Archiwa tagu: matka

A kiedy odchodzi Matka?

 

Na powyższym zdjęciu jest moja Mama, kiedy miała może – zaledwie 75 lat.

Zdjęcie zrobione na weselu jednej z moich Córek i widać na nim, że dobrze wyglądała i była zawsze uśmiechniętą osobą.

Od życia dostała dobrze w kość, ale nigdy się nie załamała i szła przez życie z ogromną siłą, pokonując wszelkie trudy, jakie nosło życie.

Stary, dobry materiał zahartowany i mocny, który za chwilę odejdzie z tego świata.

Przeżyła II Wojnę Światową i czasy socjalizmu jak wszyscy, nasi starzy Rodzice, których teraz, ten obecny nierząd szykanuje i odbiera im część emerytury, bo urodzili się za wcześnie i jest to hańba dla tego nierządu.

Pracowała całe swoje życie, a do pracy poszła, kiedy miała zaledwie 14 lat, ale nigdy nie narzekała na swój trudny los.

Dziecństwo też miała nie lekkie, gdyż wychowywała Ją sroga macocha, która była trudną osobą i Mama nie raz opowiadała, że macocha dawała jej mocno w kość.

Nie raz na blogu pisałam przez ostatnie dwa lata o swojej Mamie, która już dwa lata żyje od diagnozy – rak i w tej chwili jest fizycznym warzywem, choć jeszcze z bardzo bystrą psychiką, która wszystkich zadzwia.

Jednak jest tak, że wszyscy jesteśmy zmęczeni opieką nad chorą Mamą, bo Ona wymaga tej opieki 24 godziny na dobę.

Wszyscy działamy na adrenalinie, że trzeba być przy Niej, choć nie jest roszczeniowa i nie lamentuje – nie skarży się na swój los i swoją chorobę znosi niesamowicie godnie.

Przechodzę przez różne etapy w związku z chorobą Mamy i mówię do siebie, że jeśli ma taką wolę życia i siły psychiczne, to jestem na każde zawołanie, ale bywa, że opadam z sił, bo nie należę do osób silnych psychicznie.

Dziś poszłam w godzinach porannych zmienić Mamie pampersa i musiałam podnieść Mamę całą sobą, aby zaprowadzić Ją do ubikacji.

Stękała, bo wszystko Ją bolało i nigdy przez dwa lata tak się nie skarżyła, ale choroba jest bezlitosna i drąży!

Nic nie można więcej zrobić, jak tylko wezwać lekarza, aby zwiększył dawkę środków przeciw bólowych.

Rozleciałam się na kawałki, bo kiedy wróciłam do domu, to ległam na kanapie i łzy lały się strumieniami.

Straciłam swoją energię, gdyż dziś namacalnie zobaczyłam, że Mama gaśnie i opuszczają Ją siły witalne!

Jeszcze staram się być silna, ale wiem jedno, że kiedy Mama odejdzie, będą długo składała się do kupy!

Tak naprawdę, to nikt nie wie, co się ze mną dzieje, bo zamknęłam się w sobie i przygotowuję się do żałoby w samotności!

 

Reklamy

Mamo Seniorko – Babciu – tego ci już nie wypada!

 

Pani Jadwiga już miała przechodzić na zasłużoną emeryturę kiedy spadł na nią grom z jasnego nieba. Pewnego dnia zapadła diagnoza, że jej mąż, Jurek ma raka jelita grubego i rokowania są niestety, ale bardzo słabe, a lekarze nie dawali mężowi większej nadziei.

Postanowili walczyć z całych sił i jeździli po prywatnych lekarzach, a także uzdrowicielach, aby tylko choróbsko pokonać, ale niestety.

Minęły dwa lata i mąż Jadwigi zmarł po morderczej walce.

Długo nie mogła się pozbierać, bo  tak się stało jakby ktoś odłączył Jadwigę od tlenu i oddychała na zwolnionych obrotach.

Przeszła na emeryturę i nie wiedziała jak ma dalej pokierować swoim życiem, aby mogła się na nowo nim cieszyć.

Szukała czegoś takiego, co było by balsamem na schorowaną i obolałą jej duszę.

Syn, jedynak pewnego razu zadzwonił i oznajmił jej, że jego żona, którą Jadwiga średnio lubiła jest w ciąży i tu zapaliło się Jadwidze światełko, że może to jeszcze nie narodzone dziecko stanie się dla niej ratunkiem.

I faktycznie tak było, ponieważ sama zaproponowała, aby synowa jak najszybciej wróciła do pracy, a ona zajmie się maleństwem, bo czuje się na siłach.

Pani Jadwiga mimo zbliżającej się sześćdziesiątki trzymała się świetnie i była w dobrej formie, a więc opieka nad maluchem nie będzie stanowiła żadnego problemu.

Synowa przyklasnęła, bo każdy rok przerwy w pracy oddalał ją od wymarzonego awansu w szkole, a bardzo jej zależało, aby zrobić nauczyciela mianowanego i w związku z tym jej finanse znacznie by się poprawiły.

Kiedy urodził się wnuczek od razu się w nim zakochała i wzięła na siebie obowiązek pilnowania malucha, aby nie musiał chodzić do żłobka i nie łapał wszelkich wirusów od innych zakatarzonych maluchów.

Wnusiu rósł jak należy i tak też się rozwijał, a Jadwiga doskonale radziła sobie z obowiązkami.

Kiedy maluch spał, to gotowała dla syna i synowej obiad, aby zawsze po pracy mieli na stole  ciepłą strawę.

Nie dokładała się do rachunków, bo syn zawsze się z nią rozliczał, a więc była w stanie zaoszczędzić dla siebie trochę pieniędzy, bo najadała się razem z młodymi.

Mijały lata i się nie obejrzeli wszyscy, kiedy wnuczkowi trzeba było kupić wyprawkę do szkoły.

Przyszła już pora na szkołę, a więc pewnego dnia Jadwiga zagadnęła, że w związku z tym nie będzie  już tak bardzo potrzebna i młodzi sobie dadzą już świetnie radę.

Kochała oglądać w telewizji programy podróżnicze i zawsze marzyła, aby zwiedzić jeszcze kawałek świata.

Nie czekała długo na realizację swojego marzenia, bo wykupiła wycieczkę do Włoch, aby zwiedzić Rzym, a potem jeszcze Hiszpanię i Portugalię.

Miała oszczędności, a więc nic nie powinno stanąć jej na przeszkodzie.

Zadzwoniła do syna, że właśnie się pakuje i za tydzień rusza w świat i oznajmiła, że jest tak bardzo szczęśliwa, że na stare lata spełni swoje marzenie.

Myślała, że syn się ucieszy razem z nią, ale tak się nie stało.

Po godzinie wpadła do niej synowa z pretensjami, że chyba zwariowała, że chyba jej odbiło, bo ona wciąż jej potrzebuje, bo kto jej syna odprowadzi do szkoły i przyprowadzi.

Kto ugotuje im obiad skoro oni do domu wracają dopiero po 17, a więc niech sobie wybije z głowy te swoje urojone marzenia, bo jej miejsce jest przy wnuku i rodzinie i niech pokaże zaświadczenie od psychologa i psychiatry, że jest zdrowa na umyśle, bo to będzie cud, gdyż stare kobiety siedzą w domu i mają obowiązek pomagania swoim dzieciom, a nie tam jakieś szlajanie się po świecie – wykrzyczała na jednym tchu.

Tak wrzeszczała na Jadwigę, że ta w końcu zwątpiła w swoje marzenie i prawie uwierzyła synowej, że faktycznie chyba jej odwaliło, że zachciało jej się wojaży.

Bolało ją, że syn nie chciał się narazić żonie i nie chciał się narazić matce, a więc dziwnie zamilkł i schował się, bo chciał być niewidzialnym w tym sporze.

Minęła bezsenna noc i Jadwiga biła się z myślami.

Nie potrafiła sobie wytłumaczyć, że w oczach swojego syna i synowej jest już wrakiem i nie wolno jej marzyć, a więc swoją wycieczkę nie odwołała, ale przesunęła na inny termin, co było dość trudne, ale się udało.

Poszła do psychologa prywatnie, za co zapłaciła 200 zł, ale za kilka dni rzuciła synowej przed oczy opinię, że jest całkowicie zdrowa na umyśle i pojechała tam gdzie sobie wymarzyła

.Kiedy wróciła z poznanym panem z wycieczki była na nowo szczęśliwa, ale tym się młodym nie pochwaliła, a z ukochanym kupili działkę, na której przebywali od wczesnej wiosny, do późnej jesieni.

A młodzi? Poradzili sobie znakomicie.

 „Dorota Wellman (skończyła 54 lata): Nie wiedzieć czemu, mężczyznom wiek dodaje doświadczenia i mądrości. Kobietom wieku się nie wybacza”

„Najczęściej kobieta po 50-tce słyszy, że takiej jak ona „starej wiedźmie”, „starej pudernicy”, w najlepszym razie „dzidzi piernik” nie wypada tego, czy tamtego”

http://http://stylzycia.newsweek.pl/dyskryminacja-kobiet-w-polsce-polki-po-50-tce,artykuly,358571,1.html

Matka Polka!

 

Zachorowało jej dziecko. Wiadomo, wszak jest sezon grypowy i jakieś wirusy fruwają w powietrzu, a przecież dzieci trzeba zaprowadzić i przyprowadzić z przedszkola.

Najpierw starsze zachorowało. Z temperaturą 39 stopni leżało bez sił, a więc trzeba było zgłosić się do lekarza. Diagnoza! Wirus i trzeba wyleżeć przede wszystkim z pomocą syropów obniżających temperaturę i innych leków.

Mama bierze zwolnienie, bo przy chorym dziecku, które leje się przez ręce, to właśnie matka jest niezastąpiona.

Stres, bo zanosi się na dłuższe zwolnienie, aż do wyzdrowienia dziecka, a tu pech i drugie, młodsze choruje po trzech dniach. Choruje z takimi samymi objawami, a więc najgorsza jest wysoka gorączka.

Podwójny stres u matki, bo zanosi się jednak na dłuższe zwolnienie, a matka boi się, że tam, w pracy robota się nawarstwia i nie jest na bieżąco, a tego nie lubi jej szefowa – starsza już pani, która zaraz idzie na emeryturę.

Denerwuje się więc ta matka z powodu chorych dzieci i z powodu, że po powrocie do pracy nie będzie wiedziała, w co włożyć ręce, bo nikt za nią tego nie zrobi.

Wie, że nikt nie zrobi, bo jest fatalna organizacja i brak dobrej woli. Denerwuje się matka, bo zna swoją szefową, że będzie miała focha. Jednak matka odgania od siebie złe myśli, bo wyzdrowienie dzieci jest dla niej priorytetem i to jest dla niej najważniejsze.

Matka ma chwilę wolną, bo opiekę nad dziećmi przejmuje ojciec dzieci, a ta biegnie do zakładu pracy, aby przedłożyć zwolnienie z powodu choroby dzieci. Chce być uczciwa i w porządku w stosunku do swojego pracodawcy, mimo tego, że telefonicznie powiadomiła brak obecności w pracy.

Idzie ulicą zapłakana, młoda matka. Płacze tak mocno, że obraz ulicy jej się zamazuje. Wraca do domu i chorych dzieci na pamięć, bo łzy zlewają jej oczy.

Nie może zrozumieć, że jej szefowa zasugerowała jej podczas złożenia zwolnienia lekarskiego, że pewnie zrobiła sobie ferie z dziećmi w domu, a robota leży odłogiem!

Młodej matce bardzo zależy na pracy, ale co ma zrobić z chorymi dziećmi skoro w pobliżu nie ma babci, ani dziadka, którzy zaopiekowali się jej chorymi dziećmi, by ta mogła spokojnie pracować?

Pracodawca nie widzi, że młoda matka, aby nadgonić robotę, bardzo często idzie do pracy w wolną sobotę, aby choć odrobinę wyrobić  zbyt wysoką normę z powodu złej organizacji. Tego pracodawca nie widzi, ale kole pracodawcę w oczy, zwolnienie na chore dzieci, które są faktycznie chore i zwolnienie nie jest żadną naciąganą historią.

Proponuję lekarzom pediatrom, aby do zwolnienia lekarskiego było obowiązkowo wypisywane zaświadczenie, że dziecko jest chore na to i na to, a pod spodem widniała wiarygodna pieczątka lekarza prowadzącego. Takie zaświadczenie może by zapobiegło spekulacjom wobec biednej matki, która wciąż musi wybierać między pracą, a swoimi dziećmi i rodziną!

Takie spekulacje powinny być zabronione i karalne. Nie wolno w ten sposób gnębić w Polsce – Matek Polek! Najlepszych Matek na świecie!

Matka Polka socjalizmu!


Chyba każda kobieta w moim wieku, od czasu do czasu przypomina sobie, swoje macierzyństwo. Same się dziwimy, kiedy ten czas minął, że oto nasze dzieci zbliżają się do czterdziestki, albo mają więcej lat niż czterdzieści.

To były niełatwe czasy dla wychowywania dzieci, bo prawie wszystkie pracowałyśmy, bo z jednej pensji żyć się nie dało.

Dlatego kiedyś kobiety pracowały, a urlop macierzyński wynosił bodajże trzy i pół miesiąca.

Pamiętam, że był problem ze żłobkiem dla mojej pierwszej Córki, bo też było wszystko po znajomości i po ukończeniu urlopu oddałam Dziecko na służbę państwową.

Tak samo było z drugą Córką, która trafiła po opiekę cioć żłobkowych, a potem trzeba było się starać o miejsce w przedszkolu.

To były takie czasy, że nikt nie znał słowa weekned, bo pracowałyśmy także w soboty i jeden dzień jaki był do spędzenia czasu z rodziną, to była tylko wolna niedziela.

Żłobek, to miałam bardzo blisko domu, bo nawet nie potrzebowałam wózka, gdyż nosiłam Dzieci na rękach, bo był zaraz obok miejsca zamieszkania.

Jednak do przedszkola miałam daleko i musiałam wstawać o 5 rano, aby siebie przygotować do pracy, a potem budziłam dzieci i je karmiłam obowiązkowo.

Sadzałam obie na rower i jechałam dwa kilomety do przedszkola, aby samej nie  spóźnić się do pracy.

Codziennie pokonywałam rowerem 4 kilometry tam i z powrotem i tak przez wiele lat, aż dzieci urosły i poszły do szkoły.

Podczas mojego macierzyństwa miałam słabe momenty, że płakałam i myślałam, że nie dam rady.

Kiedy urodziłam pierwszą Córkę, to ta dużo płakała i okazało się, że nie mam na tyle pokarmu, aby ją nakarmić do syta. Musiałam przejść na butelkę.

Moja druga Córka zachorowała i znalazła się w szpitalu, a mnie jako matce nie wolno było jej odwiedzić, bo takie były wówczas przepisy.

Płakałam, kiedy dzieci przechodziły w przedszkolu z grupy do grupy i one płakały, bo ciocie się zmieniały.

Jednak najwięcej płakałam w stanie wojennym, kiedy brakowało wszystkiego i nie miałam czym karmić swoje dzieci, bo w sklepach był tylko ocet.

Trzeba było wstawać w nocy, aby wystać w kolejkach kawałek masła, sera, czy mleka w proszku, albo za bucikami i dziecięcymi ubrankami.

Dobrze, że miałam w rodzinie osobę szyjącą na maszynie, to jakoś się to zapinało i szło do przodu.

Teraz matki mają roczne urlopy macierzyńskie, a w sklepach jest wszystko i tylko mieć pieniądze, ale wiele z nich cierpi na depresję poporodową, gdyż są zamknięte w domach by opiekować się swoimi pociechami i wiece co?

Z pewnością by się nie zamieniły z nami Matkami Polkami, które pokonały masę przeciwności w czasach słusznie minionych, bo naprawdę miałyśmy pod górkę, a mimo to wychowałyśmy wartościowe pokolenie.

My nie miałyśmy pieluch jednorazowych i nie miałyśmy zupek gotowych, bo miałyśmy do prania górę pieluch tetrowych i same gotowałyśmy zupki marchewkowe, a także same robiłyśmy na drutach, czy szydełku szaliki i czapecki bo musiałyśmy kombinować.

Poniżej wklejam obrazki współczesnej Matki Polki i mnie to ominęło, bo moje dzieci w czasach słusznie minionych wychował system, który nie dał mi dłuższego urlopu macierzyńskiego, a mogłam cieszyć się dziećmi tylko w wolną niedzielę, ale żadna krzywda im się nie stała.

Może trzeba wrócić do dawnego sytemu w ochronie zdrowia psychicznego wspólczesnych matek! To nie był taki zły system!

Teraz rząd dał rodzinom 500+ i w wielu przypadkach wygląda to tak: Pijana matka w ciąży!

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba

 

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Obraz może zawierać: rysunek

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

 

 

Tylko usiąść i płakać nad Polską!

Tak bardzo bym nie chciała pisać o polityce, ale się nie da!

Tyle się dzieje każdego dnia w Warszawie, w Sejmie, że od rana nóż w kieszeni się otwiera na to draństwo za sprawą partii „rządzącej”

Oni nie rządzą, bo oni dzielą społeczeństwo na obozy i szczują Polaka na Polaka!

Najpierw dali 500+, aby przekupić biedych i wziąć w kamasze, a potem jest długo, długo nic i tylko dzieje się codzienna rozróba i draństwo od samego rana.

Boję się włączć media o poranku, bo nie wiadomo, co przegłosowali nocą dranie.

Ogrodzili Warszawę i Sejm barierkami, płotami, zasiekami, choć w kampanii darli mordy, że chcą być bliżej ludzi.

Oszukali ludzi, bo poszli po władzę, aby się tylko nachapać i być blisko koryta!

Przez dwa i pół roku zamienili ten kraj w knajacką knajpę i nic się tu nie zgadza z praworządnością!

Popsuli Polskę i udają, że nic się nie dzieje złego, kiedy Polska chwieje się w posadach.

Kłamstwo goni kłamstwo i nie wiem, co oni biorą, a biorą, bo normali ludzie mieli by Polskę w opiece.

Oni odszczurzają Polskę i odgrzybiają wedłg Kuchcińskiego i ile trzeba mieć tupetu, aby tak się wypowiadać o Polkach, którzy odbudowali ten kraj po wojennej tragedii.

W Sejmie na posadzce już ponad dwadzieścia dni leżą matki i niepełnosprawne dzieci! – ponad 20 dni i co?

Nie dostaną od tego „rządu” złamanego grosza, bo nie są dla nich żadnym suwerenem i oni brzydzą się innością, chociaż każą rodzić dzieci bez mózgu!

Oto zdjęcie, które opłynęło polski Internet – po niżej!

Matka niepełnosprawnego dziecka – odwróciła się z pogardą od tych matek ze swoim dziećmi na wózkach.

Zacięta twarz zdradza jaką ma niechęć do tych zdesperowanych ludzi.

Ubrana szykownie, uczesana i umalowana i ma kasę na to, aby ktoś inny opiekował się jej chorym dzieckiem, ale nie rozumie, że oni chcą tylko 500 złotych!

Jest takie przysłowie, że syty nie zrozumie głodnego i tu na tym zdjęciu widać pogardę i obrzydzenie wręcz w stosunku do najsłabszych, ale dumnych i mądrych.

Na forum Seniora czytam kobietę, która by się za PiS dała pokroić i ma ten sam wyraz twarzy – zacięty, niesympatyczny jak Bernadeta Krynicka choć ma tylko inny kolor włosów – zdjęcie małe, bo to awatar.

Lila's Avatar

Zacięta i niesymtaptyczna twarz, jak to mają wszystkie kobiey PiS – bez uśmiechu i optymizmu z zaciśniętami ustami w pogardzie – dowalające bez pardonu innym, inaczej myślącym!

Oni wierzą, że PiS zrobi coś dobrego dla Polski, a ja Wam mówię, że rozpierdolą


nasz kraj na kawałki jak stłuczony wazon i nie będzie co zbierać!


Zdjęcie użytkownika Racjonalna Polska.

Zdjęcie użytkownika Potwory i Spółka.

 

 

„Bóg nie może być wszędzie, dlatego stworzył matkę”

Bóg nie może być wszędzie, dlatego stworzył matkę - Matthew Arnold

Zauważyliście, że w Sejmie od paru dni o swoje dzieci niepełnoprawne – walczą przede wszystkim matki?

Gdzie są ojcowie tych dzieci – dali w długą, kiedy się zorientowali, że spłodzone przez nich dziecko jest niepełnosprawne?

Bywa tak w bardzo wielu przypadkach, że to kobiety zostają same z tym balastem, bo przecież, to są ich dzieci!

Głęboko się wczuwam w los tych matek i nawet często zadaję sobie pytanie jak by się potoczyło moje życie, gdybym miała taki sam los jak tych matek?

Czy mój Mąż by mi pomógł, czy może też dał dyla od kłopotów różnistych, a najbardziej finansowych?

Miałam szczęście w życiu, że urodziłam dwie, zdrowe Córki i dla kobiety chyba każdej, to jest największe szczęście.

Jestem bardzo miękkiej konstrukcji psychicznej i bywało czasami tak, że psychicznie nie dawałam rady.

A gdybym musiała opiekować się swoim, niepełnoprawnym dzieckiem dzień w dzień – noc w noc, to czy dałabym sobie radę?

Uważam te matki w Sejmie za bohaterki, które zmagają się codziennie z wielkimi problemami, nie mając na to wystarczającego zaplecza finansowego i jakiejkolwiek pomocy!

My kobiety rodzimy dzieci, aby przedłużyć swoje życie i swojego rodu.

My kobiety jesteśmy stworzone do tego, by kochać swoje dzieci bezgraniczną miłością, bo to jest nasza krew z krwi.

Wychowujemy swoje dzieci więc – najlepiej jak potrafimy, ale przychodzi taki czas, że nasze dzieci odlatują do innych gniazd i je sobie wiją.

Po odejściu moich dzieci z domu, długo nie mogłam się pozbierać, bo gniazdo stało się puste, ale z czasem się z tym pogodziłam.

Zmierzam do meritum:

Już będzie prawie miesiąc od Świąt Wielkanocnych, kiedy to moje dzieci były u nas na uroczystym obiedzie.

Jednak nastała cisza i Córka mieszkająca w tym samym mieście nie zajrzała ani razu do nas i nagle zrobiło mi się smutno.

Pewnego wieczora napisałam do niej wiadomość na Facebooku w ten deseń:

„Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, a do matki ani jedna”

Za niedługo otrzymałam odpowiedź, że przeprasza, ale – no właśnie!

  • Mamo musiałam zrobić to i to.
  • Musiałam zawieźć ciotkę Męża do szpitala na operację!
  • Musiałam być tam i tam i jeszcze musiałam zawieźc córkę na basen, na zajęcia.
  • Odwiedziłam chorą Babcię.
  • I jeszcze musiałam posadzić kwiaty, sprzątnąć ogród i jeszcze ugotowć i uprać,a jeszcze do tego pracuję do 17.
  • Pamiętam i przyjadę i wypijemy wspólną kawę – kocham ciebie.

To mi wystarczyło i zrobiło mi się głupio, bo wyścig szczurów ma się w najlepsze.

Odchodzenie!

Córka podesłała mi na Facebooku link do rewelacyjnej muzy, w której od pierwszego odsłuchania się zakochałam.

Współczesne piosenki mało, kiedy mnie porywają, a w tej słyszę z lat 60-tych Mirę Kubasińską i tamte rytmy zespołu Breakout .

Posłuchajcie i na chwilę się zatrzymajcie, bo piosenka w wykonaniu Barbary Wrońskiej ma świetne komentarze i oceny.

Znalezione obrazy dla zapytania matka chora i córka

A teraz napiszę o smutku:

Mija właśnie 15 miesięcy od diagnozy – rak wątroby u mojej Mamy.

Napiszę tak jak to czuję:

Miałam w życiu to szczęście, że nigdy nie towarzyszyłam nikomu w odchodzeniu i nigdy tego nie doświadczyłam i może dlatego nie do końca rozumiem jak się odchodzi z tego świata.

Moje babcie i dziadkowie odeszli zanim ja się urodziłam i nie było mi dane widzieć  jak opuszcza życie i świat osoba śmiertelnie chora.

Kiedy umarł mój Ojciec, to widziałam go tylko w trumnie i się z nim pożegnałam całują go w czoło i dotknęłam Jego ręki.

Jednak to nie to samo przeżycie, kiedy widzę leżącą Mamę, która może nas opuścić w każdej, niemal chwili.

Umierała chyba już ze cztery razy w ciągu tych miesięcy, ale wciąż z nami jest.

Mama ma straszną wolę życia i choć od kilku miesięcy leży, to się nie poddaje!

Potrafi się śmiać ze swojej choroby – dosłownie!

Nie ma żadnych łez i lamentów, że Jej życie dobiega końca, bo się z tym pięknie pogodziła.

W czasie choroby schudła bardzo dużo i jest słabiutka jak witka na wietrze, a mimo to nienawidzi pampersów i prosi, by Ją prowadzić do WC. Tak bardzo się pilnuje, aby opiekujący nie musieli – no wiecie co!

Nie pozwala się karmić, a więc podkładamy Jej poduchy i na tacy stawiamy jedzenie, a Ona się upiera, by wciąż w tej kwestii być wciąż samodzielną.

Parę dni temu wzięło Ją na wspomnienia jak to było w czasie II Wojny Światowej i nawet zaśpiewała mi łódzką, starą piosenkę o tym jak mordowano w Łodzi Żydów.

Opowiedziała o smalczownice, która wydawała ludzi Niemcom, a kiedy weszła Armia Czerwona, to ją zastrzelili gdzieś w polu.

Mama mimo znacznego ubytku słuchu czyta paski w wiadomościach i doskonale się orientuje, co dzieje się w Polsce i nad tym ubolewa.

Powiem szczerze, że tak godnego odchodzenia, to nie widziałam w najlepszych filmach. Jej postawa przed ostatecznością nadaje się na jakiś traktat o odchodzeniu, bo tak dumna w tym jest.

Gdybym miała przybliżyć Wam charakter mojej Mamy, która zawsze była radosna, to gdyby miała więcej sił, to by tak zatańczyła  jak ta starsza pani w tym clipie.

Uczę się od własnej Mamy jak się dumnie odchodzi z tego świata, choć wątpię by było mnie stać na to. Mam słabe serce i umrę szybciej od mojej Mamy, która serce ma jak dzwon!

 

Mój motywator na każdy dzień brzmi! – „Jeśli padłaś, to się podnieś. Popraw koronę i zasuwaj”

Mniej więcej tak to było i jest!

Czysta matematyka:

12 x 30=360

W listopadzie minął rok od diagnozy, z której się dowiedziałam, że Mama jest chora na raka!

360 razy w tym czasie wspięłam się po schodach – na trzecie piętro, aby dotrzeć do chorej Mamy.

Codziennie pokonuję 90 schodów dla mnie za wysokich i nie boję się opieki nad Mamą, bo sobie z tym jakoś radzę, ale boję się tych, cholernych schodów.

Nie mam pojęcia kiedy minęło te 360 ich pokonywania, bo kiedy się już wskrabię, to zapominam, że je pokonałam i cieszę się, że serce nie odmówiło mi kolejny raz!

Kiedy Mama zachorowała, to cała Rodzina była wystraszona i nie wiedziała jak się w tym wszystkim zachować.

To naturalna reakcja, która dotyka każdego – kto znajdzie się w tak przykrej sytuacji.

Jednak z czasem osfajamy się z diagnozą i wypracowujemy w sobie bodźce obronne i stajemy się mocniejsi oraz uodparniamy się, gdyż musimy być silni!

Towarzyszymy choremu w codziennej walce o jeszcze jeden dzień i cieszymy się, że jesteśmy pomocni i potrzebni.

Opieka nad takim chorym wyssysa z nas energię, bo przeżywamy z chorym jego boleści i walkę o to, aby tak nie bolało.

Jeśli nie wiecie jak się zachować w stosunku do chorego, to na blogu wklejam mały poradnik. Może się komuś przyda, bo ja wiem o tym, że w tej chorobie trzeba zachować się przyzwoicie.

Mam swój ulubiony motywator na każdy dzień, a brzmi on tak: „Jeśli padłaś, to się podnieś. Popraw koronę i zasuwaj”.

 

Choroby nowotworowe coraz częściej dotykają naszych bliskich oraz osoby z naszego otoczenia. Mimo to, wciąż rozmawia się o nich mało – najczęściej szeptem lub ze wstydem. Tematyka raka wprowadza rozmówcę w zakłopotanie, stanowi tabu, jest czymś, co łatwiej przemilczeć. Warto to zmienić! Czy ktoś z Twoich bliskich choruje na nowotwór? Chciałbyś wiedzieć, jak mądrze towarzyszyć mu w chorobie i jak spróbować pomóc? Oto kilka praktycznych wskazówek jak rozmawiać z chorym na raka.

 

Jak rozmawiać z chorym na raka?

– bądź. Diagnoza choroby nowotworowej to bardzo trudny czas dla bliskiej Ci osoby. Ważne zatem, by nie zostawiać jej z tym samej. Bądź przy niej, choćby tylko milcząc

. – pytaj. Zastanawiasz się, jak możesz pomóc osobie chorej? Zapytaj ją o to. Ona przecież najlepiej wie, czego potrzebuje. Jak zapytać? Najlepiej wprost: „Jak mogę Ci pomóc?“, „Co mogę dla Ciebie zrobić?“.

– oferuj pomoc. Być może osoba chora nie chce nikogo obciążać sobą, mimo że potrzebuje pomocy. Jeśli masz ochotę być z nią, nie czekaj, aż sama Cię o to poprosi (proszenie dla osób chorujących często jest trudne). Przejmij inicjatywę, dzwoń, oferuj swoją pomoc, gotowość i wsparcie na różnych płaszczyznach.

– bądź szczery/a. Nie udawaj, że Ci łatwo, jeśli tak nie jest. Nie mów choremu, że „wiesz co czuje“ i że „będzie dobrze“, bo nie wiesz, jak będzie. Zawsze mów prawdę i słuchaj z uwagą. Spokojna i empatyczna rozmowa działa uspokajająco. Istotne jest pozwolenie chorującemu na wyrzucenie z siebie tego, co czuje i myśli.

– mów, co czujesz. Nie udawaj, że z łatwością przychodzi Ci rozmawianie na dany temat, jeśli tak nie jest. Mów o swoich lękach, obawach, odczuciach. Może się okaże, że osoba chora oczekuje właśnie takiej szczerości, a nie kolejnego „bohatera“ u swojego boku. – pozwól sobie i choremu na wyrażanie emocji. To ważne dla osób chorujących, by móc wyrzucić z siebie męczące i złe emocje. Już sama sytuacja choroby potrafi być bardzo trudna, nie obciążajmy się dodatkowo kumulowaniem negatywnych emocji.

– daj sobie czas na odnalezienie się w nowej sytuacji i przyzwolenie na to, że nie wiesz, co dokładnie robić. Najważniejsza w tej sytuacji jest Twoja gotowość. Spróbuj otworzyć się na swojego przyjaciela, bardzo możliwe, że sam będzie chciał Cię poprowadzić przez najlepszą drogę towarzyszenia mu.

Czego nie należy robić podczas opieki/rozmowy z osobą chorą na raka?

– nie wyręczaj chorego, nie zabieraj mu jego autonomii. Mimo, że choroba może ograniczać sprawność, pozwól Twojemu bliskiemu na niezależność. Chory oczekuje normalności. W jego życiu i tak wystarczająco dużo już się zmieniło.

– nie dawaj rad i nie pouczaj. Nie wiesz, co jest dobre dla Twojego przyjaciela i nie jesteś na jego miejscu. – nie mów, że „wszystko będzie dobrze“. To oczywiście naturalne, że chcesz, aby tak było. Nie możesz jednak mieć pewności, że tak będzie, a nie należy kłamać.

– nie lekceważ choroby. Chorzy nie lubią komentarzy „nie wyglądasz na chorego“, mogą to odebrać, jako kwestionowanie ich choroby.

– nigdy nie lituj się nad chorym. Większość pacjentów jest na to bardzo wyczulona.

– nie udawaj, że wszystko jest w porządku. Bo nie jest. Mów o swoich uczuciach i o tym, co jest dla Ciebie ciężkie. Nie traktuj złości chorego osobiście. Ma prawo do wykrzyczenia swojego bólu i smutku. Pozwól mu na to. Choroba jest bardzo trudnym momentem, często zatem towarzyszy jej agresja, bezsilność i złe emocje. Pamiętaj, że najważniejsza w byciu z osobą chorą na raka jest szczerość. Jej brak bardzo łatwo wyczuć. Udając, grając i nie mówiąc prawdy oraz tego, co faktycznie czujesz – tworzysz barierę między Tobą a chorym. To powoduje narastanie poczucia osamotnienia, frustracji, zagrożenia i smutku.

zobacz więcej na: https://www.zwrotnikraka.pl/jak-rozmawiac-z-chorym-na-raka/ |

Czy muszę się opiekować schorowanym rodzicem?

„Myślałam że zawsze będziemy młodzi, że świat poczeka. Nic nie poczekało.. Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości. (Agnieszka Osiecka)”

Nie jesteśmy wiecznie młodzi, bo z roku na rok – z sekundy, na sekundę się starzejemy i nie ma na to żadnej rady, aby ten proces zatrzymać!

Na moim blogu dużo miejsca poświęcam starości, bo sama już jestem w słusznym wieku i doskonale pojmuję, co spotkać mnie może:

– Mogę umrzeć we śnie i tak byłoby najlepiej,

– Mogę zachorować i stać się warzywem oraz męczarnią dla swoich Dzieci i Męża,

– Mogę w końcu wylądować w domu spokojnej starości,

– Mogę sama skrócić swoje cierpienie – sposoby są różne.

Niestety, ale w moim wieku myśli się bardzo często o starości i jaka czeka mnie alternatywa.

Jak to się potocznie mówi, że Panu Bogu starośc się nie udała i to jest wielka racja!

Dlatego my, jeszcze nie powaleni chorobą – cieszmy się z każdego, danego nam dnia. Próbujmy nie zgnuśnieć i nie zdziwaczeć, tylko dlatego, że w niedalekiej przyszłości czeka na nas niewiadome.

Na świecie żyje miliony ludzi, którzy są skazani na opiekę nad starymi Rodzicami i jedni sobie radzą lepiej, a drudzy gorzej.

Niedawno usłyszałam takie stwierdzenie pewnej kobiety – przed 60-tką, która ma chorą Matkę na raka, iż nie zamierza przestać rezygnować ze swojego, dotychczasowgo życia – tylko dlatego, że Matka choruje!

Można i tak, ale gdzie podziało się sumienie u tej kobiety, która w czasie choroby swojej  Matki wczasuje, jeździ do spa, oraz w odwiedziny i zwala w pakiecie opiekę na swoją – jedyną siostrę, która jest po zawale serca!

Proszę przyczytać list pewnej kobiety, która oddała Matkę do domu spokojnej starości i jej dylematy związane z tym, że w Polsce jest to wciąż nagannym czynem:

 

„Oddałam mamę do domu opieki. Zrobiłam to dla mojej rodziny, dzieci i męża”

 

Oddałam matkę do domu opieki. Tak, do domu starców. Zanim mnie ocenisz, przeczytaj. Mój ojciec zachorował, gdy miałam 25 lat. Nowotwór złośliwy i 5 miesięcy życia – tak brzmiał wyrok. Jeśli będzie miał szczęście, dożyje roku. Miał pecha, zmarł po 4 miesiącach. Miesiącach pełnych bólu i cierpienia. Patrzyłam jak gaśnie w oczach, jak z silnego niegdyś mężczyzny zamienia się w faceta, który nie ma siły utrzymać w ręku szklanki.

Byłam jego córką
Moim obowiązkiem było więc być przy nim i trzymać go za rękę. To ja dodawałam mu otuchy, to ja przekonywałam, że wszystko będzie dobrze, to ja ocierałam z jego twarzy łzy. Było mi ciężko, a nawet bardzo ciężko. Nigdy nie myślałam, że jestem z nim aż tak związana, że jego odejście aż tak mnie zaboli. Ojciec niewiele miał wspólnego z tatusiami, którzy sadzają swoje córki na kolana, chodzą z nimi na spacery, bawią się wspólnie i przytulają, gdy te wrócą do domu z rozbitym kolanem. Mój ojciec był twardym człowiekiem, nie okazywał uczuć. Facet, który okazuje emocje? To nie facet. Tak twierdził.

Nawet wtedy, gdy leżał w szpitalnym łóżku, nie usłyszałam od niego dobrego słowa. Byłam jego dzieckiem, musiałam więc przy nim trwać. Tak twierdził. Nie dyskutowałam, nie spierałam się. Zresztą, ja też tak myślałam.

Była jeszcze mama
Choć „była” to za duże słowo. Gdy usłyszała, że ojciec umiera, po energicznej, trochę przemądrzałej i ciekawskiej starszej pani, nie było już śladu. Nie, nie dlatego, że kochała ojca do szaleństwa. O miłości już dawno nie było mowy. Wielokrotnie chciała spakować walizkę, wziąć mnie za rękę i odejść. Nigdy tego nie zrobiła. Bała się. Wcale nie chodziło o to, że sobie nie poradzi. Bała się samotności.

To ja zajęłam się organizacja pogrzebu i podtrzymywaniem mamy na duchu. Miałyśmy już tylko siebie. Rodzina? Była, ale nie utrzymywałyśmy z nimi bliskiego kontaktu. Musiałam stanąć na wysokości zadania, zająć się mamą, domem, pracą. To ja musiałam zadbać o domowy budżet, choć miałam dopiero 25 lat. Z jednej, maminej pensji, nie dałybyśmy rady.

10 lat później miałam już swoją rodzinę
Męża, fantastyczną córeczkę i wiernego psa. Mama nie chciała z nami zamieszkać. Zawsze twierdziła, że dzieci powinny żyć swoim życiem. Pod jednym dachem z rodzicami? To kiepski pomysł. Kiedy zachorowała, wspomnienia powróciły. Znów miałam przed oczami cierpiącego ojca i płaczącą matkę. Znowu musiałam zakasać rękawy i stanąć na wysokości zadania. Najpierw niedowierzanie, potem łzy i strach. Przejdziemy przez to, damy radę – myślałam. Znów najbliższą mi osobę musiałam przekonywać, że wszystko będzie dobrze.

Chemia, operacja, oczekiwanie na wyniki. Nowotwór, który pozbawił moją mamę piersi, dał za wygraną. Myślałam, że wygrałyśmy, że wszystko będzie już dobrze. Jednak mama, coraz słabsza i coraz starsza, miała problemy z pamięcią. Zdarzało się, że nie wyłączyła kuchenki, zapominała gdzie jest, nie wiedziała, jak trafić do domu.

Alzheimer
Kiedy obcy człowiek w białym fartuchu przekazywał mi tę wiadomość pomyślałam: „Nie, teraz już nie dam rady. Nie mam tyle siły”. Jak mam ją w sobie znaleźć? Jak mam to wszystko zorganizować? Nie wiedziałam. Byłam pewna tylko jednego – moja mama nie może już być sama.

Sprzeciwiała się, płakała, prawie histeryzowała, gdy pakowałam jej walizki. Musiała z nami zamieszkać, to była jedyna możliwość. Mąż niechętnie, ale zaakceptował nową sytuację. Nasze nowe życie w niczym nie przypominało tego dawnego, dobrze znanego. Namiętność między mną a moim mężem dawno wygasła. „Mam się kochać z tobą, gdy twoja matka śpi za ścianą?!” krzyczał odpychając mnie. Bolało.

Kiedy były lepsze dni, a mama była dawną mamą, uśmiechałam się i cieszyłam, że wszyscy jesteśmy razem. Było dobrze. Tak normalnie. Takich dni było jednak coraz mniej, a my…powoli zaczęliśmy się od siebie oddalać. „Powinniśmy porozmawiać. Jakoś rozwiązać tą sytuację. Dłużej tak być nie może. Chcę, żeby było jak dawniej” – powiedział mąż pewnego zimowego poranka. Ja też tego chciałam, ale…co mogę zrobić? To moja matka.

-A dom opieki? Tam będzie miała profesjonalną opiekę, towarzystwo, nie będzie sama – zapytał mój mąż.
-Tutaj też nie jest sama. Przecież jest opiekunka…
-Opiekunka, która zabiera całą twoją pensję. Żyjemy z mojej pensji, oszczędności i marnej emerytury twojej matki. Chcieliśmy Zosię zapisać na kurs językowy. Skąd mamy wziąć pieniądze? Nie możemy nigdzie wyjechać, nie możemy wyjść do kina, do restauracji. Nie możemy normalnie żyć. Dobrze wiesz, że są lepsze dni, ale i gorsze. Gdy przychodzą te złe, boję się wrócić do domu. Nie chcę słyszeć krzyku, płaczu…Wiem, że to twoja matka. Zadbajmy o nią ale…inaczej.

Choć bardzo się tego wstydzę, przyznałam mu rację. Ja też tęskniłam za dawnym życiem. Za spokojem, bezpieczeństwem, miłością. Nie chcę już się bać. Nie chcę już dłużej zastanawiać się, czy moja matka jest bezpieczna, czy nic jej nie jest. Nie chciałam też sama podejmować tej decyzji. Porozmawiałam z mamą, wtedy, gdy był dobry dzień, gdy była „dawną mamą”. Nie krzyczała, nie protestowała. Zgodziła się. Pamiętam jej słowa: „Musisz żyć własnym życiem”.

Każdego dnia budzę się zlana potem. Sięgam po telefon, dzwonie do domu opieki, aby upewnić się, że moja mama ma się dobrze. Tylko wtedy mogę zacząć dzień. Czy mam wyrzuty sumienia? Każdego dnia. Gdy przekraczam próg domu opieki i widzę mamę siedzącą w kącie i próbującą przeczytać gazetę, łamie mi się serce. To ja powinnam siedzieć obok niej i jej czytać. Być przy niej. Trzymać ją za rękę. Jak kiedyś, gdy umierał ojciec… Zrobiłam to dla swojej rodziny. Dla mojego męża, dla mojej córki i dla…siebie. Musicie mnie oceniać?

http://mamadu.pl/125287,oddalam-mame-do-domu-opieki-zrobilam-to-dla-mojej-rodziny-meza-i-dzieci

Odrzucenie w rodzinie boli na zawsze!

Rodzina powinna być dla nas najcenniejszym azylem, gdzie możemy się schować, kiedy życie dorosłe nas smaga.

W rodzinie powinniśmy mieć oparcie, miłość, dobre słowo i bezpieczeństwo.

Niestety, ale często bywa tak, że w rodzinie mamy największych wrogów, którzy z różnych przyczyn  nas nie akceptują.

Potrzeba głębokiej analizy, aby dojść do tego, dlaczego jesteśmy w rodzinie czarną owcą – bez akceptacji.

Wydaje mi się, że jest mało takich rodzin, które byłyby idealne i nikt w takiej rodzinie nie był odrzucony.

Jakże często bywa tak, że jedno z dzieci jest szykanowane przez ojca, czy matkę.

Jakże często ich rodzone dziecko  jest dla rodziców mniej zdolne, brzydkie, koślawe i takie opinie dziecko słyszy w dzieciństwie.

Mój ojciec zawsze twierdził, że nie dojdę w swoim życiu do niczego, choć byłam wzorową uczennicą. Jakże często mnie poniżał, bo dojrzewałam, a kiedy się zestarzał, to tylko ja mu pomagałam.

Ten syndrom odrzucenia odczuwam do dzisiaj!

W każdej rodzinie – prawie – ktoś jest lepszy, a ktoś gorszy i dlatego jest odsunięty na boczny tor – pozostawiony sam sobie. Takie traktowanie bardzo boli i tkwi w danej osobie do końca jej dni!

Oto artykuł o tym jak sobie radzić z odrzuceniem:

 

Odrzucone dziecko może nie przeżyć i przeczuwa to. Strasznie się boi. W odrzuconym dorosłym jest ten sam lęk. Można go uleczyć, pracując wewnętrznie nad poczuciem własnej wartości. Kiedy poczucie odrzucenia zostanie uzdrowione pojawia się miłość własna.
Jak nauczyć się akceptować to, że czasem jesteśmy odrzucane? Jako kobiety, jako pomysłodawczynie nowych rozwiązań w pracy, jako córki, jako przyjaciółki? Jedyną radą jest pełna akceptacja siebie i kochanie siebiemimo wszystko. Kiedy uda nam się połączyć z niezmąconym niczym poczuciem własnej wartości, przestaniemy być wydane na pastwę cudzych opinii i zachowań. Przeżywanie odrzucenia jest potrzebne nam po to, żeby poczuć dawny ból i lęk. Uwolnić go i przekonać się, że energetycznie jesteśmy samowystarczalne. Wtedy dopiero nasze relacje nabiorą głębi i znaczenia. Będą prawdziwe, bo nikt nikogo nie będzie wykorzystywał z powodu lęku przed odrzuceniem. Jak z nim postępować, kiedy się ujawni?

1. Zaakceptuj fakt, że jest w tobie lęk przed odrzuceniem. Teraz, kiedy ktoś ciebie odrzucił, on się tylko ujawnił.

2. Skoncentruj się na sobie, a nie na sytuacji. To, co dzieje się w kimś, kto cię odrzucił, nie ma z tobą wiele wspólnego. Tyle, że masz poczuć swój ból z powodu odrzucenia. Nie analizuj dlaczego to się stało, nie próbuj wniknąć w psychikę drugiej osoby.

3. Zdefiniuj własną wartość. Poczuj wszystkie uczucia, które do ciebie przychodzą. Wysłuchaj głosu krytyka wewnętrznego, który będzie obwiniał za to odrzucenie. Obserwuj, co się w tobie dzieje. Oddzielaj prawdę od przekonań, które nie są twoje.

4. Podaruj sobie czas. Przeżycie bólu odrzucenia wymaga przestrzeni. Dlatego bądź cierpliwa, z życzliwością przyjmuj to, co się w tobie wydarza.

5. Otwórz się na nowe doświadczenia. Kiedy poczujesz, że ból już przemija, przenieś swoją uwagę z wnętrza na świat zewnętrzny. Rozejrzyj się, co nowego ma ci on do zaproponowania.

6. Otaczaj się życzliwymi ludźmi. Bolesny proces wewnętrzny zawsze jest trudny do przeżycia. Większość życiowej energii wykorzystywana jest właśnie na to przeżywanie. Dlatego potrzebujemy pomocy. Nie tylko tego, żeby ktoś cię wysłuchał, ale pomógł w codziennych obowiązkach.

 

http://zwierciadlo.pl/psychologia/zrozumiec-siebie/uzdrowienie-poczucia-odrzucenia