Archiwa tagu: praca

Pierwsza Dama będzie harować za darmo!

Jeszcze parę lat temu biegało się do pracy, a mój poranek i myślę, że tysięcy kobiet w Polsce poranek wygląda tak samo.

Budzik o godzinie 6 dzwoni niemiłosiernie. Trzepot serca, że trzeba wstać. Pacnięcie nerwowo w to znienawidzone urządzenie i się działo.

Która kobieta zaczyna od kawy, to zaczyna, ale ja wpadałam do łazienki i gapiłam się w swoje oblicze w lustrze i pierwsze co, to patrzyłam na swoje włosy, które po nocy stały sobie jak chciały we wszystkie możliwe strony i byłam tak strzyga.

Prysznic szybki i do roboty okiełznać te włosięta. Dylemat, czy wziąć je lokówką, czy też szczotką i pianką oraz potraktować  suszarką.

Kiedy jako tako zrobiłam swoje włosy zabierałam się za szybki makijaż i nie raz na szybko wsadziłam sobie w oko tusz do rzęs, co było wielką porażką, bo trzeba było zmyć makijaż i na nowo zaczynać.

Starałam się, aby ciuchy były gotowe na fotelu na nowy dzień, ale często tak się zdarzało, że rano mi się odwidziało i wpadałam na nowo w szafę i na szybko się stroiłam.

Czas leciał, a potem szybko tup, tup chodnikiem, zdyszana byłam w pracy, ale nigdy się nie spóźniłam przez wiele, wiele lat.

Trzeba było pracować i zarabiać pieniądze dla dzieci, na rachunki, na potrzeby rodziny i choć nie zawsze te pieniądze  były wystarczające, to od rana trwał ten taniec, aby do pracy dotrzeć i pracować na najwyższych obrotach.

Do czego zmierzam tym przydługim wstępem?  Otóż kochani moi czytelnicy zmierzam do tego, że nasza Pierwsza Dama, żona Prezydenta Andrzeja Dudy – Agata Duda będzie harować za darmo.

Tak, tak kochane ludzie. Agata Duda będzie prowadziła wykłady, bo się  dogadała  z warszawskim Liceum Polonijnym Kolegium św. Stanisława Kostki przy ul. Bobrowieckiej. Szkoła przeżywała niedawno trudności finansowe, bo wśród jej uczniów przeważają Polacy ze Wschodu, na których MSZ skąpiło pieniędzy.

Prawda, że bardzo ładnie, że kobiecie się chce?

Tylko dlaczego za darmo? Protokół zabrania Pierwsze Damie na zarabianie, bo ma przy Prezydencie wyglądać i pachnieć, a Agata Duda tak nie chce i dlatego będzie uczyć za darmo, bo coś jest niedofinansowane.

Co ją skłoniło do tego? Czyżby się znudziła i nie chce już być tylko marionetką, a chce być prawdziwą kobietą, która o sobie decyduje, a nie jakieś tam protokoły dyplomatyczne? Czyżby zachciała się jej zmiana środowiska i pójście do prawdziwego życia, bo inaczej jej jest straszno i duszno?

A może nie  może znieść tego, że jej mąż łamie Konstytucję na każdym kroku i rozwala Trybunał Konstytucyjny i dlatego ucieka od swojego męża i od Prezesa PiS, bo nie godzi się z decyzjami swojego ślubnego i jego partii?

Przecież niczego jej przy mężu – Prezydencie nie brakuje, a jednak pokazuje polskim kobietom, że można oderwać się od protokołu i pracować na siebie, tylko dlaczego Pani Agato – za darmo? 

Polskie kobiety gonią za pieniądzem na równi z mężczyznami, ale oczekują za swoją pracę gratyfikacji, bo mają ambicję, a Pani Duda może sobie pozwolić na fanaberię!

Tak, wygląda, to na fanaberię, ale może warto by było zawalczyć Pani Agato o to, by ten średniowieczny protokół raz na zawsze zmienić i kobieta Prezydenta przestała być jeno tylko paprotką!

Czy ja jestem konfesjonałem?

Usłyszałam dziś znamienne słowa od pewnej współpracownicy, z którą pracowałam bodajże 5 lat temu, ale o tym potem.

Było to tak, że pracowałyśmy w jednym dziale i pracowało nam się bardzo dobrze. Pani owa nie była moją szefową, ale w hierarchii biurowej była wyżej, choćby stażem pracy i doświadczeniem. Różniło nas  ponad 10 lat, ale w niczym, to nam nie przeszkadzało, aby praca układała się świetnie.

Często chodziłam do jej gabinetu, by podpisała sporządzone przeze mnie dokumenty i przybiła swoją pieczątkę, bym mogła dokumenty rozesłać po zainteresowanych petentach. Często też prosiła, bym ja coś jej napisała na komputerze i wydrukowała, bo Ona z komputerem nie za bardzo była.

Kiedy w wydziale były czyjeś imieniny,  jak to w biurze zazwyczaj się dzieje, że robi się chwilę przerwy na ciasto i dobrą kawę, a przy okazji rozmawiało się o sprawach niekoniecznie związanych z pracą, zawsze była miła i przyjazna.

Było nas w wydziale pięć kobiet i każda miała swoje zadania, ale jeśli któraś miała urlop, albo zachorowała, to nie było żadnego problemu, by ją zastąpić i wykonywać jej obowiązki przez ten czas.

Pracowało się w miłej i spokojnej atmosferze, bez focha i bez plotek, mimo, że wiedziałyśmy o sobie sporo. Jak to w życiu bywa, każda z nas miała jakieś kłopoty, a to z dziećmi, a to z finansami i tak dalej, ale nigdy nic nie wychodziło dalej.

Wspominam tamten czas bardzo dobrze, ale do pewnego momentu.

Moja Córka zaproponowała mi, abym z drugą Córką przyjechała do niej – do Paryża, gdzie pracowała. Chciała nam pokazać, to czarowne miasto i  kawałek zachodu i tu zaczęły się schody.

Miałam zaplanowany urlop jak to w pracy bywa, ale napisałam podanie o kilka dni urlopu poza grafikiem. Napotkałam na ścianę i jakiś dziwny mur i do dziś nie wiem dlaczego?

W końcu udało się wynegocjować i pojechałam. W Paryżu było cudnie, choć trochę towarzyszył nam deszcz, ale to nie przeszkodziło nam, aby pozwiedzać miasto i wjechać na wieżę E. Zachłysnęłam się Paryżem, choć nigdy więcej tam nie trafiłam, ale wciąż jest we mnie podziw i magia dla  Paryża.

No dobrze. Kiedy wróciłam, pochwaliłam się zdjęciami, bo trochę ich narobiłam. A to panorama miasta z wieży E, a to z mostu, a to podczas tańca salsy nad brzegiem Sekwany. Mam te zdjęcia do dziś i chętnie do nich wracam.

Wracając do tej pani, to przestała się do mnie odzywać i zaczęła traktować mnie obcesowo i strasznie służbowo. Od razu zauważyłam, że coś jest nie tak. Zawsze wracałyśmy z pracy razem do domu, bo szłyśmy w tym samym kierunku, aż nagle ten rytuał się skończył.  Ona wychodziła pierwsza, a ja po drodze widziałam jej plecy i tak było już zawsze, co zaakceptowałam i pogodziłam się z takim stanem rzeczy, choć było mi bardzo przykro.

W końcu nasze drogi się rozeszły, bo owa Pani przeszła na emeryturę i już się widywałyśmy bardzo rzadko. Potem ja odeszłam z pracy i w konsekwencji widziałyśmy się sporadycznie i tylko na dzień dobry, ale do dzisiaj.

Ktoś do mnie zapukał i kiedy otworzyłam drzwi, to mnie zamurowało.

– Czy mogę z tobą porozmawiać, tak po starej znajomości?

Zaprosiłam do domu rzecz jasna, choć poczułam od progu woń alkoholu.

Pomyślałam, że wypiła, aby dodać sobie odwagi, aby do mnie przyjść.

Zrobiłam kawę i usiadłyśmy, choć z początku byłam lekko sparaliżowana, bo nie spodziewałam się takiej wizyty i to kogo?

Od razu zauważyłam, że bardzo zeszczuplała i zmarniała. Twarz jej poszarzała, a włosy miała w nieładzie, co kiedyś było nie do pomyślenia, bo zawsze o siebie dbała.

– Przyszłam, bo nie mam już do kogo i wiesz, że mój mąż już odszedł z tego świata?

– Tak wiem i jest mi bardzo przykro z tego powodu – odparłam.

– Jestem w totalnej dupie ( jej słowa )!

– Pomagałam finansowo córce i synowi, a teraz ścigają mnie za kredyty, bo wzięłam dla nich, aby stanęli na nogi. – Obiecali stare konie, że poszukają roboty i zaczną spłacać, ale nic z tego i dalej piją i roztrwonili wszystko, a ja teraz nie mam na chleb.

Nie wiedziałam jak mam się zachować i podpowiedziałam, że może trzeba iść po pomoc do Opieki Społecznej skoro sprawy się tak źle mają!

– Wstydzę się strasznie, że mam takie dzieci. – Wstydzę się, że dopuściłam do takiej sytuacji i sama wciągnęłam się w dół bez wyjścia i wiesz co? – Chyba się powieszę, bo dłużej tego nie wytrzymam!

– Jesteś jedyną, której o tym powiedziałam, bo wszystkie inne się ode mnie odwróciły, kiedy sięgnęłam finansowego dna i nie proszę cię o żadne pieniądze, a tylko chciałam się wygadać! – Wybacz, że zawracam ci głowę i tylko ci powiem, że podziwiam cię, bo uratowałaś swoje małżeństwo, a dzieci zazdroszczą ci wszyscy w mieście i okolicach! – Jesteś szczęściarą!

Pożegnałyśmy się i tylko poprosiła, abym od czasu do czasu ją odwiedziła, a ja po jej wyjściu nie mogłam do siebie dojść!

Czy ja zawsze muszę być konfesjonałem, że jak bida do do Elki?

Przed chwilą napisałam mejla do Opieki Społecznej w moim mieście i uważam, że na tym moja rola powinna się skończyć, ale czy aby na pewno?

Mam mieszane uczucia, ale cóż więcej mogę zrobić dla kobiety, która kiedyś odwróciła się do mnie plecami z tak głupiego powodu?

To nie była żadna przyjaźń!

Siedziały w jednym biurze długie lata na przeciw siebie. Anna i Karolina znały się jak łyse konie. Każdego poranka ta, która przyszła pierwsza robiła kawę dla tej drugiej i od rana wymieniały wrażenia z poprzedniego, minionego dnia.

Opowiadały o swoich  mężach, a także o kłopotach i problemach i były dla siebie wielkim wsparciem. Lubiły się i inni w urzędzie lubili je, bo nie należały do grona plociuchów i to, co było między nimi nigdy nie wyszło poza.

Ufały sobie i żadna z nich nie dopuściła się zdrady i przekazania posiadanej wiedzy i to w nich ceniono, że mogły ze sobą konie kraść.

To była taka biurowa przyjaźń, która przekłuła się w spędzanie wspólnych imienin i urodzin na płaszczyźnie domowej i to też ludziom się podobało, że potrafiły pogodzić pracę z życiem prywatnym.

Anna wiedziała czego może się spodziewać po mężu Karoliny i widziała w nim zakochanego faceta w swojej żonie. Anna widziała w Romanie takiego mięciutkiego misia z lekkim, zalotnym brzuszkiem, który był na każde skinienie jej koleżanki. Czasami Anna miała wrażenie, że Karolina wykorzystuje swojego misia i jest jej z nim bardzo wygodnie. Roman robił zakupy, sprzątał, mył okna i kiedy Karolina przychodziła z pracy, to miała wszystko zrobione, a do niej należało jedynie zrobienie szybkiego obiadu, a potem miała totalny luz. Korzystała z tego i często wybierała się samotnie do kina, bo Roman wolał siedzieć w domu i kina nie lubił. Wolał zacisze domowe, ale nie bronił Karolinie tych samotnych wyjść.

Nie mieli dzieci, bo Karolina nie mogła ich mieć, a o adopcji nigdy nie myślała, choć Roman od czasu do czasu nalegał, ale żona gasiła jego zapędy.

Czasami zwierzała się Annie, że jej misiu trochę już ją nudzi i ten seks jest taki nijaki i mechaniczny, bez żadnych już uniesień, ale Anna się z niej śmiała, że po 15 latach małżeństwa to chyba już fruwają w brzuchu starsze motyle i tak zamykała temat, ponieważ bardzo lubiła Romana i trochę było jej go żal.

Mąż Anny – Jan to był zupełnie inny mężczyzna, gdyż należał do twardzieli, który uwielbiał sport i często wychodził na siłownię, oraz biegał długie dystanse i często nie było go w domu. Nie szczególnie pomagał Annie w domu, bo uważał, że to kobieta powinna się nim zająć, tak jak to wyniósł z domu, w którym kobieta była od gotowania, a mężczyzna od zarabiania i nijak Anna nie potrafiła tego zmienić.

Kochała swojego męża, bo mimo twardego faceta i cholernie przystojnego, widziała w nim coś takiego, że ją to rozwalało na łopatki, Potrafił się wzruszać na filmie miłosnym i miał porywy, że obsypywał ją prezentami i szalonymi wyjazdami gdzieś tam w świat.

Sam planował wakacje i Anna nigdy nie wiedziała gdzie ją mąż porwie i zapakuje w samolot, by wylądować w Maroku, czy Egipcie.

Kochała go tak mocno, że darowała mu taką niedbałość o sprawy domowe, tym bardziej, że sama uwielbiała sprzątać i gotować przysmaki dla swojego mężczyzny.

Jan nigdy nie chciał mieć dzieci, ponieważ ich po prostu nie lubił. Zawsze mówił Annie, że kocha ją i nie chce by zatraciła się w macierzyństwie i straciła przy okazji figurę. Anna czasami myślała, że to wygodnictwo i nalegała na dziecko, ale jej rozmowy miały z jego strony tysiące argumentów na nie!

Jednak w Annie wzrastał z każdym rokiem instynkt macierzyński i napierała Jana na dziecko. Pokłócili się okropnie i Jan trzasnął drzwiami i wiele dni nie wracał do domu. Anna szalała i dzwoniła do męża, ale jego telefon milczał, a więc postanowiła, że go postraszy i uda, że odchodzi.

Zadzwoniła do hotelu i zamówiła dla siebie pokój, a Janowi zostawiła kartkę, że to koniec ich małżeństwa, a ona się wyprowadza. Kartkę przyczepiła na lodówkę i spakowała kilka swoich rzeczy.

Podjechała pod hotel i kiedy się rejestrowała ujrzała schodzącego Jana ze swoją koleżanką – Karoliną, schodzących po schodach w miłosnym uścisku.

Prawie w tym samym czasie odbyły się dwa rozwody i Anna z Romanem, mężem Karoliny wyjechali do innego miasta i za trochę Anna urodziła syna Romanowi w wieku 40 lat, a Jan zostawił Karolinę, ponieważ nie była zdolna nigdy urodzić mu dziecka, bo nagle sobie przypomniał, że dobrze by było kogoś po sobie zostawić!

Co stało się z Karoliną? Przeszła leczenie psychiatryczne i jest na rencie. Od czasu do czasu ludzie ją widują, bardzo zaniedbaną, kupującą alkohol i chyłkiem przemierzającą trasę od domu do pobliskiego sklepiku. Obraz nędzy i rozpaczy!

Spowiedź prostytutki 50 +

Basia mieszkała z rodzicami na wiosce, gdzie ludziom specjalnie się nie przelewało i nie przelewało się też jej rodzicom. W domu była siódemka dzieci, które się rodziły, ot tak po prostu. Rodzice Basi nie radzili sobie i choć ojciec imał się każdej pracy, to jednak wciąż pieniędzy i było za mało, aby żyć na jako takim poziomie.

Brakowało do garnka i brakowało na grzbiet, a więc było biednie okropnie, ale jakoś tam było. Matka zajmowała się tylko dziećmi, bo nie miała żadnej szkoły, a więc o pracę na wiosce było trudno. Chowała jakieś tam kury i zbierała jajka, a także dbała o ogród, gdzie siała trochę swoich warzyw, ale najwięcej czasu zabierała jej opieka nad potomstwem.

Lubili sobie wypić rodzice naszej Basi i często w domu odbywały się alkoholowe libacje, co powodowało częste kłótnie i rzucanie przedmiotami. Kłócili się najczęściej z powodu braku pieniędzy i jedno drugiemu wypominało, że nie ma często, co do gara włożyć, a dzieciska jeść chcą!

Dzieci spały pokotem w jednym pokoju, a w drugim ojciec z matką pili każdego wieczora alkohol i tak jako najstarsza musiała znosić ten niedostatek.

Uczyła się dobrze, ale każde wakacje pracowała, by zarobić chociaż na swoje potrzeby, ale rodzicom pieniędzy nie dawała, bo i tak by przepili.

Pewnego lata zapoznała chłopca, nieco starszego od siebie. Pochodził z dobrej rodziny, pracowitej i się w sobie zakochali. Chodzili na długie spacery po okolicznych lasach i czasami spotykali się u tego chłopca w domu. Pokochała go całym sercem i czuła się w jego towarzystwie bardzo bezpiecznie. Obiecywał, że kiedy przyjdzie odpowiednia pora, to się pobiorą i będą żyli razem szczęśliwie długie lata.

Wierzyła w każde jego słowo i tak bardzo mu ufała. Była szczęśliwa, że może wyrwać się od czasu do czasu z tego patologicznego domu. Chciała żyć inaczej, lepiej i godniej.

Pewnego dnia ojciec Basi się już nie obudził po alkoholowej libacji i tylko kiedy matka go pochowała, to w domu co trochę pojawiał się inny przyszywany tata  i wszystko zaczynało się od początku.

Basia tym bardziej uciekała w ramiona swojego ukochanego i była mu całkowicie oddana. Kochała go całą sobą i była zdolna wszystko zrobić dla tej miłości.

Kiedy zorientowała się, że jest w ciąży, biegła jak na skrzydłach oznajmić swojemu ukochanemu, że będą mieli dziecko i to będzie zwieńczenie ich wielkiej miłości. Tak bardzo się cieszyła, jak jakaś nieprzytomna z miłości i oszalała ze szczęścia.

Ukochany Basi niby się ucieszył, ale stwierdził, że to chyba jeszcze za wcześnie, bo on chce się jeszcze uczyć i planuje studia, a więc najlepiej by było usunąć to dziecko, bo na dzieci przyjdzie jeszcze czas.

Basia się załamała, a do tego matka kazała jej urodzić to dziecko, ale po urodzeniu ma je zostawić w szpitalu, bo ona następnej gęby do wykarmienia w tym domu nie zniesie.

Cóż było robić. Urodziła córeczkę zdrową i śliczną, ale nie miała siły w sobie, by ją sama wychować w domu pełnym alkoholu i libacji. Zostawiła córkę i już nigdy więcej jej nie widziała i nie szukała.

Postanowiła taka zraniona wziąć swoje życie w swoje ręce. Miała trochę swoich oszczędności i spakowała  rzeczy. Postanowiła wyjechać z tej zapyziałej wioski i pragnęła zacząć wszystko od początku. Pojechała w kompletne ciemno, ale miała na chwilę pokój u swojej koleżanki, która odstąpiła jej na czas, kiedy się nie ustawi w dużym mieście i znajdzie pracę, by żyć na własny rachunek. Była wdzięczna ogromnie tej koleżance, bo wreszcie mogła się wyspać i wykąpać w ciepłej wodzie –  nie to co w domu.

Basia odnalazła się w dużym mieście i po wielu latach pracy udzieliła pewnego wywiadu dziennikarce, która była ciekawa jak kobieta z zapadłej wsi, bez wykształcenia poradziła sobie w życiu i ma się całkiem dobrze:

Zaczyna się bardzo  banalnie wie Pani – od braku pieniędzy. Kończy na życiu spędzonym z nadszarpniętym poczuciu własnej godności. Często bez rodziny i przyjaciół, w środowisku, którym się gardzi, a którego jest się częścią. 

Jak została Pani prostytutką Pani Basiu? Co czuje Pani teraz, po 50-tce i czy wybrałaby Pani tę samą drogę zarabiania dużych pieniędzy ponownie?

 – To ja Pani opowiem:

 Jak zostałam prostytutką?

– Początki pracy pani do towarzystwa bywają różne. Najczęściej jest to potrzeba posiadania pieniędzy połączona z brakiem wsparcia ze strony rodziny oraz ubytkami emocjonalnymi – rozumie Pani.

– Miałam bardzo trudną sytuację rodzinną, matka przyprowadzała do domu kolejnych partnerów. Była bieda. Gdy skończyłam 18 lat postanowiłam, że będę żyła już tylko na własną rękę. Miałam uzbierane kilka groszy i wynajęłam pokój u koleżanki, ale pieniądze szybko się skończyły a ja nie miałam pracy. Poznałam kiedyś dziewczynę, która wciągnęła mnie w to. Początkowo było bardzo ciężko, nawet okropnie, ale pieniądze były niezłe. Powtarzałam sobie, że to chwilowe, skończę szkołę, stanę na nogi i zacznę normalnie kiedyś żyć. Dziś mam 55 lat a ta „chwila” trwa nadal.

 Wie Pani ja nie umiem z tym skończyć!

Problem z zerwaniem z prostytucją polega na tym, że kobietom, które parają się tym zajęciem trudno jest zrezygnować z pieniędzy, jakie im ono przynosi. Okazuje się bowiem, że w normalnej pracy nie są w stanie zarobić tyle, ile by chciały, a w czasie, gdy pracowały jako prostytutki – przyzwyczaiły się niestety do określonego poziomu życia. Prostytutki zarabiają bowiem od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. Stać je zatem na rzeczy, na które nie mogą sobie pozwolić pracując jako np. sprzedawca czy szeregowy pracownik banku.

– Chciałam mieć rodzinę i „normalne” życie, ale nie chciałam pracować za jakieś marne grosze. Dość miałam biedy.  Powtarzałam sobie więc, że jeszcze tylko rok, i tak mijały lata. Dziś mam pieniądze, które zapewnią mi emeryturę. Nie mam rodziny ani dzieci, [łza w oku].  Nie złożyło się, ale pracuję dalej. Mam branie wśród młodych i starszych. Sąsiedzi nie wiedzą czym się zajmuję, pracuję w innym wynajmowanym mieszkaniu, które zmieniam stosunkowo często. Nie ubieram się wyzywająco. Przebieram się dopiero w „miejscu pracy”. Czy wybrałabym inny zawód, gdybym mogła? Koło 40-tki miałam kryzys, ale teraz odpowiadam – nie. Lubię swoją pracę i korzyści materialne z nią związane. Mam dwie przyjaciółki, które nie wiedzą czym się zajmuje, one mają wnuki, traktuje je jak swoje, bardzo mnie lubią. Jestem dla nich „ciocią Basią”.

Powodzi mi się całkiem dobrze. Stać mnie na wakacje zagraniczne i jadę każdego roku zwiedzać Rzym, Paryż i mam w planach Stany Zjednoczone i Indie. Wie Pani, bo ja się wyrwałam z ogromnej biedy, gdzie psy szczekają tylko, a teraz to ja jestem wielka, światowa dama i niczego nie żałuję.

Pani Basiu jak długo jeszcze?

– Tak długo, aż mi zdrowia starszy i będą chętni, a wciąż są. Lubię tę swoją robotę i niczego nie żałuję. 

A może młodzi ludzie mają rację?

Mówi się, że starych drzew się nie przesadza, bo wrosły w naszą polską ziemię głęboko korzeniami. Stare drzewa nauczone są oddychać tym powietrzem, a nie innym. Kochają polski deszcz i wszystkie pory roku i jakoś sobie radzą w tym jakże różnorodnym klimacie. 

Jesienią gubią liście, a z wiosną, jak tylko szybko zaświeci słońce rozbuchają zielenią i mają w sobie nową energię, którą czerpią ze słońca.

Tak, drzewa przyrównuję do ludzi starszych, którzy nie wyobrażają sobie już emigracji, bo noszą w sercach naszą polskość i są mimo ciężkiej historii i różnych losów przywiązani do tej naszej ziemi i kraju. 

Budowali ten kraj od podstaw, potem zmieniali ustroje. To tu dorabiali się, zakochiwali i płodzili dzieci. To tu zmagali się z losem, często nieciekawym i to tu w Polsce zbudowali swoje gniazda i wypuścili z nich pisklęta w świat.

Ale czasy się zmieniły i to w młodych ludziach budzi się uzasadniony bunt. Młodzi zaczynają rozumieć, że w Polsce mają związane ręce jak ich rodzice i już tak nie chcą zaczynać. Chcą żyć godnie i szybko. Chcą mieć od razu prawie wszystko, bo nie chcą tracić czasu na jakieś tam dorabianie się od jednej łyżki i widelca. Chcą ładnie mieszkać, bez kredytów. Chcą mieć samochód i od razu pracę, bo oni nie mają czasu na pierdoły i jakże często biorą sprawy w swoje ręce, ale nie w Polsce!

Wyjeżdżają tam, gdzie według nich będzie się żyło lepiej. Chcą wyższego poziomu i od razu. Czytam w sieci takie zbuntowane wpisy nawołujące innych do wyjazdów do lepszego świata, byle z dala od nieudolnych rządów, które opieszale idą ku młodym ludziom, nie oferując im za wiele i czytamy:

Wpis jest oryginalny, napisany na szybko, co zachowuję. Młodzi nie zważają za bardzo na ortografię i gramatykę. Piszą szybko na smartfonach i mają w nosie podstawy polskiej pisowni. Oni nie mają czasu na takie niuanse. 

Osobiście ten wpis dał mi wiele do myślenia, a Wam? Może i Wasze dzieci wyjechały i żyją od starszych rodziców z dala, ale sobie chwalą taka zmianę?

  • XXX napisał: „U nas w Anglii tez jest social service i to surowy bez wyjatkow. Polska to dno. Tusk obiecal i nic nie zrobil, Komorowski jak gankster zasiada na tronie i tez nic nie musi. Wazne ze kasa wplywa na puzniej gdy jej zabraknie i nic sie nigy nie zmieni. Mowie wam Polacy jedzcie za granice nie placcie podatkow zlodziejom!!!! Jestem za wyjazdem i za lepszym zyciem nie musza byc to kokosy ale odkad mieszkam w uk niczego mi nie brakuje, lodowka pelna, dzieci nakarmione na czas paliwo na full no i te wyjazdy na odpoczynek w dupie z ta Polską, nic nie warta, tyle zachodu wojny, solidarnosc i nic z tego. Mogl Hitler przejac Polske teraz byly by to Niemcy i autostrady by byly a tak to mamy 1 czy tam 2. Sam nie wiem bo nigdy zadna nie jechalem nie w moim regionie hahaha. Naprawde jak kiedys na oczy spotkam jakiegos premiera albo kogos z rzadu bede plul na niego i darl lacha bezszczelnie tak samo jak oni sie zachowuja.”
  • „XXX napisała:  W Polsce placisz Zusy Srusy, jak jestes uczciwy to ledwo na rachunki starcza. Do tego układy, układziki i człowiek człowiekowi wilkiem. Do Zakopanego, gdzie mieszkam nikt juz jezdzic nie chce, nie ma zadnych atrakcji. Agonia! Kabze tylko nabija sobie kilku jegomosci, a reszta zyje w panstwie w panstwie.”

Alkohol nie rozróżnia wykształcenia!

W małych miasteczkach też ludzie przeżywają swoje, jakże wielkie dramaty. Małe miasteczka tylko z pozoru są spokojne i toczy się w nich leniwe życie, ale to tylko pozory, a więc do rzeczy  i od początku.

Jakieś 30 lat temu do małego miasteczka, równolegle przybyły dwa młode małżeństwa lekarzy. Jedno małżeństwo to pulmonolodzy od ratowania ludzkich płuc, a drugie to – on lekarz ginekolog, a ona lekarz pediatra.

Oczywiście, że fama szybko się rozniosła, że szpital dorobił się nowych lekarzy, lepiej z pewnością wykształconych, prosto po studiach. Nie dało się nie zauważyć w małym miasteczku nowych twarzy i każdy był ciekawy tej nowości i szeptano, że są tacy ładni, bo kiedy małżeństwo pulmonologów przechadzało się ulicą główną, to wszyscy patrzyli, że on jest tak strasznie przystojnym mężczyzną, a ona wysoką i ładną blondynką. Bardzo do siebie pasowali.

Lekarz ginekolog też niczego sobie, a obok zawsze pod rękę szła jego młoda żona i widać było, że są w sobie bardzo zakochani.

Kiedy moje dzieci były małe i potrzebowały lekarskiej pomocy, to często bywałam z nimi u pani pediatry, która wydawała się silną i stanowczą kobietą. Kiedy potrzebowałam pomocy ginekologa zetknęłam się z nowym lekarzem, ale muszę po latach się przyznać, że nie za bardzo przypadł mi do gustu, bo czułam, że za bardzo ma rozbiegane oczy, niczym Renata Beger,  co oczywiście mnie krępowało. Niby miły, niby solidny, ale coś mi w nim nie pasowało i dlatego w późniejszych czasach omijałam go szerokim łukiem i teraz mogę stwierdzić, że intuicja mnie nie zawiodła.

Po mieście rozeszła się plotka, że nad małżeństwem pulmonologów zawisła zdrada, ponieważ pan mąż został przyłapany na owej zdradzie w szpitalnej piwnicy z inną cycatą lekarką. Mogła się ona mu spodobać, bo była całkiem seksi i zupełnie różniła się od żony pulmonologa. Miasto widziało załamaną panią doktor, gdyż przemykała niczym cień ulicami miasta i widać było, że cierpi. Mieli jedno dziecko, ale z czasem się pogodzili i miasto ucichło, bo nikt już więcej nie usłyszał, że pan mąż ponownie dopuścił się zdrady.

Inaczej życie wiodło małżeństwo ginekologa i pani pediatry. Rodziły im się dzieci i zdaje się, że dorobili się czwórki, ale pani pediatra świetnie łączyła macierzyństwo z pracą lekarza. Zawsze była w pracy na czas i uważano ją naprawdę za dobrego lekarza.

Podobno ją zdradzał, ale ona robiła tak, aby ucinać wszelkie plotki i zawsze idąc razem prowadzili się pod rękę i nie było na jej twarzy śladu jakiejkolwiek troski.

Podobno ją zdradzał i kiedy w wypadku samochodowym stracili jedno ze swoich dzieci, to zaczął dodatkowo zapijać rozterkę alkoholem. W szpitalu szeptano, że nie raz na dyżurze był pod wpływem, ale maskowano skutecznie fakt, że lekarz lubił się napić.

Mijały lata, a środowisko lekarskie wciąż kryło lekarza alkoholika, ale kiedy podobno przez zaniedbanie tego lekarza jedna z matek straciła dziecko, wkroczyła komisja i lekarza zwolniono ze szpitala nie zakazując mu prywatnej praktyki.

Jednak lekarz nie wywnioskował z tego nic i przyjmował pacjentki w prywatnym gabinecie i pewnego razu jedna z jego pacjentek zgłosiła na policję, że dopuścił się wobec niej próby gwałtu.

Sąd i takie tam i skierowano lekarza na przymusowe leczenie dla alkoholików, aż nagle poszła plotka i przecieki w mieście, że ten lekarz powiesił się w tym ośrodku, ale ile jest w tym prawdy to nie wiem. Wiem jedno, że alkohol niszczy ludzkie życie i niszczy rodziny bez względu na wykonywany zawód.

Ja wiem jedno, a nawet jestem pewna, że jego żona znów podniesie się z kolejnej traumy i jako lekarz po sześćdziesiątce powróci do pracy, bo to jest lekarz, który kocha swoją pracę od zawsze i wbrew wszystkiemu wyjdzie z twarzą do ludzi. Takich lekarzy szanuję i stwierdzam, że alkohol jest najgorszym wrogiem człowieka, lekarza, sędziego, piekarza, strażaka, policjanta, wielu kobiet i wszystkich innych zawodów świata. Trzeba osiągnąć dno, by się od niego odbić, ale nie wszystkim się to udaje. 

W małych miasteczkach też się dużo dzieje!

W małych miasteczkach jak wiadomo ciężko jest z pracą, a jeśli pracę się jakimś cudem dostanie, to radość jest ogromna. Pani Helenka dobiegała już do pięćdziesiątki i kiedy otrzymała pracę w punkcie informacyjnym Miasta i Gminy to skakała z radości, że oto znów znajdzie się wśród ludzi, którym zawsze lubiła pomagać.

Miała w sobie wiele empatii, brzydziła się plotkami, ale była zawsze miłą osobą i uśmiechniętą i w tej małej społeczności bardzo lubianą. Cieszyła się, że sobie wreszcie dorobi do marnej renty i wesprze rodzinny budżet, bo choć mąż też pracował, ale dzieci się uczyły i zawsze te parę groszy więcej było potrzebne.

Bardzo szybko opanowała swoje obowiązki, a musiała nauczyć się obsługi kserokopiarki, a także opanować wszystkie połączenia telefoniczne w urzędzie oraz  do innych instytucji. I tak dzień za dniem uczyła się to wszystko spamiętać, aby odpowiednio pokierować petentami, którzy często byli zagubieni i potrzebowali pomocy. Musiała się szybko wszystkiego nauczyć, ponieważ pragnęła być profesjonalnym pracownikiem i aby jej przełożona nie miała do niej żadnych uwag.

To pani Helenka pierwsza codziennie była w pracy i to ją pierwszą widziano na wejściu, kiedy przychodzili pozostali pracownicy, często jeszcze zaspani i to ona z uśmiechem wręczała im klucze do gabinetów  życząc miłego dnia.

Praca jej polegała na odbieraniu telefonów, a było ich dziennie dziesiątki, oraz kserowaniu dokumentacji urzędowej, a także  informowaniu petentów dokąd mają się zgłosić i gdzie mogą załatwić swoje sprawy. Często pomagała im przy wypełnianiu druków, z którymi nie radziły sobie osoby starsze i tak w takim kołowrotku mijał jej czas, ale nie narzekała. Często było tak, że osiem godzin, non stop stała przy kserokopiarce i kserowała dokumenty, mapy geodezyjne i wiele ustaw na sesje. Robiła komplety dokumentów i je segregowała oraz spinała, aby każdy z radnych miał swój osobisty komplet.

Pracowała z całych sił najlepiej jak potrafiła i nikomu się nie skarżyła, choć często z pracy wychodziła kompletnie skonana i zmęczona, ale mimo tego każdego poranka była znów pierwsza w pracy.

Wszystko było by dobrze, ale do czasu. Jej przełożona potrafiła do niej przyjść trzy razy dziennie i zawsze miała jakieś uwagi, co do jej pracy. Wymyślała coraz to nowe zadania dla pani Helenki i obarczała ją dodatkowymi obowiązkami, choćby takimi, że kazała jej zliczać w zeszycie zużycie papieru do ksero i pod koniec dnia składać jej sprawozdanie. Kiedy kserokopiarka się zaczęła psuć i papier się zakleszczał w dziesiątkach miejsc, krzyczała na nią, że popsuła maszynę i to jest wina pani Helenki, choć serwis protokołem stwierdzał, że z tej maszyny już wiele się nie wyciągnie ze względu na zużyte części i maszyna psuć się będzie, albo trzeba zakupić nową.

Przełożona jednak stała przy swoim i za każdy przestój obarczała winą panią Helenkę, która niejednokrotnie ze łzami w oczach, na kolanach wyciągała z maszyny dziesiątki zepsutych kartek, aby tylko praca posuwała się dalej i bez zarzutu.

To był mobbing na pani Helence, która zaczęła przychodzić do pracy na drewnianych nogach, bo nigdy nie wiedziała, co wymyśli tego dnia jej przełożona i zaczęła się jej po prostu bać.

Kiedy wylała swoje frustracje na Pani Helence, wracała do swojego gabinetu, pełnego gości, którzy przychodzili do niej na godzinne kawki i ciasteczka, a z tego gabinetu dochodziły śmiechy i drwiny z pani Helenki, że jest taką nieudacznicą i złą pracownicą, co dobijało panią Helenkę, gdyż zupełnie na to nie zasługiwała i takie ośmieszanie jej było dla niej strasznie przykre.

O dziwo inni pracownicy byli w stanie zrozumieć, że ksero się psuje i czekali do momentu, kiedy przyjedzie serwis i je podciągnie, ale przełożona tego nie rozumiała i wrzeszczała na panią Helenkę, że opóźnia robotę i źle pracuje. Pani Helenka spokojnie jej tłumaczyła, ale do jej przełożonej to nie docierało i obarczała ją za to, że naraża urząd na koszty związane z serwisem. 

Pani Helenka sama nauczyła się w końcu zmieniać tonery w kserokopiarce i modliła się, aby pracowała bez zarzutu, a w ciągu dnia często nie miała czasu na wypicie kawy, czy herbaty nie mówiąc już o normalnym zjedzeniu śniadania, bo takiej przerwy przełożona jej nie udzieliła, a więc piła i jadła w biegu. Jednak wszystko przecież ma swój kres i koniec i pewnego dnia pani Helenka do pracy nie przyszła, ponieważ nie miała siły wstać z łóżka, bo tak była wykończona nerwowo.

Już nigdy do tej pracy nie wróciła, gdyż znalazła się na oddziale psychiatrycznym, a potem otrzymała rentę, gdyż mobbing odcisnął na niej wielkie piętno, bo zaczęła bać się ludzi i przestała wychodzić z domu. Nerwica i depresja leczone przez lata i wielki żal wyeliminowały ją z życia publicznego, ale po czasie ochłonęła i miała się całkiem dobrze, choć nie było już mowy, aby kiedykolwiek miała podjąć jakąkolwiek pracę.

Pewnego dnia zadzwoniła do niej koleżanka, która wciąż w tym urzędzie pracuje, ale niedługo już przejdzie na emeryturę i powiedziała jej w te słowa:

– Helenko, usiądź, cobyś nie spadła z fotela. – Mam dla ciebie kapitalnego niusa i myślę, że poprawię ci humor na cały dzień!

– Wiesz co?  Wczoraj przyszła policja do urzędu i zwinęli tę twoją oprawczynię, a wiesz za co? – Korupcja kochana, korupcja i malwersacja – 70 tysięcy  złotych, a więc szykuje się w urzędzie niezła chryja, bo będzie dochodzenie i kopanie w dokumentacji. Burmistrz się wściekł, a ludzie niektórzy siedzą jak myszy pod miotłą, bo będzie sypanie koleżanek i ciekawe, która będzie następna, bo to musiał być łańcuszek ha ha.

Pani Helenka choć nigdy nikomu w swoim życiu nie życzyła źle, to poczuła wielką satysfakcję, że oliwa zawsze na wierzch wypływa, ale nagle wróciły do niej obrazy z byłej pracy w postaci wspomnień o tej jakże niesprawiedliwej i butnej kobiecie, która o mały włos nie wysłała ją na tamten świat.

Finito i kurtyna!

Mówię do męża, bierz aparat i rób zjęcia

Przychodzi taki dzień, choć młodzi ludzie o tym nie myślą rzecz jasna, że czas jest pożegnać swój zakład pracy, ponieważ przechodzimy na zasłużoną i wymarzoną emeryturę. Są kwiaty, miłe słowa zapewniające, że nigdy nie zostaniemy zapomniani, ponieważ swoją pracą wnieśliśmy tak wiele i byliśmy cenionym pracownikiem i takie tam inne. Łezka w oku się zakręci i słyszymy zapewnienia, że się o nas nie zapomni nigdy i przenigdy.

Idziemy na tę wymarzoną emeryturę i na drugi dzień nie dzwoni już nam budzik, no bo przecież mamy już luz blues i jesteśmy wolni, możemy iść jak to w piosence, ale jakże często nie wiemy, co z tym wolnym czasem zrobić i za chwilę milkną telefony i już nikt nie dzwoni i nastaje dziwna cisza. Czujemy się nieswojo, nikomu nagle już nie jesteśmy potrzebni i robi się jakoś tak dziwnie na serduchu, ale żyć trzeba dalej i trzeba się pogodzić, że te telefony milczą, a i do domu coraz rzadziej ktoś zapuka.

Chcę nawiązać do tego, że niektóre zakłady pracy, ale tylko niektóre pamiętają o starych pracownikach i od czasu do czasu są organizowane wspólne spotkania starych wiarusów i dawnych tytanów pracy.:)

Tak jest u mojego męża, który ostatnio ze swoimi dawnymi kolegami i koleżankami spotkał się z okazji Nowego Roku i razem go wszyscy przywitali przy obiedzie, a potem stuknęli się kielichem, aby ten Nowy Rok był przychylny dla nich i ich rodzin. Tańce też były, a ja do męża mówię, aby brał aparat i zrobił kilka zdjęć – ot tak na pamiątkę, bo czas leci, a my wszyscy się starzejemy, chorujemy i odchodzimy.

Mój zakład pracy niestety, ale nie pamięta o swoich starych wiarusach, a więc tym bardziej popieram obecność mojego męża na tak miłych spotkaniach, bo nigdy nie wiadomo w naszym wieku ile tych spotkań będzie Seniorom dane.

Ciekawa jestem kto doświadcza na emeryturze tak miłej pamięci dawnych pracodawców?

 

Napiętnowana w małym miasteczku!

Melania, ale wszyscy mówili na nią Mela, to była młoda  kobieta w wieku 27 lat, która w małym miasteczku pracowała w urzędzie gminy na stanowisku aktywizacji i promocji. Wszędzie było jej pełno, bo jeśli trzeba było zorganizować miejskie dożynki, czy dni miasta, to ona nadawała się do tego idealnie.

Miała w sobie moc charyzmy i potrafiła w mig zaktywizować lokalnych sponsorów i zorganizować imprezę z orkiestrą i miejskimi wykonawcami, angażując wszystkich ważnych w mieście i wypromować miasteczko jak się patrzy.

Była nie zastąpiona i wszędzie było jej pełno, a wójt miasta nie musiał się martwić, że coś na imprezie promocyjnej miasta nie wypali. Była doskonała i kochała to co robi będąc swoim żywiole.

Swoim koleżankom zawsze mówiła, że jest niewierząca i nigdy nie wyjdzie za mąż, gdyż jej ojciec katował jej matkę, która z rozpaczy się rozchorowała i umarła, a więc nie wierzy w Boga i tylko kieruje się w życiu intuicją i zdrowym rozsądkiem.

Lubiła imprezować, ale robiła to z głową. W swoim wynajętym, malutkim mieszkanku urządzała często spotkania babskie i nie tylko, gdzie alkoholu było dużo, ale było wesoło i każdy wiedział, że Melania to rozrywkowa babka, ale nigdy nie zawaliła swojej pracy, a więc nie było się czego czepić.

Pewnego dnia Melania poczuła się źle i znalazła się na pogotowiu, a tam zaczęto podejrzewać, że jest w ciąży.

Położono ją na oddział i faktycznie Melania była w ciąży zagrożonej, jak stwierdził lekarz dyżurny i pozostawiono ją na obserwacji.

Fama po mieście rozeszła się bardzo szybko, bo niby z kim Melania miałaby być w ciąży? Przecież z nikim się nie spotykała, a więc wszyscy byli ciekawi skąd ciąża u Melanii.

Ktoś rzucił podejrzenie i plotka poszła, że często była wzywana do wójta miasta, a więc może wójt, który jest żonaty i ma dwoje dzieci, jest sprawcą tajemniczej ciąży?  Może to jakiś kolega z towarzystwa zrobił jej dziecko podczas zakrapianej imprezy i tak się wszyscy domyślali. Najgorzej było pod kościołem gdzie to starsze panie snuły domysły, że z pewnością Melania usunie tą ciążę, bo nigdy do kościoła nie chodziła, a urodzić dzieciaka wójta to wielki wstyd, a do tego jak można rozbijać rodzinę wójta?

Pluto na Melanię, że bezbożnica z niej i ladacznica. Wyklęto ją ze społeczności, kiedy ona leżała w szpitalu na podtrzymaniu ciąży i o niczym nie wiedziała, co szepcze się mieście, ale do czasu rzecz jasna. Odwiedzały ją koleżanki i naświetliły jak sprawy się mają!

Minęły miesiące i Melania urodziła, wbrew wszystkim pomówieniom, że to dziecko wójta, albo jakiegoś tam innego, że usunie niechcianą ciążę jak to baby plotły pod kościołem. Urodziła w terminie ślicznego chłopaka i tylko kiedy mogła go wyprowadzić na świeże powietrze pokazała dziecko całej społeczności udowadniając, że mimo wszystko dziecka nie usunęła, ale…

W miasteczku wciąż się domyślają, czyje to jest dziecko, ale Melania na ten temat milczy!

Ps. Żona wójta poprosiła Melanię o udostępnienie danych do wyników DNA, ale okazało się, że jej mąż nie jest ojcem, a więc baby pod kościołem nabrały wody w usta, a syn Melanii rośnie zdrowo, a ona kocha go nad życie, ale z pracy ją zwolniono!

Małżeński konflikt interesów

Czas  świąt zbliża się z każdym dniem i niestety, ale trzeba podnieść cztery litery i zacząć dokładniej zaglądać w kąty i póki ma się jeszcze trochę sił, to nie ma się co oglądać na innych, a więc się codziennie mobilizuję i coś tam  robię. Dziś na tapetę wzięłam szkło, dywany i chodniczki, a na dokładkę mąż pytał, czy zrobiłam już listę zakupów, ale jeszcze nie zrobiłam, bo może jutro się za to zabiorę.

Tak się krzątając myślałam o tym, że całe swoje życie poświęciłam rodzinie i temu, aby moja rodzina była zawsze w całości. Różnie mi to wychodziło i były bardzo ciężkie chwile, bo jedna z drugą ubzdurały sobie, że mi męża zabiorą, ale figa z makiem im to wyszło, a więc po burzach i tornadach i zawieruchach, a nawet tsunami wciąż jesteśmy razem i będziemy.

Tak sobie myślałam, że skoro ludzie się pobierają i przysięgają sobie te wszystkie pierdoły na początku, weryfikuje później bezwzględne życie i zaraz Wam opowiem krótką historię mojej koleżanki, której ja, dość wyrozumiała i tolerancyjna do końca nie jestem w stanie zrozumieć.

Kiedy z moim mężem byliśmy młodymi ludźmi, to czasami udawało się nam wyrwać z domu na balety, choć dzieci były malutkie. Miałam idealną sytuację, że w razie co, moja Mama była skora, aby popilnować nasze dzieci kilka godzin.

Umówiliśmy się ze znajomymi na świętowanie sylwestrowej nocy, ale jedna z moich koleżanek nie miała partnera, ale mój mąż swojemu koledze zaproponował moją koleżankę i nie uwierzycie, ale jego swaty skończyły się po pół roku  ślubem.

Ojciec mojej koleżanki był rolnikiem, bardzo dobrym zresztą, a moja koleżanka była jedyną jego córką, bo potem było czterech synów i w związku z tym wyprawił jej weselicho jak się patrzy i bawili się jakieś trzy dni.

No i fajnie, że tak sobie przypadli do gustu i fajnie, że za trochę moja koleżanka powiła najpierw córkę, a za dwa lata syna. Powodziło się im bardzo dobrze, a ojciec mojej koleżanki wybudował dla nich pokaźny dom i żyli sobie szczęśliwie. Czasami zapraszali nas na grilla i ja się cieszyłam, że tak fajnie im się układa i stanowią udane małżeństwo.

Ona była na kierowniczym stanowisku, a on też nieźle zarabiał. Byli dość znani w środowisku z racji, że doskonale im się wiodło i niektórzy im zazdrościli, że na starcie tak dobrze się im wiedzie.

Mijały lata i nasze drogi się trochę rozeszły, ale wiedziałam, że dzieci mojej koleżanki skończyły studia i pojechały za pracą do dużego miasta. Tam wynajmowały spore mieszkanie i tam chciały układać sobie swoje młode życie. Coś jednak nie szło po myśli mojej koleżanki, coś się wydarzyło, że ona zwolniła się z pracy i pojechała z nimi mieszkać i je doglądać, a męża zostawiła. Wszyscy myśleli, że kiedy sprawy z dziećmi się ułożą, ona wróci do męża i będą żyli już tylko we dwoje.

Ale tak się nie stało, bo chciała sprzedać dom i ściągnąć męża do dużego miasta, a w międzyczasie znalazła pracę w dużym mieście i ani myślała o powrocie.

Mąż jej za nią pojechał, ale za nic nie mógł się odnaleźć w dużym mieście, gdyż czuł się bardzo samotnie spacerując po obcych mu ulicach z dala od kumpli i znajomych i postanowił wrócić. Ima się różnych prac, mając nadzieję, że jego żona w końcu zrozumie, że taka rozłąka im nie służy, ale jego marzenie raczej się nie ziści, gdyż dla jego żony dzieci są najważniejsze, mimo, że liczą sobie już po 30 lat.

Dlaczego o tym piszę? Chyba dlatego jak różne priorytety są ważne dla różnych kobiet. Wydaje mi się, że chyba nie o to chodzi, by znaleźć dawcę nasienia, aby mieć dzieci, a potem zostawić go jak samotnego psa, który chciałby być z kimś, a ten ktoś się od niego odgania.

To jest zupełnie nie po mojemu i tak szczerze, to wciąż trzymam kciuki, że ta moja koleżanka stuknie się w głowę, skoro nie ma tu mowy o rozwodzie, tylko o co kaman, to ja nie wiem kochani i nie osądzam, gdyż każdy się tak wyśpi, jak sobie pościeli. Mam nadzieję, że Wigilię spędzą razem. Oby!