Archiwa tagu: matka

Ojciec sadysta!

Każdy dorosły z nas wyniósł z domu jakieś wychowanie niezależnie jaki to był dom.

Osobiście twierdzę, że nie ma „domu bez złomu” i każdy z nas doświadczył różnych momentów, bo dobrych, ale i złych.

Ile razy sobie powtarzaliśmy, że nigdy nie będę taka/taki jak moja matka, albo jak mój ojciec i nie powtórzę ich błędów kiedy założę swoją rodzinę.

Oczywiście, że różnie to bywa, bo wszystko zależy od tego na jakiego partnera – partnerkę trafimy i jak się to życie małżeńskie układać będzie.

Ja wychodząc z domu i zakładając rodzinę przysięgłam sobie, że niezależnie ile dzieci będę miała, to będę je kochała jednakowo, jeśli nawet będą się od siebie różniły.

Przysięgi dotrzymałam i moje dzieci wiedzą, że je kocham cała sobą, mimo, że obie mają już po 40-tce.

Zawsze chciałam i dążyłam do tego, aby wyrosły na dobrych i empatycznych ludzi i to też mi się udało!

Niczego im nie narzucałam i one same wybrały swoją drogę i żadna nie ma pretensji, że coś im w życiu schrzaniłam i mam czyste sumienie.

Właśnie tak obserwuję tego naszego Anżeja, który wciąż maniakalnie powtarza, że jest prezydentem i tak się zastanawiam z jakiego domu on wyszedł, że jest tak pokrzywiony przez los.

Zapamiętam go z jego dziwacznych, napompowanych min i z tego, że wciąż klęczy, bo w domu, w windzie, na torach, w polu, w metrze i swetrze i tak dalej.

Kto go tak strasznie skrzywdził i okazuje się, że własny ojciec i własna matka zdruzgotali mu psychikę!

Straszne piekło przeszedł w domu, w którym ojciec okazał się sadystą, katolikiem i fanatykiem, że pokrzywił własne dzieci do bólu i śmieszności i czytamy:

„Wychowanie i klękanie, czyli prawa rodzina prezydenta Andrzeja Dudy.

Jan Duda zawsze pilnował, żeby jego dzieci miały piątki z religii i z polskiego. I żeby Andrzej raz w miesiącu się spowiadał. Dziś przestrzega przed „lewactwem i libertynizmem”.

Andrzej Duda na procesji Bo?ego Cia?a w Krakowie

Rodzice prezydenta? Niech mnie pani nie wypytuje, chcę mieć święty spokój – wielu rozmówców w Krakowie tak reaguje na pytania o rodziców prezydenta Andrzeja Dudy. Mówią, że odkąd wygrał wybory, rodzice zrobili się bardzo wrażliwi na punkcie tego, kto i co o nich mówi. Część osób, oczywiście anonimowo, tłumaczy, że państwo Dudowie to ludzie bogobojni, a liberalne media robią z nich katolickich talibów.

Rodzice prezydenta mieszkają w czteropiętrowym gierkowskim bloku z wielkiej płyty na krakowskim Prądniku Białym. Dla części moich rozmówców to był szok, gdy Dudowie opowiedzieli Milenie Kindziuk w wywiadzie rzece pt. „Rodzice prezydenta” o tym, jak w tym mieszkaniu przez lata modlili się wraz z trójką dzieci. Cała piątka klękała i zaczynała odmawiać „Ojcze nasz”.

Mama prezydenta opowiedziała w wywiadzie rzece, że mąż zrobił z tych codziennych modłów rytuał.

Przez cały adwent budziliśmy dzieci o świcie i o 6.30 rano byliśmy już w kościele na roratach. Codziennie. .

– Zanim doszliśmy do pacierza, zaczynaliśmy ze sobą swobodnie rozmawiać, klęcząc lub siedząc na podłodze. Każde z naszej piątki opowiadało, jak spędziło dzień, co ważnego się wydarzyło w przedszkolu, szkole, pracy. I tak niepostrzeżenie upływała cała godzina. Dopiero potem zaczynaliśmy się już naprawdę modlić – wspominała. Dudowie odprawiali razem z dziećmi w domu drogę krzyżową, klęcząc i rozważając kolejne stacje męki Pańskiej. – podkreślała Janina Milewska-Duda. – Chcieliśmy, żeby nasze dzieci traktowały życie religijne poważnie. Jaś był tu zresztą bardzo rygorystyczny”

Autor: Renata Grochal – Newsweek

Nienawidzę być matką!

Ilustracja: Agata Nowicka

Czytam tu i ówdzie, że współczesne kobiety są bardzo umęczone macierzyństwem i niektóre twierdzą, że gdyby przewidziały ile to je kosztuje, to nigdy nie chciałyby mieć dziecka.

Nawet kobiety, które mają wszystko piszą, że macierzyństwo je przerasta i gdyby można by było cofnąć czas, to tego dziecka by nie było!

Narzekają, że dziecko w nocy ryczy i trzeba do niego bez przerwy wstawać, albo ma kolki, lub płacze, bo ząbkuje i tak bez końca coś!

Dziecko, które było przez 9 miesięcy takie wymarzone i wyczekiwane nagle staje się po urodzeniu kłopotem i tylko denerwuje.

Nie generalizuję, ale naprawdę współczesne matki skarżą się, że nie mają ani odrobiny czasu dla siebie i padają na pysk, bo mąż pracuje, a rodzice, czy teściowie nie pomagają!

Kobiety te mają wszystko, bo nie muszą gotować pieluch w kotle i trzeć na tarce szarego mydła, a potem te pieluchy prać, płukać, wieszać i prasować, bo mają gotowe pampersy, które po prostu się po zużyciu wyrzuca.

Nie muszą trzeć marchewki przez sitko, aby ugotować zupkę dla dziecka, bo wszystko mają gotowe w sklepach, a więc jaka to jest oszczędność czasu.

Nie muszą za niczym stać w kolejkach, jak kobiety w stanie wojennym, bo wszystkiego jest pod dostatkiem na rynku.

Jest wszystkiego pod dostatkiem i od wyboru do koloru i nie muszą same szyć, dziergać, szydełkować, gdyż rynek aż puchnie od towarów i asortymentu dla dzieci.

Nie potrafią się cieszyć tym, że dziecko jest okazem zdrowia, a narzekają, że dziecko płacze, jest nieznośne, roszczeniowe i taka jedna z drugą ubolewa, że dziecko odcięło ją od życia towarzyskiego.

Kiedyś, gdy dziecko miało kolkę, to matka biegła do kuchni, aby szybko zaparzyć rumianek, czy koper, a teraz wszystkie medykamenty można kupić w aptece – wszystko na kolki, katar, gorączkę!

Kobiety teraz mają bardzo długi urlop macierzyński, kiedy dawne ich babcie i matki po 3 miesiącach musiały wracać do pracy, aby zarobić na swoje dzieci i inne wydatki.

Niech współczesne kobiety spytają kobiety w swojej rodzinie jak wyglądało ich macierzyństwo, które były w pogoni za wszystkim, a mimo to dawały radę, choć jakże często miejsce w żłobku, czy przedszkolu załatwiały po znajomości.

Życie tych kobiet było między pacą, żłobkiem, domem, w którym często dopiero wieczorem prały, gotowały, sprzątały i padały na pysk późną nocą, aby rano wstać i wszystko zaczynały od nowa.

Myślę, że współczesne kobiety nigdy nie chciałyby się zamienić na role z tamtymi, dzielnymi kobietami, a teraz czytam tylko takie smęty i lamenty.

Nie wiedzą, że matka, która nie może mieć własnego dziecka oddałaby wszystko, aby je mieć!

„Nienawidzę bycia matką, mam dość dziecka. Takie stwierdzenia wydają się w Polsce nie do pomyślenia. Bo matka Polka jest tylko jedna: kochająca, dźwigająca ciężar macierzyństwa z pokorą i poczuciem misji. Czyżby? Ostatnie międzynarodowe badania pokazują coś innego: jesteśmy w czołówce krajów o najwyższym poziomie wypalenia rodzicielskiego.

Z Kasią, 29 lat, księgową, mamą dwuletniego Antosia, spotykam się w parku w samo południe. Rozmawiamy, spacerując, żeby Antoś się nie obudził. Usypianie go to gehenna, zasypia tylko w wózku i samochodzie. Przez pierwsze osiem miesięcy na okrągło płakał. Potem okazał się dzieckiem nadzwyczaj ruchliwym. Od kiedy zaczął chodzić, nie można spuścić go z oka. A Kasia cały dzień jest z nim sama. Mąż w pracy, grubo ponad osiem godzin dziennie, bo właśnie awansował. Rodzice i teściowie mieszkają daleko.

– Czasem jestem tak zmęczona, że mam ochotę wyjść z domu i nie wracać. Zresztą raz tak zrobiłam. Mały darł się i darł, miał wtedy niecałe pół roku, położyłam go do łóżeczka i wyszłam przed blok. Obleciałam dookoła dwa razy i tak się przestraszyłam tego, co zrobiłam, że nie czekając na windę, wbiegłam na piąte piętro. Długo nie mogłam ochłonąć. Właściwie do tej pory nie mogę, bo myśli, żeby wyjść z domu i nie wracać, żeby rzucić wszystko w cholerę, wracają jak bumerang. Może nie nadaję się na matkę?”

https://zwierciadlo.pl/psychologia/387252,1,zmeczenie-macierzynstwem—jak-sobie-z-nim-radzic.read

Jesiennie w duszy!

Jesień mamy i musimy się na to przygotować, bo nie wszyscy ją lubią.

U mnie dzisiaj było bardzo chłodno, a najbardziej w domu, a więc się podgrzewałam, choć idą wielkie podwyżki energii, ale zdrowie jest ważniejsze.

Dopiero i na szczęście wieczorem kaloryfery zaczęły grzać i zrobiło się przyjemnie i bezpiecznie, kiedy za oknem pada deszcz i naprawdę dość mocno wieje.

Mam więc swoje domowe ciepełko, a liczę, że pogoda nas jeszcze zaskoczy i będziemy mieli słoneczną namiastkę lata jeszcze.

Myślałam o czym tu dzisiaj napisać i do tego wpisu mnie natchnął Stasiu na swoim blogu, który w piątek u siebie zadał pytanie.

Aby mu odpowiedzieć – musiałam się chwilę zastanowić, a pytanie brzmiało – czy podałbyś rękę rodzicowi, który zrobił ci w dzieciństwie piekło na ziemi?

Niby zamknęłam w sobie ten temat i chyba wybaczyłam swojemu Ojcu, ale tego nie da się zrobić na zawsze i do końca, bo od czasu do czasu – dusza boli!

Byłam dziewczynką, a potem nastolatką, która miała w domu rodzinnym piekło właśnie.

Alkohol, bicie, rozwalanie mebli, wybijanie szyb w drzwiach i wielki strach.

Raz było tak, że za obronę matki przed ojcem dostałabym nożem w plecy, a w nocy trzeba było barykadować drzwi w strachu o nasze życie.

Trzeba było uciekać z domu do obcych ludzi i mieszkać z obcymi ludźmi!

Nie można było tak dalej żyć, a więc wymusiłam na Matce, by się z tyranem rozeszła, bo inaczej wszystkie skończymy na cmentarzu!

Po rozwodzie Ojciec dostał osobne mieszkanie, ale kompletnie sobie nie radził mimo dość wysokiej emeryturze.

Potem dostał mieszkanie w innym mieście i tam do niego jeździłam i wszystko się powtórzyło.

Sprzątałam, opłacałam rachunki, ale i tak wpuszczał do domu pijaków, którzy zdemolowali mieszkanie i okradali z pieniędzy.

Pewnego dnia dostałam telefon, że zebrali Ojca z ulicy i trafił do szpitala.

Pojechałam i poprosiłam ordynatora szpitala, aby znalazł Ojcu dobry Dom Opieki Społecznej.

Opisuję wszystko po krótce, bo nie da się tej traumy opisać dokładnie, a i wiele na szczęście uleciało z pamięci!

Minęło parę lat i miałam już swoją rodzinę i mogłabym sobie powiedzieć, że niech się dzieje z nim co chce, ale nie potrafiłam, bo gdzieś podskórnie go kochałam.

Zdawałam sobie sprawę z tego, że zniszczył go ten komunistyczny system, bo Ojciec był żołnierzem LWP, a wówczas się działo.

Ordynator pewnego dnia zaprosił mnie na rozmowę w Gorzowie Wlkp. i oznajmił, że jest miejsce w DOS i czy się na to zagadzam.

Przewieziono Ojca do tego domu i tam też go odwieziałam.

Był to ośrodek cudownie wyremontowany z fantastycznym dyrektorem, którego też poznałam.

Tym sposobem przedłużyłam życie Ojcu o 7 lat, ale i tam nie potrafił się przystosować i pewnego dnia popełnił samobójstwo.

Sprowadziłam jego ciało na nasz cmentarz i przez rok, codziennie – przed pracą chodziłam zapalić mu światełko!

Potem mi to przeszło, kiedy w sobie poukładałam wszystko, a dwa lata temu dołączyła do niego Matka i mam nadzieję, że tam się już nie tłuką i nie kłócą!

Piszę o tym dlatego, że chyba zrobiłam wszystko dla człowieka, który się kompletnie pogubił w życiu!

Zrobiłam, co mogłam i zasypiam każdego wieczoru z czystym sumieniem.

Matka!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Logo to robiłam 8 lat temu w jakimś programie, ale nie pamiętam w jakim.

Facebook dzisiaj mi przypomniał, że bloga założyłam 9 czerwca 2013 roku i oto nie wiadomo kiedy minęło 8 lat pisania.

Najpierw blog założyłam na ONET, ale niektórzy pamiętają, że ten portal nam podziękował i wszyscy byliśmy w ciężkim szoku, bo baliśmy się o utratę naszych treści.

Nie bez problemu założyłam bloga na WORDPRESS, bo nie znam języka angielskiego, ale udało mi się przenieść treści z ONET tutaj.

Nie żałuję tego, bo na WORDPRESS bloguje się o wiele przyjemniej i tym sposobem poznałam naprawdę fajnych ludzi, których czytam!

Tyle na ten temat, bo mogłabym się rozpisać o tym, że pisząc bloga spotkały mnie także nieprzyjemności, ale to już przeszłość!

Wspomnę tylko, że na blogu siedziała hejterka z Krakowa, która z jednym, moim wpisem „cytatem” pobiegła na policję i na 6 tygodni zarekwirowano mi mój sprzęt!

Zmiana tematu!

Irena wychowywała dwoje dzieci – syna i córkę i miała przy swoim boku idealnego męża, który dbał o nią i o dzieci!

W wychowanie wkładali całe swoje, rodzicielskie serce i z czasem dzieci się wykształciły i odeszły z rodzinnego domu!

Irena z mężem zostali na wiosce, a dzieci emigrowały z domu i poszły za pracą!

Córka Izabela uczyła się na lekarza i była bardzo zdolna, a syn stał się inżynierem i budował drogi i autostrady, ale wciąż mieszkał na wsi, a do pracy dojeżdżał!

Przyszedł taki czas, że mąż Ireny po długiej chorobie zmarł na raka i Irena została zupełnie sama i ciężko znosiła żałobę!

Pewnego dnia przyjechała Izabela i bez porozumienia z matką, kazała się jej spakować, bo oto postanowiła matkę zabrać do siebie.

Powiedziała jasno, że nie ma prawa zabierać ze sobą żadnych bibelotów, obrazów, pamiątek, bo wszystko to były dla niej rupiecie i trzeba się tego pozbyć!

Irena bardzo kochała córkę i bez szemrania zrobiła tak jak córka kazała.

Irena nagle znalazła się w nowoczesnym mieszkaniu, sterylnym i córka pokazała jej pokój!

Powiedziała wprost, że matka będzie miała teraz dużo czasu na sen, czytanie i zwiedzanie miasta i musi się sobą zająć, gdyż ona dużo pracuje!

Irena od początku czuła się w tym mieszaniu bardzo samotna, a kiedy chciała ugotować córce jej ukochane danie z dzieciństwa, to dostała naganę, że w tym domu gotować może tylko gosposia, bo ona już nie je tak tłustych dań, a były to gołąbki!

Pewnego dnia Irena musiała pojechać na wioskę, gdyż chciała być przy tym jak będzie stawiany pomnik na grób jej męża z miejscem i dla niej!

Spotkała więc więc z synem, który kupił dom Ireny i zamieszkał w nim ze swoją żoną!

Oboje też dużo pracowali i syn zaproponował matce, aby została na kilka tygodni, aby im gotowała posiłki i tylko dlatego.

Żadne z dzieci nie mówiły matce, że ją kochają, a córka powiedziała swojemu partnerowi, że spełnia swój obowiązek, by się Ireną opiekować i tylko obowiązek!

Irena to słyszała i nagle spytała córkę, czy ona ją kocha, a ta odpowiedziała sucho, że w końcu jest jej dzieckiem i tylko tyle!

Irena zdała sobie sprawę w tego, że na stare lata jest tylko kłopotem, a dzieci mające swoje życie nie okazały jej żadnej czułości i miłości.

Poczuła się strasznie samotna i pewnego wieczora wymknęła się z domu syna i rzuciła się z mostu.

Utopiła się w wartkiej w rzece, gdyż chciała być na nowo blisko męża, który ją kochał i szanował!

Jej córka do końca swojego życia będzie się zastanawiała, że nie dając matce swojej wdzięczności za wychowanie mogła zrobić coś więcej dla matki!

Morał z tego jest taki, że jakże często wypruwamy sobie żyły, by swoim dzieciom dać wszystko, a na starość stajemy się niepotrzebnym bytem!

To już jest koniec!

Może być zdjęciem przedstawiającym ulica, droga i ceglany mur

Na powyższym zdjęciu widać Sąd Rejonowy w moim mieście.

Notkę poniższą pisałam dawno temu i teraz ją publikuję i niech nikt do mnie nie dzwoni, abym ją usunęła!

Jest to mój blog i mam prawo do zamieszczania tutaj swoje treści!

W tym Sądzie toczyła się moja sprawa o zachowek po zmarłej matce.

Niby sprawa bardzo prosta, ale toczyła się 27 miesięcy i wszystko miałam pod górkę!

Najpierw rozchorował się Sędzia prowadzący, a potem przyszła pandemia, a do tego sędzia biegły pojechał na długie wakacje!

W końcu 5 maja 2021 roku zapadł wyrok, że mi się te pieniądze należą, choć nadal nie mam ich na koncie!

Cierpliwie więc czekam, a było to tak:

2 września 2020 roku zostałam wezwana do Sądu Rejonowego w sprawie zachowku!

Uważam, że każdy zeznający powinien przysięgać uroczyście, że będzie mówił prawdę i tylko prawdę, tak jak to się dzieje w sądach amerykańskich!

Sędzia wskazał miejsca, abyśmy usiedli i chciał z całych sił, aby sprawę zakończyć na tym jednym posiedzeniu, bo wiadomym jest, że zachowek mi się należy!

Błyskawicznie policzył ile tego zachowku mi się należy – dodając, dzieląc, odejmując i wyszła suma XXX złotych!

Poprosił byśmy wyszli na korytarz sądowy i dogadali się polubownie, ale do ugody nie doszło, co zakomunikował ich pełnomocnik!

Sędzia się wściekł, bo w czasie pandemii chciał się tej sprawy pozbyć i mieć ją z głowy!

Zawiódł się, a więc wezwał świadka mojej siostry, którym był jej mąż, a mój szwagier!

Spytał, co ja robiłam opiekując się matką, a szwagier, że właściwie nic, a kiedy on szedł do pracy, to ja przychodziłam tylko, aby mamie podgrzać zupę!

Sędzia więc zrobił się dociekliwy i ponownie spytał, co ja robiłam, kiedy szwagier pracował, a jego żona także była w pracy!

Odpowiedź taka sama, że przychodziłam dawać matce zupę, ale sędzia nie odpuszczał,  że co jeszcze, a szwagier przygnieciony do płotu, że nie wie!

Sędzia – a no właśnie świadek nie wie!

Kiedy świadek zeznawał, to moja siostra się dwa razy wtrącała w celu uzupełnienia, ale zapomniała, że nie przyszła na targ, a do sądu!

Sędzia ją upomniał w słowach – jeszcze raz się pani odezwie to…

W tym momencie Sędzia uchronił mnie przed wylewaniem pomyj na mnie!

Potem szwagier toczył swoją mowę, że oni robili wszelkie remonty u mamy, ale na szczęście ja też mam swojego pełnomocnika, który oświecił Sąd, że i owszem – remonty były robione, ale wszystkie z emerytury mojej matki!

Moja siostra dysponowała mamy emeryturą przez 3 lata, a emerytura była w kwocie 1.500 złotych miesięcznie!

Padło na sprawie wiele kłamstw, a ja nie odezwałam się ani słowem, by zachować się na tej sprawie z klasą!

Nie odezwałam się, że także zmieniałam mamie pampersy, że podawałam leki, że byłam z nią w nocy, kiedy oni balowali na Sylwestra, albo byli na wczasach!

Sędzia się zdziwił, że kiedy matka umierała – oni balowali!

Ostatecznie Sędzia ogłosił, że biegły oceni wartość mieszkania i w związku z pandemią na posiedzeniu niejawnym zostanie ustalone ile mi się tego zachowku należy!

Wiecie co?

Tu, że przeklnę kurwa – nie o kasę mi chodzi, ale o prawdę obiektywną dla moich potomnych, że byłam tam i nikt mi tych godzin nie odbierze, bo to była maja matka!

Piszę o tym dlatego, że w trakcie sprawy, kiedy pokiwałam z niedowierzaniem głową żałowałam, że w trakcie choroby matki nie pisałam pamiętnika, aby w razie ataku na mnie udowodnić, że to wstyd tak w sądzie kłamać!

Jednak kiedy emocje ze mnie zeszły przypomniałam sobie, że na blogu mam notki, o tym kiedy z matką byłam, a na specjalnej stronie na FB mam matki zdjęcia ze szpitala, w trakcie choroby, kiedy z nią przebywałam.

Najbardziej mnie rozśmieszyło, ale i zdziwiło, że na drugiego światka podali swoją synową, która mieszka w Hamburgu i do Polski przyjeżdża 2 razy do roku!

Co trzeba mieć w głowie, aby tylko zagarnąć wszystko i ukraść wszystko po matce!

Jedna z moich notek, że nie opierdzielałam się!

Byłam, opiekowałam się i do dziś zastanawiam się kim jako pierworodna byłam dla mojej matki, że muszę się procesować?

Notka napisana 8 września 2017 roku!

„Wieczór jest dla mnie, kiedy mogę coś skrobnąć na blogu, bo mam chwilę dla siebie i dla swoich myśli.

Piszę na blogu, że codziennie poświęcam trochę czasu dla mojej, chorej na raka Mamie. 

Mój codzienny dzień się przewartościował i od rana myślę, co by tu Mamie ugotować i zanieść ciepłe i świeże.

To jest burza mózgu, bo zależy mi na tym, że kiedy po szpitalu odzyskała apetyt, to powinna jeść zdrowo.

Był czas, że jej organizm niczego nie przyswajał, a więc to była droga przez mękę.

Kiedy się tak patrzyło, że się okropnie męczy, to był ogromny stres dla mnie!

Po szpitalu powoli stan się poprawia i dziś Mama mnie zaskoczyła.

Nie wiem skąd Ona czerpie siłę, że mimo boleści i strasznie mocnych leków, potrafi się sama z siebie śmiać.

Śmieje się z tego, że zrobiła się laska, bo waży tyle, ile ważyła jako panienka.

Śmieje się z tego, że przerzedziły się jej włosy, ale nie ma ani jednego „siwulca”, mimo 86 lat – to ewenement.

Śmieje się z tego, że dupka zrobiła się taka malutka i nie ma po czym poklepać.

Słuchając Jej w obliczu choroby jestem zaskoczona ogromną  siłą, aby przeżyć dzień i kolejne dni.

Wciąż sobie zadaję pytanie – skąd bierze taką radość życia w sobie?

Ale, ale –  dziś to mnie zaskoczyła ogromnie.

Nigdy nie śpiewała, nam Dzieciom piosenki, którą pamięta ze swoich młodych lat, a kiedy zaśpiewała, to stwierdziłam, że to perełka w Jej głowie, którą się z nami nigdy nie podzieliła.

Zapamiętałam słowo – rogaliki i zaczęłam szperać w sieci. Znalazłam cudną piosenkę z lat młodości mojej Mamy.

„Nie wiem, nie wiem
Jak to wytłumaczyć mam
Przecież, przecież
Ledwie parę godzin cię znam
Pewnie, pewnie
Moje słowa zdziwią cię
Może śmieszne
Trochę są zmartwienia me, bo chcę…

Rogaliki na śniadanie z tobą jeść
Wspólną szafę na ubranie z tobą mieć
Pantofle ranne dawać ci przed snem
I wychodzić na dwór z naszym psem
Razem głośno śmiać się w kinie – ja i ty
Razem łykać aspirynę w mokre dni
Mieć z tobą wspólny sufit, wspólny piec
Czego więcej można chcieć?

I, doprawdy, aż się boję
To taki dziwny fakt
Starczyło tylko raz popatrzeć w oczy twoje
A już marzę tak…

Rogaliki na śniadanie z tobą jeść
Wspólną szafę na ubranie z tobą mieć
W radościach i kłopotach razem być
I już więcej nie chcę nic
I już więcej nie chcę nic

I, doprawdy, aż się boję
To taki dziwny fakt
Starczyło tylko raz popatrzeć w oczy twoje
A już marzę tak…

Rogaliki na śniadanie z tobą jeść
Wspólną szafę na ubranie z tobą mieć
W radościach i kłopotach razem być
I już więcej nie chcę nic
I już więcej nie chcę nic”

Z tego wszystkiego wynika, że to już jest koniec tej sprawy!

Po tych przejściach wiem, że można sobie z rodziną zrobić zdjęcie, ale trzeba stanąć tak, aby móc się odciąć!

Idąc na grób matki patrzę na zdjęcie i pytam – dlaczego i za co?

Z tej całej, przykrej sytuacji wiem jak się przekupuje ludzi starszych, ale ja nigdy bym się do tego nie posunęła!

Tylko tyle!

Zachowek – co powinieneś wiedzieć – Nasz Senior

Różnica pokoleniowa

Pokój dla dziewczynki - pomysły, inspiracje i aranżacje

Dzieci z normalnych rodzin, a nie z patologicznych mają się bardzo dobrze, gdyż rodzice są obecnie zrobić dla nich wszystko.

Pracują i zapewniają swoim dzieciom wszystko, co najlepsze, a więc poświęcają swoje życie by je wychować na dobrych ludzi, aby byli z nich dumni!

Ja babcia mam trzy Wnuczki i jednego Wnuka i wiem jak bardzo ich rodzice są zaangażowani, aby niczego im nie brakowało.

Od samego urodzenia dzieci są otoczone troskliwą opieką, a rodzice z całych sił je wychowują i poświęcają masę czasu swojego, aby być z dziećmi blisko!

Pokazują im świat w każdym okresie ich życia, a więc dzieci mają masę zabawek, gier planszowych, książeczek, a potem książek, a także ubrania często markowe!

Kiedy podrosną mają swoje pokoiki pięknie udekorowane na różowo dla dziewczynki i na niebiesko dla chłopczyka!

Dzieci mają po prostu swoje miejsce w domu tzw. azyl, aby mogło spokojnie się uczyć i rozwijać.

Dzieci są zabierane przez rodziców na spacery, aby pokazać im świat przyrody, choć teraz – w czasie pandemii jest to ryzykowne i dzieci tak jak my dorośli żyjemy w izolacji!

Niemniej współczesnym dzieciom niczego nie brakuje jeśli rodzice się postarają i o swoje potomstwo dbają, aby jak najmniej odczuły czasy pandemii.

Rodzicie rozsądni jeśli się kłócą, to tak aby dzieci tego nie słyszały, bo je chronią z całego serca i z troski o ich rozwój!

Mimo tego wszystkiego, bo tych zabiegów jakże często teraz dzieci nie potrafią docenić wysiłków rodziców i ich często nie doceniają!

Myślą, że wszystko im się należy i rodzice muszą spełniać ich każda zachciankę, bo np. zakupienie wypasionego laptopa, czy też smartfona i często to dostają, bo przecież rodzice pragną, aby ich dzieci były szczęśliwe.

Współczesne dzieci są roszczeniowe i muszą mieć to, co mają ich rówieśnicy, bo nie chcą odstawać od grupy i nie chcą czuć się gorsze.

Teraz rodzice wiedzą, że klaps, to jest bicie sporne sprawy załatwiają drogą rozmowy i tłumaczeniu, co jest dobre, a co złe i bardzo dobrze.

Był rok 1956 i przyszłam na świat ja!

Zabrali mnie do fotografa i wszyscy tak pięknie wyszliśmy!

Moi rodzice tacy przystojni, elegancko ubrani – chyba mnie kochający i ze mnie dumni!

Mijały lata, a ja rosłam i nie pamiętam szczęśliwego dzieciństwa, bo ojciec kiedy broniłam swojej matki przed przemocą o mało nie wbił mi nóż w plecy!

Nie raz dostałam od niego po pysku, bo nie godziłam się na przemoc domową.

Matka robiła co mogła, abym nie była głodna i obdarta, ale nie pamiętam tego, aby wzięła mnie na kolana i powiedziała – kocham cię!

Nikt mnie nie odprowadzał do  szkoły i nikt mnie z niej nie zabierał, a ojciec nie wiedział do której klasy ja chodzę, do której szkoły i jakie mam oceny na świadectwie.

Nie chcę się użalać na swój los, bo minęło tyle lat, ale jednak blizna jest w sercu, gdyż oboje mnie zawiedli. 

Niech spoczywają w pokoju!

Może być zdjęciem przedstawiającym 3 osoby

Test na cierpliwość

Waga sprawiedliwości w życiu społecznym

Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek i weekend!

W wymienione dni powszednie czekam na listonosza, który u mnie roznosi korespondencję mniej więcej do południa!

Czekam i czekam na list polecony dotyczący sprawy o zachowek, a sprawa toczy się już równo dwa lata!

21 stycznia otrzymałam ekspertyzę wyceny mieszkania mojej Matki przez Biegłego Sądowego i myślałam, że sprawa zmierza ku końcowi, ale nie!

Dla seniora dwa lata, to jest bardzo długo, bo może się choćby pogorszyć stan zdrowia i ten zachowek nie będzie wcale cieszył.

To jest mój test na cierpliwość, a więc na drodze stanął mi oczywiście COVID,  bo sądy orzekały bardzo wolno, a do tego z pewnością nowe, rządowe przepisy wprowadzone w sądach, bo jest jakieś losowanie i dlatego tak się to ślimaczy!

Z tym zachowkiem mam plany, bo chciałabym swoją kuchnię przebudować i odświeżyć, ale póki co, jest to wszystko w sferze marzeń.

Nowy rząd mówił w kampanii, że sądy będą pracowały szybciej i sprawy będą szybciej wprowadzone na wokandę, a jak jest, to ja piszę!

Nie napiszę więcej na ten temat, bo czyta mnie rodzina, a więc muszę cedzić słowa.

Mimo wszystko – Mamo spoczywaj w spokoju!

A teraz taka „przypominajka”z naszych dziecinnych lat:

Może być czarno-białym zdjęciem przedstawiającym 5 osób, dziecko i ludzie stoją

„Tak było…
Dorastałem w Polsce.
Szliśmy do szkoły i z powrotem z przyjaciółmi. Nasza kolacja była o 19. Tak jak dobranocka… Muminki, Smerfy, Drużyna RR, Przygód kilka Wróbla Ćwirka, Krecik…
NIGDY nie jedliśmy w restauracji. Obiady były zawsze w domu. Ziemniaki chowało się pod pierzynę aby były gorące. Klucz zawsze był pod wycieraczką. Nikt nikogo nie okradał. Ciuchy się nosiło jeden po drugim. Tak po prostu było. Święta się spędzało z rodziną i wtedy była sałatka warzywna.
Zdejmowałem szkolne ubrania, jak tylko wróciłem do domu i zakładałem ubrania do zabawy. Musieliśmy odrobić lekcje, zanim pozwolili nam wyjść na zewnątrz. Obiad jedliśmy przy stole.
Nasz telefon tarczowy stał na naszym ′′stoliku telefonicznym′′ w przedpokoju i miał przymocowany „sznurek”, więc nie było takich rzeczy jak rozmowy prywatne.
Telewizja miała tylko kilka kanałów. Właściwie to 3! Zawsze trzeba było zapytać o pozwolenie, przed zmianą kanału.
Skakaliśmy w gumę i w kabel, bawiliśmy się w chowanego, gonitwę na ulicach czy grę w piłkę. Zimą wracając ze szkoły zjeżdżaliśmy z górek na tornistrach
Pobyt w domu był karą i jedyne, co wiedzieliśmy o ′′znudzeniu′′ to: ′′Lepiej znajdź sobie coś do roboty, zanim ja znajdę to dla Ciebie!”
Jedliśmy to, co mama zrobiła na obiad albo…nic nie jedliśmy.
Wszyscy byli mile widziani i nikt nie wyszedł z naszego domu głodny.
Nie było wody butelkowej, piliśmy z kranu lub z węża ogrodowego na zewnątrz (i wszyscy zdrowi).
Naszym ulubionym poczęstunkiem była kromka białego chleba z masłem i cukrem.
Oglądaliśmy kreskówki w sobotnie poranki, jeździliśmy godzinami na rowerach, pływaliśmy w rzekach.
Nie baliśmy się niczego. Graliśmy do zmroku… zachód słońca był naszym czasem powrotu do domu (a nasi rodzice zawsze wiedzieli, gdzie jesteśmy).
Gdy ktoś się kłócił, za chwilę zapominał o co i znowu byliśmy przyjaciółmi – tydzień później, jeśli nie szybciej.
Wszystkie ciotki, wujki, dziadkowie, babcie i najlepsi przyjaciele naszych rodziców byli „przedłużeniem” naszych rodziców, a my nie chcieliśmy, żeby powiedzieli naszym rodzicom, jeśli źle się zachowywaliśmy. Graliśmy w 2 ognie, w podchody i w siatkę na trzepaku.
To były stare dobre czasy. Tak wiele dzieci dzisiaj nigdy nie dowie się, jak to jest być prawdziwym dzieckiem. Kochałem moje dzieciństwo. Słowo, przepraszam, dziękuję, proszę ( i „dzień dobry”) było używane przez nas na co dzień, bo to było normalne, bo tak nas wychowali rodzice.
A szacunek do starszych i do drugiego człowieka był wyssany z mlekiem matki. Oglądaliśmy bajki które uczyły, jak być dobrym człowiekiem, jak kochać ludzi, jak pomagać słabszym.
Dobre czasy!”~ Autor nieznany

Ja matka!

Szantaż emocjonalny rodziców dorosłych dzieci

Po przeczytaniu poniższego artykułu w Gazecie Polskiej zastanowiłam się jako matka dwóch Córek – jaką ja jestem matką!

Moje Córki opuściły dom rodzinny ponad 10 lat temu – (kiedy to minęło)?

Wyszły za mąż, urodziły dzieci, zbudowały swój dom i wiem jedno, że mają bardzo zabiegane życie!

Kocham je całym sercem – obie tak samo, choć są tak bardzo różne, ale nigdy nie zadzwoniłam do nich z pretensjami, że mnie ignorują i zaniedbują!

Starsza ma nastolatkę w domu, męża, dwie działki, zwierzaki w tym króliki, odpowiedzialną pracę i jak ja ją mam bombardować i prosić o uwagę?

Młodsza ma trójkę dzieci, jedno bardzo malutkie przy piersi, a także musi się skupić na dzieciach starszych, ugotować, posprzątać i tu bardzo dziękuję mojemu Zięciowi, że tak bardzo pomaga i jak ja mogłabym prosić o więcej uwagi?

Nie mam w sobie tego, że wymagam większej atencji i nie zasypuję je telefonami z uwagami, iż nie mają dla mnie czasu!

Trzeba mieć sumienia i wczuć się w ich zabiegane życie!

Nie wpędzam je w poczucie winy, bo wiem, że jestem w ich sercach i one pamiętają o matce!

Komunikujemy się prawie codziennie na Facebooku, bo jako seniorka umiem się poruszać w Internecie, a także sprawnie obsługuję smartfona.

Nasza wymiana wiadomości wygląda tak, że dzielimy się wiadomościami, ustaleniami, uzgodnieniami i to mi całkowicie wystarcza.

Teraz w dobie pandemii ten kontakt przez Internet jest dla mnie bardzo cenny, bo spływają filmiki mojej najmłodszej Wnusi i zdjęcia tych starszych, a więc jestem ze wszystkim na bieżąco i czuję się niepominięta, nie zaopiekowana!

Nie wiem, bo może z wiekiem mi się to zmieni, bo mogę zachorować na demencję i zacznę świrować, ale póki, co jest dobrze!

Znacie może takie przypadki roszczeniowych rodziców?

„Co z tego, że zablokuję sobie dzwoniącą matkę w telefonie, skoro będzie mi ciągle w głowie ‚dzwonić’ poczucie winy?”

„Ja tyle dla ciebie poświęciłam, a ty starej matki nie możesz częściej odwiedzać”. Zarzucanie niewdzięczności, manipulacja, wpędzanie w poczucie winy, obarczanie swoimi problemami. Rodzice stosują szantaż emocjonalny, grają na delikatnych strunach, psują relacje. Skąd to się bierze i kto jest temu winien? – Szantaż działa tylko wtedy, gdy jest kogo szantażować – mówi Barbara Ratajska, psycholog, terapeuta, mediator rodzinny NVC.

Rodzic oczekuje od zabieganego dorosłego dziecka częstszych odwiedzin, więcej uwagi. A jeśli nie dostaje jej tyle, ile chce, mówi: „jesteś niewdzięczny”, „umrę tu sama”, „już w ogóle się dla ciebie nie liczę”. Może niekoniecznie ma złe intencje, uciekając się do szantażu emocjonalnego, tylko nie umie inaczej?

Taki szantaż to nic innego, jak nieumiejętne powiedzenie swojemu dziecku, czego się potrzebuje jako rodzic. Na przykład: „Tęsknię za tobą, potrzebuję z tobą pobyć”.

To są pozytywne emocje.

Ale przekazane w taki, a nie inny sposób. Nasi rodzice zostali nauczeni przez swoich rodziców, że w ten sposób należy się komunikować – z pretensją i wyrzutem: „Jak mogłaś do mnie nie zadzwonić!”. W dodatku to świetnie działa!

Działa, bo wpędza w poczucie winy. Czy rodzic nie powinien być mądrzejszy?

Rodzic, jako ten starszy i bardziej doświadczony, powinien się zastanowić, czy to, czego oczekuje, jest w zakresie możliwości jego dorosłego dziecka. Trzeba mieć w sobie mądrość bycia matką czy ojcem, żeby nie chcieć od swojego dziecka zbyt wiele. Bo ono zrobi dla rodzica to, czego ten wymaga, ale na przykład kosztem siebie: swoich dzieci, swojego małżeństwa czy swojej pracy.

Lub zrobi z musu, co da się wyczuć.

Albo, co gorsza, nie zrobi i zostanie z poczuciem winy.

Bo dziecko ma poczucie, że powinno spełniać prośby i oczekiwania rodzica. Wyniosło to z dzieciństwa. Choć i tak się sporo zmieniło na przestrzeni ostatnich stu lat – kiedyś to się pana ojca w rękę całowało.

O, nie musimy się cofać aż sto lat! Taki zwyczaj funkcjonował wcale nie tak dawno, dwa pokolenia wstecz.
Więcej: https://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,24804441,co-z-tego-ze-zablokuje-sobie-dzwoniaca-matke-w-telefonie.html#s=amtpc_FB_Gazeta

 

Młode matki w sieci!

Kiedy urodziłam swoją, pierwszą Córkę dopadł mnie jakiś smutek, którego 40 lat temu nikt nie potrafił mi wyjaśnić!

Bałam się, że sobie nie poradzę i ubolewałam, że coś mi się skończyło i pora stać się dorosłą i trzeba wziąć sprawy w swoje ręce co mnie przerażało.

Teraz wiele kobiet cierpi po porodzie tak jak ja, ale w obecnych czasach już kobiety wiedzą, że oto dopadła je depresja poporodowa tzw. „Baby blues”!

Ja z tego bluesa musiałam się szybko otrząsnąć, gdyż okres urlopu macierzyńskiego trwał zaledwie 3 miesiące.

Po umieszczeniu Córki w żłobku „zapindalałam” do roboty i depresja musiała mnie opuścić, bo już nie miałam czasu na roztkliwianie się nad sobą!

Teraz młode mamy mają taką możliwość, że mogą zostać z dzieckiem w domu nawet 3 lata!

Często czytam, że dopada je rutyna i źle znoszą ten okres i o tym piszą także w sieci szukając pomocy nie tam gdzie trzeba!

Ja seniorka czytam od czasu do czasu świetnego bloga pt. „Matka jest tylko jedna” prowadzony przez mądrą, kreatywną kobietę – matkę dwóch synków!

Tak sobie myślę, że gdyby był Internet w moich czasach także wieczorami zapełniałabym swojego bloga zdjęciami moich pociech i wszystkim, co związane było z wychowaniem dzieci!

A więc pierwszy ząbek, kroczek, śmieszne słowa!

Wiele młodych mam prowadzi blogi parentingowe, na których właśnie realizują się jako matki swoich dzieci i zapisują co, ciekawsze  momenty!

Nie ubolewają, że mąż za dużo pracuje i wraca późno do domu!

One tworzą mimo zmęczenia i mają z tego satysfakcję i także kontakt ze światem!

Ja wierzę, że taka aktywność na  blogach pomaga młodym kobietom oderwać się od rutyny.

Z pewnością cały dzień rejestrują w głowie i szukają w swoim – niby nudnym życiu ciekawych tematów na bloga i rejestrują je aparatem!

Właścicielka bloga nazywa się Joanna Jaskółka, która w pewnym momencie swojego życia porzuciła życie w Stolicy i wraz z mężem i pierwszym synkiem – Kosmą wyprowadziła się do głuszy na Mazurach i tam urodziła drugiego synka – Adama!

Skrupulatnie dzieli się ze swoimi czytelnikami swoim życiem, a jej blog jest hitem, bo zawiera w nim bardzo szczere opisy, które śmieszą do łez bardzo często!

Aby stać się sławną w sieci trzeba pracować, aby dotrzeć do matek, które mogą z Pani Joanny brać przykład, bo jej wpisy leczą z depresji poporodowej!

Ja sama wiem, że pisząc bloga w wielu sprawach sama sobie pomogłam będąc już w starszym wieku, bo pisanie naprawdę pomaga i moi czytelnicy piszący też to wiedzą!

Ludzie prymitywni śmieją się z blogerów, ale nie zdają sobie sprawy z tego, że pisanie pomaga, oczyszcza i wiąże z innymi ludźmi!

Oto poniżej wywiad z Panią Joanną – poznajcie Ją!

Joanna Jaskółka prowadzi poczytnego bloga Matka Tylko Jedna

„Moje dzieci nie patrzą na budynki, tylko liczą drzewa”. O wychowaniu na wsi Matka Tylko Jedna.

O macierzyństwie blisko natury, edukacji i zaletach mieszkania na wsi rozmawiamy z Joanną Jaskółką, mamą dwóch chłopców, Kosmy i Adasia, autorką bloga Matka Tylko Jedna

Dorastałaś na Mazurach, potem studiowałaś i mieszkałaś jakiś czas w Warszawie, ale w końcu wróciłaś w rodzinne strony. Co skłoniło cię do takiej decyzji?
Prawda jest taka, że w tamtym czasie ja i mój partner nie mieliśmy za bardzo wyjścia. Siedziałam z małym dzieckiem w domu, nie mieliśmy meldunku w Warszawie, a wtedy był on potrzebny, by przysługiwał mi żłobek.
Byłam sfrustrowana tym, że finansowo wciąż wychodzimy na zero. Zaczęła w nas dojrzewać myśl o wyprowadzce, zwłaszcza, że na Mazurach mieliśmy stary rodzinny dom, w którym się wychowałam.
Najpierw jednak zamieszkaliście u twoich rodziców.
Tak, mniej więcej trzy lata zajęło nam doprowadzenie naszego domu do stanu, w którym mogliśmy już tam zamieszkać i nie marznąć (śmiech).
Jak z perspektywy czasu oceniasz decyzję o przeprowadzce?
To najlepsza decyzja, jaką podjęłam w życiu. W mieście byłoby nam jednak ciężej, poza tym, gdybyśmy zostali w Warszawie, pewnie nie zdecydowałabym się na drugie dziecko.
Macierzyństwo bez wsparcia rodziny nie było dla mnie proste, do tego byłam pierwszą matką wśród moich znajomych, więc nawet jak ktoś chciał mi pomóc, nie za bardzo wiedział, jak to zrobić. Gdy znów zamieszałam na Mazurach mogłam liczyć na wsparcie mojej mamy.
Szybko przystosowałaś się do tego spokojniejszego trybu życia?
Minus był taki, że nie miałam samochodu, nie miałam nawet prawa jazdy. I myślę, że to pierwsze pół roku mieszkania na wsi przepłaciłam depresją. Dlatego powstał mój blog, bo opisywałam tam to, co przeżywam, dlatego powstał jeden z najpopularniejszych moich tekstów „Samotność w… matce”. Bardzo ciężko radziłam sobie z tym wszystkim, tak naprawdę nie miałam nawet do kogo gęby otworzyć, oprócz mojej mamy. A ileż można rozmawiać z jedną osobą? (śmiech).
Blog był odpowiedzią na monotonię życia?
Tak. Pisze do mnie wiele kobiet na grupie, które przeprowadziły się na wieś i nagle wpadają w pustkę, bo nie wiedzą, co ze sobą robić. Nie wiedzą od czego zacząć, bo jednak miasto w jakiś sposób narzuca ci swój rytm.
Nawet jak wyjdziesz na tramwaj, do musisz dostosować się do jego rozkładu. Jest dużo możliwości czy atrakcji, z których możesz skorzystać. Na wsi to ty musisz zorganizować cały swój dzień – jeśli masz samochód, to masz wolność – nie ma korków, pośpiechu, możesz zrobić w zasadzie wszystko.
Wiele twoich czytelniczek pisze, że łatwo im się z tobą zidentyfikować.
Dostaję wiadomości, że urzeka je to, że nie udaję. A nie udaję, bo nie potrafię tego robić, uważam, że jest to zbyt kosztowne emocjonalnie. Nie kreuję siebie, jestem szczera i wydaje mi się, że czytające mnie kobiety po prostu to czują.
Słyniesz też z ogromnego dystansu do siebie, twoje teksty są uniwersalne, a przy okazji zabawne.
Jest mi bardzo miło, kiedy to słyszę. Wydaje mi się, że spojrzenie na różne, zwłaszcza macierzyńskie sytuacje z takiego komicznego punktu widzenia, to jest nasz wentyl bezpieczeństwa, ratunek. Ja nie mówię, że trzeba się „śmieszkować” ze wszystkiego, bo niektóre sytuacje absolutnie śmieszne nie są, ale poczucie humoru zawsze pomaga.
Na pewno nie śmieszą stereotypy dotyczące wychowywania dzieci na wsi i w mieście…
One na pewno jeszcze funkcjonują, ale ja ich nie widzę, bo obracam się wśród dziewczyn, które mieszkają na wsi. Z drugiej strony jest w nich trochę prawdy, np. to oczywiste, że na wsiach trudniej znaleźć dobre przedszkole dla dziecka, bo często jest jedno na gminę, a nie kilkanaście na dzielnicę, jak w dużych miastach.
U mnie są dwa przedszkola w zasięgu 15 km, następne 30 km od naszego domu. Podobnie jest ze szkołą, choć spotykam coraz więcej ludzi z miast, którzy przeprowadzają się na wieś i są przekonani, że nawet w tej wiejskiej szkole będzie ich dzieciom lepiej, niż w tej miejskiej. Szukają spokoju, nawet kosztem tej lepszej edukacji.
Co to znaczy lepsza edukacja? Większa ilość języków obcych, zajęć dodatkowych?
Przeciążanie dzieci na pewno nie jest tą lepszą edukacją. 8-9 godzin zajęć w szkole, 2 godziny zajęć dodatkowych – kto by to wytrzymał? Jestem zdania, że gdy dziecko ma więcej wolnego czasu, to może je poświęcić na swoje pasje lub rozwijanie się w tych przedmiotach, do których ma predyspozycje. Obserwuję też ogromny bunt przeciwko temu, co dzieje się w systemowych szkołach, rodzice oczekują zmian lub przechodzą na edukację domową.
Poza tym dzieci muszą mieć jeszcze czas na dzieciństwo. Czy na wsi, wśród natury jest pod tym względem łatwiej?
Mnie zachwyca to, że wszystko, co otacza moich synów jest dla nich tak bardzo naturalne. Gdy przyjeżdżają do miasta, to nie patrzą na budynki, tylko liczą, ile wzdłuż ulicy rośnie drzew.
Wiedzą, że to ważne, by te drzewa w mieście rosły, bo dają tlen. Wiedzą, że trzeba o naturę dbać. Szczerze mówiąc moje dzieci dostałyby w mieście nerwicy, tym bardziej, że mój młodszy syn ma zaburzone przetwarzanie dźwięków i na niego hałas działa bardzo stresująco.
Jest chyba też więcej swobodnej zabawy. To stąd wziął się pomysł na twojego e-booka „150 darmowych zabaw dla dzieci”?
Rzeczywiście, bo to w większości zabawy, które wymyśliły moje dzieci. Nie mają placu zabaw przy domu, dlatego muszą polegać na własnej wyobraźni i pomysłach. Oczywiście, nie jest tak, że moi synowie się nie nudzą, bo też czasem narzekają na nudę, ale dużo czasu spędzają na zewnątrz, wymyślając coraz to nowe zabawy.
Którą z wymyślonych i opisanych w książce zabaw twoi synowie lubią najbardziej?
Detektywa, bo najbardziej ich bawi, a polega na tym, że ja coś robię w ogrodzie, a oni muszą biegać dokoła mnie tak, żebym ich nie zauważyła. I muszą koniecznie śledzić, co robię.
Chowają się za jakąś donicą czy drzewem i chichrają się, że są tacy sprytni. Lubią też robić łódki z kapsli czy zakrętek. Do miski nalewamy wodę, wkładamy plastelinę do zakrętki, dodajemy wykałaczki i łódka gotowa. A ulubiona zabawa mojego młodszego syna to dinozaury w lodzie. Zalewamy je wodą, wsadzamy do zamrażalnika, potem bawimy się w ekspedycję naukową.
Wszystko brzmi sielsko, są zatem jakieś wady mieszkania na wsi?
Na pewno to, że trudno moim dzieciom spotkać się z kolegami. Mieszkają zwykle w promieniu 20 km i taki wyjazd po szkole zająłby pół dnia. Starszy syn wykorzystuje zooma czy Messengera do komunikacji z kolegami, młodszy w tym roku poszedł do przedszkola i odkrywa radość z posiadania kolegów.
A największe plusy?
Kontakt ze sobą, bo jesteśmy na siebie skazani popołudniami, więc musimy nauczyć się rozmawiać ze sobą, mówić do siebie, siedzieć razem w tym domu. Plusem posiadania domu na wsi jest też to, że dzieci muszą pomóc, np. grabić liście, wyciągać marchewki, nakarmić króliki. Nawet jeśli w ich przypadku przeistoczy się to w zabawę, a zdarza się to często, to i tak mają jakiś substytut pracy.
A legendarna już lepsza odporność, gdy mieszka się na wsi. Potwierdzasz ją?
Ludzie próbują mnie przekonać, że wiele zależy od genów, ale ciężko mi się z tym zgodzić. Mój młodszy syn miał trudny start w życie, bo zaczął od antybiotyku, który go bardzo osłabił i przez pierwszy rok życia non stop chorował. Potem bardzo często wychodziliśmy na dwór, pozwalałam mu taplać się w błocie i korzystać z tych wszystkich podwórkowych zarazków (śmiech). Teraz jest okazem zdrowia.
Najczęściej mówię o dżizas i się miotam, czyli Matka jest tylko jedna - Mamopracuj