Archiwa tagu: rodzice

Doszłam do ściany!

Znalezione obrazy dla zapytania mam dość choroby matki

Przedwczoraj był Dzień Cukrzyków i chyba nigdy nie pisałam, że choruję na cukrzycę typu II.

Biorę leki, ale uważałam się za gierojkę i nie zniszczalną, a więc lekceważyłam swoją chorobę, aż do momentu, kiedy zauważyłam swoje kiepskie samopoczucie.

Objawiało się to kompletnym wycieńczeniem, nawet po dobrze przespanej nocy – arytmią serca, oraz bólami głowy w okolicach potylicy, a także miewam zawroty głowy.

Biorę leki zapisane przez lekarzy systematycznie, ale w wielu sytuacjach one mi nie pomagają, kiedy wkrada się stres.

Mam nerwowy czas, bo Mama choruje na raka i od dwóch lat nie wstaje z łóżka.

Od dwóch lat żyję na telefonie i w pogotowiu!

Trzeba wiele wykonać przy niej zabiegów i robimy to, ale resztkami sił, a ja sama ich już w sobie nie mam.

Nie ma w Polsce takiego zastrzeżenia, że jeśli opiekun jest poważnie chory, to nie powinien zajmować się umierającym rodzicem i ten opiekun nie ma żadnej w Polsce ochrony i żadnej pomocy.

Przedwczoraj – na łamach reportażu wypowiedział się dziennikarz – Michał Figurski, który wiele lat lekceważył swoją cukrzycę, aż dopadł go wylew krwi do mózgu i zdałam sobie sprawę z tego, że i mnie to też może czekać.

Cierpię na arytmię, podwyższony poziom cukru, bóle głowy, zawroty, bóle kręgosłupa, a nasza Matka jak Lenin żyje wciąż dwa lata od diagnozy i potrzebuje pomocy 24 h!

Mój Mąż ma na stanie swoją Matkę – panią po 80 -tce. Gotuję dla niej obiady, bo sama sobie już nie ugotuje.

Jest hipochondryczką i humorzastą kobietą – wiszącą na telefonie.

Wydzwania do Męża po 10 razy dziennie – wymusza wszystko, choć Mąż jest na każde jej zawołanie.

Oboje uwikłani jesteśmy w starość swoich rodziców, a za chwilę przyjdzie czas na nas.

Nikt nie myśli aby oddać staruszków do instytucji, bo w Polsce absolutnie nie ma takiej pomocy, bo nasze Państwo nie działa w tym temacie.

Nie wiem jak jest w innych krajach Europy, ale czytam w wielu miejscach, że to funkcjonuje!

Depresje, choroby układu krążenia i inne dolegliwości związane ze stresem sprawiają, że dzisiejsze 60-latki mogą być pierwszym pokoleniem żyjącym krócej niż ich rodzice.

Sama jadę na antydepresantach od lat, ale się rodzinie nie skarżę.

Medycyna na wysokim poziome sprawia, że nasi chorzy rodzice żyją przynajmniej o 15 lat dłużej, analogicznie jak to było dużo wcześniej, kiedy ludzie umierali w wieku 60/70 lat.

Teraz dzięki medycynie dożywają w różnym stanie do 90 – ki, a my 60 latkowie musimy się nimi zajmować, bo nasze państwo nie daje żadnej pomocy w tym, jakże trudnym temacie.

Kto nigdy nie opiekował się starością, to ten nigdy nie zrozumie dylematów dzieci zniewolonych przez chorobę rodzica.

Przeczytajcie ile dramatów jest w rodzinach, kiedy śmierć nie przychodzi szlachetnie – w porę!

Stare dzieci starszych rodziców – nie są bohaterami, są zmęczeni.
Praca, własne dzieci i starzy rodzice – wymagania, którym mogą sprostać tylko bohaterowie. Ale stawia się je wszystkim. Cena, którą płacą, jest wysoka. W Polsce od dzieci wymaga się opieki nad starymi rodzicami. Kiedy nadchodzi ten moment i starość lub choroby odbierają im samodzielność, zaczyna się problem. Czy dorosłe dzieci dają radę, czy nie? Jakie mają możliwości? O trudnych wyborach opiekunów – pisze Monika Kaczyńska.
Kiedy Marta słyszy o biletach do kina za 5 zł dla seniorów, siłowniach na wolnym powietrzu i kawiarenkach, dostaje piany na ustach. – Senioralia – sralia – tylko, że jak naprawdę trzeba się zająć starym człowiekiem, system jest bezradny – mówi i doskonale wie o czym. W blokowym mieszkaniu na jednym z poznańskich osiedli mieszka z dwojgiem dzieci, a od kilkunastu miesięcy z dwojgiem schorowanych, niemal kompletnie niesamodzielnych rodziców. I jest na skraju wytrzymałości nerwowej. 
– Nie miałam innego wyjścia – opowiada. – Musiałam ich wziąć do siebie. Ale to jest złe rozwiązanie. Nie wiem, jak długo to wytrzymam. Marta należy do tzw. pokolenia kanapkowego. Sama dobiegająca 60. wciąż jeszcze pracuje, z jednej strony przytłaczana powinnościami wobec dorosłych, ale jeszcze nie żyjących samodzielnie dzieci, z drugiej – powinnościami wobec rodziców.
Opieka nad starszymi osobami wcale nie jest taka łatwa i kolorowa jak w reklamach – To zupełnie nowe zjawisko – zwraca uwagę prof. Anna Michalska, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – Jest związane z wydłużającym się życiem.
Pokolenie to nazywane również pokoleniem przegubowym podlega silnej presji z obu stron. Dopóki starzy rodzice są względnie samodzielni, a dorosłe dzieci także żyją swoim życiem, wszystko jest w porządku.
Gdy jednak starość lub choroby odbierają najstarszemu pokoleniu samodzielność, zaczyna się problem. I organizacyjny, i etyczny, i psychologiczny. Dotyczy to coraz większej grupy osób. I z danych wynika, że w ciągu najbliższych lat będzie ona jeszcze liczniejsza. – W Polsce wciąż rodzina znajduje się wysoko w hierarchii wartości – mówi prof. Anna Michalska. – Otoczenie oczekuje, że dzieci zajmą się rodzicami w podeszłym wieku, jakby oddając im trud, który włożyli w wychowanie. Zdawanie się w tej kwestii na instytucje jest wciąż oceniane negatywnie. Na własnej skórze odczuły to dwie poznanianki, które opowiadają, jak radzą sobie ze zniedołężnieniem rodziców.
 Obawa przed negatywną oceną dalszej rodziny i przyjaciół to jedno. Druga sprawa to dostępność i jakość instytucjonalnej opieki. Oczekiwanie na miejsce w domu pomocy społecznej w dużym mieście trwa przeciętnie około roku. Czasem dłużej.
Usługi opiekuńcze, świadczone w domu, maksymalnie przez 8 godzin dziennie bardzo często nie rozwiązują problemu. Ostatecznie więc odpowiedzialność za starych i niedołężnych spada na ich także, co tu kryć, starzejące się dzieci.
Gdy Marta skończyła pięćdziesiątkę, jej rodzice cieszyli się dobrym zdrowiem. Fakt, że mieszkali w oddalonym o ponad 200 kilometrów Wrocławiu, nie stanowił problemu. Stały kontakt telefoniczny, weekendowe odwiedziny raz na miesiąc i bratanek na miejscu, który w razie konieczności przyniósł cięższe zakupy czy dokonał drobnych napraw, załatwiały sprawę.
Kilka lat temu u matki Marty rozpoznano nowotwór. Wkrótce ojciec stał się bardziej roztargniony niż zwykle. Najpierw tłumaczono to stresem, później zmianami związanymi z wiekiem. Kiedy po raz kolejny siedem razy wychodził do kiosku i wracał z kolejnym egzemplarzem tego samego numeru gazety, a ze sklepu przynosił siódmą w ciągu dnia 20-dekagramową paczkę wędliny, stało się jasne, że sprawa jest poważniejsza.
Badanie lekarskie tylko potwierdziły przypuszczenia – choroba Alzheimera. Liczba chorych na chorobę Alzheimera czy z poważnymi, utrudniającymi codzienne funkcjonowanie zmianami wzrasta z wiekiem Wraz z jej postępami Marta traciła kolejne części swojego życia. Zaczęło się od weekendów. – W piątek po pracy wsiadałam w samochód i gnałam do Wrocławia – opowiada. – Tam prałam, sprzątałam, załatwiałam, co konieczne.
Wracałam w niedzielę wieczorem, a w poniedziałek do pracy. Ale sytuacja z każdym miesiącem była coraz gorsza. Choroba ojca Marty postępowała, a coraz mniej sprawna matka po kilku operacjach przestała dawać sobie radę. – Nie była w stanie go upilnować. Znikał z domu, gdy była w toalecie, później przyprowadzali go obcy ludzie – wspomina Marta. – Wtedy, kiedy jeszcze to i owo kojarzył i był w stanie się podpisać, postanowiłam go ubezwłasnowolnić, choćby po to, by kiedy całkiem straci kontakt z rzeczywistością, móc umieścić go w domu pomocy społecznej.
Gdy o tym fakcie dowiedziała się dalsza rodzina, prawie Martę zlinczowała. – Nasłuchałam się, że chcę się ojca pozbyć, że chodzi mi o jego mieszkanie. Wyrodna córka to było najłagodniejsze określenie, z jakim się spotkałam. Padały wiele gorsze – mówi kobieta. Doroty, która przez trzy lata opiekowała się chorą na chorobę Alzheimera matką, wcale to nie dziwi. – Oczekuje się od nas postawy heroicznej – twierdzi. – Tyle że nikt, kto tego nie przeżył, nie jest w stanie sobie wyobrazić, jaka to przytłaczająca odpowiedzialność.
Matka Doroty od ponad roku jest pensjonariuszką domu pomocy społecznej. Dorota odwiedza ją kilka razy w tygodniu. Czasem matka nawet ją poznaje. I choć starsza pani, gdy jeszcze częściej była świadoma, sama zdecydowała o przeprowadzce, okres oczekiwania na miejsce Dorota wspomina jak nieustający koszmar. – Mieszkałyśmy po sąsiedzku – opowiada. – Kwestie techniczne – zakupy, sprzątanie, podawanie leków cztery razy dziennie to nie był problem. Tylko ten strach.
Bałam się oddalić od domu, bo matka może mnie potrzebować. Co noc budziłam się kilka razy i biegłam do okna sprawdzić, czy pali się u niej światło. Po tym, jak o trzeciej w nocy zadzwonili sąsiedzi, że mama w koszuli nocnej stoi na klatce schodowej i nie może wejść do mieszkania, prawie w ogóle przestałam sypiać.
Tylko dzięki ośrodkowi dziennego pobytu, do którego odprowadzałam mamę, mogłam w ogóle pracować. Ale i tak byłam u kresu sił. Czego bałam się najbardziej? Że z jakiegoś powodu trafię do szpitala, a mama zostanie sama – bez opieki, bez leków, kompletnie zagubiona i bezradna – wyznaje. – Dopiero kilka miesięcy po przeprowadzce mamy do DPS-u, na nowo odkryłam spacery, spotkania ze znajomymi, wyjścia do kina.
Zwyczajne rzeczy, które przez ostatnie lata były dla mnie niedostępne. Wciąż jeszcze nie mogę uwierzyć, że znów mogę wrócić do domu, o której chcę. Jak nastolatka spuszczona z rodzicielskiego oka – śmieje się. Najbardziej bałam się, że trafię do szpitala i matka zostanie bez opieki Marta po pracy pędzi prosto do domu. Zajęcia sportowe, kurs językowy, koncerty skończyły się wraz ze sprowadzeniem rodziców pod własny dach. Zresztą nie tylko to. Do piwnicy trafił ulubiony fotel i kilka kartonów z książkami. – Moje życie zostało zredukowane do 11 metrów kwadratowych – mówi. – Największy pokój oddałam rodzicom, bo w innym nie zmieściłoby się szpitalne łóżko dla ojca, stół z krzesłami i balkoniki dla obojga, dzięki którym mogą się poruszać.
W drugim pokoju mieszkają synowie. Mnie został ten najmniejszy. Nie dość, że nie mam praktycznie własnego życia poza domem i pracą, to nawet nie mam swoich ulubionych mebli. Są dni, kiedy mam ochotę wyjść z domu i więcej nie wrócić. I najgorsze, że tak już będzie. Z jednej strony presja społeczna, z drugiej działanie systemu opieki społecznej stawia takie osoby jak Dorota przed dramatycznymi wyborami.
Choć zakładała, że prędzej czy później rodzicami będą musiały zaopiekować się instytucje, bo ona sama nie da rady, życie pokazało, że sprawa jest znacznie bardziej złożona. – Ojciec i tak nie ma już kontaktu z rzeczywistością, nie sądzę, żeby w ogóle orientował się, gdzie jest – mówi Marta. – Ale matka, w żaden sposób niepogodzona ze starością, chorobą i ograniczeniami, jakie się z tym wiążą, nie godzi się na przeprowadzkę do domu pomocy społecznej. A ja przecież się nie rozdwoję. Żeby w ogóle się nimi zająć, muszę ich mieć w jednym miejscu. Jedyne możliwe to moje mieszkanie – dodaje zrezygnowana. Liczba chorych na chorobę Alzheimera czy z poważnymi, utrudniającymi codzienne funkcjonowanie zmianami otępiennymi wzrasta wraz z wiekiem, Polacy żyją dłużej. Ale ostatnie lata życia większości upływają na zmaganiu się z chorobami. – Medycyna przedłużyła człowiekowi życie – zauważa Dorota. – Ale dłuższe życie nie oznacza zachowania zdrowia. To, co nazywa się ofertą dla seniorów – te wszystkie kluby, kawiarenki, festiwale to propozycje dla sprawnych 60-70-latków.
Tym o dwadzieścia lat starszym potrzeba opieki medycznej. A tej praktycznie nie ma. Lekarze gerontolodzy to specjaliści rzadsi niż złoto. W liczącym blisko 850 tysięcy mieszkańców Poznaniu i powiecie poznańskim takich specjalistów jest zaledwie kilku. W całym Lesznie czy Koninie przyjmuje jeden taki lekarz. Nie ma też wielu wyspecjalizowanych opiekunów.
Znalezienie kogoś, kto choćby na kilka godzin zostałby z chorym na Alzheimera, graniczy z cudem, o kosztach nie wspominając. A opiekujące się schorowanymi rodzicami dzieci też się starzeją. I też mają swoje, także medyczne potrzeby. I proste marzenia: urlop, zakupy bez obawy o to, co się dzieje w domu, wizyta u fryzjera. W Polsce to na ogół marzenia ściętej głowy. – Gdybym wiedziała, że raz w roku mogę oddać rodziców na dwa, trzy tygodnie do ośrodka, w którym będą mieli opiekę i wyjechać do sanatorium…- rozmarza się Dorota. – Na Zachodzie takie rozwiązania są powszechne, u nas traktuje się je jak fanaberię. Poza tym są jeszcze moi synowie. Dotąd cierpliwie znoszą wszystkie uciążliwości i solidarnie na zmianę śpią na łóżku polowym. Ale jak długo? Czasem myślę, że spełniam obowiązek wobec rodziców ich kosztem – wyznaje.
Poczucie życia w potrzasku jest typowe dla pokolenia kanapkowego. W jego przedstawicielki (bo wciąż funkcje opiekuńcze spadają przede wszystkim na kobiety) miotają się między pracą, rodzicami a wnukami. Płacą za to wysoką cenę. Depresje, choroby układu krążenia i inne dolegliwości związane ze stresem sprawiają, że dzisiejsze 60-latki mogą być pierwszym pokoleniem żyjącym krócej niż ich rodzice. Uwalniając dzieci od swojej starości. 

Czytaj więcej: https://gloswielkopolski.pl/stare-dzieci-starszych-rodzicow-nie-sa-bohaterami-sa-zmeczeni/ar/1021439


Reklamy

Rodzice się starzeją – choroby – opieka!

 

Podobny obraz
„Nienawidzę swoich rodziców. Nie będę się nimi opiekować” Czy zawsze jesteśmy winni starszemu pokoleniu pomoc?

Pierwszy SMS był krótki: „Marcin, z tatą gorzej. Przyjedź, proszę”. Drugi, trzeci, czwarty już dłuższe. „Będziesz żałował, a jeśli on umrze? Nigdy nie porozmawiacie. Po co ta złość? To w końcu nasz ojciec. Nawet dla mamy tego nie zrobisz?!”.

To ten, na którego Marcin odpisał. Wiedział, że jego siostra wypiła za dużo wina. Tylko wtedy mówiła, co myśli: Jesteś egoistą. Wiem, że cię skrzywdzili, mnie też. Ale jestem inna niż ty”. „Właśnie. Inna. Ty rób co chcesz. Wolisz zapomnieć? Twoja sprawa” napisał.
W końcu wiadomość od ojca: „Przyjedź”
Żona Marcina, matka jego dzieci: „Kochanie, ja tego nie rozumiem. Powinniśmy opiekować się rodzicami, to nasz obowiązek”.

Marcin: „Każda dobra pamięć jest wybiórcza. Podobno. Traumy się zapomina. Nie zapomniałem swoich. Nie jestem nic winny rodzicom, mogą umrzeć. Mam znajomych z toksycznych domów. Znajomi mają po trzydzieści, czterdzieści lat. Silni, niezależni. W środku dygot. Bo mama powiedziała „be”, bo tata powiedział „fe”. Bo ojciec pije, bo matka płacze. Wykładają na rodziców kasę, znoszą pretensje i manipulacje. Wyrzucają kasę na psychologów. A rada jest jedna: odciąć gówno.

„Źle się uczysz? Zajeb….Cię”
„Po co Ci okrucieństwo?” piszę.
Marcin: „To nie okrucieństwo. Nie oceniaj mnie”.
Chłopiec ma 8 lat. Brzydko pisze: „Ale ma kota”. Szlaczków ładnych też nie potrafi robić. „Przyjdzie ojciec, to zobaczysz” mówi matka. Chłopiec się boi. Kroki na schodach, szuranie butów, odgłos płaszcza, który ląduje na wieszaku. I matka; „Kochanie, tu masz ziemniaki, kotlet, coś jeszcze?”. I: „Nie mam do niego siły, on w ogóle nic nie potrafi”.

Marcin: W moim domu śmierdziało strachem. Jej. Moim. Naszym. Nie bił tylko siostry. „Jesteś taką moją blondyneczką” powtarzał. Nienawidziłem jej.

„Jak napisałeś tę literkę? Jak ją, ku….a napisałeś?! ” wrzeszczy ojciec.
„Normalnie napisałem” mówi cicho chłopiec. Mocny cios. Czasem jest to deska. Twarda i długa. Część boazerii tak wtedy modnej. Trwa remont. Czasem jest to pas, który ojciec ściąga powoli patrząc chłopcu w oczy. Czasem ręka.
Marcin po latach zapisze: „Chodzi o ból, który pociąga cię na dno, o nieprzewidywalność, niesprawiedliwość. I upokorzenie, bo ktoś bije cię wszędzie. I wszystkim. Przecież ja miałem osiem lat, nie wiedziałem jak się pisze literki. I nie rozumiałem dlaczego ktoś wali mnie deską po głowie. Jest 1986 rok. Nie ma policji, nie ma mediów. Przemoc toczy się w większości domów. Nikt o tym nie mówi. Matki nas nie bronią”.

„Odchodzę od Twojej matki. To dziwka”
Z szafy wylatują krawaty i skarpetki. Ojciec wrzuca rzeczy do czarnej, podniszczonej walizki. Słychać odgłos otwieranego piwa. Marcin uczy się: piwo daje lekkość, daje chwiejny krok, daje krzyk, ale i miękkość. Po piwie ojciec nie jest agresywny. Nawet jeśli się zamachnie, nie zawsze trafia. Marcin lubi piwo.
Gdy rzeczy lądują na podłodze i ojciec upycha je do walizki, Marcin jest bezpieczny. Mówi więc głośno: „Ale co ty robisz, tato?”. Słyszy: „Wyprowadzam się, twoja matka to dziwka”. Podbiega i syczy: Dziwka, kurwa, szmata. Zdechniecie razem. Drzwi trzaskają, ktoś coś słyszy.
Marcin: Cierpiałem, gdy odszedł. Pokaż mi dziecko, które nie cierpi po stracie rodzica. Siadałem przed pustą szafą. Zaklinałem: niech tata przestanie pić, niech mnie kocha, niech tata przestanie pić, niech kocha.

„Zadzwonię. Obiecuję”
Chłopiec ma 10 lat. Często jada obiady u rodziców kolegów z klasy. Tam ojcowie też czasem biją, i piją też. Albo matki. Ale chociaż na obiad jest zupa pomidorowa. I rosół.
Marcin lubi smak marchewki. Jego matka nie gotuje. Wciąż za to płacze. „Ojciec nas skrzywdził, skrzywdził, zostawił” mówi. W białej szafce w kuchni są tabletki. Ona łyka je garściami, bo po nich się śpi. Marcin któregoś dnia łyka je wszystkie. Koleżanka:  Możesz zasnąć na zawsze”. Marcin się cieszy, bo chciałby umrzeć. A potem jest szpital, i płukanie żołądka, i panie w białych fartuchach. „Jemu nic się nie stało, to taka pomyłka” tłumaczy matka. Dzwoni do męża, on już mieszka z inną kobietą. „Zadzwonię, zadzwonię, obiecuję” słyszy.
Marcin: Do dziś nienawidzę słabych kobiet, to udawanie, że nic się nie stało. I miliony obietnic ojca. Że przyjdzie, że zadzwoni, że będzie. Nie przyszedł nigdy.

„Spier… nie mam pieniędzy”
Chłopiec ma 19 lat, zdał maturę, chce jechać do Londynu. Zaczynać wszystko od nowa. Odzywa się do ojca, prosi o pożyczkę. W końcu nie płacił alimentów. W mieszkaniu ojca śmierdzi. Już nie lękiem, ale niestrawionym alkoholem, przegraną. „Jeb się, synu, jeb się” . Kochanka ojca wpycha ojca do łóżka. Pościel jest brudna. Marcin wie. Nawet gdyby ojciec się na niego zamachnął bez trudu by się obronił. „Przepraszam, przepraszam, on ma takie problemy z pracą. Musisz zrozumieć, zrozumieć musisz” kochanka powtarza. Wciska chłopcu banknot, tłumaczy.
On myśli: Jest czulsza niż matka. I bardziej opiekuńcza.

Z maila: „Tych sytuacji było tysiące. Nic, ku… a nie jesteśmy winni swoim rodzicom, którzy się nami opiekowali. Nic nie jesteśmy winni pijakom, ludziom agresywnym, którzy nie dawali nam wsparcia, gdy byliśmy bezradni, mieliśmy kilka lat. Nawet jeśli to nasi rodzice. Dajesz miłość, dostajesz ją w zamian. Nie dajesz, nie dostajesz nic. To matematyka. Dzieciństwo bywa jak nóż w gardle. Nie umiem go wyjąć. Przemoc rodzi przemoc. Złość rodzi złość. Nieuwaga rodzi nieuwagę. W dupie mam rodziców. I to, że ktoś mówi: bądź mądrzejszy, i lepszy. Nie chcę. Mam swoje dzieci, pracuję na wzajemność”.

Odpowiedź: Rodzice pewnie też mieli swoją historię. Twój ojciec….
Marcin: Byłem bity, nikogo nie biję. Byłem zostawiony, nie zostawiam. Nie mam poczucia winy. Uwielbiam swoich synów. Tania ta psychologia. Znam setki ludzi, którzy czują jak ja. Ale trwają przy rodzicach. I marnują życie.

PS. Marcina ojciec umarł na początku sierpnia. Marcin nie pojechał na pogrzeb. Nie odezwał się też do matki.
P.S 2. Ojciec Marcina był inżynierem. Mama redaktorką w dużym wydawnictwie. O Marcinie mówili: „Bo ty jesteś z dobrego domu”.

https://mamadu.pl/120763,nienawidze-swoich-rodzicow-nie-bede-sie-nimi-opiekowac-czy-zawsze-jestesmy-winni-starszemu-pokoleniu-pomoc

Dziecięca cyberprzemoc!

 

Podobny obraz

Dzisiaj, od miesiąca gościłam w domu moje Wnuki i ich Rodziców.

Zobaczyłam jak przez ten czas podrosły i niedługo, bardzo niedługo, staną się nastolatkami, ku mojemu zdziwieniu, że czas leci jak szalony, a przecież niedawno były niemowlakami.

Urosły, dojrzały i tak patrzę na nie i słucham, to stwierdzam jakże inne mają dzieciństwo od dzieci urodzonych w czasach słusznie minionych.

Teraz dzieci są bystrzejsze, bardziej mądrzejsze i po prostu inne ode mnie, kiedy byłam dziewczynką, a to chyba za sprawą nowoczesnej technologii, w której siedzą, czyli w samrtfonach i tabletach.

Ja w wieku moich Wnuków każdą wolną chwilę spędzałam na podwórku, czyli na świeżym powietrzu, często z kluczem na szyi.

Nikt się w tamtych czasach nie przejmował zagrożeniami, pedofilią, bo rodzice pracowali, a my – dzieci żyliśmy w grupach podwórkowych i musieliśmy sobie sami dawać radę!

Nikt nas nie odprowadzał do szkoły i pamiętam, że sama codziennie pokonywałam trasę do szkoły po 2 kilometry tam i z powrotem w słońcu i w deszczu i musiałam sobie radzić, kiedy Mama była w pracy.

Do dzisiaj na swoim ciele mogę odnaleźć 7 blizn, bo szlałam na podwórku spadając z roweru, drzewa, albo potykałam się o podwórkowe przeszkody.

Nikt specjalnie nie kontrolował tego, co miałam zadane do domu i lekcje odrabiałam bez pomocy, a teraz rodzice trzęsą się na swoimi dziećmi i w wielu sprawach są blisko – na wyciągnięcie ręki, aby tylko je chronić.

Faktycznie w sieci czyta się teraz wiele ile zagrożeń czyha ma małe dzieci i może dlatego rodzice są wyczuleni i pilnują, aby tylko zło tego świata nie dopadło ich latorośli.

Czasy się zmieniły i dzieciaki mają smartfony, tablety, laptopy i wcale ich nie trzeba uczyć obsługi tego sprzętu, bo rodzą się z tym, jakby wyssały to z mlekiem matki.

Moje też mają taki sprzęt, bo rodzice chcą mieć kontakt ze swoimi dziećmi i tak je kontrolują i sprawdzają, czy nie dzieje się coś złego.

Można się opierać temu, żeby swojemu dziecku nie kupić smartfona, by je chronić przed głupotami znajdujących się w sieci, jak durnowane filmiki na YT.

Nie kupisz dziecku takiego telefonu skazuje się je na pogardę rówieśników, a kiedy kupisz, to musisz sprawdzać, co to dziecko w sieci robi i dawkować mu siedzenie z Wi-fi.

Dziś się dowiedziałam, że 9 letnie dzieci spotykają się w grupach na jakimś portalu i wymieniają między sobą opinie na temat wyglądu, ubierania się i dochodzi tam do ostrej rywalizacji, a kiedy ktoś się nie spodoba, to zbiera straszne opinie i jest hejtowany.

Jeden z chłopców ostrzelany i hejtowany napisał, że nie ma po co żyć!

Takich sytuacji jest coraz więcej i nastolatki popełniają samobójstwa, bo są zastraszane przez równolatów:

 

Zabiła się, bo była prześladowana przez koleżanki. Rodzice pozywają szkołę.
– Mamy nadzieję, że nasz pozew zwróci szerszą uwagę na epidemię cyberprzemocy – mówi rodzina ofiary. Dwunastolatka z New Jersey popełniła samobójstwo, bo była atakowana przez rówieśników w szkole i mediach społecznościowych.
Mallory Grossman z Rockford w stanie New Jersey miała 12 lat, kiedy w czerwcu ub.r. popełniła samobójstwo. Wcześniej przez dziewięć miesięcy była wyśmiewana i prześladowana przez kolegów z klasy w szkole i w mediach społecznościowych.
„Zabij się, wszystkim nam ulży”
Dziś rodzice dziewczynki, Dianne i Seth Grossman, pozywają Copeland Middle School, czyli szkołę, do której chodziła ich córka, a także miejscowe władze edukacyjne. Przekonują, że nie dopełniły swoich obowiązków, choć powinny były chronić ich dziecko przed prześladowaniem.
Państwo Grossman przypominają, że wielokrotnie alarmowali szkołę, że ich córka jest celem niewybrednych żartów i docinków ze strony koleżanek, które przy każdej okazji obrażały ją, wyśmiewały się z jej wyglądu, a nawet sugerowały samobójstwo. „Dlaczego się nie zabijesz, wszystkim nam by wreszcie ulżyło” – miały do niej pisać.
– Nie chodzi tylko o Mallory, ale o dzieci czy wnuki każdego z nas – przekonuje cytowana w „New York Post” matka dziewczynki, która publicznie oskarżyła dyrektora szkoły, Alfonso Gonnellę, że ma „krew na rękach”.
Szkoła dba o testy, nie o emocje
Ponoć zamiast wystąpić zdecydowanie w obronie Mallory, dyrektor kazał dziewczynce „pogodzić się” z koleżankami, które ją prześladowały – została nawet zmuszona, żeby na znak zgody uściskać jedną z nich. Kiedy prześladowania trwały, a matka ponawiała skargi, dyrekcja sugerowała, że dziewczynka powinna unikać koleżanek, które ją wyśmiewają, na przykład jadając lunch poza stołówką.
– Szkoła, zamiast skupiać się wyłącznie na wynikach testów, powinna bardziej dbać o emocjonalną inteligencję dzieci – przekonywała matka Mallory w rozmowie z lokalną telewizją News 12. – Nie chciałam zabierać Mallory z zajęć chóru. Chciałam, żeby to dziewczyny, które ją wyzywały, zostały usunięte, nie ona – tłumaczy.
Szkoła i miejscowe władze edukacyjne nie poczuwają się do odpowiedzialności. Już w sierpniu ub.r. wydały oświadczenie, że „oskarżenia, jakoby dystrykt szkolny Rockaway ignorował rodzinę Grossman i nie zajął się problemem prześladowania, są bezpodstawne”.
Smartfon jak śmiertelna broń
Bruce Nagel, prawnik rodziny, nie zgadza się z tą oceną. – Wszelkie skargi ze strony rodziców Mallory były ignorowane w sposób niesłychany – przekonuje. Dodaje jednocześnie, że „smartfon w rękach nieodpowiedniego dziecka to śmiertelna broń”.
– Mamy nadzieję, że ten pozew zwróci szerszą uwagę na epidemię cyberprzemocy i że unikniemy dzięki temu kolejnych pogrzebów uczniów, którzy padli jej ofiarami – mówił na konferencji prasowej.
To pierwsza sprawa o cyberprzemoc w szkołach w New Jersey. Rodziny dziewczynek oskarżonych o prześladowanie Mallory zostały poinformowane o pozwie rodziców zmarłej dwunastolatki i uprzedzone, że także wobec nich mogą zostać podjęte kroki prawne.
http://wyborcza.pl/7,75399,23580122,zabila-sie-bo-byla-przesladowana-przez-kolezanki-rodzice-pozywaja.html

Czy babcia wie lepiej?

Jestem babcią i długo czekałam na pojawienie się moich Wnuków na świecie.

Pojawiły się kiedy miałam grubo po pięćdziesiątce i cieszyłam się jak głupia.

Najpierw pojawiła się Wnusia o imieniu Anielka, a za trzy lata urodzili się Wojtuś i Luza – w tym samym roku i w tym samym miesiącu, a więc była to podwójna radość.

Sama nie wiem kiedy ten czas minął, bo moje Wnuki już uczeszczają do szkoły, a więc są dumnymi uczniami, co mnie się nie mieści w głowie, że tak szybko poleciał ten czas.

Tak niedwno były to szkraby, a teraz już są na początku edukacji wczesno – szkolnej.

Kochamy te nasze Wnuki miłością babciną i dziadkową i cieszymy się, że je mamy, a każde z Wnucząt jest inne i doskonale wiemy, że do każdego trzeba podchodzić indywidualnie.

Najstarsza Aniela kocha czytać książki stosowne do swojego wieku.

Wojtuś kocha piłkę nożną i zna wszystkich piłkarzy świata, a także sam trenuje.

Luiza, to wielka zagadka, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zagnie słowem dorosłych, gdyż tak jest wygadana i z Nią trzeba rozmawiać jak z dorosłym i która kocha koty!

Nigdy nie byliśmy z Mężem naciskani na opiekę nad Wnukami – nigdy!

Byliśmy potrzebni w wyjątkowych przypadkach, kiedy Rodzice nie mieli innego wyjścia, bo na przykład nie mieli urlopu i musieli iść do pracy.

Jestem na emeryturze, a więc mimo woli zaczynam wspominać moje przeszłe życie i tak mi się przypomniała taka sytuacja z moją Starszą Córką.

Miała jakieś 5 lat i moja Teściowa wzięła moją Córkę na spacer, a ja w tym czasie nadrabiałam domowe obowiązki, a więc pranie, gotowanie, bo przecież pracowałam i tego czasu miałam mało.

Wieszałam pranie na balkonie i nagle zobaczyłam moje Dziecko z krótkimi włosami – prosto od fryzjera, kiedy chodwałam Jej długie włosy, bo zawsze miała je gęste i grube.

Moja Teściowa zrobiła coś wbrew mnie i ja byłam oburzona, że zrobiła coś, czego nie powinna bez porozumienia ze mną – byłam wściekła!

Wtedy postanowiłam sobie, że nigdy – przenigdy nie będę się wtrącała w wychowanie moich przyszłych Wnuków, bo to rodzice są w ich życiu najważniejsci i to oni wiedzą, co dla ich dzieci jest dobre, a co złe.

Wydaje mi się, że moje Córki nigdy nie będą miały do mnie pretensji, że rozpieszczam ich Dzieci do granic nienormalności i się wtrącam oraz ingeruję.

Wiem jedno, że Rodzice moich Wnuków podporządkowali swoje życie w to, aby wychować swoje dzieci jak nalepiej i poświęcają im swój wolny czas, weekendy i są przy nich w każdej sytuacji.

Moje Wnuki chodzą na basen, ćwiczą grę na skrzypcach, grają w piłkę na boisku i po co  ja mam się wtrącać w ich wychowanie?

Do tego tekstu skłoniła mnie słynna Super Niania, która niedawno została babcią!

Nie zawsze się z kobietą zgadzam, ale spokorniała, kiedy na świecie pojawiła się jej Wnuczka, a na blogu swoim napisała:

Dorota Zawadzka, Superniania

https://dorotazawadzka.blogspot.com/2018/10/babcia-wie-lepiej.html

Babcia wie lepiej…

Podczas rozmów z rodzicami bardzo często pojawia się wątek dziadków. Rodzice skarżą się, że dziadkowie „robią co chcą” z ich dziećmi, a mianowicie rozpieszczają. To, jak się okazuje, dla wielu poważny problem.

Opowieść zwykle przebiega według określonego scenariusza. Gdy dziecko przebywa z rodzicami jest „posłuszne”, ułożone i grzeczne, ale w towarzystwie teściów czy rodziców wszystko się zmienia. Rodzice nie akceptują takiego stanu rzeczy, nie radzą sobie z sytuacją i z własnymi w tej sprawie emocjami. Zupełnie nie potrafią rozmawiać na ten temat. Mając różne lęki, obiekcje i często czując się bardzo niekomfortowo, nie potrafią nic z tym zrobić.

Są domy w których babcie decydują jaki mamusie mają zrobić posiłek, potem karmią, wbrew prośbom rodziców, by dziecko zjadło samodzielnie. Czasem zastępują i wyręczają wnuczęta we wszystkim. Wbrew rodzicielskim zakazom podają słodycze. Modyfikują czy wręcz ignorują domowe zasady. Pozwalają na wszystko i nie dają sobie wytłumaczyć, że to nie zawsze dobrze. Babcie zawsze wiedzą lepiej.

Bywa tak, że dzieci uczą się przy dziadkach drobnych kłamstewek. Niestety to często tylko wierzchołek góry lodowej. Zdarza się, że dziadkowie przepytują dziecko z problemów domowych, bywa, że nastawiają dziecko przeciwko rodzicom, wtrącają się w życie i wybory swoich dorosłych dzieci. Niekiedy bywają „kością niezgody” między młodymi, z ich konfliktów czerpiąc energię na własne życie. Zwykle babcia próbuje wcielić w życie własne przekonania i powtórzyć scenariusz, który sprawdził się, gdy sama była mamą malucha. Dziadek nadrabia zaległości z czasów, gdy był zapracowanym tatusiem i nie miał czasu dla własnego dziecka. To dobrze, ale co za dużo to niezdrowo.

Ten problem, dotyczy bardzo wielu małżeństw mieszkających wspólnie z dziadkami swoich dzieci. Oczywiście zdarza się, że podobne kłopoty są udziałem tych, których rodzice mieszkają daleko. Częściej jednak bywa, że dziadkowie chcą porządzić, gdy są u siebie.

By to zmienić, trzeba zacząć od poważnej rozmowy rodziców dziecka. Kluczowe jest mówienie jednym głosem i pewność wzajemnego wsparcia. Trzeba ustalić wspólne stanowisko i dopiero wtedy przedstawić je dziadkom. Gotowość na szczerą i być może nawet dość trudną rozmowę to podstawa. Nie ma innego wyjścia. Jeśli denerwują Was różne zachowania dziadków trzeba im o tym powiedzieć. To z pewnością  lepsze niż burczenie pod nosem czy tłumienie złości.

To przecież Wy jesteście rodzicami dziecka i to Wy je wychowujecie.  Dziadkowie, zwykle nieświadomie, podważają Wasz autorytet i taka droga nie wróży nic dobrego. Trzeba to zatrzymać i zmienić. Dziadkowie mogą i powinni służyć radą i doświadczeniem, ale to Wy decydujecie jak wychowywane jest Wasze dziecko.

Każda mama powinna porozmawiać ze swoją mamą jak… mama z mamą a nie jak córka z mamą. POdobnie rzecz się ma jeśli chodzi o rozmowę syna z matką. Teraz musi mowić jak ojciec a nie jak syn. Wiem, wiem że trudne ale konieczne. Dobrze jest też załatwiać sprawy z własnymi rodzicami czyli nie synowa z teściową czy zięć z teściową. Tylko córka z matka i syn z matką. To najzdrowsze na dłuższą metę.

Pewnie już nieraz powiedzieliście im co myślicie i tłumaczyliście, że nie zgadzacie się na to by wchodzili w Waszą rolę. Być może usłyszeliście wówczas, że babcia i dziadek są od rozpieszczania. To wszystko się zgadza,  ale to rozpieszczanie musi mieścić się w ramach Waszej strategii wychowawczej. Według Waszego planu i na Waszych warunkach. Musicie być w tym stanowczy i nieustępliwi. Dziadkowie rzeczywiście są od rozpieszczania, ale wszystko ma swoje granice i zarówno rodzice jak i teściowie, nie powinni wtrącać się i dezorganizować życia rodzinnego.

Wychowanie dzieci to Wasze zadanie i odpowiedzialność. To także Wasza satysfakcja z sukcesów. Oni mieli już swoja szansę, gdy byliście dziećmi – teraz kolej na Was!

Powiedzcie swoim rodzicom, że skoro was dobrze wychowali, to niech nie skąpią zaufania i pozwolą mądrze i po swojemu dbać o rozwój ich wnuków.

Dziecko potrzebuje jasnych, klarownych i niezmiennych reguł i norm. Nie może być tak, że otaczający go dorośli mącą mu w głowie i to co z mamą było „bee!” z babcią jest „cacy” lub odwrotnie.

Bądźcie konkretni, jasno komunikujcie o co chodzi, bo przecież babcia nie czyta w waszych myślach i nie musi wiedzieć, że próbuje pomagać w sposób, który nie zawsze wam się podoba.

Dziadkowie zwykle chcą dla swoich wnucząt jak najlepiej i dobrze jest o tym pamiętać, co oczywiście nie oznacza, że trzeba się na wszystko godzić. Warto jednak spokojnie wysłuchać ich zdania. Dobrze jest postarać się przekonać dziadków do swoich racji, nie urządzać awantur. Trzeba je wytłumaczyć i powołując się na autorytety: opinie pediatrów, artykuły z fachowych czasopism, książki  – ustalić wspólne, lepsze normy rodzinnego funkcjonowania. Dobrze jest być mądrymi, oczytanymi rodzicami, by pewniej ustalić „święte” zasady. Takie, których absolutnie nie wolno łamać.

Docenienie starań i wiedza, że dziadkowie niczego nie muszą, także pozwala dostrzec prawidłową perspektywę. Jeśli rodzice pomagają, bądźcie wdzięczni. Ta wdzięczność nie może jednak Was uzależniać od różnych decyzji dziadków. Wsparcie – tak, wtrącanie się – nie.

Babcia i dziadek są dziecku potrzebni, to oczywiste, ale prawidłowe relacje rodzinne i stabilizacja emocjonalna potrzebna jest bardziej. Bezpieczny świat trzeba i można tworzyć dzieciom wspólnie.

Zgoda buduje a niezgoda, no cóż… odsyłam do literatury.

Autor: Dorota Zawadzka 14:47

Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w usłudze TwitterUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest

Na pomieszanie dobrego i złego!

Tak się moje życie plecie, że mam w nim smutki i radości, a więc na pomieszanie dobrego i złego!

Złem jest choroba mojej Mamy, która od diagnozy już 10 miesięcy jest unieruchomiona w łóżku i wymaga całodobowej opieki.

Złem jest, że Mama mojego Męża trafiła do szpitala z podejrzeniem zawału serca i miała dzisiaj zabieg wszczepienia stentu i leży w szpitalu w Szczecinie.

Dobrze, że Mąż w porę zareagował, bo nie chciała iść do szpitala, mimo bólu w klatce piersowej!

Tym sposobem Mama mojego męża ma szansę jeszcze na parę lat życia, bo zabieg się udał i z dnia na dzień powinna czuć się coraz lepiej.

Nasze Mamy, to już strasze panie po 80 – tce i przyszedł ten czas, że chorują.

Powiedziałam do Męża, że zaraz przyjdzie czas na nasze chorowanie i my jesteśmy już w kolejce następni, którymi będą musiały zająć się nasze Dzieci i oby to nie nadeszło zbyt szybko!

Dziś dzieciaki w całej Polsce poszły do szkoły, bo oto mamy wrzesień i zaczyna się nowy rok szkolny 2018/19 i tak szybko minął czas od Ich urodzenia, bo do szkoły poszły moje Wnuki i tu się zakręciła w babcinym oku łza wzruszenia.

I to jest dobra wiadomośc, bo był czas mojej totalnej rozsypki, kiedy wydawało mi się, że nie dożyję tego momentu, kiedy Wnuczęta przekroczą pierwszy raz progi szkoły. Dożyłam, a teraz zadaję sobie pytanie, czy dożyję ich matury i potem ich ślubów – czas pokaże, czy dożyję 80 lat!

Automatycznie włączają się wspomienia, bo każdy z nas kiedyś zaczynał naukę w szkołach i wydaje mi się, że bardzo się różniliśmy od współczesnych dzieci, które idąc do szkoły przeważnie potrafią już pisać i czytać.

Ja jako dziecko nie chodziłam do przedszkola i pisać oraz czytać nauczyłam się dopiero w szkole i pierwsze literki i cyfry pisaliśmy ołówkiem, aby wyrobić sobie charakter pisma.

Teraz dzieci rodzą się z umiejętnością obsługi tableta i smartfona i to robi się plagą, bo zamiast spędzać czas z rówieśnikami, to ślęczą nad tymi zabawkami i często są od nich uzależnione, a psychologowie biją na alarm!

Pamiętam, że kiedy przyszło mi iść do szkoły, to byłam bardzo zestresowana, a moje Wnuki poszły śmiało i odważnie, bo chodziły do przedszkola i nie straszne im są inne dzieci i nauka, bo już dużo potrafią!

Niechaj Im się wiedzie i niech nie zaznają żadnych porażek, a nauka okazała się samą przyjemnością i tego Im babcia i dziadek życzą.

Póki Mama mojego Męża jest w szpitalu, przyszło nam karmić Jej koty, które tęsknią za swoją panią, ale mam nadzieję, że szybko wróci do zdrowia i do swoich podopiecznych.

Wszystkie dwa koty zostały wydarte złym ludziom i jeden z nich nazywa się „Bidula”, którą trzeba  było ratować!

Życie jest nieprzewidywalne i każdy dzień niesie nam swoją historię, z którą trzeba się zmierzyć – póki zdrowie pozwala i tak to się kręci na pomieszanie dobrego i złego!

Obraz może zawierać: 6 osób, ludzie stoją

Obraz może zawierać: 1 osoba, na zewnątrz

Gdzie się podziała radość dzieci?

Wychowywałam się w PRL-u w blokowiskach, które były bezbarwne i brzydkie i każdy w moim wieku pamięta jak to szaro i buro wyglądało.

W tych blokowiskach mieszkały rodziny, które miały dzieci i naprawdę było tych dzieci sporo, bo każda rodzina mimo biedy te dzieci mieć chciała.

Pamiętam czasy, kiedy dzieciaki wylegały na podwórka, też brzydkie, ale potrafiły sobie zająć czas nie tylko podczas wakacjom przeróżnymi zabawami i jakże często trudno było je zwołać przez rodziców do domu – wieczorem.

Wpadaliśmy do domu po jakąś kanapkę i wracaliśmy na podwórko, bo tam się dużo działo.

Nie mieliśmy profesjonalnych placów zabaw, bo wystarczył nam kawałek trawnika, trzepak, kapsel, guma, kilka cegieł i piłka.

Robiliśmy raban na podwórkach grając w dwa ognie, klasy, pięć cegiełek, zaklęcia do chowanego po piwnicach i takie tam.

Potrafiliśmy iść do parku i bawiać się w podchody, chowanego, niewidzialną rękę i naprawdę mieliśmy masę innych zajęć, a wieczorem padaliśmy ze zmęczenia jak kawki.

Kiedy moje Dzieci podrosły w początkowych latach osiemdziesiątych, to było tak samo, kiedy ja dorastałam.

Co się więc stało, że oto na tym podwórku, gdzie szalałam ja i moje Dzieci mimo wakacji, ładnej pogody na moim dawnym podwórku – dzieci brak.

Oberwuję podwórko pod moim balkonem od rana do wieczora i nie ma na nim dzieci, kiedy dawnymi czasy chłopcy rozgrywali swoje pierwsze mecze, a dziewczynki grały w gumę, lub  bawiły się paletkami i słychać było dziecięce emocje.

Nie ma teraz tego, choć przecież dzieci się wciąż rodzą i jest ich wcale nie mniej, niż to było kiedyś!

Czasami widzę grupkę szkolnych dzieci siedzących obok siebie i wszyscy gapią się w telefony wysokiej jakości i w coś tam grają, albo przeglądają Internet i to jest bardzo smutny widok.

Z dużego miasta przyjechała dziś moja Córka z Wnuczką i spytała mnie gdzie są inne dzieci na placu, bo w dużych miastach trudniej jest to zjawisko zauważyć, a ja nie potrafiłam sensownie tego zjawiska wyjaśnić.

Prawdopodobnie teraz nowododki z mlekiem matki wysysają obsługę smartfona i tableta i kiedy nie chcą jeść, to mamy włączają im bajeczkę na telefonie i w ten sposób wychowują swoje dzieci.

Na naszych oczach zmienia się wszystko, a dzieciaki zamiast szaleć na podwórkach, integrować się, to wolą w samotności bawić się wirtualnie.

Dziś Dorota Zawadzka – była Super Niania zamieściła taki tekst i tym razem – wyjątkowo się z nią zgadzam:

„Nieustannie zdumiewa mnie, jak często rodzice nie uczą manier.
Dzieci przy posiłkach w czapkach, jedzą „jak świnki”, czyli jedzenie na obrusie i podłodze, nie czekają aż rodzina usiądzie, nie czekają aż pozostali skończą, ogadają na tabletach i smartfonach „coś” przy posiłkach, nie korzystają z serwetek do wycierania ust, nie umieją posługiwać się sztućcami.
Nie rozmawiają a krzyczą do siebie, albo co gorsza na siebie.
Albo w ogóle rodzice nie zwracają uwagi na dziecko…
I NIE mowię o maluchach…”

 

 

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

A jak było kiedyś?

„Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią nasze szalone lata 80.:
  • Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
  • Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
  •  Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.
  • Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.
  • Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
  • Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.
  • Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą do niej wracać.
  • Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.
  • Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze.
  • Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
  • Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy  pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.
  • Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
  • W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.
  • Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.
  • Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
  • Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
  • Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył, po tej czynności, rąk.
  • Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień dobry i nosić za nią zakupy.
  •  Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.
  • Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
  • Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
  • Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
  • Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
  • Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
  • Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
  • Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
  • Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
  • Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie brzydził.
  • Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
  • Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
  • Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i wycierania ust rękawem.
  • Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
  • Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie dawać radę sami.
  • Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
  • Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych wychowawców.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt  nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!”
http://www.eioba.pl/a/2voj/my-dzieci-tamtych-rodzicow

Kiedy przychodzi czas zapłaty!

Znalezione obrazy dla zapytania chory rodzic

Rodzimy się i jesteśmy całkowicie podporządkowani naszym rodzicielom, którzy od pierwszych chwil pobytu na tym Świecie się o nas troszczą.

Wszystko następuje w swoim czasie, a więc pierwszy łyk matczynego mleka, pierwsza kupka, pierwsza pielucha, pierwsza kąpiel, pierwszy krok, pierwsze wypowiedziane słowo i tak dalej.

To przeważnie Matka się troszczy o swoje dziecko, a Ojciec może ją wspomagać i pomagać, ale główny obowiązek spada na rodziciekę.

Rośniemy i się rozwijamy.

Idziemy do szkoły i uczymy się życia, a potem następuje wyfrunięcie z gniazda i toworzymy swoje rodziny i swoje relacje z własnymi dziećmi.

Przestawiam nasze życie w wielkim skórcie, ale tak właśnie wygląda ludzkie istnienie na tej tajemniczej Ziemi.

Kiedy jesteśmy młodzi, to nie zastanawiamy się nad tym, że nasi Rodzice się starzeją i kiedyś to oni będą potrzebowali naszego wsparcia i pomocy w razie wystąpienia starczych chorób i tego, że będą całkowicie zależni od nas.

Taka wiadomość spada na nas, kiedy pada diagnoza, a rodzic traci siły i jest leżący, a wtedy następuje automatyczne nas czas zapłaty, bo:

  • trzeba choremu zmieniać pampersy,
  • trzeba zaprowadzić do WC i podetrzeć pupę,
  • trzeba zadbać o higienę i podać lekarstwa,
  • trzeba zmienić bieliznę, uczesać, obciąć paznokcie,
  • trzeba posmarować maścią bolesne miejsca,
  • trzeba zrobić jedzenie i nakarmić,
  • trzeba kontaktować się z lekarzem,
  • trzeba być przy chorym 24 h

i tak dalej!

Nasi rodzice mimo chorób żyją coraz dłużej, bo medycyna wysoko rozwinięta skutecznie oddala widmo śmierci.Dlatego na dorosłych i też już schorowanych dzieci spada długotrwała opieka, która wyniszcza i te dorosłe dzieci!

Są zmęczeni i sfrustrowani, ale nie mają innego wyjścia jak odpłacić się za dane nam życie, ale co to za życie, kiedy pada się na pysk!

 

 

Nie katujcie swoich dzieci i wnuków!

W sieci krąży mądry tekst – tak ja uważam i wkeiłam go poniżej.

Jednak zacznę od tego w związku z tym tekstem, bo przypomniały mi się czasy mojej wczesnej młodości.

W szkole podstawowej ogromnie lubiłam uczyć się języka polskiego, geografii, biologii, a nienawidziłam matematyki i historii.

Kochałam ćwiczyć na WF i byłam w tym naprawdę dobra.

Świetnie grałam w kosza, piłkę ręczną, a także biegałam i skakałam.

Miałam niezły głos, a więc należałam do chóru i zespołu „Stokrotki” i to było wszystko z własnej woli – bez presji rodziców!

Jednak najbardziej nie lubiłam matematyki, która spędzała mi sen z powiek.

Bałam się nauczycielki wykładającej, która według mnie matematyki nie nauczyła nikogo z kim czasem na ten temat rozmawiałam.

Jej nauki gdzieś do mnie nie trafiały i leciały gdzieś obok mojego, młodego mózgu i dlatego bałam się każdej klasówki, czy też wywołania do tablicy – masakra – słowo kiedyś nie używane!

Zbliżały się egzaminy do szkoły średniej i dopiero wówczas wpadłam w niesmaowitą panikę, bo przecież byłam w tym przedmiocie bardzo słaba.

Mama jak zwykle przyszła z pomocą i prowadzała mnie przez dwa tygodnie do swojego znajomego, który krok po kroku mi tłumaczył jak rozwiązywać równania i te wszystkie inne meandry i zahaczył też o geometrię.

Okazałam się pojętną uczennicą i egzaminy zdałam z matmy na piątkę!

W szkole średniej trafiłam na klasę złożoną z 33 dziewczyn – z nalepszymi ocenami.

Matematyki uczył nas pieruńsko przystojny profesor Sowa i kto by tam zważał na to, co pisał na tablicy, kiedy wszystkie do niego wzdychały ha ha.

Profesor  wiedział, że nas tego przedmiotu nie nauczył dobrze i dlatego każdej na maturze podciągnął oceny i wszystkie były szczęśliwe idąc w dorosłe życie.

Tak sobie przypominam kiedy ta matma była mi potrzebna w karierze zawodowej, bo chyba nigdy i dlaczego ja tak cierpiałam katusze przez ten przedmiot?

Współcześni rodzice teraz, jakże często katują swoje dzieci, bo mają być we wszystkim najlepsze.

Mają się świetnie uczyć, dobrze pływać, grać na instumencie, grać w piłkę, tańczyć i śpiewać itp.

A tymczasem ja – Seniorka wciąż czekam!

Znalezione obrazy dla zapytania sinus cosinus humor

A teraz zachęcam do przeczytania mądrego tekstu i pomyślcie o swoich dzieciach i wnukach!

Zdjęcie użytkownika Jarek Guc.

Dyrektor ds Szczęścia cytuje:
W sieci krąży list, ponoć skreślony ręką singapurskiego dyrektora szkoły…
Ktokolwiek go faktycznie napisał dotknął istoty sprawy:

„Drodzy Rodzice!

Już wkrótce rozpoczną się egzaminy. Wiem, że martwicie się, żeby Wasze dzieci zdały je jak najlepiej.

Jednak, proszę, pamiętajcie, że wśród uczniów zasiadających do testów, będzie artysta, który nie potrzebuje zrozumieć matematyki… Znajdzie się wśród nich także przedsiębiorca, któremu nie zależy na historii czy literaturze angielskiej… Jest tam też muzyk, dla którego ocena z chemii nie ma znaczenia… Jest i sportowiec, dla którego sprawność fizyczna jest ważniejsza niż fizyka…

Jeśli Wasze dziecko uzyska najlepsze noty, to wspaniale! Ale jeśli nie, proszę, nie pozbawiajcie go pewności siebie i poczucia godności. Powiedzcie: ‚W porządku, to tylko egzamin’.

Wasze dzieci stworzone są do o wiele większych rzeczy w życiu. Powiedzcie im, że nie ważne, ile zdobyli punktów, i tak ich kochacie i nie osądzacie.

Proszę, uczyńcie to. A kiedy tak zrobicie, zobaczycie, jak wasze dzieci podbijają świat.

Jeden egzamin czy niższa ocena nie odbierze im marzeń i talentów. I proszę, nie myślcie, że lekarze czy inżynierowie to jedyni szczęśliwi ludzie na świecie”

 

Czy wszystkie wnuki nasze są?

Kiedy rodzą się dzieci, to wszyscy są wniebowzięci, bo oto na świat przybyła malutka perełka, słoneczko, dzidziuś w rodzinie.

Wszyscy, bo rodzice i dziadkowie cieszą się, bo rodzina się powiększyła o ślicznego, różowego bobaska i jest oto kolejna istotka do kochania i rozpieszczania.

Podobno dziadkowie bardziej kochają swoje wnuki, aniżeli własne dzieci i zdaje się, że coś w tym jest.

Jak w każdej rodzinie na futrynie drzwiowej odznacza się kreseczką, ile nasz bobas urósł w ciągu miesiąca, czy też roku!

Grafika powyżej jednak jest bezlitosna, bo przychodzi czas, który szybko płynie, iż nasze ptaszki odlatują z gniazda i pozostawiają po sobie puste, bardzo puste gniazdo.

Ubolewają rodzice i ubolewają dziadkowie, że ich ten bobas nagle stał się dorosłym człowiekiem, chcącym stanowić sam o sobie i niech nikt mu się do życia nie wtrąca.

Bywa też tak, że dorosłe bobasy są całe życie na garnuszku rodzicieli, ale to jest inny temat!

Bobas dorosły idzie na studia, ale nie za bardzo ma z czego żyć samodzielnie, a więc rodzice i dziadkowie pakują jedzonko do słoików, aby nie umarł z głodu.

Stąd więc w wielu miastach mieszkają słoiki i przeżywają dzięki zapobiegliwości swoich bliskich i powinni im być niezmiernie za to wdzięczni.

Najbardziej wrażliwe na losy dorosłych bobasów są ich babcie, które by im nieba przychyliły i gotują i pieką i pitraszą, aby tylko smakowało i starczyło.

Nieważne, że dorosły bobas babci nie odwiedza za często, ale ona i tak go kocha miłością bezgraniczną i wypatruje go każdego dnia, spoglądając na telefon, a on wpada i wypada – po żarełko, albo go nie widać długie miesiące.

Oczywiście nie można generalizować, bo wnuki są dobre i złe i mam nadzieję, że więcej jest tych dobrych, które na zapominają o dniu babci i dziadka i o innych rodzinnych uroczystościach. Pamiętają, że trzeba iść do kwiaciarni, aby kupić chociaż różyczkę.

Jak wiadomo w Polsce emeryci nie mają za wielkich  emerytur, ale babcie i dziadkowie zawsze mają parę groszy zaoszczędzone na to, że kiedy dorosły bobas ich odwiedzi, to zaserwują mu wszystko, co najsmaczniejsze – czyli starą, dobrą kuchnię.

Dlaczego ja o tym piszę?

Otóż na jedym z forum przeczytałam dramatyczny wpis pewnej babci, która kocha swego wnuka nad życie, ale właśnie otworzyły się jej oczy na to, jak ten dorosły bobas ją widzi.

Dla mnie jest to dramat tej babci, która niespodziewanie odkryła to, co o niej sądzi dorosły, zdeprawowany bobas.

Babcia zadaje sobie pytanie po przeczytaniu – jak po tym żyć?

Wpisy wnuczka na portalu:

Znalezione obrazy dla zapytania babcia i wnuk


Jestem babcią 20-letniego wnuczka i zdarza się że korzystamy z jednego komputera. Dziś, chcąc jak co dzień sprawdzić pogodę i wiadomości, włączyłam przeglądarkę i natknęłam się na jego profil w serwisie społecznościowym. Do teraz nie mogę się otrząsnąć z jednej z wiadomości którą o mnie napisał:

Cytat:
Ale mnie wkurwiliście.

Zawsze gniję z ***** smakoszy babcinego jedzenia co plują na każdą sieciówkę jedzeniową.

Ja pierdolę, można mieć swoje preferencje, ale gnije z cyrku jaki odpierdalacie chwaląc pod niebiosa te babcine wyroby. Przecież to synonim potraw z sierścią kota, bo żal sierściucha z blatu przegonić. Jedzenie zrobione z przeterminowanych składników, bo nieważne że składniki były po dacie już w sklepie, ważne że z promocji. No a nawet jakby chciała sprawdzić datę przydatności to i tak jej niedowidzi bo ostatni raz u okulisty była jeszcze za gierka. Do tego ta dojebana ilość przypraw, a szczególnie soli. Zupełnie jakby na jej języku było mniej aktywnych kubków smakowych niż różowych pasków na wykopie. A wszystko tłuste jak tylko się da. Taka mizeria na przykład. Wiecie ile kalori ma ogórek? 16 kcal na 100 gram. Brzmi zdrowo i odchudzająco? No to jeb, dodaje do tego śmietanę, oczywiście 18% ale jakby mogła to i 30% dodała. No i obowiązkowo sól. No ja rozumiem że podczas wojny trzeba było jeść tłusto, ale na boga wojna skończyła się 70 lat temu. Czy to ta słynna demencja starcza?

A teraz dla kontrastu: Jak bułka leży na opiekaczu pół godziny to ląduje w śmietniku, a wasza babka będzie odgrzewała te same kotlety 5 dni pod rząd, aż ***** olej wyparuje z patelni xD, super zdrowe produkty xD

inb4 prezes mcdonalds polska

do teraz mam łzy w oczach i jestem tak roztrzesiona ze nie wiem co z tym zrobić. 

To cholerne bezstresowe wychowanie!

Znalezione obrazy dla zapytania prace techniczne dzieci

Wracam na stare lata dość często do swoich szkolnych lat, a bliżej do szkoły podstawowej.

Jako pierwszoklasistka sama chodziłam do szkoły i Mama mnie nie prowadzała, a jedynie odprowadzał mnie i po skończonych lekcjach na mnie czekał – mój mądry piesek o imieniu As.

Pamiętam, że w pierwszej klasie smarowałam sobie atramentem palce i w ten sposób chwaliłam się ludziom na ulicy, że chodzę do szkoły i byłam z tego bardzo dumna.

Pamiętam też, że w pierwszej klasie siedziałam w ławce z kolegą, któremu pomagałam uczyć się pisać obsadką.

My dzieci w latach 60-tych ubiegłego wieku byliśmy skazani na to, aby uczyć się samodzielności, bo rodzice bardzo często nie mieli dla nas czasu, gdyż po prostu pracowali.

Klucz na szyję i musieliśmy się wiele nauczyć, aby nie sprawiać rodzicom problemów, a więc dość szybko stawaliśmy się dziećmi samodzielnymi.

Uczyłam się raczej dobrze, ale największe problemy miałam z pracami ręcznymi i rysunkiem, bo w tym kierunku talentu mi zabrakło.

Bodajże w 3 klasie podstawowej nauczyciel zadał uczniom skonstruowanie dźwigu i tu jako mała dziewczynka poległam. Musiała mi w tym pomóc moja zręczna Mama i to był chyba jedyny raz, kiedy to Mama wykonała za mnie  zadanie.

Z rysunkiem sobie radziłam sprytem, bo na książki układałam szybę od czegoś tam i pod spodem umieszczałam zapaloną, nocną lampkę i tak kalkowałam swoje prace.

Rodzice nie pieścili nas i nie wkładali pod swoje skrzydła, bo oprócz nauki mieliśmy zadane wyniesienie śmieci, czy też pomoc w domowych porządkach, bo Mamie często brakowało na to czasu.

Pamiętam, że pastowałam płytki PCV i robiłam miksturę z octu i oleju i czyściłam meble na błysk.

Nasze dorastanie było zupełnie inne i nie można tego porównać do dorastania współczesnych dzieci, kiedy rodzice stosują bezstresowe wychowanie i trzęsą się nad swoimi pociechami jak osika.

Nie wypuszczają dzieci na podwórka, bo może pedofil.

Dzieci w teraźniejszych czasach są zagubione i bojące, bo wszędzie czai się zagrożenie i tak wmawiają im matki i ojcowie.

Proponuję przeczytać poniższy tekst wzięty z sieci, ale jest to tekst prawdziwy.

Ten tekst to kwintesencja zachowań współczesnych rodziców:

„To matki matkom zgotowały ten los.

Kiedy na drzwiach przedszkola zawisł kawałek bristolu z wypisaną nań informacją, że do 16.03 dzieci mogą składać kartki wielkanocne na KONKURS, któren to rozstrzygnięty będzie w poniedziałkowy poranek, przyjęłam to ze spokojem. Jestem wszak matką- weteranką, przeżyłam przygotowania moich latorośli do niezliczonych odmian współzawodnictwa w świecie krasnali. Najbardziej hardkorowy był konkurs piosenki dziecięcej, gdy nagle okazało się, że tylko Małgośka śpiewała puszka-okruszka, reszta rodziców uznała bowiem, że „miłość miłość w Zakopanem, polewamy się szampanem, nanana” jest równie niewinna, jak dziewica Orleańska i opowiada o wyjeździe na ferie z rodziną, a „ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie” to współczesna historia miłości Dziadka do Orzechów i baletnicy. Także ten. Kartka świąteczna.
W sobotę wyjęłam z tajnej skrytki, jaką posiada każdy rodzic dzieci w wieku 5 wzwyż ( w której to skrytce jest zazwyczaj wszystko, tylko, klasycznie, nie to, co o 22 dziecko przekazuje, że potrzebne jest na jutro) wszelkiej maści arkusze pianek, filców, tekturek, piórek, rurek i innych przydasiów, posadziłam młodzież przy stole i zakrzyknęłam- róbta co chceta, byle zawierało jajko, kurczaka bądź inny element skojarzeniowy.
Radosna TFUrczość pięciolatki wyewoluowała w baranka, któremu z dupy wystają żonkile w fazie kwitnięcia. Podpisałyśmy dzieło inicjałem i zaniosłyśmy do przedszkola, gdzie powitały nas między innymi:
– naturalnej wielkości baranek zrobiony metodą quilingu, podpisany: Jaś, 4 lata, grupa Gwiazdek,
– ręcznie pleciony kosz wiklinowy 2 d z pełnym wyposażeniem wyszytym włóczką Zuzia, 5 lat, Słoneczka,
– wydzierganą szydełkiem białą serwetkę z zadziornie różowym napisem „Alleluja”- Kasia, Planetki, lat 3.
No kurfa.

Ja, oczywiście, nie odmawiam dzieciom talentu. Może rodzice powyższych progenitur zamiast gryzaków oswajali dziecięcia swe ze sztuką, rękodzielnictwem, eko-modą. Może zamiast wierszy Tuwima czytano takim brzdącom do poduszki dzieła klasyków greckich w oryginale. PRZYPUSZCZAM, ŻE WĄTPIĘ. Tym bardziej, że w szatni kiblujemy koło wspomnianej Zuzi, stąd wiem, że blondwłosy ten aniołek ma problem z założeniem kapci na prawidłową stopę i mimo że ma tylko dwie opcje, jest w stanie pomylić się pięć razy.

Matki. Pozwólcie dzieciom tworzyć baranki z żonkilami w dupie, kurczaczki w osranych skorupkach, zające z jednym oczkiem bardziej. Nie bądźcie jak mama Jasia, Zuzi, Kasi. Nie twórzcie klik Matek Współzawodniczących, Matek Cierpiętniczych, Matek Odpięciulatniewypiłamciepłejkawy. Matki, dajcie Matkom żyć!”