Archiwa tagu: Mama

Miała Matka córki!

 

Obraz może zawierać: 3 osoby, ludzie stoją, drzewo i na zewnątrz

Dalej grzebię w albumach i pochylam się nad każdym zdjęciem.

Dziś znalazłam zdjęcie ze spaceru dwóch sióstr ze swoją mamą.

Próbuję sobie przypomnieć, który to mógłby być rok i zdaje się, że to był koniec lat 80 – tych.

Na zdjęciu jest dużo miłości między siostrami i ich matką.

Bije z niego radość matki, że ma fajne córki i przyjaźń między trzema kobietami.

Zdjęcie zrobione było chyba z początkiem wiosny, gdyż w dłoniach trzymamy bazie do wazonu, tak jakby to  było tuż przed Świętami Wielkanocnymi.

Szkoda wielka, że tego zdjęcia nie podpisałam, a muszę grzebać w pamięci.

Widać ze zdjęcia, że jeszcze byłam obecna w sercu mamy, by za jakiś czas na 25 lat mnie wyautowano i zostawiono, czyli po prostu odrzucono.

Kiedy mama umierała, to ani razu nie nawiązała do tego, że mnie kochała i w zasadzie na koniec zadbała tylko o młodszą, swoją córkę.

Każdy z nas w swoim życiu doświadczył odrzucenia!

Mogłoby się to zdarzyć w przedszkolu, w dzieciństwie, w młodości i w końcu w dorosłym życiu,  w małżeństwie i ja tego odrzucenia doświadczyłam nie jeden raz, ale najbardziej boli odrzucenie przez matkę, a dopiero za tym jest zdrada w związku.

Mama umarła kilka miesięcy temu, a ja dowiedziawszy się o odrzuceniu łaziłam po ścianach, bo tak bardzo bolało.

Odrzuciła mnie najważniejsza osoba w moim życiu i już nie mam szansy spytać – dlaczego?

Kiedy się przeżywa odrzucenie, to bolą wszystkie członki w człowieku i odczuwa się ogromny ból ciała, tak jak po groźnym wypadku.

Tracimy nagle poczucie własnej wartości i ludzie tak opisują odrzucenie:

„Czuję się, jakby ktoś mnie pobił, dźgał nożem. Boli mnie całe ciało. Pękło mi serce – ból psychiczny często opisujemy za pomocą porównań stricte fizycznych. I okazuje się, że to nie tylko forma zwizualizowania cierpienia, a… realny opis doświadczeń. Odrzucenie boli. I do dosłownie.

Większość z nas została kiedyś odrzucona. Przez partnerkę/partnera, rodzinę, rówieśników, kolegów z pracy. Bez wątpienia potrafilibyśmy to opisać. Cierpienie, poczucie osamotnienia, dezorientacja, natłok myśli, lęk. I świadomość, że nikt nie potrafi nas zrozumieć, że trudno opisać, jaka walka właśnie odbywa się w naszej głowie. Tym emocjom często towarzyszą również objawy czysto fizyczne. Ból. Taki ból w klasycznym rozumieniu.”

Jak sobie radzić z odrzuceniem, a więc ja uciekam w sen i to mi pomaga.

Zawsze miałam problemy ze snem, a teraz podrafię spać nawet do południa, czemu dziwi się mój Mąż!

Doszłam do tego, że nie rozstrząsam już każdego dnia, tego, co mnie spotkało i nauczyłam się dbać o siebie.

Nie pozostaje nic innego, jak każdego dnia dbać o siebie i o poczucie własnej wartości.

To jest taka recepta, aby pod koniec życia starać się być szcześliwą.

Mam dobre Dzieci i kochającego Męża, a tamto niech szlag trafi.

Mam dach nad głową i mam co jeść i uważam, że pieniądze szczęścia nie dają, a dopiero zakupy!

Niech kupują ile się da,  ale moja mama ani razu nie pomyślała o tym, że jej starzejąca się córka może kiedyś potrzebować pieniędzy na lekarzy, choć opiekowałam się Tobą dwa, ciężkie lata!

 

 

Reklamy

Zawieszenie w czasie!

Po pogrzebie Mamy czuję się bardzo dziwnie i sama ze sobą gadam w głowie.

Nagle od dwóch lat zrobiło się tak dużo czasu, tylko dla siebie i muszę na nowo nauczyć się z niego czerpać, tak jak to było przed Mamy chorobą.

Na razie żyję w zawieszeniu ze swoją żałobą i nie biorę się za większe, domowe sprawy, a jedynie gotuję na bieżąco i ogarniam dom bardzo pobieżnie, gdyż chcę pozostać w zgodzie ze sobą i uporać się z wieloma pytaniami, szukając odpowiedzi.

Po pogrzebie wszyscy się rozpiechrzli i wrócili  do swojego życia, do pracy, do codziennych zajęć i tak powinno być.

Ja będąc na emeryturze muszę na nowo budować swój świat i wiem jedno, że w rodzinie powstała ogromna pustka i niczym jej już nie można załatać, a jest to odejście Mamy.

Śpię teraz dużo, bo prawie do 10-tej, bo tak mój organizm potrzebuje i już nie budzę się z lękiem, że muszę być gotowa do opieki nad Mamą.

Mogę sobie pozwolić na lenistwo – np. cały dzień w pidżamie dumając i medytując układając swoje myśli i dzień.

Widzę Mamę w trumnie, ale myślę, że ten stan kiedyś minie i nie będzie mnie ten widok prześladować.

Widzę Ją kiedy patrzę przez okno, a Ona lubiła się przechadzać – taka malutka z berecikiem na głowie, a czasami z laseczką.

Widzę Ją kiedy była jeszcze młodą kobietą i kąpała moją pierworodną, aby mnie tego nauczyć.

Takie obrazy będą się pojawiały we wspomnieniach, bo one nigdy nie odejdą z zamknięciem wieka od trumny.

Obejrzałam więc dzisiaj film polski – sławny film pt. „Kler” i zadałam sobie pytanie, co ten film ma niby zmienić w postrzeganiu draństwa w kościele, bo nie zmieni nic!

Ten film obejrzały miliony Polaków, a mimo to kościół ze swoją pedofilią będzie miał się świetnie!

Oglądałam lepsze filmy o tej tematyce, bo np. film „Wątpliwość” z rewelacyjną aktorką – Meryl Streep. Polecam, bo jest bardzo ambitne kino o trudnym temacie z bardzo dobrymi dialogami.

Przeczytałam też fragment z książki, którą napisała Michelle Obama o tym czasie, kiedy ona i jej mąż wchodzili w politykę i jak wcale im nie było łatwo.

Ogromnie lubię mądre kobiety i jestem pełna dla nich podziwu, a taką mądrą jest Michelle, która niewykluczone będzie się ubiegała o urząd Prezydenta USA, ale to pokaże czas.

Michelle Obama: Barack był pracoholikiem i nie mierzył sił na zamiary.
Tuż po ślubie Michelle chciała robić karierę, a jednocześnie marzyła o roli typowej żony i matki. W tym czasie Barack miał już opinię „wysokiego, sympatycznego pracoholika”, który musiał słono zapłacić za niedotrzymanie jednej umowy.
Dzięki uprzejmości wydawnictwa Agora publikujemy fragment książki Michelle Obamy „Becoming. Moja historia”, która ukaże się w Polsce 13 lutego.

Rozdział 12.

(…)

Po powrocie ze spędzonego w Kalifornii miesiąca miodowego Baracka i mnie czekała zarówno dobra, jak i zła wiadomość. Tą pierwszą był wynik listopadowych wyborów, który zapowiadał falę dobrych zmian. Bill Clinton wygrał ze znaczną przewagą, po zaledwie jednej kadencji odsuwając od władzy prezydenta Busha. Carol Moseley Braun także odniosła zdecydowane zwycięstwo i została pierwszą afroamerykańską senatorką. Baracka szczególnie ucieszyła wieść, że frekwencja okazała się rewelacyjna: sam Project VOTE! zarejestrował ponad sto dziesięć tysięcy nowych wyborców, a szeroko prowadzona kampania na rzecz udziału w wyborach także przyczyniła się do zwiększenia liczby głosujących.

Po raz pierwszy od dekady ponad pół miliona czarnoskórych wyborców z Chicago poszło na wybory i dowiodło, że ma moc zbiorowego wpływania na politykę. Był to jasny komunikat dla prawodawców i przyszłych polityków, w który po śmierci Harolda Washingtona część ludzi, jak się zdawało, przestała wierzyć: głosy Afroamerykanów się liczą. Ignorowanie ich czy lekceważenie ich potrzeb i problemów będzie kosztownym politycznym błędem. Również sama afroamerykańska społeczność otrzymała sygnał, że się liczy, a postęp jest możliwy. Te wydarzenia napawały Baracka otuchą. Choć praca, którą wykonał, była wyczerpująca, nauczył się dzięki niej wiele o złożonym systemie politycznym miasta. Upewnił się też, że posiada zdolności organizacyjne pozwalające mu na podjęcie większych wyzwań. Współpracował z liderami inicjatyw oddolnych, zwykłymi obywatelami i wybranymi urzędnikami, jakimś cudownym sposobem dopinając swego. Kilka gazet odnotowało niezwykły wpływ działań Project VOTE! Dziennikarz z czasopisma „Chicago” opisał Baracka jako „wysokiego, sympatycznego pracoholika”, twierdząc, że pewnego dnia sam powinien wystartować w wyborach, co Barack po prostu zbył wzruszeniem ramion.

Michelle i Barack Obamowie

Źródło: Obama-Robinson Family Archive

Była też jednak zła wiadomość: ten wysoki, sympatyczny pracoholik, którego właśnie poślubiłam, przeoczył termin oddania książki. Tak bardzo pochłonęło go rejestrowanie wyborców, że zdołał złożyć tylko część maszynopisu. Po powrocie do domu agent Baracka poinformował nas, że wydawca unieważnił umowę i Barack musi zwrócić zaliczkę w wysokości czterdziestu tysięcy dolarów.

Jeśli go to przeraziło, nie okazał przede mną paniki. Ja sama wdrażałam się właśnie do nowych obowiązków w ratuszu, które obejmowały znacznie więcej zebrań z zarządem planowania przestrzennego, a mniej pikników z seniorami niż na poprzednim stanowisku. Choć nie pracowałam tak długo jak w kancelarii, codzienny zgiełk sprawiał, że wieczorami byłam wymęczona i niezbyt chętna mierzyć się z problemami w domu. Wolałam raczej nalać sobie lampkę wina, odłączyć zwoje mózgowe i oglądać telewizję na sofie. Jeśli obsesyjne zaangażowanie Baracka w Project VOTE! czegoś mnie nauczyło, to tego, że nie powinnam się martwić kłopotami mojego męża, bo przejmowałam się nimi bardziej niż on sam. O ile mnie chaos pobudzał, o tyle Baracka wręcz rozsadzał. Był niczym żonglujący talerzami cyrkowiec – jeśli robiło się zbyt spokojnie, odbierał to jako sygnał, by zwiększyć tempo. Zorientowałam się, że notorycznie bierze na siebie za dużo zobowiązań i angażuje się w kolejne projekty, nie mierząc sił na zamiary. Zgodził się na przykład zasiąść w zarządzie kilku organizacji non profit i wykładać na część etatu na University of Chicago w nadchodzącym semestrze wiosennym, a jednocześnie planował zatrudnić się w kancelarii w pełnym wymiarze godzin.

Pozostawała jeszcze sprawa książki. Agent zapewniał, że zdoła sprzedać tytuł innemu wydawcy, o ile Barack szybko skończy pierwszą wersję tekstu. Ponieważ jeszcze nie zaczął pracy na uczelni, a kancelaria, która i tak czekała już od roku, by go zatrudnić na pełny etat, zaaprobowała takie rozwiązanie, wymyślił idealny sposób wybrnięcia z kłopotów: będzie pisał w odosobnieniu i z dala od codziennego zgiełku w jakiejś odległej chatce, gdzie zdoła skupić się wyłącznie na jednej sprawie. Był to ekwiwalent całonocnego pisania eseju zaliczeniowego na ostatnią chwilę w koledżu, tyle że ta praca miała mu zająć kilka miesięcy. Zaczął rozwijać tę wizję pewnego wieczora jakieś sześć tygodni po naszym ślubie, po czym spuentował ją wiadomością, że jego matka wyszukała mu idealny domek. Tak naprawdę to już go dla niego wynajęła. Był tani, cichy i stał przy plaży. W Sanurze. Czyli miasteczku na indonezyjskiej wyspie Bali piętnaście tysięcy kilometrów ode mnie.

Źródło: Obama-Robinson Family Archives

To brzmi trochę jak kiepski dowcip, prawda? Co się stanie, gdy samotnik indywidualista ożeni się z towarzyską, kochającą życie rodzinne kobietą, która nie znosi samotności? Odpowiedź brzmi chyba tak samo jak rozwiązanie prawie każdego małżeńskiego problemu, nieważne, kim się jest i jak wyglądają szczegóły, trzeba się jakoś dostosować do sytuacji. Skoro małżeństwo jest na zawsze, to właściwie nic innego nie pozostaje.

I tak na początku 1993 roku Barack poleciał na Bali, by spędzić prawie pięć tygodni sam na sam z własnymi myślami i pracować nad manuskryptem książki Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu. Zapełniał starannym pismem żółte kartki notesów i klarował swoje idee podczas codziennych powolnych spacerów wśród palm i szumu fal. Ja tymczasem zostałam w domu i po dawnemu żyłam nad mieszkaniem matki przy Euclid Avenue, a kolejna ołowiana chicagowska zima lakierowała drzewa i chodniki warstwą lodu. Szukałam sobie zajęć, widywałam się z przyjaciółmi, wieczorami chodziłam na treningi. Podczas regularnych spotkań z ludźmi w pracy i w mieście używałam czasem dziwnego nowego określenia: „mój mąż”. Mój mąż i ja chcielibyśmy kupić dom. Mój mąż jest pisarzem i kończy książkę. Było to dziwne i cudowne. Przywoływało wspomnienie nieobecnego przy mnie człowieka. Bardzo tęskniłam za Barackiem, ale starałam się racjonalnie wyjaśnić sobie tę sytuację. Rozumiałam, że choć dopiero co się pobraliśmy, taka przerwa była chyba najlepszym rozwiązaniem.

Barack zabrał chaos związany z pracą nad książką daleko od domu, aby tam go opanować. Być może zrobił to przez wzgląd na mnie, żeby mi ten bałagan nie przeszkadzał. Musiałam pamiętać, że wyszłam za niesztampowego myśliciela. Radził sobie ze swoimi problemami w najrozsądniejszy i najskuteczniejszy sposób, jaki przyszedł mu do głowy, nawet jeśli z pozoru wyglądało to na tropikalne wakacje czy miesiąc miodowy z samym sobą (jak go nazywałam w momentach szczególnie doskwierającej samotności), na który wybrał się zaraz po miesiącu miodowym ze mną.

Michelle i Barack Obamowie

Źródło: Callie Shell, Aurora Photos

Ty i ja, ty i ja, ty i ja. Uczyliśmy się dostosowywać, na zawsze splatać w jedno trwałe „my”. Nawet jeśli byliśmy tymi samymi ludźmi co dawniej, tą samą parą od lat, obecnie mieliśmy nowe etykietki i musieliśmy sobie poradzić z nową tożsamością. On był moim mężem. Ja – jego żoną. Oznajmiliśmy to sobie nawzajem i całemu światu w kościele. Wydawało się, że zakres naszych zobowiązań wobec siebie wzrósł.

Dla wielu osób, w tym dla mnie, słowo „żona” nie jest czymś błahym. Ma historyczne konotacje. W oczach ludzi dorastających jak ja w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych żony jawiły się jako pewien gatunek białych kobiet z telewizyjnych sitcomów – radosnych, ufryzowanych i spiętych gorsetem. Siedziały w domu, rozpieszczały dzieci i zawsze miały na kuchence naszykowany obiad. Czasem nalewały sobie sherry albo flirtowały ze sprzedawcą odkurzaczy, ale na tym wszelkie podniety się kończyły. Na ironię zakrawał fakt, że oglądałam te programy w naszym salonie przy Euclid Avenue, gdy moja pracująca w domu matka bez słowa skargi przygotowywała kolację, a gładko ogolony ojciec odpoczywał po dniu pracy. Związek moich rodziców był równie tradycyjny jak te w telewizji. Barack żartuje sobie nawet czasem, że moja rodzina przypominała czarną wersję Leave It to Beaver, serialu o idealnej amerykańskiej rodzinie, z udziałem Robinsonów z South Side, równie statecznych i nieskazitelnych co telewizyjni Cleaverowie z Mayfield, choć, rzecz jasna, biedniejszych – niebieski kombinezon miejskiego pracownika, mojego ojca, zastępował tu garnitur pana Cleavera. Barack robił to porównanie z nutką zazdrości w głosie, ponieważ jego dzieciństwo przebiegało zupełnie inaczej, aczkolwiek także stało w kontrze do głęboko zakorzenionych stereotypów na temat Afroamerykanów, którzy ponoć mieszkają głównie w rozbitych rodzinach i nie są zdolni do realizacji typowych dla klasy średniej marzeń o stabilnym życiu spełnianych przez naszych białych sąsiadów.

Ja sama w dzieciństwie wolałam The Mary Tyler Moore Show i z fascynacją pochłaniałam wszystkie odcinki. Mary miała pracę, modne ciuchy i świetne włosy. Była niezależna, zabawna i w przeciwieństwie do innych pań z telewizji mierzyła się z ciekawymi problemami. Prowadziła rozmowy, które nie dotyczyły dzieci czy domu. Nie pozwalała Lou Grantowi sobie rozkazywać i nie miała obsesji na punkcie znalezienia męża. Emanowała z niej młodzieńcza werwa, choć zarazem była dojrzała. W czasach na długo przed internetem, kiedy świat prezentowano nam prawie wyłącznie za pośrednictwem telewizji, takie sprawy miały znaczenie. Dla inteligentnej dziewczyny o kiełkującym przekonaniu, że nie chce ograniczyć się do roli pani domu, Mary Tyler Moore była boginią.

Michelle i Barack Obamowie

Źródło: Official White House Photo by Chuck Kennedy

A teraz, w wieku dwudziestu dziewięciu lat, żyłam w tym samym mieszkaniu, w którym wtedy oglądałam telewizję i jadłam posiłki przygotowane przez cierpliwą, bezinteresowną Marian Robinson. Dostałam bardzo wiele – wykształcenie, poczucie własnej wartości, arsenał ambicji – i zdawałam sobie sprawę, że to głównie zasługa matki. Nauczyła mnie czytać, nim poszłam do zerówki, pomagała mi literować słowa ze stron książeczek Dick and Jane, kiedy siedziałam skulona niczym kocię na jej kolanach w bibliotece. Gotowała nam pełnowartościowe posiłki, domagając się, byśmy zjedli brukselkę i brokuły. Uszyła mi nawet suknię na bal maturalny, na litość boską! Obdarowywała nas nieustannie i wszystko nam oddała. Własną tożsamość zbudowała wokół rodziny. Dziś już rozumiałam, że godziny spędzone na opiece nade mną i Craigiem były godzinami, których nie poświęciła sobie.

Jednak za wspaniałe dary, które otrzymałam w życiu, płaciłam teraz cenę, jaką był komfort psychiczny. Wychowano mnie tak, bym była pewna siebie, nie uznawała żadnych granic i wierzyła, że mogę osiągnąć dosłownie wszystko, czego zapragnę. A pragnęłam wszystkiego. Bo, mówiąc słowami Suzanne, czemu nie? Chciałam żyć wystrzałowo i robić karierę jak Mary Tyler Moore, a jednocześnie skłaniałam się ku ustabilizowanej, pełnej poświęceń i na pozór bezbarwnej roli typowej żony i matki. Chciałam mieć zarówno życie rodzinne, jak i zawodowe, lecz zarazem jakoś sprawić, by jedno nie stłamsiło drugiego. Miałam nadzieję, że pójdę w ślady matki, a zarazem, że będę od niej zupełnie różna. Samo rozważanie tych spraw było dziwne i mieszało
mi w głowie. Czy mogę mieć wszystko? Czy faktycznie tego chcę? Nie miałam pojęcia.

(…)

Powyższy fragment pochodzi z książki Michelle Obamy „Becoming” (wyd. Agora), która ukaże się w Polsce 13 lutego.

Źródło: Materiały prasowe

Moja Mama odeszła!

 

Obraz może zawierać: 3 osoby, uśmiechnięci ludzie, ludzie siedzą i w budynku

Przez 85 lat moja Mama nie chorowała poważnie nie licząc zapalenia wyrostka robaczkowego i długo po tym, poważnej infekcji układu moczowego.

W młodszym wieku miała operację tarczycy i to chyba wszystko, co związane było ze służbą zdrowia.

Serce jak dzwon!

Myślała, że jest mocna i niezniszczalna, bo w zasadzie taka była, aż zjawił się rak -niespodziewanie.

Do końca, nawet leżąc już w łóżku broniła się z całych sił przed śmiercią i wciąż myślała, że się jej nie da i ona Jej nie pokona, bo przecież tyle razy dała radę.

Będąc już w agonii nagle się podniosła i złapała moją Córkę za sweter, aby dać kolejny raz sprzeciw zbliżającej się śmierci.

Nie chciała odchodzić za żadne skarby i tak bardzo się tego bała, że pielęgniarka widząc jej proces odchodzenia powiedziała, że czegoś takiego nigdy w swojej pracy nie widziała.

Zawsze czułam, że Ona odejdzie w jakąś ważną datę dla rodziny, albo w jakieś ważne święta w kalendarzu.

Była chora i myślałam, że może odejdzie w Wigilię, a potem, że może w Nowy Rok.

Potem, że może w swoje urodziny, albo w moją rocznicę ślubu, ale nie!

Odeszła w urodziny mojej Wnusi, bo tak zawsze pilnowała dat, aby nie zapomnieć o nikim i zrobić choć malutki prezent ze swojej niewielkiej emerytury.

Te ostatnie dwa lata Jej choroby upłynęły mi dosłownie na „pstyk” i nawet nie wiem kiedy dosłownie.

Wszystkie dni zlały się w jakąś całość, tak jakby w jeden dzień i nie pamięta się, co było przedtem i ile razy odgrzewało się dla Niej obiad i ile razy podało pić, zmieniło się pampersa.

Stanęłam tak dziś nad Nią, kiedy już nic nie czuła i się zapadłam w sobie, bo zdałam sobie sprawę z tego, że już nigdy nie zaniosę Jej  ulubionego rosołu!

Wiem jedno, bo siebie znam, że będę pamiętała tę chwilę, kiedy stało się, że już nigdy  nie porozmawiamy o polityce, którą się interesowałaś żywo i nigdy już nie zjesz mojej galarety,  którą chwaliłaś.

Zawsze Ciebie kochałam, choć obie byłyśmy oszczędne w wynurzeniach, bo słowo kocham prawie nie padało z żadnej ze strony.

Przez te dwa lata przeczołgałaś nas wszystkich i wystawiłaś na próbę i nas bardzo zmęczyłaś i do końca swojego życia będę się zastanawiała po co?

Koniec, finito i jakoś trzeba się pozbierać i jakoś trzeba żyć dalej, choć wiem, że nie jeden raz z policzka spłynie łza.

Żegnam Ciebie moja ukochana Mamo!

 

 

Mama czekała na wiatr, co rozgoni

Ciemne skłębione zasłony

Stanęła dzisiaj na „RAZ!”

Z Bogiem – twarzą w twarz. 

11.50 / 01.02.2019 [*]

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, niebo, drzewo, roślina i na zewnątrz

A kiedy rodzice odchodzą.

Podobny obraz

Kto mnie czyta, to wie, że mam umierającą Mamę, która właśnie w otoczeniu bliskich za chwilę odda ostatnie tchnienie.

Być może przetrwa tę noc, a o poranku wejdziemy wszyscy w żałobę i organizowanie pogrzebu.

Nie rozpaczam póki co, bo już nie mogłam patrzeć na jej mękę i zmaganie się z chorobą, ale pewnie dopadnie mnie rozpacz, kiedy będzie po wszystkim, a w głowie zacznie się analizowanie tej przykrej sytuacji i będę musiała się bronić przed różnymi emocjami.

Kiedy odchodzi Matka, to umiera w nas jakaś czątka i coś się na zawsze skończy i nic z tym nie da się zrobić, a jedynym wyjściem będzie pogodzenie się z odejściem.

Nie mam siły więcej pisać, bo jestem rozedrgana, niespokojna i w domu palą się świece, aby dać wyraz temu, że całym sercem ją żegnam – na zawsze.

Jakże różne są stosunki z matkami i polecam poniższy artykuł znaleziony w sieci, mówiący o tym jak bardzo bywają skomplikowane relacje między córkami, synami z matkami, ojcami, rodzicami.

Polecam i może ktoś się do artykułu odniesie, a może wspomni o swojej mamie i relacjach z nią.

Czy jesteś cokolwiek winna matce, które cię nie kochała?

Córki, które doświadczyły zdrowego przywiązania w dzieciństwie, od mam odpowiadających na ich potrzeby, wyrastają na kobiety dostępne emocjonalnie, czułe, ufne, spontanicznie, pozostające w kontakcie z emocjami.

Córki, które nie doświadczyły bezpiecznej więzi z mamami, będą dorosłymi niedostępnymi emocjonalnie, odrzucającymi innych, niezdolnymi do spontanicznych reakcji emocjonalnych (odpowiedzialnych za budowanie bliskości). Mogą nabyć te umiejętności w toku terapii. Nadal stoją przed dylematem, czy podtrzymywać relację z matką, która nie była zdolna obdarzyć miłością i celowo rani.

Niekiedy córka próbuje chronić się myślą, że może jej matka w ogóle nie jest zdolna do okazywania uczuć, ale często okazuje się, że potrafi to, na przykład w relacji z synem.

Wiele córek niekochających matek nie tylko musi sobie poradzić z brakiem ich miłości, wsparcia i akceptacji, ale też z presją społeczeństwa na podtrzymywanie relacji, która stoi w sprzeczności z prawem do chronienia siebie przed jej destrukcyjnym wpływem.

Zerwanie relacji z własną matką jest piętnem, z którego córki są surowo rozliczane i z miejsca oceniane jako winne, niezależnie od tego, jak wiele okrucieństwa doświadczyły i jak wiele razy próbowały pojednania. Nikt nie wierzy, jak naprawdę wygląda ta relacja, ponieważ matki przy ludziach zachowują się zupełnie inaczej niż sam na sam z córkami. Jeśli nie rozmawiasz z własną matką, inni z miejsca wydają werdykt: coś z tobą jest nie tak, bo nikt normalny się na to nie decyduje. Zawsze świadczy to o tobie, nigdy o matce. Dlatego osoby z najbliższego otoczenia będą wywierać presję na dorosłej córce, by utrzymywała kontakt z matką, jakby podtrzymywanie tej więzi było jedynym słusznym i zdrowym wyborem.

Nawet kobiety, które zdecydowały się zerwać więź, często stoją przed ponownym dylematem spotkania, gdy matka jest umierająca.

O swoim doświadczeniu opowiada pisarka i terapeutka Peg Streep, która przez ostatnich 10 lat przed śmiercią jej matki, nie miała z nią kontaktu, a gdy zadzwonił brat, że to ostatnia chwila na pożegnanie, musiała stoczyć kolejną wewnętrzną walkę…

„Pewnego poranka, w lutym 2001, zadzwonił brat: „Mama umiera. Pomyślałem, że może chciałabyś przyjechać i się z nią po raz ostatni zobaczyć.” Nie widziałam się z nią, ani nie rozmawiałam przez ostatnie 10 lat, nie wiedziałam nawet, że jest chora.

„Czy chciała się ze mną zobaczyć, to z jej inicjatywy ten telefon?” – zapytałam. Brat zamilkł, odchrząknął i odpowiedział: „Nie.”

„Czy kiedykolwiek wspominała o mnie przez ostatnie miesiące, lata?” Zapytałam. Brat znów zamilkł, po czym odpowiedział: „Nie.” Po chwili dodał: „Pomyślałem, że może, mimo wszystko chciałabyś się pożegnać. To jej ostatnie chwile, jest nieprzytomna.”

Podziękowałam mu za telefon, życzyłam powodzenia i powiedziałam, że muszę to przemyśleć i do niego oddzwonię.

Zadzwoniłam do przyjaciół, krewnych, terapeutki i wszyscy doradzali: „Powinnaś jechać. Jesteś jej to winna, ponieważ cię urodziła, a takie spotkanie pozwoli ci zamknąć pewien etap.”

Moja terapeutka, którą podziwiałam, była kategoryczna, mówiąc mi, że mogę sobie nigdy nie wybaczyć, jeśli nie pojadę. Przyjaciele przekonywali, że poczuję się dobrze sama ze sobą, dokonując tego aktu ostatecznego obowiązku wobec matki. Nawet, jeśli moja matka była wobec mnie okrutna, takim gestem udowodnię, że w sprawach fundamentalnych, nie jestem ani trochę jak ona.

Wszyscy starali się być pomocni, mili i życzyli mi, bym była zadowolona ze swojego wyboru. Wiem, że mieli dobre intencje. Ale żadne z nich nie miało takiego dzieciństwa jak ja, ani takiej matki i nie mogli mnie zrozumieć.

Scena jaką ujrzałam w swoich wyobrażeniach, daleka była od zakończeń rodem z Holywood. Zobaczyłam siebie stojącą przy jej łóżku, mówiącą do niej, i jak podczas każdej innej rozmowy, okazałaby się niezdolna, by mnie wysłuchać, choć tym razem z innej przyczyny, finał byłby boleśnie znajomy. Stałabym tam ze łzami w oczach, zadając to samo od lat pytanie: „Dlaczego mnie nie kochałaś?”

Tym razem jej milczenie rozciągnęłoby się na wieki. A mała dziewczynka wewnątrz mnie znów zachowałaby nadzieję i modliła się z całego serca, że tym razem mama okaże jej miłość.

Nie pojechałam i nigdy tego nie żałowałam. Zignorowałam rady wszystkich, wybrałam z całą świadomością kosztów, jakie przyjdzie mi ponieść.

„Ludzie są wolni w podejmowaniu decyzji, ale nie są wolni od konsekwencji tych decyzji.”

To nie jest historia, którą ktokolwiek chce usłyszeć, ale jest to historia, która musi być usłyszana, w obliczu wszystkich historii przebaczenia i pojednania. Każda z tych historii świadczy na swój sposób o tym, co się dzieje, gdy matka nie potrafi kochać swojej córki.”

Marta Szyszko

fragmenty książki: „Mean Mothers. Overcoming the Legacy of Hurt” Peg Streep.

mean-mothers

http://niedoskonalamama.pl/jestes-cokolwiek-winna-matce-ktore-cie-kochala/mean-mothers/

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Dzień Babci – Dzień Dziadka!

 

Obraz może zawierać: ekran

Jestem padnięta i lecę na pysk, ale lubię te swoje wieczorne godziny, kiedy mogę coś napisać na moim blogu – odpoczywam tak!

Wiele godzin z chorą Mamą i napiszę niestety, że nie urodziłam się pielęgniarzem, czy też pielęgniarką.

O ile mogę opiekować się podając chorej pić, nakarmić, podać leki, poprawić poduchy, okryć ciało, aby nie marzło, to sprawy higieniczne mnie przerastają i tu biję się w piesi, że wówczas potrzebuję pomocy.

Wiele godzin z chorym wysysa energię i wypala i by nie zwariować towarzyszy mi laptop, aby sobie zapełnić ten czas – pomiędzy, ale i gapię się przez okno i dziś zauważyłam, że moje miasto tonęło w słońcu!

Obraz może zawierać: drzewo, niebo, roślina, na zewnątrz i przyroda

Tyle razy tu pisałam, że Mama umiera, ale to jest często tak zgubne, bo o dziwo na drugi dzień, kiedy minie kryzys – kolejny, to Mama ożywa i doprawdy nie wiemy jak to sobie tłumaczyć!

Jest silna jak koń i ma chyba bardzo mocne serce, które wytrzymuje to wielomiesięczne leżenie w łóżku.

Laptop pomaga mi znieść te chwile i dyżur z Mamą, bo można w sieci przeczytać coś ciekawego, co zastanawia i tak:

Jestem babcią trójki Wnuków i uważam, że jestem normalną babcią bez wydziwiana i skakania nad Wnukami i pozwalania im na wszystko.

Staram się być babcią mądrą, tak jak i mój Mąż jest dziadkiem i traktujemy nasze Wnuki wydaje mi się z szacunkiem, ale bez tego, nadmiernego, dziwnego ich gloryfikowania, jakbyśmy traktowali Wnuki lepiej, aniżeli swoje Dzieci, które mają już swój świat i swoje życie.

Oboje kochamy Wnuki ogromną miłością, bo w końcu w nich płynie i nasza krew, ale bez tego wariactwa, że Wnukom wolno więcej, aniżeli kiedyś naszym Dzieciom!

Może zechcecie się odnieść do poniższego tekstu!

„Dlaczego nie byli tacy, gdy byłam dzieckiem?”. O wspaniałych dziadkach, którzy byli kiepskimi rodzicami.

Byli kiepskimi rodzicami, ale są za to wspaniałymi dziadkami. Tak się przynajmniej wydaje. Za wnukami skaczą, biegają po schodach, bawią się godzinami, na zawołanie robią ulubioną zupkę. Nigdy nie byli tacy dla swoich dzieci. Dlaczego? Czy coś się w nich zmieniło? Jak rozumieć to mają ich dzieci, dziś dorosłe i samodzielne.

Zmieniła się ich miłość
Przytulają, bawią, kołyszą – wcześniej nigdy takie nie były. Baśka codziennie odbiera swoją córkę Julkę od dziadków po pracy. Widzi, jak robią dla niej wszystko, widzi sceny, o jakich marzyła w dzieciństwie. Czuje, że jej rodzice odkryli w sobie potencjał do bezgranicznej i bezwarunkowej miłości. Teraz – wcześniej byli zapracowani, wściekli, głośni i surowi.

Jak patrzy na swoich rodziców dziś, ściskających trochę nawet za mocno jej dzieci, ma mieszane uczucia. Myśli: „Istne szaleństwo. Gdzie oni byli, jak ja byłam dzieckiem? Właśnie tego potrzebowałam! W zamian miałam listę oczekiwań i tonę krytyki. Szkoda, bo na lata podcięło mi to skrzydła”. Ta myśli uparcie do niej wraca, za każdym razem od momentu, gdy wchodzi do rodzinnego domu po swoje dziecko.

Znam niejedną taką historię. I zawsze, gdy ich słucham, zastanawiam się, czy zmieniają się ludzie, czy zmieniają się okoliczności. Zapewne to i to. A o trafną odpowiedź nie łatwo, szczególnie w kwestii miłości. Choć tu nie powinno być wątpliwości – zasługiwać na miłość nie trzeba, a wyrażana wprost daje potężną siłę.

Dla niej nigdy taki nie był
Znam też historię kobiety, której ojciec podnosił na nią rękę w dzieciństwie, dzisiaj słodko biega za gromadką swoich wnuków. Jak to rozumieć? W pamięci ciała ma rany, które zostaną na zawsze. Sceny rodzinne rodzą w niej złość, niesprawiedliwość i nieporozumienie. Bo oto skrzywdził własne dziecko, a zmagazynował energię, pokłady cierpliwości i miłości dla przyszłych pokoleń. Może dopiero teraz dowiedział się, czym jest miłość? Może to rodzaj zadośćuczynienia za niewłaściwe ojcostwo? Może odczuł, że zeszła z niego presja bycia twardym mężczyzną, pracującym na dom? – Jak to rozumieć? – pyta dzisiaj kobieta psychologa.

Można zastanawiać się długo, dlaczego nie byli takimi czułymi, bezwarunkowo kochającymi rodzicami, jak są dzisiaj dziadami. Odpowiedzi pewnie będą różne, w zależności od rodziny i jej historii. Większość z nich jest bolesne i rodzą wściekłość. Szczególnie wtedy, gdy dziadkowie bezmyślnie rozpieszczają, wchodzę w rolę matki czy ojca – Teraz? Trochę za późno – myślisz.

I żeby była jasność – dziadkowie są ważni i potrzebni. Potocznie mówi się, że są od rozpieszczania, ale to tak powierzchowne. Przekazują wartości i doświadczenie – słowem, gestem, postawą. Nawet jeśli są naturalnymi nauczycielami historii i tradycji.

Miłość przyszła, ale po latach
Kluczem jest akceptacja dla tego, co było i co jest. Przeszłości nie zmienimy, a jeśli dziś nasi rodzice”dorośli” do miłości, powinniśmy się cieszyć, choćby przez łzy. Może to dobry powód do zadowolenia, że w ogóle dotarli do takiego momentu. Akceptacja bez żadnego „ale” może więcej dać niż zabrać – to bardziej niż pewne. W życiu wielu rzeczy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jedną z nich jest właśnie budowanie bliskości i rozwój relacji. Jeśli jest to miłość do wnucząt, ale też do dzieci po latach – może warto się uśmiechnąć, że przyszła, nawet jeśli dopiero teraz. Bez pretensji o to, co za nami – tak będzie lepiej.

Jakie wy macie obserwacje na temat relacji dziadków z wnukami? Jacy są wasi rodzice? Podzielcie się doświadczeniami.

https://mamadu.pl/140647,bledy-wychowawcze-dziadkow-sa-lepszymi-dziadkami-niz-rodzicami

Mój ciężki dzień!

 

Obraz może zawierać: kwiat, roślina i w budynku

14 stycznia 1932 roku w Łodzi urodziła się moja Mama.

Dziś skończyła 87 lat i jest tak chora, że prawie od dwóch lat leży w łóżku z różnymi stanami świadomości, bo raz zapada się w nicość, a na drugi dzień jest lepiej i tak od roku czasu.

Od tygodnia zastanawiałam się, co mam Jej kupić na Urodziny przypadające na dziś, bo przecież nie kupię Jej bibelotu, perfum, droższego kremu, wazonu, bo to wszystko nie jest Jej potrzebne przecież.

Oczywiście mogłabym kupić Jej paczkę pampersów, ale jakie to by było prostackie z mojej strony.

Myślałam i wymyśliłam, że sprawię Jej cudnego storczyka, takiego rasowego, oryginalnego, bo nawet kiedy Mama umrze, to zostanie on w domu mojej Siostry jako pamiątka po urodzinach Mamy.

Naprawdę nie miałam innego, sensownego wyjścia z tej, jakże trudnej dla mnie sytuacji.

Z osobami chorymi tak jest, że trudno się z Nimi rozmawia i trudno im sprawić prawdziwą przyjemność, ale mi się chyba udało, bo Mama była świadoma i się ucieszyła.

Kiedy byłam u Mamy, był włączony telewizor i nagle na pasku przeczytałam, że Prezydent Gdańska – Piotr Adamowicz nie żyje – wbiło mnie w podłogę, bo chyba wszyscy mieli nadzieję, że po ataku nożem podczas światełka do nieba wczoraj – uda się go uratować.

Niestety, ale rany były tak agresywne, głębokie, że najlepsi lekarze nie dali rady.

Dzisiaj, oni z tego PiS-u modlą się i łączą w modlitwie z Rodziną, a przecież, to oni wprowadzili język nienawiści do przestrzeni publicznej i to oni obstawieni są Policją w tysiącach, a odmówili udziału jej w WOŚP, tak samo zabronili Straży Pożarnej.

Tak bardzo nienawidzą Jurka Owsiaka, że nie zabezpieczyli Orkiestry jako masowej imprezy, bo zalał ich jad i zostały złamane procedury.

Spowodowali to, że teraz trzeba się Policji kłaniać, aby zechciała w ramach swoich obowiązków dbać o bezpieczeństwo Obywateli i do tego robią oszczędności na zabezpieczaniu Narodu.

Pamiętam sesje w Sejmie pełnych agresji za rządów tego nierządu, kiedy opozycji wyłączane są mikrofony. Kiedy Kuchciński upomina, że proszę nie pokrzykiwać, albo na dyskusję daje się 30 sekund i mam pytanie – czy to nie jest arogancja władzy?

A może posłanka Pawłowicz nie sieje hejtu?

Wpisy Krystyny Pawłowicz

A może sobie przypomnimy jak Tarczyński  obrażał opozycję i Polaków, albo Kaczyński jak grzmiał z trybuny o mordach zdradzieckich, które zamordowały mu brata!?

Zasiali ziarno i teraz zbierają plony, że został zabity na oczach Polski Prezydent Gdańska, a wszystko dlatego, że PiS podzielił Polaków na sorty!

Oby ich koniec nadszedł szybko, bo co się jeszcze musi wydarzyć, aby odsunąć hejterów od władzy?

Płaczę cały dzień, siąpię i jest mi tak strasznie źle i smutno.

Cały świat zauważył ten mord, a do tego jeszcze doszło to, że Jurek Owsiak rezygnuje z przewodnictwa w Wielkiej Orkiestrze i tego na dziś było dla mnie za dużo!

Chwile czekania

By nie poddać się chwilom zwątpienia, 
aby w stronę rozpaczy nie skręcić, 
by nie umrzeć z rozgoryczenia
trzeba wierzyć tej oto sentencji:

Najpiękniejsze jest to, co przed nami, 
co nam przyjdzie dopiero przeżyć, 
co się zjawi z nowymi wiosnami, 
by nam życie cudownie odświeżyć.

To co było i jest, bardzo boli, 
targa nerwy i wzrusza sumienie, 
więc – by zdrowie psychiczne uchronić – 
najpiękniejsze trzeba mieć w rezerwie.

Najpiękniejsze dopiero nadejdzie – 
może rok, może dwa, może dziesięć – 
tak się trzeba pocieszać mizernie, 
gdy bez przerwy przedwiośnie lub jesień !

Najpiękniejsze są dni, które będą, 
założenie to nic nie kosztuje, 
borykając się z biedą codzienną, 
niech się każdy, jak umie, oszukuje.

I tej racji nie wolno nikomu 
kwestionować, negować, przesłaniać.

Najpiękniejsze jest to, co przed nami, 
najtrudniejsze są chwile czekania…

Jan Kaczmarski

Gdańszczanie zabito Wam Prezydenta.

Nigdy nie oddajcie miasta, w którym się urodziłam PiS- owi!

Obraz może zawierać: noc, tłum i na zewnątrz

 

Wchodzić w Nowy Rok – 2019

 

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Nigdy nie robiłam z wejściem w Nowy Rok żadnych postanowień, bo znając siebie żadnego bym nie dotrzymała, a więc po co się katować!

Dziś pierwszy raz od dwóch lat się spłakałam, kiedy moja Mama leży w łóżku jak warzywo.

Przepraszam, że ja tak ciągle o tym, ale zdałam sobie sprawę z tego, że te dwa lata Jej choroby upłynęły mi na pstryk palcami i wszystkie dni mi się zlały w jeden dzień i stanowią jedną całość, a nie żaden miks przeżytych dni.

Przepraszam, że wypłakuję się Wam w rękaw, ale tak naprawdę mogę tylko na blogu się wykrzyczeć i opisać swoje emocje związane z chorobą Matki.

Ludzie się cieszą z nadejścia Nowego Roku, a ja jestem jednym wielkim smutkiem, bo w każdej chwili Mama może umrzeć, a więc takie czekanie jest bardzo wyczerpujące i wyniszczające.

Kiedy rano ktoś do nas zadzwoni, to umieram, bo może to być decydująca wiadomość i tak jest przez cały dzień, kiedy wsłuchuję się w telefon.

Uspokoję się wówczas, kiedy Mama odejdzie, bo to ciągłe napięcie mnie zabija i nie potrafię się cieszyć ze zwykłych, codziennych zdarzeń.

Sprzątam w napięciu, gotuję w napięciu, odpoczywam w napięciu i wciąż towarzyszy mi potężny stres, powodujący arytmię serca i rozdrażnienie.

Im jestem starsza, tym mniej mnie cieszy Sylwester i wchodzenie w Nowy Rok, bo zdaję sobie sprawę z tego, że ten Nowy Rok jest wielką niewiadomą i może stać się wszystko!

Mogę ja się rozchorować, albo mój Mąż, bo nie jesteśmy już młodzieniaszkami.

Moja Teściowa też już wiekowa i może być różnie, albo nie daj Boże może stać się coś złego moim bliskim!

Wiem, sama się nakręcam, ale każdy nowy dzień niesie niespodzianki nie zawsze przyjemne i nie zawsze optymistyczne.

Piszę właśnie o dziwnym dniu jaki przeżyłam tuż przed Wigilią!

Zadzwoniła do mnie koleżanka, której nie widziałam 25 lat, bo była w Ameryce.

Wróciła do Polski i przypomniała sobie o mnie.

Spotkałyśmy się i wydawało się, że jest mi życzliwa, tak jak kiedyś.

Zadzwoniła z życzeniami wesołych świąt i nagle spytała, co u mnie!

Odpowiedziałam, że mam chorą Mamę i te święta absolutnie mnie nie cieszą i nagle ona się rozłączyła nie z powodu braku zasięgu, bo oddzwoniła i skończyła swoje życzenia!

Nie chciała słuchać przykrych wiadomości – przygnębiających i dlatego jest tak, że swoje bolączki zatrzymuję dla siebie, bo ludzie chcą żyć w świecie tylko dobrych wiadomości i nie lubią cudzych opowieści o tym, że coś ich trapi i spędza sen z oczu.

A teraz coś innego w temacie balów Sylwestrowych, bo pasuje świetnie do mnie!

Sylwestrowe porady Michela Houellebecqa:

„Wystarczy zaplanować zabawę, aby mieć pewność, że się człowiek śmiertelnie wynudzi. Kilka poniższych rad powinno pozwolić na uniknięcie najgorszego:
– Z góry mieć świadomość, że zabawa skończy się fiaskiem. Przypomnieć sobie przykłady poprzednich porażek. Pogodzenie się ze zbiorową katastrofą, pokornie i z uśmiechem, może pozwolić na sukces, przekształcając nieudaną zabawę w banalnie przyjemne przeżycie.
– Zawsze zakładać, że będzie się wracać taksówką i samotnie.
– Przed zabawą: napić się.
– Podczas zabawy napić się, ale zmniejszając dawki. Lepiej we właściwym momencie wziąć pół pastylki lexomilu. Można się spodziewać szybkiego zapadnięcia w drzemkę, co jest stosowną chwilą to wezwania taksówki. Dobra zabawa to krótka zabawa.
– Po zabawie zadzwonić z podziękowaniami.
I na koniec pocieszająca perspektywa: wraz z wiekiem mija poczucie obowiązku zabawy, a zwiększa się potrzeba samotności. Prawdziwe życie bierze górę”.

Cytat dzięki Justyna Sobolewska
(Interwencje 2, przeł. Beata Geppert)

Do siego roku wszyscy, którzy tu zabłądzili, a poznaliśmy się dokładnie rok temu, kiedy na WP przeniosłam mojego bloga!

Cieszę się, że Was poznałam i dziękuję za komentarze i wspólną konwersację!

I jeszcze chcę napisać, że w każdego Sylwestra i przed – cierpiałam z moją suczką, której nie ma już z nami dwa lata, ale każdy Sylwester był dla niej traumą mimo środków uspokajających.

Tylko durnie i pajace odpalają race!

Obraz może zawierać: w budynku

Chcę jeszcze napisać, że ten Nowy Rok będzie fatalny dla polskiej polityki i na ulicę wyjdą wszystkie grupy społeczne i będą domagać się swojego, ale co ja tam wiem!

Dziś dotarła do Polaków wiadomość, że narodowiec dostał stanowisko w Ministerstwie Cyfryzacji, a to oznacza, że mogą nam zamknąć portale społecznościowe!

Obraz może zawierać: 1 osoba, tekst

Podsumowanie mijającego roku!

Podobny obraz

Życzenia

Idź Nowy Roku… 

tak mówi Rok Stary i znika…

z łezką w oku. 
Z ostatnią kartką kalendarza zerwijmy złe nastroje, 
zapomnijmy o wszystkich nieudanych dniach, 
przekreślmy niewarte pamięci chwile
 i wejdźmy w Nowy Rok

 jak wchodzi się na najwspanialszy bal świata!

Tego życzę bywalcom mojego bloga:))

Jaki był dla mnie, ten mijający rok?

Nie mógł być dobry, kiedy Mama kolejny rok przeleżała w łóżku z różnymi stanami, koło której wciąż trzeba chodzić i się opiekować, a to jest coraz większym wyzwaniem.

Umierała w jeden dzień, a na drugi zmartwychwstała  i tak było wiele razy ku naszemu zdumieniu.

Nie powinno się tak umierać przez – już 26 miesięcy, bo wszyscy padli na pysk i żyjemy w wiecznym stresie, gdyż z dnia na dzień trzeba pokonywać tytaniczną robotę.

Nawet nie wiem kiedy mi z przed nosa uciekły te dwa ponad lata, bo każdy dzień podobny jest do poprzedniego, a więc ciągła gotowość i wysłuchiwanie telefonu, bo trzeba pomóc, zastąpić, wziąć dyżur.

W pewnym momencie wysiadłam na maksa i ogłosiłam, że nie dam rady, że potrzebuję kilka dni na odpoczynek, wyciszenie i uspokojenie mojego skołatanego serca.

Musiałam to ogłosić, bo bym umarła prędzej niż moja Mama, gdyż nawet tabletki na serce przestały działać, a moja nerwica odezwała się na nowo.

Podobno wszystko jest po coś na tym świecie i w naszym życiu, ale nie umiem sobie wytłumaczyć tego, że po co Mama tak nas katuje i nie chce spokojnie odejść, abyśmy wszyscy odzyskali swoje życie, a do tego sądzę, że ta Jej katorga nie pogodzi zwaśnionych!

Spytałam Męża, czy mógł by się bawić na balu Sylwestrowym, a On mi odpowiedział szczerze, że w obliczu chorej, mojej Matki jest to wykluczone i ja tak samo uważam.

Nasi, starsi znajomi i odrobinę młodsi, będą balować, a my będziemy w domu, bo na żadne tańce nie mamy ochoty.

Nie mamy ochoty w obliczu umierania skakać do melodii –  te oczy zielone, czy ona tańczy dla mnie!

Mój Mąż pomagał w oporządzeniu mojej Mamy ze śmierdzącego i za to Mu bardzo dziękuję i podziwiam  za to, że co wieczór idzie ze swoją Mamą – staruszką na spacer, która jest po zabiegu na sercu.

Oboje, my starsi już ludzie uwikłani jesteśmy w starość 20 lat później i musimy na co dzień zmagać się z chorobami naszych Matek, ale jakie mamy inne wyjście?

Za chwilę i aż się boję sobie wyobrażać, kiedy to my będziemy potrzebowali pomocy ze strony naszych Dzieci i co one postanowią w razie naszej niedołężności?

Może oddadzą nas do domu seniora, a może do hospicjum – któż to wie?

Wciąż piszę na moim blogu, że każdy chory, nieuleczalnie powinien mieć prawo do eutanazji na swoje, wyraźne życzenie – koniec i kropka.

Ja sobie nie życzę, aby moje Dzieci uprzątały spode mnie to śmierdzące!

W obliczu tego, co nas z Mężem dotyka, rozmawiamy dość często o przemijaniu i mój Mąż pracoholik podkreśla, że jeśli nie będzie mógł pracować, to umrze z nudów, zgorzknieje i zdziwaczeje, a ja będę miała z Nim nie lada kłopot i już się boję takiego stanu!

Odchodząc od trosk z umieraniem chcę też podkreślić, że ten rok był fatalny dla naszej Polski.

Ludzie, którzy teraz rządzą krajem, to wyjątkowi kłamcy, dranie i może w następnym roku w Polsce coś się takiego stanie, że Polacy przejrzą na oczy i pokażą im czerwoną kartkę!

Na Twitterze przeczytałam dość ciekawy wpis, bo:

Z Twittera wzięte!

Jack‏ @zKaszebe

Coraz częściej nachodzi mnie perwersyjna myśl by w wyborach parlamentarnych zagłosować na PiS. Niech wygrają i zmierzą się z kryzysem gospodarczym, drożyzną, wzrostem bezrobocia, strajkami itd. Będzie ciekawie i będzie się działo.

Może Wigilia przyniesie wybawienie!

Znalezione obrazy dla zapytania rak choroba

Obudziłam się dziś już o 6 rano, cała zdrętwiała i zdenerwowana.

Bosze zaraz przyjdzie czas szykować święta, a ja trochę jestem w lesie – pomyślałam.

Poranna kawa i myślę, co muszę zrobić na teraz, już, szybko, bo telefon noszę ze sobą po całym mieszkaniu, aby usłyszeć wezwanie do zmiany pampersa.

Spokojnie – gadam do siebie, że w takiej sytuacji niech szlag trafi te święta, kiedy Mama leży na łożu śmierci i ważniejsza jest opieka nad Nią, aniżeli te cholerne kurze i niedoróbki w domu.

Niech szlag trafi listę zakupów na kartce dla Męża, aby pomógł mi zgromadzić potrzebne produkty.

Spinam się i robię listę zakupów, a potem zmuszam się do zmiany pościeli, bo choć nie brudna, to wypada na święta.

Kiedy mam już wszystkie zakupy w domu, to wcale się nie uspokajam, bo czekam na telefon i jest!

Trzeba przyjść, bo znowu, a więc zakładam byle jakie laczki, zarzucam kurtkę  –  lecę i o bogowie szczęście, że jest blisko.

Okej udało się z pomocą założyć leżącej pampersa po uprzątnięciu i na nowo mogę myśleć, co mam jeszcze do zrobienia.

Na szybko pucuję witrynki, gdzie zgromadzone są jakieś kieliszki do wina, miseczki, talerzyki  – uf, ale wciąż gapię się na telefon i znowu jest!

Lecę na złamanie karku, bo nie chcę, by Mama leżała w nieczystościach.

Podnosimy ją pewnym sposobem, aby umyć, co trzeba i podłożyć tego cholernego pampersa.

Nie jest łatwo, bo nikt z nas nie jest pielęgniarzem, ale musimy temu podołać, a ja się spieszę, bo każdy ruch budzi u Mamy ogromy ból, a mnie się ręce trzęsą, aby szybciej ułożyć ją w normalnej pozycji.

Mama krzyczy, że wszystko Ją boli, ale nie możemy już delikatniej, choć się strasznie staramy.

Po zmianie pampersa wróciłam do domu na drewnianych nogach i z bolącym kręgosłupem  padłam na kanapę kompletnie bez sił, a tu za 15 minut telefon, że znowu!

Lecę choć serce wali jak młot. Zmieniamy pampersa, który się rozdarł, a więc na nowo przekładamy Mamę i próbujemy powtórnie, a za 10 minut trzeba było zrobić to jeszcze raz.

Karmię Mamę lekką zupką ciesząc się, że zjadła 10 małych łyżeczek, bo od trzech dni nie chciała nic jeść, bo nam odleciała.

I tak nagle słyszę – wrzućcie mnie do Wisły i zaczęła płakać.

Wygłaskałam, wycałowałam, ale kurwa, nigdy nie zapomnę tych łez w tych bladych oczach, pozbawionych blasku!

My 60 – latkowie mający swoje schorzenia, w czwórkę z pomocą młodszej osoby, a więc jest nas piątka tego umierania mamy po kokardy, ale walczymy!

Może Wigilia przyniesie wybawienie!

 

 

Śmierć jest wybawieniem!

Kto mnie czyta, to wie, że mamy chorą Mamę na raka i ten zrozumie skąd u mnie na blogu poniższy tekst – zresztą bardzo mądry, znaleziony w sieci!

25 miesięcy minęło właśnie od diagnozy rak  i oto dziś nasza Mama już nic nie rozumie, co się w koło Niej dzieje. Nie reaguje na żadne bodźce i zdaje się, że oto jest w agonii.

Nigdy nie byłam świadkiem odchodzenia, a dziś widziałam ten moment w oczach mojej Mamy i zdaje się, że to kwestia kilku godzin, kiedy Mama nas opuści.

Jakie to przykre, że nagle przestaje reagować i jest w swoim, własnym świecie, do którego my żyjący już nie możemy wejść.

Artykuł znaleziony w sieci sprawił, że sama już wiekowa, zrozumiałam, że śmierć jest wybawieniem od doczesnych trosk i problemów, oraz choroby.

Nie wiem po co ludzie tak ze sobą walczą, kłócą się, nienawidzą, walczą o pieniądze, o luksusy, oszczędzają, kiedy wszystko kiedyś się sprowadzi do jednego – do śmierci i to jest nieuniknione.

Nikomu nie zapłacimy, aby żyć dłużej, bo pani  ‚Śmierć” rozdaje wszystkim po równo, choć często niesprawiedliwie. Taka ona jest!

Nagle kończy się to wszystko i zamyka w słowach – odejście z tego świata!

Jest to smutne dla tych, którzy żyją, ale jest wybawieniem dla chorego, leżącego kilkanaście miesięcy w łóżku.

Przeczytajcie poniższy artykuł, bardzo mądry i rozważny, a ja po jego przeczytaniu nie boję się śmieci!

Nie płaczę, że Mama odchodzi, bo jestem piekielnie zmęczona codzienną opieką i padam na pysk.

Z pewnością emocje straty się pojawią, ale to nastąp,i kiedy Mama spocznie w zimnej ziemi!

Znalezione obrazy dla zapytania śmierć

– Człowiek w trumnie powinien wyglądać jak… – młoda dziewczyna opowiada o pracy ze zmarłymi.

Boi się pani zmarłych? Agnieszka Sieluk: – Żywych trzeba się bać, bo zmarły nikomu krzywdy nie zrobi. Ale wierzę w duchy. Na razie jednak żadnego nie spotkałam, choć codziennie chodzę po ciemku przez cmentarz.

6.30, jeszcze ciemno. Agnieszka wysiada z pociągu. Do Zielonej Góry jechała z Bytnicy. Żeby dotrzeć na czas, jak zwykle wstała o 4.00. Po drodze rozmyślała o ojcu. Ma 52 lata i jest ciężko chory. Agnieszka wie, że ratunku nie ma i że któregoś dnia odejdzie. Na TAMTĄ STRONĘ. Już do tej myśli przywykła. Zresztą o śmierci rozmawiali nieraz. Agnieszka wie, że ojca pochowa bez butów. Bo takie jest jego życzenie. Wcale nie dziwne. W życiu najbardziej uwierały go buty, więc na TAMTĄ STRONĘ chce przejść boso.

Przed 7.00, ciągle ciemno. Agnieszka przechodzi wzdłuż grobów. Większość tonie w białym puchu, na niektórych palą się znicze… Na nowym cmentarzu drzew niewiele, więc groby leżą jak na dłoni. Kilka chwil później, Agnieszka już w swoim „gabinecie”.

Biurko stoi w sali między chłodnią a miejscem przygotowań. Wszystko tu metalowe i srebrzyste: szafki, stoły… – Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła przeprowadzać sekcje zwłok – pokazuje na stół, który stoi koło biurka i wygląda jak sito. W sali przygotowań w foliowym worku ktoś już na Agnieszkę czeka. To kobieta, która zmarła ze starości. Wychudzona, w bawełnianej koszuli, pampersach. Ma zamknięte oczy i otwarte usta. – Spokojną miała śmierć, choć na pewno cierpiała z bólu, bo musiała chorować… – Agnieszka zakłada fartuch i gumowe rękawiczki. Bierze na ręce drobną kobietę i przekłada na stół. Rozbiera, pod głowę kładzie wałek, odkręca wodę, obmywa ciało, myje włosy..

  • Nie boi się pani zmarłych? – A dlaczego? To żywych trzeba się bać, bo zmarły przecież krzywdy żadnej mi nie zrobi. Ja ich w pewnym sensie przywracam nawet do życia. Bo człowiek w trumnie powinien wyglądać tak, jakby przed chwilą zasnął. I jakby za chwilę chciał wstać i coś powiedzieć. Sport mnie zahartował Agnieszka ma 21 lat, 180 cm wzrostu i kasztanowe włosy. Jest ładna, serdeczna i przyjazna. Dużo ciepła z niej bije i dużo mądrości. W miejskim zakładzie pogrzebowym pracuje przy zmarłych od półtora roku. W Gorzowie skończyła kurs tanatokosmetyki, czyli pośmiertnej toalety. To tam pierwszy raz w życiu ubrała i umalowała kobietę. I tam doszła do wniosku, że ta praca jej odpowiada. – Miałam świetnych nauczycieli – podkreśla. Dwa miesiące temu skończyła we Wrocławiu kurs techniki sekcji zwłok. Wydała na to majątek. Taki kurs zrobiło w Polsce zaledwie kilka kobiet.

  • Ja pani nie rozumiem. Taka młoda i zamiast garnąć się do życia, obcuje ze zmarłymi. To coś nienormalnego… – Ależ ja kocham życie! Za kilka miesięcy wychodzę za mąż! Jestem optymistką, lubię żartować, cały świat widzę w kolorach i z każdej złej sytuacji zawsze wyciągnę coś dobrego. Na co dzień chodzę w sukienkach, zakładam szpilki, lubię nosić tipsy… A obcowanie ze zmarłymi to moja praca. Taka, jak każda inna. – No, przepraszam, ale co w tej pracy może być fascynującego? – Powiem inaczej: od dawna fascynuje mnie kryminalistyka. Myślałam o tym już w ogólniaku w Sulęcinie. Moim marzeniem jest praca w policji kryminalnej. A tam wiadomo, ze zmarłymi ma się do czynienia często. Pomyślałam, że zanim podejmę ostateczną decyzję, najpierw ten kontakt muszę doświadczyć na własnej skórze. I teraz już wiem, że w kryminalnej mogę pracować, bo zmarli mnie nie przerażają.

  • Skąd w pani tyle życiowej mądrości, tyle dojrzałości… – Sport mnie zahartował. Już w podstawówce zaczęłam trenować pchnięcie kulą i rzut młotem w klubie Ilno Torzym. Dwa razy byłam mistrzynią Polski młodzików w kuli, raz wicemistrzynią, dwa razy zdobywałam srebrny medal w młocie… Trzy lata temu w wypadku samochodowym zginął mój trener Ryszard Pluta, wtedy zostawiłam sport. Łamanie kości to stereotyp Agnieszka przekłada staruszkę na drugi stół. Ręcznikiem wyciera ciało, suszarką suszy włosy… Z torby wyjmuje brązową garsonkę, białą bluzkę, czarne buty, rajstopy… Ubranie dostarczyła rodzina. Teraz Agnieszka będzie szykowała kobietę do trumny. – I będzie pani łamała zmarłej ręce? – Zaraz się pani przekona… No i sama pani widzi, że łamanie kości to stereotyp. Ręce i palce bez problemu się zginają. O, proszę…

Agnieszka wkłada staruszce majtki, rajstopy, potem bluzkę, spódnicę… – A wychyliła pani łyk koniaku, przed tym… no… hm… wie pani, o czym myślę… – Przecież pani widziała, że nie. To kolejny stereotyp. Może kiedyś, jacyś niezrównoważeni i mało odporni prosektorzy musieli sobie chlapnąć. Dziś czasy się zmieniły. Zresztą rozmawiałam z ludźmi, którzy pracowali przy zwłokach. Przez 26 lat nie złamali zmarłym żadnej kości, nie pili… Szybko, bez bólu Starsza pani już ubrana. Garsonka o wiele za duża, bo choroba i śmierć zabrały kilogramy. Agnieszka podpina, co trzeba, by zmarła wyglądała ładnie.

  • Co by pani w niej zmieniła? – Ubranie. Powinna mieć jaśniejszą garsonkę i jasne buty. Ale może za życia lubiła brąz? Ja w ogóle na temat ubioru mam rewolucyjne poglądy. Jeśli mężczyzna za życia nie cierpiał garniturów, a lubił dresy, to dlaczego na TAMTĄ STORNĘ ma iść pod krawatem? Przecież będzie się męczył. Albo kobieta: jeśli ubierała się ekstrawagancko, to pozwólmy, by na tej ostatniej drodze też tak wyglądała… Człowieka powinniśmy pamiętać takiego, jakim był za życia. Kto wie, może nasza dusza ubrana jest w to, w czym chodzimy na co dzień? – Już słyszę głosy oburzenia: jak można pochować ojca w dresach, syna w dżinsach, czy matkę w lamparcich leginsach i wysokich szpilkach?! Co by na to ludzie powiedzieli?! – Ludzie powinni przychodzić na pogrzeb, by pożegnać się ze zmarłym, a nie plotkować. A rodzina powinna być ponad krytykę innych. – Jak pani chciałaby zostać pochowana? – W różowej sukience, bo uwielbiam ten kolor, w butach na obcasie i z tipsami. No i koniecznie trzeba przykryć mnie kołdrą, bo jestem zmarźlukiem.

  • Boi się pani śmierci? – Nie. To jedyna sprawiedliwość, bo dotyka każdego z nas. – A jak chciałaby pani umrzeć? – Szybko. Bez bólu. Bo nie ma nic gorszego niż cierpienie. Zwłaszcza cierpienie osoby bliskiej, którą zna się całe życie… Widzę, jak mój tato się męczy, i to boli. Widzę też, że męczy się ze świadomością, że kiedyś mógł wokół siebie robić wszystko sam, a dziś my koło niego chodzimy. I on z tego powodu też cierpi. Dlatego nie chciałabym być ciężarem dla nikogo. – Popiera pani eutanazję? – Tak. I chciałabym odejść na własne życzenie, gdybym bardzo cierpiała. I to powinna być wyłącznie moja decyzja. Ja to nazywam ulżenie człowiekowi w cierpieniu, bo od cierpienia nie ma nic gorszego. Życie się nie zatrzymuje Agnieszka wyjmuje z szafy kosmetyki: biały puder, podkład w kremie, tusz do rzęs, szminkę, pędzelki… Lakier do paznokci zostawia na półce. – Bo ta pani chyba paznokci nie malowała – bierze w dłoń zimną dłoń staruszki, przygląda się palcom. – No i obcinać paznokci też nie muszę, bo zadbane.

Teraz zamyka staruszce usta. Igłę z nitką wbija pod brodę i prowadzi do nosa. Jeden szew i usta zamknięte. Wcześniej wypełnia je specjalną wkładką. Żeby po TAMTEJ STRONIE policzki nie były zapadnięte. Skóra miękka, woskowa, daje się łatwo uformować. Maluje zmarłej rzęsy, brwi, na policzki nakłada róż… – To straszne, że z człowieka nic nie zostaje… – Ja to nic? Zostaje po człowieku to, co on po sobie zostawił w życiu, na przykład dzieci. – Ale ja nie o tym… – Śmierć to podsumowanie całego życia. I jak obserwuję tych zmarłych, to wiem, że każda śmierć jest inna. Bo każdy odchodzi inaczej. Ale staram się tego nie roztrząsać, bo to są osobiste sprawy zmarłych. Dla mnie nie jest ważne, czy ubieram bezdomnego, milionera, czy mordercę. Bardzo szanuję zmarłych i nie wnikam w ich przeszłość. Nie oceniam ich, bo zrobi to ktoś na górze.

  • Myśli pani, że na górze też jest życie? – Jest. Inne. Myślę, że TAM jest spokój, niekoniecznie cisza… Że po drugiej stronie już nic nie boli. Myślę, że życie się nie zatrzymuje. Że trwa dalej. – Pani chciałaby żyć wiecznie? – Nie. Śmierć nie jest taka zła… Nauczyłam się tu pokory. Pokory wobec życia. Śmieszy mnie wyścig szczurów, pęd za sukcesem, za kasą. Owszem, kasa jest potrzebna, ale człowiek zaczyna się gubić, nie zauważa tej cienkiej czerwonej linii. Nie ma czasu dla bliskich, a potem jest już za późno. Dlatego ja zawsze mam czas. Dlatego uważam, że w życiu ważne jest tylko jedno: żeby być dobrym człowiekiem. Bo przecież i tak wszyscy tu trafimy. *** Starsza pani już gotowa na swoją ostatnią drogę. Agnieszka przekłada ją do trumny. Robi to zwinnie, bo kobieta jest krucha. Poprawia podgłówek, splata zmarłej dłonie, wygładza garsonkę… Kobieta śpi. Za dwie godziny spocznie w ziemi.

Czytaj więcej: https://gazetalubuska.pl/czlowiek-w-trumnie-powinien-wygladac-jak-mloda-dziewczyna-opowiada-o-pracy-ze-zmarlymi/ar/7831603