Archiwa tagu: PRL

Moja walka w PRL-u

W 1976 roku urodziła nam się pierwsza Córka.

Na zdjęciu widać bardzo młodych rodziców, bo mieliśmy zaledwie po 21 lat!

Szczeniaki się zakochały i trzeba było myśleć co dalej?

Po urodzeniu Córki mieszkałam 8 miesięcy u mojej Mamy, a Mąż odbywał służbę wojskową, a więc wiele spadło na mnie, choć Mama dużo mi pomagała!

Mąż był zameldowany u swojej babci, mieszkającej blok dalej i po jej śmierci automatycznie mogliśmy zamieszkać w jej mieszkaniu.

Była to skromna kawalerka, składająca się z pokoju, dużej wnęki, kuchni i łazienki.

Jak na początek, to był dla nas luksus, a były to czasy PRL-u przecież.

Bałam się babci Męża, bo była bardzo krytyczna do wszystkiego, ale kiedy zobaczyła moją Córkę czyściutko ubraną i bielutkie pieluchy, to złapałam u niej punkty i żałuję, że tak krótko ją znałam.

Mąż wrócił z wojska i zabraliśmy się za remont naszego mieszkanka.

Wzięliśmy jakiś tam kredyt, a kiedyś się mówiło pożyczkę i zabraliśmy się do roboty.

Mąż zamurował wnękę, a od przedpokoju wybił drzwi i tak tym sposobem mieliśmy dwa pokoje. Jeden dla nas, a drugi dla dziecka.

Wytapetowaliśmy pokoje, kuchnię i łazienkę, bo taka to była moda i w tych polepszonych warunkach mieszkaliśmy przez rok, aż:

Piętro niżej – na dwóch pokojach mieszkały dwie seniorki – matka z córką i pewnego dnia przyszły do nas, czy byśmy chcieli się zamienić na mieszkania, bo tym sposobem płaciłyby niższy czynsz.

Zgłosiłam to do urzędu miasta i otrzymałam odpowiedź negatywną!

Dla mnie ta zamiana, to byłby los wygrany na loterii, bo za chwilę miałam mieć drugie dziecko.

Dowiedziałam się pokątnie, że mieli staruszki wepchnąć do jakieś nory, a to mieszkanie miało iść po znajomości.

Nie mogłam do tego dopuścić i w domu chwyciłam pierwszy, lepszy długopis o zielonym wkładzie i napisałam pismo do wyższych władz w Warszawie!

Już nie pamiętam do jakiego wydziału, ministerstwa – kompletna pustka!

Opisałam dokładnie jak sprawy się mają i czekałam na odpowiedź.

W tamtych czasach trzeba było napisać pismo, włożyć do koperty, nakleić znaczek i czekać, bo nie było elektronicznej korespondencji przecież.

Może po miesiącu dostałam pismo z naszego urzędu, że mam przyjść i podpisać protokół zamiany mieszkań.

Urzędniczka była bardzo niezadowolona, a ja wniebowzięta, gdyż wygrałam i wyszłam na swoje.

Mieszkamy w tym lokalu, który jest naszą własnością już 43 lata i to w nim wychowały się nasze dzieci, które odleciały z domu mając po 30 lat.

Ile się w tym mieszkaniu wydarzyło, to tylko ściany wiedzą, zdjęcia i moja pamięć, która sprawia, że pod koniec życia wciąż wspominam i przelewam na słowa.

Na zdjęciu mam krótkie włosy, które ścięłam z długich, bo mi się wydawało, że tak będzie bardziej higienicznie w opiece nad dzieckiem.

Nadgorliwa  ja w czasach PRL-u.

Reklamy

Wspomnienia z dawnych lat!

 

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie stoją i na zewnątrz

Chyba każdy z nas w sercu nosi jakąś osobę – niekoniecznie z rodziny, którą się zapamiętało na zawsze.

Pracowałam przez 7 lat z dwoma kobietami w Jednostce Wojskowej – w księgowości i zapamiętałam na zawsze moje można powiedzieć – koleżanki.

Ela, moja imienniczka była starsza ode mnie o 10 lat, a Krystyna o 7 i to ją zapamiętałam  z tego okresu najbardziej.

One pracowały już w księgowości, a ja dobiłam jako trzecia w 1979 roku.

Byłam już mężatką i matką jednej Córeczki, a drugą nosiłam pod sercem.

W obu ciążach pracowałam do rozwiązania, bo kiedyś lekarze niechętnie wysyłali kobiety w ciąży na zwolnienia.

Dlaczego zapamiętałam tak dokładnie Krystynę, ano dlatego, że była piękną kobietą, która była niesłychanie zaradna.

Wysoka blondynka o długich nogach!

Faceci się o nią bili, ale ona długo nie miała zamiaru się wiązać, albo trafiała na dupków.

Bardzo dbała o swój wizerunek, bo sama sobie z niczego szyła ubrania, a drutami i szydełkiem śmigała tworząc cudeńka.

Jakoś zdobywała niemiecką „Burdę” i stamtąd czerpała swoje pomysły i zawsze była modna i inna!

W jej towarzystwie czułam się onieśmielona, bo wydawało mi się, że urodą jej do pięt nie dorastam, choć także dbałam o siebie.

Było tak, że mając dwójkę dzieci wstawałam o 5 rano. Brałam prysznic, robiłam makijaż i włosy, a potem budziłam dzieci, aby je nakarmić  i rowerem zawieźć do przedszkola.

Krystyna mieszkając na wsi oddalonej o 10 kilometrów od miejsca pracy jechała autobusem i najczęściej spóźniała się.

Kiedy Ela i Krysia docierały, to ja w tym czasie robiłam dla nich kawę i pewnego razu Krystyna spojrzała na mnie i spytała:

  • Jak ty Ela to robisz, że mając małe dzieci jesteś pierwsza w pracy i jesteś taka ładna i nie wyglądasz na zmęczoną?

Po tych słowach zaczerwieniłam się i pamiętam, że miałam na sobie bluzkę pluszową z małym golfem, a do tego spódnicę w kratkę. Miałam długie, lekko skręcone włosy i mój makijaż, to lekki tusz na rzęsach, a usta pociągnięte  pomadką.

Zbliżyłyśmy się do siebie, a kiedy jednostka oferowała tanie wczasy w Zakopanym, to zabrałam Męża i z Krystyną spędziliśmy bardzo przyjemny czas – zimą.

Dostałam propozycję pracy w innej jednostce i tak się rozstałyśmy na zawsze, bo w końcu Krystyna trafiła na dużo starszego mężczyznę – dość bogatego i wyjechała, a kontakt się urwał.

Teraz ma na pewno około 70-ki i nawet nie wiem czy żyje, bo doszły mnie słuchy, że zachorowała na raka, ale w mojej pamięci zostanie na zawsze.

Macie w pamięci kogoś takiego, kto wrył się w pamięć na zawsze?

Ten wpis oznacza to, że wciąż siedzę w zdjęciach i wspominam.

Matki PRL-u

Obraz może zawierać: ludzie siedzą, drzewo, roślina, tabela, na zewnątrz i przyroda

Żar się z nieba leje i u mnie na zachodzie było chyba najgoręcej w Polsce, a temparatury strzeliły na ponad 30 stopni.

Opuściłam w pokojach „aluzje”, aby było trochę cienia, gdyż nie sposób to wytrzymać, bez uszczerbku na zdrowiu, bo w końcu swoje lata mam.

Na chwilkę wyszłam na balkon, aby podlać kwiaty i w oczy mi się rzuciły sznurki, na których ktoś wywiesił starannie pranie.

Cyknęłam więc zdjęcie – powyżej!

Taki widok jest coraz rzadszy, bo wszyscy, prawie mamy w domach automatyczne pralki i swoje pranie wieszamy najczęściej na domowej suszarce, bądź jeśli ktoś ma, to na balkonie.

My Babcie jednak dostałyśmy po kościach, bedąc młodymi mamami, bo prałyśmy w pralce o nazwie „Frania”, a potem to się  wyżymało, płukało i dopiero wieszało.

Pamiętam, że tetrowe pieluszki dzieci gotowałam w metalowym kotle z dodatkiem mydła szarego, a potem się je płukało i wieszało. Były bielutkie, ale jeśli na początku dziecko potrzebowało mieć w wyprawce 30 pieluch tetrowych i z dziesięć flanelowych, to było roboty po kokardy.

Kiedyś kobiety białą pościel gotowały w garach, potem płukały i krochmaliły i na koniec to wszystko prasowały na blachę.

Pamiętam, że w latach 60-tych i dalszych na moim osiedłu, w każdym bloku była w piwnicy pralnia i suszarnia.

Kobiety rozpalały pod piecem i gotowały pościel płócienną, a po wypraniu wieszały pranie w suszarni i nie raz trzeba było szukać włascicielki prania, by swoje, suche zdjęła i dała miejsce na sznurach następnej.

Takie to były czasy, że jakże często kobiety pracujące musiały także uporać się ze skomplikowanym  procesem prania, bo tak wówczas myślałyśmy, że pościel wykrochmalona na blachę, to był szczyt pedanterii.

Jedno zdjęcie, a tyle wspomnień i pamiętam pojawienie się w domu pralki marki „Wiatka” – rosyjskiej i tak sobie siedziałam na podłodze i śledziłam proces prania w niej, a oczy wychodziły mi z orbit z podziwu nad postępem.

Stare suszarnie i pralnie w blokach zamieniły się w biura, zakłady fryzjerskie, a nawet w studia tatuażu i tak pożegnaliśmy relikt PRL-u.

Teraz młode gospodynie narzekają, że muszą wychowywać dzieci i roboty przy nich jest bez liku, tylko, że wyjdą do miasta i zakupią wszystko potrzebne dziecku, a więc pampersy, gotowe zupki, kaszki i itp.

Nigdy by się nie chciały z nami – kobietami  z tamtych lat, zamienić na role, bo pamiętam, że każdą zupkę dla Córek gotowałam samodzielnie!

W stanie wojennym nie miałam bardzo często czym swoje dzieci karmić i pamiętam polowanie z kartkami na mleko w proszku, budyń, ksiel, herbtniki i łzy z oczu płynęły, kiedy udało się kupić kaszę mannę!

Kurtyna!

 

Urodzinowe wspomnienia!

W roku 1979 – 12 grudnia urodziłam swoje drugie Dziecko, a miałam 23 lata.

To była zima stulecia i było naprawdę bardzo zimno i śnieżnie.

Znalezione obrazy dla zapytania 1979 zima stulecia

Dziś moja Córka ma urodziny i kończy – o bogowie 39 lat i sama się siebie pytam, kiedy ten czas tak szybko uleciał, że oto zdałam sobie sprawę z tego, że nie młodnieję i ja!

Pracowałam do końca ciąży i nie oszczędzałam się, a biegałam do pracy po 4 kilometry codziennie, ciągnąc za sobą pierwszą Córkę do przedszkola.

Takie były czasy, że lekarze niechętnie proponowali zwolnienia ze względu na ciążę, a więc skoro czułam się dobrze, to nie kwękałam i do pracy chodziłam.

Wszystkie kobiety w tamtym czasie pamiętają jak wyglądały wizyty u lekarza prowadzącego ciążę, bo żadna z nich nie dowiedziała się do końca jakiej płci będzie dziecko, bo nie było usg.

Lekarz za zwyczaj mierzył obwód brzucha, posłuchał trąbką, popukał, sprawdził wyniki i to wszystko.

Pierwsze bóle poczułam 12 grudnia o 6 rano, a o 12.20 moje Dziecko było już na świecie, a więc bardzo szybko, ale stało się coś – czego nigdy nie zapomnę.

Otóż urodziłam i pielęgniarka zabrała moją Córkę, a mnie przetrzymano na sali porodowej przy nieszczelnym oknie, w krótkiej koszulinie, pod prześcieradłem, na metalowej nerce do godziny 17, czyli 5 godzin po porodzie.

Pielęgniarki obchodziły jakieś imieniny i nie miały czasu, aby mnie zabrać do ciepłej sali, a gdy pytałam dlaczego tu leżę tyle godzin – nie miały sensownego wytłumaczenia.

Pamiętam to do dziś, bo czułam się wówczas jak mnie sponiewierały i po prostu olały.

Gdybym miała wówczas ten rozum, co teraz, to bym je podała do sądu, ale stało się!

Mimo przykrych wspomnień w czasach PRL-u, to wynagrodziła mi je wspaniała Córka, która wyrosła na dobrą Mamę dla swoich Dzieci, a moich Wnuków – troskliwa, kochająca, empatyczna, wrażliwa i w tym dniu życzę Jej przede wszystkim zdrowia, bo kiedy jest zdrowie, to można pokonać wszystkie trudności życiowe.

Dałam Jej na imię Lidia, bo w tamtych czasach, to imię nie było popularne, a więc wymyśliłam dla Niej imię nieszablonowe, unikalne i to była świetna decyzja.

Moje Córki mieszkają od siebie oddalone i Starsza posłała Młodszej Pocztę Kwiatową, bo mnie ogromnie cieszy, że o sobie pamiętają i  tym gestem są sobie bliskie, a dla mnie jako matki nie ma lepszej nagrody jeśli moje Córki o sobie pamiętają mimo odległości!

 

 

Wspólny obiad i wspomnienia!

Obraz może zawierać: dom, chmura, niebo, roślina i na zewnątrz

Zupełnie bez żadnej okazji pojechałam z Mężem do innej miejscowości na obiad.

Miejscowość oddalona od naszej o jakieś 20 kilometrów, a w niej ulubiony, ze smacznym jedzeniem „Big Bar”, w którym jedzą najczęściej kierowcy tirów, ale nie tylko.

Jedzenie jest iście domowe i dlatego lubimy kuchnię tego baru.

Obsługa bardzo miła i do tego nie czeka się na dania zbyt długo, a zamówiliśmy sobie zupę grzybową, a do tego placek cygański z warzywami.

Na stole stała świeczka i Mąż poprosił kelnerkę, aby dla nas ją zapaliła, a obserwowały nas dwie seniorki, które przyjechały na ciasto i kawę i obdarzyły nas przyjaznym uśmiechem, a mnie było strasznie miło.

Tak sobie myślę, że takie wyjazdy, tylko we dwoje są sprawdzianem dla nas, czy potrafimy wciąż ze sobą rozmawiać będąc 43 lata po ślubie.

Inaczej się zachowujemy we wspólnym zamieszkaniu, gdzie jest masę bieżących spraw do obgadania, a inaczej jest, kiedy jesteśmy na neutralnym gruncie i okazało się kolejny raz, że jest dobrze i wciąż mamy wspólne tematy do pogawędek.

Czekając na nasze zamówione dania zaczęliśmy wspominać nasze dzieciństwo i jak one nas ukształtowało?

To były lata 60-te, 70-te, kiedy to dorastaliśmy w Polsce siermiężnej, ponurej, szarej, a nasi rodzice robili wszystko, abyśmy wyszli na ludzi.

Mąż wspominał swoją Mamę, która latem przynosiła mu na plażę kanapki ze smalcem i posolony świeży ogórek oraz zsiadłe mleko.

Ja wspominałam swoje drzewo z innej plaży, pod którym czytałam książki, ale los tak chciał, że spotkaliśmy się, kiedy mój Mąż z rodzicami przeprowadził się do tej samej, blokowej klatki i tak się to wszystko potoczyło, że wciąż jesteśmy razem.

To były czasy, kiedy dzieci były podwórkowe z kluczem na szyi i żaden psycholog nie podpowiadał naszym rodzicom jak mają wychowywać swoje dzieci, a było to tak jak w tekście wklejonym z sieci – poniżej i także jak wyglądała Polska, kiedy my dzieci – wchodziliśmy w dorosłość i mieliśmy już swoje dzieci:

Zdjęcia pobrane z sieci ze strony facebookowej, które zatrzymały w kadrze moje życie w Polsce, kiedy Wałęsa wyrywał kraj spod buta Rosji.

Było smutno, ale byliśmy młodzi i pokonaliśmy transformację, o której ówcześni, młodzi nie mają zielonego pojęcia, ile nas kosztowało, aby przeżyć:

Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią nasze szalone lata 80.:
  • Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
  • Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
  •  Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.
  • Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.
  • Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
  • Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.
  • Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą do niej wracać.
  • Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.
  • Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze.
  • Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
  • Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy  pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.
  • Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
  • W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.
  • Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.
  • Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
  • Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
  • Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył, po tej czynności, rąk.
  • Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień dobry i nosić za nią zakupy.
  •  Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.
  • Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
  • Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
  • Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
  • Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
  • Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
  • Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
  • Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
  • Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
  • Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie brzydził.
  • Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
  • Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
  • Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i wycierania ust rękawem.
  • Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
  • Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie dawać radę sami.
  • Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
  • Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych wychowawców.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt  nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!
Obraz może zawierać: 1 osoba, w budynku

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi, jedzenie i w budynku

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie siedzą i w budynku

Obraz może zawierać: 2 osoby, na zewnątrz

Obraz może zawierać: 3 osoby, na zewnątrz

Obraz może zawierać: 1 osoba, na zewnątrz

Obraz może zawierać: 3 osoby, uśmiechnięci ludzie, ludzie stoją, dziecko i w budynku

Obraz może zawierać: 2 osoby, ludzie stoją

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba

Obraz może zawierać: 1 osoba, roślina i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 2 osoby, na zewnątrz

Obraz może zawierać: ludzie stoją

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi, śnieg i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 1 osoba, kapelusz, dziecko, na zewnątrz i zbliżenie

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi i na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, samochód i na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, dziecko i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 3 osoby, ludzie stoją i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 17 osób, tłum i na zewnątrz

Obraz może zawierać: na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 6 osób, rower i na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie stoją i w budynku

Obraz może zawierać: 3 osoby, w budynku

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi i w budynku

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 7 osób, ludzie stoją i w budynku

Obraz może zawierać: 1 osoba, motocykl i na zewnątrz

Klapa, buźka, goździk i kropidło!

Uwielbiam solidne dziennikarstwo, którego jest coraz mniej w naszych mediach.

Uwielbiam więc oglądać solidny program pt. „Czarno na białym”, w którym bez słodzenia obnażana jest terażniejsza polityka PiS pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego, bo inni w rządzie to pionki!

Dziennikarze pojechali do Białej Podlaskiej, gdzie miały stanąć trzy bloki komunalne, ale zastraszone władze postawiły bloki – mieszkanie +.

Przyjechała świta, wręczyła klucze do kompletnie nie wykończonych mieszkań, które muszą wykańczać na własny koszt najemcy od podstaw.

Czynsz jest droższy, aniżeli czynsz mieszkań komunalnych bez możliwości wykupu tych mieszkań w przyszłości – czyste oszustwo i kłamstwo!

Morawiecki ocieplił się w tej swojej propagandzie i pojechał!

Najemca jeśli nie opłaci czynszu przez 3 miesiące, to automatycznie w ciągu 14 dni zostanie eksmitowany i pójdzie z rodziną pod most.

Powstały takie „Alternatywy 4” jak za komuny!

W kampanii PiS krzyczał, że uratuje Stocznię w Szczecinie i próbował.

W Stoczni miał powstać prom relacji Szczecin – Szwecja i znowu przyjechał Morawiecki z Brudzińskim i ksiądz, który poświęcił stępkę.

Namaślili ją, pokropili kropidłem i pojechali!

Stoczniowcy do dzisiaj nie mają na tę budowę żadnych planów, pieniędzy,  stępka rdzewieje, a na terenie Stoczni nie dzieje się nic!

I ponownie zapachniało PRL-em, choć może krzywdzę PRL!

Inna historia draństwa!

Kaczyńskiemu zamarzyło się lotnisko, największe w Europie z pewnością imienia Lecha Kaczyńskiego.

Ludzie na tych terenach, gdzie ma ono powstać płaczą z bezsilności, bo chcą ich pozbawić ojcowizny i sam diabeł wie, gdzie chcą ich przesiedlić.

PiS-owi jest potrzebna ziemia, ale większa niż na pasy startowe, bo pragną tej ziemi o wiele więcej, aby na niej zarobić kokosy, a więc chcą tej ziemi dwa razy więcej.

Nóż się w kieszeni otwiera, bo nie mają na to żadnych planów, a ludzie płaczą, bo będą musieli za grosze oddać swoją własność.

Na tym terenie stanią pewnie hotele i infrastuktura, a PiS zarobi na tym kokosy!

Nawet za czasów PRL-u ludzie nie byli tak oszukiwani, a PiS w kampanii wrzeszczał, że będzie rozmawiał z Polakami i owszem rozmawia, ale tylko po to, aby ich oskubać i okraść.

Przez niespełna 3 lata zepsuli wszystko, czego tylko się  dotknęli, ale stosują propagandę sukcesu i ograbiają Polskę ile się tylko da!

I jeszcze wzięli się za wojsko, bo o tym pisze pułkownik Adam Mazguła – wielki patriota w Polsce, któremu zależy na niej!

 

Zdjęcie użytkownika Adam Mazguła.

Adam Mazguła
Wczoraj o 18:05 ·
Żegnajcie polscy żołnierze

A. Duda zapowiedział ostateczne zmodernizowanie systemu dowodzenia Siłami Zbrojnymi i dopasowanie do niego odpowiednich kadr.

Przyszedł czas urlopów i nikomu nie chce się protestować, A. Duda z M. Błaszczakiem wykorzystają ten czas i ostatecznie rozwiążą sprawę polskiego wojska. Zmienią sposób dowodzenia, a więc wprowadzą pełne partyjne podporządkowanie każdej jednostki i ulokują swoje niewykształcone miernoty na najwyższych stanowiska w wojsku. Oczyszczą także szeregi WP z elementów wywrotowych i wichrzycieli (czytaj: zwolnią ze służby wojskowej, bez podania przyczyny, świadomych obrońców konstytucji i honoru żołnierza polskiego) i przystosują wojsko do współczesnych warunków ewentualnego konfliktu zbrojnego (czytaj: nie zamierzamy utrzymywać niepotrzebnej armii i będziemy płacić miliardy złotych za obecność dywizji amerykańskiej. Zostaną tylko orkiestry wojskowe i pułk reprezentacyjny, do obsługi odsłanianych pomników L. Kaczyńskiego. Liczba generałów uwarunkowana jest potrzebami tworzenia tapet, stanowiących tło dla przemówień A. Dudy, M. Błaszczaka i innych PiS-owskich aparatczyków w terenie…). Dla politycznej propagandy, ochrony siedzib partii w terenie i podtrzymania tradycji narodowych patriotycznej młodzieży rozwijane będą wojska weekendowe, zwane WOT.

Nie ma co się dalej oszukiwać; we wrześniu już nie będzie Wojska Polskiego, tylko partyjne siły zbrojne PiS.

Żegnajcie, żołnierze narodu polskiego, koledzy wojskowi, wraz z Waszą biernością, wygodnictwem i brakiem odwagi, żegnajcie!
Nie życzę Wam dobrze w szeregach partyjnej mafii bezprawia Kaczyńskiego. Tak jak nie życzę dobrze tej brunatnej partii ciemnoty, bałaganu, oszustwa smoleńskiego, niszczycieli polskiego społeczeństwa i kompromitacji międzynarodowej.
Nie zapomnijcie jednak odpiąć polskie orzełki ze swoich czapek i zamienić je na symbole PiS-u.

Zdjęcie użytkownika Adam Mazguła.

Zaraz będą wakacje – dinozaury powspominajmy!

Znalezione obrazy dla zapytania dziwnów koszary

Zbliżają się wakacje i w związku z tym włączają mi się moje wakacyjne wspomniena z dzieciństwa.

Nie miałam żadnej babci, ani dziadka, bo pomarli bardzo szybko i dlatego nie miałam możliwości, aby wakacje spędzić u dziadków, czy to w mieście, czy to na wsi – tak jak to miały taką okazję inne dzieci.

Nie piłam więc wiejskiego mleka i nie jadłam chleba upieczonego przez babcię.

Jestem o te wspomnienia uboga, bo nigdy nie poznałam swoich babć i dziadków.

Kiedy byłam mała, to Mama posyłała mnie na kolonie do Dziwnowa i  tam spędzałam 7 razy w ciągu trwania szkoły podstawowej czas wakacyjny.

Mama pracowała w wojskowości, a w Dziwnowie były organizowane kolonie dla dzieci w wojskowych koszarach.

Naprawdę nie pamiętam wiele z tego czasu, ale pamiętam, że wszędzie dzieci chodziły parami, a więc na posiłki, na apel i na plażę.

Dwa razy w tygodniu chodziliśmy z piosenką na ustach – panie sierżancie, czerwona róża, biały kwiat, do innych koszar czerwonych beretów, aby się wykapać pod prysznicem.

Pamiętam, że wiele godzin spędzaliśmy na piaszczystej plaży i smarowałam się kremem Nivea, bo kto by tam marzył o olejkach z filtrem.

Będąc tyle razy nad Morzem Bałtyk, to wtedy pokochałam nasze polskie morze i do dziś mam do Bałtyku ogromny sentyment i wolę morze, aniżeli góry.

Nie pamiętam jak długo trwały te kolonie, bo czy dwa tygodnie, a może trzy, gdyż pamięć ludzka jest zawodna, ale wspominam to bardzo dobrze i od czasu, do czasu powracam do tamtych wspomnień.

Na jednym z turnusów była dziewczynka, która śpiewała wprost fenomenalnie i tak po latach kojarzę sobie ten głos i wydaje mi się, że to była przyszła, zdolniona muzycznie – Krystyna Prońko, ale to tylko są moje takie przypuszczenia.

Proszę napiszcie jak spędzaliście wakacje w czasach PRL-u?

Kto ma ochotę, to niech przeczyta poniższy tekst – jakże prawdziwy – o czasach kiedy to żyliśmy w czasach socjalizmu!

 „Spakuj namiot ważący 20 kilogramów, wbij się do pociągu przez okno, a potem relaksuj w ośrodku na wieczorku zapoznawczym. Wyjedź na handel do bratniego kraju albo uprawiaj „działking”. Sposobów na majówkę, wypoczynek, było w PRL-u kilka. Wielu z nich pewnie byśmy dzisiaj nie przetrwali.

Weekend w ośrodku wczasowym, ognisko na działce, opalanie na trawie przy jeziorze, wycieczka krajoznawcza z PTTK, woda sodowa i wata cukrowa na festynie, zagraniczna wyprawa z Orbisem – sposobów spędzania „majówek” w PRL-u było wiele. Najśmieszniejsze jest to, że na takie „majówki” przed laty wyjeżdżało się przed albo po weekendzie majowym. 1 maja trzeba było przecież uczestniczyć w pochodzie, obowiązkowo.

Marzenia i realia

Wojtek (16 lat) marzył o wycieczce dookoła świata. Maja (17 lat) marzyła o tym, by „wyjechać do Włoch i grać w tenisa z dobrymi partnerami”. Staś (12 lat) chciał pojechać do Danii i obejrzeć Legoland, a Robert (13 lat) „zwiedzić różne kraje Europy jeżdżąc TIREM”. Takie wypoczynkowe marzenia nastolatków opublikowała w 1989 roku młodzieżowa gazeta Razem. Brutalnie też zestawiła je z rzeczywistością. Ramka o wiele mówiącym tytule „Realia” informuje, że m. in.:

Andrzej: w lipcu siedzę u cioci w Gdyni, a w sierpniu w domu.

Sylwia: tydzień nad brudnym polskim morzem, siedem tygodni w domu.

Maja: pierwszy tydzień w Gdańsku, później Mazury i może Węgry.

Wiola: będę pomagać w ogrodzie, ścinać trawę i pielić kwiatki.

Niewielu miało takie możliwości

To dobrze pokazuje jak z grubsza wyglądał czas wolny w dekadzie saturatora i ortalionu. Jeszcze smutniejsze jest badanie OBOP przytoczone przez Witolda Szabłowskiego i Izabelę Meyzę w ich książce „Nasz mały PRL”, w której opisują jak na kilka miesięcy „przenieśli się” kilka dekad wstecz, próbując żyć jak kiedyś. W 1976 roku zadano respondentom pytanie: czy w tym roku spędził pan(i) jakąś niedzielę (lub inny wolny dzień) w sposób szczególnie miły dla siebie? Odpowiedź „wyjazd za miasto” wybrało tylko 15 procent ankietowanych.

Chcesz wypocząć? Kombinuj!

Szybki wypad nad jezioro, na działkę, festyn albo wycieczka do jakiegoś miasta z zabytkami nie był prosty. Wypoczynek trzeba było dobrze zaplanować. Najpierw trzeba było wybrać miejsce, potem się spakować, jakoś dojechać, odpocząć i wrócić. Na wczasy kierował wtedy szczęśliwców Fundusz Wczasów Pracowniczych. Z kolei na przykład PGR-y organizowały m.in. wycieczki do stolicy i wizyty w Powszechnych Domach Towarowych. Słynną akcję przeprowadziła także Spółdzielnia Turystyczno-Wypoczynkowa Gromada. To „wczasy pod gruszą”, w ramach których mieszkańcy miast poznawali wiejskie życie.

Najprościej było jednak wyjechać na działkę do babci i dziadka, na której można było zrywać papierówki prosto z drzewa, a wieczorem rozpalić ognisko. Raczej nie bawiono się wtedy w grillowanie. Największy rozkwit „działking” przeżywał w latach 70. i 80., a ogródki działkowe skupione w działkowych aglomeracjach o ładnych nazwach typu Stokrotka albo Leśna Polana, miały też praktyczny wymiar. Warzywa i owoce z nich uzupełniany domowe zapasy. O działkach w „Dramacie w ogródkach działkowych” Barbara Kraftówna śpiewała m. in.: „Co niedziela działkowiczów barwny tłum/ Z parcianego węża wodą sięgniesz wszędzie/ W szumie drzewek ledwie słychać ciche: bul… bul… bul…”.

Można też było odwiedzić znajomych w innym mieście. Pamiętam jak z rodzicami jeździłem do ich znajomych do Gdańska. Cieszyłem się bardzo, bo mieli dwóch synów, mniej więcej w moim wieku, i mogliśmy wspólnie szaleć. Mówię nie o szaleństwie przed komputerem, one pojawiły się szerzej dopiero w drugiej połowie lat 80. Na początku tej dekady, tak jak w kilku poprzednich, czas spędzało się przede wszystkim na podwórku i tam szaleliśmy. Cały dzień kopaliśmy pod domem piłkę, graliśmy w gry wyniesione z domu (na przykład sprężynowe piłkarzyki), w karty. Bawiliśmy się też na huśtawce zrobionej z opon i na metalowej ślizgawce, na której przynajmniej raz do roku jakieś dziecko traciło fragment palca. Super było też jednak wyjechać za miasto.

Wakacje pod namiotem

Ja najczęściej jeździłem z rodzicami nad jeziora na Kaszubach. Do naszej Dacii mama pakowała kuchenkę polową, tata znosił namiot czteroosobowy z przedsionkiem (namiot ważył jakąś tonę), ja z bratem braliśmy materace dmuchane (nie było karimat), śpiwory. Do tego koniecznie radio tranzystorowe, jakąś latarkę, finkę, karty, no i całe wyposażenie kuchni, bo przecież mama gotowała nam posiłki w przedsionku namiotu. A czas spędzało się różnie, ale głównie wylegując się na plaży przy jeziorku i kąpiąc się w nim.

fot. archiwum prywatne autora

Warto jednak pamiętać, że jeszcze w latach 70. samochód wcale nie był powszechnym środkiem transportu dla Polaków. Zresztą władza niespecjalnie wypuszczała do obrotu nie tylko własne środki transportu. Niechętnie dawano też ludziom wolny czas. Przecież wolne soboty zaczęto wprowadzać dopiero w latach 70. Strajkujący w lecie 1980 roku polscy robotnicy zażądali m. in., aby każda sobota była wreszcie wolna.

A jak już był czas wolny, to często ludzie nie mieli czym pojechać za miasto, żeby z niego skorzystać. W latach 50. i jeszcze 60. stan transportu publicznego był katastrofalny. Zapewne także z tego powodu, według badań Ośrodka Badania Opinii Publicznej z przełomu lat 50 i 60 na „majówki” decydowało się jedynie 14 procent pytanych. Co prawda wycieczki (autokarowe) organizowały zakłady pracy, ale te polegały głównie na spożywaniu alkoholu i to w duuuużych ilościach.

Jajko w pociągu

Ale przejdźmy do weselszych historii. Żeby wyjechać i skorzystać z wolnego czasu najczęściej wybieraliśmy pociągi. Po zakupie biletów, jeszcze takich prostokątnych, kartonowych z dziurką w środku, trzeba było poczekać na swój pociąg. Pamiętam wielokrotne, nawet kilkugodzinne, oczekiwanie na opóźnione pociągi, który miały nas zabrać na „majówkę”. Kiedy już udało się zająć miejsca w przedziale (czasami tata wsadzał mnie przez okno, żebym szybciej je zajął) następowało spożywanie. Nie mówię o alkoholu, oczywiście też był grany, ani paleniu papierosów (co było dozwolone), ale własnym prowiancie.

I w drogę!

Nawet jak były wagony WARS to zasadniczo zapełniali je tylko palący amatorzy piwa. W przedziale, tuż po opuszczeniu pierwszej stacji, mama albo babcia wyjmowała termos z herbatą, kanapki, pomidory, no i obowiązkowo jajko na twardo zawinięte w folię. Do tego w małej folii była sól. Przy sympatycznych zapachach jedzenia i grach w karty, mastermind albo warcaby dojeżdżaliśmy do celu wakacji. Czasami jednak trwało to dłużej niż lot z Warszawy do Nowego Jorku dziś. Na przykład pociąg z Warszawy do Kołobrzegu jechał 14 godzin.

Na wypoczynek wolałem jednak jeździć samochodem. My mieliśmy to szczęście, że pakowaliśmy się do wspomnianej Dacii albo później do Poloneza, ale wielu moich kolegów musiało spakować się do malucha. Dla pięcioosobowej rodziny nie było to łatwe. Na drogę trzeba było również zabrać narzędzia, a wcześniej poznać wnętrze auta i nauczyć się prostych napraw. Nie było przecież czegoś takiego jak „assistance” w przypadku zepsucia się auta. A widok naprawianych na poboczach aut był równie normalny, jak widok kolejek po benzynę na stacjach CPN. Nie było również fotelików dziecięcych, dlatego często maluchy lądowały po prostu na kolanach starszych.

Kometka i rowery wodne

Kiedy już docieraliśmy do naszego ośrodka wczasowego zaczynała się zabawa. Najpierw postawienie namiotu, czyli koszmarne wbijanie śledzi i naciąganiem tego kilkudziesięciokilogramowego koszmaru o niepasującej do niego nazwie Ważka. Potem obowiązkowo ping-pong, kometka, pływanie na rowerach wodnych albo kajakach, grzybobranie i najważniejsze: wieczorki taneczne. Potem była już normalna codzienna, wieczorna zabawa przy dansingowych przebojach. Regularnie uczestniczyliśmy także w różnych zawodach organizowanych w ośrodku przez kaowców, czyli instruktorów kulturalno-oświatowych.

fot. archiwum prywatne autora

Część z wczasowiczów, jak ja z rodziną, gotowała sama posiłki przy namiocie, ale większość żywiła się w stołówce, wykupując trzy posiłki dziennie. Sami robiliśmy sobie również posiłki podczas tzw. obozów wędrownych, podczas których można było zdobyć różne odznaki PTTK albo podczas obozów harcerskich – dla tych, którzy lubili chodzić w mundurkach i zdobywać różne sprawności. Obóz harcerski marzenie pokazano w jednym z odcinków komiksowej serii o Kapitanie Żbiku. W „Wielorybie z peryskopem” wydanym po raz pierwszy w 1973 roku harcerze jadą na obóz na Mazury. Jadą eleganckim, nieprzepełnionym pociągiem. Wieczorami w obozie wesoło śpiewają przy ognisku, a w dzień chodzą na ryby, pływają łódkami. Inny zeszyt z cyklu, „Kryształowe okruchy” z 1970 roku, też pokazuje „wczasową” rzeczywistość. Mianowicie coś takiego jak biuro meldunkowe przy polu namiotowych, w którym meldowali się wczasowicze.

Jeszcze krótkie spojrzenie na inny kultowy komiks z tamtych lat, przygody Tytusa. Już w odcinkach drukowanych w Świecie Młodych w latach 60. Tytus wyruszał na „majówkę” i to, uwaga, wyjeżdżał przyczepą kempingową. To było wtedy marzenie: mieć własną przyczepę Niewiadów!

Nad morze czy czy za granicę?

Kiedy ośrodek wczasowy albo pole namiotowe mieściły się na wybrzeżu to oczywiście cały dzień spędzało się na plaży. Panie korzystały z koszy albo parasoli chroniących przed słońcem, panowie z piwka sprzedawanego przez cwaniaczków na plaży, a dzieciaki kupowały lody Bambino z drewnianych pojemników, które biedni sprzedawcy targali na plecach. Niestety te ośrodki często wyglądały koszmarnie, były to po prostu bloki z małymi pokojami. Były też ośrodki z domkami, ale tymi czasami były… wagony. I to w ośrodku dla kolejarzy. Tak było w Ustce. Ciekawe, że ci, którzy stawiali ten ośrodek pomyśleli, że kolejarze najchętniej wypoczną… w wagonach. Ciekawe również, że takie koszmarne ośrodki, sanatoria czy hotele lądowały na kartkach pocztowych.

Zasyłamy pozdrowienia!

Marzeniem były wyjazdy zagraniczne. Przede wszystkim do krajów demokracji ludowej. Popularne były wyjazdy do Turcji, Bułgarii czy Jugosławii. A po co się jeździło za granicę? Na przykład handlować. Sylwia Chutnik w swoim „Smutku cinkciarza” tak pisze o handlowych podróżach Polaków: „do Turcji jeździło się przede wszystkim po tanie ubrania. Do Rosji wyprawiało się po biżuterię, głównie złoto, do Niemiec po elektronikę. Do Czechosłowacji woziło się spirytus i dżinsy” – i jeszcze – „trzeba było mieć znajomości w Orbisie. Tam sprzedawali wycieczki, na które w sekundę było mnóstwo chętnych. Trzeba było więc wiedzieć, kiedy zwolni się miejsce i od razu się decydować na wyjazd”.

Ilość wyjazdów zagranicznych Polaków dramatycznie wzrosła w latach 70. Jak podaje Polityka w dodatku „Dekada Gierka”: „w 1965 roku za granicę wybrało się 780 tysięcy Polaków, w 1970 r. 870 tys., a w 1975 ponad 8 milionów”.

A wyjeżdżano głównie pociągami, często wagonami sypialnymi albo z miejscami do leżenia (kuszetkami). I były to bardzo wesołe pociągi, bo konduktor sprzedawał podróżnym piwo. Wagony pełne były też kontrabandy, bo Polacy jeździli nimi handlować. A jak wyglądała taka wycieczka? Mam program wycieczki do Jugosławii organizowanej w lipcu 1957 roku przez Orbis.

Jogo to było marzenie!

Przewodnik informuje, że bez opłat celnych można było wywieźć i wwieźć do kraju m. in. żywność i owoce o łącznej ilości do 10 kilogramów, jeden aparat fotograficzny z trzema rolkami błon oraz napoje alkoholowe do 2 litrów. Prawda, że mało. Dojazd też wyglądał koszmarnie. Wyjazd był pierwszego dnia wieczorem pociągiem z Warszawy, a przyjazd dopiero trzeciego dnia rano.

Po powrocie obowiązkowo cała rodzina i wielu znajomych odwiedzali wczasowiczów. Przecież przywozili prezenty i rzeczy na handel!

Kolonie i podwórko

Jak kogoś nie było stać albo (i) nie miał znajomości w Orbisie, to mógł wysłać dziecko  na kolonie międzynarodowe. W polskich ośrodkach wczasowych można było spotkać pionierów z Niemiec, Węgier a nawet Korei.

A ci, którzy nigdzie nie mogli wyjechać na wczasy, obozy czy majówki bawili się na podwórku. Nie dziwiły namioty rozstawione przy blokach, w których w biwakowanie bawiły się dzieci. Zawsze można było skorzystać również z porad nieocenionego Adama Słodowego i samemu zbudować indiański wigwam, namiot turystyczny, mebelki campingowe i dodatkowe wyposażenie namiotu: chłodziarkę, oświetlenie albo wiszący stolik. Wszystko zależało od nas, od naszej wyobraźni. A tej nam nie brakowało, szczególnie na podwórku. Jak zachciało się nam wody, to nie trzeba było jeździć nad morze czy jezioro. Wchodziliśmy do fontanny w ogródku jordanowskim albo jeździło się na baseny w mieście. W Gdyni był taki na Polance Redłowskiej, w Warszawie chodziło się m .in. na baseny Legii.

Często jednak naszą zabawę w majówkę kończyliśmy przeglądaniem atlasu geograficznego albo kręceniem globusem. Wyobrażaliśmy sobie, gdzie pojedziemy jak kiedyś będzie można tak po prostu wyjechać za granicę…

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!”

Wojciech Przylipiak

WOJCIECH PRZYLIPIAK

Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu – nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.

Przetrzepać swój życiorys!

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Kiedy byłam młodą mamą, to kiedy ułożyłam Dzieci wieczorem do snu – miałam czas tylko dla siebie.

Wówczas siadałam w PRL – wskim fotelu i robiłam na drutach czapeczki, szaliczki dla Dzieci.

Dziegałam też swetry dla Dzieci i dla siebie także.

Brałam często szydełko i obrabiałam koronką płócienne chusteczki do nosa, albo ozdobne serwetki, dziergane z cieńkiego kordonka.

Naprawdę mi to nieźle wychodziło i lubiłam to robić, bo tym bardziej, kiedy w sklepach nie było żadnego wyboru.

Wzory na serwetki i robienie na drutach czerpałam z czasopism dostępnych wówczas, albo od koleżanek z pracy, które też dziergały i się tym bawiły.

Moim ulubionym zajęciem po godzinach po pracy, była uprawa działki, gdzie produkowałam z Mężem ekologiczną żywność.

Pamiętam jak pewnego, udanego lata wychodowaliśmy pomidory tak cudne i tak dużo, że nie nadążałam z ich przetwarzaniem.

Tak samo udały się pachnące truskawi, marchew i inne jarzyny.

W ten sposób ratowaliśmy swój budżet domowy, a Dzieci jadły świeże warzywa i owoce.

U nas w środku miasta jest jezioro i dostałam nagle olśnienia, że przecież mogę stać się wedkarzem i spędziłam wiele godzin na kładce i wędkowałam. Nauczyłam się obsługi wędek i moim największym trofeum był 4 kilogramowy – lin bodajże.

Kiedy straciłam pracę i w mojej mieścinie nie mogłam jej znaleźć – otworzyłam własną działalność i sprzedawałam używane ciuchy, po które z Mężem jeździliśmy do hurtowni.

Kiedy urosła konkurencja, to się przebranżowiłam i otworzyłam sklepik szkolno – chemiczny i prowadziłam go 3 lata.

Jeździłam też za granicę, a więc do Berlina i do Wiednia i tam się kupowało to, czego u nas na rynku nie było.

Sprzedawałam to jak wielu innych na ulicy i zawsze jakiś grosz się zarobiło.

Czasy się zmieniały i dostałam pracę na naszym Urzędzie Miejskim i tak zleciało mi kolejne 10 lat.

Na rynku można już było kupić prawie wszystko, a więc zaniechałam robienia na drutach i uprawy działki.

Zawsze w swoim życiu coś robiłam i starałam się o dodatkowe pieniądze, ale cieszyłam się kiedy dostałam pracę na pełen etat, Wówczas byłam spokojniejsza i była zabezpieczona finansowo moja Rodzina, bo Mąż też miał stałą pracę.

Przyszła emerytura i teraz na niej piszę bloga, bo nie umiem nic nie robić.

Poznaję tu na blogu interesujących ludzi i im dziękuję za zainteresowanie i komentarze.

Uwielbiam robić zdjęcia i dziś złapałam w obiektyw – zachód słońca.

Emerytura, to jest czas na spełnianie swoich marzeń i jeśli zdrowie jako tako dopisuje, to można być aktywnym w sieci.

Jeśli trafi się na ciekawych ludzi, to jest to czysta przyjemność.

Opiszcie jakie macie zainteresowania i co Was kręci. Napiszcie, co robicie poza pracą i co sprawia Wam radość?

 

 

Łapy precz od Wojciecha Jaruzelskiego!

Znalezione obrazy dla zapytania stan wojenny

Nie jestem historykiem i niewiele wiem o tych czasach, kiedy w Polsce Wojciech Jaruzelski wprowadził Stan Wojenny.

Jakże mogę wiedzieć jakie dyrektywy płynęły z za wschodniej granicy i czym nam grożono, aby w Polsce uspokoić wrzącą atmosferę, kiedy to „Solidarność” zaczęła fikać i chciała zmiany ustroju w naszym kraju.

Ten temat jest śliski i trudny do dysputy, bo każdy Polak na ten temat ma swoją prawdę, a jego prawda jest najmojsza.

Jak ja to widzę?

W 1981 roku – zaraz po wprowadzeniu Stanu Wojennego zabrali mi z domu Męża.

Płakałam tak – jak płakała każda żona, matka, babcia, bo to my kobiety zostałyśmy z milczącymi telefonami, brakiem energii i godziną policyjną!

Zostałyśmy z małymi dziećmi i brakiem wszystkiego w sklepach i musiałyśmy dwoić się i troić, by ubrać nasze dzieci i je nakarmić.

Pamiętam kartki na wszystko i wstawanie w nocy, aby kupić masło i jakiś ser dostarczony przez Amerykę.

Pamiętam ogromne kolejki za chlebem, butami dla dzieci i za tym, co rzucili do sklepu nie wiadomo, o której godzinie, ale się stało godzinami.

Pamiętam zmarzniętych żołnierzy i patrole krążące po ulicach miasta.

Był to trudny czas dla Polski i Polaków i choć w małych miasteczkach do nikogo nie strzelali, to w większych miastach się działo i strzelano do strajkujących.

Mimo tej traumy jaką przeżyłam, to zakrzyknę – łapy precz od Jaruzelskiego!

Generał Wojciech Jaruzelski był po wojnie największym patriotą i na sercu leżał mu niezmiernie los naszej Ojczyzny,

Urodził się w takich, a nie innych czasach i służył całym sobą Polsce.

Rozważał rozmaite sytuacje, aby obronić naszą Ojczyznę przed Związkiem Radzieckim, bo nie chciał byśmy wpadli w jego łapy.

Gdyby nie Stan Wojenny, to za Leszkiem Millerem ofiar by było nawet 200 tysięcy, bo byliśmy łakomym kąskiem Związku Radzieckiego.

Nie jestem historykiem i tak po chłopsku kumam, że Jaruzelski przysłużył się do tego, że dokonała się w Polsce transformacja i szliśmy tylko do przodu – do lepszego życia.

Jaruzelski wprowadzając Stan Wojenny w Polsce był na skraju wytrzymałości psychicznej i rozważał nawet samobójstwo!

Świadczy, to o tym jak droga dla niego była Polska.

Od dwóch lat rządzi w Polsce PiS, który nas Polaków wrócił do PRL – u i nagle chce degradować Jaruzelskiego, który żył w PRL -u.

Grzebią łapami w trumnach i chcą zrywać pagony, ale najbardziej bulwersujące jest to, że chcą zerwać szarżę naszemu jedynemu kosmonaucie – Hermaszewskiemu!

Ohyda!

Wiecie dlaczego degradują bohatera? Degradują, aby zastraszyć oficerów służących w Polsce, aby byli cicho i posłusznie i bezwolnie zgadzali się na obecne draństwo!

W tamtych czasach stało się wiele zła, ale to doprowadziło, że wiele lat udało się nam przeżyć w dobrej, demokratycznej Polsce.

Mam słowo do Córki – Moniki Jaruzelskiej – jestem z Panią!

Mam słowo do Prezesa Kaczyńskiego – do pięt pan nie dorasta Generałowi.

Chyba sobie nagrabiłam, ale zawsze byłam chyba socjaliską!

Mieliśmy pecha, że urodziliśmy się w PRL-u!

50% mojej pracy zawodowej przebiegło w wojskowości. Nazywano nas pracownikami cywilnymi i było nas wcale nie mało.

Kobiety pracowały w księgowości, albo w kasie.

Były to też telefonistki i telegrafistki, albo obsługiwały magazyny wojskowe zwane GMT.

Były też maszynistki, które przepisywały różne raporty na użytek Ludowego Wojska Polskiego.

Pracowały często na zmiany, kosztem dzieci i rodziny i naprawdę były to dzielne kobiety, które musiały pracę pogodzić z życiem rodzinnym.

Były też pielęgniarki i fryzjerki, a także panie bufetowe, które od rana do wieczora gotowały, sprzedawały i wydawały strawę kadrze wojskowej.

W małych miasteczkach jak zawsze nie było dużo ofert pracy, a więc dla wielu stacjonarna jednostka wojskowa dawała szansę na regularną pracę i pieniądze.

Kobiety w tych jednostkach pracowały latami i cieszyły się, że mają zatrudnienie w pipidówce i nie pracowały dla żadnego SB, czy też dla Kontrwywiadu,  a dla Polski!

Do dziś pamiętam wszystkie te panie, które swoje lata zawodowe poświęciły uczciwej pracy, ale niestety już wiele z nich odeszło.

A co dzieje się teraz?

Kiedy władzę przejęła jedynie, słuszna partia, która odbiera ludziom uczciwie, zapracowaną emeryturę  w wielkim procencie i pozbawia tych ludzi godnego życia, to ja się codziennie boję, że i mnie listonosz przyniesie taką powiastkę, albo mojemu Mężowi.

Dziś Monika Olejnik właśnie o tym napisała, bo i napisała o moim Mężu, który chronił Papieża Jana Pawła II podczas pielgrzymki w Polsce.

Miałam malutkie Dzieci, ale jak trzeba było, to Mąż wypełniał swój obowiązek dla Polski.

Rządzący obecnie nie zdają sobie sprawy z tego, że karma wraca!

 I jeszcze jedno co mnie boli!

Pani Premier zapowiadała darmowe leki dla Seniora!

Moja ciężko, chora Mama wydaje 50% swojej emerytury na leki i ani jeden nie jest darmowy! Ani  jeden!

Przecież trzeba zapłacić też rachunki!

Jest to populizm w czystej postaci i wielkie wyborcze kłamstwo.

Ilu ograbionych emerytów teraz musi przewartościować – chleb, albo leki!

Zgroza, co dzieje się w tym kraju!

I nastała sprawiedliwość. Kogo pani premier Szydło nazywa oprawcami? Tych, którzy ścigali morderców? Chronili Jana Pawła II podczas pielgrzymek?
W jakim kraju żyjemy? Prasowe ramię Jarosława Kaczyńskiego rzuca teczkami w Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, sekretarzowi gabinetu szefa BBN płk. Mirosławowi Wiklikowi zarzuca, że był w PZPR. Ktoś tu zapomniał o Piotrowiczach i innych z PZPR w PiS-ie.

Generał Macierewicz ogłasza, że Krzysztof Motacki, dowódca Wielonarodowej Dywizji Północ-Wschód w Elblągu, zbadał się wariografem i już pan minister obrony wie, że pan generał, owszem, był na kursie w ZSRR, ale kursu nie nadzorowało GRU.

Jak długo ta zabawa będzie trwała? Naczelnik państwa z Nowogrodzkiej nie przecina tego konfliktu, każe prezydentowi szanować Antoniego Macierewicza ze względu na jego doświadczenie opozycyjne i polityczne. Panowie z BBN i z MON przerzucają się odpowiedzialnością za to, że Motacki w ogóle został generałem? W Rosji zapewne otwierają butelki z szampanem, a NATO przeciera oczy ze zdumienia.

A pani premier Beata Szydło ogłasza z zadowoleniem, że wreszcie nastała sprawiedliwość, weszła tzw. ustawa dezubekizacyjna i tym samym oprawcy poniosą konsekwencje. Kogo pani nazywa oprawcami? Milicjantów, którzy ścigali morderców, gwałcicieli, złodziei? Czy pani sądzi, że w PRL-u nie było przestępstw? Nie trzeba było chronić Jana Pawła II podczas pielgrzymek? Pani premier chyba się zagalopowała, wrzucając wszystkich do jednego worka i nazywając ich oprawcami.

Kto budował kontrwywiad, wywiad w wolnej Polsce? Kto przerzucił, narażając swoje życie, Żydów z Rosji do Izraela? Może pani nie wie, że to była słynna akcja Mosadu, na którą zgodził się premier Mazowiecki? Groziły nam wtedy ataki terrorystyczne. Kto bronił lotniska? Żółtodzioby czy ludzie z doświadczeniem? To dzięki gen. Czempińskiemu, którego pani nazywa oprawcą, Amerykanie obiecali redukcję naszego długu o 16,5 mld dol.

Skoro jest pani taką znawczynią kina i nie podoba się pani „Ida”, to może warto zobaczyć film „Samum”. Dowiedziałaby się pani o akcji, którą przeprowadził płk Czempiński. Uratował oficerów CIA z Iraku, za co zresztą został odznaczony przez George’a Busha. A wtedy pomocy odmówiła Francja i Rosja.

Szefem PKN Orlen jest Wojciech Jasiński, który pracował w urzędzie miejskim jako kierownik wydziału spraw wewnętrznych i był członkiem PZPR. Sprawdziłam, co napisał w swoim życiorysie na stronie PKN Orlen – pominął te fakty.

Oprawczyniami pani nazywa kobiety pracujące w biurach paszportów, sprzątaczki, lekarzy, pielęgniarki, bibliotekarki? Może trzeba sprawdzić, kto wyrywał paznokcie, kto donosił, kto pałował, kto rozpracowywał opozycję, Kościół? Kto był świnią, a kto był przyzwoitym człowiekiem w nieprzyzwoitym ustroju. Czy może pani spojrzeć w oczy tym kobietom, którym zabrano renty, emerytury, których mężowie zginęli, a zabrano im dlatego, że mieli to nieszczęście, że pracowali jeden dzień w milicji?
http://wyborcza.pl/7,75968,22473930,i-nastala-sprawiedliwos…

Mała Wściekła Blondyna

Mam 21 lat, 156 cm wzrostu, blond kłaki.. Jestem idealistką, stąd mam wiele częstych bólów dupy. Denerwuje mnie wiele, od zamkniętych głów przez dziwne ogólnie przyjęte zasady bytowania na naszej Planetce. Stąd Mała Wściekła Blondyna. Palę fajki, mam tatuaże i bluźnię, więc jeśli Cię to gorszy istnieje możliwość, że się nie polubimy. Jeśli zaś nie przeszkadza Ci to, masz chęć poczytać wypociny młodej autystycznej duszyczki, zainteresowanej zagadnieniami z dziedzin motywacji, nauki, literatury ... ZAPRASZAM! Oczywiście na blogu pojawiają się również tematy beauty, czy miłe proste, przyjemne babskie pier*olenie! MIŁEJ LEKTURY!

w drodze

gazeta domowa.

Piotrek

Zdrada - tak to można określić, chciałbym się wygadać o swoich zdradach, uzależnieniu od kobiet, etc.

U stóp Benbulbena

pocztówki z Irlandii

Roma Carlos

I'm not sure what I did last time

Wiedźmowisko

Dzień po dniu

365 dni w obiektywie LG

365 days a lens LG

Program PIT 2019

Programy do rozliczenia PIT

michael ogazie's blog

blogging , Love, Google, Seo, Relationship, Faith, Life, 2019 blogger Award

ulotnechwile

Kiedyś malowałam pędzlem, teraz słowem, nigdy nie byłam w tym dobra, tak jak w okazywaniu uczuć. Jednak dobry jest każdy sposób żeby je z siebie wyrzucić. Zanim cię uduszą.

blogcaffe.wordpress.com/

z mojego punktu widzenia * from my point of view *z mojego punktu widzenia * from my point of view *z mojego punktu widzenia * from my point of view *z mojego punktu widzenia *

Sport News

Blood Sport

Free gold bird

No one let you down, we can move the mounds/mount

Wrzosy

O tym co było, co jest i czasem trochę marzeń

Myśli (nie)banalne Joanny

czyli spostrzeżenia, refleksje, moje spojrzenie na świat.

Alek Skarga Poems

Poezja w słowach i obrazach

ZLEPEK KLEPEK ALBO BECZKA ŚMIECHU

BLOG TADEUSZA HAFTANIUKA

Kałuże i Róże.

Szukam sensu w Krakowie

Walcz zawsze do końca

Osobiste zapiski z mojego życia

Życie jest piękne , uśmiech dodaje mu blasku :)

Rozważ , jak trudno jest zmienić siebie , a zrozumiesz , jak znikome masz szanse zmienić innych. "(Wolter)

Tatulowe opowieści

Poczuj się jak słuchacz opowieści ojca wracającego po pracy do domu i dzielącego się z rodziną tym, co przemyślał i przeżył

sasza4

Subskrybuj moją twórczość.

Związek niesakramentalny

my bez żadnego trybu

mysz galaktyczna

prywatny blog prywatnej osoby o zmianie na lepsze. välkommen.

Antropozofiablog

Rudolf Steiner, Antropozofia i inne

Blog o Australii

O życiu, podróżach i spełnianiu marzeń

wzzw.wordpress.com/

strona byłych działaczy »Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża«

alina-ala

... na swą słabość patrząc postaraj się zrozumieć innych...

Sześćdziesiąt równa się dwadzieścia

Wiek nie ogranicza człowieka w działaniu

teresa ozimek

Hajnowski blog lokalny - Piszcie o swoich sprawach na adres: teresa.ozimek@wp.pl

KRYSTYNA RYSUJE

Mając 8 lat narysowałam swój pierwszy obraz. Po długiej przerwie znów powróciłam do kartki i ołówka. Cały czas się uczę i dążę do perfekcji

Niepełnosprawny Świat Blogerki

Moja DUSZA to bezdenna głębia Oceanu, czasem zmącona przez wzburzone fale Życia ...

życie umysłowe

Najlepszy blog o rzeczach oczywistych. Niby oczywistych

paulainstyle.com

Blog lifestylowy

ogryzekzycia

Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze... Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy... Nauczyć się dawać, nie dając... Nauczyć się brać, nie biorąc... Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ....miłości nie kochając... Nauka jest sztuką!!!!

bezpukania.eu

Poznaj oblicze XXI wieku i poczuj blisko oddech epoki, w której żyjesz. Zapraszam na blog.

Zapisz.org

Poetów, pisarzy, eseistów i publicystów zainteresowanych publikacją na naszych łamach zapraszamy do przesyłania propozycji tekstów na adres magazynzapisz@gmail.com

#2latado30charyszka - 2 lata do 30 charyszka

Zbiór myśli mniej lub bardziej nieuporządkowanych. Składnica uczuć, pomników pamięci, ludzkich sylwetek. Światem, który migotliwie zachęca do uczestnictwa w nim i komentowania jego cudów i porażek.