnuki wydaje mi się z szacunkiem, ale bez tego, nadmiernego, dziwnego ich gloryfikowania, jakbyśmy traktowali Wnuki lepiej, aniżeli swoje Dzieci, które mają już swój świat i swoje życie.

Oboje kochamy Wnuki ogromną miłością, bo w końcu w nich płynie i nasza krew, ale bez tego wariactwa, że Wnukom wolno więcej, aniżeli kiedyś naszym Dzieciom!

Może zechcecie się odnieść do poniższego tekstu!

„Dlaczego nie byli tacy, gdy byłam dzieckiem?”. O wspaniałych dziadkach, którzy byli kiepskimi rodzicami.

Byli kiepskimi rodzicami, ale są za to wspaniałymi dziadkami. Tak się przynajmniej wydaje. Za wnukami skaczą, biegają po schodach, bawią się godzinami, na zawołanie robią ulubioną zupkę. Nigdy nie byli tacy dla swoich dzieci. Dlaczego? Czy coś się w nich zmieniło? Jak rozumieć to mają ich dzieci, dziś dorosłe i samodzielne.

Zmieniła się ich miłość
Przytulają, bawią, kołyszą – wcześniej nigdy takie nie były. Baśka codziennie odbiera swoją córkę Julkę od dziadków po pracy. Widzi, jak robią dla niej wszystko, widzi sceny, o jakich marzyła w dzieciństwie. Czuje, że jej rodzice odkryli w sobie potencjał do bezgranicznej i bezwarunkowej miłości. Teraz – wcześniej byli zapracowani, wściekli, głośni i surowi.

Jak patrzy na swoich rodziców dziś, ściskających trochę nawet za mocno jej dzieci, ma mieszane uczucia. Myśli: „Istne szaleństwo. Gdzie oni byli, jak ja byłam dzieckiem? Właśnie tego potrzebowałam! W zamian miałam listę oczekiwań i tonę krytyki. Szkoda, bo na lata podcięło mi to skrzydła”. Ta myśli uparcie do niej wraca, za każdym razem od momentu, gdy wchodzi do rodzinnego domu po swoje dziecko.

Znam niejedną taką historię. I zawsze, gdy ich słucham, zastanawiam się, czy zmieniają się ludzie, czy zmieniają się okoliczności. Zapewne to i to. A o trafną odpowiedź nie łatwo, szczególnie w kwestii miłości. Choć tu nie powinno być wątpliwości – zasługiwać na miłość nie trzeba, a wyrażana wprost daje potężną siłę.

Dla niej nigdy taki nie był
Znam też historię kobiety, której ojciec podnosił na nią rękę w dzieciństwie, dzisiaj słodko biega za gromadką swoich wnuków. Jak to rozumieć? W pamięci ciała ma rany, które zostaną na zawsze. Sceny rodzinne rodzą w niej złość, niesprawiedliwość i nieporozumienie. Bo oto skrzywdził własne dziecko, a zmagazynował energię, pokłady cierpliwości i miłości dla przyszłych pokoleń. Może dopiero teraz dowiedział się, czym jest miłość? Może to rodzaj zadośćuczynienia za niewłaściwe ojcostwo? Może odczuł, że zeszła z niego presja bycia twardym mężczyzną, pracującym na dom? – Jak to rozumieć? – pyta dzisiaj kobieta psychologa.

Można zastanawiać się długo, dlaczego nie byli takimi czułymi, bezwarunkowo kochającymi rodzicami, jak są dzisiaj dziadami. Odpowiedzi pewnie będą różne, w zależności od rodziny i jej historii. Większość z nich jest bolesne i rodzą wściekłość. Szczególnie wtedy, gdy dziadkowie bezmyślnie rozpieszczają, wchodzę w rolę matki czy ojca – Teraz? Trochę za późno – myślisz.

I żeby była jasność – dziadkowie są ważni i potrzebni. Potocznie mówi się, że są od rozpieszczania, ale to tak powierzchowne. Przekazują wartości i doświadczenie – słowem, gestem, postawą. Nawet jeśli są naturalnymi nauczycielami historii i tradycji.

Miłość przyszła, ale po latach
Kluczem jest akceptacja dla tego, co było i co jest. Przeszłości nie zmienimy, a jeśli dziś nasi rodzice”dorośli” do miłości, powinniśmy się cieszyć, choćby przez łzy. Może to dobry powód do zadowolenia, że w ogóle dotarli do takiego momentu. Akceptacja bez żadnego „ale” może więcej dać niż zabrać – to bardziej niż pewne. W życiu wielu rzeczy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jedną z nich jest właśnie budowanie bliskości i rozwój relacji. Jeśli jest to miłość do wnucząt, ale też do dzieci po latach – może warto się uśmiechnąć, że przyszła, nawet jeśli dopiero teraz. Bez pretensji o to, co za nami – tak będzie lepiej.

Jakie wy macie obserwacje na temat relacji dziadków z wnukami? Jacy są wasi rodzice? Podzielcie się doświadczeniami.

https://mamadu.pl/140647,bledy-wychowawcze-dziadkow-sa-lepszymi-dziadkami-niz-rodzicami

Reklamy

Mój ciężki dzień!

 

Obraz może zawierać: kwiat, roślina i w budynku

14 stycznia 1932 roku w Łodzi urodziła się moja Mama.

Dziś skończyła 87 lat i jest tak chora, że prawie od dwóch lat leży w łóżku z różnymi stanami świadomości, bo raz zapada się w nicość, a na drugi dzień jest lepiej i tak od roku czasu.

Od tygodnia zastanawiałam się, co mam Jej kupić na Urodziny przypadające na dziś, bo przecież nie kupię Jej bibelotu, perfum, droższego kremu, wazonu, bo to wszystko nie jest Jej potrzebne przecież.

Oczywiście mogłabym kupić Jej paczkę pampersów, ale jakie to by było prostackie z mojej strony.

Myślałam i wymyśliłam, że sprawię Jej cudnego storczyka, takiego rasowego, oryginalnego, bo nawet kiedy Mama umrze, to zostanie on w domu mojej Siostry jako pamiątka po urodzinach Mamy.

Naprawdę nie miałam innego, sensownego wyjścia z tej, jakże trudnej dla mnie sytuacji.

Z osobami chorymi tak jest, że trudno się z Nimi rozmawia i trudno im sprawić prawdziwą przyjemność, ale mi się chyba udało, bo Mama była świadoma i się ucieszyła.

Kiedy byłam u Mamy, był włączony telewizor i nagle na pasku przeczytałam, że Prezydent Gdańska – Piotr Adamowicz nie żyje – wbiło mnie w podłogę, bo chyba wszyscy mieli nadzieję, że po ataku nożem podczas światełka do nieba wczoraj – uda się go uratować.

Niestety, ale rany były tak agresywne, głębokie, że najlepsi lekarze nie dali rady.

Dzisiaj, oni z tego PiS-u modlą się i łączą w modlitwie z Rodziną, a przecież, to oni wprowadzili język nienawiści do przestrzeni publicznej i to oni obstawieni są Policją w tysiącach, a odmówili udziału jej w WOŚP, tak samo zabronili Straży Pożarnej.

Tak bardzo nienawidzą Jurka Owsiaka, że nie zabezpieczyli Orkiestry jako masowej imprezy, bo zalał ich jad i zostały złamane procedury.

Spowodowali to, że teraz trzeba się Policji kłaniać, aby zechciała w ramach swoich obowiązków dbać o bezpieczeństwo Obywateli i do tego robią oszczędności na zabezpieczaniu Narodu.

Pamiętam sesje w Sejmie pełnych agresji za rządów tego nierządu, kiedy opozycji wyłączane są mikrofony. Kiedy Kuchciński upomina, że proszę nie pokrzykiwać, albo na dyskusję daje się 30 sekund i mam pytanie – czy to nie jest arogancja władzy?

A może posłanka Pawłowicz nie sieje hejtu?

Wpisy Krystyny Pawłowicz

A może sobie przypomnimy jak Tarczyński  obrażał opozycję i Polaków, albo Kaczyński jak grzmiał z trybuny o mordach zdradzieckich, które zamordowały mu brata!?

Zasiali ziarno i teraz zbierają plony, że został zabity na oczach Polski Prezydent Gdańska, a wszystko dlatego, że PiS podzielił Polaków na sorty!

Oby ich koniec nadszedł szybko, bo co się jeszcze musi wydarzyć, aby odsunąć hejterów od władzy?

Płaczę cały dzień, siąpię i jest mi tak strasznie źle i smutno.

Cały świat zauważył ten mord, a do tego jeszcze doszło to, że Jurek Owsiak rezygnuje z przewodnictwa w Wielkiej Orkiestrze i tego na dziś było dla mnie za dużo!

Chwile czekania

By nie poddać się chwilom zwątpienia, 
aby w stronę rozpaczy nie skręcić, 
by nie umrzeć z rozgoryczenia
trzeba wierzyć tej oto sentencji:

Najpiękniejsze jest to, co przed nami, 
co nam przyjdzie dopiero przeżyć, 
co się zjawi z nowymi wiosnami, 
by nam życie cudownie odświeżyć.

To co było i jest, bardzo boli, 
targa nerwy i wzrusza sumienie, 
więc – by zdrowie psychiczne uchronić – 
najpiękniejsze trzeba mieć w rezerwie.

Najpiękniejsze dopiero nadejdzie – 
może rok, może dwa, może dziesięć – 
tak się trzeba pocieszać mizernie, 
gdy bez przerwy przedwiośnie lub jesień !

Najpiękniejsze są dni, które będą, 
założenie to nic nie kosztuje, 
borykając się z biedą codzienną, 
niech się każdy, jak umie, oszukuje.

I tej racji nie wolno nikomu 
kwestionować, negować, przesłaniać.

Najpiękniejsze jest to, co przed nami, 
najtrudniejsze są chwile czekania…

Jan Kaczmarski

Gdańszczanie zabito Wam Prezydenta.

Nigdy nie oddajcie miasta, w którym się urodziłam PiS- owi!

Obraz może zawierać: noc, tłum i na zewnątrz

 

Wchodzić w Nowy Rok – 2019

 

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Nigdy nie robiłam z wejściem w Nowy Rok żadnych postanowień, bo znając siebie żadnego bym nie dotrzymała, a więc po co się katować!

Dziś pierwszy raz od dwóch lat się spłakałam, kiedy moja Mama leży w łóżku jak warzywo.

Przepraszam, że ja tak ciągle o tym, ale zdałam sobie sprawę z tego, że te dwa lata Jej choroby upłynęły mi na pstryk palcami i wszystkie dni mi się zlały w jeden dzień i stanowią jedną całość, a nie żaden miks przeżytych dni.

Przepraszam, że wypłakuję się Wam w rękaw, ale tak naprawdę mogę tylko na blogu się wykrzyczeć i opisać swoje emocje związane z chorobą Matki.

Ludzie się cieszą z nadejścia Nowego Roku, a ja jestem jednym wielkim smutkiem, bo w każdej chwili Mama może umrzeć, a więc takie czekanie jest bardzo wyczerpujące i wyniszczające.

Kiedy rano ktoś do nas zadzwoni, to umieram, bo może to być decydująca wiadomość i tak jest przez cały dzień, kiedy wsłuchuję się w telefon.

Uspokoję się wówczas, kiedy Mama odejdzie, bo to ciągłe napięcie mnie zabija i nie potrafię się cieszyć ze zwykłych, codziennych zdarzeń.

Sprzątam w napięciu, gotuję w napięciu, odpoczywam w napięciu i wciąż towarzyszy mi potężny stres, powodujący arytmię serca i rozdrażnienie.

Im jestem starsza, tym mniej mnie cieszy Sylwester i wchodzenie w Nowy Rok, bo zdaję sobie sprawę z tego, że ten Nowy Rok jest wielką niewiadomą i może stać się wszystko!

Mogę ja się rozchorować, albo mój Mąż, bo nie jesteśmy już młodzieniaszkami.

Moja Teściowa też już wiekowa i może być różnie, albo nie daj Boże może stać się coś złego moim bliskim!

Wiem, sama się nakręcam, ale każdy nowy dzień niesie niespodzianki nie zawsze przyjemne i nie zawsze optymistyczne.

Piszę właśnie o dziwnym dniu jaki przeżyłam tuż przed Wigilią!

Zadzwoniła do mnie koleżanka, której nie widziałam 25 lat, bo była w Ameryce.

Wróciła do Polski i przypomniała sobie o mnie.

Spotkałyśmy się i wydawało się, że jest mi życzliwa, tak jak kiedyś.

Zadzwoniła z życzeniami wesołych świąt i nagle spytała, co u mnie!

Odpowiedziałam, że mam chorą Mamę i te święta absolutnie mnie nie cieszą i nagle ona się rozłączyła nie z powodu braku zasięgu, bo oddzwoniła i skończyła swoje życzenia!

Nie chciała słuchać przykrych wiadomości – przygnębiających i dlatego jest tak, że swoje bolączki zatrzymuję dla siebie, bo ludzie chcą żyć w świecie tylko dobrych wiadomości i nie lubią cudzych opowieści o tym, że coś ich trapi i spędza sen z oczu.

A teraz coś innego w temacie balów Sylwestrowych, bo pasuje świetnie do mnie!

Sylwestrowe porady Michela Houellebecqa:

„Wystarczy zaplanować zabawę, aby mieć pewność, że się człowiek śmiertelnie wynudzi. Kilka poniższych rad powinno pozwolić na uniknięcie najgorszego:
– Z góry mieć świadomość, że zabawa skończy się fiaskiem. Przypomnieć sobie przykłady poprzednich porażek. Pogodzenie się ze zbiorową katastrofą, pokornie i z uśmiechem, może pozwolić na sukces, przekształcając nieudaną zabawę w banalnie przyjemne przeżycie.
– Zawsze zakładać, że będzie się wracać taksówką i samotnie.
– Przed zabawą: napić się.
– Podczas zabawy napić się, ale zmniejszając dawki. Lepiej we właściwym momencie wziąć pół pastylki lexomilu. Można się spodziewać szybkiego zapadnięcia w drzemkę, co jest stosowną chwilą to wezwania taksówki. Dobra zabawa to krótka zabawa.
– Po zabawie zadzwonić z podziękowaniami.
I na koniec pocieszająca perspektywa: wraz z wiekiem mija poczucie obowiązku zabawy, a zwiększa się potrzeba samotności. Prawdziwe życie bierze górę”.

Cytat dzięki Justyna Sobolewska
(Interwencje 2, przeł. Beata Geppert)

Do siego roku wszyscy, którzy tu zabłądzili, a poznaliśmy się dokładnie rok temu, kiedy na WP przeniosłam mojego bloga!

Cieszę się, że Was poznałam i dziękuję za komentarze i wspólną konwersację!

I jeszcze chcę napisać, że w każdego Sylwestra i przed – cierpiałam z moją suczką, której nie ma już z nami dwa lata, ale każdy Sylwester był dla niej traumą mimo środków uspokajających.

Tylko durnie i pajace odpalają race!

Obraz może zawierać: w budynku

Chcę jeszcze napisać, że ten Nowy Rok będzie fatalny dla polskiej polityki i na ulicę wyjdą wszystkie grupy społeczne i będą domagać się swojego, ale co ja tam wiem!

Dziś dotarła do Polaków wiadomość, że narodowiec dostał stanowisko w Ministerstwie Cyfryzacji, a to oznacza, że mogą nam zamknąć portale społecznościowe!

Obraz może zawierać: 1 osoba, tekst

Podsumowanie mijającego roku!

Podobny obraz

Życzenia

Idź Nowy Roku… 

tak mówi Rok Stary i znika…

z łezką w oku. 
Z ostatnią kartką kalendarza zerwijmy złe nastroje, 
zapomnijmy o wszystkich nieudanych dniach, 
przekreślmy niewarte pamięci chwile
 i wejdźmy w Nowy Rok

 jak wchodzi się na najwspanialszy bal świata!

Tego życzę bywalcom mojego bloga:))

Jaki był dla mnie, ten mijający rok?

Nie mógł być dobry, kiedy Mama kolejny rok przeleżała w łóżku z różnymi stanami, koło której wciąż trzeba chodzić i się opiekować, a to jest coraz większym wyzwaniem.

Umierała w jeden dzień, a na drugi zmartwychwstała  i tak było wiele razy ku naszemu zdumieniu.

Nie powinno się tak umierać przez – już 26 miesięcy, bo wszyscy padli na pysk i żyjemy w wiecznym stresie, gdyż z dnia na dzień trzeba pokonywać tytaniczną robotę.

Nawet nie wiem kiedy mi z przed nosa uciekły te dwa ponad lata, bo każdy dzień podobny jest do poprzedniego, a więc ciągła gotowość i wysłuchiwanie telefonu, bo trzeba pomóc, zastąpić, wziąć dyżur.

W pewnym momencie wysiadłam na maksa i ogłosiłam, że nie dam rady, że potrzebuję kilka dni na odpoczynek, wyciszenie i uspokojenie mojego skołatanego serca.

Musiałam to ogłosić, bo bym umarła prędzej niż moja Mama, gdyż nawet tabletki na serce przestały działać, a moja nerwica odezwała się na nowo.

Podobno wszystko jest po coś na tym świecie i w naszym życiu, ale nie umiem sobie wytłumaczyć tego, że po co Mama tak nas katuje i nie chce spokojnie odejść, abyśmy wszyscy odzyskali swoje życie, a do tego sądzę, że ta Jej katorga nie pogodzi zwaśnionych!

Spytałam Męża, czy mógł by się bawić na balu Sylwestrowym, a On mi odpowiedział szczerze, że w obliczu chorej, mojej Matki jest to wykluczone i ja tak samo uważam.

Nasi, starsi znajomi i odrobinę młodsi, będą balować, a my będziemy w domu, bo na żadne tańce nie mamy ochoty.

Nie mamy ochoty w obliczu umierania skakać do melodii –  te oczy zielone, czy ona tańczy dla mnie!

Mój Mąż pomagał w oporządzeniu mojej Mamy ze śmierdzącego i za to Mu bardzo dziękuję i podziwiam  za to, że co wieczór idzie ze swoją Mamą – staruszką na spacer, która jest po zabiegu na sercu.

Oboje, my starsi już ludzie uwikłani jesteśmy w starość 20 lat później i musimy na co dzień zmagać się z chorobami naszych Matek, ale jakie mamy inne wyjście?

Za chwilę i aż się boję sobie wyobrażać, kiedy to my będziemy potrzebowali pomocy ze strony naszych Dzieci i co one postanowią w razie naszej niedołężności?

Może oddadzą nas do domu seniora, a może do hospicjum – któż to wie?

Wciąż piszę na moim blogu, że każdy chory, nieuleczalnie powinien mieć prawo do eutanazji na swoje, wyraźne życzenie – koniec i kropka.

Ja sobie nie życzę, aby moje Dzieci uprzątały spode mnie to śmierdzące!

W obliczu tego, co nas z Mężem dotyka, rozmawiamy dość często o przemijaniu i mój Mąż pracoholik podkreśla, że jeśli nie będzie mógł pracować, to umrze z nudów, zgorzknieje i zdziwaczeje, a ja będę miała z Nim nie lada kłopot i już się boję takiego stanu!

Odchodząc od trosk z umieraniem chcę też podkreślić, że ten rok był fatalny dla naszej Polski.

Ludzie, którzy teraz rządzą krajem, to wyjątkowi kłamcy, dranie i może w następnym roku w Polsce coś się takiego stanie, że Polacy przejrzą na oczy i pokażą im czerwoną kartkę!

Na Twitterze przeczytałam dość ciekawy wpis, bo:

Z Twittera wzięte!

Jack‏ @zKaszebe

Coraz częściej nachodzi mnie perwersyjna myśl by w wyborach parlamentarnych zagłosować na PiS. Niech wygrają i zmierzą się z kryzysem gospodarczym, drożyzną, wzrostem bezrobocia, strajkami itd. Będzie ciekawie i będzie się działo.

Może Wigilia przyniesie wybawienie!

Znalezione obrazy dla zapytania rak choroba

Obudziłam się dziś już o 6 rano, cała zdrętwiała i zdenerwowana.

Bosze zaraz przyjdzie czas szykować święta, a ja trochę jestem w lesie – pomyślałam.

Poranna kawa i myślę, co muszę zrobić na teraz, już, szybko, bo telefon noszę ze sobą po całym mieszkaniu, aby usłyszeć wezwanie do zmiany pampersa.

Spokojnie – gadam do siebie, że w takiej sytuacji niech szlag trafi te święta, kiedy Mama leży na łożu śmierci i ważniejsza jest opieka nad Nią, aniżeli te cholerne kurze i niedoróbki w domu.

Niech szlag trafi listę zakupów na kartce dla Męża, aby pomógł mi zgromadzić potrzebne produkty.

Spinam się i robię listę zakupów, a potem zmuszam się do zmiany pościeli, bo choć nie brudna, to wypada na święta.

Kiedy mam już wszystkie zakupy w domu, to wcale się nie uspokajam, bo czekam na telefon i jest!

Trzeba przyjść, bo znowu, a więc zakładam byle jakie laczki, zarzucam kurtkę  –  lecę i o bogowie szczęście, że jest blisko.

Okej udało się z pomocą założyć leżącej pampersa po uprzątnięciu i na nowo mogę myśleć, co mam jeszcze do zrobienia.

Na szybko pucuję witrynki, gdzie zgromadzone są jakieś kieliszki do wina, miseczki, talerzyki  – uf, ale wciąż gapię się na telefon i znowu jest!

Lecę na złamanie karku, bo nie chcę, by Mama leżała w nieczystościach.

Podnosimy ją pewnym sposobem, aby umyć, co trzeba i podłożyć tego cholernego pampersa.

Nie jest łatwo, bo nikt z nas nie jest pielęgniarzem, ale musimy temu podołać, a ja się spieszę, bo każdy ruch budzi u Mamy ogromy ból, a mnie się ręce trzęsą, aby szybciej ułożyć ją w normalnej pozycji.

Mama krzyczy, że wszystko Ją boli, ale nie możemy już delikatniej, choć się strasznie staramy.

Po zmianie pampersa wróciłam do domu na drewnianych nogach i z bolącym kręgosłupem  padłam na kanapę kompletnie bez sił, a tu za 15 minut telefon, że znowu!

Lecę choć serce wali jak młot. Zmieniamy pampersa, który się rozdarł, a więc na nowo przekładamy Mamę i próbujemy powtórnie, a za 10 minut trzeba było zrobić to jeszcze raz.

Karmię Mamę lekką zupką ciesząc się, że zjadła 10 małych łyżeczek, bo od trzech dni nie chciała nic jeść, bo nam odleciała.

I tak nagle słyszę – wrzućcie mnie do Wisły i zaczęła płakać.

Wygłaskałam, wycałowałam, ale kurwa, nigdy nie zapomnę tych łez w tych bladych oczach, pozbawionych blasku!

My 60 – latkowie mający swoje schorzenia, w czwórkę z pomocą młodszej osoby, a więc jest nas piątka tego umierania mamy po kokardy, ale walczymy!

Może Wigilia przyniesie wybawienie!

 

 

Śmierć jest wybawieniem!

Kto mnie czyta, to wie, że mamy chorą Mamę na raka i ten zrozumie skąd u mnie na blogu poniższy tekst – zresztą bardzo mądry, znaleziony w sieci!

25 miesięcy minęło właśnie od diagnozy rak  i oto dziś nasza Mama już nic nie rozumie, co się w koło Niej dzieje. Nie reaguje na żadne bodźce i zdaje się, że oto jest w agonii.

Nigdy nie byłam świadkiem odchodzenia, a dziś widziałam ten moment w oczach mojej Mamy i zdaje się, że to kwestia kilku godzin, kiedy Mama nas opuści.

Jakie to przykre, że nagle przestaje reagować i jest w swoim, własnym świecie, do którego my żyjący już nie możemy wejść.

Artykuł znaleziony w sieci sprawił, że sama już wiekowa, zrozumiałam, że śmierć jest wybawieniem od doczesnych trosk i problemów, oraz choroby.

Nie wiem po co ludzie tak ze sobą walczą, kłócą się, nienawidzą, walczą o pieniądze, o luksusy, oszczędzają, kiedy wszystko kiedyś się sprowadzi do jednego – do śmierci i to jest nieuniknione.

Nikomu nie zapłacimy, aby żyć dłużej, bo pani  ‚Śmierć” rozdaje wszystkim po równo, choć często niesprawiedliwie. Taka ona jest!

Nagle kończy się to wszystko i zamyka w słowach – odejście z tego świata!

Jest to smutne dla tych, którzy żyją, ale jest wybawieniem dla chorego, leżącego kilkanaście miesięcy w łóżku.

Przeczytajcie poniższy artykuł, bardzo mądry i rozważny, a ja po jego przeczytaniu nie boję się śmieci!

Nie płaczę, że Mama odchodzi, bo jestem piekielnie zmęczona codzienną opieką i padam na pysk.

Z pewnością emocje straty się pojawią, ale to nastąp,i kiedy Mama spocznie w zimnej ziemi!

Znalezione obrazy dla zapytania śmierć

– Człowiek w trumnie powinien wyglądać jak… – młoda dziewczyna opowiada o pracy ze zmarłymi.

Boi się pani zmarłych? Agnieszka Sieluk: – Żywych trzeba się bać, bo zmarły nikomu krzywdy nie zrobi. Ale wierzę w duchy. Na razie jednak żadnego nie spotkałam, choć codziennie chodzę po ciemku przez cmentarz.

6.30, jeszcze ciemno. Agnieszka wysiada z pociągu. Do Zielonej Góry jechała z Bytnicy. Żeby dotrzeć na czas, jak zwykle wstała o 4.00. Po drodze rozmyślała o ojcu. Ma 52 lata i jest ciężko chory. Agnieszka wie, że ratunku nie ma i że któregoś dnia odejdzie. Na TAMTĄ STRONĘ. Już do tej myśli przywykła. Zresztą o śmierci rozmawiali nieraz. Agnieszka wie, że ojca pochowa bez butów. Bo takie jest jego życzenie. Wcale nie dziwne. W życiu najbardziej uwierały go buty, więc na TAMTĄ STRONĘ chce przejść boso.

Przed 7.00, ciągle ciemno. Agnieszka przechodzi wzdłuż grobów. Większość tonie w białym puchu, na niektórych palą się znicze… Na nowym cmentarzu drzew niewiele, więc groby leżą jak na dłoni. Kilka chwil później, Agnieszka już w swoim „gabinecie”.

Biurko stoi w sali między chłodnią a miejscem przygotowań. Wszystko tu metalowe i srebrzyste: szafki, stoły… – Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła przeprowadzać sekcje zwłok – pokazuje na stół, który stoi koło biurka i wygląda jak sito. W sali przygotowań w foliowym worku ktoś już na Agnieszkę czeka. To kobieta, która zmarła ze starości. Wychudzona, w bawełnianej koszuli, pampersach. Ma zamknięte oczy i otwarte usta. – Spokojną miała śmierć, choć na pewno cierpiała z bólu, bo musiała chorować… – Agnieszka zakłada fartuch i gumowe rękawiczki. Bierze na ręce drobną kobietę i przekłada na stół. Rozbiera, pod głowę kładzie wałek, odkręca wodę, obmywa ciało, myje włosy..

  • Nie boi się pani zmarłych? – A dlaczego? To żywych trzeba się bać, bo zmarły przecież krzywdy żadnej mi nie zrobi. Ja ich w pewnym sensie przywracam nawet do życia. Bo człowiek w trumnie powinien wyglądać tak, jakby przed chwilą zasnął. I jakby za chwilę chciał wstać i coś powiedzieć. Sport mnie zahartował Agnieszka ma 21 lat, 180 cm wzrostu i kasztanowe włosy. Jest ładna, serdeczna i przyjazna. Dużo ciepła z niej bije i dużo mądrości. W miejskim zakładzie pogrzebowym pracuje przy zmarłych od półtora roku. W Gorzowie skończyła kurs tanatokosmetyki, czyli pośmiertnej toalety. To tam pierwszy raz w życiu ubrała i umalowała kobietę. I tam doszła do wniosku, że ta praca jej odpowiada. – Miałam świetnych nauczycieli – podkreśla. Dwa miesiące temu skończyła we Wrocławiu kurs techniki sekcji zwłok. Wydała na to majątek. Taki kurs zrobiło w Polsce zaledwie kilka kobiet.

  • Ja pani nie rozumiem. Taka młoda i zamiast garnąć się do życia, obcuje ze zmarłymi. To coś nienormalnego… – Ależ ja kocham życie! Za kilka miesięcy wychodzę za mąż! Jestem optymistką, lubię żartować, cały świat widzę w kolorach i z każdej złej sytuacji zawsze wyciągnę coś dobrego. Na co dzień chodzę w sukienkach, zakładam szpilki, lubię nosić tipsy… A obcowanie ze zmarłymi to moja praca. Taka, jak każda inna. – No, przepraszam, ale co w tej pracy może być fascynującego? – Powiem inaczej: od dawna fascynuje mnie kryminalistyka. Myślałam o tym już w ogólniaku w Sulęcinie. Moim marzeniem jest praca w policji kryminalnej. A tam wiadomo, ze zmarłymi ma się do czynienia często. Pomyślałam, że zanim podejmę ostateczną decyzję, najpierw ten kontakt muszę doświadczyć na własnej skórze. I teraz już wiem, że w kryminalnej mogę pracować, bo zmarli mnie nie przerażają.

  • Skąd w pani tyle życiowej mądrości, tyle dojrzałości… – Sport mnie zahartował. Już w podstawówce zaczęłam trenować pchnięcie kulą i rzut młotem w klubie Ilno Torzym. Dwa razy byłam mistrzynią Polski młodzików w kuli, raz wicemistrzynią, dwa razy zdobywałam srebrny medal w młocie… Trzy lata temu w wypadku samochodowym zginął mój trener Ryszard Pluta, wtedy zostawiłam sport. Łamanie kości to stereotyp Agnieszka przekłada staruszkę na drugi stół. Ręcznikiem wyciera ciało, suszarką suszy włosy… Z torby wyjmuje brązową garsonkę, białą bluzkę, czarne buty, rajstopy… Ubranie dostarczyła rodzina. Teraz Agnieszka będzie szykowała kobietę do trumny. – I będzie pani łamała zmarłej ręce? – Zaraz się pani przekona… No i sama pani widzi, że łamanie kości to stereotyp. Ręce i palce bez problemu się zginają. O, proszę…

Agnieszka wkłada staruszce majtki, rajstopy, potem bluzkę, spódnicę… – A wychyliła pani łyk koniaku, przed tym… no… hm… wie pani, o czym myślę… – Przecież pani widziała, że nie. To kolejny stereotyp. Może kiedyś, jacyś niezrównoważeni i mało odporni prosektorzy musieli sobie chlapnąć. Dziś czasy się zmieniły. Zresztą rozmawiałam z ludźmi, którzy pracowali przy zwłokach. Przez 26 lat nie złamali zmarłym żadnej kości, nie pili… Szybko, bez bólu Starsza pani już ubrana. Garsonka o wiele za duża, bo choroba i śmierć zabrały kilogramy. Agnieszka podpina, co trzeba, by zmarła wyglądała ładnie.

  • Co by pani w niej zmieniła? – Ubranie. Powinna mieć jaśniejszą garsonkę i jasne buty. Ale może za życia lubiła brąz? Ja w ogóle na temat ubioru mam rewolucyjne poglądy. Jeśli mężczyzna za życia nie cierpiał garniturów, a lubił dresy, to dlaczego na TAMTĄ STORNĘ ma iść pod krawatem? Przecież będzie się męczył. Albo kobieta: jeśli ubierała się ekstrawagancko, to pozwólmy, by na tej ostatniej drodze też tak wyglądała… Człowieka powinniśmy pamiętać takiego, jakim był za życia. Kto wie, może nasza dusza ubrana jest w to, w czym chodzimy na co dzień? – Już słyszę głosy oburzenia: jak można pochować ojca w dresach, syna w dżinsach, czy matkę w lamparcich leginsach i wysokich szpilkach?! Co by na to ludzie powiedzieli?! – Ludzie powinni przychodzić na pogrzeb, by pożegnać się ze zmarłym, a nie plotkować. A rodzina powinna być ponad krytykę innych. – Jak pani chciałaby zostać pochowana? – W różowej sukience, bo uwielbiam ten kolor, w butach na obcasie i z tipsami. No i koniecznie trzeba przykryć mnie kołdrą, bo jestem zmarźlukiem.

  • Boi się pani śmierci? – Nie. To jedyna sprawiedliwość, bo dotyka każdego z nas. – A jak chciałaby pani umrzeć? – Szybko. Bez bólu. Bo nie ma nic gorszego niż cierpienie. Zwłaszcza cierpienie osoby bliskiej, którą zna się całe życie… Widzę, jak mój tato się męczy, i to boli. Widzę też, że męczy się ze świadomością, że kiedyś mógł wokół siebie robić wszystko sam, a dziś my koło niego chodzimy. I on z tego powodu też cierpi. Dlatego nie chciałabym być ciężarem dla nikogo. – Popiera pani eutanazję? – Tak. I chciałabym odejść na własne życzenie, gdybym bardzo cierpiała. I to powinna być wyłącznie moja decyzja. Ja to nazywam ulżenie człowiekowi w cierpieniu, bo od cierpienia nie ma nic gorszego. Życie się nie zatrzymuje Agnieszka wyjmuje z szafy kosmetyki: biały puder, podkład w kremie, tusz do rzęs, szminkę, pędzelki… Lakier do paznokci zostawia na półce. – Bo ta pani chyba paznokci nie malowała – bierze w dłoń zimną dłoń staruszki, przygląda się palcom. – No i obcinać paznokci też nie muszę, bo zadbane.

Teraz zamyka staruszce usta. Igłę z nitką wbija pod brodę i prowadzi do nosa. Jeden szew i usta zamknięte. Wcześniej wypełnia je specjalną wkładką. Żeby po TAMTEJ STRONIE policzki nie były zapadnięte. Skóra miękka, woskowa, daje się łatwo uformować. Maluje zmarłej rzęsy, brwi, na policzki nakłada róż… – To straszne, że z człowieka nic nie zostaje… – Ja to nic? Zostaje po człowieku to, co on po sobie zostawił w życiu, na przykład dzieci. – Ale ja nie o tym… – Śmierć to podsumowanie całego życia. I jak obserwuję tych zmarłych, to wiem, że każda śmierć jest inna. Bo każdy odchodzi inaczej. Ale staram się tego nie roztrząsać, bo to są osobiste sprawy zmarłych. Dla mnie nie jest ważne, czy ubieram bezdomnego, milionera, czy mordercę. Bardzo szanuję zmarłych i nie wnikam w ich przeszłość. Nie oceniam ich, bo zrobi to ktoś na górze.

  • Myśli pani, że na górze też jest życie? – Jest. Inne. Myślę, że TAM jest spokój, niekoniecznie cisza… Że po drugiej stronie już nic nie boli. Myślę, że życie się nie zatrzymuje. Że trwa dalej. – Pani chciałaby żyć wiecznie? – Nie. Śmierć nie jest taka zła… Nauczyłam się tu pokory. Pokory wobec życia. Śmieszy mnie wyścig szczurów, pęd za sukcesem, za kasą. Owszem, kasa jest potrzebna, ale człowiek zaczyna się gubić, nie zauważa tej cienkiej czerwonej linii. Nie ma czasu dla bliskich, a potem jest już za późno. Dlatego ja zawsze mam czas. Dlatego uważam, że w życiu ważne jest tylko jedno: żeby być dobrym człowiekiem. Bo przecież i tak wszyscy tu trafimy. *** Starsza pani już gotowa na swoją ostatnią drogę. Agnieszka przekłada ją do trumny. Robi to zwinnie, bo kobieta jest krucha. Poprawia podgłówek, splata zmarłej dłonie, wygładza garsonkę… Kobieta śpi. Za dwie godziny spocznie w ziemi.

Czytaj więcej: https://gazetalubuska.pl/czlowiek-w-trumnie-powinien-wygladac-jak-mloda-dziewczyna-opowiada-o-pracy-ze-zmarlymi/ar/7831603

Moja codzienność!

Budzę się o poranku cała nerwowa, bo wiem, że czeka mnie kolejny dzień z chorą Mamą.

Szybko biorę prysznic, szybko piję poranną kawę i szybko jako tako ogarniam swój dom. Wszystko szybko!

Szybko pakuję swoje manatki jak telefon, okulary, klucze – wrzucam bezładnie do koszyka i się szybko ubieram, aby za chwilę wyjść z domu na parę godzin dyżurowania.

Czasami bywa, że zapomnę wziąć swojej porcji leków, a więc się wracam i łykam je na pusty żołądek, bo kompletnie rano nie mogę nic zjeść, a jem kiedy trochę się uspokoję i wyciszę.

Otwieram drzwi od mieszkania Siostry i od razu widzę Mamę, bo łóżko Jej ustawione jest na wprost drzwi wejściowych.

Kiedy wchodzę, to od razu widzę, czy Mama śpi, czy czuwa, ale ostatnio przeważnie śpi.

Robię sobie drugą kawę, aby dobudzić się na spokojnie już i loguję się do sieci, bo mam swój drugi laptop u Siostry.

Bez tej maszynki bym zwariowała, bo to ona mi zapełnia godziny spędzone z Mamą.

Siedzę blisko Jej i co trochę obserwuję, czy śpi, czy oddycha, czy czasem nie umiera.

W laptopie czytam wiadomości na Facebooku, oraz sprawdzam pocztę, czy ktoś dla mnie bardzo ważny w sieci nie napisał wiadomości, a bardzo się cieszę, że ta ważna dla mnie osoba się odezwała – odpisuję, bo mam chwilę, że Mama śpi.

Jednak, co trochę doglądam, czy oddycha i czy żyje i wciąż żyje, bo nagle otwiera oczy i każe się zaporowadzić do WC na zmianę pampera i prosi o picie.

Idzie resztkami sił, o lasce do WC, ale wciąż pilnuje tych spraw, a potem znowu zasypia. Trzymam ją pod pachami z całych sił.

Budzi się w okolicy południa i każe sobie włączyć „Koło fortuny” emitowane na TV2 i mimo, że przesypa ten program ostatnio, to i tak ma być na ekranie.

Tak patrzę i obserwuję to jej umieranie i dziś sobie pomyślałam satyrycznie, że Mama postanowiła sobie, że na stare lata sobie poleży i się porządnie wyśpi, bo umierać nie ma zamiaru, kiedy my padamy na pysk z powodu zmęczenia.

Całe życie cierpiała na bezsenność, a teraz nadrabia.

Jest to zmęczenie fizyczne i psychiczne, ale bardziej psychiczne, bo towarzyszyć chorej osobie w odchodzeniu jest bardzo męczące i absorbujące, oraz przygnębiające.

Kiedy wracam do domu po dyżurze, to jestem w stanie tylko na małe poprawki w domu, a potem padam na kanapę i łapię równowagę, aby tylko nie zwariować i dotrwać do dnia następnego, a teraz dni są takie krótkie i nastaje szybko ciemność.

Biorę więcej leków na serce, które w tym stresie robi mi arytmię i marzę o tym, aby ten koszmar się skończył.

Niech to się stanie przed Bożym Narodzeniem, abyśmy wszyscy w te święta w końcu odpoczęli, ale jak będzie, to tego nie wie nikt.

Jutro znowu się skrabię po schodach, mając nadzieję na rychły koniec, bo aż się wstydzę swoich myśli, aby Mama w końcu nas wszystkich uwolniła i spoczęła w spokoju.

Czasami sobie myślę, że diagnoza – rak wątroby, to jakiś pic, bo dawali lekarze Mamie 4 miesiące od diagnozy, a Ona tymczasem zjada pełne posiłki i niech mi to jakiś onkolog wytłumaczy!

Minęły dwa lata!

Przypominam sobie swoje ukończenie 50 lat i wówczas poczułam się bardzo stara.

Już wówczas wiedziałam, że przyjdzie czas, że Mama kiedyś odejdzie, ale nigdy nie przypuszczałam, że będzie to takim utrapieniem.

 

Mam dość!

 

Znalezione obrazy dla zapytania śmierć

Mam dość i piszę to w swoim imieniu, bo chora Mama leży w łóżku już dwa lata w domu mojej Siostry.

Dochodzę i włączam się w opiekę, bo chora Mama tego wymaga.

Wymaga opieki całodobowej i 6 listopada minie dokładnie dwa lata od diagnozy – rak wątroby, który spowodował, że zmarniała i wychudła, ale wciąż żyje.

Mam wrażenie, że jest wieczna jak Lenin i nie ma zamiaru umierać.

Obie z Siostrą utraciłyśmy swoje, własne życie, bo wszystko jest podporządkowane Mamie.

W ciągu tych dwóch lat, chyba z sześć razy wydawało się nam, że oto nastąpi Jej koniec i przyjdzie nasze wybawienie, ale nie!

Ożywała za każdym razem i wracała do nas, co już nie raz pisałam, że jest jakimś cudem w świecie medycyny.

Umierała, tak się nam wydawało pod koniec października i myślałam, że 1 listopada nastąpi koniec Jej wędrówki.

Nie umarała i dziś ponownie kazała mi przełączyć telewizor na swoje ulubione, które uwielbia „Koło fortuny”.

Aby zaprowadzić Ją do WC, trzeba Ją z całych sił ściągać z łóżka, aby zmienić Jej pampersa i Ona wciąż tego pilnuje.

Doprawdy nie wiem skąd w Niej tyle sił i silnej woli, aby tylko grubszej sprawy nie zrobić w pampersa.

Dziś z ledwością prowadziłam Ją do WC, aż w końcu poddała się i kazała mi zmienić pieluchę w przedpokoju, bo nie miała sił dojść do WC.

Jest taki dzień, że podsypia, a drugi jest taki, że jest na czuwaniu choć już nie wiele rozumie z tego wszystkiego, co się wokół dzieje.

Cholernie przykro się na to patrzy i najgorsze jest to, że nikt nie wie, kiedy ten koniec nastąpi.

Dwa lata ciągłego doglądania, podawania leków, karmienia, nawadniania skutecznie zabiło w nas współczucie.

Bywa tak, że Mama coś tam bredzi i widzi jakiś ludzi w telewizji, którzy do Niej coś mówią.

Ja wiem, że jest w tej chorobie taka dzielna, ale jak napisałam na wstępie – mam dość!

Myślę, że i Siostra ma dość, która wciąż pracuje i wybrała wszelkie wolne dni, jakie się Jej należały.

Obie jesteśmy starszymi kobietami, które mają swoje jednostki chorobowe i z ledwością ciągniemy ten wózek.

Siostra kąpie Mamę, bo ja się tego boję robić, a także załatwia wszelkie sprawy z receptami i zakupem leków, oraz pampersów.

Utraciłyśmy swoje, prywatne życie, ale żadna z nas nie miała zapędów, aby Mamę oddać do hospicjum.

Obie czujemy się wykończone, zmęczone, umordowane, a Mama nie ma zamiaru umierać i jeden Bóg chyba wie, kiedy nas wybawi od tej udręki i wielkiego obciążenia fizycznego i psychicznego.

Obie jesteśmy blisko depresji i obie mamy szczerze dość!

Może ktoś na mnie nakrzyczy, że jestem wyrodną córką, ale pragnę na tę chwilę, aby Mama odeszła w końcu i oddała nam nasze życie, bo obie mamy mężów, dzieci i wnuki i to z tego powinnyśmy się cieszyć.

Kolega mojego Męża, który zmarł parę dni temu i opiekował się swoim, chorym Ojcem.

Mył go, zmieniał pampery i po prostu był z nim w chorobie i kiedy ojciec umarł, to on umarł na zawał za chwilę, bo tak był umęczony!

Boję się, że ten scenariusz może się powtórzyć w mojej Rodzinie, bo męka z chorą Mamą nas wyniszcza.

Brutalne będą jeszcze te słowa, które chcę napisać na swoim blogu, który mi pomaga przetrwać, bo się wygadam.

Mama odchodzi i kompletnie bez pożegnania, wspominania i nie ma tu żadnych słów – kocham cię, kochałam, jestem z ciebie dumna.

Przez dwa lata usłyszałam tylko, że jestem dobrą dziewczyną!

Muszę z tym jakoś żyć!

Czy warto analizować? Chyba nie i po śmierci Mamy należy szybko wrócić do swojego życia, którego tak niewiele mi zostało!

Przez dwa lata nigdzie nie byłam i niczego nie zobaczyłam, a dźwięk telefonu wprawia mnie w drżenie serca i powoduje arytmię ze strachu!

Drzewa umierają stojąc!

To było jakieś 30 lat temu!

Nasze Córki stawały się nastolatkami i Mąż postanowił na ich cześć zasadzić dwa drzewa, choć Córki nie były synami!

Podobno  Ojciec buduje dom, sadzi drzewo i płodzi syna, a u nas na świecie pojawiły się dziewczynki.

Mąż pod balkonem więc posadził dwie daglezje i daliśmy im imiona naszych Córek.

Jedna padła, a druga się przyjęła i ma już za chwilę 30 lat i sięga wysokością do trzeciego piętra naszego budynku.

Zakochałam się w tym drzewie, bo nie tylko przypomina mi dzieciństwo moich Córek, ale i osłania mój balkon od miejskiego zgiełku i hałasu.

Jest to moje ukochane drzewo na całej kuli ziemskiej i uwielbiam na nie patrzyć, kiedy jestem na balkonie.

Moje drzewo oparło się nie jednej wichurze, co nagrałam na kamerze, a tu nagle stało się coś bardzo złego!

Z dnia na dzień moje ukochane drzewo zaczęło chorować!

Najpierw wydawało mi się, że jest oświetlone przez jesienne słońce i dlatego tak żółto wyglądają najniższe gałęzie.

Dziś z Mężem przyjrzeliśmy się dokładniej i okazało się, że drzewo umiera i traci swoje zielone igły, które zamieniły się w kolor rdzawy – brzydki!

Rozchorowałam się, bo umiera mi Mama i umiera mi ukochane drzewo.

Serce mi pęka z rozpaczy i ratujemy to nasze drzewo, bo być może to susza je zabija.

Na zachodzie Polski lato trwało przez pół roku, bez opadów właściwie i może to susza sprawiła, że tak się stało.

Ratujemy je i podlewamy od dzisiaj, mając nadzieję, że to nie zaraza zabija nasze drzewo, ale mam marną nadzieję, że je uratujemy.

Umierająca Mama i umierające drzewo, to dla mnie za dużo!

Drzewa umierają stojąc, a moja Mam umiera leżąc i jak sobie z tym poradzić – nie wiem!

Jestem chora!

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, drzewo, roślina, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: roślina, drzewo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: drzewo, roślina, niebo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: roślina, drzewo, na zewnątrz i przyroda