Archiwa tagu: prawda

Ludzie! Nie wierzcie, że to był zamach. Bełkot kontra wiedza i nauka!

Z łopatami idą po Was
– o biedni smoleńscy.
Będą walić w trumny wieka
– o biedni smoleńscy.
Będą Was niepokoić
– o biedni smoleńscy.
Będą kości Wasze badać
– o biedni smoleńscy.
Wszystko po to, by na Was
 robić perfidną politykę
– o biedni smoleńscy!

Wczoraj w programie „Czarno na białym” była pokazana porządna, prawdopodobna symulacja nieszczęsnej katastrofy!
Czekam na taką, porządnie zrobioną przez podkomisję Macierewicza, ale czekaj tatka latka!

Prawda O Katastrofie Smoleńskiej Pilota Jerzego Grzędzielskiego.

Mija sześć lat od katastrofy smoleńskiej, a zarazem sześć lat oszczerstw wynikających z braku wiedzy i cynizmu. Doczekałem się pięknej, wolnej Polski. Nie chcę jej stracić a o katastrofie mam prawo mówić. Poświęciłem lotnictwu niemal 50 lat, z czego jako kapitan w liniach lotniczych ponad 30. Przewiozłem bezpiecznie miliony pasażerów od Alaski po Australię i od Tokio i wyspę Guam na środku Pacyfiku po Amerykę Północną i Południową.

W cywilizowanym świecie do kokpitu kapitana wiozącego VIPów nikt nie ma wstępu.Dam przykład: w 2013 roku pani kanclerz Merkel leciała ze swą świtą do Indii. Samolotu nie wpuszczono w przestrzeń powietrzną Iranu. Kapitan dwie godziny krążył po stronie tureckiej. Po załatwieniu zgody poleciał dalej. Pani kanclerz dowiedziała się o tym siedem godzin po lądowaniu. Proszę sobie wyobrazić naszą polityczną gawiedź. Pewnie kapitana wyrzucono by za burtę, a sami wiedzieliby najlepiej co robić.

Od momentu katastrofy stawia się podejrzenia o spisek na życie prezydenta i zdradę stanu z obcym państwem. O bredniach głoszonych na temat katastrofy można napisać książkę. Wspomnę wybrane.

Pan minister Macierewicz zaraz po katastrofie twierdził, że Rosjanie na lądowanie premiera Tuska przywieźli w teczce ILS (I nstrument Landing System), a na lądowanie prezydenta już nie przywieźli. Dalej Rosjanie nie odpędzili, powtarzam kuriozalne określenie „nie odpędzili” naszego kapitana i nie zamknęli lotniska

Odpowiem panu ministrowi. ILS waży kilkaset kilogramów. Na lotnisku Okęcie był montowany 4 lata. Specjalnie wyposażony samolot stabilizował ścieżkę schodzenia i centralną oś pasa. Na lotnisku Modlin podnoszono klasę ILS przez 3 lata. Koszt wynosił 62 mln złotych.

Panie Ministrze kapitana nie odpędza się. To komary z czoła się odpędza. Lotniska nigdy nie zamyka się kapitanom, jedynie jeśli na pasie jest inny uszkodzony samolot. 

O lądowaniu decyduje tylko kapitan. Pani poseł Kempa biegała po stacjach TV z rewelacją, że winą było niezabranie rosyjskiego nawigatora.Kosmiczna bzdura i kompromitacja pani poseł. Ma się to tak, jakby chirurgowi tuż przed operacją przyprowadzono panią salową i powiedziano, że jeśli pan doktor nie podoła, to operację skończy pani salowa. Katastrofę smoleńską mozolnie, przez głupotę, brak wiedzy, chciwość i cynizm, przygotowywała polityczna czołówka PIS. Zaczęło się w 2006 roku za rządów premiera Jarosława Kaczyńskiego. W czasie publicznego wystąpienia minister obrony rządu PIS zapytany został przez oficerów pilotów samolotu TU 154 za Specpułku dlaczego nie ćwiczą na symulatorach. Odpowiedź była następująca i niebywale skandaliczna: „Nie, bo to ruskie”.

Dla mnie powiało grozą i jęknąłem:„będziemy mieli katastrofy”. Nomen omen pan minister zginął w katastrofie. Ćwiczenia na symulatorach są niebywale ważne, uratowały wiele istnień i nie do pomyślenia jest, aby z nich rezygnować. Cały świat lotniczy z nich korzysta. Prezesi nawet najbiedniejszych linii lotniczych klną, ale płacą za swoje załogi. Ogrom głupoty i braku odpowiedzialności powala na ziemię. Mogę dać dziesiątki przykładów z literatury, ale pozostanę przy swoim przykładzie.

W mozolnych ćwiczeniach w symulatorze wielokrotnie wraz z załogą zabiłem się.Ale przyszła jeden raz okrutna rzeczywistość. Po 10-cio godzinnym locie, niewiele minut przed lądowaniem na moim lotnisku i jedynym zapasowym, odległym o 800 km zrobiło się tragicznie. Mgła do samej ziemi, chmury, widzialność 50 m. Panie Ministrze Macierewicz, nikt mnie nie odpędza, nikt mi nie zamyka lotniska, widzę śmierć w oczach, ponad moje uprawnienia i siły. Myślę o straży pożarnej i karetkach. Pierwszy kontakt wzrokowy z ziemią miałem na dziesięciu metrach wysokości, błysnęła zielona lampa progu pasa i centralnej linii.                        

Do portu samodzielnie bez pomocy „Follow me” nie mogłem pokołować. Nie było cudu, tylko wyszkolona załoga.Wracający z urlopu w Singapurze, kolega kapitan i mój instruktor, wszedł przed lądowaniem do mojego kokpitu. Natychmiast został brutalnie wyproszony. Nikt w takiej sytuacji nie może być w kabinie, w odróżnieniu od tego, co nasi politycy urządzili temu biednemu pilotowi pełniącemu funkcję kapitana TU154. Żałość i rozpacz. Kiedy  uderzycie się w piersi?

Polityka PIS w imię idiotycznych i partykularnych fobii pozbawiła pilotów Specpułku ćwiczeń w symulatorze, obniżając bezpieczeństwo Prezydenta. To był początek przygotowań do katastrofy. Po tej decyzji wielu kapitanów ze Secpułku odeszło do linii cywilnych.

Rok 2008. Pan Prezydent Lech Kaczyński wraz z zaproszonymi gośćmi, prezydentami i premierami lecieli do Gruzji przez Azerbejdżan. Gruzja była w stanie konfliktu wojennego z Rosją. Dlatego Pan Prezydent akceptuje taką trasę. W czasie lotu Pan Prezydent poleca kapitanowi zmianę trasy lotu wprost do Tibilisi.                Kapitan odmawia, bo nie zezwalają na to przepisy, ponadto gdyby niezidentyfikowany obiekt pojawił się w strefie działań wojennych byłby niechybnie zestrzelony przez Gruzinów lub Rosjan. Mielibyśmy przez głupotę niebywały skandal międzynarodowy i na sumieniu prezydentów i premierów.

Kapitan został obrażony przez Pana Prezydenta, nazwany tchórzem. Po przylocie do Warszawy straszony konsekwencjami. A wystarczyło polecić jednemu z doradców prawników zajrzeć do prawa lotniczego i naszego AIP. Wtedy kapitan zostałby przeproszony.

Nie posądzam o samodzielny, nierozsądny pomysł zacnego Prezydenta. Był odcięty w samolocie od światowych informacji, a newsy podały, że prezydenci Francji i Rosji lecą z Moskwy do Tibilisi aktualnie w asyście myśliwców. Pewnie usłużny poddał więc panu Prezydentowi przez telefon przednią myśl zmiany trasy lotu. Po tym zdarzeniu pozostało już w Specpułku niewielu kapitanów, którzy postanowili nie latać z prezydentem. Kapitan nie może odmówić lotu, ale może zachorować.To była kolejna cegła żmudnie przyłożona do katastrofy. Na lot do Smoleńska na fotelu kapitańskim zasiadł więc pilot nieposiadający w pełni uprawnień kapitańskich jak stwierdziła komisja.

Powiem jak to jest w liniach. Na przykład jeśli ważność ćwiczeń w symulatorze przeciągnie się o jeden dzień kapitan odmawia lotu. Kapitan odmówił lotu rano w słoneczny dzień do Wrocławia i z powrotem, bo zapomniano wyposażyć kokpit w ręczną, wymaganą instrukcją, latarkę. Ten młody kapitan miał rację. W tym jednym locie mogło nastąpić zadymienie kabiny i ta latarka ratowała wszystko – odczyty przyrządów. Składam Jego Magnificencji Rektorowi Politechniki Rzeszowskiej gratulacje. Ten młody pilot od Pana wyszedł i wielu innych. Dziś latają jako kapitanowie w najlepszych liniach świata.Uważam, że gdyby tego młodego pilota potraktowano jak w cywilizowanych społeczeństwach, to znaczy uszanowano jego kwalifikacje i decyzje i pozostawiono kokpit zamknięty, to po otrzymaniu standardowej informacji o pogodzie z wieży kontrolnej lotniska i jeszcze bardziej nadzwyczajnej i dodatkowej informacji o godz. 08.24 „Warunków do przyjęcia nie ma”, to kapitan po stwierdzeniu, że na wysokości 100 m nie widzi ziemi i pasa, odleciałby ma lotnisko zapasowe. Zgodnie z instrukcją wykonywania lotów. I to jest cała wiedza. Jednak chciwość i cynizm możnych polityków zwyciężyły.

Przed wejściem pasażerów na pokład, honorem i przywilejem kapitana jest witanie najważniejszej osoby wraz z małżonką, czyli pana Prezydenta. Odebrał ten przywilej kapitanowi jego Dowódca Wojsk Lotniczych – generał. Po prostu pokazał mu jego miejsce i to, że jest tu nikim – poniżające i podłe.Odmówiłbym lotu. Niby niewyobrażalne, ale nie dla tych co wiedzą o co idzie. Jest to kolejna cegła budująca to nieszczęście. Na 11 minut przed katastrofą kapitan otrzymuje wiadomość od pana Prezydenta, że „jeszcze nie podjął decyzji co robimy dalej”. To oburzające i paraliżujące oświadczenie. 

To kapitan wie, co ma robić. To on odpowiada za życie wszystkich na pokładzie, a nie pasażer, nawet ważny. Kokpit winien być absolutnie sterylny i tylko kapitan może wydawać polecenia. Tam był po prostu bałagan. Nie wiadomo było kto dowodził, kapitan nie był w stanie pozbyć się gości, samolot pędził do ziemi, nic nie widać poniżej nieprzekraczalnych 100 m. Generał, Dowódca Wojsk Lotniczych zamiast wrzasnąć „Do góry” nawet nie wyrzucił intruzów  – horror.

Pan minister Macierewicz z uporem twierdzi, że załoga zamierzała odejść na drugi krąg. Panie Ministrze, już byli nisko jak zadziałała instalacja TAWS „Pull up, terrain ahead”. To paraliżuje, każdy pilot ucieka do góry, jeśli zdąży. Co robi załoga? Kapitan wycisza sygnalizację zmieniając nastawy wysokościomierza barycznego, tym samym pozbawiając się wskazań wysokości progu pasa – samobójstwo. Robi to po to, aby sygnalizacja przy dalszym zniżaniu nie przeszkadzała. Chciał zobaczyć ziemię jak najszybciej przed minięciem radiolatarni. Po prostu chciał lądować.Naciski, niekoniecznie słowne były niewyobrażalnie mocne, tak aż uderzyli w ziemię 900 m od progu pasa. Dokładnie jak przez kalkę w Mirosławcu, samolot CASA uderzył 900 m przed progiem, taka sama pogoda. Informacja od Prezydenta nie była ostatnim ciosem  dla kapitana. Najboleśniej ugodził go kolega kapitan samolotu JAK40, który kilkanaście minut wcześniej „spadł” na pas w odległości 700 m od progu.                                                                                

Dlaczego spadł? Bo pogoda była już fatalna zniżając się poniżej dopuszczalnej wysokości 100 m ujrzał ziemię będąc już nad pasem. Nie zgłosił obowiązującej formuły, że widzi pas i prosi o zgodę na lądowanie. Zrobił to bez zgody wieży.                                                                 

Czym to się kończy, dam inny przykład: podczas identycznej pogody na Teneryfie kapitan B747 otrzymał zgodę z wieży na start i gdy się rozpędzał drugi kapitan B747 bez zgody wieży wkołował w środek pasa. Wynik – 862 osoby spłonęły. Pasażerowie rejsu JAK40 winni wygrać ogromne odszkodowania za narażenie ich życia.  Otóż kapitan TU154 zapytał przez radio kolegę kapitana JAK40 o pogodę. Ten odpowiedział, cytuję: „Pizdowata, widać 200-400 m, podstawa chmur 50 m, mnie się udało, możesz próbować”. To jest haniebne, życie Prezydenta i jego gości to nie rosyjska ruletka, albo, albo. Winien krzyknąć „Uciekaj jak najszybciej”. Ten kapitan bryluje teraz na salonach pana ministra Macierewicza i jest jego pupilem.                                                                                                 

Panie Ministrze, różnimy się, ja też mam guru. Jest nim dr nauk technicznych, emerytowany Pułkownik, pilot doświadczalny Antoni Milkiewicz. Jako młody oficer, inżynier brał udział w komisji katastrofy naszego IŁ62. Mimo nacisków potęgi ZSRR udowodnił winę producenta silników, narażając przyszłość swoją i swojej rodziny. Gratuluję Panie Ministrze pupila. Tak rodziła się katastrofa smoleńska, w której udział mieli politycy karmiący nas kłamstwami. Pomaga im kler, a szczególnie episkopat. Sześć lat słyszę z ambon: „Żądamy prawdy”. A ta prawda jest tuż, znakomicie wykształcona (pozazdrościć może nam wiele państw) nasza komisja ogłosiła wyniki.Zapewniam wszystkich, gdyby rozpatrywałaby to najlepsza amerykańska komisja NTSB, to wynik byłby identyczny. Jedynie zdjęto by jakąkolwiek odpowiedzialność z pracowników wieży , tak jak zrobił to nasz sąd po katastrofie w Mirosławcu. Ponadto dowiedzielibyśmy się o treści rozmów braci tak przed katastrofą jak i w locie do Azerbejdżanu. Z rozgłośni toruńskiej leje się rzeka bzdur o katastrofie, a „Najważniejszy” orzekł, że jej uczestnicy byli „prowadzeni na specjalne zamordowanie”. To jest chore wręcz.

Biskup zamyka z błahych powodów nie wiadomo na jak długo nam wiernym świątynię. A nie potrafi zareagować, gdy na drugi dzień po tragedii, w środku metropolii, najbardziej katoliccy dziennikarze ogłaszają światu, że Rosjanie dobijali pasażerów. Do dziś nie ma nagany kościoła, sprostowania, przeprosin. Ja to teraz robię – przepraszam Rosjan. Każdego 10-tego dnia miesiąca, na czele z duchownym, czasami czarodziejem, z wizerunkiem Chrystusa i Matki Bożej, z flagami narodowymi o napisach niewybrednych i ubliżających Prezydentowi państwa i Premierowi, odbywają się partyjne wiece i modły o wolną Polskę. Żadnego biskupa to nie boli.

Dzisiaj upominają nas i nazywają Targowiczanami.Już zrozumiałem nauki Kościoła. Służymy temu, który obieca więcej. Gdzie jest biskup, który mówił „Największą mądrością jest umieć jednoczyć – nie rozbijać”. Tego dzisiejsi pasterze nawet nie wspominają. Był to prymas Wyszyński.

Największym naszym parlamentarnym wstydem był zespół pana Macierewicza wraz z profesorami. Otóż wszystkie komisje świata badające katastrofy lotnicze zaczynają od wyszkolenia załogi, ostatniego wypoczynku, posiłku, sytuacji w pracy, w domu i lotu od startu. Panowie w zespole zaczynali od kolejnego wybuchu wskazanego przez guru, tak jakby samolot sam leciał.

Pan prof. Nowaczyk oświadczył, że samolot był wprowadzony na zły pas.                               Panie Profesorze to nie Frankfurt, tam jest jeden pas. Dziwi się Pan, że Pana zwolniono z Uniwersytetu Maryland, a ja dziwię się, że Pana przyjęto. Nie wspomnę już o parówkach i puszkach. Proponuję profesorom przed następnymi dociekaniami kupić godzinę lotu na symulatorze z instruktorem. Zapytać instruktora jak zachowują się piloci po sygnale „Pull up”. Podpowiem natychmiast: pełen gaz i do góry. A co robiła nasza załoga? Gnała do ziemi nadal, wyłączając sygnalizację.

Żal mi bardzo rodzin po dwakroć. Za stratę bliskich i za drwiny ze strony polityków. Radziłbym, a szczególnie Pani mecenas, zapytać Pana Prezydenta, pana Sasina, pana Łozińskiego. Byli najbliższymi doradcami Prezydenta, jaki dureń z ich otoczenia wymyślił lotnisko Smoleńsk, stare, zdewastowane, nieczynne, wojskowe mając w pobliżu dwa międzynarodowe cywilne, czynne i sprawne. Jaki skończony dureń – prawnik wsadził do jednego samolotu tyle ważnych osobistości, zamiast rozlokować w trzech środkach transportu. I nie ubezpieczył ich.                                                                                                  Czy to też wina pana Tuska?

Głosowałem z wielką nadzieją na mojego idola pana Lecha Kaczyńskiego – spokojnego, średniej klasy urzędnika. Zimny prysznic otrzymałem wieczorem jak prezydent elekt zameldował swojemu pierwszemu sekretarzowi. Wiedziałem, że będziemy mieli dwóch prezydentów:de jure i de facto. I tak pozostało.

Było wiele zamachów na carów, bojarów, książąt, króli, papieży, prezydentów mocarstw. Pojedynczo, nie zbiorowo. Nasz Prezydent nie zagrażał nikomu, nie miał armii z bronią nuklearną. Nie był mężem stanu, tylko mężem wspaniałej Pierwszej Damy. Nie bywał proszony na salony polityczne świata, ani sam nie zapraszał. Zginał przez cynizm najbliższych mu i ich chciwość. Stąd dzisiaj ta żądza wynagrodzenia mu przez stawianie pomników, nazwy placów i ulic, a może wkrótce i miast. Piszę to w wielkim żalu i smutku, bo miałem sentyment do tego człowieka.

                                       Inż. Jerzy Grzędzielski

                                       Emerytowany kapitan linii lotniczych

                                       Pilot doświadczalny samolotowy i szybowcowy

                                       Instruktor samolotowy i szybowcowy

                                       Inspektor Wyszkolenia Lotniczego

                                       Oficer rezerwy Wojsk Lotniczych

                                       Nalot w powietrzu ponad 25.000 godzin

http://jeznach.neon24.pl/post/131434,jeszcze-o-smolensku

W małych miasteczkach też się dużo dzieje!

W małych miasteczkach jak wiadomo ciężko jest z pracą, a jeśli pracę się jakimś cudem dostanie, to radość jest ogromna. Pani Helenka dobiegała już do pięćdziesiątki i kiedy otrzymała pracę w punkcie informacyjnym Miasta i Gminy to skakała z radości, że oto znów znajdzie się wśród ludzi, którym zawsze lubiła pomagać.

Miała w sobie wiele empatii, brzydziła się plotkami, ale była zawsze miłą osobą i uśmiechniętą i w tej małej społeczności bardzo lubianą. Cieszyła się, że sobie wreszcie dorobi do marnej renty i wesprze rodzinny budżet, bo choć mąż też pracował, ale dzieci się uczyły i zawsze te parę groszy więcej było potrzebne.

Bardzo szybko opanowała swoje obowiązki, a musiała nauczyć się obsługi kserokopiarki, a także opanować wszystkie połączenia telefoniczne w urzędzie oraz  do innych instytucji. I tak dzień za dniem uczyła się to wszystko spamiętać, aby odpowiednio pokierować petentami, którzy często byli zagubieni i potrzebowali pomocy. Musiała się szybko wszystkiego nauczyć, ponieważ pragnęła być profesjonalnym pracownikiem i aby jej przełożona nie miała do niej żadnych uwag.

To pani Helenka pierwsza codziennie była w pracy i to ją pierwszą widziano na wejściu, kiedy przychodzili pozostali pracownicy, często jeszcze zaspani i to ona z uśmiechem wręczała im klucze do gabinetów  życząc miłego dnia.

Praca jej polegała na odbieraniu telefonów, a było ich dziennie dziesiątki, oraz kserowaniu dokumentacji urzędowej, a także  informowaniu petentów dokąd mają się zgłosić i gdzie mogą załatwić swoje sprawy. Często pomagała im przy wypełnianiu druków, z którymi nie radziły sobie osoby starsze i tak w takim kołowrotku mijał jej czas, ale nie narzekała. Często było tak, że osiem godzin, non stop stała przy kserokopiarce i kserowała dokumenty, mapy geodezyjne i wiele ustaw na sesje. Robiła komplety dokumentów i je segregowała oraz spinała, aby każdy z radnych miał swój osobisty komplet.

Pracowała z całych sił najlepiej jak potrafiła i nikomu się nie skarżyła, choć często z pracy wychodziła kompletnie skonana i zmęczona, ale mimo tego każdego poranka była znów pierwsza w pracy.

Wszystko było by dobrze, ale do czasu. Jej przełożona potrafiła do niej przyjść trzy razy dziennie i zawsze miała jakieś uwagi, co do jej pracy. Wymyślała coraz to nowe zadania dla pani Helenki i obarczała ją dodatkowymi obowiązkami, choćby takimi, że kazała jej zliczać w zeszycie zużycie papieru do ksero i pod koniec dnia składać jej sprawozdanie. Kiedy kserokopiarka się zaczęła psuć i papier się zakleszczał w dziesiątkach miejsc, krzyczała na nią, że popsuła maszynę i to jest wina pani Helenki, choć serwis protokołem stwierdzał, że z tej maszyny już wiele się nie wyciągnie ze względu na zużyte części i maszyna psuć się będzie, albo trzeba zakupić nową.

Przełożona jednak stała przy swoim i za każdy przestój obarczała winą panią Helenkę, która niejednokrotnie ze łzami w oczach, na kolanach wyciągała z maszyny dziesiątki zepsutych kartek, aby tylko praca posuwała się dalej i bez zarzutu.

To był mobbing na pani Helence, która zaczęła przychodzić do pracy na drewnianych nogach, bo nigdy nie wiedziała, co wymyśli tego dnia jej przełożona i zaczęła się jej po prostu bać.

Kiedy wylała swoje frustracje na Pani Helence, wracała do swojego gabinetu, pełnego gości, którzy przychodzili do niej na godzinne kawki i ciasteczka, a z tego gabinetu dochodziły śmiechy i drwiny z pani Helenki, że jest taką nieudacznicą i złą pracownicą, co dobijało panią Helenkę, gdyż zupełnie na to nie zasługiwała i takie ośmieszanie jej było dla niej strasznie przykre.

O dziwo inni pracownicy byli w stanie zrozumieć, że ksero się psuje i czekali do momentu, kiedy przyjedzie serwis i je podciągnie, ale przełożona tego nie rozumiała i wrzeszczała na panią Helenkę, że opóźnia robotę i źle pracuje. Pani Helenka spokojnie jej tłumaczyła, ale do jej przełożonej to nie docierało i obarczała ją za to, że naraża urząd na koszty związane z serwisem. 

Pani Helenka sama nauczyła się w końcu zmieniać tonery w kserokopiarce i modliła się, aby pracowała bez zarzutu, a w ciągu dnia często nie miała czasu na wypicie kawy, czy herbaty nie mówiąc już o normalnym zjedzeniu śniadania, bo takiej przerwy przełożona jej nie udzieliła, a więc piła i jadła w biegu. Jednak wszystko przecież ma swój kres i koniec i pewnego dnia pani Helenka do pracy nie przyszła, ponieważ nie miała siły wstać z łóżka, bo tak była wykończona nerwowo.

Już nigdy do tej pracy nie wróciła, gdyż znalazła się na oddziale psychiatrycznym, a potem otrzymała rentę, gdyż mobbing odcisnął na niej wielkie piętno, bo zaczęła bać się ludzi i przestała wychodzić z domu. Nerwica i depresja leczone przez lata i wielki żal wyeliminowały ją z życia publicznego, ale po czasie ochłonęła i miała się całkiem dobrze, choć nie było już mowy, aby kiedykolwiek miała podjąć jakąkolwiek pracę.

Pewnego dnia zadzwoniła do niej koleżanka, która wciąż w tym urzędzie pracuje, ale niedługo już przejdzie na emeryturę i powiedziała jej w te słowa:

– Helenko, usiądź, cobyś nie spadła z fotela. – Mam dla ciebie kapitalnego niusa i myślę, że poprawię ci humor na cały dzień!

– Wiesz co?  Wczoraj przyszła policja do urzędu i zwinęli tę twoją oprawczynię, a wiesz za co? – Korupcja kochana, korupcja i malwersacja – 70 tysięcy  złotych, a więc szykuje się w urzędzie niezła chryja, bo będzie dochodzenie i kopanie w dokumentacji. Burmistrz się wściekł, a ludzie niektórzy siedzą jak myszy pod miotłą, bo będzie sypanie koleżanek i ciekawe, która będzie następna, bo to musiał być łańcuszek ha ha.

Pani Helenka choć nigdy nikomu w swoim życiu nie życzyła źle, to poczuła wielką satysfakcję, że oliwa zawsze na wierzch wypływa, ale nagle wróciły do niej obrazy z byłej pracy w postaci wspomnień o tej jakże niesprawiedliwej i butnej kobiecie, która o mały włos nie wysłała ją na tamten świat.

Finito i kurtyna!