Archiwa tagu: Mama

Nikt nie chce, aby umieranie odbyło się na jego oczach!

Opieka nad chorym rodzicem – bardzo chorym jest chyba najcięższym obowiązkiem jaki spoczywa na dzieciach.

Kiedy chory jest już całkowicie leżący i trzeba zrobić koło niego wszystko, to nie może robić tego tylko jedna osoba ciągle, bo by się wykończyła fizycznie, ale chyba najbardziej psychiczne.

Mam za sobą dwu i półdniowy maraton przy chorej Mamie, która jest leżąca i nie zmęczyły mnie zabiegi i to wszystko, co trzeba przy chorej zrobić.

Najbardziej mnie zmęczyły dwie bezsenne noce, kiedy to nadsłuchiwałam, czy Mama oddycha!

Każde jej stęknięcie, czy dziwne chrapnięcie było dla mnie dzwonkiem, że może przyszedł ten czas!

Kto się opiekował chorym rodzicem, dla którego nie ma ratunku, to zdaje sobie sprawę z tego – o jakim ja piszę strachu, bo nikt nie chce, aby umieranie odbyło się na jego oczach.

Pakując się na dyżur miałam cholernie różne wizje i wyobrażałam sobie przedziwne sytuacje i to, że Mama mi umrze.

Ten strach jest paraliżujący, ale trzeba wziąć się w garść i czynić opiekę.

Kiedy wstawał poranek, to szybko robiłam sobie kawę, aby z pomocą kofeiny stanąć na nowo na nogi, choć fryzura zwichrzona.

Za chwilę budziła się Mama i trzeba było się Nią zająć i starałam się to robić jak najlepiej umiem.

Nigdy się nie spodziewałam, że dość szybko nauczę się pewnych zachowań przy chorym, bo nigdy nie miałam w sobie genu pielęgniarki.

Jednak jest tak, że trzeba się spiąć i pomagać przeżyć choremu kolejny dzień w cywilizowanych warunkach i tu jestem z siebie dumna, że podołałam kolejny raz.

Opieka nad chorym jest zawyczaj samotna, bo kiedy wszyscy wiedzą, że chory ma opiekę, to świetnie i nawet nikt nie zadzwoni jak leci i czy dajemy sobie radę.

Mnie towarzyszył tylko Mąż, który stanął na wysokości zadania i przy mnie był w kontakcie telefonicznym i fizycznym.

Pytał, czy i jak może mi pomóc i za to Mu wielkie dzięki.

W ciągu dnia Mama podsypiała sobie i wtedy czuje się najbardziej tą samotność, bo co robić i jak zapełnić sobie czas – nie tylko przed telewizorem.

Zabrałam ze sobą komputer, który był mi przyjacielem i pozwolił na to, bym nie straciła kontaktu ze światem.

Wzięłam ze sobą też mój ukochany aparat foto i cyknęłam wierzbę z balkonu, która zaczęła budzić się do życia, a także ślicznego pieska sąsiada, który też poczuł wiosnę.

I tylko pogoda zrobiła mi piękną niespodziankę, bo na dyżur szłam prawie zimą, a po dwóch dniach wracałam wiosną – bo zaczęło się wszystko na nowo odradzać w przyrodzie i tylko człowiek nie ma takiej szansy – niestety.

Bloga piszę zawsze wieczorem, ale będąc z Mamą byłam tak zmęczona, że żadne myśli i pomysły na następną notkę się nie pojawiały, bo zmęczenie robiło swoje.

Moja kochana „A” – jakże ja Ci się odwdzięczę za wirtualne wsparcie – nie wiem!

I taki wiersz zostawię, jakże adekwatny do mojej sytuacji!

 

Kochanie

Kocham twoje siwe włosy
I każdą twoją zmarszczkę.
Twój reumatyzm i pokasływanie,
Drżenie twoich dłoni
Gdy przekręcają strony
Gazet i książek
Albo dotykają moich włosów.
Kocham je gdy podnoszą do ust
Filiżankę herbaty,
I kiedy spoczywają na kolanach,
Lub głaskają psa w nogach.
Kocham też twoje stopy
W domowych pantoflach
Złączone razem,
Kocham je kiedy wloką się jedna za drugą
Po dywanie i po liściach,
Tak jak latami wloką się we mnie.
Kocham twój drżący głos
Kiedy zwraca się do mnie wspominając,
Lub kiedy zwraca mi uwagę
Na jakiś wiersz.
Twoje zachodzące bielmem oczy też kocham
Gdy mrugają i patrzą na mnie,
I twoje okulary na czubku nosa,
I twoją sztuczną szczękę w szklance
Kocham
Już teraz
Wiele lat wprzód.
Radmila Lazić

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Reklamy

Wierzę w to, że karma wraca!

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Jestem u mojej chorej Mamy i mam  dyżur do niedzieli – wieczorem.

Nie mam więc pomysłu na nową notkę, bo moja głowa jest zajęta ważniejszymi sprawami niż np. – polityka.

Opieka nad chorą Mamą jest przede wszystkim bardzo stresująca i wysysająca energię.

Właśnie Mama zasypia, a ja chcę się z Wami podzielić moim szczęściem.

Kto mnie czytał,  to wiedział, że miałam w sieci za plecami dwie hejterki, a jedna z nich – wyjątkowa bandziorka netowa doniosła na mnie na Policję.

Przyszli i zarekwirowali mi komputer na 6 tygodni. Grzebali i nic nie znaleźli!

Niemniej ta historia obciążyła mój system nerwowy i bardzo to przeżyłam.

Dlaczego dzielę się swoim szczęściem?

Dlatego, że ta bandzorka od trzech miesięcy dała mi wreszcie święty spokój i gdyby ten proceder trwał  dalej, to nie wiem, czy bym to przeżyła i tu piszę bardzo poważnie.

Mogę się teraz skupić na  swoich sprawach i na chorej Mamie i od jakiegoś czasu  paniusia – Maria Pałac zamieszkała w Krakowie dała mi wreszcie zaczerpnąć świeżego powietrza!

Pani Mario – karma wraca i o tym się pani jeszcze przekona!

Ciekawe jak ta kobieta, która zrobiła mi piekło w sieci, patrzy na siebie w lustrze!

Pasja fotografii!

Od zawsze mi się marzyło, aby móc fotografować ludzkie twarze na jednolitym tle.

Najbardziej ciekawiły mnie twarze ludzi starszych – z ich zmarszczkami i mapą wyrytą z przeżytych lat.

Twarze, na których zapisany jest ich życiorys, mądrość i czułość widoczna w ich oczach.

Nie było mi to dane, bo przecież nie mogłam zaczepiać ludzi na ulicy i ich fotografować, bo nie jestem wszak żadnym fotografem, a jedynie amatorem od przeważnie – krajobrazów.

Udało mi się jednak uwiecznić moją Mamę w pierwszej fazie choroby, kiedy to już o niej wiedziała, i która powoli – dzień po dniu odbiera Jej siły.

Nie uwieczniłam Mamy starości, a raczej Jej siłę z jaką szła przez życie i Jej mądrość zapisaną na twarzy kobiety w wieku 86 lat.

Udało mi się sfotografować Mamy ręce, którymi prała moje pieluchy, karmiła, szorowała wiórami podłogi i robiła nimi mebleki do zabawy, kiedy tych zabawek na rynku nie było.

Ten wpis powstał dlatego, bo zaispirowałam się francuskim fotografem specjalizującym się w utrwaleniu aparatem właśnie ludzkich twarzy i wkleję jego kilka fotografii. Gratuluję mu talentu  i inspiracji:

 

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Fotorgaf nazywa się Eric Lafforgue.

Urodził się w 1964 roku i przemierzył wiele krajów. Uwiecznił aparatem nie tylko ludzkie twarze, ale one w jego dorobku dominują i tak:

 

Zdjęcia pobrane z Google Grafika!

Znalezione obrazy dla zapytania ericlafforgue •

Znalezione obrazy dla zapytania ericlafforgue •

 

Znalezione obrazy dla zapytania ericlafforgue •

Znalezione obrazy dla zapytania ericlafforgue •

 

Znalezione obrazy dla zapytania ericlafforgue •

Ludzie listy piszą – zwykłe – polecone!

 

Znalezione obrazy dla zapytania list

Otrzymałam dzisiaj list z wieloma zarzutami, że nie dość dobrze opiekowałam się i opiekuję swoją, chorą Mamą i biorę to na klatę.

Jednak z jednym zarzutem się kompletnie nie zgadzam, a brzmi on, że nigdy nie podziękowałam Mamie za to, co dla mnie zrobiła!

Podziękowałam i tu się będę broniła!

Rok temu, kiedy Mama leżała w szpitalu już z diagnozą – napisałam do Niej list w geście podziękowania i po to, żeby wiedziała ile dobrego dla mnie zrobiła.

W  szpitalu wręczyłam Mamie ten list z nadzieją, że go przeczyta, ale tak się nie stało.

Powiedziała, że list przeczyta na spokojnie, kiedy zostanie wypisana ze szpitala do domu.

Do dzisiaj nie wiem, czy go przeczytała, bo ani słowem –  nigdy mi nie dała znaku o tym – jak ten list przyjęła.

Miałam nadzieję, że kiedy ten list przeczyta, to się uściskamy, powspominamy, czy złapiemy w geście zrozumienia za rękę – chociaż!

Nie wiem gdzie teraz ten list się znajduje i nie wiem wcale, czy go Mama przeczytała i wiecie co? Jest mi cholernie przykro, że ten list, w którego włożyłam tak dużo serca i miłości został bez echa!

A napisałam w te słowa:

„Mamo, ja wszystko pamiętam jak bardzo starałaś się wychować nas na porządnych ludzi, ale może od początku opowiem Ci, co pamiętam:

Babie Doły, rok 1959 bodajże, kiedy ja, jako szkrab uciekałam Ci z domu nad morze i złaziłam po stromych wydmach, albo znajdywałaś mnie w lesie na jakimś drzewie. 

Już wówczas lubiłam chodzić swoimi drogami ku Twojej udręce. Pamiętam, że uszyte przez Ciebie porcięta, rwałam na gwoździach i potem bałam się do tego przyznać.  

Przychodziłam zakrwawiona, posiniaczona, a Ty jechałaś na pogotowie, aby mi te szramy zaszyli.

Pamiętam, gdy opowiadałaś o czasach wojny i jak byłaś głodzona jako dziecko, przez swoją macochę.

Opowiadałaś jak zaczęłaś pracować w wieku 14 lat, jako mała dziewczynka w szwalni i  skradałaś się  po ulicach wojennej Łodzi.

Opowiadałaś jak Niemcy przychodzili i robili w domu przeszukania, a Radogoszcz poszedł z dymem pochłaniając pracujących tam ludzi. 

Po przeprowadzce do Ustki, pamiętam jak gotowałaś bieliznę  w kotle i strasznie się oparzyłaś. 

Ojca w domu nie było długie miesiące i wszystko było na Twojej głowie, a ja właśnie poszłam do pierwszej klasy.

Ty w wolnych chwilach robiłaś nam zabawki – takie mebelki dla lalek.

Pamiętam, że po położeniu nas spać, pisałaś w kuchni wiersze w niebieskim zeszycie, albo długo rozmawiałaś z Ojcem, który przyjechał, a był w domu gościem z racji swojej pracy.

Pamiętam, że często płakałaś w czasie tych rozmów, a do tego opiekowałaś się bratem Ojca, który nie miał się gdzie podziać.

Potem zwalił Ci się na głowę brat następny, bo też nie miał się gdzie podziać i to wszystko na Twoją biedną głowę spadło.

Potem następna przeprowadzka i Ojciec już w domu, ale czasami sobie myślę, że lepiej nam było bez niego.

Wieczne awantury i alkohol i tak minęło 17 lat, w których walczyłaś jak lwica o nasz dom, pracując jednocześnie.

Pamiętam, jak pomagałaś mi robić do szkoły zadania z plastyki i wszystko potrafiłaś.

Nie był Ci obcy młotek, gwóźdź, malowanie, remonty, ponieważ nie mogłaś liczyć na nikogo, bo jesteś przecież jedynaczką, a mąż się na tym nie znał.

Nastał dzień, że trzeba było z domu uciekać, bo poziom awantur przybrał apogeum.

Wyszłyśmy z domu z paroma ciuchami do zupełnie mi obcych ludzi.

Chciałaś mnie z siostrą uchronić przed psychicznym znęcaniem się, abyśmy wszystkie nie zwariowały.

Mieszkanie poza domem przez pół roku i znowu wszystko było na Twojej głowie.

Dorastałyśmy, uczyłyśmy się i trzeba było nas ubrać, zakupić podręczniki, zeszyty i sama na to wszystko pracowałaś i długo by wymieniać i pisać o Twojej dobroci, cierpliwości i pracowitości, a do tego nigdy się nie załamałaś.

Pamiętam oczywiście o tym, jak mi pomagałaś w wychowaniu mojej pierworodnej Córki.

To Ty pierwsza Ją wykąpałaś i pokazałaś jak to się robi.

Kiedy biegłam do pracy, to Ty zostawałaś z Wnuczką i sprawowałaś nad Nią swoją, babciną opiekę i tego Ci Mamo nigdy nie zapomnę.

Zawsze Cię podziwiałam, bo zawsze byłaś dla mnie wzorem i wybacz, że kiedy odeszłam z domu i założyłam swoją rodzinę, było mnie mniej w Twoim życiu. Wówczas to ja musiałam zadbać o swoją rodzinę i wychować swoje dzieci na porządnych ludzi. Zadanie wykonałam i teraz Mamo jestem myślami bliżej Ciebie, bo mam teraz na to czas. Dziękuję Ci Mamo za wszystko i kłaniam Ci się w wielkiej atencji”.

 

 

 

Moje wyciszone święta!

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Powolutku szykuję się do Świąt Bożego Narodzenia, ale naprawdę powolutku – nie szaleję.

Mama chora na raka, a więc nie wiadomo, czy przed świętami nie będziemy mieć pogrzebu, gdyż wredna choroba atakuje mocno i bezlitośnie.

Codziennie u Niej jestem, aby pobyć i nacieszyć się sobą, ale kiedy wracam do domu, to jestem totalnie wyczerpana i nie fizycznie, ale psychicznie.

Moje święta będą więc bardzo wyciszone, które spędzę z Mężem i ukochanymi Córkami i ich rodzinami.

Mam już umyte okna i choineczka też już  jest ustawiona – taki akcent na zbliżający się czas.

Nie szaleję, bo nie ma co szaleć w obliczu nadchodzącej śmierci.

W pierwszy dzień świąt zaplanowałam uroczysty obiad ze swoimi Córkami i ich rodzinami

Mamy z Mężem masę rodzinnych kaset z lat, kiedy nasze Córki były malutkie, a więc powspominamy sobie tamte lata, kiedy Córki były z nami.

Zaplanowałam niewielkie menu, bo nie mam siły siedzieć w kuchni, kiedy Mama powoli umiera.

Nie ważne w takim czasie jest jedzenie, a ważna jest modlitwa o każdy dany dzień mojej Mamie.

 

 

Rak – to wstrętny gad!

Pisałam niżej, że mam chorą Mamę na raka!

Diagnoza padła w listopadzie 2016 roku! Rak wątroby z przerzutami na nadnercza i zdaje się na kości.
Ogromne boleści, ale nie wątroby i nie nadnerczy, a kości właśnie.

Mama dość dobrze funkcjonowała przez ten rok i mimo bólu  była w tym bardzo dzielna.

Miała w sobie niesamowitą wolę życia i potrafiła się ze swojej choroby śmiać.

Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, bo nikt dotąd nie widział tak mocnego człowieka.

Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, że będzie coraz gorzej, gdyż powolutku widać było, że choroba Mamę męczy, ale mimo to wciąż była dziarską i mocną kobietą.

Wczoraj, kiedy byłam u Mamy pierwszy raz dała niepokojący znak – widziała jakieś muchy na szybie i ćmę, które nakazała mi zabić łapką na muchy i okej – zabiłam i Mama się uspokoiła.

Minęło 12 godzin i nagle Mama zaczęła widzieć dziwne rzeczy i sytuacje.

Zaatakowany mózg przez raka sprawił, że Mamie odjęło zmysły i kompletnie się pogubiła.

Zaczęła opowiadać takie rzeczy, że odwiedził Ją Prezydent i aktorzy ze stacji TVN-u.

Opowiada, że nie może skorzystać z łazienki, bo tam robotnicy robią remont i wyburzają ściany.

Nagle komunikowała, że ktoś jej przestawia telewizor, a woda leje się z sufitu.

Kochani! Przeżyłam dzisiaj koszmar, bo nagle z rozumnej kobiety – nawet w chorobie, stała się taka bezbronna i tak jakby szalona.

Stała się malutkim dzieckiem, które kręci w głowie swoje bajki i opowieści!

Dziś był lekarz i orzekł, że to koniec życia Mamy, bo mózg automatycznie wyłącza wszystkie funkcje życiowe.

Jak się z tym pogodzić?

Wspomnienia mojej Mamy!

U mojej, chorej Mamy stał sobie na parapecie kuchennym malutki grudnik, który bardzo dawno nie kwitł i w tym roku mu się też nie chciało.

Zrobiłam eksperyment i 3 tygodnie temu przestawiłam go w inne miejsce i oto tadam – pojawił się mały Albinos.

Tak też robię z moim grudnikiem, który zakwitł mi na parapecie po jego przestawieniu.

To taka mała porada ogrodnicza dla tych, którym kwiatek odmawia kwitnienia.

Ale zmierzam do innego tematu – ważniejszego.

Dzisiaj zapakowałam swojego laptopa w specjalną walizkę do przenoszenia laptopów i powędrowałam do leżącej Mamy.

Pomyślałam sobie, że powspominamy miejsce Mamy urodzenia i dorastania w mieście Łódź.

Mama tam się urodziła i tam przeżyła II Wojnę Światową.

Wyjechała z Łodzi za swoją miłością kiedy miała 20/21 lat i potem podczas swojego życia odwiedziła swoje miasto dwa razy.

Kiedy tak oglądałyśmy zdjęcia zamieszczone w sieci, to Mamie włączyły się wspomnienia i dziś mi wiele opowiedziała, czego nigdy od Niej nie słyszałam.

Nie było Jej lekko, bo w wieku 14 lat musiała podjąć pracę, aby pomóc swoim rodzicom. Wstawała bardzo wcześnie i 15 minut szła na tramwaj i przez godzinę jechała do pracy. Kiedy po skończonej pracy ponownie jechała godzinę do domu, oraz kiedy zjadła jakoś obiad, to jechała z kolei do szkoły. Wracała późnym wieczorem i tak codziennie przez parę lat.

Widziała trupy w Radogoszczy, kiedy to Niemcy zabili w 1945 roku – 1500 osób, tuż przed przybyciem Rosjan do miasta.

Opowiedziała też jak zdobywali żywność, aby przeżyć, a także jak musiała prowadzić handel wymienny, aby zdobyć na wsi coś do zjedzenia.

Uśmiałam się, kiedy opowiedziała jak ludzie ze wsi pomagali przemycić prosiaka! Upijali go i kiedy spał słodkim snem – wkładali go do worka, aby Niemcy niczego ruszającego się nie zauważyli!

Dziś się dowiedziałam, że Ojciec mojej Mamy był wielkim czytelnikiem literatury historycznej, chociaż był zwykłym szewcem.

Dobrze zrobiłam, że wzięłam tego laptopa, bo Mama się otworzyła i dużo mi przekazała ze swojego życia.

Dla mnie te Jej wspomnienia, to są jak perełki i może kiedyś uda mi się je opowiedzieć moim Wnukom – kiedy dorosną do takich tematów – jeśli  będą pytać o życie ich Prababci.

Takie obrazy widziała moja Mama będąc dziewczynką!

W nocy z 17 na 18 stycznia 1945 roku rozegrała się największa tragedia w całej historii Łodzi. Uciekający Niemcy zamordowali około 1500 więźniów, osadzonych w więzieniu na Radogoszczu. Większość zginęła od kul strażników i w płomieniach, uratowało się zaledwie kilkudziesięciu.

Moje smutne święta!

Jakieś dwa miesiące temu Mąż powiedział mi coś dziwnego.

– Usiądź do komputera i poszukaj ciekawej oferty świątecznej, bo w tym roku wyjedziemy na Święta Bożego Narodzenia i sobie odpoczniemy!

Spojrzałam na  niego zdziwiona, bo nigdy w ten sposób nie spędzaliśmy świąt – zawsze w domu – z Rodziną!

Chciał nie chciał zaczęłam szukać w sieci propozycji pod frazą ” święta  nad morzem” gdyż oboje kochamy morze o każdej roku porze.

Wyskoczyły mi ciekawe propozycje w Międzyzdrojach, Świnoujściu, czy Dziwnowie.

Nie wyszłoby to specjalnie drogo i byłabym zwolniona z szykowania świąt – istny luksus i wygoda.

Kiedy wybraliśmy piękny ośrodek w Międzyzdrojach z pięknymi pokojami, łazienką osobistą, basenem i po przeczytaniu oferty – powiedziałam do Męża – stop!

Nie możemy jechać, gdyż mam chorą Mamę i nie darowałabym sobie, że mogłoby się stać nieuchronne, kiedy my byśmy się wczasowali! Nie ma nawet mowy o tym, że te święta spędzilibyśmy z dala od chorującej, nieuleczalnie Matki.

Mąż mnie oczywiście zrozumiał i tak żaden wyjazd nie wchodzi w rachubę – może w przyszłym roku!

W telewizji roi się od świątecznych reklam, a mnie to kompletnie nie cieszy.

W poprzednich latach – o tej porze już miałam umyte okna i zmienione firany. Powolutku szykowałam się do świąt i miałam już zaplanowane zakupy.

W tym roku się ślimaczę i nie mam kompletnie weny, aby te święta szykować. Kiedy widzę moją zbolałą Mamę, to mi opadają wszystkie skrzydła.

Oznajmiłam Rodzinie, że jestem zdolna tylko do ugotowania obiadu, upieczenia ciasta i to wszystko. Nie będzie żadnych sałatek i wigilijnych potraw, bo mnie się w tym roku nic nie klei i nie mam po prostu na to siły.

Zostałam zrozumiana, choć nie znaczy, że te święta nie są dla mnie ważne, gdyż już dziś ustroiłam okno i pierwszy akcent już jest.

Będzie choinka i będą prezenty, ale w kuchni będzie mnie mniej! Nie żarcie jest najważniejsze, kiedy Mama powoli odchodzi.

Dlaczego w epoce kosmosu nie ma leku na raka?

Siedzę w swoim gnieździe i myślę!

Już minął rok od diagnozy u Mamy – rak wątroby i przerzuty, które się rozsiały z prędkością komety.

Boli tam i tu i jeszcze tam i choć medycyna zapewnia ponoć życie w raku bez bólu, to sobie z tym nie zawsze radzi!

Boli i Mama to pokornie znosi już ponad rok, a my jako rodzina nie jesteśmy w stanie nic więcej zrobić – kompletna bezradość, skoro lekarze sobie z tym bólem nie radzą!

Boże drogi – jaka Ona jest dzielna w tym bólu i jak się potrafi nie skarżyć, choć boli jak diabli.

Tak naprawdę pierwszy raz towarzyszę w odchodzeniu, bo życie mi tego oszczędziło, ale jakie to jest dumne odchodzenie.

Codziennie jestem u Mamy i widzę jak cierpi, ale chyba nigdy więcej nie zobaczę jak dzielne to jest odchodzenie.

Mama ma wciąż bardzo bystrą psychikę i potrafi w tych boleściach rozmawiać ze mną nawet o polityce.

Wciąż potrafi logicznie myśleć i orientować się w otaczającej Ją rzeczywistości, co mnie zadziwia wprost.

Jej ciało się powoli poddaje, ale rozum nie śpi i wciąż jest taki ludzki, taki normalny, taki rzeczowy.

Nie mogę się temu nadziwić  i ubolewam, że powoli odchodzić będzie moja Matka, która psychicznie nie potrafi pożegnać się z życiem, kiedy ciało kompletnie się poddało.

Mama nie zgodziła się na chemię ze względu na wiek i jakby przeczuwała, że ta chemia Ją szybko zabije i zdaje się, że miała rację.

Dany Jej był rok czasu życia w bólu, ale nie bez świadomości. Doskonale się orientuje w tym, co rak wyrabia w Jej organizmie, a mimo to wciąż się nie poddaje i jest tak dzielna w tej swojej chorobie.

Miliony ludzi na świecie choruje na tą straszną chorobę, a medycyna wciąż jest bezradna.

Podają ludziom chemię, która jednym pomoże, a drugich zabija i nie chce mi się wierzyć, że na to dziadostwo nie ma wciąż lekarstwa.

Ludzkość poleciała w kosmos. W kosmos są wysyłane rakiety, sputniki, łaziki, a także wynaleziono Internet, dzięki któremu ludzie w sekundę mogą się połączyć z innymi ludźmi w każdym zakątku świata, a leku na raka nie ma!

Może to jest taka zmowa milczenia, bo za tym idą wielkie pieniądze, czyli lobby – tego zwykły człowiek nie wie.

Owiane to jest wielką, medyczną tajemnicą i być może nigdy nie dowiemy się, czy wynaleziono lekarstwo, aby uzdrawiać beznadziejnie dotąd chorych?

Takie towarzyszenie w odchodzeniu jest bardzo wyczerpujące i sama wiem po sobie, że w tym czasie jestem wiecznie zdenerwowana, zatroskana i pełna strachu oraz niepokoju.

Wiem jedno, że bycie przy chorym obniża automatycznie imunologię i taki potencjalny opiekun też może zachorować, gdyż organizm jest obciążony i w pewnym momencie będzie w stanie odmówić posłuszeństwa.

W kampanii krzyczeli o darmowych lekach dla Seniora! Moja Mama nie ma nic darmo i żadnej opieki od Państwa też nie ma!

Za wszystko trzeba zapłacić, bo za leki i za materac p/odleżynowy oraz za pożyczone, specjalistyczne łóżko.

Nawet na pampersy nie ma zniżki!

Chory może liczyć tylko na rodzinę, bo jeśli przyjdzie pielęgniarka, to tylko aby dać zastrzyk, lub podłączyć kroplówkę!

Takie są realia w Polsce, że nawet za odchodzeniem idą wielkie, emeryckie pieniądze i kogo to obchodzi, że Mama płaciła podatki od 14 roku życia, bo tak poszła do pracy w fabrycznej Łodzi!

W tym roku nie mam sił szykować świąt i nic mnie nie cieszy – jestem na ciągłym czuwaniu!

https://www.youtube.com/watch?v=KNWyYmwiJ70

Moja dzielna Mama w chorobie!

Wieczór jest dla mnie, kiedy mogę coś skrobnąć na blogu, bo mam chwilę dla siebie i dla swoich myśli.

Piszę na blogu, że codziennie poświęcam trochę czasu dla mojej,  chorej na raka Mamie.

Mój codzienny dzień się przewartościował i od rana myślę, co by tu Mamie ugotować i zanieść ciepłe i świeże.

To jest burza mózgu, bo zależy mi na tym, że kiedy po szpitalu odzyskała apetyt, to powinna jeść zdrowo.

Był czas, że jej organizm niczego nie przyswajał, a więc to była droga przez mękę.

Kiedy się tak patrzyło, że się okropnie męczy, to był ogromny stres dla rodziny.

Po szpitalu powoli stan się poprawia i dziś Mama mnie zaskoczyła.

Nie wiem skąd Ona czerpie siłę, że mimo boleści i strasznie mocnych leków, potrafi się sama z siebie śmiać.

Śmieje się z tego, że zrobiła się laska, bo waży tyle, ile ważyła jako panienka.

Śmieje się z tego, że przerzedziły się jej włosy, ale nie ma ani jednego siwulca, mimo 86 lat – to ewenement.

Śmieje się z tego, że dupka zrobiła się taka malutka i nie ma po czym poklepać.

Słuchając Jej w obliczu choroby jestem zaskoczona ogromną  siłą, aby przeżyć dzień i kolejne dni.

Wciąż sobie zadaję pytanie – skąd bierze taką radość życia w sobie?

Ale, ale –  dziś to mnie zaskoczyła ogromnie.

Nigdy nie śpiewała, nam Dzieciom piosenki, którą pamięta ze swoich młodych lat, a kiedy zaśpiewała, to stwierdziłam, że to perełka w Jej głowie, którą się z nami nigdy nie podzieliła.

Zapamiętałam słowo – rogaliki i zaczęłam szperać w sieci. Znalazłam cudną piosenkę z lat młodości mojej Mamy.

Posłuchajcie i wiem, że tego utworu nie znacie.

Ja znam siebie, że kiedy zapadnie u mnie diagnoza – rak, to się totalnie rozsypię i nie będę tak mocna jak moja Mama.

 

https://www.youtube.com/watch?v=2syFg77jd3c

Nie wiem, nie wiem
Jak to wytłumaczyć mam
Przecież, przecież
Ledwie parę godzin cię znam
Pewnie, pewnie
Moje słowa zdziwią cię
Może śmieszne
Trochę są zmartwienia me, bo chcę…

Rogaliki na śniadanie z tobą jeść
Wspólną szafę na ubranie z tobą mieć
Pantofle ranne dawać ci przed snem
I wychodzić na dwór z naszym psem
Razem głośno śmiać się w kinie – ja i ty
Razem łykać aspirynę w mokre dni
Mieć z tobą wspólny sufit, wspólny piec
Czego więcej można chcieć?

I, doprawdy, aż się boję
To taki dziwny fakt
Starczyło tylko raz popatrzeć w oczy twoje
A już marzę tak…

Rogaliki na śniadanie z tobą jeść
Wspólną szafę na ubranie z tobą mieć
W radościach i kłopotach razem być
I już więcej nie chcę nic
I już więcej nie chcę nic

I, doprawdy, aż się boję
To taki dziwny fakt
Starczyło tylko raz popatrzeć w oczy twoje
A już marzę tak…

Rogaliki na śniadanie z tobą jeść
Wspólną szafę na ubranie z tobą mieć
W radościach i kłopotach razem być
I już więcej nie chcę nic
I już więcej nie chcę nic