Archiwa tagu: rodzina

Bezstresowe wychowanie – czy to ma sens!

 

Obraz może zawierać: 2 osoby, ludzie siedzą i tekst

Znajomego syn powiedział:

– Nie krzycz na mnie bo pójdę na policję!
Na co znajomy odpowiedzial:
– Idź, zabiorę Ciebie od nas i dadzą do jakiejś rodziny zastępczej a tam nikt nie będzie znosił twoich fochów….a powrotu do domu już też nie będzie.
Chlopak przestraszył się i spokorniał. 
Kiedyś dostał by pasem po dupie i byłby spokój….
Czy kara fizyczna jest czymś do czego rodzic ma prawo czy nie?
Dorosły wie, że jak narozrabia to może trafić do więzienia….I będzie to sroga kara. Dziecko wie że ma prawa, bo wszyscy wybijają mu to do głowy…często  zapomina, że ma obowiązki!

Taki wpis spotkałam na Facebooku i na chwilę się zatrzymałam, bo przypomniałm sobie historię z jakiegoś marketu.

Mama ze swoim dzieckiem robiła zakupy – może dziecko miało jakieś na oko – 6 lat.

Wszystko szło dobrze i mama  spokojnie poruszała się między półkami wkładając do kosza na kółkach artykuły i było tego towaru dość sporo.

Dziecko szło grzecznie przy wózku, ale w pewnym momencie zauważyło pojemnik wypełniony po brzegi kolorowymi pluszakami.

Dziecko podbiegło i wyjęło z pojemnika maskotkę, a kiedy mama kazała mu maskotkę wrzucić do pojemnika, tłumacząc spokojnie, że ma w domu takich maskotek dużo, to dzieciak wpadł w szał.

Zaczął matkę szarpać, pluć na nią, ciągnął wózek i w końcu położył się na podłodze, waląc głową o posadzkę. Matka straciła cierpliwość dając mu w tyłek siarczystego klapsa, co ostudziło skutecznie histerycznego dzieciaka.

Psychologowie piszą wszędzie i edukują rodziców, że nie wolno dzieciom dawać klapsów, gdyż to jest pogwałcenie wszelkich kanonów w wychowaniu dzieci.

Teraz jest bardzo modne wychowanie bezstresowe i klaps uważany jest za przestępstwo.

Byłam też dzieckiem i nie dostawałam klapsów jeno, a byłam regularnie bita przez ojca.

Byłam bita nie z powodu złego zachowania, złych ocen, a za to, że broniłam Matki przed razami, które ojciec stosował kiedy się uchlał.

Pewnej niedzieli wpadł w szał i wybił wszystkie szyby w drzwiach, a wówczas nie wytrzymałam i jako nastolatka pobiegłam na policję, aby go zabrali do wytrzeźwienia.

Przyszła policja, a ojciec siedział w kuchni  spokojnie obierając ziemniaki i się wykpił, a więc nic mu nie zrobili.

Już wtedy wiedziałam, że rodzina katowana i dzieci nie mają żadnej ochrony z żadnej strony i dalej katował rodzinę, bo sąsiedzi słyszeli, ale nikt nie reagował.

Kto nie dał klapsa swojemu dziecku, to niech pierwszy rzuci kamieniem, bo mnie się w życiu zdarzyło i biorę to na klatę, bo w paru sytuacjach nie wytrzymałam, choć teraz się tego wstydzę.

Mamy inne czasy i inne podejście do wychowywania dzieci. Prawo zabrania klapsów, bo nawet dorosły nie chce być uderzony, ale uważam, że teraz dzieci wchodzą rodzicom na głowę i nauczycielom też.

Teraz dzieci myślą, że wszystko im wolno i swoim zachowaniem, jakże często pokazują dorosłym swoją wyższość i tak powstaje błędne koło!

 

Obraz może zawierać: tekst
Reklamy

„Żona” – moje kino!

W zachodniej części Polski skończyła się już piękna, złota jesień i od dwóch dni jest smutno i ponuro.

Pada deszcz i dość mocno wieje wiatr, który strząsa kolorowe liście z drzew, które robią się łyse i złowrogie, zapowiadając długą zimę, którą trzeba jakoś przeżyć.

Bardzo współczuję paniom sprzątającym, które wygrabują złote runo z trawników i pakują je do platikowych worków i tak wielkokrotnie.

No właśnie trzeba przeżyć i trzeba zagospodarować sobie wolny czas, kiedy jest się seniorką!

Zaczynam więc odpalać swoje domowe kino, bo wieczory już są długie, a więc w wolnej chwili lubię oglądać, dobre, porządne kino!

Na blogu mam tag – kino, film i można tym sposobem prześledzić proponowane przeze mnie filmy – gorąco polecam.

Wczoraj wybrałam dla siebie film pt. „Żona” – produkcji szwedzko – amerkańskiej, zrealizowany w 2017 roku z posągową Glenn Close i świetnym Jonathan Pryce.

Mogłabym wkleić na blogu recenzję z sieci i było by szybciej, ale nie chcę tak i chociaż nie jestem na tyle uzdolniona, aby pisać recenzje fachowo, to napisze po swojemu tak jak umiem.

Björn Runge – reżyser tego filmu skierował swój film chyba najbardziej do kobiet, żon, matek, które swoje całe życie poświęcają dla mężczyzny, w którym się zakochały miłością bezgraniczną i najczęściej ślepą.

Joan i Joe poznali się w latach 50-tych i zbudowali swoje szczęście na nieszczęściu innej kobiety, bo Joe był w związku małżeńskim i w tym związku urodziło się dziecko.

Joe był profesorem literatury – początkującym pisarzem, a Joan była jego studenntką i od razu wpadli sobie w oko – zasikrzyło i pojawiła się chemia.

Ona też pisała, ale inna pisarka na pewnym wernisażu powiedziała jej, że książki pisane przez kobiety najczęściej zalegają na półkach i w świecie pisarzy liczą się tylko pisarze.

Poświęciła się więc swojemu małżonkowi, któremu urodziła dwoje, wspaniałych dzieci, ale ich małżeństwo miało swoją tajemnicę, o której nikt na świecie nie wiedział.

Pewnej nocy otrzymali telefon ze Sztokholmu i zostali powiadomieni, że mąż Joan otrzymał nagrodę Nobla za całokształt swojego pisarstwa.

Pojechali na ceremonię i w pokoju hotelowym stało się coś dziwnego.

Żona pisarza zdała sobie sprawę z tego, że swoje, całe życie poświęciła nieudacznikowi, który ją wykorzystał, bo to ona nadawała treść i artyzm w jego powieściach i to ona powinna zostać nagrodzona, gdyż w zamkniętym pokoju, latami poprawiała męża powieści i nadawała im głęboką treść.

Przypomniała sobie o tym jak wiele razy ją zdradzał, kiedy to ona dbała  o jego wizerunkek poprawiając krawaty i muszki i to ona przez 40 lat ich małżenstwa pilnowała, aby zażywał leki i odpowiednio się odżywiał.

Całkowicie poświęciła się swojemu mężowi, aby stał się kimś w świecie pisarzy, ale na rozdaniu nagrody Nobla zrozumiała, że to nie było warte, bo w ten sposób zatraciła swoją, własną tożsamość i godność.

Mąż umarł na atak serca zaraz po przyjęciu nagrody Nobla, kiedy oświadczyła mu, że odchodzi!

Otworzyła w samolocie wracając do Ameryki brulion z czystą kartką, co by oznaczało, że będzie pisała na własny rachunek, bo była piekielnie uzdolnioną pisarką.

Obejrzycie ten film – koniecznie!

Nie liczę na komentarze na ten wpis, bo zwykle tak bywa, że Polacy deklarują miłość do filmów na festiwalach, ale gorzej jest z recenzją!

Znalezione obrazy dla zapytania żona film fotosy

 

W domach z betonu!

Obraz może zawierać: roślina, drzewo, kwiat, tabela, niebo, na zewnątrz i przyroda

Stanisław Dygat

„Po­gar­da jest właści­wa ludziom słabym i nik­czem­nym, którzy usiłują od­wrócić uwagę od drob­nych świństw, przy których po­mocy przedzierają się przez życie.”

Zaczynam swój dzisiejszy wpis od cytatu –  dlaczego? Ponieważ toksyczna seniorka napisała, że ja żyję w jakiejś kiszce liczącej 30 metrów kwadratowych i się mądrzę. A ja się pytam – NO… i?!

Wiem, że ludzie pogardzają tymi, którzy mieszkają w blokach, a nie w wypasionych domkach jednorodzinnych na wsiach, czy też obrzeżach miasta.

My mieszkańcy bloków jesteśmy dla nich grupą w najniższej hierarchii, biedni i zakompleksieni.

Dla nich jesteśmy niczym zaraza skupiona obok siebie i żyjąca w symbiozie, jakiej oni nie znoszą.

Jesteśmy dla nich barachłem, biednym elementem, które do niczego w swoim życiu nie doszło!

Jesteśmy dla nich leniami, którym nie chciało się pracować, aby do czegoś dojść w życiu,  zamiast pławić się w luksusach o powierzchni przynajmniej 200 metrów kwadratowych i poruszać się po wielkim i wypasionym ogrodzie wypełnionym licznymi roślinami z tarasem i najlepiej z basenem. 

Tak sobie myślę, że osoba kpiąca z moich metrów kwadratowych, pewnie tak mieszka i dlatego jest taka złośliwa, bo nie wie, co zrobić z tym swoim szczęściem posiadania. 😀

Pewnie siedzi pod baldachimem z filiżanką kawy w chińskim, porcelanowym kubku i miesza swoją kawkę srebrną łyżeczką, a wynajęta służąca wachluje jej powabne ciało, aby czacha się jej nie przegrzała za bardzo. 😀

Swoje mieszkanie wykupiliśmy z mężem, a liczy sobie blisko 50 metrów kwadratowych.

Mamy dwa pokoje, spory przedpokój, kuchnię wystarczającą i oczywiście wyśmiewany mój balkon.

Po naszej śmierci moje dzieci zadysponują naszym mieszkaniem i dostaną za nie niezłą sumkę, ale póki co, kocham swoje mieszkanie, w którym mieszkam ponad 40 lat i nie zamierzam go zmieniać.

To w tym mieszkaniu wychowały się moje dzieci i wyszły na porządnych ludzi, z których dumna jestem.

To w tym mieszkaniu wydarzyło się całe nasze życie i może przyjdzie mi w nim umrzeć, a bardzo bym chciała.

Obok mojego bloku są inne bloki, w których mieszkają lekarze, nauczyciele i ważni ludzie w moim mieście, bo nie wszyscy chcą, podkreślam chcą się budować, czy też kupować domek jednorodzinny.

Nie wszyscy pragną mieszkać na wsi i dojeżdżać codziennie do pracy, skoro mają wszystko pod nosem i szybko wszędzie. 

Młodzi ludzie nie garną się do wsi, a starzy często sprzedają domki i wracają do bloków, aby resztę życia spędzić sobie w wygodnych warunkach z ciepłą wodą w kranie i ogrzewaniem c.o.

Sama znam takich, którzy po latach mieszkania w domku jednorodzinnym, nagle na stare lata, kiedy brakuje sił na utrzymanie domku i ogrodu, wprowadzają się do niewielkich mieszkań w bloku i najlepiej do pierwszego piętra, aby mieć siłę wejść po schodach.

Spytałam swoich starszych znajomych swego czasu, czy chcieli by zamieszkać gdzieś z dala od zgiełku miasta, a Oni mi na to, że nigdy w życiu. bo domek na wsi, to owszem, ale wyłącznie na wakacje.

Nie lubimy małych miejscowości gdzie każdy o każdym wszystko wie i robactwa latającego w koło, szczekających w nocy psów, ciemności, nieodśnieżonych dróg, grzebania się w ziemi w ogrodzie, naprawiania wszystkiego samemu, odległości od wszelkich sklepów i rozrywek jakie daje miasto, a także słabej komunikacji i możliwości, że nie dojedzie karetka pogotowia – tak mniej więcej mi odpowiedzieli.

Każdy swoje metry w bloku urządza po swojemu i z reguły są to przemyślane i coraz ładniejsze wnętrza.

Bloki są odnawiane i ocieplane, a samorządy blokowe dbają o czystość w koło i zieleń, aby każdemu miło się żyło w tej blokowej społeczności.

U mnie są ławeczki i trawniki, a klatka pilnowana domofonem, czysta i spokojna. Sąsiedzi dbają, by był porządek i starają się, by innym nie zakłócać  spokoju.

Naprawdę żyje się się w bloku całkiem miło, ale to wszystko zależy od świadomości społecznej. 

Dla niektórych wieś jest szczytem marzeń i domek jednorodzinny, a inni wybierają życie w społeczności i to jest indywidualny wybór, a więc nie potępiajmy innych za te wybory, a wieś i owszem, ale najpiękniej dla mnie już teraz  – wygląda w wierszach, ponieważ była i jest natchnieniem poetów.

Ludmiła Marjańska

Lato na wsi

Marii i Wiesławowi Feduniewiczom

Susza. Spękana ziemia. Nawet kret
chowa się głębiej w korytarze chłodu.
Wody brakuje w studniach. Strumień
wysechł i mostek śmiesznie zawisł w próżni.
Upał wysysa sok z czarnych porzeczek,
maliny jak suszone korale na krzaku.
Bielinek niestrudzenie lata nad grządkami
młodej kapusty, lekki jak powietrze,
wolny od trosk o jutro.
Pełnia lata. Siano w brogach schnie.
Konie rżą.
Na pagórach wiszą mgły poranne,
zanim słońce z nich zrzuci przejrzyste koszule
i zalśni – bezlitosne jak wspaniały władca
złotą kolczugą okryty
i tak spragniony, że gotów jest wypić
nie tylko Wiar , Turnicę, San,
lecz Jezioro Solińskie.
Wtedy na mieliźnie
osiądą wodne rowery, łodzie i stateczki,
a jachty zwiną skrzydła jak bielinki
pod koniec upalnego dnia. Z wieczorem
przyjdzie uspokojenie.
Siądziemy pod gruszą
pijąc schłodzone wino i będziemy mówić
o Pogórzu Przemyskim, Bieszczadach, o życiu
w mieście i na wsi,
o tym jak się rodzą wiersze
i legendy.

 

Grzybobranie – wspomnienia!

 

Obraz może zawierać: jedzenie

Kiedy jest się już w starszym wieku, to chciał, czy nie chciał włączają się wspomnienia z młodości.

Dziś Mąż pojechał na grzyby i myślałam, że nic nie przywiezie, bo w zachodniej Polsce jest od pół roku susza i deszczu prawie nie było.

Jednak ku mojemu zdziwieniu przytachał cały koszyk grzybów jędrnych i całkiem przyzwoitych, a trafiły się tylko trzy robaczywe.

Włączają się więc wspomnienia, bo doskonale pamiętem nasze rodzinne wypady do lasów, których na mojej ziemi nie brakuje.

Każdy zresztą chwali swoje ziemie i swoje lasy, a ja dumna jestem z tego, że naprawdę mamy gdzie zbierać grzyby.

Kiedy byliśmy młodzi i piękni jeździliśmy całą rodziną na grzybobranie Gazem-69, który Mąż zakupił za małe pieniądze i go wyremontował.

Wstawaliśmy bardzo wcześnie i cała rodzina pakowała się do samochodu i jechaliśmy zbierać grzyby, a w lesie byliśmy już o 7 rano, kiedy słońce przebijało się przez gałęzie.

Zawsze w mojej kuchni miałam suszone grzyby i bywało tak, że nadmiar sprzedawałam świeże w skupie, bo nie dawało się tego przerobić.

Uwielbiam zbierać grzyby, bo to jest dla mnie ogromny relaks i na grzybach się znam.

Czasy kiedy rodzinnie jechaliśmy na grzyby się skończyły, bo nasze Mamy są już wiekowe, a moja pomału odchodzi, a mój Teść – wielki zbieracz i znawca już nie żyje, a Dzieci mają swoje rodziny.

To były piękne, rodzinne czasy, w których byliśmy razem i czas grzybobrania nas niesamowicie łączył.

Uwielbiam gotować zupę grzybową i nie tylko na Wigilię, ale i w ciągu roku, a także kilka razy w roku piekę racuchy drożdżowe polane sosem grzybowym, a robię go tak:

  • Namaczam w zimnej wodzie kilka garści suszonych grzybów,
  • W garnuszku na oleju smażę pokrojoną w kostkę cebulę,
  • Namoczone grzyby przekręcam przez maszynkę do mięsa.
  • Łączę cebulę i zmielone grzyby i podlewam rosołem,
  • Dodaję wody, pieprzę i solę, a kiedy są miekkie dodaję odrobinę śmietany – pycha!

Mam dla Was jeszcze jedną poradę kulinarną, że jeśli znajdziecie dorodne borowiki, to ich nie suszcie na sicie, a zróbcie tak jak mnie nauczyła pewna Ukrainka.

  • Natnijcie kapelusz borowika w kratkę i obtoczcie w panierce, tak jak kotlety schabowe i usmażcie na maśle – niebo w gębie.

Dziś u mnie w domu pachnie pięknie i taki zapach daje kopa do życia!

 

Podobny obraz

Drzewa umierają stojąc!

To było jakieś 30 lat temu!

Nasze Córki stawały się nastolatkami i Mąż postanowił na ich cześć zasadzić dwa drzewa, choć Córki nie były synami!

Podobno  Ojciec buduje dom, sadzi drzewo i płodzi syna, a u nas na świecie pojawiły się dziewczynki.

Mąż pod balkonem więc posadził dwie daglezje i daliśmy im imiona naszych Córek.

Jedna padła, a druga się przyjęła i ma już za chwilę 30 lat i sięga wysokością do trzeciego piętra naszego budynku.

Zakochałam się w tym drzewie, bo nie tylko przypomina mi dzieciństwo moich Córek, ale i osłania mój balkon od miejskiego zgiełku i hałasu.

Jest to moje ukochane drzewo na całej kuli ziemskiej i uwielbiam na nie patrzyć, kiedy jestem na balkonie.

Moje drzewo oparło się nie jednej wichurze, co nagrałam na kamerze, a tu nagle stało się coś bardzo złego!

Z dnia na dzień moje ukochane drzewo zaczęło chorować!

Najpierw wydawało mi się, że jest oświetlone przez jesienne słońce i dlatego tak żółto wyglądają najniższe gałęzie.

Dziś z Mężem przyjrzeliśmy się dokładniej i okazało się, że drzewo umiera i traci swoje zielone igły, które zamieniły się w kolor rdzawy – brzydki!

Rozchorowałam się, bo umiera mi Mama i umiera mi ukochane drzewo.

Serce mi pęka z rozpaczy i ratujemy to nasze drzewo, bo być może to susza je zabija.

Na zachodzie Polski lato trwało przez pół roku, bez opadów właściwie i może to susza sprawiła, że tak się stało.

Ratujemy je i podlewamy od dzisiaj, mając nadzieję, że to nie zaraza zabija nasze drzewo, ale mam marną nadzieję, że je uratujemy.

Umierająca Mama i umierające drzewo, to dla mnie za dużo!

Drzewa umierają stojąc, a moja Mam umiera leżąc i jak sobie z tym poradzić – nie wiem!

Jestem chora!

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, drzewo, roślina, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: roślina, drzewo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: drzewo, roślina, niebo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: roślina, drzewo, na zewnątrz i przyroda

 

Już jesień, a za progiem Święto Zmarłych!

Znalezione obrazy dla zapytania groby

Tydzień wcześniej ludzie sobie przypominają o tych, których już nie ma, a więc pędzą  z wiadrami, szczotkami, aby przygotować groby na 1 listopada.

Wtedy przy grobach, raz do roku spotykają się kuzynki, kuzyni, ciotki, wujkowie, siostry, bracia, no cała niemal rodzina, zobowiązana tym dniem.

Ubierją się jak najładniej, przywdziewając nowy płaszcz, może piękne futro i obowiązkowo nowe buty i nie szkodzi, że nie ma śniegu, najczęściej są to długie, pachnące, nowością kozaczki.

Panowie w eleganckich kurtkach, nowych spodniach i często w kapeluszu, bo szyk być musi.

Przychodzi ten dzień podczas, którego jest odprawiania msza na cmentarzu.

Przecież wszyscy, to są wzorowi katolicy i nie wypada nie zebrać się przy grobach, aby wspólnie  wysłuchać słów księdza przez kiepskie głośniki.

Stoją na baczność, może troszkę przestępując z nogi na nogę, w milczeniu.

Jeden patrzy się na migające znicze, drugi skupia wzrok gdzieś w nicość -smutni, jakby nieobecni, zadumani, jakby trochę obojętni.

Nikt na nikogo nie patrzy, nie uśmiecha się, nie próbuje zagadać, choćby jak tam zdrowie, co u ciebie słychać – totalne milczenie jakby nikt nikomu do niczego nie był potrzebny.

Zresztą o czym tu gadać, skoro nie widzieli się cały rok i nikt do nikogo nie ma o to pretensji, to niby dlaczego mieli by dzisiaj wymieniać jakieś uprzejmości i się nadmiernie wysilać.

Skończy się msza, to się przecisną w tłumie i wrócą do domu na wcześniej przygotowany obiad, a potem wypiją gorącą kawę i skosztują kawał ciasta i wszystko wróci do starego porządku.

Ona nie raz widziała takie sceny i kiedy tylko odeszła od grobu, słyszała szepty za plecami. 

– Terenia, widzisz jak ona się zmieniła i zobacz, dalej siedzi z tym swoim mężusiem, ciekawe czy dalej ją zdradza?

– A wiesz, że jej córka straciła kolejne dziecko, co do cholery z nimi jest nie tak?

– Ale to nic moja droga, zobacz jak ona przytyła i wygląda jak potwór.

– Wiesz, a ja słyszałam, że ona choruje na cukrzycę i dlatego.

– Poważnie? No patrz, kto by pomyślał, że ją też choroby dopadły…

I tak dalej, i tak dalej i Ona już nie chce uczestniczyć w tym.

Ona idzie na swoje groby dzień wcześniej, stawia kwiaty i zapala lampki.

Ona nie cierpi szeptanek za plecami, dziwnych aluzji, nie szczerych uśmiechów, bo dla niej najważniejsza jest pamięć o tych, których już nie ma.

Niech inni sobie szepczą do woli i niech mają z tego satysfakcję, że niby z nimi wszystko w porządku i są wiecznie piękni i młodzi.

Ona odcina się od hien cmentarnych.

Woli samotnie przejść się alejkami z zaciśniętym gardłem z żalu, kiedy dochodzi do grobów swoich bliskich, którzy odeszli i są głęboko w jej sercu!

Obraz może zawierać: ludzie stoją, kwiat, roślina, drzewo, na zewnątrz i przyroda

Mamo Seniorko – Babciu – tego ci już nie wypada!

 

Pani Jadwiga już miała przechodzić na zasłużoną emeryturę kiedy spadł na nią grom z jasnego nieba. Pewnego dnia zapadła diagnoza, że jej mąż, Jurek ma raka jelita grubego i rokowania są niestety, ale bardzo słabe, a lekarze nie dawali mężowi większej nadziei.

Postanowili walczyć z całych sił i jeździli po prywatnych lekarzach, a także uzdrowicielach, aby tylko choróbsko pokonać, ale niestety.

Minęły dwa lata i mąż Jadwigi zmarł po morderczej walce.

Długo nie mogła się pozbierać, bo  tak się stało jakby ktoś odłączył Jadwigę od tlenu i oddychała na zwolnionych obrotach.

Przeszła na emeryturę i nie wiedziała jak ma dalej pokierować swoim życiem, aby mogła się na nowo nim cieszyć.

Szukała czegoś takiego, co było by balsamem na schorowaną i obolałą jej duszę.

Syn, jedynak pewnego razu zadzwonił i oznajmił jej, że jego żona, którą Jadwiga średnio lubiła jest w ciąży i tu zapaliło się Jadwidze światełko, że może to jeszcze nie narodzone dziecko stanie się dla niej ratunkiem.

I faktycznie tak było, ponieważ sama zaproponowała, aby synowa jak najszybciej wróciła do pracy, a ona zajmie się maleństwem, bo czuje się na siłach.

Pani Jadwiga mimo zbliżającej się sześćdziesiątki trzymała się świetnie i była w dobrej formie, a więc opieka nad maluchem nie będzie stanowiła żadnego problemu.

Synowa przyklasnęła, bo każdy rok przerwy w pracy oddalał ją od wymarzonego awansu w szkole, a bardzo jej zależało, aby zrobić nauczyciela mianowanego i w związku z tym jej finanse znacznie by się poprawiły.

Kiedy urodził się wnuczek od razu się w nim zakochała i wzięła na siebie obowiązek pilnowania malucha, aby nie musiał chodzić do żłobka i nie łapał wszelkich wirusów od innych zakatarzonych maluchów.

Wnusiu rósł jak należy i tak też się rozwijał, a Jadwiga doskonale radziła sobie z obowiązkami.

Kiedy maluch spał, to gotowała dla syna i synowej obiad, aby zawsze po pracy mieli na stole  ciepłą strawę.

Nie dokładała się do rachunków, bo syn zawsze się z nią rozliczał, a więc była w stanie zaoszczędzić dla siebie trochę pieniędzy, bo najadała się razem z młodymi.

Mijały lata i się nie obejrzeli wszyscy, kiedy wnuczkowi trzeba było kupić wyprawkę do szkoły.

Przyszła już pora na szkołę, a więc pewnego dnia Jadwiga zagadnęła, że w związku z tym nie będzie  już tak bardzo potrzebna i młodzi sobie dadzą już świetnie radę.

Kochała oglądać w telewizji programy podróżnicze i zawsze marzyła, aby zwiedzić jeszcze kawałek świata.

Nie czekała długo na realizację swojego marzenia, bo wykupiła wycieczkę do Włoch, aby zwiedzić Rzym, a potem jeszcze Hiszpanię i Portugalię.

Miała oszczędności, a więc nic nie powinno stanąć jej na przeszkodzie.

Zadzwoniła do syna, że właśnie się pakuje i za tydzień rusza w świat i oznajmiła, że jest tak bardzo szczęśliwa, że na stare lata spełni swoje marzenie.

Myślała, że syn się ucieszy razem z nią, ale tak się nie stało.

Po godzinie wpadła do niej synowa z pretensjami, że chyba zwariowała, że chyba jej odbiło, bo ona wciąż jej potrzebuje, bo kto jej syna odprowadzi do szkoły i przyprowadzi.

Kto ugotuje im obiad skoro oni do domu wracają dopiero po 17, a więc niech sobie wybije z głowy te swoje urojone marzenia, bo jej miejsce jest przy wnuku i rodzinie i niech pokaże zaświadczenie od psychologa i psychiatry, że jest zdrowa na umyśle, bo to będzie cud, gdyż stare kobiety siedzą w domu i mają obowiązek pomagania swoim dzieciom, a nie tam jakieś szlajanie się po świecie – wykrzyczała na jednym tchu.

Tak wrzeszczała na Jadwigę, że ta w końcu zwątpiła w swoje marzenie i prawie uwierzyła synowej, że faktycznie chyba jej odwaliło, że zachciało jej się wojaży.

Bolało ją, że syn nie chciał się narazić żonie i nie chciał się narazić matce, a więc dziwnie zamilkł i schował się, bo chciał być niewidzialnym w tym sporze.

Minęła bezsenna noc i Jadwiga biła się z myślami.

Nie potrafiła sobie wytłumaczyć, że w oczach swojego syna i synowej jest już wrakiem i nie wolno jej marzyć, a więc swoją wycieczkę nie odwołała, ale przesunęła na inny termin, co było dość trudne, ale się udało.

Poszła do psychologa prywatnie, za co zapłaciła 200 zł, ale za kilka dni rzuciła synowej przed oczy opinię, że jest całkowicie zdrowa na umyśle i pojechała tam gdzie sobie wymarzyła

.Kiedy wróciła z poznanym panem z wycieczki była na nowo szczęśliwa, ale tym się młodym nie pochwaliła, a z ukochanym kupili działkę, na której przebywali od wczesnej wiosny, do późnej jesieni.

A młodzi? Poradzili sobie znakomicie.

 „Dorota Wellman (skończyła 54 lata): Nie wiedzieć czemu, mężczyznom wiek dodaje doświadczenia i mądrości. Kobietom wieku się nie wybacza”

„Najczęściej kobieta po 50-tce słyszy, że takiej jak ona „starej wiedźmie”, „starej pudernicy”, w najlepszym razie „dzidzi piernik” nie wypada tego, czy tamtego”

http://http://stylzycia.newsweek.pl/dyskryminacja-kobiet-w-polsce-polki-po-50-tce,artykuly,358571,1.html

Matka Polka socjalizmu!


Chyba każda kobieta w moim wieku, od czasu do czasu przypomina sobie, swoje macierzyństwo. Same się dziwimy, kiedy ten czas minął, że oto nasze dzieci zbliżają się do czterdziestki, albo mają więcej lat niż czterdzieści.

To były niełatwe czasy dla wychowywania dzieci, bo prawie wszystkie pracowałyśmy, bo z jednej pensji żyć się nie dało.

Dlatego kiedyś kobiety pracowały, a urlop macierzyński wynosił bodajże trzy i pół miesiąca.

Pamiętam, że był problem ze żłobkiem dla mojej pierwszej Córki, bo też było wszystko po znajomości i po ukończeniu urlopu oddałam Dziecko na służbę państwową.

Tak samo było z drugą Córką, która trafiła po opiekę cioć żłobkowych, a potem trzeba było się starać o miejsce w przedszkolu.

To były takie czasy, że nikt nie znał słowa weekned, bo pracowałyśmy także w soboty i jeden dzień jaki był do spędzenia czasu z rodziną, to była tylko wolna niedziela.

Żłobek, to miałam bardzo blisko domu, bo nawet nie potrzebowałam wózka, gdyż nosiłam Dzieci na rękach, bo był zaraz obok miejsca zamieszkania.

Jednak do przedszkola miałam daleko i musiałam wstawać o 5 rano, aby siebie przygotować do pracy, a potem budziłam dzieci i je karmiłam obowiązkowo.

Sadzałam obie na rower i jechałam dwa kilomety do przedszkola, aby samej nie  spóźnić się do pracy.

Codziennie pokonywałam rowerem 4 kilometry tam i z powrotem i tak przez wiele lat, aż dzieci urosły i poszły do szkoły.

Podczas mojego macierzyństwa miałam słabe momenty, że płakałam i myślałam, że nie dam rady.

Kiedy urodziłam pierwszą Córkę, to ta dużo płakała i okazało się, że nie mam na tyle pokarmu, aby ją nakarmić do syta. Musiałam przejść na butelkę.

Moja druga Córka zachorowała i znalazła się w szpitalu, a mnie jako matce nie wolno było jej odwiedzić, bo takie były wówczas przepisy.

Płakałam, kiedy dzieci przechodziły w przedszkolu z grupy do grupy i one płakały, bo ciocie się zmieniały.

Jednak najwięcej płakałam w stanie wojennym, kiedy brakowało wszystkiego i nie miałam czym karmić swoje dzieci, bo w sklepach był tylko ocet.

Trzeba było wstawać w nocy, aby wystać w kolejkach kawałek masła, sera, czy mleka w proszku, albo za bucikami i dziecięcymi ubrankami.

Dobrze, że miałam w rodzinie osobę szyjącą na maszynie, to jakoś się to zapinało i szło do przodu.

Teraz matki mają roczne urlopy macierzyńskie, a w sklepach jest wszystko i tylko mieć pieniądze, ale wiele z nich cierpi na depresję poporodową, gdyż są zamknięte w domach by opiekować się swoimi pociechami i wiece co?

Z pewnością by się nie zamieniły z nami Matkami Polkami, które pokonały masę przeciwności w czasach słusznie minionych, bo naprawdę miałyśmy pod górkę, a mimo to wychowałyśmy wartościowe pokolenie.

My nie miałyśmy pieluch jednorazowych i nie miałyśmy zupek gotowych, bo miałyśmy do prania górę pieluch tetrowych i same gotowałyśmy zupki marchewkowe, a także same robiłyśmy na drutach, czy szydełku szaliki i czapecki bo musiałyśmy kombinować.

Poniżej wklejam obrazki współczesnej Matki Polki i mnie to ominęło, bo moje dzieci w czasach słusznie minionych wychował system, który nie dał mi dłuższego urlopu macierzyńskiego, a mogłam cieszyć się dziećmi tylko w wolną niedzielę, ale żadna krzywda im się nie stała.

Może trzeba wrócić do dawnego sytemu w ochronie zdrowia psychicznego wspólczesnych matek! To nie był taki zły system!

Teraz rząd dał rodzinom 500+ i w wielu przypadkach wygląda to tak: Pijana matka w ciąży!

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba

 

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Obraz może zawierać: rysunek

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

 

 

„Demokracja zaczyna się w rodzinie.” – Albert Schweitzer

W dzisiejszym spotkaniu biorą udział członkowie 89 rodzin /JEON HEON-KYUN /PAP/EPA

Nie widzieli się od blisko 70 lat. Spotkanie rozdzielonych koreańskich rodzin.

W Górach Diamentowych rozpoczęło się spotkanie członków rodzin rozdzielonych w wyniku wojny koreańskiej w latach 1950-53. Spotkania 177 rodzin zorganizowano w wyniku poprawy relacji m. Koreą Płn. i Koreą Płd. Odbywają się one w Parku Narodowym Gór Kumgang.

Jak zaznacza Reuters na liście osób, których rodziny zostały rozdzielone w latach 50. figuruje 132 600 osób, 41,2 proc. to ludzie mający 80 lat, a 21,4 proc. – 90 lat. Najstarsza osoba, która zgłosiła chęć spotkania z krewnymi z KRLD ma obecnie 101 lat.

Spotkania w Górach Diamentowych trwają zazwyczaj do 11 godzin. Kończą się dramatycznymi scenami – starsi ludzie mają mało nadziei, że jeszcze zobaczą swych bliskich.

Czytaj więcej na:

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-korea-grozi/fakty/news-nie-widzieli-sie-od-blisko-70-lat-spotkanie-rozdzielonych-ko,nId,2620745#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

Oglądałam w telewizji te obrazy, na których byli widoczni starzy już ludzie, których rozdzieliła wojna i bezwzględna polityka.

Jak oni się witali, to serce się krajało i jak się trzymali za ręce – gładząc je. Przytulaniom i łzom nie było końca, gdyż zdawali sobie sprawę z tego, że już nigdy mogą się nie zobaczyć.

To był wzruszający reportaż, który dał mi do myślenia.

Ciekawa jestem, jakby to wyglądało, gdyby ta okrutna wojna ich nie rozdzieliła na całe dziesięciolecia. Czy mieszkając blisko siebie, tak by się szanowali i poważali, oraz kochali i tęsknili za sobą?

Mówi się powszechnie, że rodzina jest najważniejszą komórką w Państwie, niezależnie pod jaką szerokością geograficzną, a cytatów odnośnie rodziny jest bardzo dużo i na przykład:

M.L. Stedman 

Rodzina to nie przeszłość, nie można o niej nie myśleć. Człowiek ma ją w sercu, dokądkolwiek idzie”.

Jedynym miejscem familijnej zgody bywa zazwyczaj grób rodzinny.
Antoni Kępiński

I jeszcze tekst piosenki, że „Rodzina nie cieszy gdy jest, lecz kiedy jej nie ma samotnyś jak pies”.

Jednak tu nie chodzi tylko o rodzinę tworzoną przez kobietę i mężczyznę  i ich dzieci, ale chodzi też i o dalszą rodzinę, czy rodzeństwo.

Jakże często bywa, że to rodzeństwo nie potrafi znależć wspólnej drogi porozumienia i boczy się na siebie nie wiadomo o co i jest w tym tyle zła i złości!

Jakże często mieszkają blisko siebie, na jednej ulicy, w domu obok, w tym samym mieście, wiosce, dzielnicy, a nawet w tej samej klatce i nie rozmawiają ze sobą latami,  mając w swoich sercach tylko jakieś urazy, które się skądś wzięły, ale nikt nie pamiętaja już skąd!

Nie rozmawiają ze sobą latami i nie szukają żadnej nici porozumienia i nawet żyjący rodzice nie próbują ich pojednać, a może nie chcą, albo nie widzą, że ich dzieci tak bardzo od siebie się oddaliły i nic z tym nie robią.

Padają więc oskarżenia, że ty jesteś temu winien/a, albo to ty narozrabiałaś/eś, lub to ty oddaliłaś/eś się i zrezygnowałaś/eś z rodziny i masz to, co masz.

Ludzie tkwią w takich układach latami i nie ma czegoś takiego jak zapomnienie, wyprostowanie i się bratanie oraz przebaczenie!

Nie ma czegoś takiego, że słuchaj – chowamy urazy i zapraszam ciebie na kawę, bo mam świeże, domowe ciasto!

Nie ma takiego czegoś latami, aby usiąść do stołu i zwyczajnie pogadać, a wręcz odwrotnie jest zadra, nienawiść i kompletny brak porozumienia.

I tak ludzie tkwią w układach nie do rozwiązania, bo kiedyś klepnęło się jakąś głupotę, kompletnie nie przemyślaną i tak istnieją rodziny będące sobie wrogie i tego już nikt nie jest w stanie naprawić, bo lata urazy zrobiły swoje.

Najgorsze jest to, że kiedyś rodzice skłóconego rodzeństwa odejdą i nawet ten fakt nie powoduje  topnienia lodów i to jest cholernie przykre.

Takie poróżnione rodzeństwo kiedyś spotka się na cmentarzu, kiedy jedno szybcej odejdze, bo na pogrzeb nie wypada nie pójść.

Swoim Córkom zawsze tłumaczę, aby się szanowały, bo kiedy ja odejdę i mój Mąż, to bedą miały tylko siebie, ale nie wiem jak to zadziała.

Rodzimy się i dorastamy i w końcu zakładamy własne rodziny oraz rodzą się dzieci.

Staramy się je wychowywać jednakowo, według tych samych wzorców, kanonów, moralności, etyki i empatii, a mimo to bywa, że nasze dzieci są jak woda i ogień i tak bardzo się od siebie różnią, że nie zawiązuje się żadna nić porozumienia, czy chociażby przjaźń!

Ciekawe od czego to zależy, że ponosimy porażkę wychowawczą, a pewnie dzieje się tak dlatego, że geny robią swoje i chromosomy, które wpływają na charakter człowieka!

Jedank, aby nie było tak posępnie i ponuro, to napiszę, że znam rodzeństwa, które w dorosłym życiu skoczą za sobą w ogień i to jest pocieszające.

Znalezione obrazy dla zapytania kłócący się dorośli

Trzeba celebrować każdą chwilę i zapisywać ją we wspomnieniach!

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie stoją, ocean, na zewnątrz i woda

Moja Wnuczka i Wnuczek pojechali z Rodzicami nad morze na wczasy.

Jeżdżą co roku, bo na te wczasy oszczędzają cały rok, a ja jako Babcia jestem spokojna, bo Wnuki są pilnowane przez Rodziców i nie ma prawa im się nic złego stać, tak jak to się stało w Darłówku.

Jaka cudna jest teraz technologia, że przesyłają mi i mojemu Mężowi zdjęcia w trzy sekundy i mamy wyobrażenie o tym, jak Oni te wakacje spędzają, a pogodę mają fenomenalną.

My starsi w taki upał, to raczej się kryjemy w domach, chłodząc się wiatrakami, a przynajmniej ja tak robię, gdyż mój organizm już upałów nie znosi, ale dziś!

Dzsiaj wieczorem pojechałam z Mężem nad nasze jezioro chwycić w obiektyw zachód słońca.

Pojechaliśmy na naszą plażę, na której w czasach młodości spędzaliśmy całe dnie.  Chyba pierwszy raz pomyślałam sobie, że jestem już wiekowa i od dawna nie byłam na plaży w tak piękny wieczór, kiedy promienie słońca odbijają się w tafli jeziora.

Kiedyś siedzieliśmy ze znajomymi długo na plaży sącząc „pifko” i dużo rozmawialiśmy, śmieliśmy się, żartowaliśmy i paliło się sentymentalne ognisko.

Niestety, ale wielu naszych znajomych już jest po tamtej stronie i te nasze znajomości naturalnie się urwały.

Na naszej plaży jest taki sobie, malutki ogródek piwny, gdzie można też zjeść pizzę.

Z głośnika płynie delikatna, przyjemna muzyka, a w nim siedzieli sobie 20/30 latkowie przy „pifku” i rozmawiali o czymś tam.

I w tym momencie poczułam, że się zestarzeliśmy, bo już nie pasujemy do takiej formy spędzania czasu ze znajomymi, których już nie ma!

Zrobiło mi się smutno, bo wróciły wspomnienia i zdałam sobie sprawę z tego, że czasu już nie wrócę. Poczułam się piekielnie stara, a tak prawdę mówiąc, to taka stara jeszcze nie jestem, ale już wiele sytuacji się nie powtórzy.

Młodzi niech się bawią, niech celebrują, bo ten czas upływający, to jest jakiś wariat, ale oni sobie z tego jeszcze nie zdają sprawy!

Czasami dopada mnie wielki smutek, choć nie wyglądam przez okno za firanki, bo trochę umiem obsługiwać komputer, co powoduje wirtualny kontakt ze światem. Jednak też pamiętam, że mam udane Dzieci, Wnuki i kochającego mnie Męża, a „pifko” można wypić we dwoje i to też jest urok starości – wspominając!

Obraz może zawierać: niebo, zmierzch, chmura, na zewnątrz, przyroda i woda

Obraz może zawierać: niebo, zmierzch, chmura, na zewnątrz, woda i przyroda

Obraz może zawierać: niebo, chmura, zmierzch, na zewnątrz, przyroda i woda

Obraz może zawierać: niebo, chmura, zmierzch, na zewnątrz, przyroda i woda