Archiwa tagu: matka

Tylko usiąść i płakać nad Polską!

Tak bardzo bym nie chciała pisać o polityce, ale się nie da!

Tyle się dzieje każdego dnia w Warszawie, w Sejmie, że od rana nóż w kieszeni się otwiera na to draństwo za sprawą partii „rządzącej”

Oni nie rządzą, bo oni dzielą społeczeństwo na obozy i szczują Polaka na Polaka!

Najpierw dali 500+, aby przekupić biedych i wziąć w kamasze, a potem jest długo, długo nic i tylko dzieje się codzienna rozróba i draństwo od samego rana.

Boję się włączć media o poranku, bo nie wiadomo, co przegłosowali nocą dranie.

Ogrodzili Warszawę i Sejm barierkami, płotami, zasiekami, choć w kampanii darli mordy, że chcą być bliżej ludzi.

Oszukali ludzi, bo poszli po władzę, aby się tylko nachapać i być blisko koryta!

Przez dwa i pół roku zamienili ten kraj w knajacką knajpę i nic się tu nie zgadza z praworządnością!

Popsuli Polskę i udają, że nic się nie dzieje złego, kiedy Polska chwieje się w posadach.

Kłamstwo goni kłamstwo i nie wiem, co oni biorą, a biorą, bo normali ludzie mieli by Polskę w opiece.

Oni odszczurzają Polskę i odgrzybiają wedłg Kuchcińskiego i ile trzeba mieć tupetu, aby tak się wypowiadać o Polkach, którzy odbudowali ten kraj po wojennej tragedii.

W Sejmie na posadzce już ponad dwadzieścia dni leżą matki i niepełnosprawne dzieci! – ponad 20 dni i co?

Nie dostaną od tego „rządu” złamanego grosza, bo nie są dla nich żadnym suwerenem i oni brzydzą się innością, chociaż każą rodzić dzieci bez mózgu!

Oto zdjęcie, które opłynęło polski Internet – po niżej!

Matka niepełnosprawnego dziecka – odwróciła się z pogardą od tych matek ze swoim dziećmi na wózkach.

Zacięta twarz zdradza jaką ma niechęć do tych zdesperowanych ludzi.

Ubrana szykownie, uczesana i umalowana i ma kasę na to, aby ktoś inny opiekował się jej chorym dzieckiem, ale nie rozumie, że oni chcą tylko 500 złotych!

Jest takie przysłowie, że syty nie zrozumie głodnego i tu na tym zdjęciu widać pogardę i obrzydzenie wręcz w stosunku do najsłabszych, ale dumnych i mądrych.

Na forum Seniora czytam kobietę, która by się za PiS dała pokroić i ma ten sam wyraz twarzy – zacięty, niesympatyczny jak Bernadeta Krynicka choć ma tylko inny kolor włosów – zdjęcie małe, bo to awatar.

Lila's Avatar

Zacięta i niesymtaptyczna twarz, jak to mają wszystkie kobiey PiS – bez uśmiechu i optymizmu z zaciśniętami ustami w pogardzie – dowalające bez pardonu innym, inaczej myślącym!

Oni wierzą, że PiS zrobi coś dobrego dla Polski, a ja Wam mówię, że rozpierdolą


nasz kraj na kawałki jak stłuczony wazon i nie będzie co zbierać!


Zdjęcie użytkownika Racjonalna Polska.

Zdjęcie użytkownika Potwory i Spółka.

 

 

Reklamy

„Bóg nie może być wszędzie, dlatego stworzył matkę”

Bóg nie może być wszędzie, dlatego stworzył matkę - Matthew Arnold

Zauważyliście, że w Sejmie od paru dni o swoje dzieci niepełnoprawne – walczą przede wszystkim matki?

Gdzie są ojcowie tych dzieci – dali w długą, kiedy się zorientowali, że spłodzone przez nich dziecko jest niepełnosprawne?

Bywa tak w bardzo wielu przypadkach, że to kobiety zostają same z tym balastem, bo przecież, to są ich dzieci!

Głęboko się wczuwam w los tych matek i nawet często zadaję sobie pytanie jak by się potoczyło moje życie, gdybym miała taki sam los jak tych matek?

Czy mój Mąż by mi pomógł, czy może też dał dyla od kłopotów różnistych, a najbardziej finansowych?

Miałam szczęście w życiu, że urodziłam dwie, zdrowe Córki i dla kobiety chyba każdej, to jest największe szczęście.

Jestem bardzo miękkiej konstrukcji psychicznej i bywało czasami tak, że psychicznie nie dawałam rady.

A gdybym musiała opiekować się swoim, niepełnoprawnym dzieckiem dzień w dzień – noc w noc, to czy dałabym sobie radę?

Uważam te matki w Sejmie za bohaterki, które zmagają się codziennie z wielkimi problemami, nie mając na to wystarczającego zaplecza finansowego i jakiejkolwiek pomocy!

My kobiety rodzimy dzieci, aby przedłużyć swoje życie i swojego rodu.

My kobiety jesteśmy stworzone do tego, by kochać swoje dzieci bezgraniczną miłością, bo to jest nasza krew z krwi.

Wychowujemy swoje dzieci więc – najlepiej jak potrafimy, ale przychodzi taki czas, że nasze dzieci odlatują do innych gniazd i je sobie wiją.

Po odejściu moich dzieci z domu, długo nie mogłam się pozbierać, bo gniazdo stało się puste, ale z czasem się z tym pogodziłam.

Zmierzam do meritum:

Już będzie prawie miesiąc od Świąt Wielkanocnych, kiedy to moje dzieci były u nas na uroczystym obiedzie.

Jednak nastała cisza i Córka mieszkająca w tym samym mieście nie zajrzała ani razu do nas i nagle zrobiło mi się smutno.

Pewnego wieczora napisałam do niej wiadomość na Facebooku w ten deseń:

„Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, a do matki ani jedna”

Za niedługo otrzymałam odpowiedź, że przeprasza, ale – no właśnie!

  • Mamo musiałam zrobić to i to.
  • Musiałam zawieźć ciotkę Męża do szpitala na operację!
  • Musiałam być tam i tam i jeszcze musiałam zawieźc córkę na basen, na zajęcia.
  • Odwiedziłam chorą Babcię.
  • I jeszcze musiałam posadzić kwiaty, sprzątnąć ogród i jeszcze ugotowć i uprać,a jeszcze do tego pracuję do 17.
  • Pamiętam i przyjadę i wypijemy wspólną kawę – kocham ciebie.

To mi wystarczyło i zrobiło mi się głupio, bo wyścig szczurów ma się w najlepsze.

Odchodzenie!

Córka podesłała mi na Facebooku link do rewelacyjnej muzy, w której od pierwszego odsłuchania się zakochałam.

Współczesne piosenki mało, kiedy mnie porywają, a w tej słyszę z lat 60-tych Mirę Kubasińską i tamte rytmy zespołu Breakout .

Posłuchajcie i na chwilę się zatrzymajcie, bo piosenka w wykonaniu Barbary Wrońskiej ma świetne komentarze i oceny.

Znalezione obrazy dla zapytania matka chora i córka

A teraz napiszę o smutku:

Mija właśnie 15 miesięcy od diagnozy – rak wątroby u mojej Mamy.

Napiszę tak jak to czuję:

Miałam w życiu to szczęście, że nigdy nie towarzyszyłam nikomu w odchodzeniu i nigdy tego nie doświadczyłam i może dlatego nie do końca rozumiem jak się odchodzi z tego świata.

Moje babcie i dziadkowie odeszli zanim ja się urodziłam i nie było mi dane widzieć  jak opuszcza życie i świat osoba śmiertelnie chora.

Kiedy umarł mój Ojciec, to widziałam go tylko w trumnie i się z nim pożegnałam całują go w czoło i dotknęłam Jego ręki.

Jednak to nie to samo przeżycie, kiedy widzę leżącą Mamę, która może nas opuścić w każdej, niemal chwili.

Umierała chyba już ze cztery razy w ciągu tych miesięcy, ale wciąż z nami jest.

Mama ma straszną wolę życia i choć od kilku miesięcy leży, to się nie poddaje!

Potrafi się śmiać ze swojej choroby – dosłownie!

Nie ma żadnych łez i lamentów, że Jej życie dobiega końca, bo się z tym pięknie pogodziła.

W czasie choroby schudła bardzo dużo i jest słabiutka jak witka na wietrze, a mimo to nienawidzi pampersów i prosi, by Ją prowadzić do WC. Tak bardzo się pilnuje, aby opiekujący nie musieli – no wiecie co!

Nie pozwala się karmić, a więc podkładamy Jej poduchy i na tacy stawiamy jedzenie, a Ona się upiera, by wciąż w tej kwestii być wciąż samodzielną.

Parę dni temu wzięło Ją na wspomnienia jak to było w czasie II Wojny Światowej i nawet zaśpiewała mi łódzką, starą piosenkę o tym jak mordowano w Łodzi Żydów.

Opowiedziała o smalczownice, która wydawała ludzi Niemcom, a kiedy weszła Armia Czerwona, to ją zastrzelili gdzieś w polu.

Mama mimo znacznego ubytku słuchu czyta paski w wiadomościach i doskonale się orientuje, co dzieje się w Polsce i nad tym ubolewa.

Powiem szczerze, że tak godnego odchodzenia, to nie widziałam w najlepszych filmach. Jej postawa przed ostatecznością nadaje się na jakiś traktat o odchodzeniu, bo tak dumna w tym jest.

Gdybym miała przybliżyć Wam charakter mojej Mamy, która zawsze była radosna, to gdyby miała więcej sił, to by tak zatańczyła  jak ta starsza pani w tym clipie.

Uczę się od własnej Mamy jak się dumnie odchodzi z tego świata, choć wątpię by było mnie stać na to. Mam słabe serce i umrę szybciej od mojej Mamy, która serce ma jak dzwon!

 

Mój motywator na każdy dzień brzmi! – „Jeśli padłaś, to się podnieś. Popraw koronę i zasuwaj”

Mniej więcej tak to było i jest!

Czysta matematyka:

12 x 30=360

W listopadzie minął rok od diagnozy, z której się dowiedziałam, że Mama jest chora na raka!

360 razy w tym czasie wspięłam się po schodach – na trzecie piętro, aby dotrzeć do chorej Mamy.

Codziennie pokonuję 90 schodów dla mnie za wysokich i nie boję się opieki nad Mamą, bo sobie z tym jakoś radzę, ale boję się tych, cholernych schodów.

Nie mam pojęcia kiedy minęło te 360 ich pokonywania, bo kiedy się już wskrabię, to zapominam, że je pokonałam i cieszę się, że serce nie odmówiło mi kolejny raz!

Kiedy Mama zachorowała, to cała Rodzina była wystraszona i nie wiedziała jak się w tym wszystkim zachować.

To naturalna reakcja, która dotyka każdego – kto znajdzie się w tak przykrej sytuacji.

Jednak z czasem osfajamy się z diagnozą i wypracowujemy w sobie bodźce obronne i stajemy się mocniejsi oraz uodparniamy się, gdyż musimy być silni!

Towarzyszymy choremu w codziennej walce o jeszcze jeden dzień i cieszymy się, że jesteśmy pomocni i potrzebni.

Opieka nad takim chorym wyssysa z nas energię, bo przeżywamy z chorym jego boleści i walkę o to, aby tak nie bolało.

Jeśli nie wiecie jak się zachować w stosunku do chorego, to na blogu wklejam mały poradnik. Może się komuś przyda, bo ja wiem o tym, że w tej chorobie trzeba zachować się przyzwoicie.

Mam swój ulubiony motywator na każdy dzień, a brzmi on tak: „Jeśli padłaś, to się podnieś. Popraw koronę i zasuwaj”.

 

Choroby nowotworowe coraz częściej dotykają naszych bliskich oraz osoby z naszego otoczenia. Mimo to, wciąż rozmawia się o nich mało – najczęściej szeptem lub ze wstydem. Tematyka raka wprowadza rozmówcę w zakłopotanie, stanowi tabu, jest czymś, co łatwiej przemilczeć. Warto to zmienić! Czy ktoś z Twoich bliskich choruje na nowotwór? Chciałbyś wiedzieć, jak mądrze towarzyszyć mu w chorobie i jak spróbować pomóc? Oto kilka praktycznych wskazówek jak rozmawiać z chorym na raka.

 

Jak rozmawiać z chorym na raka?

– bądź. Diagnoza choroby nowotworowej to bardzo trudny czas dla bliskiej Ci osoby. Ważne zatem, by nie zostawiać jej z tym samej. Bądź przy niej, choćby tylko milcząc

. – pytaj. Zastanawiasz się, jak możesz pomóc osobie chorej? Zapytaj ją o to. Ona przecież najlepiej wie, czego potrzebuje. Jak zapytać? Najlepiej wprost: „Jak mogę Ci pomóc?“, „Co mogę dla Ciebie zrobić?“.

– oferuj pomoc. Być może osoba chora nie chce nikogo obciążać sobą, mimo że potrzebuje pomocy. Jeśli masz ochotę być z nią, nie czekaj, aż sama Cię o to poprosi (proszenie dla osób chorujących często jest trudne). Przejmij inicjatywę, dzwoń, oferuj swoją pomoc, gotowość i wsparcie na różnych płaszczyznach.

– bądź szczery/a. Nie udawaj, że Ci łatwo, jeśli tak nie jest. Nie mów choremu, że „wiesz co czuje“ i że „będzie dobrze“, bo nie wiesz, jak będzie. Zawsze mów prawdę i słuchaj z uwagą. Spokojna i empatyczna rozmowa działa uspokajająco. Istotne jest pozwolenie chorującemu na wyrzucenie z siebie tego, co czuje i myśli.

– mów, co czujesz. Nie udawaj, że z łatwością przychodzi Ci rozmawianie na dany temat, jeśli tak nie jest. Mów o swoich lękach, obawach, odczuciach. Może się okaże, że osoba chora oczekuje właśnie takiej szczerości, a nie kolejnego „bohatera“ u swojego boku. – pozwól sobie i choremu na wyrażanie emocji. To ważne dla osób chorujących, by móc wyrzucić z siebie męczące i złe emocje. Już sama sytuacja choroby potrafi być bardzo trudna, nie obciążajmy się dodatkowo kumulowaniem negatywnych emocji.

– daj sobie czas na odnalezienie się w nowej sytuacji i przyzwolenie na to, że nie wiesz, co dokładnie robić. Najważniejsza w tej sytuacji jest Twoja gotowość. Spróbuj otworzyć się na swojego przyjaciela, bardzo możliwe, że sam będzie chciał Cię poprowadzić przez najlepszą drogę towarzyszenia mu.

Czego nie należy robić podczas opieki/rozmowy z osobą chorą na raka?

– nie wyręczaj chorego, nie zabieraj mu jego autonomii. Mimo, że choroba może ograniczać sprawność, pozwól Twojemu bliskiemu na niezależność. Chory oczekuje normalności. W jego życiu i tak wystarczająco dużo już się zmieniło.

– nie dawaj rad i nie pouczaj. Nie wiesz, co jest dobre dla Twojego przyjaciela i nie jesteś na jego miejscu. – nie mów, że „wszystko będzie dobrze“. To oczywiście naturalne, że chcesz, aby tak było. Nie możesz jednak mieć pewności, że tak będzie, a nie należy kłamać.

– nie lekceważ choroby. Chorzy nie lubią komentarzy „nie wyglądasz na chorego“, mogą to odebrać, jako kwestionowanie ich choroby.

– nigdy nie lituj się nad chorym. Większość pacjentów jest na to bardzo wyczulona.

– nie udawaj, że wszystko jest w porządku. Bo nie jest. Mów o swoich uczuciach i o tym, co jest dla Ciebie ciężkie. Nie traktuj złości chorego osobiście. Ma prawo do wykrzyczenia swojego bólu i smutku. Pozwól mu na to. Choroba jest bardzo trudnym momentem, często zatem towarzyszy jej agresja, bezsilność i złe emocje. Pamiętaj, że najważniejsza w byciu z osobą chorą na raka jest szczerość. Jej brak bardzo łatwo wyczuć. Udając, grając i nie mówiąc prawdy oraz tego, co faktycznie czujesz – tworzysz barierę między Tobą a chorym. To powoduje narastanie poczucia osamotnienia, frustracji, zagrożenia i smutku.

zobacz więcej na: https://www.zwrotnikraka.pl/jak-rozmawiac-z-chorym-na-raka/ |

Czy muszę się opiekować schorowanym rodzicem?

„Myślałam że zawsze będziemy młodzi, że świat poczeka. Nic nie poczekało.. Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości. (Agnieszka Osiecka)”

Nie jesteśmy wiecznie młodzi, bo z roku na rok – z sekundy, na sekundę się starzejemy i nie ma na to żadnej rady, aby ten proces zatrzymać!

Na moim blogu dużo miejsca poświęcam starości, bo sama już jestem w słusznym wieku i doskonale pojmuję, co spotkać mnie może:

– Mogę umrzeć we śnie i tak byłoby najlepiej,

– Mogę zachorować i stać się warzywem oraz męczarnią dla swoich Dzieci i Męża,

– Mogę w końcu wylądować w domu spokojnej starości,

– Mogę sama skrócić swoje cierpienie – sposoby są różne.

Niestety, ale w moim wieku myśli się bardzo często o starości i jaka czeka mnie alternatywa.

Jak to się potocznie mówi, że Panu Bogu starośc się nie udała i to jest wielka racja!

Dlatego my, jeszcze nie powaleni chorobą – cieszmy się z każdego, danego nam dnia. Próbujmy nie zgnuśnieć i nie zdziwaczeć, tylko dlatego, że w niedalekiej przyszłości czeka na nas niewiadome.

Na świecie żyje miliony ludzi, którzy są skazani na opiekę nad starymi Rodzicami i jedni sobie radzą lepiej, a drudzy gorzej.

Niedawno usłyszałam takie stwierdzenie pewnej kobiety – przed 60-tką, która ma chorą Matkę na raka, iż nie zamierza przestać rezygnować ze swojego, dotychczasowgo życia – tylko dlatego, że Matka choruje!

Można i tak, ale gdzie podziało się sumienie u tej kobiety, która w czasie choroby swojej  Matki wczasuje, jeździ do spa, oraz w odwiedziny i zwala w pakiecie opiekę na swoją – jedyną siostrę, która jest po zawale serca!

Proszę przyczytać list pewnej kobiety, która oddała Matkę do domu spokojnej starości i jej dylematy związane z tym, że w Polsce jest to wciąż nagannym czynem:

 

„Oddałam mamę do domu opieki. Zrobiłam to dla mojej rodziny, dzieci i męża”

 

Oddałam matkę do domu opieki. Tak, do domu starców. Zanim mnie ocenisz, przeczytaj. Mój ojciec zachorował, gdy miałam 25 lat. Nowotwór złośliwy i 5 miesięcy życia – tak brzmiał wyrok. Jeśli będzie miał szczęście, dożyje roku. Miał pecha, zmarł po 4 miesiącach. Miesiącach pełnych bólu i cierpienia. Patrzyłam jak gaśnie w oczach, jak z silnego niegdyś mężczyzny zamienia się w faceta, który nie ma siły utrzymać w ręku szklanki.

Byłam jego córką
Moim obowiązkiem było więc być przy nim i trzymać go za rękę. To ja dodawałam mu otuchy, to ja przekonywałam, że wszystko będzie dobrze, to ja ocierałam z jego twarzy łzy. Było mi ciężko, a nawet bardzo ciężko. Nigdy nie myślałam, że jestem z nim aż tak związana, że jego odejście aż tak mnie zaboli. Ojciec niewiele miał wspólnego z tatusiami, którzy sadzają swoje córki na kolana, chodzą z nimi na spacery, bawią się wspólnie i przytulają, gdy te wrócą do domu z rozbitym kolanem. Mój ojciec był twardym człowiekiem, nie okazywał uczuć. Facet, który okazuje emocje? To nie facet. Tak twierdził.

Nawet wtedy, gdy leżał w szpitalnym łóżku, nie usłyszałam od niego dobrego słowa. Byłam jego dzieckiem, musiałam więc przy nim trwać. Tak twierdził. Nie dyskutowałam, nie spierałam się. Zresztą, ja też tak myślałam.

Była jeszcze mama
Choć „była” to za duże słowo. Gdy usłyszała, że ojciec umiera, po energicznej, trochę przemądrzałej i ciekawskiej starszej pani, nie było już śladu. Nie, nie dlatego, że kochała ojca do szaleństwa. O miłości już dawno nie było mowy. Wielokrotnie chciała spakować walizkę, wziąć mnie za rękę i odejść. Nigdy tego nie zrobiła. Bała się. Wcale nie chodziło o to, że sobie nie poradzi. Bała się samotności.

To ja zajęłam się organizacja pogrzebu i podtrzymywaniem mamy na duchu. Miałyśmy już tylko siebie. Rodzina? Była, ale nie utrzymywałyśmy z nimi bliskiego kontaktu. Musiałam stanąć na wysokości zadania, zająć się mamą, domem, pracą. To ja musiałam zadbać o domowy budżet, choć miałam dopiero 25 lat. Z jednej, maminej pensji, nie dałybyśmy rady.

10 lat później miałam już swoją rodzinę
Męża, fantastyczną córeczkę i wiernego psa. Mama nie chciała z nami zamieszkać. Zawsze twierdziła, że dzieci powinny żyć swoim życiem. Pod jednym dachem z rodzicami? To kiepski pomysł. Kiedy zachorowała, wspomnienia powróciły. Znów miałam przed oczami cierpiącego ojca i płaczącą matkę. Znowu musiałam zakasać rękawy i stanąć na wysokości zadania. Najpierw niedowierzanie, potem łzy i strach. Przejdziemy przez to, damy radę – myślałam. Znów najbliższą mi osobę musiałam przekonywać, że wszystko będzie dobrze.

Chemia, operacja, oczekiwanie na wyniki. Nowotwór, który pozbawił moją mamę piersi, dał za wygraną. Myślałam, że wygrałyśmy, że wszystko będzie już dobrze. Jednak mama, coraz słabsza i coraz starsza, miała problemy z pamięcią. Zdarzało się, że nie wyłączyła kuchenki, zapominała gdzie jest, nie wiedziała, jak trafić do domu.

Alzheimer
Kiedy obcy człowiek w białym fartuchu przekazywał mi tę wiadomość pomyślałam: „Nie, teraz już nie dam rady. Nie mam tyle siły”. Jak mam ją w sobie znaleźć? Jak mam to wszystko zorganizować? Nie wiedziałam. Byłam pewna tylko jednego – moja mama nie może już być sama.

Sprzeciwiała się, płakała, prawie histeryzowała, gdy pakowałam jej walizki. Musiała z nami zamieszkać, to była jedyna możliwość. Mąż niechętnie, ale zaakceptował nową sytuację. Nasze nowe życie w niczym nie przypominało tego dawnego, dobrze znanego. Namiętność między mną a moim mężem dawno wygasła. „Mam się kochać z tobą, gdy twoja matka śpi za ścianą?!” krzyczał odpychając mnie. Bolało.

Kiedy były lepsze dni, a mama była dawną mamą, uśmiechałam się i cieszyłam, że wszyscy jesteśmy razem. Było dobrze. Tak normalnie. Takich dni było jednak coraz mniej, a my…powoli zaczęliśmy się od siebie oddalać. „Powinniśmy porozmawiać. Jakoś rozwiązać tą sytuację. Dłużej tak być nie może. Chcę, żeby było jak dawniej” – powiedział mąż pewnego zimowego poranka. Ja też tego chciałam, ale…co mogę zrobić? To moja matka.

-A dom opieki? Tam będzie miała profesjonalną opiekę, towarzystwo, nie będzie sama – zapytał mój mąż.
-Tutaj też nie jest sama. Przecież jest opiekunka…
-Opiekunka, która zabiera całą twoją pensję. Żyjemy z mojej pensji, oszczędności i marnej emerytury twojej matki. Chcieliśmy Zosię zapisać na kurs językowy. Skąd mamy wziąć pieniądze? Nie możemy nigdzie wyjechać, nie możemy wyjść do kina, do restauracji. Nie możemy normalnie żyć. Dobrze wiesz, że są lepsze dni, ale i gorsze. Gdy przychodzą te złe, boję się wrócić do domu. Nie chcę słyszeć krzyku, płaczu…Wiem, że to twoja matka. Zadbajmy o nią ale…inaczej.

Choć bardzo się tego wstydzę, przyznałam mu rację. Ja też tęskniłam za dawnym życiem. Za spokojem, bezpieczeństwem, miłością. Nie chcę już się bać. Nie chcę już dłużej zastanawiać się, czy moja matka jest bezpieczna, czy nic jej nie jest. Nie chciałam też sama podejmować tej decyzji. Porozmawiałam z mamą, wtedy, gdy był dobry dzień, gdy była „dawną mamą”. Nie krzyczała, nie protestowała. Zgodziła się. Pamiętam jej słowa: „Musisz żyć własnym życiem”.

Każdego dnia budzę się zlana potem. Sięgam po telefon, dzwonie do domu opieki, aby upewnić się, że moja mama ma się dobrze. Tylko wtedy mogę zacząć dzień. Czy mam wyrzuty sumienia? Każdego dnia. Gdy przekraczam próg domu opieki i widzę mamę siedzącą w kącie i próbującą przeczytać gazetę, łamie mi się serce. To ja powinnam siedzieć obok niej i jej czytać. Być przy niej. Trzymać ją za rękę. Jak kiedyś, gdy umierał ojciec… Zrobiłam to dla swojej rodziny. Dla mojego męża, dla mojej córki i dla…siebie. Musicie mnie oceniać?

http://mamadu.pl/125287,oddalam-mame-do-domu-opieki-zrobilam-to-dla-mojej-rodziny-meza-i-dzieci

Odrzucenie w rodzinie boli na zawsze!

Rodzina powinna być dla nas najcenniejszym azylem, gdzie możemy się schować, kiedy życie dorosłe nas smaga.

W rodzinie powinniśmy mieć oparcie, miłość, dobre słowo i bezpieczeństwo.

Niestety, ale często bywa tak, że w rodzinie mamy największych wrogów, którzy z różnych przyczyn  nas nie akceptują.

Potrzeba głębokiej analizy, aby dojść do tego, dlaczego jesteśmy w rodzinie czarną owcą – bez akceptacji.

Wydaje mi się, że jest mało takich rodzin, które byłyby idealne i nikt w takiej rodzinie nie był odrzucony.

Jakże często bywa tak, że jedno z dzieci jest szykanowane przez ojca, czy matkę.

Jakże często ich rodzone dziecko  jest dla rodziców mniej zdolne, brzydkie, koślawe i takie opinie dziecko słyszy w dzieciństwie.

Mój ojciec zawsze twierdził, że nie dojdę w swoim życiu do niczego, choć byłam wzorową uczennicą. Jakże często mnie poniżał, bo dojrzewałam, a kiedy się zestarzał, to tylko ja mu pomagałam.

Ten syndrom odrzucenia odczuwam do dzisiaj!

W każdej rodzinie – prawie – ktoś jest lepszy, a ktoś gorszy i dlatego jest odsunięty na boczny tor – pozostawiony sam sobie. Takie traktowanie bardzo boli i tkwi w danej osobie do końca jej dni!

Oto artykuł o tym jak sobie radzić z odrzuceniem:

 

Odrzucone dziecko może nie przeżyć i przeczuwa to. Strasznie się boi. W odrzuconym dorosłym jest ten sam lęk. Można go uleczyć, pracując wewnętrznie nad poczuciem własnej wartości. Kiedy poczucie odrzucenia zostanie uzdrowione pojawia się miłość własna.
Jak nauczyć się akceptować to, że czasem jesteśmy odrzucane? Jako kobiety, jako pomysłodawczynie nowych rozwiązań w pracy, jako córki, jako przyjaciółki? Jedyną radą jest pełna akceptacja siebie i kochanie siebiemimo wszystko. Kiedy uda nam się połączyć z niezmąconym niczym poczuciem własnej wartości, przestaniemy być wydane na pastwę cudzych opinii i zachowań. Przeżywanie odrzucenia jest potrzebne nam po to, żeby poczuć dawny ból i lęk. Uwolnić go i przekonać się, że energetycznie jesteśmy samowystarczalne. Wtedy dopiero nasze relacje nabiorą głębi i znaczenia. Będą prawdziwe, bo nikt nikogo nie będzie wykorzystywał z powodu lęku przed odrzuceniem. Jak z nim postępować, kiedy się ujawni?

1. Zaakceptuj fakt, że jest w tobie lęk przed odrzuceniem. Teraz, kiedy ktoś ciebie odrzucił, on się tylko ujawnił.

2. Skoncentruj się na sobie, a nie na sytuacji. To, co dzieje się w kimś, kto cię odrzucił, nie ma z tobą wiele wspólnego. Tyle, że masz poczuć swój ból z powodu odrzucenia. Nie analizuj dlaczego to się stało, nie próbuj wniknąć w psychikę drugiej osoby.

3. Zdefiniuj własną wartość. Poczuj wszystkie uczucia, które do ciebie przychodzą. Wysłuchaj głosu krytyka wewnętrznego, który będzie obwiniał za to odrzucenie. Obserwuj, co się w tobie dzieje. Oddzielaj prawdę od przekonań, które nie są twoje.

4. Podaruj sobie czas. Przeżycie bólu odrzucenia wymaga przestrzeni. Dlatego bądź cierpliwa, z życzliwością przyjmuj to, co się w tobie wydarza.

5. Otwórz się na nowe doświadczenia. Kiedy poczujesz, że ból już przemija, przenieś swoją uwagę z wnętrza na świat zewnętrzny. Rozejrzyj się, co nowego ma ci on do zaproponowania.

6. Otaczaj się życzliwymi ludźmi. Bolesny proces wewnętrzny zawsze jest trudny do przeżycia. Większość życiowej energii wykorzystywana jest właśnie na to przeżywanie. Dlatego potrzebujemy pomocy. Nie tylko tego, żeby ktoś cię wysłuchał, ale pomógł w codziennych obowiązkach.

 

http://zwierciadlo.pl/psychologia/zrozumiec-siebie/uzdrowienie-poczucia-odrzucenia

Starzy rodzice – dla dzieci trudne życie!

Janina jako już starsza pani – pewnego, feralnego dnia wpadła pod samochód.

Odniosła bardzo poważne obrażenia i lekarze z ledwością uratowali  jej życie, bo złamań było bardzo dużo.

Rehabilitacja przyniosła poprawę, ale pani Janina nigdy nie odzyskała pełnej sprawności i ten wypadek skazał ją na cztery ściany własnego mieszkania.

Samotność więc dopadła panią Janinę, choć doglądały ją dzieci, które między pracą zawodową, a opieką nad matką mocno je przytłaczało.

Pani Janina nie wiele już mogła samodzielnie zrobić koło siebie, a więc gotowanie, pranie, sprzątanie i dotrzymanie towarzystwa spadło przede wszystkim na dorosłą córkę pani Janiny.

Zaciskała zęby i często padała ze zmęczenia, ale wypełniała swoje obowiązki wzorowo.

Nikt nie mógł  jej niczego zarzucić, że zostawiła matkę samą.

Córka pani Janiny dobiegała sześćdziesiątki i sama miała problemy ze zdrowiem, ale przecież musiała być przy matce.

Taki stan trwał kilka lat, aż córka pani Janiny przeszła na emeryturę i cieszyła się, że teraz będzie miała więcej czasu dla swojej mamy.

Ludzie ją podziwiali za silną wolę, mimo, że zaczęła utykać na nogę ze względu na problemy z biodrem.

Mimo to matka zawsze miała czyste okna, świeże firany i pościel, a także codziennie ciepły obiad.

Do swojego domu chodziła tylko spać, gdyż całe dnie przebywała ze swoją mamą.

Kłopoty się zaczęły, kiedy pani Janina zachorowała dodatkowo na demencję starczą i tu zaczął się horror dla jej troskliwej córki.

Matka wyzywała ją od dziwek, kurew, a także często w domu robiła armagedon, że wszystko fruwało w powietrzu.

Taki stan trwał rok i w pewnym momencie córka pani Janiny się poddała.

Jakże często płakała na ulicy do znajomych, że nie daje już rady i nie wie jak się z tym wszystkim upora w przyszłości.

Jej zmęczenie i rezygnacja wpłynęły na jedyną decyzję, że musi oddać matkę do domu spokojnej starości, ale skąd wziąć na to pieniądze? Miesięczny koszt pobytu matki w takim domu, to trzy tysiące złotych.

Postanowiła z ciężkim sercem sprzedać matki mieszkanie. Postawiła na siebie, że albo ona, albo chora matka.

Długo miała wyrzuty sumienia, ale zrobiła sobie rachunek sumienia, że jej matka nigdy nie wydusiła z siebie, że ją kocha i jej brata.

Nigdy!

Zły Internet dla dzieci i młodzieży!

Joasia będąc dzieckiem, zachorowała na tajemniczą chorobę, która odebrała jej władzę w jednej nodze.

Chodziła, ale kulała, bo jedna noga nie nadążała za drugą.

Rodzice otoczyli ją większą opieką niż pozostałe rodzeństwo i dawali z siebie wszystko, aby dziewczynka nie odczuwała tak bardzo swojej ułomności, gdyż rehabilitacja nie dawała spodziewanej poprawy.

Joasia nie miała za wiele koleżanek, gdyż po prostu za nimi nie nadążała. Przyzwyczaiła się do swojej choroby i żyła w swoim wymyślonym świecie. Dużo czytała książek i tym sposobem odpychała od siebie samotność i brak koleżanek.

Kiedy podrosła i stała się nastolatką, zainteresował się nią chłopak ze szkoły. Spędzali ze sobą dużo czasu i ta znajomość z chłopcem dodała jej pewności siebie. Zabierał ją na spacery i był cierpliwy, że Joasia chodzi wolniej od niego. Wspólna pasja do książek jeszcze bardziej ich do siebie zbliżyła. Joasia bezgranicznie mu zaufała i uważała chłopaka za dobrego przyjaciela.

Tuż przed maturą zorientowała się, że jest w ciąży! Chłopak zwiał, bo nauka, bo studia i jeśli tylko będzie zarabiał, to zobowiązał się do płacenia alimentów.

Joasia została z problem sama, choć nie do końca, gdyż jak zawsze rodzice stanęli na wysokości zadania.

Kupili jej małe mieszkanko i na własny koszt je wyremontowali, by Joasia miała swój, niezależny kąt dla siebie i da dziecka.

Urodziła zdrową dziewczynkę, ale jej choroba się pogłębiła i nie było szans, by poszła do pracy.

I tu znowu rodzice wspomagali ją finansowo, co miesiąc i dostała także należną dla siebie rentę oraz wpływały alimenty od ojca dziewczynki.

Mijały lata i córeczka otoczona matczyną opieką i dziadków rosła zdrowa, a kiedy przyszedł czas – rozpoczęła naukę w szkole muzycznej w sekcji skrzypiec.

Uczyła się pilnie gry na skrzypcach i dużo ćwiczyła. Joasia jeździła z nią na dziecięce konkursy i była bardzo z córki dumna.

Jednak dobra passa w wychowywaniu córki się skończyła. Pewnego dnia usłyszała, że wszystkie dzieci w klasie mają komputery, telefony, tablety i ulega.

Nie chciała by jej córka była gorsza i kupiła jej komputer i smartfona, ale nie przewidziała, że na swoją zgubę.

Zaczęło się piekło Joasi, gdyż córka przestała się uczyć. Niechętnie chodzi na lekcje skrzypiec i robi Joasi dzikie awantury, kiedy ta próbuje odciągnąć ją od wirtualnego świata.

Często słyszy z ust swojego, ukochanego dziecka, że jest kuternogą i to, że ona się jej wstydzi, bo koleżanki ze szkoły piszą, że ma kaleką matkę!

Trwa walka między matką, a córką i często sąsiedzi słyszą jak Joasia jest lżona przez córkę, w której pokładała takie nadzieje.

Widać często Joasię z ciężką tobą z zakupami, która co rusz przystaje, by te zakupy donieść do domu – wszystko dla swojego dziecka!

Kocham moje Dzieci!

12 maja 1976 roku, o tej porze byłam od dwóch godzin mamą.

Moje dziecko – córeczka przyszła na świat dokładnie o godzinie 19.20 i pielęgniarki się śmiały, że urodziłam na czas dobranocki, bo o tej porze była emitowana w telewizji za czasów PRL – rzecz jasna.

Pamiętam, że podczas porodu darłam się niemiłosiernie, a pielęgniarka pomstowała, że najgorsze są te „pierwiastki”.

Nie było mowy o cesarskim cięciu i kobiety musiały rodzić siłami natury. Mnie zrobiono nacięcie bym mogła w końcu wydać dziecko na świat.

Do macierzyństwa przygotowywałam się z jedynej książki, jaką znalazłam na rynku księgarskim i ta książka prowadziła mnie w każdy nowy miesiąc rośnięcia mojej Córki.

Nie byłam sama, bo bardzo dużo nauczyła mnie moja Mama, która powoli pokazała mi starą szkołę opieki nad malutkim dzieckiem i tu jej strasznie dziękuję!

To już 41 lat minęło, a ja traktuję to moje Dziecko jak małą dziewczynkę i do końca moich dni taką pozostanie.

Co może być dla kobiety piękniejszego, jeśli nie fakt, że ten ból przy porodzie rekompensuje duma ze swoich Dzieci.

Niech wszystkie Matki Świata będą tak szczęśliwe jak ja!

Kobieta może spełniać się zawodowo, może robić wielką karierę, ale i tak w pewnym momencie natura ją wezwie do kontynuacji i pozostawienia po sobie potomka. Tak ten świat jest ułożony niestety a może „stety”!

Nie chcę być cukierkowa, tak jak nie jest cukierkowe macierzyństwo, ale to wszystko zachodu jest warte.

Teraz Ona się spełnia i z moich obserwacji wynika, że jest wspaniałą żoną i matką i choć pracuje zawodowo, to ogarnia wszystko perfekcyjnie. 

Obserwuję Jej Facebooka i tam ponad 100 życzeń od znajomych i przyjaciół, co świadczy, że jest lubiana, a moje serce rośnie w dumę!

Kocham Cię!

Obsesja sprzątania – art. z sieci!

Dwudziestolatki nie chcą być jak matki. Jak perfekcyjne panie domu zniszczyły życie córkom

– Czasem podziwiam zbuntowane trzydziestolaki, które mówią swoim mamom: „Przepraszam, to mój dom”. Ja sprzątam kilka godzin przed przyjściem mamy, zapraszam ją wieczorem, żeby mniej widziała. A i tak zawsze się czepia, że mam brudno. Jednocześnie od kiedy zamieszkałam sama, widzę w niej siebie. Sprzątanie to moja obsesja – opowiada Kalina, 26-latka.
Długowłosa brunetka leży z głową na stole. Wokół niej brudne filiżanki po kawie, talerzyki, pusty dzbanek po mleku. Straszliwy syf jednym słowem. Oto zdjęcie profilowe Magdy Kostyszyn, autorki bloga Chujowa Pani Domu. Zdjęcie ma ponad pięć tysięcy „lajków”. To i tak mało, bo najlepsze posty mają po kilkadziesiąt tysięcy udostępnień. Fanów Chujowa Pani Domu ma już ponad pół miliona. Magdę kochają młode Polki, bo to na jej profilu kobiety dzielą się domowymi wpadkami, wyśmiewają sprzątanie i pokazują, że można żyć inaczej. Spalony ryż, ciasto, brud w łazience, wazony zrobione z butelek po alkoholu, gotowanie zupy w czajniku elektrycznym. Profil Chujowej Pani Domu ma już ponad 6 lat. Magda w każdym wywiadzie powtarza: żartuję sobie z tradycyjnej roli kobiety, a wraz ze mną żartuje wiele innych kobiet.
Magda ma, oczywiście, grupę zagorzałych wrogów. „Chwalić się syfem? Ale wstyd”, „Skąd ty się wzięłaś, dziewczyno?!”. A ona pochodzi z tradycyjnego domu. Jej mama wolny czas spędzała na sprzątaniu i gotowaniu. Do pomocy zaganiała Magdę, ale już nie zaganiała jej brata, „Nie będę tak żyła” postanowiła Magda. Nie jest wyjątkiem. Miliony innych kobiet, trzydziestolatek, dwudziestolatek mówią: Nie będę sprzątać, mam to gdzieś, nie chcę być uwiązana.
– Ci, co atakują Magdę czy inne kobiety publikujące na jej profilu, nie rozumieją, że tak naprawdę nie chodzi o sprzątanie – mówi Ewa Woydyłło, psycholog. – Młode kobiety buntują się przeciwko swoim matkom. Kobietom, które ze sprzątania, dbania o ognisko domowe uczyniły fetysz. Nic innego nie było ważne, ważna była czystość.
– Mam jeden obraz mamy – opowiada Kalina, 26-latka. Wściekła, biegająca po mieszkaniu jak w ukropie i ciągle krzycząca na mnie i młodsze rodzeństwo: „Dlaczego tu jest taki syf?! Dlaczego na szafce zacieki, kurz na półce, pilot na stole. Dlaczego?! Czy to, że wy lubicie brud, to znak, że ja też muszę go lubić?!”.
– Moja mama nazywała bałagan pierdolnikiem – wspomina z kolei Ewelina, też 26- latka. – Przed jej powrotem do domu panował popłoch. Do dziś pamiętam, jak podjeżdżała samochodem pod dom. „Mama idzie” – krzyczał tata. A my z moją siostrą biegałyśmy jak w przyspieszonym filmie i zacierałyśmy wszystkie ślady domowego rozprężenia. Poprawiałyśmy poduszki na kanapie, kapę, układałyśmy szczoteczki do zębów w kubku w łazience, wkładałyśmy naczynia do zlewu. Napięcie i stres. I to z powodu kilku brudnych naczyń?! Nienawidzę jej za to.
Najgorsza była sobota
Kalina lubi w sobotę spać do południa. Potem wstaje, robi kawę, śniadanie. Towarzyszy jej narzeczony. – Dla nas sobota to świętość. Jest cisza, spokój, oddycham z ulgą, że jestem już dorosła. Pamiętam czasy, gdy w sobotę o siódmej budził mnie dźwięk odkurzacza. Mama wparowywała do pokoju i krzyczała: „Co ty jeszcze śpisz?! Do dzieła”. Do dzieła znaczyło mniej więcej tyle: wstawaj z wyra, do roboty. To wstyd tyle leżeć, gdy sprzątanie czeka. – Nieważne było, że wróciłam późno z imprezy, czy przez cały tydzień wstaję do szkoły i po prostu marzę, żeby odpocząć. Liczyło się, żebym natychmiast się ogarnęła.
– Nienawidziłam soboty – dodaje Ewelina. – Mama kazała wywalać rzeczy z szaf, myć okna, szorować podłogi, czyścić fugi. Wolny dzień, a cała rodzina postawiona na baczność. Koleżanki się nawet ze mnie śmiały. Bo ja nigdy nie mogłam wyjść, musiałam pomagać mamie w ogarnianiu domu. Strasznie chciałam zasłużyć na pochwałę, więc się starałam. Pamiętam taką scenę. Mam w ręku szmatkę i pronto. Szoruje drewniane meble, uważnie, bo nie może być smug. W końcu mama mówi: „Świetnie zrobiłaś to, Ewelinko”. Od tej pory to było moje zadanie, czyszczenie mebli i szafek pronto. Nienawidziłam tego, starałam się dla niej.
Mąż gospodarnej żony nie zostawi
Jeden z tekstów o Magdzie Kostyszyn zaczyna się dowcipem. Dlaczego kobieta jest w przedpokoju? Bo ma za długi łańcuch. Ha ha ha. Urwała się na chwilę, czmychnęła od pieczenia, mycia garów, gotowania zup i szorowania piekarnika. Szczęściara. Dowcip dość makabryczny, jednak świetnie odzwierciedlający życie Polek jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Babki kobiet urodzonych w latach 70. i 80. najczęściej powtarzały: „Mężczyzna musi być tylko trochę ładniejszy od diabła i nie powinien być potworem. Od ciebie, dziecko, zależy wszystko– rodzinne szczęście i spokój” Jak to osiągnąć? Dbaj o męża, sprzątaj, wychowuj dzieci. Mąż gospodarnej żony nie zostawi. Babki nie tylko mówiły, ale też dawały przykład. – Moja babcia w nocy szorowała okna i piekła ciasta – wspomina Katarzyna, 30- latka. Babcie też miały swoje nauczycielki. Przez cały XIX wiek furorę robił poradnik dla panien i młodych mężatek Heleny Hoffmanowej „Pamiątka po dobrej matce czyli ostatnie porady dla jej córki”. A tam „złote prawdy” w stylu: „Staraj się dom mężowi przyjemnym czynić, żeby nie był zmuszony gdzie indziej szukać zabawy”, „Życie domowe to zawód, jaki Wszechmocny przeznaczył kobiecie”. Prof. Katarzyna Popiołek: – Kolejne pokolenia kobiet uczyły się, że to od ich gospodarności zależy małżeńskie szczęście. – Wstydź się, nigdy nie znajdziesz męża– mówiła matka do córki, która miała w pokoju bałagan. Wolałabym, żebyś bardziej dbała o dom– rzucała przyszła teściowa do młodej dziewczyny. Gdy we Francji, na przykład, wyrazem kobiecości była atrakcyjność seksualna kobiety, w Polsce „atrakcyjna” znaczyło gospodarna. Jeszcze w 1995 roku, według badań CBOS, kobieta na pracach domowych spędzała średnio ponad cztery godziny dziennie, mężczyzna zaś 50 minut i nigdy nie czuł się za swoją domową pracę odpowiedzialny. Kobiety chętniej angażowały też do pomocy córki.
Taka sama jak matka
Jest 23.00, Katarzyna przewraca się z boku na bok. „Boże, nie wywiesiłam prania” myśli. „Olewam to” postanawia. Przez kolejne dziesięć minut w jej głowie toczy się koszmar. Katarzyna racjonalna przekonuje samą siebie: mam półroczne dziecko, tyrałam cały dzień, mam przed sobą może cztery godziny snu, nie wstaję, pranie nie zając. Druga Katarzyna, ta obciążona traumami z przeszłości nie pozwala sobie jednak na odpoczynek: Nie wstaniesz i zostawisz ten syf w pralce? Wstyd, doprawdy. Taki przykład dasz swojej córce? W końcu Kasia zrezygnowana wstaje i rozwiesza cholerne pranie. Przy okazji dokręca kran, zbiera skarpetki po mężu, poprawia kapę i na koniec zmywa podłogę. Chociaż wie, że to wariactwo, uwielbia profil Chujowej Pani Domu, udostępnia jej zdjęcia.
– Ale trudno oderwać się od przekazów, które dostałam w domu. Muszę mieć czysto. Inaczej nie potrafię położyć się spać, odpocząć. Smuga na żaluzji? Biorę starą skarpetkę, odrobinę płynu do mycia naczyń i myję ją, aż będzie lśnić, fugi czyszczę świecą na kolanach.
Prof. Bartosz Łoza z kliniku psychiatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego w jednym z wywiadów powiedział: Polki chorują na depresję dwukrotnie częściej niż mężczyźni, szybciej tracą siły witalne i energię. Wiele z nich pierwszy kryzys przechodzi po trzech, czterech miesiącach po urodzeniu dziecka, gdy są przeciążone obowiązkami domowymi. Inne kobiety nie wytrzymują obciążenia pracą zawodową. U kobiet ryzyko depresji rośnie już po przekroczeniu 40– godzinnego tygodnia pracy. Gdy pracują 55 godzin w tygodniu, są dwukrotnie bardziej narażone na tę chorobę.
Katarzyna: – Moja siostra, czterdziestolatka, bardzo przypominała mamę. Wiecznie zmęczona, zaganiana, ogarniająca dzieci, dom. Załamała się, jak odszedł od niej mąż. Nie potrafiła zrozumieć: przecież była idealną żoną, dlaczego on ją zdradził. Nie chcę do tego dopuścić. Poszłam na terapię, bo nie potrafiłam sobie poradzić z własną perfekcyjnością. Tam zrozumiałam: dla mojej mamy perfekcjonizm to była forma kontroli. Sprzątała i kazała nam to robić, bo to była jedyna forma władzy nad mężem i jedyny sposób, by pokazać, że jest lepsza, że od niej zależymy. Wciąż się uczę: obsesja porządku, perfekcjonizm nie jest dowodem siły. To raczej wyraz słabości. Normalni ludzie sprzątają, ale nie czynią z tego filozofii życia.
Kochany, weź się do sprzątania
– Ta droga chyba jeszcze przede mną – mówi Kalina. – Czasem podziwiam zbuntowane trzydziestolatki, które mówią swoim mamom: halo, przepraszam, mój dom. Ja sprzątam kilka godzin przed przyjściem mamy, zapraszam ją wieczorem, żeby mniej widziała, a i tak się zawsze czepia. Jednocześnie od kiedy zamieszkałam sama, widzę w niej siebie. Przy wannie leży rolka z jednorazowym ręcznikiem, dwa razy dziennie szoruję wannę, potem poleruję ręcznikiem, bo jakbym nie sprzątała, osiada na niej czarny kurz. Potrafię zobaczyć małą, czarną plamkę i już koniec. Nie wykąpię się. Demon w mojej głowie mówi: „co za syf, ohyda”.
– U ludzi potrafię zauważyć każdy najmniejszy brud. Idę z mężem do przyjaciół i nie mogę oderwać wzroku od podłogi. Bo widzę, że nie jest wypolerowana. Mam w głowie radar, zupełnie, jak moja matka – opowiada Ewelina. I dodaje: – Ale tu nie chodzi o sprzątanie. Mama była terrorystką. Wywalała mi zeszyty, bo nieładnie pisałam. Kiedyś, w jeden dzień, musiałam przepisać sześć zeszytów, nigdy nie mogłam się spóźnić do szkoły, dla niej wszystko to był jeden i ten sam temat: odpuszczanie sobie, pobłażanie, słabość.
– Moja mama zawsze mówiła: „zrobiłam doktorat z trójką dzieci, a ty z jednym nie możesz obronić magisterki? Żartujesz?!”. Do tej pory gardzę w środku słabością, najbardziej nienawidzę jej u siebie – dodaje Kalina.
– Bo w obsesyjnym sprzątaniu nigdy nie chodzi tylko o sprzątanie. To też podkreślenie: jestem silna, mocna, potrafię – tłumaczy Ewa Woydyłło. – Do tej pory tłumaczę to kobietom, które podświadomie nie dopuszczają męża, dzieci do pomocy. „Zrobię to lepiej” mówią. Pytam: dlaczego to robisz? Jakie swoje potrzeby zaspokajasz w ten sposób? Czy jest sposób, żebyś zrobiła to inaczej?
Jeszcze w 1995 roku 56 proc. mężczyzn chciało, żeby kobieta zrezygnowała z pracy i zajmowała się dziećmi i domem. Od 2004 roku coraz mniej badanych deklaruje, że obowiązki domowe to sprawa kobiety. Według badań CBOS z 2013 roku 59 proc. Polek żyje w związku małżeńskim. 46 proc. osób będących w związkach jest za modelem partnerskim, w którym oboje w takim samym stopniu angażują się w sprawy rodzinne. Są to jednak najczęściej mieszkańcy dużych miast, z wyższym wykształceniem. Kobiety wciąż częściej obarczane są prasowaniem (82 proc), praniem (81 proc), rutynowym sprzątaniem (58 proc).
– Wiele zależy też od kobiety, naprawdę- tłumaczy Woydyłło. – Jeśli mężczyzna pochodzi z rodziny, w której miał obowiązki z łatwością dostosuje się do kobiety. Problem jest z tymi panami, których obsługiwała mamusia, a teraz ma obsługiwać żona.
„Nie mógłbym żyć w takim brudzie” pisze jakiś internauta do Magdy Kostyszyn.
„Nie mógłbyś? To posprzątaj” odpowiada ona.
– I to jest sedno– mówi Ewa Woydyłło. – Wybór. Niektórzy czasem się mnie pytają, jak w czasach buntu kobiet mogą powstawać takie programy jak Perfekcyjna Pani Domu czy Projekt Lady. Mogą. Bo to jest właśnie wolność – z wielu ról kobiecych możemy wybierać najlepszą dla siebie. To, że pani X. ma w nosie sprzątanie, nie znaczy, że pani Y. nie może mieć na tym punkcie obsesji. Chodzi o to, żebyśmy mogły żyć tak jak chcemy. Nie perfekcyjnie. Po swojemu. Bez demona matki nad sobą. I ze świadomością dlaczego takie jesteśmy – podkreśla Ewa Woydyłło.
– Ciągle szukam siebie w tym wszystkim – mówi Ewelina. – Taka sytuacja. Syf w moim mieszkaniu narasta: naczynia nie wstawione do zmywarki, tona ciuchów na podłodze, włosy w wannie. Wstaję rano i przemykam. Nie mogę na to patrzeć, gardzę sobą, że do tego dopuściłam. Ale nie potrafię się za to zabrać, bo pojawia się w głowie głos mamy: „I to jest dokładnie?!”. Odwlekam więc. Ale potem nagle dzieje się coś i dostaję szału. Krzyczę na męża, spędzam dzień na sprzataniu. Siadam potem na kanapie i myślę: „No dobra, zasłużyłam na kieliszek wina. Czuje się lepiej”. Rozumiem więc, że nigdy nie polubię bałaganu, porządek daje mi spokój. Ale potrafię też wynająć panią do sprzątania. Mama mnie pyta wtedy: „Nie wstyd ci?!”. A mi nie jest wstyd. Nie rozumiem i nie chcę umęczenia. Moja mama była stryrana i nieszczęśliwa. Do tej pory powtarza: „Poświęciłam dla was życie”.