Archiwa tagu: miasteczko

W małych miasteczkach jest normalnie!

Obraz może zawierać: 2 osoby, na zewnątrz

Od razu piszę, że zdjęcia nie są mojego autorstwa, a zostały pobrane ze strony promującej moje miasto.

Zdjęcia są piękne i wzruszające, a jutro obchodzić będziemy polskie Święto Niepodległości.

W moim mieście w Parku Moniuszki ustawiony jest kamień mówiący o tym jak podczas II Wojny Światowej odzyskaliśmy wolność , a miasto zostało wyzwolone!

W tym naszym parku, pod tym kamieniem składane są kwiaty i wieńce podczas każdej, ważnej uroczystości państwowej.

Jest wojsko i ważni przedstawiciele w moim mieście, a także harcerze i nasi mieszkańcy.

Uroczystości odbywają się w pięknej oprawie flagi biało – czerwonej i symbolicznego ognia, oraz salw honorowych!

Bardzo się cieszę, że w małych miasteczkach takie święta odbywają się w spokojnej, wzniosłej atmosferze i nie dotyka nas – mieszkańców hołota dresiarzy, karków, nazioli, faszystów  wrzeszczących antypolskie hasła – raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę!

Jutro zaczną się w większych miastach zawieruchy. Policja wyjdzie na ulicę, a marsze będą na siebie być może wpadały, albo się przecinały i postawię pytanie – czy tak powinniśmy obchodzić tak piękne święto?

Jak dobrze, że mieszkam w miejscu wolnym od takich draństw za przyzwoleniem Kaczyńskiego!

Dziś obserwowałam obchody 115 miesięcznicy Katastrofy Smoleńskiej i taki smutek mnie jakoś ogarnął.

Kanclerz Kaczyński zebrał swoich przybocznych i poszli na miejsce pomnika Lecha Kaczyńskiego.

Nie było publiki i nikt nie darł się Jarosław, a więc złożyli wieńce, odmówili modlitwę, a potem wskoczyli ze strachem w oczach do rządowych limuzyn i tyle ich widziano!

To już jest koniec Kaczyńskiego, który mruknął, że gospodarka chyli się ku upadkowi, a to oznacza, że wycofuje się z 500+ bo kasy brak!

Ja wiedziałam, że tak będzie!

Obraz może zawierać: ogień i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 2 osoby, drzewo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: 6 osób, na zewnątrz

 

 

Fanaberie prowincjuszki :)

Dobry wieczór.

Odpoczywam od wszystkiego. Odpoczywam od polityki, gdyż mamy ciszę wyborczą, a także odpoczywam od mężusia. Pojechał ze swoją grupą emerytów i rencistów na wycieczkę. Przez dwa dni mają w planie Ciechocinek i Toruń.

Cieszę się, że zwiedzi troszkę Toruń, bo ja znam to przepiękne miasto, a On nigdy tam nie był.

Jakoś dziwnie mi bez męża, bo tak cicho, ale daję radę, a tylko piesek bardzo tęskni i leży pyszczkiem zwróconym do drzwi i czeka.

Wybrałam się wczoraj z aparatem na spacer po moim miasteczku i zrobiłam klika fotek. Kiedy wstawiłam je na Facebooka pewien starszy pan, mieszkaniec mojego miasta zwrócił mi uwagę, że robię tylko zdjęcia ładnych i zadbanych miejsc, a pomijam te wstydliwe.

Wiem, wiem, o co temu Panu chodzi, gdyż w mieście mamy takie wstydliwe miejsce, a jest nim targowisko, gdzie ludzie handlują czym się da. Skoro jest bezrobocie, to tak zarabiają na swoje utrzymanie. Będę musiała pójść i zrobić kilka zdjęć tego miejsca, ogrodzonego wysokim płotem, aby za bardzo  nie rzucało się w oczy.

Nasze władze nie mają za dużo pieniędzy i nie stać ich, by postawić przyzwoite pawilony, aby jakoś to wyglądało, a więc każdy sobie skleci byle jaką budę i tak handluje. Nie jest to dobra wizytówka małych miasteczek, gdzie nie ma kasy.

Tak sobie spacerowałam i stwierdziłam, że toniemy w zieleni, ponieważ gdzie się nie pójdzie, to ta zieleń jest wszechobecna i to jest na plus wielki.

Pamiętam, że kiedy byłam w Paryżu rzuciły mi się w oczy takie uliczne kafejki, gdzie można prosto z chodnika przycupnąć i wypić dobrą kawę, albo zjeść smaczne  lody, czy tylko poczytać gazetę.

Bardzo mi się to podobało i choć moje miasteczko, to nie Paryż, ale brakuje u nas takich, sympatycznych miejsc, w których można by sobie usiąść i wypić kawusię i pogapić się na ludzi i stanowić z nimi jedność. Brakuje, choć nie twierdzę, że takich miejsc nie ma, ale są dość oddalone od centrum, a w samym mieście wieje pustką, bo i zjeść konkretnie nie ma gdzie.

Nasi mieszkańcy jeśli chcą zjeść rodzinny obiad muszą jechać do miasteczka oddalonego o 20 kilometrów na smaczne jedzenie, a jeśli chcą zjeść dobre, ale naprawdę dobre lody to muszą jechać jeszcze dalej.

Szkoda wielka, że w moim mieście wszelka gastronomia tak kuleje, a może ludzie boją się inwestować, bo plajta gotowa? Trudno zgadnąć, ale sobie myślę, że jeśli oferta byłaby ciekawa, to o żadnej plajcie nie było by mowy. Myślę, że nie ma pomysłu na moje miasteczko, a takich kafejek, w których nawet Senior mógłby posiedzieć naprawdę mi brakuje.

Przepraszam, ale tak mnie naszło podczas spaceru, że oprócz dziesiątek ławeczek, nie ma takiego miejsca, bliżej ludzi  z gorącą kawą w filiżance. Fanaberia? Myślę, że nie.

Miłego wieczoru.

Malwersacja w białych rękawiczkach w małym miasteczku

Moje miasteczko jest urocze i ludzie tutaj żyją nieśpiesznie. Nie spieszą się, bo jest to miasteczko emerytów i rencistów, którzy wiodą tutaj swoje życie bardzo spokojnie.

Największy ruch jest o poranku, kiedy ludzie idą do pracy, a są to przeważnie urzędy takie jak Urząd Miejski,  Urząd Skarbowy, czy też Starostwo. Idą do pracy pielęgniarki, bo mamy swój szpital. Idą do pracy do Sądu Rejonowego i oczywiście wszyscy ci, którzy mają swoje maleńkie biznesy, a więc wynajmują maleńkie lokale użytkowe, czy też handlują swoim asortymentem na rynku, albo też targowisku rozmaitości. Idą do szkół zaspane dzieciaki, pochylone od wciąż za ciężkich tornistrów.

Idą oczywiście do pracy policjanci, strażacy i nauczyciele, a potem miasteczko się wyludnia i nastaje błoga cisza i tylko widać ludzi robiących zakupy, którzy szukają tanich towarów po zbyt dużej ilości marketów, liczący każdą zaoszczędzoną złotówkę.

Kiedy wybija godzina 15 znowu robi się w miasteczku ruch, bo wszyscy wracają do domów i robią po drodze zakupy, a potem znikają z przestrzeni publicznej i tak od lat i tak codziennie nasze miasteczko wygląda. Piękne i ciche nie wadzące nikomu, choć bym skłamała, że nic się w nim nie dzieje i jest to martwa enklawa. Od czasu do czasu miasto żyje tym, że oddano nową komendę policji, czy też stację ratowniczą, albo Burmistrz zadbał o mola widokowe na piękne jezioro. Ludzie spacerujący mają dodatkową atrakcję, bo może usiąść na molo na ławeczce i sobie w czasie pięknej pogody poczytać, albo oddać się kontemplacji. Jest cudnie wręcz i ja osobiście kocham to miasteczko za to, że tone w zieleni i jest wiele miejsc, by usiąść, czy też pospacerować brzegiem jeziora po utwardzonej i wygodnej ścieżce, pośród dorodnych drzew, a więc ludzie spacerują, jeżdżą na rowerach, albo wędrują z kijkami. Raj po prostu raj jest w tym moim cichym miasteczku, ale!

Proszę sobie nie myśleć, że w takim małym miasteczku nikt nie bije się o władzę. Co cztery lata miasteczko budzi się i ostro dyskutuje na kogo by tu zagłosować, aby żyło się nam jeszcze lepiej i komu tu zaufać, aby nie zadłużył naszej gminy tak, że miasteczko będzie ledwo oddychało, że nawet zielone płuca nam nie pomogą. Jest ostra walka o pierwsze miejsce w mieście, a urzędnicy trzęsą portkami, czy nowa władza nie wymiecie  skutecznie i nie dobierze sobie załogi lojalnej i pracowitej. Oczywiście ten blady strach dotyczy najbardziej urzędników, którzy boją się o swoje posady, choć pracowali dobrze i byli swojej pracy oddani. Bywa tak, że ktoś dobrze pracujący musi odejść, bo nowa miotła ma na oku swojego faworyta, czy też faworytów i tu zaczynają się ludzkie dramaty, ale taka jest rzeczywistość, że nowa miotła zamiata i wymiata i tak też się stało z panią, nazwijmy ją Kasią,  aby nie przynudzać o pięknie mojego miasteczka.

Otóż pani Kasia podczas jednych z wyborów została zwolniona z pewnego urzędu i została pozbawiona miana naczelnika pewnego oddziału. Siedziała w domu cztery lata, ale nie zasypała gruszek w popiele, bo kiedy nastąpiły wybory, to ona na nowo wskoczyła na to samo stanowisko i z dumą nosiła swoje lico po głównej ulicy naszego cichego miasteczka. Ona też wymiotła kogo nie chciała i przygarnęła swoje jakieś koleżanki dawne i nowsze.

Zawsze nieskazitelnie ubrana w sukienki jak spod igły, buty z wysokiej półki i oczywiście nienaganna fryzura, a wszystko dopełniała apaszka z najlepszych materiałów. Naprawdę codziennie prezentowała się bardzo szykownie i musiała mieć w swojej szafie nieskończoną ilość sukienek, żakietów i takich tam babskich słabości.

Ja nie muszę chodzić po mieście, aby się czegoś dowiedzieć, bo pewnego dnia zadzwonił do mnie telefon i usłyszałam pytanie – A wiesz najnowszą wiadomość jaka zelektryzowała społeczność naszego miasta? – Jeśli nie to usiądź, jeśli stoisz?

– Ale, że co się stało, spytałam?

– No to słuchaj. Twoja dawna szefowa okazała się złodziejką i okradła urząd na 265 tysięcy złotych, czujesz to?

– Jak to okradła, jakim sposobem – dopytywałam, bo mimo, że z Kaśką nie miałam najlepszych relacji, to jakoś nie dochodziło do mnie, że mogła okraść urząd, jeśli przez cztery lata marzyła o tym, by wrócić na dawne stanowisko pracy.

– Posłuchaj, usłyszałam. Było tak od 2011 r., że skanowała fikcyjne faktury, na prawdziwe firmy, że zakupiła od nich to i owo. Podrabiała podpisy i przedkładała opisane faktury w kasie i tak jej się nabiło tyle pieniędzy. Czujesz to, usłyszałam, a ja?

Weszłam na forum naszego cichego miasteczka i przeczytałam, że pani Kasia faktycznie nas, jako społeczeństwo okradła. Z kicia wyszła za kaucją, ale mieszkańcy tego jej nie darują, bo mamy bardzo ambitne społeczeństwo i jeśli pani Kasia pojawi się w mieście, to odbiorą jej markową torebkę, albo płaszczyk i tak będą odbierać swoje pieniądze, a więc pani Kasia jest spalona w naszym cichym miasteczku, a społeczeństwo po cichu gada, że nie może się jej upiec. Tacy jesteśmy solidarni w tym małym i cichym miasteczku.

Ps. Czy ja się cieszę z tego telefonu? Ależ oczywiście, bo to zła kobieta była. 😀

W małych miasteczkach też się dużo dzieje!

W małych miasteczkach jak wiadomo ciężko jest z pracą, a jeśli pracę się jakimś cudem dostanie, to radość jest ogromna. Pani Helenka dobiegała już do pięćdziesiątki i kiedy otrzymała pracę w punkcie informacyjnym Miasta i Gminy to skakała z radości, że oto znów znajdzie się wśród ludzi, którym zawsze lubiła pomagać.

Miała w sobie wiele empatii, brzydziła się plotkami, ale była zawsze miłą osobą i uśmiechniętą i w tej małej społeczności bardzo lubianą. Cieszyła się, że sobie wreszcie dorobi do marnej renty i wesprze rodzinny budżet, bo choć mąż też pracował, ale dzieci się uczyły i zawsze te parę groszy więcej było potrzebne.

Bardzo szybko opanowała swoje obowiązki, a musiała nauczyć się obsługi kserokopiarki, a także opanować wszystkie połączenia telefoniczne w urzędzie oraz  do innych instytucji. I tak dzień za dniem uczyła się to wszystko spamiętać, aby odpowiednio pokierować petentami, którzy często byli zagubieni i potrzebowali pomocy. Musiała się szybko wszystkiego nauczyć, ponieważ pragnęła być profesjonalnym pracownikiem i aby jej przełożona nie miała do niej żadnych uwag.

To pani Helenka pierwsza codziennie była w pracy i to ją pierwszą widziano na wejściu, kiedy przychodzili pozostali pracownicy, często jeszcze zaspani i to ona z uśmiechem wręczała im klucze do gabinetów  życząc miłego dnia.

Praca jej polegała na odbieraniu telefonów, a było ich dziennie dziesiątki, oraz kserowaniu dokumentacji urzędowej, a także  informowaniu petentów dokąd mają się zgłosić i gdzie mogą załatwić swoje sprawy. Często pomagała im przy wypełnianiu druków, z którymi nie radziły sobie osoby starsze i tak w takim kołowrotku mijał jej czas, ale nie narzekała. Często było tak, że osiem godzin, non stop stała przy kserokopiarce i kserowała dokumenty, mapy geodezyjne i wiele ustaw na sesje. Robiła komplety dokumentów i je segregowała oraz spinała, aby każdy z radnych miał swój osobisty komplet.

Pracowała z całych sił najlepiej jak potrafiła i nikomu się nie skarżyła, choć często z pracy wychodziła kompletnie skonana i zmęczona, ale mimo tego każdego poranka była znów pierwsza w pracy.

Wszystko było by dobrze, ale do czasu. Jej przełożona potrafiła do niej przyjść trzy razy dziennie i zawsze miała jakieś uwagi, co do jej pracy. Wymyślała coraz to nowe zadania dla pani Helenki i obarczała ją dodatkowymi obowiązkami, choćby takimi, że kazała jej zliczać w zeszycie zużycie papieru do ksero i pod koniec dnia składać jej sprawozdanie. Kiedy kserokopiarka się zaczęła psuć i papier się zakleszczał w dziesiątkach miejsc, krzyczała na nią, że popsuła maszynę i to jest wina pani Helenki, choć serwis protokołem stwierdzał, że z tej maszyny już wiele się nie wyciągnie ze względu na zużyte części i maszyna psuć się będzie, albo trzeba zakupić nową.

Przełożona jednak stała przy swoim i za każdy przestój obarczała winą panią Helenkę, która niejednokrotnie ze łzami w oczach, na kolanach wyciągała z maszyny dziesiątki zepsutych kartek, aby tylko praca posuwała się dalej i bez zarzutu.

To był mobbing na pani Helence, która zaczęła przychodzić do pracy na drewnianych nogach, bo nigdy nie wiedziała, co wymyśli tego dnia jej przełożona i zaczęła się jej po prostu bać.

Kiedy wylała swoje frustracje na Pani Helence, wracała do swojego gabinetu, pełnego gości, którzy przychodzili do niej na godzinne kawki i ciasteczka, a z tego gabinetu dochodziły śmiechy i drwiny z pani Helenki, że jest taką nieudacznicą i złą pracownicą, co dobijało panią Helenkę, gdyż zupełnie na to nie zasługiwała i takie ośmieszanie jej było dla niej strasznie przykre.

O dziwo inni pracownicy byli w stanie zrozumieć, że ksero się psuje i czekali do momentu, kiedy przyjedzie serwis i je podciągnie, ale przełożona tego nie rozumiała i wrzeszczała na panią Helenkę, że opóźnia robotę i źle pracuje. Pani Helenka spokojnie jej tłumaczyła, ale do jej przełożonej to nie docierało i obarczała ją za to, że naraża urząd na koszty związane z serwisem. 

Pani Helenka sama nauczyła się w końcu zmieniać tonery w kserokopiarce i modliła się, aby pracowała bez zarzutu, a w ciągu dnia często nie miała czasu na wypicie kawy, czy herbaty nie mówiąc już o normalnym zjedzeniu śniadania, bo takiej przerwy przełożona jej nie udzieliła, a więc piła i jadła w biegu. Jednak wszystko przecież ma swój kres i koniec i pewnego dnia pani Helenka do pracy nie przyszła, ponieważ nie miała siły wstać z łóżka, bo tak była wykończona nerwowo.

Już nigdy do tej pracy nie wróciła, gdyż znalazła się na oddziale psychiatrycznym, a potem otrzymała rentę, gdyż mobbing odcisnął na niej wielkie piętno, bo zaczęła bać się ludzi i przestała wychodzić z domu. Nerwica i depresja leczone przez lata i wielki żal wyeliminowały ją z życia publicznego, ale po czasie ochłonęła i miała się całkiem dobrze, choć nie było już mowy, aby kiedykolwiek miała podjąć jakąkolwiek pracę.

Pewnego dnia zadzwoniła do niej koleżanka, która wciąż w tym urzędzie pracuje, ale niedługo już przejdzie na emeryturę i powiedziała jej w te słowa:

– Helenko, usiądź, cobyś nie spadła z fotela. – Mam dla ciebie kapitalnego niusa i myślę, że poprawię ci humor na cały dzień!

– Wiesz co?  Wczoraj przyszła policja do urzędu i zwinęli tę twoją oprawczynię, a wiesz za co? – Korupcja kochana, korupcja i malwersacja – 70 tysięcy  złotych, a więc szykuje się w urzędzie niezła chryja, bo będzie dochodzenie i kopanie w dokumentacji. Burmistrz się wściekł, a ludzie niektórzy siedzą jak myszy pod miotłą, bo będzie sypanie koleżanek i ciekawe, która będzie następna, bo to musiał być łańcuszek ha ha.

Pani Helenka choć nigdy nikomu w swoim życiu nie życzyła źle, to poczuła wielką satysfakcję, że oliwa zawsze na wierzch wypływa, ale nagle wróciły do niej obrazy z byłej pracy w postaci wspomnień o tej jakże niesprawiedliwej i butnej kobiecie, która o mały włos nie wysłała ją na tamten świat.

Finito i kurtyna!

Napiętnowana w małym miasteczku!

Melania, ale wszyscy mówili na nią Mela, to była młoda  kobieta w wieku 27 lat, która w małym miasteczku pracowała w urzędzie gminy na stanowisku aktywizacji i promocji. Wszędzie było jej pełno, bo jeśli trzeba było zorganizować miejskie dożynki, czy dni miasta, to ona nadawała się do tego idealnie.

Miała w sobie moc charyzmy i potrafiła w mig zaktywizować lokalnych sponsorów i zorganizować imprezę z orkiestrą i miejskimi wykonawcami, angażując wszystkich ważnych w mieście i wypromować miasteczko jak się patrzy.

Była nie zastąpiona i wszędzie było jej pełno, a wójt miasta nie musiał się martwić, że coś na imprezie promocyjnej miasta nie wypali. Była doskonała i kochała to co robi będąc swoim żywiole.

Swoim koleżankom zawsze mówiła, że jest niewierząca i nigdy nie wyjdzie za mąż, gdyż jej ojciec katował jej matkę, która z rozpaczy się rozchorowała i umarła, a więc nie wierzy w Boga i tylko kieruje się w życiu intuicją i zdrowym rozsądkiem.

Lubiła imprezować, ale robiła to z głową. W swoim wynajętym, malutkim mieszkanku urządzała często spotkania babskie i nie tylko, gdzie alkoholu było dużo, ale było wesoło i każdy wiedział, że Melania to rozrywkowa babka, ale nigdy nie zawaliła swojej pracy, a więc nie było się czego czepić.

Pewnego dnia Melania poczuła się źle i znalazła się na pogotowiu, a tam zaczęto podejrzewać, że jest w ciąży.

Położono ją na oddział i faktycznie Melania była w ciąży zagrożonej, jak stwierdził lekarz dyżurny i pozostawiono ją na obserwacji.

Fama po mieście rozeszła się bardzo szybko, bo niby z kim Melania miałaby być w ciąży? Przecież z nikim się nie spotykała, a więc wszyscy byli ciekawi skąd ciąża u Melanii.

Ktoś rzucił podejrzenie i plotka poszła, że często była wzywana do wójta miasta, a więc może wójt, który jest żonaty i ma dwoje dzieci, jest sprawcą tajemniczej ciąży?  Może to jakiś kolega z towarzystwa zrobił jej dziecko podczas zakrapianej imprezy i tak się wszyscy domyślali. Najgorzej było pod kościołem gdzie to starsze panie snuły domysły, że z pewnością Melania usunie tą ciążę, bo nigdy do kościoła nie chodziła, a urodzić dzieciaka wójta to wielki wstyd, a do tego jak można rozbijać rodzinę wójta?

Pluto na Melanię, że bezbożnica z niej i ladacznica. Wyklęto ją ze społeczności, kiedy ona leżała w szpitalu na podtrzymaniu ciąży i o niczym nie wiedziała, co szepcze się mieście, ale do czasu rzecz jasna. Odwiedzały ją koleżanki i naświetliły jak sprawy się mają!

Minęły miesiące i Melania urodziła, wbrew wszystkim pomówieniom, że to dziecko wójta, albo jakiegoś tam innego, że usunie niechcianą ciążę jak to baby plotły pod kościołem. Urodziła w terminie ślicznego chłopaka i tylko kiedy mogła go wyprowadzić na świeże powietrze pokazała dziecko całej społeczności udowadniając, że mimo wszystko dziecka nie usunęła, ale…

W miasteczku wciąż się domyślają, czyje to jest dziecko, ale Melania na ten temat milczy!

Ps. Żona wójta poprosiła Melanię o udostępnienie danych do wyników DNA, ale okazało się, że jej mąż nie jest ojcem, a więc baby pod kościołem nabrały wody w usta, a syn Melanii rośnie zdrowo, a ona kocha go nad życie, ale z pracy ją zwolniono!

Plotki wychodzą na świat, gdy chce im się pić!

Wyjrzała przez okno, a tam było tak pięknie. Ani jednej chmurki na niebie. O nie, nie będę siedziała w domu w taką pogodę. Czas wyjść i się dotlenić – pomyślała. Ogarnęła po weekendzie mieszkanie, a potem się stosownie do pogody ubrała. Włożyła książkę do torebki i wyszła z domu. Postanowiła, że posiedzi na ławce nad jeziorem i wystawi buzię do słońca, bo bardzo była zmęczona już zimą i związaną z nią szarością.

Aby dojść do jeziora i do swojej ulubionej ławeczki, musiała pokonać ok. pół kilometra. Doszła do parku, w którym ławki oddzielone są żywopłotem, a więc nie widać kto siedzi obok. Jest to dobre rozwiązanie, gdyż mogła poczuć się intymnie, nie widząc kto także wybrał się na spacer w tym samym celu.

Usiadła i rozejrzała się dookoła. Jest cudnie, a słońce padało prosto na jej twarz. Wzięła głęboki oddech, zachłysnęła się ciepłym powietrzem. Siedząc tak chwilę, postanowiła wyjąć książkę i oddać się lekturze. Zakładka była między 70, a 71 stroną. Zobaczę ile da mi się poczytać – pomyślała założywszy okulary.

Nagle usłyszała z za żywopłotu damski głos. Nie chciała podsłuchiwać, broń Boże, ale głos oddany do słuchawki telefonu komórkowego był donośny i nie można było udawać, że się nie słyszy słów kobiety z za żywopłotu.

– Słuchaj Danka, a wiesz, że ten Kazik, ten policjant, no wiesz, ten wysoki ma romans z tą Kaśką, co w mlecznym pracuje?

– No, żonaty jest, pewnie, że żonaty. No nie wiem, czy żona o tym wie, ale spotykają się regularnie w tym hoteliku, no wiesz, obok domu kultury, w tym maleńkim, gdzie na godziny można wynająć pokój. Bezczelny, co nie?

– Ale mam dla ciebie lepszą wiadomość, ten lekarz, co składał ci rękę, no ten przystojny taki, to ma romans z pielęgniarką. Żonaty jest i już huczy całe miasto.

– Że co? A pewnie, że żona nic o tym nie wie, bo żony dowiadują się ostatnie – nie wiesz o tym?

– No to sobie poplotkowałyśmy, bo wiesz, ja siedzę na ławce i tak z tobą rozmawiam, ale wpadnę na kawę, to ci więcej takich plotek przyniosę, bo wiesz, że u fryzjera można się wszystkiego dowiedzieć. Ale jaja, co nie? Ok, kończę, wstawiaj wodę na kawę, bo będę za pięć minut!

A więc jakoś nie mogła się po tym, co usłyszała, skupić już na książce, gdyż oddała się refleksji, iż jak to dobrze, że obecne jej życie toczy się trochę na uboczu i na co dzień nie musi być karmiona miejskimi plotkami, krążącymi od salonu fryzjerskiego do poczekalni u lekarza. Plotami krążącymi z prędkością światła, które żyją własnym, nie pisanym życiem. Pamiętała, że gdy pracowała, nie sposób było obronić się przed wszędobylską plotką, gdyż zawsze ktoś, gdzieś, w kuluarach gabinetów urzędowych się nimi karmił, na zasadzie – powiem ci coś ciekawego, ale pamiętaj, zostaw to tylko dla siebie i nie powtarzaj nikomu – akurat!

Tu wkleję słowa piosenki Maryli Rodowicz i Seweryna  Krajewskiego, świetnie oddające klimat małych miasteczek i wszechobecnej plotki!

Gdzie diabeł „dobranoc” mówi do ciotki, 
gdzie w cichej niezgodzie przyszło nam żyć, 
na piecu gdzieś mieszkają plotki, 

wychodzą na świat, gdy chce im się pić.

Niewiele im trzeba – żywią się nami, 
szczęśliwą miłością, płaczem i snem. 
Zwyczajnie – ot, przychodzą drzwiami, 
pospieszne, jak dym i lotne, jak cień. 

Gadu, gadu, gadu, gadu, gadu, gadu nocą, 
Baju, baju, baju, baju, baju, baju w dzień  

Gdzie wdowa do wdówki mówi: „kochana”, 
gdzie kot w rękawiczkach czeka na mysz, 
gdzie każdy ptak zna swego pana, 
tam wiedzą, co jesz, co pijesz, gdzie śpisz.

Gdy noc na miasteczko spada, jak sowa,
splatają się ręce takich, jak my 
i strzeże nas księżyca owal, 
by żaden z złych dni nie pukał do drzwi. 

A potem siadamy tuż przy kominku ([siadamy tuż przy kominku) 
i długo gadamy, że to, że sio… (na na na) 
Tak samo jak ten tłum na rynku ( jak ten tłum), 
pleciemy co kto, kto kiedy, gdzie kto… 

Gadu, gadu, gadu, gadu, gadu, gadu nocą, 
Baju, baju, baju, baju, baju, baju w dzień.