Archiwa tagu: plotki

Kobieta kobiecie wilkiem!

 

Pani Maria jest już na emeryturze i mieszka we wspólnym gospodarstwie z mężem.

Dzieci są gdzieś w świecie i mają już od wielu lat swoje rodziny i oczywiście zawodowe obowiązki.

Kiedy mąż pani Marii jest wciąż aktywny, bo tego potrzebuje, to pani Maria boi się zawrzeć jakiekolwiek przyjaźnie z innymi kobietami.

Tyle razy doznała nieprzyjemności ze strony innej kobiety, że na całe życie się wyleczyła w kontaktowaniu się z kobietami.

Doszła do wniosku bardzo smutnego, że kobieta, kobiecie jest wilkiem i największe cięgi właśnie otrzymała od rzekomych przyjaciółek.

Na emeryturze wystarczy jej kontakt ze światem za pomocą komputera, ale i tak stara się być bardzo ostrożna od kiedy 5 lat atakowała ją w sieci kobieta hejterka, a sprawa otarła się o Policję i Prokuraturę zaczęła wątpić, że w sieci może być bezpieczna.

Kiedy pani Maria była młoda, to wydawało się jej, że oto znalazła przyjaciółkę, która przychodziła na kawę i ciasto.

Jednak po jakimś czasie pani Maria zorientowała się, że ta przyjaciółka nie przychodzi dla niej, a dla jej męża.

W pracy doznała mobbingu od kobiety właśnie, kiedy mężczyźni bardzo szanowali pracę pani Marii i zachwalali jej profesjonalizm!

Wiele razy widziała sceny z kolejek np. w sklepie z pieczywem, kiedy kobiety nie chciały przepuścić kobiety w ciąży, albo z dzieckiem na ręku!

Kiedyś w jej pracy zorganizowano imprezę integracyjną i ludzie sobie tam trochę wypili.

Na drugi dzień kobiety zaczęły pokątnie obgadywać właśnie kobiety i miały niezłe używanie.

Pani Maria była także na wszelkiego rodzaju przyjęciach i to tam, w tych miejscach usłyszała plotki na temat całego miasta i o ludziach kto, co, z kim – plotki rozpowszechniane właśnie przez kobiety!

To także kobieta zamieściła na pewnym forum dane pani Marii i jej wizerunek, a więc dlatego pani Maria nie ma już żadnego zaufania do kobiet!

Mogłaby zapisać się na jakieś koło zainteresowań w domu kultury, ale się boi!

Boi się plotek, ocen, porównań, negatywnych komentarzy i wrogości!

Życie ją nauczyło, że nie można bezgranicznie ufać kobiecej naturze i dlatego zawsze lepiej się jej rozmawiało z mężczyznami.

Dlatego z tego strachu nie ma przyjaciółek, bo zwyczajnie zawiodła się na kobietach!

Oczywiście nie można generalizować, bo zdarzają się wielkie przyjaźnie między kobietami, ale te kobiety są nadzwyczaj inteligentne, a nie te z ptasim mózgiem!

To się dzieje wszędzie, bo w pracy, bo w świecie celebrytek, w korporacjach, polityce, że kobiety są zdolne do podkładanie sobie świni na każdym kroku.

Mam pytanie, czy Wy kobiety doświadczyłyście takich niegodziwości ze strony przyjaciółek, kobiet z pracy, albo życia codziennego?

Kobieta kobiecie wilkiem

Nie znasz historii życia kogoś, to milcz!

Znalezione obrazy dla zapytania: dzień depresji 23 luty

Weź się w garść. Zrób coś ze swoim życiem.

Jesteś silny/a tylko ci się nie chce.

Wszyscy ludzie cierpią, nie jesteś jedyny/a. Takie słowa są najczęściej kierowane do tego kogoś, kto nagle traci chęć do życia.

Nie wiedzieć kiedy, zapada się w siebie i nic go już nie cieszy.

Nagle pochyla się i garbi, a przedmioty lecą mu z bezradności i braku siły na podłogę.

Wyraz twarzy się zmienia i widać na nim ogromny smutek, bez cienia jakichkolwiek oznak chęci do życia.

Myśli się plączą i nagle chory na depresję zatraca się w swoim smutku i beznadziejności.

Nie umie wytłumaczyć otoczeniu, co mu dolega, a tylko sygnalizuje, że nie ma chęci dalej żyć i wszystko straciło dla niego sens.

Najczęściej ucieka w sen, albo też cierpi na wielkie pokłady bezsenności.

Często pojawia się nadmierne obżarstwo, albo kategoryczne odmawianie posiłków.

Jest wiele odmian depresji i zdiagnozować tę właściwą, to dla lekarza jest wielką sztuką, jeśli w ogóle pacjent zdecyduje się na takie leczenie.

Wciąż w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że pojawienie się przed gabinetem psychiatrycznym, to jak wydanie na siebie wyroku – jestem chory psychicznie i za chwilę wszyscy będą o tym gadać.

Będę skreślony/a i nie nigdzie nie dostanę pracy, albo wszyscy się ode mnie odsuną.

Zostanę sam/a.

Jak pomóc osobie chorej na chorobę duszy? Jak poprowadzić i wyciągnąć rękę ku drodze uzdrowienia , bo sam/a sobie nie pomoże.

Jakie uruchomić mechanizmy, gdzie skierować, aby zajęli się nim, nią specjaliści i wyciągnąć z tego czarnego dołka.

Najczęściej namawiamy do wizyty u dobrego psychiatry.

W dobie Internetu, wpadamy więc do sieci i szukamy najlepszych lekarzy w naszym rejonie – chcemy pomóc, bo zależy nam na nim, niej.

Na naszym dziecku, mężu, żonie, czyli na  naszym bliskim.

Jesteśmy zdrowi, silni i robimy wszystko, aby pokierować tak chorym, aby do nas wrócił.

Jeśli uda nam się namówić chorego do wizyty u lekarza, najczęściej po wstępnym wywiadzie, otrzymuje chory receptę na leki, czyli tzw. antydepresanty. 

Jest nadzieja, że leki te od razu sprawią, że chory poczuje się lepiej i złapie pierwszy oddech od wielu miesięcy i zacznie patrzeć optymistycznie na świat.

Jednak często tak bywa, że lekarz z lekiem nie trafi i chory zamiast czuć się lepiej, wpada jeszcze w większy dół.

Druga i kolejna wizyta, a efektów brak i wówczas lekarz rozkłada ręce i wypisuje skierowanie do szpitala.

Jeśli u chorego pojawiają się myśli samobójcze, tym szybciej należy umieścić chorego w placówce zamkniętej, na obserwacji.

I tu zaczyna się dramat.

Widziałam różne szpitale w swoim życiu.

Wielkie sale, zastawione kilkoma łóżkami i przy nich malutka szafeczka.

Nikt nie oddziela  ludzi bardzo chorych, niewyleczalne, ciężkie przypadki, od ludzi z nadzieją na wyleczenie.

Pierwszy wywiad, zrobiony na szybko i wpisanie leków do karty i tyle.

Nagle słyszy się na korytarzu szpitalnym, wycie, przeklinanie i wiązanie w pasy.

Nagle chory narażony jest na niewyobrażalny stres sytuacyjny.

Nie może się odnaleźć, bo nie ma w tym miejscu cichego zakątka, gdzie mógłby się odizolować.

Nie obchodzi to żadną pielęgniarkę i nikt nie uchroni go od tego dodatkowego przeżywania.

Takie leczenie nie ma sensu i chory prosi rodzinę, aby go jak najszybciej zabrano do domu, bo dłużej tego nie wytrzyma.

Widziałam też szpital, gdzie jedyną rozrywką dla chorego jest palarnia i mocna kawa.

Gdzie spotykają się ludzie, aby opowiedzieć sobie jak spędzili noc.

Czy leki działają, czy też powodują większe rozdrażnienie.

Spotykają się w tej palarni, aby pogadać, pomilczeć, popłakać.

Nikt z personelu tam nie zagląda i nikt nie wspomina o tym, że w szpitalu palić nie wolno.

Nikt nie jest w stanie zlikwidować palarni w szpitalach psychiatrycznych, gdyż palarnia działa jak pokój psychoterapeutyczny.

Widziałam jeszcze jeden szpital, chyba zbliżony najbardziej do cywilizowanych warunków.

Pokoje ładnie udekorowane. Każdy ma swój kawałek podłogi.

Nie ma w nim przypadków skrajnych.

Nikt nie wrzeszczy i nikogo nie zakuwa się w pasy.

Chorzy są pod ciągłą opieką lekarza i psychologa.

Ułożony grafik zajęć, sprzyja samodyscyplinie. Powstają grupy wsparcia.

Chorzy uczęszczają na zajęcia z muzyką, tańcem, a także muszą ćwiczyć na sali sportowej.

Psychoterapia w kółku, powoduje większe otwarcie się na problemy innych ludzi, co wywołuje różne emocje, zmuszając chorego do współodczuwania, dyskusji i uwierzenia w siebie.

Długie spacery po parku, rozmowy z zaprzyjaźnioną grupą i taki szpital z takim programem kieruje chorego na drogę ku uzdrowieniu.

Widziałam ludzi po takiej kuracji, że na twarzach chorych pojawiała się chęć do życia.

Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że są w Polsce jeszcze i dobrze się mają, szpitale skostniałe, niczym z filmu CK Dezerterzy, gdzie chorego na depresję podciąga się pod chorobę psychiczną, najcięższego gatunku.

Powinno się to zmieniać i powinno się o tym mówić bardzo głośno!

W Polsce na depresję choruje już ponad milion ludzi, kiedy chorzy wpadają w taki stan, że nie chce się im myć, czesać, malować.

Jest to tendencja wzrostowa i bije się już na alarm.

Nie chce się  ładnie wyglądać i sprzątać, bo nic się nie chce, a najbardziej chce się umrzeć i skończyć tę wegetację.

Moja pani doktor wysłała mnie do tego dobrego szpitala, całodobowego z psychoterapią i dopiero tam małymi kroczkami otrzeźwiałam i zrozumiałam, że jestem czegoś tam warta i nie odstaję niczym od ludzi zdrowych.

To było moje koło ratunkowe, z którego na siłę skorzystałam, ale wyzdrowienie nie jest dane na zawsze, bo to dziadostwo czai się znienacka i lubi ponownie za atakować!

Jednak nie wszyscy chcą się leczyć i i tkwią latami w bólu i cierpieniu i tu zapłaczę nad losem, kiedyś pięknej Elżbiety Dmoch, która śpiewała „Windą do nieba”, aż nagle odcięła się od świata po przeżyciach i odtrąca wszelką pomoc.

Depresja, zaraz po raku jest najbardziej, okropną chorobą, ale rządzący nie chcą przeznaczyć 2 miliardów na onkologię, albo na poprawę leczenia psychiatrycznego dla dzieci i dorosłych, bo potrzebują tych pieniędzy na kampanię prezydencką pod przykrywką  dotacji na swoją kłamliwą telewizję!

Tymczasem szpitale psychiatryczne są wciąż z czasów PRL-u, bo są nie dofinansowane i brakuje personelu!

Chorzy „leczeni” są w starych budynkach i leżą na odrapanych łóżkach i nikt nie pilnuje, że młodzi ludzie mają przy sobie ostre narzędzia i się tną!

A teraz mam apel do rodziców, aby zwracali uwagę na zachowanie swoich dzieci, gdyż dzieje się tak, że na depresję zapadają najmłodsi i to nie zawsze jest złe zachowanie nastolatka,a bunt, który może się zmienić w chorobę depresyjną!

Cd. niżej!

Bolesne rozstanie

Po dawnej sławie nie zostało nic. Elżbieta Dmoch na nowych zdjęciach nie przypomina zjawiskowej gwiazdy sprzed lat.

Wybrała życie w samotności

„Już mi niosą suknię z welonem, już Cyganie czekają z muzyką” – śpiewa Elżbieta Dmoch w słynnym utworze „Windą do nieba”. Piosenka o wielkim smutku i nieszczęśliwej miłości stała się paradoksalnie hitem każdego wesela. Dmoch nie mogła wiedzieć, że słowa tego utworu staną się dla niej prorocze.

Do sieci trafiły zdjęcia paparazzi, na których widać Elżbietę Dmoch. To pierwsze zdjęcia, odkąd pojawiła się wiadomość o tym, że zdecydowała się na życie w samotności. Nic dziwnego, że wywołują sensację. Elżbietę Dmoch wielu z nas pamięta jako piękną kobietę, która pięła się po szczeblach kariery. Już dawno wybrała dla siebie inną drogę. Z daleka od luksusów, sławy, mediów i zainteresowania dawnych fanów.

Dmoch sfotografowano podczas zakupów w osiedlowym sklepie spożywczym. Gumowe klapki, przetarte rajstopy, wyciągnięte spodnie i krótki T-shirt, który odsłaniał brzuch. Na pierwszy rzut oka wygląda na zaniedbaną kobietę, która dawno przestała przejmować się swoim wyglądem. Potargane, niechlujnie ułożone włosy dopełniają obrazek nieszczęścia. Ale osoby, które ją widziały, zwracają uwagę na zupełnie co innego. – Poszła do sklepiku mieszczącego się przy jej bloku. Wyglądała bardzo dobrze. Była w czystych ciuchach, a na jej twarzy pojawiał się uśmiech. Pani Elżbieta zrobiła zakupy i widać było, że polepszyło się jej materialnie – mówi w rozmowie z „Super Expressem” jeden z klientów sklepu.

Kilkanaście lat temu Elżbieta Dmoch przeszła załamanie nerwowe, wpadła w głęboką depresję. Przestała pracować, występować na scenie, żyła jedynie z oszczędności. Maria Szabłowska, znana dziennikarka telewizyjna i radiowa, mówiła w wywiadach, że Dmoch przestała płacić składki na ZUS. Nie przyjmowała też pieniędzy, które zbierali dla niej przyjaciele. Mieszkała sama w niewielkim mieszkaniu, które w końcu musiała opuścić ze względu na to, że nie płaciła czynszu. W 2005 roku jej losem zainteresowali się dziennikarze Uwagi TVN.

Dmoch nie zgodziła się porozmawiać wtedy z dziennikarzami Uwagi. Od lat konsekwentnie unika mediów. Dziennikarze poinformowali, że mieszka w fatalnych warunkach w maleńkim domu na wsi. Odizolowała się od świata, nie chce nikogo widywać, odmawia pomocy lekarzy i pracowników opieki społecznej. – Dziwi się, czemu zakłócamy jej spokój. Pyta, czy zrobiła coś złego, skoro do niej przychodzimy. Czy mamy jej pomagać na siłę, czy zostawić samej sobie, jeśli wybrała taki sposób życia? – mówiła Elżbieta Klimkowska z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Tarczynie. Dmoch wielokrotnie oferowano pomoc finansową. Ze wszystkich pieniędzy rezygnowała. Utrzymuje się tylko i wyłącznie z tantiem wypłacanych przez Stowarzyszenie Artystów i Wykonawców Utworów Muzycznych. – Bardzo skrupulatnie sprawdza, czy są to tantiemy, które jej się należą, a nie pomoc, której się jej udziela. Doszła do wniosku, że niczego więcej nie chce od świata i nie chce, by świat czegoś od niej chciał – mówił z kolei Jacek Skubikowski, prezes Stowarzyszenia.

Był koniec lat 60., gdy Elżbieta Dmoch zaczęła współpracować z Januszem Krukiem. W 1971 roku na rynku muzycznych pojawiło się ich wspólnego dziecko – zespół 2 plus 1. Królowali na polskich estradach i to dosłownie. Elżbieta miała wtedy 17 lat, Janusz 22. Oboje byli po przejściach. Ich duet podbił serce Polaków w zawrotnym tempie. Przeboje, koncerty, wielka sława. – Sami ledwo to wytrzymywaliśmy, a ona robiła dwa razy więcej – wspomina Cezary Szlęzak, były współpracownik Dmoch, przyjaciel artystki w rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim”. – W Niemczech mieliśmy własne półki w sklepach muzycznych. W Japonii byliśmy na listach przebojów. Zagraniczni menadżerowie dobijali się bez przerwy. Jak jej zrobili sesję zdjęciową, to na sześćset fotografii – dodaje. Wspomina, że 2 plus 1 mieli już zamówiony koncert w Iraku, ale wojna przekreśliła występ artystów.

To ona zaśpiewała „Windą do nieba”, „Choć pomaluj mój świat” czy „Czerwone słoneczko”. W 1974 roku Elżbieta otrzymała tytuł Miss Obiektywu. Drugi raz ten tytuł przyznano jej w 1976 roku na Festiwalu w Opolu. Była zjawiskowa, hipnotyzująca, naturalnie piękna i ludzie to doceniali. W 1979 roku Dmoch otrzymała jedno z najbardziej wyjątkowych odznaczeń – Srebrny Krzyż Zasług. Była na szczycie. Stała się legendą PRL-u. Mówiło się, że ona i Janusz Kruk tworzą najpiękniejszą parę wśród polskich artystów. Pobrali się jeszcze w 1973 roku. On miał już wcześniej żonę i dziecko. Dla Elżbiety postanowił zostawić rodzinę. Ale ich szczęście nie trwało długo.

 

Jak wspomina Szabłowska w jednym z wywiadów: „Janusz był rozrywkowym facetem. Drzwi się nie zamykały, przyjaciele do nich lgnęli”. Kruk w końcu postanowił opuścić piosenkarkę dla innej kobiety. To była druga połowa lat 80. Rozwiedli się dokładnie w 1989 roku. Podobno pozostali w przyjacielskich stosunkach, ale w mediach krążyły liczne plotki o kolejnych romansach Kruka. Elżbieta wierzyła jednak, że kiedyś do siebie wrócą. Janusz był jej największą miłością. W 1992 roku mężczyzna zmarł na zawał serca. Wtedy wokalistka przeżyła załamanie nerwowe i wycofała się z życia publicznego. Zaszyła się na wsi i rzadko dopuszczała do siebie ludzi. Wróciła na scenę tylko raz – w 1998 roku. Publiczność przyjęła ją owacjami na stojąco. – Ela była tak zachwycona, że byliśmy pewni, iż ją odzyskaliśmy. Niestety, choroba znów dała o sobie znać – mówiła Szabłowska w rozmowie z „Na żywo”.

https://gwiazdy.wp.pl/po-dawnej-slawie-nie-zostalo-nic-elzbieta-dmoch-na-nowych-zdjeciach-nie-przypomina-zjawiskowej-gwiazdy-sprzed-lat-6299155448477313g/3

 

Nie przypomina dawnej siebie

Obyczajówka w małym mieście!

Obraz może zawierać: drzewo, niebo, roślina, chmura, buty, tabela, na zewnątrz i przyroda

W moim mieście odbywa się renowacja Kościoła Najświętszej Marii Panny, a polega to na tym, że piaskowane są cegły, aby przetrwały jeszcze wiele, wiele lat.

Remont jest dość kosztowny, a więc trwa już dłuższy czas.

Kolega Męża wdrapał się po rusztowaniu i zrobił dwie fotografie mojego miasta, widzianego z lotu ptaka.

Trzeba spojrzeć uważnie na zdjęcia, a stwierdzimy, że mieszkam w bardzo zielonym miasteczku!

Nawet kiedy w małym miasteczku nie goni się za plotką, to i tak wcześniej, czy później ona dotrze pod każdą strzechę!

Tak właśnie jest ze mną, że kompletnie nie obchodzą mnie nowinki o innych, ale nie da się uciec, bo docierają one w różny sposób i już wiem o skandalu obyczajowym w małym miasteczku!

Nie wysiaduję na ławeczkach i nie wdaję się w ploteczki, ale przecież mamy net, w którym w sekundę się dowiadujemy, że w małym miasteczku coś gruchnęło, coś takiego, że w głowie się nie mieści!

Nie mogę pisać o szczegółach, ponieważ czyta mnie małe miasteczko, a tylko napiszę, że w małym miasteczku grasuje Rasputin, który uwiódł dwie ryczące pięćdziesiątki – mężatki!

Nie mogę pisać, co i jak, bo mogłabym zostać posądzona i osądzona, a więc cicho -sza!

Napiszę tylko, że obie panie znam bardzo dobrze i się dziwię, że mając dobre rodziny, odchowane dzieci pchają się w romanse grzebiąc tak całe, swoje poukładane życie!

Nie na darmo się mówi, że dupa nie ciągnik, a ciągnie tylko wydawało mi się, że to przywilej młodości, a nie ludzi w kwiecie wieku!

Oj naiwna jestem całe swoje życie, bo zawsze wierzyłam w mądrość kobiet i mężczyzn też, a tu takie jaja!

Na deptaku w Ciechocinku – tam nie ma podobno żadnych różnic wieku i romanse kwitną nawet po 80 -tce! 😀

Niedawno ze swojego życia seksualnego zwierzyła się aktorka – Bożena Dykiel, która opowiedziała o swoim współżyciu, ale ona żyje ze swoim mężem od lat i nie ma się czemu tu dziwić!

„Lubię ładną bieliznę, musi być jednak nie tylko ładna, ale wygodna, funkcjonalna. A jak ktoś lubi taką bardziej frywolną, to czemu nie. Co prawda do sex shopu nie zajrzałabym, bo…od razu zrobiliby mi tam zdjęcia!

Dla podsycenia atmosfery w sypialni wszystko, co obojgu pasuje, jest dobre. Także rozmaite przebieranki, gadżety erotyczne. Bo seks po „60” z tym samym partnerem, tak jak ja ze swoim panem Rysiem, to cudowna sprawa – zapewnia.”

Tym czasem moje ryczące pięćdziesiątki rozwaliły trzy rodziny i sporo się dla Rasputina zapożyczyły – komedia w małym miasteczku!

Obraz może zawierać: niebo i na zewnątrz

Obraz może zawierać: niebo i na zewnątrz

Jestem wściekła!

żaba za liściem - syndrom gotującej się żaby

Wczoraj się dowiedziałam od postronnej osoby o pewnej plotce na mój temat, ale może to nie plotka, a stwierdzenie jaka ja to niby jestem!

Wszystko, to pochodzi od wiarygodnej osoby, która mi dobrze życzy!

Jest to dla mnie druzgocące i cholernie niesprawiedliwe, a do tego pochodząca z ust mojej rodziny.

Poczułam się jakby ktoś mi napluł w twarz i moja dusza cały dzień płacze.

Nie jest to pierwsze takie mnie potraktowanie i zawsze wszelkie podobne powiastki przemilczałam i jakoś sobie z tym radziłam.

Z czasem zadra ucichła i było mi dużo lżej, ale potrzebowałam czasu na ugładzenie się w mojej głowie.

Nie umiem się kompletnie kłócić i udowadniać, że mnie krzywdzą, ale tym razem chyba wybuchnę, bo mi się przelało.

Tym razem zrobiono ze mnie osobę, tak jabym była ubezwłasnowolniona i niepoczytalna na umyśle.

Nigdy nie wtrącam się w cudze sprawy i cudzą rodzinę.

Jestem w mieście osobą, którą kompletnie nie obchodzą ploty miejscowe i praktycznie nie znam za wielu ludzi w mieście, gdyż wychodzę z założenia, że każdy się wyśpi tak jak sobie pościeli, a mnie nic do tego.

Mimo wściekłości i automatycznego pogorszenia się mojego zdrowia, bo serce mi się rozszalało – nie wiem jak mam się zachować.

Czy powinnam kolejny raz przemilczeć i zdusić to w sobie, czy pójść i wywalć wszystko z siebie, a może powinnam napisać list, bo jak napisałam nie potrafię się wykłócać o prawdę nawet!

Chyba cierpię na syndrom gotującej się żaby, która za długo toleruje draństwo!

Jak Wy reagujecie, kiedy ktoś złym słowem robi Wam przykrość, bo mnie to dopadło nie raz, a od wczoraj nie mogę znaleźć sobie miejsca – cholera jasna!

„Syndrom gotującej się żaby, czyli kiedy tolerujesz coś zbyt długo.

Syndrom gotującej się żaby – czy słyszałeś kiedyś ten termin? Czasami tolerujemy niezdrowe sytuacje oraz toksycznych ludzi za długo, ponieważ kierujemy się niepisaną zasadą, że „jeśli nie ma innego wyjścia, musisz to znosić”. Na tym między innymi polega syndrom gotującej się żaby. 

Nie możemy ignorować faktu, że wielu z nas poświęca swój emocjonalny dobrobyt na rzecz innych. Często się też dzieje, że nie myślimy wyłącznie o naszym szczęściu, kiedy w grę wchodzą drugie osoby, które w jakiś sposób na nas polegają.

Możemy znosić bolesne sytuacje przez bardzo długi czas w wyniku emocjonalnej zależności, toksycznego związku, a może po prostu z braku inteligencji emocjonalnej, która podpowiada nam co jest normalne, a co nie.

Być może tolerujesz sytuacje, aż do momentu, kiedy się wypalisz. Nawet nie będziesz zdawać sobie sprawy, że musisz wyskoczyć ze statku, by uratować własną skórę. To dlatego pragniemy, abyś poznał czym jest syndrom gotującej się żaby, która nie była świadoma tego, że się gotuje. To koncept wyjaśniony przez Oliviera Clerka.

Syndrom gotującej się żaby

Jeśli włożymy żabę do garnka pełnego wody i zaczniemy ją podgrzewać, wraz ze wzrostem temperatury żaba zacznie dostosowywać temperaturę swojego ciała. Płaz ten utrzymuje się przy życiu zmieniając swoją temperaturę pod wpływem środowiska.

Jednak kiedy woda jest już na granicy zagotowania, żaba oczywiście nie potrafi się dostosować. W tym momencie decyduje się wyskoczyć. Próbuje to zrobić, ale ponieważ wykorzystała całą swoją energię na dostosowywanie się, nie udaje jej się tego zrobić. W końcu umiera.

Co zabiło żabę? Pomyśl o tym! Większość z was powie, że to gotująca się woda. Jednak tak naprawdę zabiła ją niemożność zdecydowania się na skoczenie w odpowiednim momencie. Oto co próbuje nam przekazać syndrom gotującej się żaby.

My wszyscy musimy dostosowywać się do ludzi i sytuacji, jednak powinniśmy wiedzieć kiedy mamy się przystosować, a kiedy ruszyć dalej. Są momenty, kiedy musimy stawić czoła sytuacji oraz podjąć odpowiednie kroki.

Jeżeli pozwolimy innym, aby wykorzystywali nas fizycznie, emocjonalnie, duchowo czy umysłowo, będą nadal to robić. Zacznijmy decydować o tym kiedy skoczyć! Musimy zrobić to, dopóki posiadamy siłę.

Co syndrom gotującej się żaby mówi o nas samych

Ta metafora posiada wiele zastosowań w różnych dziedzinach naszego życia – pracy, relacjach międzyludzkich, osobowości, zdrowiu. Ludzie, którzy uwięzieni są w związku, który nie przynosi im niczego dobrego i tylko stale dostosowują się do zachcianek partnera, by nie dodawać oliwy do ognia myślą, że mogą to tolerować, lub że nie posiadają innego wyjścia.

Jednakże zbyt długie tolerowanie rzeczy w ten sposób nie prowadzi do niczego, prócz problemów i granicy wytrzymałości. Kiedy najmniej się tego spodziewamy obudzimy się w ekstremalnej sytuacji, której nie będziemy w stanie już dłużej znosić. Będziemy musieli skoczyć, uciekać lub przynajmniej wymyślić plan ucieczki z danej sytuacji lub toksycznego związku. Jednak do tego czasu możemy być już ciężko ranni.

Być może nie mamy już siły, by zmierzyć się z ostatecznym punktem krytycznym, który nadszedł, ponieważ nie widzimy drogi wyjścia, nie zastanawialiśmy się nad tym wcześniej lub zostaliśmy już zbyt zranieni i baliśmy się, że sytuacja się tylko pogorszy.

Jak uczy nas syndrom gotującej się żaby, czasami nasza zdolność do tolerowania pewnych rzeczy jest dość duża, jednak nasza energia oraz nadzieja szybko wypala się po drodze. 

Kwestia codziennego stresu

Richard Lazarus wskazał na różne sposoby radzenia sobie ze stresem oraz również na to, że istnieją dwa rodzaje stresu: chroniczny stres codzienny oraz głęboki stres związany z wydarzeniami w życiu.

Zwykle mówi nam się, że stresujące sytuacje takie jak rozwód, śmierć bliskich, utrata mieszkania czy pracy, bardzo na nas wpłyną i może to prawda. Jednak stając twarzą w twarz z takimi sytuacjami, które wywierają na nas olbrzymi negatywny wpływ, musimy przygotować się na to, by „skoczyć w odpowiednim czasie”.

Jednak to o codzienne stresujące sytuacje (nawet bardziej, jeśli trwają przez dłuższy czas) powinniśmy martwić się bardziej. Wiele z nich nie wydaje się być negatywnymi przez długi czas.

Często dzieje się tak w związku z domową przemocą psychologiczną lub fizyczną – czasami traktowani jesteśmy dobrze, czasem nie. W ten sposób jednak czujemy ciągły dyskomfort; po prostu dostosowujemy się, aż do momentu kiedy nie jesteśmy już w stanie dłużej tego znieść. O tym samym mówi syndrom gotującej się żaby.

Najlepszym sposobem na poradzenie sobie z tą sytuacją jest po prostu rozpoznanie jej. Nie możemy ukrywać naszych uczuć wmawiając sobie, że to normalne. Jeśli czujesz się źle przez dłuższy czas w związku z jakąś sytuacją lub osobą, coś jest nie tak.

Musisz skoczyć. I nie chodzi o ucieczkę, lecz o ratowanie się z tonącego statku, stawienie czoła sytuacji oraz zastanowienie się nad możliwymi rozwiązaniami.

Pamiętaj, że ten, kto toleruje coś zbyt długo, rzadko posiada energię, by zmienić sytuację tuż przed punktem krytycznym. Rany mogą sięgać już zbyt głęboko. Syndrom gotującej się żaby jest tego znakomitym przykładem”.

Nie dam się zastraszyć!

Mój blog zatacza coraz szersze kręgi i ludzie mnie czytają, ale kompletnie bez zrozumienia.

Jeśli coś piszę, to nie po to, by kogoś urazić, ale są tematy, o których aż chce się pisać i życie dostarcza ich coraz więcej.  Jednak ludzie różnie moje słowa interpretują i jedna pani drugiej pani w małomiasteczkowym środowisku przekazuje i jest to powód do plotek.

Ludzie zawsze kochali ploteczki i czerpią je zewsząd, aby tylko coś się działo i było o czym rozmawiać przy kawie, albo w pracy – tzw. ciotki klotki, a ja nie cierpię plotek!

Muszę więc cedzić słowa i dlatego więcej na blogu będzie kopiuj – wklej, niż moich osobistych przemyśleń. Jednak sobie myślę, że nie należy dać się zastraszyć!

Szkoda, że tak mi się zamyka buzię i może czas zamknąć tego bloga, by otworzyć innego – mniej popularnego? Trzeba to przemyśleć, choć „Lustro codzienności” jest mi bardzo drogie i ja wytrwam!

Trudno też w dzisiejszych czasach pisać o polityce, bo robi się w kraju coraz groźniej i już zamykają ludzi za poglądy i przeszłość. Mogą zamknąć i mnie!

Robi się jak w Korei i niedługo brat będzie donosił na brata i w końcu dojdzie do walki bratobójczej!

Każdego dnia w obecnej rzeczywistości, czyta się od rana o strasznych postanowieniach tego rządu, które godzą w naszą wolność słowa i nie tylko.

Dziś przeczytałam, że za handel w niedzielę sprzedawcy będą zamykani do więzienia, ale to nie wszystko, bo kupujący też pójdzie do więzienia.

Płakać się chce z tego powodu, że oni mogą zrobić z nami wszystko, bo mają większość i będą nas każdego dnia straszyli. Nie wyjdziemy na ulicę demonstrować, bo wejdzie zakaz zgromadzeń!

A teraz przyszedł czas na wklejkę, choć jak pisałam nie dam się zastraszyć!

Ciekawe jak się czują Ci, którzy przy urnach nie myśleli!

Moje państwo chce, bym stąd wyjechał

29 listopada 2016 | 14:42
Mój list jest wyrazem bezsilności wobec rzeczywistości, która jeszcze niedawno zdawała mi się mnie nie dotyczyć.

Postanowiłem napisać, ponieważ przeczytałem artykułyWojciecha Czuchnowskiego dotyczące obniżenia emerytur „pracownikom państwa totalitarnego”. 

Mój list jest wyrazem bezsilności wobec rzeczywistości, która jeszcze niedawno zdawała mi się mnie nie dotyczyć. Nie potrafię powiedzieć, czego spodziewam się po tej korespondencji. Nie wiem, czy mogę czegokolwiek… 

Jestem 33-letnim, starszym synem 57-letniego, emerytowanego oficera policji w stopniu nadkomisarza. Mój ojciec po ukończeniu szkoły średniej rozpoczął studia na wymarzonym Wydziale Lotnictwa Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie. 
Ze względów zdrowotnych zmuszony był do ich przerwania na trzecim roku nauki. 
Ukończył kurs nauczycielski, przez jakiś czas pracował w szkole podstawowej (uczył WF-u i PO). Dyrektorem tej szkoły była moja babcia, członkini PZPR; można zatem powiedzieć, że ojciec był lokalnym „dzieckiem resortowym” :-). 

Ukończył cywilne studia pedagogiczne ze stopniem magistra. W 1987 roku rozpoczął pracę w milicji w niewielkim, dziś powiatowym mieście w środkowej Polsce. Następnie przeszedł pozytywną weryfikację i przez kolejnych 18 lat pełnił służbę dla III RP.
Przez cały ten czas z dumą i szacunkiem nosił mundur, w klapę którego była wpięta dęblińska odznaka spadochroniarza. Był uczciwym, zasadniczym policjantem i dobrym człowiekiem, czym zyskiwał szacunek i zaufanie ludzi. Był silnym mężczyzną, który często powtarzał swoim synom, jak ważna jest Ojczyzna. 

Jest świadomym patriotą, pasjonatem historii, który z szacunkiem odnosi się do przeszłości, kultury i dziedzictwa naszego kraju. Zarówno on, jak i jego mama wychowywali nas w poczuciu godności, dumy z historii i przynależności do Wspólnoty – Polski. Ze świadomością ofiary, jakiej wymagała wolność. Zawsze dbał o szacunek dla instytucji policji i o honor funkcjonariusza. Jest uczciwym obywatelem. Płaci podatki, nie jeździ na gapę, dokarmia zwierzęta, nie wyrzuca śmieci do lasu. 

Kilka dni temu dowiedział się, że jest nikim 

Patrzę na Niego i jest mi przykro. I nie dowierzam, do czego skłonne jest państwo prawa, aby w imię poklasku gawiedzi, zadowolenia kościelnych hierarchów pozbawić swoich małych, ale szlachetnych (a może po prostu uczciwych, oddanych) obywateli godności, przekreślić ich dokonania, uczciwy wkład w kształtowanie nowej Polski w tamtych przecież trudnych, niejednoznacznych czasach przełomu, choćby nawet był on, zachowując proporcje, niewielki. 

Patrzę i jest mi wstyd, że żyję w takim kraju. Chciałbym mojemu ojcu jakoś pomóc. A nie mam pojęcia jak. Wiem, że w 2009 roku był podobny projekt ustawy, który przepadł w Trybunale Konstytucyjnym. Ale teraz… 

Mój młodszy brat od kilku lat służy w policji. Od dziecka marzył o mundurze… 

Ja jestem lekarzem 

 Pracuję w dużym ośrodku szpitalnym w Trójmieście. I chociaż to już wątek na inną historię, chcę go rozwinąć. Poza publicznym pracuję w sektorze prywatnym, spędzam w sumie ponad 300 godzin każdego miesiąca, pracując, aby zapewnić odpowiedni poziom życia sobie i swojej rodzinie. 
Do tej pory nie obciążałem państwa swoimi potrzebami. Spłacam kredyt mieszkaniowy, moje dziecko wraz z żoną zaszczepiliśmy prywatnie, chodzi do prywatnego przedszkola, ma prywatnego pediatrę. Nie odebraliśmy „becikowego”. Nie obciążamy systemu. I do tej pory jedyne, czego oczekiwałem od państwa, to to, żeby mi i mojej rodzinie nie przeszkadzało.

Okazało się, że to jednak oczekiwania wygórowane 

Moje państwo chce bowiem obciążyć moją działalność gospodarczą podatkiem, który ma rzucić mnie na kolana i zrównać z kolegami z dzieciństwa, którzy zamiast uczciwej, opodatkowanej pracy utrzymują się z nielegalnego zatrudnienia, dzięki czemu utrzymują prawo do otrzymywania zasiłku „500 plus”. 
  
Moje państwo zwraca się przeciwko mnie. Moje państwo chce, bym stąd wyjechał. 

Jest mi z tym źle. 

http://wyborcza.pl/7,95891,21046900,moje-panstwo-chce-bym-stad-wyjechal.html

Napiętnowana w małym miasteczku!

Melania, ale wszyscy mówili na nią Mela, to była młoda  kobieta w wieku 27 lat, która w małym miasteczku pracowała w urzędzie gminy na stanowisku aktywizacji i promocji. Wszędzie było jej pełno, bo jeśli trzeba było zorganizować miejskie dożynki, czy dni miasta, to ona nadawała się do tego idealnie.

Miała w sobie moc charyzmy i potrafiła w mig zaktywizować lokalnych sponsorów i zorganizować imprezę z orkiestrą i miejskimi wykonawcami, angażując wszystkich ważnych w mieście i wypromować miasteczko jak się patrzy.

Była nie zastąpiona i wszędzie było jej pełno, a wójt miasta nie musiał się martwić, że coś na imprezie promocyjnej miasta nie wypali. Była doskonała i kochała to co robi będąc swoim żywiole.

Swoim koleżankom zawsze mówiła, że jest niewierząca i nigdy nie wyjdzie za mąż, gdyż jej ojciec katował jej matkę, która z rozpaczy się rozchorowała i umarła, a więc nie wierzy w Boga i tylko kieruje się w życiu intuicją i zdrowym rozsądkiem.

Lubiła imprezować, ale robiła to z głową. W swoim wynajętym, malutkim mieszkanku urządzała często spotkania babskie i nie tylko, gdzie alkoholu było dużo, ale było wesoło i każdy wiedział, że Melania to rozrywkowa babka, ale nigdy nie zawaliła swojej pracy, a więc nie było się czego czepić.

Pewnego dnia Melania poczuła się źle i znalazła się na pogotowiu, a tam zaczęto podejrzewać, że jest w ciąży.

Położono ją na oddział i faktycznie Melania była w ciąży zagrożonej, jak stwierdził lekarz dyżurny i pozostawiono ją na obserwacji.

Fama po mieście rozeszła się bardzo szybko, bo niby z kim Melania miałaby być w ciąży? Przecież z nikim się nie spotykała, a więc wszyscy byli ciekawi skąd ciąża u Melanii.

Ktoś rzucił podejrzenie i plotka poszła, że często była wzywana do wójta miasta, a więc może wójt, który jest żonaty i ma dwoje dzieci, jest sprawcą tajemniczej ciąży?  Może to jakiś kolega z towarzystwa zrobił jej dziecko podczas zakrapianej imprezy i tak się wszyscy domyślali. Najgorzej było pod kościołem gdzie to starsze panie snuły domysły, że z pewnością Melania usunie tą ciążę, bo nigdy do kościoła nie chodziła, a urodzić dzieciaka wójta to wielki wstyd, a do tego jak można rozbijać rodzinę wójta?

Pluto na Melanię, że bezbożnica z niej i ladacznica. Wyklęto ją ze społeczności, kiedy ona leżała w szpitalu na podtrzymaniu ciąży i o niczym nie wiedziała, co szepcze się mieście, ale do czasu rzecz jasna. Odwiedzały ją koleżanki i naświetliły jak sprawy się mają!

Minęły miesiące i Melania urodziła, wbrew wszystkim pomówieniom, że to dziecko wójta, albo jakiegoś tam innego, że usunie niechcianą ciążę jak to baby plotły pod kościołem. Urodziła w terminie ślicznego chłopaka i tylko kiedy mogła go wyprowadzić na świeże powietrze pokazała dziecko całej społeczności udowadniając, że mimo wszystko dziecka nie usunęła, ale…

W miasteczku wciąż się domyślają, czyje to jest dziecko, ale Melania na ten temat milczy!

Ps. Żona wójta poprosiła Melanię o udostępnienie danych do wyników DNA, ale okazało się, że jej mąż nie jest ojcem, a więc baby pod kościołem nabrały wody w usta, a syn Melanii rośnie zdrowo, a ona kocha go nad życie, ale z pracy ją zwolniono!

A kiedy to szata nie zdobi człowieka, a to, co w sercu się nosi

Pani Ania siedziała samotnie na ławce  każdego dnia, kiedy tylko pogoda sprzyjała wyjściu z domu. Siedziała zawsze na tej samej ławeczce, która nie wiadomo czemu nie była uczęszczana przez innych ludzi i zawsze stała tak, jakby czekała na nią. Może dlatego, że była ukryta w zaroślach i z tej ławeczki nie wiele było widać.

Pewnego razu mijały ją trzy panie, które każdego dnia umawiały się na spacer z kijkami i w ten sposób spędzały swoją emeryturę. Szły sobie i gawędziły o tym i o tamtym, dość głośno i zachowywały się jak nastolatki. Opowiadały sobie w marszu jakie to zakupy poczyniły i co tam dziergają na drutach i szydełku. Jak to starsze panie miały sobie wiele do powiedzenia, a więc Anna tylko z za książki czasami na nie spojrzała i zaraz wracała do czytania, bo czytanie to jej wielka namiętność i właśnie na tej ławeczce czytało się jej najlepiej.

Pewnego razu usłyszała niespodziewanie, że panie wędrujące skrytykowały ją, że dziwacznie i bez gustu się ubiera i usłyszała, że z pewnością ubiera się w lumpeksie, bo to od razu rzuca się to w oczy. Reszty rozmowy już nie słyszała, ale zrobiło się jej strasznie przykro. Należała do samotnic i nie chciała, a może uważała, że nie umie zawierać znajomości i pokochała swoją samotność. Jednak przeniosła się z czytaniem na inną ławeczkę, aby te panie już nigdy jej na swojej drodze nie widziały.

Ania często rozmyślała o swoim życiu i chciała coś w nim zmienić. Brakowało jej ludzi i rozmów z nimi, ale była nową mieszkanką małego miasteczka, do którego przybyła z przyczyn osobistych. Miała malutkie mieszkanko, kupione za dość niską cenę i starała się nikomu nie zawadzać i nie przeszkadzać. Lubiła kwiaty, a więc od wiosny sadziła je na swoim balkonie i tam też, kiedy tylko pogoda pozwalała, coś tam w zeszycie pisała. Nikt nie wiedział o niej nic, a ona przemykała po osiedlu i siadywała na swojej wybranej ławeczce.

Kiedyś zauważyła wywieszone ogłoszenie, że Biblioteka Miejska zaprasza Seniorów, aby zgłosili swoją chęć czytania poezji, jeśli takową uprawiają amatorsko.

Pomyślała sobie więc, że dlaczego by nie. Poszła i zapisała się na listę, przezwyciężając swoją nieśmiałość, ale może to będzie dobry sposób, aby kogoś ciekawego poznać i zaistnieć w miejskiej społeczności.

Kiedy przyszedł ten dzień, to okazało się, że jest jedyną, która ma chęć czytać swoje wiersze. To była niewielka salka, gdzie zapalono świece, aby stworzyć dobry nastrój. Po krótkim wstępie, zaproszono ją i wręczono mikrofon, a na sali siedziały także trzy wędrowniczki z parku.

Zaczęła czytać swoje wiersze, ale jakie to były wiersze? Pełne miłości do męża, którego już nie ma i tęsknoty do dzieci, które umarły zaraz po porodzie, Wiersze o spleceniu się przyrody z ludzkimi tęsknotami i wiersze opowiadające o tęsknocie do ludzkich serc. Było w nich tyle bólu i tyle piękna, bez patosu, a wszystko ubrane w przepiękny, polski język, pełen metafor i niedopowiedzeń.

Słyszała, że ktoś tam na końcu zaszlochał i widziała łzy w oczach tych pań, którym nie podobał się jej ubiór i uznały ją za dziwaczkę.

Kiedy przyszedł czas na ostatni wiersz, Ania wstała, poprawiła swoją spódnicę z lumpeksu i głośnym i pewnym głosem przeczytała swój wiersz, coś w rodzaju, że nie szata zdobi człowieka, ale to, co jest ukryte we wrażliwym sercu.

Kiedy na salce rozbrzmiewały oklaski pełne podziwu, nikt nie wiedział do kogo kierowany jest ten ostatni wiersz, a panie wędrowniczki skuliły się ze wstydu.

Próbowały Anię przeprosić i Ania przeprosiny przyjęła, ale jednak wolała wrócić na swoją ławeczkę, tę pierwszą – już bez wstydu, a od dyrekcji biblioteki dostała zaproszenie, by organizowała dla miasta wieczorki autorskie i przy okazji prezentowała swoje, wspaniałe wiersze. 🙂

Gadu, gadu, gadu nocą. Baju, baju w dzień

Pewnego poranka obudziła się i wpadła jej do głowy myśl genialna, którą postanowiła wcielić w życie. Została natchniona doniesieniami, że w Warszawie ma się odbyć Parada Równości i wszyscy ludzie „Inni”, wyjdą zamanifestować tę swoją inność. Wyjdą geje i wyjdą lesbijki. Wyjdą transwestyci i ci wszyscy, którzy rozmyślają nad zmianą swojej płci.

Przygotowywała sobie grunt do swojego eksperymentu, a miała wielu znajomych. Była lubiana oraz rozchwytywana przez nich, a więc nie stanowiło żadnego problemu aby wcielić  swój chytry  plan. Chciała sprawdzić kto lepiej trzyma jęzor za zębami!

Zadzwoniła do Jana, Krzysia i Zbyszka.

– Słuchajcie, mam ochotę zjeść z wami kolację i przy okazji pogadamy o naszym projekcie, który musimy w tym tygodniu dokończyć, bo inaczej szef nas odpowiednio doceni, czyli utratą premii.

Przygotowała w swoim przestronnym mieszkaniu kolację dla panów, co nie było dla niej trudne, gdyż kucharką była bardzo dobrą i  kuchnia to jej hobby. Potem powyginała się przed lustrem i stwierdziła, że czerwona sukienka będzie odpowiednia do tej kolacji.

Kiedy panowie się zjawili, od razu poczuli się jak u siebie, gdyż wprowadziła luźną atmosferę, każdego witając słodkim buziakiem. Nie zabrakło oczywiście wina i innych trunków, które wszystkim rozwiązały mowę i stali się wylewni jak to przy odrobinie alkoholu.

– Słuchajcie, muszę się wam zwierzyć – rzuciła temat od niechcenia.  Spojrzeli na nią z zaciekawieniem i zaczęła.

– Jadę niedługo do Niemiec – ogłosiła. – Wezmę rok urlopu i dlatego jest ta kolacja – między innymi.

Nastała krótka cisza i chłopaki czekali na dalsze wynurzenia.

– Jadę tam, ponieważ będę zmieniała płeć. Nie czuję się dobrze w swojej skórze i to już postanowione, choć bardzo się boję i obawiam bólu, ale myślę, że to zostanie między nami – poprosiła. – Nie chcę by po mieście krążyły nie wybredne dowcipy na mój temat – okej? – Liczę na waszą mądrość i dyskrecję.

Chłopaki wpadli w lekką konsternację i lekko ich zamurowało, ale zgodnie ogłosili, że trzymają za nią kciuki i kibicują w przedsięwzięciu. Ma to jak w banku – buzia na kłódkę.

Minęło trochę czasu i nie zauważyła w firmie żadnych szeptanek, co oznaczało, że wiadomość wpadła jak do studni i czuła się bezpiecznie.

Po miesiącu zaprosiła na babski wieczór trzy koleżanki z firmy i powtórzyła tę samą opowieść. Przysięgły jej, że zachowają wszystko dla siebie, choć trudno im zrozumieć, że taka piękna kobieta, zgrabna i urocza została dotknięta takim defektem. Dyskutowały do późnej nocy, bo wiadomość owa była dla nich szokiem, ale próbują zrozumieć i od nich nikt się niczego nie dowie.

Kiedy przyszła na drugi dzień do firmy zauważyła dziwne spojrzenia i widocznie inni ją unikali. To się dało zauważyć . Ludzie coś do niej mówili, ale nie patrzyli jej w oczy, tak  jak by była trędowata. Kiedy szła zaparzyć sobie kawę, opuszczali pomieszczenie i nie wiedzieli jak się mają zachować i już wiedziała, że jej genialny plan, był sprawdzianem komu można w życiu zaufać.

Wiedziała już z całą pewnością, że faceci różnią się od babskiego plemienia, niby wykształconego, a jednak siedzącego w zaścianku i średniowieczu, głodnego plotek i sensacji. Niezrozumienia i nietolerancji, wiszącego godzinami na telefonie na zasadzie – jedna pani, drugiej pani. Pomyślała, że nie powie im tego w oczy, bo to nie spowoduje, że babskie środowisko cokolwiek pojmie. Wiedziała już, że  baby są stworzone do tego, aby zajmować się nieustająco intrygami, ploteczkami i cudzym życiem. Baby tak mają i już!

Na następną kolację zaprosiła już tylko trzech, dyskretnych i mądrych chłopaków i oznajmiła im, że są  w porzo,  że przebywanie w ich towarzystwie, to czysta przyjemność. Nalała do kieliszków wina, nie zapominając wspomnieć, że to wszystko było zaplanowaną prowokacją.

Wieczór był udany i bezpieczny.:)

Kochanki też się starzeją!

Zdradzał ją i wszyscy wiedzieli, tylko jak zawsze to bywa – nie ona. Uchodzili w mieście i w dzielnicy za wzorową parę. Ona zabiegana, zadbana i bardzo dbająca o dzieci. On zaradny, tak zwana złota rączka. Oboje byli uśmiechnięci, uczynni i lubiani. Kiedy jednak szeptano po kątach, że ma inną, wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. Jak to, co się stało z tym małżeństwem postrzeganym na niemal idealne. Jej koleżanki tak bardzo zazdrościły jej męża, a jemu tak przystojnej i eleganckiej żony.

Nikt nie chciał się wtrącać w to małżeństwo i nikt nie chciał jej oświecić, że on za plecami jak to się mówi doprawia jej rogi. Ona biegała do pracy i z pracy i tam też żadna koleżanka się nie wygadała. Obserwowały ją tylko pilnie codziennie przez osiem godzin pracy, czego ona nie zauważała wcale.

Pewnego dnia ona nie zjawiła się w pracy i od razu poszła fama, że na pewno się coś wydarzyło i się wreszcie dowiedziała. ale nie to było powodem jej nieobecności. Zwyczajnie zachorowała i nie mogła stawić się w pracy.

Tak mijały miesiące, a ona dalej niczego się nie domyślała i robiła wszystko, co należało do matki i żony. W domu czasami jego nie było, ale myślała, że dłużej pracuje, aby ich byt materialny był na przyzwoitym poziomie. Nie zauważała niczego, a tylko z tego powodu, bo bardzo mu ufała i wciąż była zakochana.

Pewnego razu, robiąc porządki w łazience znalazła sprytnie ukryte prezerwatywy. Wzięła je do ręki, policzyła i zapaliła się jej czerwona lampka, bo ich nie stosowali wcale. Zaraz potem w skrzynce na listy odnalazła list od anonima życzliwego. Dowiedziała się która to jest ta druga. Zaczęła kojarzyć fakty. Zaczęła się domyślać i była pewna, że mąż ją zdradza. Oczywiście nie przyznał się do niczego, ale ona już była czujna i nic jej uwadze już nie uszło. Raz i drugi sprawdziła, czy faktycznie jest w pracy – nie był!

Co robić z tymi kłamstwami. Jak zmusić, by się przyznał i skończył ten cholerny romans. Trzeba się rozwieść, bo wszystko się posypało jak domek z kart. Nie miała wątpliwości, że jedynym wyjściem jest rozwód i założyła sprawę do sądu. Nie chciała żyć już w kłamstwie, mimo, że wciąż kochała.

Na sprawie on wyraził skruchę i przysięgał, że to się więcej nie powtórzy, bo mimo wszystko bardzo ją kocha i ich dzieci, a to dla niego nic nie znaczyło. Ot, taka fanaberia i ciekawość.

Postanowili zacząć wszystko na nowo, choć jej wcale lekko nie było. Zasiane ziarno nieufności dawało się jej we znaki i męczyła ją ciągła podejrzliwość. Chciała go mieć bardzo dla siebie, ale przede wszystkim dla dzieci, które kochał jak wariat.

Minęło parę lat i wszystko wróciło do normy. Ona tamtej nie widziała te parę lat. Mijały się i może na szczęście, bo rany się nie rozdrapywały przynajmniej. Jej mąż troszkę przytył i zwalała to na karb wieku i spokojnego już trybu życia.

Pewnego dnia, podczas spaceru z nim, zauważyła ją! Okazało się, że i ona nabrała masy i wyglądała jak kaszalot, bo przybyło jej z tyłu i z przodu, choć była jeszcze młodą kobietą i w tym momencie brzuszek jej męża i wielki tyłek tamtej dał jej do zrozumienia, że ten romans jest skończony na 100 procent, gdyż on się już nie musiał ukrywać i kombinować, a ona przestała o siebie dbać i menopauza zajrzała jej w oczy.

Była już spokojna o los swojego związku i uśmiechnęła się pod nosem, tak, aby on nie zauważył  🙂