Archiwa tagu: pamięć

Droselklapę tandetnie zablindowano!

Znalezione obrazy dla zapytania kobuszewski

Młodzi ludzie z pewnością nie wiedzą kim był Jan Kobuszewski, który dzisiaj od nas odszedł.

My ludzie starsi pamiętamy jego aktorskie poczynania, bo w tym, jakże smutnym PRL-u nas bawił do łez!

My ludzie PRL-u nie mieliśmy za wiele rozrywek i dlatego gapiliśmy się w czarno – białe telewizory i zdarzyło się, że władze ówczesne pozwalały na emisję kabaretu, teatru, czy też filmu, gdzie grał Pan Jan z innymi, naszymi, wspaniałymi aktorami, którzy zaczynają nas opuszczać.

Nagle gaśnie jakaś epoka złożona z wybitnych osobowości!

Pan Jan był nie tylko świetnym aktorem, ale także cudownie, ciepłym i przyzwoitym człowiekiem.

Postawił w swoim życiu na sztukę, a nie na komercję, żyjąc skromnie ze swoją żoną 50 lat.

Nie pchał się na afisz, a robił wszystko to, co umiał najlepiej i za to był szanowany, a starsi ludzie pamiętają jego twórczość i często ja wracam na YT, by sobie powtórzyć tamte role kabaretowe.

Nie będę wklejała dorobku Pana Jana, bo to można sobie samemu w Google sprawdzić, a wkleiłam jeno jego zaangażowanie w skeczu napisanym przez Juliana Tuwima pt. „Ślusarz” z bezbłędną interpretacją Kobuszewskiego.

W tym poniższym tekście Google nieustająco podkreśla na czerwono, bo nie zna tego, dawnego warszawskiego języka!

Już nie ma takich aktorów, bo tamta liga pomału od nas odchodzi i zostaje nam tylko ich pamiętać!

Kocham Pana – Panie Janku – spoczywaj w spokoju!

Odszedł Jan Kobuszewski [*] i przypomnijmy sobie skecz J. Tuwima, w którym Jan Kobuszewski wystąpił!
„Ślusarz
Julian Tuwim
W łazience co się zatkało, rura chrapała przeraźliwie, aż do przeciągłego wycia, woda kapała ciurkiem. Po wypróbowaniu kilku domowych środków zaradczych (dłubanie w rurze szczoteczką do zębów, dmuchanie w otwór, ustna perswazja etc.) – sprowadziłem ślusarza.
Ślusarz był chudy, wysoki, z siwą szczeciną na twarzy, w okularach na ostrym nosie. Patrzył spode łba wielkiemi niebieskiemi oczyma, jakimś załzawionym wzrokiem. Wszedł do łazienki, pokręcił krany na wszystkie strony, stuknął młotkiem w rurę i powiedział:
Ferszlus trzeba roztrajbować.
Szybka ta diagnoza zaimponowała mi wprawdzie, nie mrugnąłem jednak i zapytałem:
– A dlaczego?
Ślusarz był zaskoczony moją ciekawością, ale po pierwszym odruchu zdziwienia, które wyraziło się w spojrzeniu sponad okularów, chrząknął i rzekł:
– Bo droselklapa tandetnie zblindowana i ryksztosuje.
– Aha, – powiedziałem – rozumiem! Więc gdyby droselklapa była w swoim czasie solidnie zablindowana, nie ryksztosowała by teraz i roztrajbowanie ferszlusu byłoby zbyteczne?
– Ano chyba. A teraz pufer trzeba lochować, czyli dać mu szprajc, żeby tender udychtować.
Trzy razy stuknąłem młotkiem w kran, pokiwałem głową i stwierdziłem:
– Nawet słychać.
Ślusarz spojrzał doć zdumiony:
– Co słychać?
– Słychać, że tender nie udychtowany. Ale przekonany jestem, że gdy pan mu da odpowiedni szprajc przez lochowanie pufra, to droselklapa zostanie zablindowana, nie będzie już więcej ryksztosować i, co za tym idzie ferszlus będzie roztrajbowany.
I zmierzyłem lusarza zimnem, bezczelnem spojrzeniem. Moja fachowa wymowa oraz nonszalancja, z jaką sypałem zasłyszanemi poraz pierwszy w życiu terminami, zbiła z tropu ascetycznego ślusarza. Poczuł, że musi mi czem zaimponować.
– Ale teraz nie zrobię, bo holajzy nie zabrałem. A kosztować będzie reperacja – wyczekał chwilę, by zmiażdżyć mnie efektem ceny – kosztować będzie… 7 złotych 85 groszy.
– To niedużo, – odrzekłem spokojnie – myślałem, że co najmniej dwa razy tyle. Co się za tyczy holajzy, to doprawdy nie widzę potrzeby, aby pan miał fatygować się po nią do domu. Spróbujemy bez holajzy.
Ślusarz był blady i nienawidził mnie. Uśmiechnął się drwiąco i powiedział:
– Bez holajzy? Jak ja mam bez holajzy lochbajtel kryptować? Żeby trychter był na szoner robiony, to tak. Ale on jest krajcowany i we flanszy culajtungu nie ma, to na sam abszperwentyl nie zrobię.
– No wie pan, – zawołałem, rozkładając ręce – czegoś podobnego nie spodziewałem się po panu! Więc ten trychter według pana nie jest zrobiony na szoner? Ha, ha, ha! Pusty śmiech mnie bierze! Gdzież on na litoć Boga jest krajcowany?
– Jak to, gdzie? – warknął ślusarz – Przecież ma kajlę na uberlaufie!
Zarumieniłem się po uszy i szepnąłem wstydliwie:
– Rzeczywiście. Nie zauważyłem, że na uberlaufie jest kajla. W takim razie zwracam honor: bez holajzy ani rusz.
I poszedł po holajzę. Albowiem z powodu kajli na uberlaufie trychter rzeczywiście robiony był na szoner, nie za krajcowany, i bez holajzy w żaden sposób nie udałoby się zakryptować lochbajtel w celu udychtowania pufra i dania mu szprajcy przez lochowanie tendra, aby roztrajbować ferszlus, który źle działa, że droselklapę tandetnie zablindowano.”

Już jesień, a za progiem Święto Zmarłych!

Znalezione obrazy dla zapytania groby

Tydzień wcześniej ludzie sobie przypominają o tych, których już nie ma, a więc pędzą  z wiadrami, szczotkami, aby przygotować groby na 1 listopada.

Wtedy przy grobach, raz do roku spotykają się kuzynki, kuzyni, ciotki, wujkowie, siostry, bracia, no cała niemal rodzina, zobowiązana tym dniem.

Ubierją się jak najładniej, przywdziewając nowy płaszcz, może piękne futro i obowiązkowo nowe buty i nie szkodzi, że nie ma śniegu, najczęściej są to długie, pachnące, nowością kozaczki.

Panowie w eleganckich kurtkach, nowych spodniach i często w kapeluszu, bo szyk być musi.

Przychodzi ten dzień podczas, którego jest odprawiania msza na cmentarzu.

Przecież wszyscy, to są wzorowi katolicy i nie wypada nie zebrać się przy grobach, aby wspólnie  wysłuchać słów księdza przez kiepskie głośniki.

Stoją na baczność, może troszkę przestępując z nogi na nogę, w milczeniu.

Jeden patrzy się na migające znicze, drugi skupia wzrok gdzieś w nicość -smutni, jakby nieobecni, zadumani, jakby trochę obojętni.

Nikt na nikogo nie patrzy, nie uśmiecha się, nie próbuje zagadać, choćby jak tam zdrowie, co u ciebie słychać – totalne milczenie jakby nikt nikomu do niczego nie był potrzebny.

Zresztą o czym tu gadać, skoro nie widzieli się cały rok i nikt do nikogo nie ma o to pretensji, to niby dlaczego mieli by dzisiaj wymieniać jakieś uprzejmości i się nadmiernie wysilać.

Skończy się msza, to się przecisną w tłumie i wrócą do domu na wcześniej przygotowany obiad, a potem wypiją gorącą kawę i skosztują kawał ciasta i wszystko wróci do starego porządku.

Ona nie raz widziała takie sceny i kiedy tylko odeszła od grobu, słyszała szepty za plecami. 

– Terenia, widzisz jak ona się zmieniła i zobacz, dalej siedzi z tym swoim mężusiem, ciekawe czy dalej ją zdradza?

– A wiesz, że jej córka straciła kolejne dziecko, co do cholery z nimi jest nie tak?

– Ale to nic moja droga, zobacz jak ona przytyła i wygląda jak potwór.

– Wiesz, a ja słyszałam, że ona choruje na cukrzycę i dlatego.

– Poważnie? No patrz, kto by pomyślał, że ją też choroby dopadły…

I tak dalej, i tak dalej i Ona już nie chce uczestniczyć w tym.

Ona idzie na swoje groby dzień wcześniej, stawia kwiaty i zapala lampki.

Ona nie cierpi szeptanek za plecami, dziwnych aluzji, nie szczerych uśmiechów, bo dla niej najważniejsza jest pamięć o tych, których już nie ma.

Niech inni sobie szepczą do woli i niech mają z tego satysfakcję, że niby z nimi wszystko w porządku i są wiecznie piękni i młodzi.

Ona odcina się od hien cmentarnych.

Woli samotnie przejść się alejkami z zaciśniętym gardłem z żalu, kiedy dochodzi do grobów swoich bliskich, którzy odeszli i są głęboko w jej sercu!

Obraz może zawierać: ludzie stoją, kwiat, roślina, drzewo, na zewnątrz i przyroda

Nie jesteśmy na tej Ziemi na zawsze!

W każdym domu Wigilia jest inna.

W każdym domu są inne problemy, gdyż nie ma „domu bez złomu” i to od nas rozumnych zależy, czy spędzimy piękne chwile, czy okrutnie niezgodne.

W każdym domu o  czym innym będziemy rozmawiali, albo zachowawczo unikali niewygodnych tematów typu niespokojna polityka w kraju i podziały.

Moje święta w tym roku będą też inne, od tamtych, minionych.

Moje święta będą, co prawda w gronie rodzinnym, z Córkami, Zięciami i Wnuczkami i dalszą Rodziną, ale w tyle głowy będę miała nieuleczalną chorobę mojej Mamy i dlatego w te święta będę przygaszona i smutna, bo nikt nie wie ile dni jej zostało?

Pamiętajmy o swoich chorych w rodzinach. Pamiętajmy, że te ostatnie chwile im dane, są dla nich cenniejsze niż wszystkie diamenty na tym świecie.

Przygotowałam święta jak każdego roku, ale sobie myślę jak będzie za rok?

Nikt nie przewidzi, czy jakaś choroba nie wkrada się niepostrzeżenie w nasz organizm i potajemnie go zżera.

Dlatego nie warto być butnym, złośliwym, złym, bo nie jesteśmy na tym świecie na zawsze!

Cieszymy się każdym, danym nam dniem, bo przyszłość jest wielką niewiadomą.

Żyjmy pokornie wobec nieznanego losu!

Tak Panie Kaczyński i Pan nie będzie żył wiecznie, a zostawi Pan po sobie Polskę w ruinie!

I to też mnie smuci!

Moim gościom na blogu życzę szczęśliwych Świąt w gronie inteligentnych rozmówców, co by nie zaprzedali się polityce, kościołowi, a wiedli mądre dysputy o poezji, filmie, prozie, teatrze, Wnukach, Nieobecnych. Niech wszystkich opuści narodowe zacietrzewienie.

 

Wigilia w tym roku

Kwadrans po osiemnastej
siadam do Wieczerzy
nie sam choć
wokół pusto i cicho
z Tobą jestem
nie mamy opłatka
dzielimy się
jednym słowem pełnym
tkliwości i nadziei
brzmi ono miłość

To krzesło obok zgodnie
z tradycją puste
nie czeka jednak na
zbłąkanego wędrowca
na nim miała siedzieċ
Matka
konająca nieopodal w hospicjum

nie poznała mnie dzisiaj
nie przywitała uśmiechem
patrzyła matowymi oczyma
daleko przed siebie
wypatrując zapewne
Domu Pana Boga

Pocałowałem Ją czule w usta
jak więdnącą roślinkę
pozostawiłem samą sobie aż
nieodwracalnie zwiędnie
nigdy już nie siądzie ze mną
przy jednym stole
podobnie jak Ojciec i
podobnie jak Brat
a Bóg się rodzi Noc truchleje
jak co roku od tysięcy lat.

Ryszard Mierzejewski

Kto pisze jeszcze listy i biegnie do czerwonej skrzynki pocztowej?

Miałam kiedyś wielki karton z listami pisanymi w czasie młodości. Pamiętam, że pisałam z wieloma osobami zapoznanymi na koloniach, kiedy to zawiązała się jakaś przyjaźń.

Potem pisałam z pierwszym chłopakiem, który mieszkał daleko ode mnie, a zapoznałam go, kiedy przyjechał na wakacje do mojego miasta. Pisał do mnie dużo, a ja trochę z litości mu odpisywałam, gdyż nie było ode mnie żadnej chemii.

Pisałam też z koleżanką, sporo starszą ode mnie i jak to bywa w życiu, kiedyś te korespondencje się urwały z różnych życiowych przyczyn.

Mijały lata i karton z listami zlikwidowałam, gdyż uważałam, że jest to niepotrzebna makulatura i niestety, ale będąc na emeryturze bardzo tego żałuję, a nawet okropnie żałuję. Już nie mam możliwości do tego, aby sięgnąć po młodzieńcze myśli i dylematy. Nie róbcie tego nigdy!

Zawsze miałam dość ładny charakter pisma i starałam się by moje listy były schludne i przemyślane. To była taka ważna chwila, kiedy oczekiwało się na list i kiedy się siadało w zacisznym miejscu, by na ten list odpisać i zanieść na pocztę, wrzucić do czerwonej skrzynki i niech leci w świat!

Teraz po latach trochę mi się moje pismo zwichrowało. Literki się już trochę krzywią, bo może dlatego, że na nosie wiszą okulary.

Patrzę na swoje pismo z uśmiechem, bo czasem muszę coś ręcznie napisać i dochodzę do wniosku, że ja się starzeję i moje pismo też i nie ma na to rady.

Ciekawa jestem, czy we współczesnym świecie, w dobie technologii jest jeszcze ktoś, kto pisze ręcznie, długopisem, czy piórem listy?

Ja i owszem piszę, ale już tylko za pomocą klawiatury i tu pozdrawiam Ciebie „A”.

A teraz wstawię takie porady z sieci o tym, jak to się kiedyś robiło, by list był piękny i z duszą, oraz klasą.

Może jeszcze komuś się przyda. 🙂

SZTUKA PISANIA TRADYCYJNYCH LISTÓW – EPISTOLOGRAFIA

7 października 2013 

Kiedy ostatnio otrzymaliście prywatny list w kopercie, dostarczony pocztą i ręcznie pisany? Kiedy taki wysłaliście? Sztuka ręcznego pisania listów niestety zanika, a e-maile wcale ich nie zastępują. Wielka szkoda, że podejmując dziś temat pisania listów, mówię w istocie o rzeczy dla wielu osób bardzo retro. Są jednak momenty, w których tradycyjny list będzie najlepszym środkiem komunikacji. Przypomnijmy więc sobie jak się je pisze.

Fot. State Library of Victoria (CC BY-NC 2.0)
Fot. State Library of Victoria (CC BY-NC 2.0)

BUDZĄ SIĘ WSPOMNIENIA

Sam kiedyś sporo korespondowałem i do dzisiaj trzymam w pudełku całą stertę listów. Trzymam je na pamiątkę. Nie wiem tylko, czy na pamiątkę spraw, które zaprzątały niegdyś mój młodzieńczy umysł, czy na pamiątkę ginącego zwyczaju pisania listów.

Doskonale pamiętam te czasy, gdy po kilka dni a nawet tygodni czekałem na odpowiedź na mój poprzedni list. Po jej otrzymaniu, celebrowałem moment otwierania koperty i wczytywania się w treść. Następnie trochę czasu zajmowało mi przemyślenie mojej odpowiedzi, dobór odpowiedniego stylu i papieru (czasem bowiem eksperymentowałem z formą). Samo napisanie listu było wyzwaniem, zwłaszcza jak się miało tak brzydkie pismo, jak moje. List musiał być przynajmniej czytelny. Później koperta, spacer na pocztę, wybór znaczka… i znów oczekiwanie na odpowiedź. To były fajne czasy!

PO CO NAM LISTY?

Każdy może się zastanawiać po co mielibyśmy sobie zaprzątać głowę czymś tak mało przydatnym, jak sztuka pisania listów? W końcu mamy telefony komórkowe, e-maile i mnóstwo innych sposobów komunikacji przez internet. Listy są obecnie czymś innym. Nie służą do podstawowej wymiany zdań. Zresztą nie służyły już do tego również w czasach mojej młodości.

To raczej sposób na pogłębianie znajomości, rozmawianie o sprawach bardziej intymnych i delikatnych. Dla piszącego natomiast to świetna szkoła planowania wypowiedzi, zbierania myśli i dobierania słów. Ponadto to bezcenna dzisiaj okazja do szlifowania estetyki własnego pisma odręcznego. Tych okazji mamy coraz mniej. W końcu dzięki listom możemy przywrócić jeden z niesłusznie odrzuconych, niecodziennych rytuałów.

 

Autor: Heiman Dullaart, między 1653 a 1684 r.
Autor: Heiman Dullaart, między 1653 a 1684 r.

JAK PISAĆ LISTY?

Ręcznie pisane listy dużo mówią o nadawcy. Można na ich podstawie próbować wyrobić sobie opinię o autorze. Dlatego powinniśmy przyłożyć się, by list pisany przez nas spełniał wszelkie wymagania i był naszą najlepszą wizytówką. Poniższych kilka zasad ułatwi nam to zadanie.

PRZEMYŚL

List musi być dobrze przemyślany. Jeśli zostanie źle zrozumiany przez adresata, okazję do sprostowania możemy mieć dopiero po wielu dniach, kilku tygodniach albo nawet nie będziemy jej mieć w ogóle. Dobrym pomysłem będzie sporządzenie szkieletu takiego listu na osobnej kartce. Niech poszczególne myśli łączą się w logiczny sposób. Jeśli masz problem z ortografią i interpunkcją, może powinieneś zapisać „na brudno” całą treść listu i sprawdzić jej poprawność przed zapisaniem „na czysto”. Pozwoli to uniknąć niepotrzebnych skreśleń.

Stąd też należy unikać dodawania dopisków (post scriptum – P.S.) do listu. Świadczą one o tym, że wiadomość pisano bez przemyślenia i w pośpiechu, a autor już po zakończeniu przypominał sobie o kolejnych sprawach. W listach prywatnych dopuszcza się jeden, maksymalnie dwa „peesy” (P.P.S), a w listach oficjalnych żadnego.

Listów nie należy pisać w uniesieniu, a tym bardziej pod wpływem alkoholu. Papier przyjmie więcej niż normalnie chcielibyśmy napisać, ale później możemy tego żałować. Jeśli treść listu ma być ostra, najlepiej na spokojnie ją przemyśleć i dobrać skuteczne, ale nie obraźliwe słowa.

Pamiętaj też, że ludzie zachowują listy, a treść zapisana na papierze nie jest chroniona hasłem. Pisząc, miej na uwadze to, że ktoś niepowołany może przeczytać Twoją wiadomość. Jeśli piszesz prywatnie o sprawach delikatnych, staraj się nie używać dokładnych określeń, ani imion. Będzie większa szansa, że tylko adresat zrozumie sens przekazu.

STRUKTURA LISTU

List zaczynamy od podania w prawym górnym rogu miejsca i daty jego spisania. Miesiąc w dacie należy podać słownie. Niekiedy, adresując wiadomość do ważnych osób, pisze się te informacje pod listem, po lewej stronie.

Parę linijek pod datą (jeśli była na górze) wstawiamy zwrot do adresata. Ta apostrofa nie ma na celu przywitanie się, ani pozdrowienie, lecz zwraca uwagę odbiorcy i informuje, że treść jest kierowana do niej. Dlatego zaczynamy listy od wołacza: „Droga Ciociu”, „Najmilsza Gosiu”, „Szanowni Państwo” itp. Zwroty typu „Dzień dobry”, „Witam”, „Hej!” czy nawet imię adresata w mianowniku są błędami.

Po wołaczu stosujemy wykrzyknik (przecinek w bardziej oficjalnych listach). Po przerwie zaczynamy od nowego akapitu, od wielkiej litery (jeśli wcześniej był wykrzyknik). Powyższe dwie zasady odróżniają listy pisane ręcznie od e-maili.

Dalej następuje główna treść listu, o której piszę poniżej. Na końcu zaś należy pozdrowić adresata i podpisać się imieniem i nazwiskiem.

Wszystkie zwroty do adresata piszemy oczywiście wielką literą.

Fot. Petar Milošević (CC BY-SA 3.0)
Fot. Petar Milošević (CC BY-SA 3.0)

TREŚĆ

Główna część listu także ma odpowiednią formę. Im lepiej znamy adresata, tym możemy pozwolić sobie na więcej odstępstw, ale układ zazwyczaj pozostaje ten sam. Należy zacząć od uprzejmego i bardziej ogólnego wstępu, który rozluźni adresata przed poznaniem meritum sprawy. To jest miejsce na podziękowanie za poprzedni list i krótkie, wstępne odniesienie się do niego.

Dopiero w kolejnym akapicie przechodzi się do najważniejszych kwestii. Jeśli piszemy z jakąś prośbą, trzeba starać się sformułować ją jasno i możliwie zwięźle. Jeśli jednak wyszedł z tego dłuższy wywód, przyda się krótkie podsumowanie. Na koniec oczywiście zakończenie, pisane z myślą pozostawienia dobrego wrażenia u odbiorcy.

Na podstawie tego układu widać, że list będzie miał przynajmniej trzy akapity – wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Jeśli piszemy list dłuższy niż na jedną stronę, możemy pisać na odwrocie. Kiedyś podawało się w takim wypadku zwrot „verte” (łac. „odwróć”) na dole pierwszej strony. Informował on, że list jest kontynuowany na odwrocie. Choć nie wydaje mi się to konieczne, może to być przyjemny smaczek w naszym liście.

PAPETERIA

W korespondencji pisanej ręcznie strona wizualna ma o wiele większe znaczenie niż przy e-mailach, które dodatkowo są formatowane przez różne klienty poczty elektronicznej. Pierwszą rzeczą, na jaką zwrócimy uwagę, będzie papier. Im prostszy, tym lepszy. Niech to będzie gładki, biały lub jasnego koloru arkusz A4 z jak najmniejszą ilością dodatków. W przypadku braku odpowiedniego zestawu papeterii wystarczy papier do drukarki i biała koperta. W żadnym wypadku kartka wyrwana z zeszytu! Papier musi być czysty i nie pognieciony.

Kolorowe papeterie, będące często ikonami kiczu, niech pozostaną w kioskach. Lepiej zainwestować w wyższej jakości papier niż burzę kolorów. Tę zasadę można oczywiście nagiąć, gdy korespondujemy z bliską osobą i mamy w tym jakiś cel.

Z papeteriami jest jednak jeden podstawowy problem – są produktem wielce deficytowym. W poszukiwaniu papeterii udałem się do czterech sklepów papierniczych i jednej placówki Poczty Polskiej w centrum Poznania. Tylko w jednym z salonów papierniczych miałem jakikolwiek wybór papeterii, ale z klasycznych znalazłem tylko to, co widać na poniższym zdjęciu: zwykłe białe koperty i połówki zwykłych arkuszy do drukarki. Wymagającym pozostanie dobieranie osobno kart papieru i kopert.

Czas-Gentlemanow-list5

CHARAKTER PISMA

Listy piszemy oczywiście odręcznie i bardzo dbamy o estetykę naszego pisma. Choćby po to warto pisać listy, by szlifować umiejętność ładnego pisania. Jeśli mamy bardzo złe pismo, powinniśmy przysiąść i postarać się doprowadzić je do czytelnego stanu. Nie ułatwiajmy sobie od razu życia komputerem.

Jedyna sytuacja, w której możemy sobie pozwolić na wydrukowanie listu, to choroba czy inny poważny powód uniemożliwiający nam napisanie czytelnego tekstu. Wówczas należy tę sprawę krótko wyjaśnić w liście (jest to bowiem poważne odstępstwo od reguły) i ręcznie dopisać jedynie nagłówek i podpis.

Przy pisaniu listów warto sięgnąć po wieczne pióro. Napisany nim list będzie miał w sobie więcej charakteru. Używamy czarnego lub niebieskiego atramentu. Z innych kolorów należy zrezygnować.

KOPERTY

Po sporządzeniu listu, należy go estetycznie zagiąć tak, by bez problemu mieścił się w kopercie. Koperty dobieramy albo do kompletu, albo zwykłą białą. Przyjmuje się, że podłużne koperty są używane w korespondencji oficjalnej, więc do prywatnej lepszym wyborem może się okazać zwykły rozmiar (11×16 cm).

Adresata i jego adres zapisujemy bardzo starannie. Z jednej strony ułatwiamy tym pracę poczcie (mamy więc większą pewność, że list dojdzie), a z drugiej okazujemy szacunek odbiorcy. Popełnienie błędu w nazwisku robi złe wrażenie już przed otwarciem koperty!

Osoby bliskie możemy zaadresować imieniem i nazwiskiem. Osoby mniej znane zaadresujemy dodając tytuł „Szanowni Państwo”. Poprawne skróty to: „Sz. Pani …”, „Sz. Pan …”, „Sz. Państwo …”. Np.: „Sz. Pan Łukasz Kielban”.

W lewym górnym rogu koperty dodajemy nasze dane pocztowe, żeby list mógł do nas w razie niedostarczenia wrócić. Podpisujemy tylko imieniem i nazwiskiem, gdy zależy nam jedynie na tym, by adresat wiedział od razu, kto jest nadawcą.

By nadać listowi wyglądu bardziej retro, możemy go zalakować. Lak niekiedy można dostać w specjalistycznych sklepach. Mi kiedyś udało się go kupić w Muzeum Papiernictwa w Dusznikach Zdrój. Problem z lakiem jest jednak dwojaki. Zasadniczo należałoby go przybić jaką pieczęcią, a tej większość z nas nie ma. Choć da się to zamarkować domowymi środkami. Gorsze jest jednak to, że taki lak z pewnością odpadnie podczas transportu, więc trzeba zalakowaną kopertę włożyć w inną, ochronną.

NA KONIEC

Pozostaje teraz już tylko udanie się na pocztę, wybór odpowiedniego znaczka i wrzucenie listu do skrzynki. Zacznie się wówczas ten niecierpliwy okres oczekiwania na odpowiedź. Odpisywać należy w przeciągu tygodnia, najwyżej dwóch. Powyżej tej granicy trzeba przy pierwszej okazji przeprosić korespondenta za zwłokę.

Mary Pickford czytająca list. Ok. 1918 r.
Mary Pickford czytająca list. Ok. 1918 r.

DOBRE ZWYCZAJE

Do zasad dobrego wychowania należy też nie otwieranie i nie czytanie listów w czyjejś obecności (chyba, że to króciutka i ważna wiadomość). Okazalibyśmy tym samym brak szacunku dla towarzyszy. Nie czyta się też prywatnej korespondencji na głos, ani nie udostępnia sie jej osobom postronnym. Należy również zadbać by listy nie wpadły w niepowołane ręce.

PISZMY LISTY

Jeśli o czymś zapomniałem albo coś pomyliłem, proszę mnie naprostować.

Już za chwilę będziemy mieli wszyscy okazję powrócić do tej wspaniałej tradycji. W środę 9 października jest Światowy Dzień Poczty rozpoczynający tydzień pisania listów. Tego dnia rozpoczniemy akcję pisania listów na Czasie Gentlemanów. Zasady podam Wam w środę. Będzie mnóstwo dobrej zabawy, może jakieś nowe znajomości korespondencyjne i kilka upominków.

A na koniec pytanie: korespondujecie jeszcze z kimś? Kiedy otrzymaliście ostatni prywatny list? Ja kilka lat temu.

http://czasgentlemanow.pl/2013/10/sztuka-pisania-tradycyjnych-listow-epistolografia/

Zofia Posmysz, numer 7566 – nie wolno zapomnieć!

 Donata Subbotko 17.09.2016 01:03

http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,20703776,zofia-posmysz-numer-7566.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Duzy_Format

Auschwitz może się powtórzyć. Toczy się walka dobra ze złem i teraz świat znowu idzie w złym kierunku. Tego się obawiam. Z Zofią Posmysz rozmawia Donata Subbotko.

Teatr Wielki – Opera Narodowa otwiera jutro sezon 2016/2017 operą „Pasażerka” powstałą na podstawie powieści Zofii Posmysz (1923) – więźniarki obozów Auschwitz i Ravensbrück, pisarki, współautorki m.in. scenariusza do filmu Andrzeja Munka pod tym samym tytułem.

„Pasażerka” to jedyne dzieło operowe o zagładzie w Auschwitz. Skomponował je w 1968 r. Mieczysław Wajnberg, polski kompozytor żydowskiego pochodzenia mieszkający w ZSRR. Libretto napisał Aleksander Miedwiediew. Opera przez lata nie była wystawiana ze względów politycznych. Jej światowa premiera – w inscenizacji brytyjskiego reżysera Davida Pountneya – miała miejsce w 2010 r. w Bregencji w Austrii, zaraz potem odbyła się premiera polska. Od tamtej pory dzieło prezentowano m.in. na scenach Londynu, Houston, Nowego Jorku, Chicago, w grudniu opera będzie pokazywana w Chinach. W niedzielę 18 września i we wtorek 20 września będzie ją można ponownie zobaczyć w Polsce, w Teatrze Wielkim w Warszawie.

Z Zofią Posmysz rozmawia Donata Subbotko 

DONATA SUBBOTKO: Co ludzie mówią, gdy widzą na pani ręce wytatuowany numer? 

ZOFIA POSMYSZ:

Kiedyś od razu pytali, co to jest. Obóz? A który? Teraz już wiedzą, że to nie jest numer telefonu.

Telefonu? 

– Jechaliśmy kiedyś z mężem pociągiem do Paryża, w Kolonii wsiadła para Niemców. Miałam krótki rękawek, mężczyzna spojrzał i pyta, czy 7566 to numer telefonu. Myślałam, że żartuje, więc mówię, że tak. Zdziwił się, że wolę mieć numer na ręce, nie w notesie. No to mu powiedziałam, że to nie ja wybiłam sobie ten numer, tylko mnie wybito, w takim miejscu, które się nazywa Auschwitz. Przeprosił.

Ma pani za sobą trzy lata w Auschwitz, marsz śmierci, pobyt w Ravensbrück i Neustadt-Glewe, 93 lata – i tak ładnie pani wygląda. 

– Żartuje pani, jestem na ostatnich nogach. Wróciłam wczoraj z Oświęcimia, byłam na spotkaniu z grupą z Niemiec.

Ciągnie tam panią? 

– To mój obowiązek. Skoro przeżyłam, to chyba po to, żeby mówić o tym, co było.

Raz znalazłam się w grupie byłych więźniów, których zaproszono do Drezna na spotkanie z młodzieżą. Było mi wstyd, kiedy słyszałam panie, które potrafiły tylko płakać: „Och, ja byłam taka nieszczęśliwa, tak mi się chciało do mamusi”. Młodzież tylko patrzyła, niczego się nie dowiedziała. Przecież nie chodzi o to, żeby rozczulać się nad swoim cierpieniem. Nie o to.

A co z nim zrobić? 

– Milczeć, o tym nie mówić. Dlatego tak nie znoszę pytań w stylu: „A co pani czuła, kiedy panią bili?”. A co można czuć, jak cię walą w mordę?

Pewnie są też różne inne rzeczy, o których nigdy pani nie powie? 

– Nie wszystko jest do powiedzenia, ale staram się odpowiadać na konkretne pytania. Jeżeli np. dziewczyna mnie pyta, ile otrzymywałyśmy podpasek higienicznych, mówię, że żadnych. Tylko tyle. Kiedy pada bardziej ogólne pytanie, co mnie przeprowadziło przez obóz, też mam trudności. Unikałam sytuacji bardzo niebezpiecznych, ale dlaczego przeżyłam śmiertelne choroby obozowe, tyfus i czerwonkę? Zwykle mówię, że widocznie Bóg tak chciał, ale nie wiem, czy słuchają mnie wierzący, czy niewierzący, a nie chcę nikogo nawracać.

Nie każdemu, kto przeżył takie rzeczy, została wiara. 

– Tak, jedni mówią, że Boga nie ma, inni, że był na urlopie, jeszcze inni, że był tam z nami, cierpiał. Moja najbliższa przyjaciółka Marta straciła wiarę w obozie. Przywieźli z Radomia całą jej rodzinę: mama umarła, ojca, męża i braci rozstrzelali. Poznałam ją w Birkenau, pracowała przy sąsiednim kotle. Spadł jej na nogę gorący kocioł z tzw. herbatą i chodziła z paskudną raną. Zaprzyjaźniłyśmy się. Okazało się, że ma w obozie dwie siostry, którym udało się dostać do szwalni, ale głodują. Wiedziałam, że dzieli swoją porcję i im zanosi, to się do tego dołączyłam.

Czyli możliwa była przyjaźń w obozie? 

– Tamte przyjaźnie były dozgonne. Już wcześniej, w pierwszych miesiącach pobytu w Auschwitz, tych najtrudniejszych, miałam dowody troski ze strony osoby, która była słabsza ode mnie.

Tej, którą nazwała pani Ptaszką? 
– Tak, dziewczyna z „Wakacji nad Adriatykiem” – z tej powieści jestem zadowolona jako najbardziej werystycznej z moich książek. Ptaszka w rzeczywistości miała na imię Zosia. Skrzypaczka, ale w obozie nie chciała grać. Mogła się uratować, gdyby poszła do orkiestry, ale nie chciała. „Dla nich grać nie będę” – powtarzała. Zresztą nie wierzyła, że przeżyje. Mówiła: „Ja stąd nie wyjdę”. I nie wyszła.

Mnie przez obóz przeprowadziła wiara. Pod koniec szkoły powszechnej w Krakowie katecheta zaproponował, żebyśmy przez dziewięć miesięcy każdego pierwszego piątku miesiąca przystępowały do komunii. Kto odbędzie taką nowennę, nie umrze bez sakramentu. Gdy w Oświęcimiu zobaczyłam więźniarkę wiszącą na drutach, zrozumiałam: ja tego nie zrobię, nie umrę tutaj, bo jak bez tego obiecanego sakramentu?

W tyfusie dziesięć dni leżałam w gorączce, 40 stopni. Bez leków. Płynów tyle, ile pani Maria, więźniarka pełniąca funkcję pielęgniarki, dla mnie zaoszczędziła, ssałam też szron z okna nad moją pryczą. Którejś nocy straciłam przytomność. Zobaczyłam kielich z płatkiem Eucharystii i pomyślałam, że jednak umieram. Co to było? Wizja, sen? Rano obudziła mnie pani Maria, wkładała mi pod pachę termometr – w obozie nie było lekarstw, ale termometry były – i powiedziała, że gorączka spadła. Jakiś czas później Marię, której nazwiska nie poznałam, wezwano do obozowego gestapo i zabito zastrzykiem z fenolu.

Zaraz po tyfusie miałam biegunkę głodową, nie mogłam się już podnieść na łóżku. W tym czasie kierownictwo lagru po raz pierwszy zdecydowało się zorganizować w obozie komando lekarzy-więźniów. Pojawił się dr Mąkowski. Zobaczył, jak wyglądam, i mówi: „Wytrzymaj jeszcze tę noc”. Nie spałam, rano przyniósł buteleczkę z lekarstwem przemyconym z lazaretu SS. Potem zdecydował o odesłaniu mnie z rewiru, ratując przed odwszeniem, które nieraz wiązało się z wielogodzinnym staniem na mrozie, czego w tym stanie bym nie przeszła. Uratował mi życie.

Jak znalazła się pani w obozie? 
– Gdy wybuchła wojna, miałam 16 lat. Chodziłam na tajne nauczanie, gdzie – jak przed wojną – uczyłam się m.in. niemieckiego, co mnie potem ocaliło. Ktoś na nas doniósł. Wpadło gestapo. Byłam tylko ja i trzech chłopców. Kolega miał ulotki. Był lojalny, podczas przesłuchań w więzieniu na Montelupich mówił, że nie mam z tym nic wspólnego. Po półtora miesiąca mnie wywieźli. 30 maja 1942 r.

Wiedziała pani, dokąd pani jedzie? 

– Strażniczka powiedziała. Weszła rano i kazała kobietom szykować się na transport do Oświęcimia. Mówiła po polsku, była ze Śląska. Człowiek na gestapo, który mnie bił, też mówił po polsku. O Oświęcimiu coś już słyszałam. Tata był kolejarzem, odbywał trasy w kierunku Katowic, tam miejscowi opowiadali, że powstał jakiś straszny obóz, gdzie ludzie giną z głodu i chłodu albo ich mordują.

I jak pani zareagowała? 

– A wie pani, że się ucieszyłam?

Jak to? 

– Wydawało mi się, że nie może być nic gorszego niż więzienie, ciągłe przesłuchania i bicie, strach, że w końcu mnie zmuszą do powiedzenia czegoś, czego bym nie chciała.

Jechałyśmy pociągiem osobowym, w cywilizowanych warunkach. W Oświęcimiu na dworcu przejęli nas strażnicy obozowi, szłyśmy pieszo do głównego obozu. Zobaczyłam napis „Arbeit macht frei” i pomyślałam: nic złego, nie boję się roboty, jeśli będę dobrze pracować, to mnie zwolnią, zwłaszcza że nie mam żadnej poważnej sprawy. Nie miałam świadomości, czym jest obóz.

Przyjechało nas ponad 50 kobiet, kazano nam się rozebrać i wykąpać, ale nie było normalnej łaźni, tylko kadzie z wodą do płukania kartofli. Dostałyśmy po kawałku brązowego mydła i musiałyśmy się w tej kadzi wykąpać. Nie chciałam wejść, wtedy po raz pierwszy zostałam uderzona – dostałam w twarz od więźniarki funkcyjnej, pojęcia kapo jeszcze nie znałam. A potem była noc, absolutnie bezsenna. Miliony pcheł.

Szybko trzeba się było wdrożyć w dyscyplinę, unikać kija. O pół do czwartej apel, o szóstej wymarsz i praca w polu, rozbijałyśmy skamieniałe skiby ziemi. Mdlałyśmy. Niosło się z pola te nieprzytomne do obozu. Czasem funkcyjne je dobijały. Jak to się wytrzymywało, nie wiem, byłyśmy skrajnie wyczerpane, a jeszcze kogoś nieść?
Też byłam tak niesiona. Na bramie przy liczeniu komanda usłyszałam głos: „Mein Gott, so jung”, jaka młoda. Ocknęłam się, a nade mną pochyla się twarz esesmanki. Z autentyczną troską to powiedziała. Pomyślałam, że może nie będzie tak źle, skoro oni są jeszcze zdolni do współczucia.

Potem trafiłam do Wasserkomando, oczyszczałyśmy stawy z szuwarów. To był maj, ale jeśli się stoi w wodzie przez cały dzień, to ta woda jest zimna. Zaziębiałyśmy się, kobiece sprawy, wie pani.W czerwcu nasza 200-osobowa grupa została skierowana do karnej kompanii za to, że jedna z dziewczyn uciekła. Po dwóch miesiącach było nas 147.Co to była za kompania? – W podobozie w Budach, 4 km od Oświęcimia. Tu było gorzej niż w głównym obozie. Spałyśmy w dawnej wiejskiej szkole na siennikach. Jedna umywalka, zajmowały ją więźniarki funkcyjne, kapo – cztery Niemki, kryminalistki i prostytutki. Na zewnątrz studnia, nalewano nam wodę chochlą do kubków, pół litra dziennie. Niektóre z nas były tak heroiczne, że nie piły tej wody, tylko się myły. Inne szydziły. Czytała pani „Zengerin”? Tam o tym pisałam.

Tytułowa Zengerin to pani? 

– Tak. Jakie to ma znaczenie?

Pisała pani jak o kimś obcym. 

– Zawsze łatwiej.
jest przeznaczona do ubicia, tyle że ładnie śpiewa. 
– Miałam dobry głos, kazano mi śpiewać dla szefa komanda. Jeśli pobił którąś z nas – a bardzo to lubił – i padałyśmy nieprzytomne, to często funkcyjne kończyły za niego dzieło. Lora, Truda, Toni i czwarta, nazywana przez nas Krową, tak na nas ryczała. No, to były sadystki. Może Toni bardziej ludzka.

Panował potworny głód. Nie było dodatku dla ciężko pracujących: jedna trzecia chleba kilogramowego, do tego margaryna czy kwark, rodzaj sera. W głównym obozie można się było przed głodem ratować, tutaj nie. Na szczęście w sierpniu skończyła się nasza kara i przeniesiono nas do obozu Birkenau.

Birkenau jako obóz zagłady kojarzy się gorzej niż główny obóz, koncentracyjny. 

– Dla Polek było odwrotnie. Ludzie sądzą, że Oświęcim był wciąż i dla wszystkich taki sam. To nieporozumienie. Każdy więzień ma swój Auschwitz, jak powiedział pięknie Władysław Bartoszewski. Jedna relacja nie może dać obrazu całości. Wszystko zależy od tego, gdzie się było, kto kim był.

W Birkenau Polki mogły pracować pod dachem, co nie było dla nas dostępne wcześniej, w głównym obozie. Praca pod dachem dawała nadzieję. Żydzi tego nie mieli. Ci, którzy byli przywożeni na rampę, nie trafiali do obozu, tylko do komory gazowej. Spalone mięso – to był zapach dominujący.

Pierwsze tygodnie pracowałam jeszcze w polu, ale raz na blok wpadł esesman. Nie wiem, dlaczego ustawiłam się w pierwszym szeregu – nigdy tego nie robiłam, byłam już na tyle cwana, że chowałam się w środku. To był szef kuchni, wybrał mnie i kilka osób do obieralni kartofli. Ogromny awans.

Po dwóch miesiącach znowu była wybiórka, kilka kucharek zapadło na tyfus i przyszli do obieralni po nowe kobiety. Miałam miskę kartofli, wstałam, żeby zanieść je do basenu – a oni mnie wzięli jako pierwszą. Praca w kuchni oznaczała szansę na przeżycie.
To nie trwało długo, w listopadzie 1942 r. zachorowałam na tyfus – już opowiadałam. Gdy mnie uratowano, byłam posługaczką przy chorych. Na tym by się skończyło, ale znów – wie pani, to były cuda – zjawił się esesman z kuchni. Od razu się zgłosiłam, powiedziałam, oczywiście po niemiecku, że już tam pracowałam i że jestem zdrowa. Udało się. Obsługiwałam kotły do czerwca 1943 r., kiedy wymieniano męską załogę esesmańską na damską i do obozu trafiły nadzorczynie z Ravensbrück. Wśród nich Aufseherin Franz, która została szefową kuchni. Potrzebowała Polki znającej niemiecki. Zadała mi kilka pytań i poleciła prowadzenie księgowości. I tak już było do końca. Nastał lepszy czas.

Pewnie inaczej odczuwa się mijanie czasu przy takiej intensywności przeżywania? 

– Wszystko zależało od etapu. Na początku myślałam, że jeśli przeżyłam trzy kwadranse, to przeżyję trzy następne. Potem, gdy była większa szansa na przetrwanie, myślało się tylko o tym, jak jej nie stracić, nie zachorować. Najgorsze były te miesiące, kiedy szalał tyfus. Wszy były wszędzie. I w ogóle przerażające insekty. Pluskwy, pchły. I szczury. Gdy leżałam chora na czerwonkę, jeden gryzł mi palec u nogi. Widziało się, jak szczury obgryzały ciała tych już nieżyjących. I jak hasały po stosach zwłok pod blokami. Rzeczywistość niewyobrażalna. A ludzie sami szli na druty. W nocy budził mnie ten straszny głos, nie wiedziałam, że tak krzyczy człowiek rażony prądem.

Dzisiaj wracają tamte wspomnienia, kiedy coś się dzieje na ulicy, biją kogoś, ktoś krzyknie. Czasem wystarczy, że włączę radio i leci walc Straussa albo operetkowe arie Lehara czy Kalmana. Natychmiast jestem w obozie. Orkiestra to grała.
Ludzie się poddawali, łatwiej było umrzeć, niż przeżyć? – Ja tutaj nie umrę – to sobie powtarzałam. Mnie się nic nie może stać.Płakała pani? 

– W obozie nigdy.

Po obozie? 

– Zdolność do płaczu odzyskałam kilka lat po wojnie.

Obóz to sprawił czy wychowanie? 

– Byłam normalnym dzieckiem, skłonnym do wzruszeń. Kiedy słyszałam „Legiony to żołnierska nuta…” czy inne patriotyczne pieśni, to, ojej, oczy miałam pełne łez.

A dzisiaj? 

– „My, Pierwsza Brygada” zawsze mnie rozczula.

Co się porobiło z tym patriotyzmem teraz? 

– Ostentacyjnego patriotyzmu, egzaltacji nie lubię. Gesty na pokaz, fanatyczne postawy nie są potrzebne. Dlatego gdy ktoś zaczyna ze mną gadkę od tego, że trzeba być patriotą, mówię za Słowackim: Polska, Polska – dobrze, ale jaka?

W 1945 r. wracałyśmy z moją Martą pieszo z obozu Neustadt-Glewe. W Poznaniu na dworcu odmówiono nam bezpłatnego biletu na pociąg do Krakowa. Nasza gromadka mówi: „Przecież wyszłyśmy z obozu”. Urzędniczka: „Numer to każdy może sobie napisać”. Jakiś czas później Marta powiedziała: „Nie takiej Polski chciałam”. I wyjechała.

W jakim stanie pani wracała? 

– Jeżeli przeszłam pieszo spod Hamburga do Poznania, to znaczy, że miałam kondycję.

W domu zastałam mamę piekącą placki kartoflane wprost na blasze, biedactwo nie miała nawet tłuszczu. Ona i mój młodszy brat nie mieli z czego żyć, tatę Niemcy zastrzelili w 1943 r. Musiałam im pomóc. To był mój cel. Pewnie dlatego nie przechodziłam traumy obozowej. Wyjechałam do Warszawy, do siostry, która podczas wojny wyszła za mąż za warszawiaka, uczyłam się i pracowałam. Męczyły mnie sny, że Franz opuściła obóz i zostałam wyrzucona z pracy. Widocznie to był największy mój lęk w tym ostatnim okresie.

Pamiętam, jak jechałam z Warszawy do Krakowa, wiozłam swoją pierwszą pensję i pierwszą paczkę z UNRRA, 5 kg jedzenia. W paczce konserwy, olej i inne wiktuały. Mama się zdumiała i powiedziała: „Teraz ty jesteś naszym ojcem”. To była najszczęśliwsza chwila w moim życiu. Po to przetrwałam.

Kiedy pojechała pani do Oświęcimia pierwszy raz po wojnie? 
– W czerwcu 1945 r., z mamą. Chciała zobaczyć, jak tam „mieszkałam”. Gdy jej pokazałam, nie chciała widzieć nic więcej, kazała zapomnieć i nigdy tam nie przyjeżdżać.Co jej pani pokazała? – Blok 27 w Birkenau, ten tyfusowy, jest tuż za bramą. Wszystko było otwarte, jeszcze nie było żadnych władz, po obozie grasowali miejscowi czy może przyjezdni poszukiwacze skarbów po Żydach.Pokazałam mamie swoją pryczę – najwyższą, najlepszą – chociaż gdybym z niej spadła, a w gorączce mogłam spaść, byłoby po mnie. Mama popatrzyła i spytała: „W tych szufladach spałyście?”. Bo spałyśmy po sześć, siedem na jednej koi. Mówię, że tak. Mama nic nie powiedziała, tylko że już idziemy. Przyjechałyśmy do domu, nie odpowiadała na żadne pytania.

Jakie cechy trzeba było mieć, żeby przetrwać obóz? 

– Niezależnie od przekonania, że się przeżyje, trzeba było umieć się zachować. Aż śmieszne, jak kłamałam esesmanom w żywe oczy. Był taki Taube, morderca urodzony, chodził ze swoim komando Niemek na blok 25, gdzie leżały chore, żeby je dobijać. Potrafiłam go kiedyś okłamać, a gdybym się zawahała, skończyłabym tak samo. To było w 1944 r. Do naszego baraku trafiło komando więźniów stolarzy, mieli coś dobudować. Chcieli, żebym im przechowała gitarę, którą zorganizowali na rampie po selekcji. Zdziwiłam się: po co im gitara? W moim kąciku pracy była kozetka dla Aufseherin Franz. Więzień włożył gitarę pod wałek i poduszkę, miał ją zabrać po robocie. Jakby na złość, tego samego dnia wpadł tam esesman, spojrzał na kozetkę i do mnie: „Kann man gut ficken” [„Można się fajnie p…lić”].

Młoda, ładna dziewczyna… 

– Udałam, że nie rozumiem. Ale generalnie esesmanów to nie poruszało, może o tyle, że kiedyśmy się kąpały, przychodzili do sauny. Stali i się gapili, lubili patrzeć. Uważali, że my z kuchni jesteśmy dobrze odżywione, ubrane. No, rzeczywiście miałyśmy ludzki wygląd.

Wyciągnął się więc na tej kozetce, położył głowę – a tam gitara. Nazajutrz wezwano mnie do Taubego i głównej nadzorczyni SS w kobiecym obozie. Bez mrugnięcia okiem wytłumaczyłam, że przecież w męskiej orkiestrze obozowej brakuje gitary i dlatego więźniowie ją zorganizowali. Uznali, że to możliwe.

Bez moralizowania opisuje pani w „Wakacjach nad Adriatykiem” m.in. relacje homoseksualne w obozie. 

– Może mocniej zostały mi w pamięci inne obrazy. Para więźniów, kobieta i mężczyzna, kochających się na stojąco w komorze, do której nosiło się trupy z rewiru. Albo widok wielu par leżących za barakiem. W 1944 r. zaczęły się naloty na Oświęcim i obozy były zagrożone, esesmani po alarmie musieli opuszczać obóz, my oczywiście zostawaliśmy. To był czas, kiedy do kobiecego obozu przychodziły komanda jeńców sowieckich do budowy drogi. Któregoś dnia wychodzę po alarmie z bloku i widzę, że koło rowu leżą ci rosyjscy więźniowie z kobietami. Wycofałam się. Dużo ludzi przypadkowo dobranych.

Moja kapo w kuchni była w relacji z inną więźniarką funkcyjną, także Niemką. Mimo że homoseksualizm był karany, to był jak gdyby oficjalny związek. Władze to wiedziały i czasem tolerowały.

Dziś znowu mamy „podludzi” – homoseksualistów, niekatolików, uchodźców, ludzi gorszego sortu… 

– Proszę pani, ja przeżyłam Oświęcim, to jak mi pani może mówić, że ktoś jest „gorszy”? To ja też jestem gorsza.

Dlaczego pani jest gorsza? 

– Bo nie godzę się z takim patrzeniem na człowieka. Ocenianiem go według tego, czy on wyznaje to lub tamto, jak i z kim żyje i jakie ma poglądy. Chyba że są to poglądy zbrodnicze. Na to zgody być nie może. W każdym człowieku szukam człowieczeństwa.

Czy Auschwitz czegoś nas nauczył? 

– Jednych tak, innych nie. Zawsze wierzyłam, że człowiek jest dobry, ale i dobry człowiek może być wciągnięty w zbrodniczą ideologię. Przecież to ludzie ludziom zgotowali ten los, że odwołam się do Nałkowskiej.

Auschwitz może się powtórzyć. Toczy się walka dobra ze złem i teraz świat znowu idzie w złym kierunku. Tego się obawiam.

Człowiek taki jak ja, który był tam i widział, jaki jest skutek faszyzmu, nacjonalizmu, ksenofobii, jakie to owoce już kiedyś przyniosło, zawsze będzie przeciwko temu.

Czym wytłumaczyć przyzwolenie na agresywny nacjonalizm? – Proszę ode mnie nie oczekiwać oceny politycznej. Powtórzę tylko za Bartoszewskim, że warto być przyzwoitym, tyle bym rekomendowała każdemu pojedynczemu człowiekowi. I tyle.Co pani zabrał obóz? – Nie wszystko jest do publikacji, ale – mówiąc ogólnie – zdrowie.

I głos. Po tyfusie trzy miesiące nic nie mówiłam. Jakoś to przeszło, ale o śpiewaniu nie było już mowy.

Myślę, że straciłam też zdolność do pewnych uczuć. Po obozie inaczej widziałam sprawy miłości. Seks nie był najważniejszy.

Miała pani męża. 

– Ale to był dobry i mądry człowiek, znowu miałam szczęście. Była między nami więź duchowa. Może to moje podejście do miłości wzięło się od poznania w obozie Tadeusza.

Tadeusz Paolone, pseudonim „Lisowski”, stał się bohaterem pani opowiadania „Chrystus oświęcimski”, ale występuje także w pani najsłynniejszej książce „Pasażerka”. Był w pani zakochany? 

– Nie wiem, w swoich grypsach tego nie wyrażał, ale pięknie pisał.

Kapitan Wojska Polskiego, dziesięć lat starszy ode mnie. W 1940 r. chciał dotrzeć do armii polskiej na Zachodzie, przedarł się przez granicę, ale dopadli go Słowacy i oddali w ręce gestapo. Był w pierwszym męskim transporcie do Auschwitz. Numer 329. Poznałam go w czerwcu 1943 r., 11 października rozstrzelano go z grupą kilkudziesięciu oficerów. Był jednym z przywódców obozowego ruchu oporu. Kazał sobie strzelać w twarz, jak żołnierzowi.

A o nadzorczyni SS Annelise Franz, o której napisała pani „Pasażerkę”, ciągle nic nie wiadomo? 

– O Boże, to jest nowa historia! W 2010 r., przy okazji światowej premiery opery „Pasażerka” w Bregencji, zgłosił się do mnie dziennikarz z pytaniami, co o niej wiem. Nic nie wiedziałam. Rok temu dostałam od niego list, że odnalazł jej ślad. Ona sobie po wojnie żyła w Niemczech, miała dwoje dzieci, wcześnie umarła, w 1956 r. Czyli kiedy w końcu lat 60. wydano za nią nakaz aresztowania, było już po wszystkim.

Pani i tak ją rozgrzeszyła? 

– Gdybym została wezwana na świadka, powiedziałabym tak, jak było – że wobec mnie była w porządku. A wie pani, że ona podobno pochodziła z Görlitz, czyli ze Zgorzelca? Z domu nazywała się Jankowicz, jej mama była katoliczką, czyli albo była Polką, albo pochodzenia polskiego.

Jutro opera „Pasażerka” wraca na scenę Teatru Wielkiego. 

– Oglądając ją wiele razy, w różnych miejscach świata, wciąż odkrywam dla siebie muzykę Wajnberga, pewne fragmenty kojarzą mi się z obozem. Skąd on mógł wiedzieć to wszystko? Libretto odbiega od książki, autor wprowadził elementy zbyt patetyczne, hasła w stylu „Nigdy nie zapomnimy”.

Zapominamy? 

– Co z tego zostanie, czy ci, którzy teraz mnie słuchają, potrafią to przekazać swoim dzieciom? Nie łudzę się. Ale chyba po to jeszcze żyję, żeby przywoływać pamięć o tamtych ludziach. „Ocalałeś nie po to aby żyć/ masz mało czasu trzeba dać świadectwo” – pisał Herbert. Inaczej przecież już dawno nie powinnam żyć. Nie żyje mój brat, nie żyją moje siostry, nie żyje mój mąż.

Powiedziałaby pani coś dobrego o swoim życiu w obozie? 

– Przeżyłam tam coś najważniejszego, poznanie Tadeusza.

A co pani myśli, gdy patrzy na swoje obozowe fotografie, na tę dziewczynę w pasiaku? 

– Miewałam lepsze zdjęcia.

Wywiad-rzekę Michała Wójcika z Zofią Posmysz wyda w styczniu Znak

Nie wszyscy mogą zapalić światełka pamięci!

Dobry wieczór 🙂

Wczoraj na moim Facebooku ktoś zastukał do mnie z wiadomością. Od czasu do czasu wymieniam z tą Panią komentarze, ale Ona miała do mnie prośbę.

Mieszka od 20 lat gdzieś tam daleko od Polski, a kiedyś mieszkała w moim mieście.

– Mam prośbę, aby Pani zapaliła światełko pamięci moim dzieciom, które zostały w Polsce na tym właśnie cmentarzu.

Posłałam Jej link do skatalogowanego cmentarza i już byłyśmy w domu, bo władze miasta wykonały gigantyczną robotę, aby na stronie umieścić wszystkie nagrobki i nazwiska z podziałem na kwatery.

Nie szukałam długo, bo bardzo blisko złożone są moje wnuki na dziecięcym cmentarzu.

Zrobiłam zdjęcie i posłałam na znak, że spełniłam jej życzenie.

Podziękowaniom nie było końca i sporo łez Matki, którą los rzucił bardzo daleko od Ojczyzny.

A ja? Ja mam satysfakcję, że mogłam komuś zrobić przyjemność i spełnić kogoś marzenie oraz światełkiem wskrzesić pamięć o utraconych dzieciach tej Pani.

A oto mój ulubiony wiersz na to święto:

Andrzej Dąbrówka

+++

Przyjadą
albo nie przyjadą

Przyniosą kwiaty
albo nie przyniosą

Zabiorą wnuki
albo nie zabiorą

Przyjadą, jeśli nie będzie strasznie padać
Przyniosą kwiaty, jeżeli trafią na kwiaciarnię
Wnuki się zjawią, jeśli nie będą miały imprez

Jednym słowem wszystko będzie tak
jak za życia

 

 

 

 

 

 

 

Wszyscy święci balują w niebie! (Budka Suflera)

Zbliżają się te dni. Dni zadumy i nostalgii za tymi, którzy już od nas odeszli. Ludzie już porządkują groby, stawiają chryzantemy i palą znicze, ale największy napływ na cmentarze odbywa się 1 listopada, bo na cmentarze iść wypada.
Tak sobie myślę, jak każdego roku, czy iść w przede dniu tego święta, czy też jak wszyscy idą – 1 listopada.
Lubię przebywać na grobach moich bliskich samotnie, ponieważ bardziej to przeżywam i głębiej wspominam, niż podczas napływu takiej masy ludzi, którzy się spieszą do swoich grobów i tarasują alejki, co mnie strasznie rozprasza.
Jednak jest ryzyko stawiania kwiatów w przed dzień, czy też zapalenie zniczy, bo może być, że na drugi dzień nic już na grobie nie będzie.
Ludzie kradną i o tym przekonałam się nie raz, kiedy się pospieszyłam, bo chciałam w samotności przeżywać i wspominać, bo tak lubię, a nie lubię tłumów.
Tak sobie też myślę, że jakże często rodziny są skłócone i stają nad grobami swoich bliskich i nie mają sobie kompletnie nic do powiedzenia, ale wypada postać mimo, że czujemy do kogoś urazę i żal.
Jak to mówią, że nie ma domu bez złomu, a i w rodzinach nie wszyscy się lubią i zgadzają, a ludzie potrafią się latami do siebie nie odzywać i nie odwiedzać. Jednak przychodzi ten dzień, że może spotkają się na cmentarzu, a więc stosują uniki.
Jedni przychodzą przed mszą, a drudzy po mszy, a jeszcze inni idą wieczorem w nadziei, że nie natkną się na kogoś nielubianego, albo znienawidzonego.
I w mojej dalszej rodzinie nie wszyscy się lubią i tolerują, a więc stosują właśnie takie uniki, a może i ja je stosuję, gdyż nie lubię być sztuczna. Nie lubię rozsiewać sztucznych uśmiechów, że niby wszystko jest okej, skoro nie jest.
I w mojej dalszej rodzinie ludzie dawniej się pożarli i w związku z tym niby są rodziną, a robią wszystko, aby się na siebie nie nadziać na cmentarzu.
Jest taka piosenka, że wszyscy święci balują w niebie, ale na ziemi wygląda to bardzo różnie. Ludzie jak to ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać. Nie potrafią wybaczać i udają, że wszystko jest w porządku, bo niby dlaczego mają pierwsi wyciągnąć rękę do zgody, bo to, to nie i już!
1 listopada najwięcej zarabiają na kwiatach, zniczach, ale zarabiają także sklepy odzieżowe. W tym dniu na cmentarzach odbywa się największa rewia mody, bo każdy chce się pokazać z jak najpiękniejszej, wizerunkowej strony. Panie zakładają więc nowe płaszcze, futerka, a na nóżętach mają śliczne, nowe obuwie. Panowie również chcą pokazać się modnie, a więc ten dzień jest wyjątkowo szykowny, tak jak szykowne są groby bliskich.
Na grobach każdy chce zabłysnąć, a więc stoją donice z kwiatami, po kilka nawet donic – od każdego. Znicze są wypasione, bo tak wypada się pokazać, że nikt nie ma tu do czynienia z jakimś biedakiem.
Człowiek należy do gatunku ssaków, obdarzonych najbardziej rozwiniętym mózgiem, a jednak nie rozumie jednego, że nie pieniądze, nie dobra materialne, nie domy z basenem są ważne, bo najważniejszy jest wzajemny szacunek, chęć pojednania się i wybaczania, bo jakże często jest za późno, by powiedzieć komuś jak bardzo się go kochało.
Ileż razy syn, czy córka z chwilą utraty rodzica puka się w głowę, że za życia nie zdążyli powiedzieć najważniejszych słów, bo z chwilą odejścia matki, czy ojca umiera też cząstka ich. Nigdy już nie będzie tak samo. Ale te prawdy rozumiemy często za późno, zapominając, że gdzieś tam żyje nasz stary rodzic, a my nie mieliśmy czasu, by go odwiedzić, porozmawiać, czy też wykonać zwykły telefon, by go wysłuchać.
Jakże często zapominamy o zwykłej prawdzie, że nikt z nas jest nieśmiertelny.
1 listopada stanę nad grobem mojego Ojca i pewnie mu wreszcie powiem coś miłego. Stanę nad grobem moich dwóch wnuków – Szymona i Miłosza, którym dane było oddychać ziemskim powietrzem przez jedynie godzinę.
Stanę nad grobem mojego Teścia, który się nie szanował za życia i serce nie wytrzymało, a także pomyślę o grobach dalekich moich Dziadków i Babć, których nie dane mi było poznać.
Pomyślę o mojej Mamie, która nie czuje się najlepiej i drżę o Nią!
Proszę uważnie przeczytać ten wiersz!
Adam Asnyk

 

Astry

Znowu więdną wszystkie zioła,

Tylko srebrne astry kwitną,

Zapatrzone w chłodną niebios

Toń błękitną…

Jakże smutna teraz jesień!

Ach, smutniejsza niż przed laty,

Choć tak samo żółkną liście

Więdną kwiaty

I tak samo noc miesięczna

Sieje jasność, smutek, ciszę

I tak samo drzew wierzchołki

Wiatr kołysze

Ale teraz braknie sercu

Tych upojeń i uniesień

Co swym czarem ożywiały

Smutna jesień

Dawniej miała noc jesienna

Dźwięk rozkoszy w swoim hymnie

Bo anielska, czysta postać

Stała przy mnie

Przypominam jeszcze teraz

Bladej twarzy alabastry,

Krucze włosy – a we włosach

Srebrne astry…

Widzę jeszcze ciemne oczy…

I pieszczotę w ich spojrzeniu

Widzę wszystko w księżycowym

Oświetleniu…

Mówię do męża, bierz aparat i rób zjęcia

Przychodzi taki dzień, choć młodzi ludzie o tym nie myślą rzecz jasna, że czas jest pożegnać swój zakład pracy, ponieważ przechodzimy na zasłużoną i wymarzoną emeryturę. Są kwiaty, miłe słowa zapewniające, że nigdy nie zostaniemy zapomniani, ponieważ swoją pracą wnieśliśmy tak wiele i byliśmy cenionym pracownikiem i takie tam inne. Łezka w oku się zakręci i słyszymy zapewnienia, że się o nas nie zapomni nigdy i przenigdy.

Idziemy na tę wymarzoną emeryturę i na drugi dzień nie dzwoni już nam budzik, no bo przecież mamy już luz blues i jesteśmy wolni, możemy iść jak to w piosence, ale jakże często nie wiemy, co z tym wolnym czasem zrobić i za chwilę milkną telefony i już nikt nie dzwoni i nastaje dziwna cisza. Czujemy się nieswojo, nikomu nagle już nie jesteśmy potrzebni i robi się jakoś tak dziwnie na serduchu, ale żyć trzeba dalej i trzeba się pogodzić, że te telefony milczą, a i do domu coraz rzadziej ktoś zapuka.

Chcę nawiązać do tego, że niektóre zakłady pracy, ale tylko niektóre pamiętają o starych pracownikach i od czasu do czasu są organizowane wspólne spotkania starych wiarusów i dawnych tytanów pracy.:)

Tak jest u mojego męża, który ostatnio ze swoimi dawnymi kolegami i koleżankami spotkał się z okazji Nowego Roku i razem go wszyscy przywitali przy obiedzie, a potem stuknęli się kielichem, aby ten Nowy Rok był przychylny dla nich i ich rodzin. Tańce też były, a ja do męża mówię, aby brał aparat i zrobił kilka zdjęć – ot tak na pamiątkę, bo czas leci, a my wszyscy się starzejemy, chorujemy i odchodzimy.

Mój zakład pracy niestety, ale nie pamięta o swoich starych wiarusach, a więc tym bardziej popieram obecność mojego męża na tak miłych spotkaniach, bo nigdy nie wiadomo w naszym wieku ile tych spotkań będzie Seniorom dane.

Ciekawa jestem kto doświadcza na emeryturze tak miłej pamięci dawnych pracodawców?

 

Przy kawie można rozmawiać nawet trzy godziny

Dziś miałam dzień taki trochę zaskakujący, ale i pełen przemyśleń. Nie mogę się pozbierać po wieści, że Anna Przybylska zostawiła trójkę dzieci. Nie mogę się pogodzić, że to wszystko jest takie diabelnie niesprawiedliwe, bo przecież ja mam córki w jej wieku, które żyją pełnią życia. Wychowują swoje dzieci najlepiej jak tylko potrafią i cieszą się, że mogą je wychowywać i dawać im siebie, a w zamian dostają uśmiechy swoich dzieci.

Anna Przybylska była taka zwyczajna i nie robiła z siebie gwiazdy. Nie pchała się na afisz i na ścianki. Ceniła swoją prywatność i za to ją wszyscy kochali. Tak sobie myślę, że są na tym naszym świecie ludzie, osoby publiczne, które też umierają i przyjmujemy to do wiadomości, bo żal każdego życia, ale nie przeżywamy tego tak strasznie głęboko. Odchodzą ludzie, którzy w swoim życiu zrobili trochę bałaganu i pozostawili po sobie pewien niesmak, bo albo byli głupi, albo się nakradli, albo nie szanowali swoich rodzin i takie inne ale! Umarli, no to jest ból dla ich bliskich, ale nie koniecznie musi to być mój ból i idę swoją drogą nie zagłębiając się, bo życie toczy się dalej.

Kiedy Anna odeszła, to zapłakała cała Polska. Odeszła jak wielka księżniczka, która niby była zwykłą matką, a jednak rozkruszyła serca wielu Polakom. Nie potrafimy – ot tak sobie przyjąć do wiadomości takiego odchodzenia.

Wyszłam dziś z domu, bo nie mogłam sobie z tym poradzić. Trzyma mnie od niedzieli i nie daje wciąż odpowiedzi – dlaczego? Postanowiłam, że pójdę odwiedzić swojego osobistego lekarza, aby mi przepisał leki i utwierdziłam się w przekonaniu, że mam bardzo dobrego lekarza, a jest nim kobieta. Ma dla mnie dużo czasu i mogę z nią omówić wszystkie swoje problemy zdrowotne i porozmawiać prywatnie. Nie, nie nadużywam, bo wiem, że ktoś za drzwiami się niecierpliwi.

Następnie postanowiłam zrobić sobie spacer. Pogoda była piękna i kiedy zbliżałam się do Netto, bo tam fajne koszyki na drobiazgi miały być, nagle usłyszałam, że ktoś mnie woła. Obróciłam się, a za mną szła moja koleżanka dawno nie widziana. Ucieszyłyśmy się na swój widok i po zakupach w Netto (koszyki kupiłam), zaprosiła mnie na kawę do siebie do pracy. 

Nie mogłyśmy się nagadać i ona też opłakała Annę Przybylską. Trzy godziny przy jednej kawie i tematów moc poruszyłyśmy, aż na zegarze wybiła 15. 

To był bardzo udany dzień, pełen refleksji i bardzo pozytywnego spotkania, bo wiecie, że jeśli dwie osoby nadają na tych samych falach, to trudno się rozstać.

Umówiłyśmy się na następny raz i z pewnością się spotkamy, a więc tak minął mi dzień a i zrobiłam na spacerze kilka zdjęć.

Tą piosenką żegnam Panią Annę 😦

 

Udało się im wyrwać chwilkę – dla swojej Matki

 

dzień mamy

 

 

Pamiętam czasy, kiedy było w ciągu dnia tak wiele do zrobienia, że nie wiadomo gdzie wsadzić ręce. Kiedy dzieci były małe i pracowałam, dzień wypełniony był po brzegi. Praca, żłobki, przedszkola, działka, pranie, sprzątanie, ugotowanie obiadu na drugi dzień. Wieczorne prasowanie i kiedy nastał głęboki wieczór miało się często wszystkiego po kokardy. Na drugi dzień wszystko zaczynało się od nowa, bo praca, zakupy, lekarz, bo akurat dziecko ma temperaturę i tak minęło wiele lat.

W czasie tej gonitwy zapominało się często o rodzonej Mamie, która z pewnością czekała na mnie, czasami głęboko zawiedziona, bo upiekła ciasto, a ja się nie zjawiałam, no bo praca, dzieci itd.

Teraz patrzę na moje córki, które są zapędzone w codzienności i robią wszystko, aby pogodzić ze sobą pracę i wychowywanie moich wnucząt. Dzwonią i przepraszają, że nie mogą wpaść, bo akurat przybyło im obowiązków w pracy, a chcą się wywiązać, gdyż w dzisiejszych czasach tak trudno jest o pracę. Bywa tak, że nie mają czasu na fryzjera, czy wyjście do kina, no bo praca, temperatura u dziecka, albo zarośnięta bezczelnie działka i tak im schodzi do wieczora kiedy skonane wieczorem udają się na spoczynek.

Ale dzisiaj dały radę, za co im serdecznie dziękuję, że znalazły chwilę w tak napiętym grafiku, dla swojej matki, zresztą bardzo wyrozumiałej, bo wiem, że u nich praca, dzieci, obowiązki i w zasadzie nie wiele się zmieniło u matek przez te ponad 30 lat.