Archiwa tagu: marsz

12 listopada jest wolny od pracy, bo oni piją z rozpaczy!

Na zdjęciu jest mój blok, w którym zamieszkuje 36 rodzin, a flaga pojawiła się tylko na trzech balkonach.

Ludzie mają chyba w nosie fakt, że już 100 lat mieszkamy i żyjemy w wolnej Polsce.

Obraz może zawierać: niebo, dom, roślina i na zewnątrz

Moje miasto jest ujęte na tej grafice i jestem z tego dumna. Poszukajcie się kochani.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

W moim mieście prowincjonalnym odbyły się uroczystości świąteczne, które celebrowano przy obelisku, poświęconym wyzwolicielom naszego miasta w 1945 roku.

Jestem dumna, że nawet w małych miasteczkach potrafimy wspólnie świętować.

U nas nie było faszystów, barierek, Policji, a byli Ci, którzy godnie oddali cześć naszej Polsce.

Obraz może zawierać: 3 osoby, drzewo, na zewnątrz i przyroda

 

Obraz może zawierać: 2 osoby, drzewo, roślina, na zewnątrz i przyroda

W moim mieście też zatańczono Poloneza! Jestem znowu dumna.

Obraz może zawierać: 9 osób, uśmiechnięci ludzie, ludzie stoją, buty, drzewo i na zewnątrz

Co zapamiętam z tego obchodzenia 100 lecia Odzyskania Niepodległości?

Zapamiętam przede wszystkim Donalda Tuska, który pojawił się na ochodach i świętował z kochającymi Polskę.

Został po chamsku zignorowany przez PiS i postawiono go na trybunie w szarym końcu – tak zignorowany tylko zyskał.

Składał wieńce i proszę sobie porównać ten sam pomink i dwóch polityków i proszę znaleźć różnicę!

Osamotniony Adrian i otoczony Donald Tusk ludźmi, którzy na niego czekają i mają z nim wielkie nadzieje.

 

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, tłum i na zewnątrz

Mój kolega Dominik tak podsumował obchody niepodległościowe w Warszawie i ja się z Nim całkowicie zgadzam, bo PiS 100 lecie położył na łopatki i zostanie po tej rocznicy tylko niesmak.

I znowu płaczę nad Tobą Polsko.

Co żeście skurwysyny uczynili z tą krainą? – „Kazik”.

BARWY NARODOWE

Biało-krwawy,
Krwawo-biały, lniany
Opatrunku, który zwiesz się: sztandar,
Coś się z wielkim krwotokiem uporał!
Wiatr rozwija ten dokument rany,
Wznosi w górę bohaterski bandaż.
Tę pamiątkę,
Ten dług
i
ten morał.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

 

Marsz Niepodległości pod patronatem Dudy się udał:
Wszyscy pięknie odśpiewali hymn:
Obrazek
A potem pokojowo przemaszerowali przez centrum stolicy Rzeczypospolitej:
.:okok:.
https://web.facebook.com/oko.press/vide … 360645189/

https://web.facebook.com/osrodek.monito … 104744438/

Polskie wojsko szło praktycznie ramię w ramię z neofaszystami w stolicy Polski. .:boisie:,
Obrazek

Duda nawet gorąco zapraszał na ta uroczystość rodziny z dziećmi:
https://web.facebook.com/marcin.szczygi … 182112241/

W międzyczasie uroczyście spalono flagę Unii Europejskiej:
Obrazek

A że w Warszawie smog, to nie od dzisiaj wiadomo (to wina Tuska! .;34;.):
Obrazek

Zagraniczne agencje i media komentują Marsz Niepodległości, a w nagłówkach pojawia się informacja, że Prezydent Polski, Andrzej Duda dołączył do antysemickich nacjonalistów .:oklaski:.
„Polska pod znakiem nacjonalistycznego marszu w 100 rocznicę odzyskania niepodległości”
Obrazek

Obrazek

 

 

Reklamy

Warszawa zapłonie krwawo – znowu!

Znalezione obrazy dla zapytania płonąca warszawa 11 listopada

Nie mieszkam w Warszawie, a na prowincji, ale gdybym była rodowitą, albo tylko słoikiem, to bym na ulicę nie wyszła, by świętować 100-lecie Odzyskania Niepodległości.

Po prostu bym się bała, aby nie dostać kostką brukową w łeb, bo to będzie się działo 11 listopada w Warszawie.

Oni, czyli ci wszyscy ONR-owcy po dzisiejszym zakazie marszu przez HGW skrzykują się w sieci i cała rzesza ich jedzie do Warszawy i grożą:

 

Polska PROWOKACJA! Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała organizacji Marszu Niepodległości! Przejdziemy nawet po głowach jej ubeckich urzędasów!

Czytaj więcej na: https://prawicowyinternet.pl/prowokacja-hanna-gronkiewicz-waltz-zakazala-organizacji-marszu-niepodleglosci-przejdziemy-nawet-po-glowach-jej-ubeckich-urzedasow/?fbclid=IwAR1mP6F5v6aTUqbCF__jKAhYq8dFgBGJt4Kbr0ArOiRSuImSmDVcnfeJgSc

Grożą, że przejdą ulicami Warszawy i nikt ich nie zatrzyma.

Będzie się działo i boję się, że w tym marszu poleje się krew, bo towarzystwo jest mocno nabuzowane i będą oczywiście wykrzykiwać te swoje hasła coś o Bogu, choć do Boga to oni są daleko. Chodzi o zadymę, którą popiera ta bandycka partia PiS.

Skrzyknęli się z innymi podobnymi w Europie i tamci szykują się na Warszawę, a więc może ich być nawet milion.

Tam gdzie w głowach budzi się ślepy patriotyzm, tam szykuje się wielkie niebezpieczeństwo i Warszawa zapłonie od tysięcy rac i tu  jest tylko krok od rozlewu krwi, a także zdemolowania miasta.

13 listopada przyjdzie nam zaśpiewać piosenkę z filmu „Zakazane piosenki – „Warszawo ma”, bo ją zdemolują mentalnie tak, jak to zrobili Niemcy w czasie II Wojny Światowej.

Nie jestem Warszawianką i powinnam mieć w tyle ten dzień, ale czuję się większą patriotką od tych, którzy mają na ustach fałszywe hasła i banery.

Jestem patriotką i bardzo mi zależy na normalnym, praworządnym kraju i dlatego 11 listopada wywieszę flagę, ale z czarną tasiemką, bo Polska umiera.

Ja wiem, że w ten jakże ważny dzień nie wielu ludzi to zrobi, ale ja mam moją Polskę w serduchu i może dożyję, że na nowo nastanie w niej normlaność i wszyscy Polacy staną się jedną rodziną, a faszyści będą siedzieć w więzieniach.

12 listopada na kolanie podpisano jako dzień wolny od pracy – na kolanie i ustawili pomnik na Placu Piłsudskiego – Lecha Kaczyńskiego,który jest niepodobny do nikogo, ale co się dziwić, że  czego się te gamonie nie dotkną, to wszystko spieprzą.

Ja to widzę tak:

I nie wiem, kto to jest
i nie wiem skąd go znam.
Na tym cokole jest
jesienny, śmieszny pan!

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi

Kocham moją Polskę i zawsze śpiewam sobie tak, wbrew temu jak obrzydza mi to PiS:

 

 

Marsz Wolności! Ja dziękuję! Ja wysiadam!

https://www.youtube.com/watch?v=PsyaBYxgUlI&t=4s

Zrobiłam dziś taki myk i kiedy zaczynał się Marsz Wolności, to z telewizora nagrałam początek tego wydarzenia.

Wstawiłam na YT i nie wiedzieć czemu, wielu ludzi wchodzi i ogląda video z telewizora, a nawet więcej, bo komentują – różnie zresztą. Zatwierdzam wszystkie komentarze, bo mi wisi i powiewa, co ludzie wypisują. Najważniejsze, że ja mam swoje zdanie.

Najbardziej wzrusza mnie do łez, śpiewany hymn Polski przez masy i na tym mój zachwyt się kończy!

Jestem zdegustowana tym marszem i uważam, że nie powinien być pod hasłem Marsz Wolności, a raczej pod kryptonimem Marsz Wściekłości.

Takie tiu, tiu, tiu pod patronatem PO, PSL, Nowoczesnej już na mnie nie działa. Te partie nie powinny organizować już niczego i nie angażować tysięcy ludzi, którzy ufają tym ugrupowaniom, które same w sobie są skompromitowane.

Schetyna przewodzi PO i ja już tej partii nie toleruję od dłuższego czasu. Nie ufam tym ludziom, którzy pod koniec swojej kadencji nie potrafili niczego Polakom zaproponować. Arogancja władzy wypchnęła ich na aut.

PSL, jak każdy wie, to sprytna przystawka, której chodzi jeno o przetrwania i tylko patrzeć jak zawiąże koalicję z PiS-em jak Kukiz 15!

W końcu Nowoczesna z Rysiem na czele, którego Amor zniszczył, a wczoraj jego żona złożyła pozew do sądu o rozwód jest totalnie przez Rysia pogrzebana!

Jak można było siusiakiem pogrążyć tak obiecującą partię?

Albo jak mam uwierzyć Hannie Gronkiewicz Waltz, która uwikłana jest w warszawskie kamienice?

Jak mam zaufać Lisowi, któremu świetnie się wiodło za PO, a teraz jęczy w mediach?

Zwolennicy PiS-u piszą, że odsunięci od koryta teraz wrzeszczą i to w pewnym sensie jest prawda.

Piszą, że wychodzą na ulicę ci, którym odebrano koryto i trochę prawdy w tym też jest choć do cholery nie do końca!

Nie chcę powrotu PO do władzy, bo to partia bez pomysłu na Polskę i blade to takie, niemrawe jak rodząca się wiosna.

Nie chcę ponownie widzieć jak ta partia umiera, bo nie ma na siebie zupełnie pomysłu,bo wybierają lidera bez jaj!

Poprę taki marsz mentalnie, bo uczestniczyć nie zamierzam, gdyż zbyt daleko – kiedy objawi się lider nieskompromitowany w żadne alimenty nie płacone i inne one, one!

Wszyscy krzyczą, że trzeba oderwać PiS od władzy, ale tylko krzyczą. Frasyniuk też krzyczy, ale tylko w mediach, bo dziś na marszu go nie widziałam!

Jeśli nikt się nie odważy i nie będzie miał charyzmy, by Nas wyzwolić, to czeka nas 30 lat rządów PiS, ale ja tego nie dożyję i tylko mi Wnuków żal!

Żaden Wałęsa nie poprowadzi już do zwycięstwa, choć oczyszczony, a jedynym człowiekiem, który powinien poprowadzić następny marsz jest to prof. Rzepliński w nic nie uwikłany, ale sorry – mogę się mylić!

Młodzież poszła w ONR i po ptokach, a PiS zrobi z nami, co tylko sobie Prezes zamarzy!

Moje świętowanie 11 listopada

O poranku wywiesiłam Biało – Czerwoną!

Rozglądam się wokół i niestety, ale w małych miasteczkach mają gdzieś te wszystkie święta!

Co tam jakieś święto, skoro z kranu wciąż płynie ciepła woda, a chałupy są ogrzane, a więc po co się odrobinę wysilić.

Wczoraj jechali przez moje miasteczko młodzi chłopcy do Warszawy na Marsz!

Policja wyjęła z pociągu sztuk 9, bo pijane i rozjuszone towarzystwo zagrażało mirowi w pociągu.

Dziś moje Wnuki pytają? – Babciu, a dlaczego rzucają w Stolicy te race, gdyż telewizor grał w tle! 

I co miałam im powiedzieć? – Że ludzie w Polsce są dobrzy i źli? 

Co będę dzieciakom mieszała i ich małych główkach. Przecież całe życie przed nimi, a więc dorosną do pewnych spraw i same będą wyciągały swoje wnioski.

Ja starsza pani tylko się dziwię i oczy przecieram ze zdumienia, bo historia dzieje się na moich oczach, że  oto mamy nowe święto – Wigilia Święta Niepodległości wprowadzone bez żadnej ustawy przez Prezesa naszej Najjaśniejszej.

Wczoraj z tej okazji nawet Facebook zastrajkował i dostał wieczornej czkawki w chwili, kiedy wielki, polityczny strateg wszedł na podest w czapeczce i za dużej kurtce i oznajmił, że wciąż będą walczyć o prawdę i wolną Polskę  nie szkodzi, że rządzą już ROK!

Jego przemówienia są coraz bledsze, tak jakby prezes się nam wypalał i coś tam tylko mruczał bez składu i ładu. 

To był widok okrutnie żałosny, kiedy tak stał na tym podeście jak jakaś sierota, owładnięta w umyśle jeno Smoleńskiem.

Prezydent też miał orędzie, ale tym razem czytane i też bez blasku żadnego. Nie porywa już Prezydent, ale robi coraz śmieszniejsze miny – MISTRZ MIN! 😀

Ktoś gdzieś napisał, że mieliśmy kiedyś Prezydentów, z których byliśmy w miarę dumni i może kiedyś takich będziemy mieć! 😀

Wszystko to jest takie nadymane, nadmuchane, wymodlone, a w sumie leje się kłamstwo, za kłamstwem i hipokryzja, za hipokryzją. 

Póki co mają swoją policję, prokuraturę, wojsko, TK, sądy, a wciąż ogłaszają, że żyją w zniewolonym kraju i czują się zagrożeni!

No cóż! Trzeba świętować po swojemu – dumnie, tak jak to było kiedyś i tego się trzymałam dzisiejszego dnia!

Wiersz Ewy Skarżyńskiej:

DLA OJCZYZNY
Gdyby tak zebrać
wszystkie kwiaty
co w Polsce rosną
latem,
jesienią,
zimą
i wiosną
– cóż by to był za bukiet!
A gdyby tak
drzewa zebrać wszystkie
znad Wisły,
znad Odry,
z Pomorza i Tatr
– cóż to by był za park!
A gdyby móc jeszcze
serca zebrać wszystkie.
Gorące jak czerwień
i czyste jak biel.
W jedno. Dla Niej.
Czyż serce to
nie uderzyłoby
jak dzwon hymnem miłości?

A oni świętowali tak:

 

 

Dwa Marsze w poezji!

„To nie są ludzie, którzy mają sprawne głowy. To nie są ludzie, którzy myślą. Tu są ludzie, którzy myślą – mówił Kaczyński”

 

Dobry wieczór.

https://www.youtube.com/watch?v=vGXTkcVVNwk 

Czas podsumować dwa Marsze. Pierwszy, wesoły Marsz w Obronie Demokracji i drugi Masz mający na celu nie obchody 34 rocznicy Stanu Wojennego, a pokazanie siły partii Jarosława Kaczyńskiego – jedynego, wielkiego, nieomylnego przywódcy naszego kraju – Polski.

Najlepiej nadaje się do tego poezja, aby oddać charakter obu Marszów, bo w sobotę szyli uśmiechnięci ludzie w obronie zagrożonej demokracji i oddaję atmosferę tego Marszu tak:

Lubmy się trochę

Nim się sny poetów ziszczą,
nim się wina dzban utoczy,
zanim szczęściem nam zabłyszczą
umęczone nasze oczy,
nim nas głupcy brać przestaną
na wypranych słów taniochę,
ludzie, gdy wstaniemy rano,
lubmy się trochę!

Nim na czoła włożym wieńce,
zanim przejrzą ślepe kuchnie,
nim weźmiemy się za ręce,
nim dokoła radość buchnie,
nim mentora nadętego
zajmą kalambury płoche,
ludzie, w środku dnia szarego
lubmy się trochę!

Nim w dziecinną się grzechotkę
zmieni kpiarski kaduceusz,
nim się zrobi miny słodkie
na kolejny jubileusz,
nim szarlotkę się upiecze
i zaprosi pannę Zochę,
ludzie, w swojski nasz odwieczerz

Pocieszajmy tym lubieniem
skołowane nasze główki,
nie próbujmy go zamieniać
na zaszczyty czy złotówki,
ty nas, drogo życia, prowadź,
a my, twym pokryci prochem,
aby idąc, nie zwariować –
lubmy się trochę!

Wojciech Młynarski

W drugim Marszu zostaliśmy maksymalnie obrażeni, a więc:

„My Polacy sortu najgorszego
My złodzieje majątku polskiego
Łże elity i opcje niemieckie
Kondominium germańsko sowieckie
My agenci, zdrajcy genetyczni
Mainstrimowcy, alfonsi uliczni
Szmaty unii, o których wiadomo
Że są dzisiaj tam gdzie stało zomo
My żydowskie pachołki zachodu
Bolszewicy i zdrajcy narodu
My wrogowie kościoła, rodziny
Genderowcy, zboczone gadziny
Interesom obcym zaprzedani
Merkelowej i Putina fani
My folksdojcze, resortowe dzieci
Dzieci Moskwy i brukselskie śmieci
Kiedy wyzwisk takich wciąż słuchamy
Pustym śmiechem dzisiaj wybuchamy
Śmiech nasz wielkim odbije się echem
Aż głupotę zabijemy śmiechem”

Krzysztof Luft

Panie Prezesie, po co te krzyki, bo strzelę w Pana kolorowe guziki. 😀 😀 😀

 

Polacy się obudzili

12.12.2015 – przejdzie do historii

Dzień dobry. 🙂

Kiedy przed wyborami ostrzegałam kogo tylko mogłam, aby nie głosować na PiS – to mi nie wierzyli, bo uwierzyli w obiecanki.

A dziś miasta budzą się, bo Naród przetarł oczy, mimo mgły i deszczu i wyszedł na ulice.

Brawo Polacy, brawo WY!

Jestem taka dumna, że oto nie godzimy się na łamanie polskich praw i polskiej Konstytucji. 

Nie damy sobie odebrać wszystkiego!

 

 

I po co drzeć szaty w tylko jednym, danym nam życiu?

Dzisiejszy dzień, 13 grudnia sprawił, że jestem w kiepskim humorze i po godzinie 13 stałam się bardziej wrażliwa niż jestem w rzeczywistości. Często jest tak, że chowam w sobie głęboko emocje i nie pokazuję ich nikomu, bo po co mam swoimi emocjami zatruwać innym życie, ale dziś kiedy Naród wyszedł na ulice Warszawy pod przewodnictwem Prezesa i innych z tej szajki zrobiło mi się bardzo smutno.
Pamiętam ogłoszenie Stanu Wojennego, bo mi zabrali męża na „wojnę” i zostałam z dwojgiem malutkich dzieci i nie chcę wracać do tego dnia, kiedy nie mogłam pohamować łez rozpaczy, a jednocześnie uspokajać dzieci, które widziały mój smutek i na tym zakończę swoje wspomnienia.
Wyszli ludzie na ulice Warszawy i domagali się nie wiadomo czego, bo nie potrafili dokładnie sprecyzować po co właściwie wyszli, a coś dukali pod nosem, że w obronie demokracji i krzyczeli, że precz z komuną, a ja tak na nich przez ekran telewizora spojrzałam i stwierdziłam, że mimo 25 lat wolności, ci ludzie wciąż są tacy smutni, jak to w komunie śpiewał Smoleń. Szli smutni ludzie, którzy zabawili się w martyrologię  i zanegowali wszystko, dosłownie wszystko, co kraj nasz osiągnął przez te 25 lat. Nie ma dróg i mostów. Nie ma ciepłej wody w kranach i nie ma ogrzewanych mieszkań. Nie mają co na siebie włożyć i nie mają co włożyć do gara, ale za to mają siłę wyjść na ulicę i wieszczyć banały, bo tak im podpowiada wielki wódz, który dziś zrobił sobie kampanię wyborczą!
Nie twierdzę, że w moim kraju wszystko jest dobrze. Nie twierdzę, że już nic nie ma do poprawki i nie twierdzę, że rządzący są super i hiper, bo bym skłamała i wpadła w samo zachwyt albo bym straciła trzeźwe patrzenie na rzeczywistość, a nie chcę się okłamywać i wiecie co?
Znalazłam taki szeroki artykuł, który tu wklejam, bo mi świetnie pasuje do dzisiejszego dnia, kiedy niektórzy z komunałami wrzeszczą i są wiecznie niezadowoleni. Przychodzi taki czas, że to wszystko jest diabła warte, bo przychodzi choroba, która odbiera albo rozum, albo pozbawia siły wszystkie członki ludzkie i trzeba się zmagać z chorobą i niedołęstwem. Trzeba wybrać i zadecydować i niech wówczas szlag trafi to wszystko.
Kto zechce, ten przeczyta poniższy artykuł, a kto nie zachce, to niech chociaż przeczyta wstęp, aby zatrzymać się na chwilkę i zastanowić, że nie ma nic ważniejszego jak życie, samo w sobie.
Do Szwajcarii przyjeżdżają umierać ludzie z całego świata. Tu wolno pomóc w samobójstwie.

Rozmowa z dr Eriką Preisig, lekarką, która pomaga umrzećCzy to pokój, w którym się umiera?– Tak. Jak pani widzi, pacjent może wybrać, czy chce to zrobić na łóżku, czy w fotelu. Jest też duża kanapa, bo większość osób przyjeżdża do nas z rodziną. To są często trzy pokolenia: dziadkowie, rodzice i dzieci. Dziś rano umarł tu starszy pan z Francji, była przy nim córka z zięciem i dwóch dorosłych wnuków. Przy czym jeden z nich od razu zaznaczył, że nie chce być obecny przy tym ostatnim momencie, i wyszedł na zewnątrz. Rozumiem to i szanuję, bo ludzie czasem boją się patrzeć na śmierć. Boją się, że zobaczą drgawki, rzężenie, że ta osoba będzie cierpieć i to będzie dla nich trudne do zniesienia.Tak nie jest?– Wspomagane samobójstwo to jest spokojna, łagodna śmierć. Pacjent dostaje dużą dawkę silnego środka znieczulającego i po prostu zasypia.I pani mu to podaje?

– Nie. Musimy odróżnić dwie rzeczy: eutanazję i wspomagane samobójstwo. Eutanazja jest wtedy, kiedy lekarz sam daje pacjentowi zastrzyk uśmiercający. W Szwajcarii to nielegalne. Dopuszczalna jest za to pomoc w samobójstwie. Nasze prawo mówi, że jeśli ktoś chce umrzeć, można mu pomóc, pod warunkiem że nie stoją za tym żadne osobiste korzyści.

Dla pani to jest różnica?

– Gdybym sama miała zrobić ten zastrzyk, tobym czuła, że ja go zabijam. A to musi być decyzja i działanie pacjenta. Ja jestem po to, żeby on to zrobił bezpiecznie.

I co pani robi?

– Robię wkłucie do żyły i przygotowuję kroplówkę z solą fizjologiczną – na próbę. Pacjent najpierw sprawdza, czy potrafi ją sam uruchomić. Jeśli tak, umieszczam w niej właściwy środek. Od tej pory nikt inny poza nim nie może jej dotknąć. Kiedy jest gotowy, sam uruchamia kroplówkę specjalnym przyciskiem. I to jest bardzo ważne, żeby on to zrobił sam. Jeśli jest sparaliżowany i nie może ruszać ręką, dajemy mu specjalny przyrząd. Proszę zobaczyć: to jest taka lekka dźwigienka, która przypomina działaniem migawkę w aparacie fotograficznym. Wykonał to dla nas na zamówienie człowiek, który zajmuje się właśnie produkcją aparatów. Wystarczy lekko dotknąć – brodą, językiem – i uruchomi się mechanizm, który odblokuje lek.

I to już?

– Pacjent wie, że od tego momentu będzie żył jeszcze około czterech minut. Może pożegnać się z rodziną, przytulić. Po mniej więcej minucie przychodzi sen, potem ustaje akcja serca.

Co dalej?

– Przychodzi policja i lekarz patolog, którzy sprawdzają, czy to była śmierć dobrowolna. Czy nie ma śladów uduszenia, noża w plecach, czy wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Na wszelki wypadek każdą wspomaganą śmierć filmujemy.

Pani tego nie przeżywa?

– Bardzo. Dlatego wolno nam asystować tylko przy jednej śmierci w tygodniu, nie więcej.

Kim był pani pierwszy pacjent?

– To był mój ojciec. Dziewięć lat temu znalazłam go nieprzytomnego w jego pokoju. Mieszkał wtedy w domu ze mną i moją rodziną. Wokół łóżka walały się puste opakowania po lekach i dwie opróżnione butelki wina. Wziął chyba wszystko, co można było znaleźć w apteczce, i solidnie zapił alkoholem. Miał 82 lata, był już po dwóch wylewach. Nie mógł pisać ani mówić, porozumiewał się właściwie tylko ruchami głowy, a i to nie zawsze się udawało. Zadawałam mu na przykład pytanie, a on kiwał, że „tak”. A za chwilę walił się ręką w czoło i ryczał rozwścieczony. Rozumiałam wtedy, że to miało być „nie”, tylko głowa odmawiała posłuszeństwa. To był szalenie inteligentny człowiek, fotograf, silna osobowość. W domu było nas siedmioro, moja mama zmarła przy porodzie najmłodszego brata, więc praktycznie wychował nas sam. Dla człowieka o takim charakterze ten stan bezradności musiał być nie do zniesienia.

<podzial_strony>

Wezwała pani karetkę?– Postanowiłam go nie ratować. I to było trudne, bo byłam już wtedy lekarką, od 20 lat prowadziłam praktykę rodzinną. Miałam też trójkę dzieci, którym jakoś musiałam to wytłumaczyć. Ojciec obudził się po trzech dniach. Widziałam, że jest zrozpaczony tym, że cały czas żyje. Jakiś czas później postawił sobie koło łóżka pocztówkę, na której był pociąg. Jak do niego przychodziłam, pokazywał palcem na ten pociąg. Zapytałam go nawet, w jakimś przypływie naiwności, czy chce się wybrać na wycieczkę. A on wtedy złapał się za gardło i wykonał taki ruch, jakby chciał się udusić. „Dobrze – powiedziałam. – Zawrzemy układ. Obiecaj, że nie będziesz próbował się zabić, skacząc pod pociąg, a ja postaram się zorganizować ci wspomagane samobójstwo”.Wiedziała pani, jak się do tego zabrać?– Mamy w Szwajcarii fundację Exit, która pomaga osobom w takiej sytuacji. Poszłam do nich, ale okazało się, że aby zakwalifikować się do wspomaganego samobójstwa, trzeba być ich członkiem przez przynajmniej pół roku. Mój ojciec by tyle nie wytrzymał. I wtedy znalazłam Dignitas.Organizację, do której przyjeżdżają umierać ludzie z całego świata.– Dignitas w przeciwieństwie do Exit przyjmuje nie tylko Szwajcarów. Nie mieli też takich obostrzeń dotyczących członkostwa. Jak się dowiedzieli, że jestem lekarką, zaproponowali, że mogę zrobić to sama. Mnie ta myśl przerażała, bo ja to wtedy postrzegałam jako ciężki grzech.

Pani jest wierząca?

– Pochodzę z bardzo religijnej rodziny. Rodzice należeli do Armii Zbawienia i jako dzieci chodziliśmy tam przynajmniej dwa razy w tygodniu. Ojciec cytował Biblię z pamięci, przyjaźnił się z teologami, duchownymi, prowadził z nimi niekończące się dyskusje na temat wiary. Bardzo żałuję, że nie mogłam go wtedy zapytać, jak zamierza to w sobie pogodzić – samobójstwo i religię. Co by na to powiedział jego Bóg?

Pani zadaje sobie to pytanie?

– Cały czas. Po śmierci ojca strasznie się bałam, że Bóg mnie jakoś za to ukarze, na przykład że umrze jedno z moich dzieci. W takim strachu przeżyłam dwa lata. Nic się nie stało. Miałam za to kilku umierających pacjentów pod opieką. Lekarze rodzinni często wolą takiego pacjenta odesłać do szpitala czy hospicjum, bo jemu trzeba poświęcić dużo czasu, czasami chodzi się do niego nawet trzy razy dziennie. Mnie zawsze zależało, żeby moi pacjenci – jeśli to możliwe – umierali w domu, żebym mogła się nimi opiekować do końca. Widziałam, że mniej więcej połowa z nich odchodzi w strasznym cierpieniu. Zaczęłam się wtedy zastanawiać: co my właściwie im robimy?

Medycyna nie radzi sobie z cierpieniem umierających?

– Nie w każdym przypadku. Miałam pacjenta z zaawansowanym rakiem płuc. Końcowe stadium tej choroby wygląda tak, że człowiek ma płuca pełne wydzieliny, którą się stopniowo dusi. To jest śmierć w strasznych męczarniach. 20 grudnia, tuż przed świętami, zaczęło być z nim bardzo źle. Nie mógł oddychać, więc zaczęliśmy odsysać wydzielinę, ale to tylko powodowało, że płuca produkowały jej więcej. Cały dom – bo on był pod opieką paliatywną w domu – wypełniony był zapachem gnijących płuc i tym charczeniem duszącego się człowieka. Jego żona błagała mnie, żebym mu pomogła umrzeć, a ja nic nie mogłam zrobić. Męczył się jeszcze kilka dni.

Ale jest przecież morfina. Nie można takiego człowieka „wygasić” lekami?

– To się nazywa sedacja paliatywna. Podajemy kombinację morfiny i innych środków w takiej dawce, żeby pacjenta nie uśmiercić, tylko wprowadzić w śpiączkę. Ten pacjent z rakiem płuc też to otrzymał. Ale czy ktoś jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że człowiek w śpiączce nic nie czuje? Miałam kiedyś pacjentkę w terminalnej fazie raka. Była potwornie spuchnięta, musiała bardzo cierpieć, ale jakoś nie mogła umrzeć, mimo że podaliśmy jej sedację paliatywną. Jej mąż zdradził mi, że podejrzewa, dlaczego ona nie może odejść: „Mamy piątkę dzieci, ale jedna córka nie jest moja. Żona odeszła do innego, była z nim raptem dwa tygodnie, ale wróciła już w ciąży. Myślę, że ona się boi, co się stanie z tą dziewczynką po jej śmierci”. I ja zaproponowałam, żeby usiadł przy niej i zapewnił ją, że się będzie dalej opiekował tą córką. Trzy godziny później jego żona zmarła.

To mógł być przypadek.

– Miałam więcej takich przypadków w swojej praktyce. Jak umierała moja matka, ojciec poszedł ją odwiedzić w szpitalu. Kiedy stanął koło jej łóżka, wyciągnęła rękę, przesunęła po guzikach na jego koszuli i zapięła mu ten przy kołnierzyku. A lekarz zapewniał nas, że jest w takim stanie, że nic do niej nie dociera.

Ludzie zawsze znajdowali sposób, żeby odebrać sobie życie bez asysty lekarza i pielęgniarki. Dlaczego mamy im pomagać?

– Żeby to było bezpieczne dla nich i dla ich bliskich. Mniej więcej rok po tym, gdy umarł mój ojciec, zadzwoniła do mnie żona jednego z moich pacjentów. To był mężczyzna z zaawansowanym nowotworem, miał 86 lat. I ona mówi mi, że znalazła u niego pistolet i że on na pewno zamierza się zabić. Przekazałam mu przez telefon, żeby nic nie robił do mojego przyjazdu, i wsiadłam do samochodu. Usiedliśmy przy stole i zapytałam, jak właściwie zamierza to zrobić. Strzelić sobie w skroń? „Byłem w wojsku, więc wiem, jak się zabić na 100 proc. Lufę wkłada się do ust”. Wytłumaczyłam mu, jak to będzie wyglądać: jego żona, która siedzi obok, będzie w kuchni gotować obiad, usłyszy huk, pójdzie do ich wspólnej sypialni i znajdzie go w kałuży krwi z rozpłatanym mózgiem. Owszem, będzie martwy, ale czy na pewno chce jej to zrobić? On się wtedy rozpłakał. To było coś, o czym w ogóle nie pomyślał.

I pani wtedy mówi o wspomaganym samobójstwie?

– Pokazuję im, że jest taka opcja.

<podzial_strony>

Myślałam, że takiego człowieka trzeba raczej przekonać do życia.– Jak ktoś się dowiaduje, że jest inne wyjście, to często właśnie otwiera się na rozmowę o życiu. I ja zawsze próbuję go przekonać, żeby jeszcze żył. Ale ostatecznie to pacjent wie, jak bardzo cierpi i ile cierpienia może jeszcze znieść. Kim ja jestem, żeby decydować za niego?Ten mężczyzna jak wybrał?– To była druga osoba po moim ojcu, której pomogłam w ten sposób odejść. Była przy nim żona i cztery córki, to się działo w ich domu. Tuż przed śmiercią on ją mocno przytulił i powiedział: „Odchodzę po prostu trochę wcześniej niż ty, ale wkrótce się spotkamy”. Wcześniej pytała pani, jak ja to pogodziłam z Bogiem. Otóż jak się widzi taką spokojną, dobrą śmierć, to człowiek myśli: czy to jest na pewno niezgodne z religią, że pozwalamy odchodzić ludziom w taki sposób? A może to jest właśnie akt miłosierdzia? Po tym doświadczeniu zgodziłam się przyjąć propozycję Dignitas i zaczęłam asystować przy samobójstwach. A pięć lat temu założyłam własną organizację w Bazylei – Lifecircle.Kto prosi o pomoc?– Ludzie ciężko chorzy albo umierający, którym medycyna nie może pomóc. W różnym wieku. Najmłodszy pacjent miał 27 lat. To był chłopak z uszkodzonym rdzeniem kręgosłupa. W swoje 20. urodziny urządził imprezę i skoczył do basenu dla dzieci. Mimo paraliżu nieźle sobie radził, mógł trochę poruszać głową, więc pracował przy komputerze, używając joysticka. Po sześciu latach zaczął odczuwać bóle neuropatyczne. Zna pani to uczucie, kiedy człowiek sobie zimą odmrozi ręce i jak wchodzi do ciepłego pomieszczenia, czuje mrowienie w palcach? To jest to samo, tylko tysiąc razy mocniejsze. Taki ból bierze się stąd, że mózg naraz orientuje się, że skoro nie docierają do niego żadne sygnały z ciała, to znaczy, że z tym ciałem jest coś nie tak. Zaczyna się ból, na który właściwie nie ma lekarstwa. Morfina nie działa, opiaty nie działają, pozostają jedynie neuroleptyki, które w dużych dawkach robią z pacjenta warzywo. I on stwierdził, że nie chce tak żyć.

Taki człowiek pisze do pani, że chce umrzeć. Skąd wiadomo, że jest naprawdę chory?

– Proszę go o przesłanie dokumentacji medycznej, wyników wszystkich badań. Umawiam się na rozmowę przez telefon albo Skype’a. Mogę wtedy zobaczyć, w jakim jest stanie, jak mówi, jak się porusza. Potem to wszystko przekazuję dwóm niezależnym lekarzom tu, w Szwajcarii, oraz radzie fundacji. Oni wszyscy sprawdzają, czy pacjent spełnia kryteria.

Jakie?

– Pierwsze – to musi być nieuleczalna choroba. Drugie – osoba musi być w pełni władz umysłowych. Trzecie – trzeba wykluczyć chorobę psychiczną. Czwarte – decyzja nie może być podjęta pod wpływem osób trzecich. I wreszcie – życzenie, by umrzeć, musi być dobrze ugruntowane i przemyślane.

Co to znaczy?

– Że pacjent wyrażał taką wolę od dłuższego czasu. Na przykład sporządził testament życia i tam jest jasno napisane, że w określonej sytuacji nie życzy sobie dalszej terapii. Albo jest członkiem naszej organizacji na tyle długo, że to nie pozostawia wątpliwości. Jeśli lekarze i rada fundacji dadzą zielone światło, pacjent może przyjechać do Szwajcarii na badania. Na miejscu ma dwie wizyty lekarskie i jeśli badania się potwierdzą, może odejść.

A jeśli ktoś chce umrzeć, bo ma po prostu depresję?

– Jeśli to jest taka depresja, że właśnie umarł mu najlepszy przyjaciel i on się czuje samotny, to lekarz powinien go wykluczyć. Ale jeśli mamy do czynienia z poważnym cierpieniem psychicznym, to mogą istnieć przesłanki do wspomaganej śmierci. Przy czym my – mówię tu o organizacji Lifecircle – nie pomagamy takim osobom, bo nie mamy w zespole psychiatry, a tego wymagają przepisy.

Jak pani słucham, to mam wątpliwości, czy nie za łatwo to się odbywa.

– To nie jest tak, że przyjmujemy każdego, kto się zgłosi. Pierwszą rzeczą, jaką robię jako lekarz, jest sprawdzenie, czy tej osobie można pomóc tak, żeby mogła dalej żyć. Szukamy dla niej terapii, leków. Mieliśmy mężczyznę z nowotworem wątroby. Lekarze w jego kraju nie dawali mu już nadziei, a my przestudiowaliśmy jego wyniki i okazało się, że mógłby się poddać jeszcze chemoembolizacji. Musiał to zrobić za granicą, ale dalej żyje.

A jeśli pacjent przyniesie historię choroby, ale sfałszowaną?

– Miałam pacjenta z Włoch, który kwalifikował się do wspomaganej śmierci. Przyjechał sam. Zgłosił się do nas potem prawnik jego córki, która zarzucała nam, że nie powinniśmy byli mu pomóc. Ten pacjent miał jej zostawić list pożegnalny, w którym pisał, że sfałszował częściowo swoją dokumentację medyczną, żeby na pewno dostać zielone światło. Do dziś nie wiemy, o jakie dokumenty chodziło. Sąd orzekł, że nie popełniliśmy żadnych uchybień.

I nie ma pani poczucia, że to był błąd?

– To był bardzo schorowany człowiek. Przebył chorobę Heinego-Medina, z trudem się poruszał, miał też poważną chorobę wirusową. Przyjeżdżał do nas przez trzy lata i przez te trzy lata szukaliśmy dla niego rozwiązań, przekonywaliśmy, żeby jeszcze żył. Ale jeśli ktoś tak bardzo chce umrzeć, mamy prawo to uszanować. Po tej historii zaczęliśmy pilnować, żeby pacjenci informowali rodzinę o swojej decyzji. Jak mam wątpliwości w tej sprawie, to proszę o telefon i sama dzwonię.

<podzial_strony>

Rodzina musi się zgodzić?– Nie, ale musi wiedzieć.Zdarza się, że pacjent zmienia zdanie?– Połowa osób, którym dajemy zielone światło, nigdy z niego nie korzysta. Być może sama świadomość, że mogą to zrobić, kiedy będzie bardzo źle, przynosi im ulgę. Miałam taką pacjentkę z rakiem krtani. Była już po trzech operacjach, nie chciała czwartej. Odwiedziłam ją w domu. Widać było, że ona jest zdecydowana na wspomagane samobójstwo, ale mąż nie. Cały czas był w niej zakochany, w ogóle sobie nie wyobrażał, że ona może odejść. Namówiłam ją, żeby jednak poddała się tej operacji, i dzięki temu zyskali jeszcze jeden rok razem. Potem nastąpił wyjątkowo agresywny nawrót, z przerzutami do płuc i mózgu, ale ona zdecydowała się odejść w opiece paliatywnej, chociaż była członkiem Lifecircle. I tak powinno być – to jest wybór pacjenta, jak chce umrzeć.Uprzedziła mnie pani, że nie będzie rozmawiać o statystykach. Czyli nie dowiemy się, ilu macie członków i ile osób umiera z pomocą waszej organizacji?– Mogę powiedzieć tylko, że te liczby rosną. Nie ujawniamy ich, bo potem robią się z tego sensacyjne nagłówki w gazetach.

A o pieniądzach?

– Członkowie Lifecircle płacą roczną składkę 56 franków szwajcarskich- to jest 45 euro. Można też zapłacić jednorazowo 1000 franków i to daje członkostwo na całe życie. Za wspomaganą śmierć płaci się 7 tysięcy franków, a za zielone światło – czyli całą procedurę kwalifikacyjną – 3 tysiące franków. Te same stawki obowiązują w innych organizacjach. Jeśli ktoś nie ma środków, może ubiegać się o zwolnienie z tych opłat.

Gdzie trafiają te pieniądze?

– Na konto naszej fundacji. Z tych środków opłacani są lekarze, pielęgniarki, usługi pogrzebowe, administracja. To, co zostanie, przeznaczamy na pomoc dla tych członków, których nie stać na opłaty.

Przeciwnicy zarzucają wam, że robicie biznes na umieraniu.

– Szwajcarskie prawo wyraźnie mówi, że na wspomaganej śmierci nie można zarabiać. To znaczy – można pobierać pensję, ale tylko w takiej wysokości jak w swojej zwykłej pracy. Czyli jeśli pielęgniarka zarabia 4 tysiące franków miesięcznie, to u nas możne dostać tyle samo, nie więcej. Inaczej jest to przestępstwo. Konto naszej fundacji też jest regularnie kontrolowane.

A sąsiedzi nie protestują, że ludzie przyjeżdżają tu umierać?

– Celowo szukaliśmy miejsca na parterze, z osobnym wejściem, gdzie samochód mógłby podjechać i zabrać trumnę tak, żeby nikt tego nie musiał oglądać. Ale mieliśmy jeden telefon z policji, bo okazało się, że ktoś z mieszkańców złożył na nas skargę. Zaproponowano nam mediację sąsiedzką i dopiero tam okazało się, że przeszkadza im wóz policyjny. Od tej pory prosimy, żeby policjanci, którzy sprawdzają procedury, przychodzili w cywilu i na piechotę.

Pacjent odchodzi, rodzina wyjeżdża, a pani z tym zostaje.

– I to jest trudne, zwłaszcza jeśli zdążymy się zaprzyjaźnić. Na samym początku pracy miałam pacjentkę z Australii, Lilę. Cudowna, pogodna kobieta. Miała nowotwór gardła, czekała, aż dostanie zielone światło, bardzo cierpiała. Wysłałam jej pocztą morfinę. Kojarzy pani takie herbatniki z dziurką? Otóż tam właśnie udało mi się wcisnąć leki. Paczkę nadałam z Niemiec, żeby nikt nie mógł dojść, że to ode mnie. Dzięki tej morfinie Lila i jej mąż przeżyli jeszcze wspaniałe cztery miesiące razem. A potem przyjechali tu. Kiedy Lila wypiła środek uśmiercający, uprzedziłam ją, że ma jeszcze cztery minuty życia, i żeby nie zwracała na mnie uwagi, tylko pożegnała się z Donaldem. A ona odwróciła się do mnie i powiedziała: „Erika, obiecaj mi, że będziesz więcej jeść”. Miałam wtedy problemy w życiu osobistym, strasznie schudłam. Donald też nie jadł. „Po wszystkim macie iść w góry, do tej świetnej restauracji, i zamówić po steku. Ja stawiam!”. A tu obok emocji trzeba być jeszcze profesjonalistą, żeby dopełnić procedur. Po tej historii pomyślałam: nie dam rady.

To dlaczego pani to dalej robi?

– Opowiem o pacjencie, którego mam teraz pod opieką. To młody człowiek, 42 lata, cierpi na pląsawicę Huntingtona – jedną z najgorszych chorób neurologicznych, która polega na tym, że ciało przestaje się nas słuchać. Na przykład – chcę panią pogłaskać, ale moja ręka robi taki gwałtowny ruch, że walę w stół. Nie ma na to lekarstwa, chorzy umierają około pięćdziesiątki, kiedy buntują się mięśnie odpowiedzialne za oddychanie. Ten człowiek ma ciało jak kulturysta, z trudem oddycha, nosi specjalny kask i cały czas robi sobie krzywdę, nieświadomie oczywiście. Widział rodziców umierających na tę samą chorobę, ma brata i siostrę w bardziej zaawansowanym stadium, z demencją. Jak do nas trafił, był w głębokiej depresji, mówił, że nie chce skończyć tak jak oni. Daliśmy mu zielone światło i termin na grudzień. I to był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam uśmiech na jego twarzy. Odstawił wszystkie antydepresanty, promienieje. Jego żona powiedziała mi, że odkąd poznał datę swojej śmierci, zaczął się cieszyć życiem.

Dalej pracuje pani jako lekarz rodzinny?

– Na pół etatu.

<podzial_strony>

Pacjentów to nie odstrasza?– Przeciwnie. Miałam tylu chętnych, że musieliśmy zamknąć zapisy. Myślę, że pacjent chce mieć lekarza, który będzie z nim do końca i da mu możliwość wyboru.A znajomi, sąsiedzi – wiedzą?– Tak. Jak zmarł mój ojciec, powiedziałam rodzinie: będziemy mówić, że to był po prostu trzeci wylew. Ale jedna siostra się zbuntowała, że nie zamierza kłamać. Pamiętam, że ojciec zostawił listę gości, których mieliśmy zaprosić na pogrzeb – 150 osób, w tym sporo związanych z Kościołem. Pogrzeb odbywał się w takim pięknym miejscu, które ojciec sam wybrał, na moście nad rzeką. Podczas tej ceremonii opowiedziałam publicznie o tym, jak odszedł. Nikt mnie nie potępił.http://wyborcza.pl/duzyformat/1,142470,17107626,Pomogam_w_samobojstwie__Rozmowa_z_dr_Erika_Preisig.html?utm_source=agora&utm_medium=email&utm_campaign=Pomagam-w-samob%C3%B3jstwie-Teksty-tygodnia-Wyborczej-111214

Z pamiętnika Dojrzałej Psycholożki o specjalności ” jak bronić się przed kolorową tęczą”

Będąc dojrzałą psycholożką o specjalności „jak bronić się przed kolorową tęczą” umiejącą odciąć się od wszystkiego co może dziwne, czyli lata obserwacji i życiowego doświadczenia , weszła raz do mojego gabinetu  pacjętka nieco zagubiona, bądź zarefleksowana.

PACJENTKA – Dzień dobry, pani psycholog!

DOJRZAŁA PSYCHOLOG – Dziędobry, co pani dolega?

P – Dolega mnię życie Pani Psycholog, bo ja przeczytała dzisiaj takie słowa, co to do teraz łażą mi po głowie i nijak rady nie daję, bo chociaż już stara jestem, to dalej nie wiem jak poruszać się w tym dzisiejszym świecie, aby nie zwariować, a mieć spokojną głowę, na co chyba zasłużyłam sobie całym, przyzwoitym życiem.

Pani zamieni się w słuch, a ja zadeklamują, a więc proszę nie uronić ani jednego słowa, co by się Pani połapała:

Ania Witkowska napisała tak: „Miej odwagę pokazać kim jesteś naprawdę. Prawdziwość zasługuje na szacunek i dodaje atrakcyjności”, no piękne słowa prawda Pani Psycholog?

DP – Piękne to fakt, ale i dość  niebezpieczne, ale o co Pani dokładnie się rozchodzi? Proszę opisać, co w związku z tym Pani dolega, bo śmiem twierdzić, że boli Panią dusza i tzw. jestestwo.

P – W rzeczy samej Pani psycholog, w rzeczy samej, boli mnie moje rozgoryczenia nad tym światem, bo jak ja dzisiaj poparzyła na tych przebierańców na jakimś tęczowym marszu, to ja sobie pomyślała o tych słowach, com zacytowała. Odwagę oni mają, to fakt, ale czy pokazują kim są naprawdę? Kobita przebrana za chłopa, chłop za kobitę i paradują po ulicach, że nijak u ludzi nie zdobywają szacunku. Rozplenili się w naszej przestrzeni i nawołują do szacunku dla ich inności, ale czy w tych swoich przebierankach są naprawdę atrakcyjni? Mam sąsiadkę, co jak ich widzi to spluwa za siebie trzy razy i zdrowaśki odmawia, a więc Pani Psycholog, ja chcę być nowoczesna babcia i pragnę pogodzić w sobie uczucie zdziwienia i niesmaku, ale proszę mi tylko nie radzić, abym pilotem manewrowała i oglądała jeno Ojca Mateusza, bo mi naprawdę zależy, abym nowoczesna była, bo kiedyś może moje wnuki zechcą ze mną o tym pogadać, a więc co mi Pani radzi?

DP – Zrozumiałam Pani problema i w związku z tym, proszę się położyć na mojej mnięciutkiej kozetce i drogą hipnozy wyleczę Panią z obaw i pewnego rodzaju niesmaku. Proszę zamknąć oczęta, a ja sprawię, że na każdym takim marszu, mimowolnie zamknie Pani oczy i będzie Pani widziała tylko i wyłącznie naszych polskich ułanów, sprężystych, na koniach z szabelką przy boku. Ich oficerki błyszczące , a na spodniach lampasy i każdy z wąsiskiem niczym Piłsudski na swojej kasztance. Czyż to nie pięknisty będzie widok? Wnukom Pani opowie, że przybyli ułani pod okienko z kolorową tęczą, bo tego świata już my nie jesteśmy w stanie zrozumieć przecie 🙂

P – No racja, tylko wyobraźnia może nas uratować – dzięnkuję Pani psycholog 🙂