Archiwa tagu: rodzina

Powinna być eutanazja +

 

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie siedzą i w budynku

Rozmowa nr 1:

  • masz żyletkę może?
  • nie mam, a po co Ci żyletka?
  • chciałabyś wiedzieć.

Rozmowa nr 2:

  • zabij mnie
  • a jak mam Ciebie zabić?
  • są różne sposoby!
  • czy chcesz aby mnie zamknęli do więzienia?

Moja Mama ma dość choroby i najchętniej chciałaby już umrzeć i takimi życzeniami w czasie odzyskiwania świadomości nas informuje, że chce odejść.

Nie chce już być ciężarem i ma dość swojej choroby i bycia na tym łez padole.

Zdjęcie powyżej zrobiłam zaraz po lekarskiej diagnozie – rak i wygląda na nim całkiem zdrowo i korzystnie, ale wszyscy wiedzieliśmy, że z miesiąca na miesiąc będzie tylko gorzej.

Teraz nie ma jej połowy i leży w łóżku jak malutka kukiełka, trzcinka, maleńka laleczka, całkowicie od nas uzależniona.

Trzeba wszystko w łóżku, a więc karmić, myć i przewijać, bo kompletnie utraciła siły, czego bardzo się wstydzi, bo w przebłyskach świadomości zdaje sobie sprawę ze swojej choroby i z tego jakim jest obciążeniem.

Za chwilę zasypia na parę minut i dziś się obudziła i poprosiła bym trzymała Ją za rękę.

Usiadłam na stołeczku i trzymałam, gładziłam jednocześnie obserwując Jej oczy, które błądziły gdzieś po suficie i chciała coś powiedzieć, ale już i mowa zawodzi.

Przyszłam do domu i opowiedziałam Mężowi, a On, że muszę być silna i wszyscy musimy być silni, bo nie ma innego wyjścia.

Rozmawiałam z opiekunką do osób umierających, która mi powiedziała, że Mama ma raka i owszem, ale przy tym jest zdrowa, gdyż ma bardzo silne serce i prawidłowe o dziwo ciśnienie krwi i dlatego wciąż się broni przed śmiercią.

Od czasu do czasu odzyskuje świadomość i ma wolę umrzeć, ale polskie prawo zabrania eutanazji, a powinno być tak, że w obliczu takiego życzenia, lekarz powinien podać zgodnie z prawem ostateczny zastrzyk!

Mam w smartfonie zdjęcie umierającej, ale nigdy tego zdjęcia nie zamieszczę na blogu z szacunku do Niej i Jej choroby, bo tak nie wolno!

14 stycznia Mama ma Urodziny i skończy 87 lat, ale któż to może wiedzieć, czy doczeka?

Po tych żyletkach ryczę cały wieczór i sądzę, że kiedy Mama odejdzie, to rozsypię się na kawałki nie z powodu zmęczenia psychicznego, ale z powodu, że pierwszy raz w swoim życiu poprosiła mnie o trzymanie ją za rękę.

W mojej rodzinie urodziły się dwa istnienia, bo na świat przyszła Wnuczka mojej Siostry – Pola, a w rodzinie Męża urodził się Julian, a więc to są następne pokolenia, a my będziemy odchodzić i w tym momencie kolejny raz życzę sobie eutanazji w przypadku ciężkiej i nieuleczalnej choroby, bo nie chcę być dla nikogo ciężarem i nikomu nie chcę obierać jego życia.

Nie chcę by moje Dzieci obmywały mnie z śmierdzącego, ale w obliczu prawa w Polsce będę zmuszona do takiego upokorzenia!

W ilu domach odbywa się podobny dramat, a wszelkie rządy są na to głuche i ślepe, a więc w wielu domach są wielkie tragedie, a państwo nie robi z tym nic i ceduje opiekę nad śmiertelnie chorych tylko na rodziny, bo za hospicjum trzeba płacić krocie!

Reklamy

I stał się cud!

 

Obraz może zawierać: ludzie siedzą, tabela, salon, roślina i w budynku

Jak zwykle święta bardzo szybko upłynęły, a było tyle nerwów, czy się wyrobię, a tu kolejny raz wszystko się udało i sądzę, że nasi Goście spędzili miły czas z nami – rodzicami.

Bardzo mnie cieszył fakt, że wszystko Im smakowało i o dziwo dziś mieli apetyt i nikt nie grzmiał, że nie zje więcej, bo się odchudza!

O godzinie 12 zaczęłam nakrywać do stołu świątecznego, a w między czasie gotowałam makaron do rosołu i ziemniaki, aby wszystko było gotowe na godzinę 13.

Zasiedliśmy więc do obiadu i była pochwała, że wszystko jest smaczne, ale schab w sosie chrzanowym wzbudził najwięcej zachwytów, bo był soczysty w środku i mięciutki jak masło – rozpływał się w ustach.

Jak przyrządzić smakowity schab w sosie?

Robiliśmy go z Mężem tak, że cztery dni przed świętami mięso zapeklowaliśmy w oleju, czosnku, ziołach i podlaliśmy to octem jabłkowym.

Wczoraj podsmażyliśmy go z obu stron, obtoczony w mące  trafił do garnka z przyprawami, podlany wrzącą wodą, a na koniec dodaliśmy słoiczek chrzanu – niebo w gębie.

Nasi goście cały rok też czekają na czerwoną kapustę z jabłkiem startym i rodzynkami, doprawioną na koniec sokiem z cytryny.

Po obiedzie nastąpiło rozdawanie prezentów i każdy coś fajnego dostał, ale to Wnuki, które wciąż wierzą w Mikołaja cieszyły się najbardziej – jak to dzieci!

Udały się do drugiego pokoju i tam rozłożyły swoje prezenty i pięknie się nimi bawiły, kiedy dorośli przy stole toczyli dysputę, ale na szczęście bez polityki i kościoła.

Było bardzo miło mnie, jako gospodyni, że tak jak sobie wymarzyłam, to tak się stało.

Ale ja tak ogólnie nie o tym chciałam napisać, bo w te święta stało się coś niespodziewanego.

Jakieś 10 lat temu moja Teściowa zrobiła mi ogromną przykrość i nie będę opisywała jaką, ale wówczas przysięgłam sobie, że nigdy, ale to nigdy się do Niej nie odezwę, bo bolało jak cholera.

Teściowa liczy sobie dobrze po osiemdziesiątce i jest wdową.

Zgodziłam się, aby przyszła do nas na święta, bo przecież trzeba wybaczać i tak też się stało, że urazę schowałam głęboko i doszłam do wniosku, że staruszka nie może spędzać świąt w samotności.

Kiedy się żegnała po zjedzeniu tego i owego nagle  mnie przytuliła, pogłaskała i powiedziała wiele ważnych słów, jakby dziękując, że dbam o Jej Syna i zauważyła ile pracy włożyłam w przygotowanie tych świąt.

Kiedy to się działo, co mnie samą zamurowało – wszyscy wstrzymali oddech, że to się zadziało.

A ja Jej przebaczyłam, bo w końcu nie chcę tej urazy zabierać do grobu.

Stał się cud, który zapamiętam do końca swoich dni i dalej będę gotowała więcej, aby zanieść Teściowej coś dobrego do zjedzenia, bo taka jestem – nie mściwa.

A tak podsumowując, to mimo wysiłku włożonego w szykowanie świąt, mimo ograniczeń zdrowotnych, to warto je szykować, aby pobyć z Córkami i ich Mężami, oraz Wnukami, bo takich chwil jest bardzo mało.

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i w budynku

Refleksje świąteczne!

Jak zwykle święta, święta i za chwilę będzie po świętach, a także pójdzie w zapomnienie, to wariactwo sprzątania i pitraszenia.

Odpoczniemy za chwilę od świąt.

Jeszcze jutro u nas odbędzie się świąteczny obiad i wieczorem będę mogła Mężowi powiedzieć, że kolejny raz staruszki dali radę.

Kto wie jak będzie, to wszystko wyglądało za rok, bo przecież nie młodniejemy, a zbliżamy się do tego ostatecznego.

Kiedy szykowałam świąteczne potrawy, to zewsząd słyszałam kolędy, ale żadna mnie w tym roku nie rozczuliła.

Nawet moja ulubiona „Lulaże Jezuniu – moja perełko”,  ani na minutę nie sprawiła, że poczułam w tym roku tą sławną magię świąt!.

Uciekła gdzieś, schowała się w cierpieniu z powodu umierającej Mamy i nie byłam w stanie i nie jestem, aby wykrzesać z siebie ten nastrój świąteczny, mimo, że potraw zrobiłam chyba za dużo – jakby w amoku!.

Nie potrafię szykować świąt minimalistycznie, a zawsze się rozpędzamy z Mężem i gotujemy o wiele za dużo, tak jak byśmy się bali, że będzie za mało, za skromnie!.

Zawsze miałam tak, że lubiłam moich gości nakarmić i naprawdę lubię gotować, ale chyba z Mężem przesadziliśmy, bo lodówka pęka w szwach, a i na balkonie stoją gary!

Ja wiem i rozumiem, że w tym wszystkim nie chodzi o żarcie, ale o atmosferę, a mimo to zawsze się rozpędzam za bardzo, a potem pakuję jedzenie dla bliskich w pojemniki, aby się nie zmarnowało nic, a nic.

Moim popisowym daniem, którego nauczyła mnie moja Teściowa, to są drożdżowe racuchy z sosem grzybowym i na to danie wszyscy czekają cały rok.

Robię je tak:

  • do miski wsypuję kilogram mąki, dodaję 4 jajka, lekko solę i dodaję odrobinę cukru, oraz trzy szklanki mleka,
  • wcześniej nastawiam całą kostkę drożdży rozpuszczonych w mleku do wyrośnięcia na kaloryferze,
  • Kiedy drożdże wyrosną, to dodaję to do mąki i jajek, a potem ręką wyrabiam ciasto mocno, aby dostało się do niego powietrze,
  • Tak wyrobione ciasto znowu stawiam na kaloryferze do wyrośnięcia i następnie nabieram na łyżkę zamoczoną w wodzie i smażę na dobrze rozgrzanym oleju.

Sos grzybowy to łatwizna, bo:

  • cztery garście suszonych grzybów zamaczam na noc,
  • na drugi dzień je osączam i mielę w starej maszynce do mielenia mięsa,
  • na oleju podsmażam pokrojoną w kostkę cebulę, dodaję zmielone grzyby i kostkę rosołową,
  • lekko solę i podlewam wodą, mieszając aż grzyby zrobią się miękkie, a na koniec dodaję odrobinę śmietany i to wszystko.

Jutro swoim bliskim zaserwuję:

  • rosół z makaronem,
  • ziemniaki ubijane ze schabem w sosie chrzanowym,
  • surówkę z czerwonej kapusty z rodzynkami, lekko zakwaszoną,
  • dwie sałatki – jarzynową i z paluszków krabowych z selerem naciowym,
  • rybę po grecku,
  • bigos i kiełbasę białą – smażoną w głębokim oleju,
  • ciasto, kawę, herbatę i kompot z suszu.

Mam nadzieję, że głodni nie wyjdą, a ja kolejny raz podkreślę, że z Mężem wspólnie daliśmy radę, choć trochę boli mnie krzyż i biodro, ale staram się nie poddawać.

Tak po cichu liczę na to, że na następne święta, to my starzy zostaniemy zaproszeni na świąteczny obiad, ale Oni są młodzi i uczestniczą w wyścigu szczurów, a więc jest takie powiedzenie, że jeśli umiesz liczyć, to licz na siebie i niech los nam – starym da zdrowie na następne święta.

Pragnę ogromnie, aby kiedy my odejdziemy, to nasze Dzieci i ich rodziny miały wspomnienia, że jednak się staraliśmy, by być razem.

Trzeba coś po sobie zostawić, a najbardziej pamięć, że się staraliśmy.

Obraz może zawierać: ludzie siedzą, tabela, jedzenie i w budynku

Obraz może zawierać: jedzenie

 

Obraz może zawierać: tabela, roślina i w budynku

Wigilia tylko we dwoje!

Obraz może zawierać: w budynku

Obraz może zawierać: tekst

Jutro zasiadamy do Wigilii i oby, to był dobry czas spędzony z bliskimi, z którymi bywa, że nie widzimy się cały rok.

W telewizji widziałam tych zabieganych ludzi w galeriach handlowych w poszukiwaniu prezentów dla bliskich, a były ich tłumy.

Zmęczeni ludzie stali w kolejach w marketach za karpiem, cytrusami, produktami niezbędnymi do szykowania kolacji, a potem reszty świąt.

Powyższe motto Alberta Einsteina wyraża mnie całą, bo obserwują to szaleństwo zakupowe i dziwię się ludziom i też pytam, czy inni oszaleli, czy ja wariuję, że z Mężem nie staliśmy w żadnych kolejkach, a zakupy były tak rozplanowane, aby zaopatrzyć się w małych sklepikach i to trwało na dwa tygodnie przed świętami – małymi kroczkami.

Kiedy przystępowałam dwa dni temu do szykowania potraw miałam wszystko w domu i niczego nie trzeba było już dokupywać, a więc stres jest prawie żaden.

U nas jest podział obowiązków i wydaje mi się, że sprawiedliwy, bo Mąż robi zakupy, a ja to w kuchni przetwarzam nie prosząc Męża już o pomoc.

Nawet się złoszczę, kiedy próbuje mi pomagać, bo ja ma swój, własny system pracy w kuchni, a Mąż wprowadza swój i jest chaos, co mnie wnerwia, a więc w tym czasie niech odkurzy mi mieszkanie.

Sprawa prezentów także jest rozwiązana, bo kiedy jest tyle na rynku zabawek, to my dziadkowie w tym gąszczu się gubimy, a więc, to rodzice kupują w naszym imieniu, a my zwracamy te koszty. Tym sposobem nie ma nietrafionych prezentów, a nam zaoszczędzony jest czas i stres.

Przychodzą na Wigilię goście i tu jest większe niebezpieczeństwo, bo drżymy o to, aby przy wspólnym stole się nie pokłócili na przykład o politykę.

W każdym domu do stołu siadają ludzie z różnych bajek, bo jedni są wierzący, a drudzy ateiści. Jedni są za PiS, a drudzy niekoniecznie i trzeba zapobiec niesnaskom i to jest wyzwanie dla gospodyni domu!

Jutrzejsza Wigilia w moim domu będzie tylko we dwoje i wiecie co? Cholernie się cieszę, bo będzie, ta chwila, że spojrzymy sobie w oczy i powiemy to, co niezbyt często sobie mówimy w natłoku zajęć – że się wciąż kochamy, a nawet bardziej jak na początku, a minęło 43 lata.

Opiszę też moją najgorszą Wigilię.

Mój Ojciec był w Domu Spokojnej Starości i wyraził zgodę, by z nami spędzić Wigilię.

Pojechaliśmy po niego 130 kilometrów i kiedy był już w naszym domu, to oświadczył, że chce wracać i żadne argumenty do Niego nie trafiały.

Odwieźliśmy go więc i w domu byliśmy późnym wieczorem i do Wigilii zasiedliśmy wraz ze swoimi dziećmi o godzinie 21, kiedy to dzieci odgrzały dla nas pierogi.

Za dziewięć miesięcy mój Ojciec popełnił samobójstwo, a ja do dzisiaj nie wiem dlaczego?

Do stołu zasiadają ludzie, którzy się często nie lubią, albo są skłóceni i jaka na to jest rada?

Spektakl „Wzorowa rodzina”

Umiejętność rozmowy, poruszania spornych kwestii bez nadmiernych, często negatywnych emocji, to skuteczny sposób rozwiązywania problemów i umacniania więzi w rodzinie.
Nie zawsze jednak się to udaje. Żeby to osiągnąć, trzeba umieć słuchać i postarać się zrozumieć motywy, którymi kierują się inni. A to dla wielu z nas są to, niestety, trudne do opanowania umiejętności.
O ile ze znajomymi, których nie lubimy, można zerwać kontakt, o tyle z rodziną związani jesteśmy do końca życia.

Utrzymujemy więc relacje z nielubianą teściową, ze względu na męża i dzieci, i z niedobrą siostrą, ze względu na matkę. Wybieramy mniejsze zło i decydujemy się znowu odgrywać rolę kochającej rodziny, zebranej przy świątecznym stole.
Teściowa, która nie cierpi synowej, zgadza się przyjść na świąteczny obiad i nawet udaje się jej wykrzesać sztuczny uśmiech. A ciotki od lat skłócone o majątek, siadają dla bezpieczeństwa przy stole, na odległych od siebie miejscach.
Spektakl trwa, pojawia się jednak pytanie: Czy faktycznie ten czas niesie dla nas radość? Czy takie rozwiązanie jest najlepsze?

– Okres świąteczny powinien być czasem, który w pełni poświęcamy bliskim i szczerze cieszymy się z ich obecności. Wiele osób zmusza się do tego, aby pomimo konfliktów i poczucia krzywdy, „poudawać” radosną atmosferę. To nie sprzyja rozmowie, ani konstruktywnym rozwiązaniom, lecz wręcz przeciwnie, może pogłębiać w nas niechęć do tych osób– mówi Anna Mochnaczewska – Dzik.

Rozwiązać problem

Zdaniem psycholga, warto spróbować rozwiązać problemy i odbyć trudne rozmowy, jeszcze przed świątecznymi spotkaniami. Jeżeli natomiast osiągnięcie porozumienia jest niemożliwe, to warto przemyśleć spędzenie świąt oddzielnie, wcześniej wyjaśniając jednak bliskim, dlaczego podjęliśmy taką decyzję. Być może to rozwiązanie uświadomi wszystkim, ile tak naprawdę dla siebie znaczą.
Bo przecież najważniejsze jest, aby w okresie świątecznym, otoczać się ludźmi, którzy są nam życzliwi, dla których jesteśmy ważni. Wtedy dopiero będziemy mogli cieszyć się świąteczną atmosferą.

– Nie kombinujmy, jak na siłę pogodzić zwaśnioną rodzinę. Może po prostu lepiej będzie, jak zaczniemy głośno mówić o tym, co widzimy, licząc, że to zmobilizuje resztę do rozwiązania problemu. Warto zadać sobie pytanie, czego my tak naprawdę chcemy. A święta spędzić bez brania odpowiedzialności za cudze konflikty – mówi Anna Mochnaczewska – Dzik.

https://kobieta.wp.pl/swieta-bez-rodzinnych-klotni-to-jest-mozliwe-5982408628499585a

Życzenia na Święta Bożego Narodzenia i kapka refleksji!

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Moi drodzy!

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i z tej okazji wszystkim, którzy tu zabłądzili, życzę przede wszystkim zdrowia, bo jeśli jest zdrowie, to można przenosić góry.

Życzę również wewnętrznego wyciszenia i spokojnej Wigilii w gronie najbliższych bez polityki i rozmów o kościele, bo jest naprawdę dużo innych tematów do rozmów.

Nasze stoły nie muszą się uginać od 12 potraw, bo ważniejsza jest rozmowa w świetle świec i uroczystych lampek na choince.

. .•*☆. ☆
WESOŁYCH ŚWIĄT »*¯*«*»:
¸..*BOŻEGO NARODZENIA*..¸
…. .•*☆. ☆

…… ………. (¯ ┼´¯)
…… …….…… / | \
…… ……… …*••*
…… …… … *♫♫*’.
…… … …. *♫••*
…… ….. **
…… …..*#*#* ‚
…… ….*♫* ‚
…… …**’
…… ..*♫ *’
…… ‚*♫ *’
…… ………. ╬╬╬╬╬..
*,.*,*.*,*.*,*.*,*.*,.**.,*

Wczoraj kiedy byłam kolejny raz u chorej Mamy, aby zmienić  pampersa poczułam jak stres odbiera mi władzę w nogach.!

Wróciłam do domu na nogach jak kołki – chwiejąc się, a do tego dołączył ból kręgosłupa, bo Mamę trzeba dźwigać.

Myślałam, że kompletnie nie przygotuję nic na święta, bo padłam jak kawka na kanapę i leżałam obezwładniona do wieczora.

Na szczęście trochę złapałam formę po przespanej nocy i to co z menu było w głowie poukładane, tak od rana zaczęłam realizować.

Krzątałam się po kuchni krojąc, siekając, doprawiając, gotując i to mi zrobiło dobry dzień, bo oderwałam się od przykrych myśli zajmując się czym innym.

Zjechała już moja młodsza Córka z Mężem i moimi Wnukami – Anielką i Wojtusiem.

Usiedliśmy w pokoju, ale najpierw ich nakarmiłam i od Wnusi usłyszałam pochwałkę – babciu robisz najlepszą sałatkę. Zrobiło mi się miło jak jasny gwint, że doczekałam się takiej chwili od prawie za chwilę nastolatki.

Dzieci trzeba czymś zająć, a więc dałam im do oglądania album ze zdjęciami, na których mogły zobaczyć swoją Mamę w młodości i nasze, rodzinne życie, kiedy moje Córki mieszkały w domu rodzinnym.

Padło wiele pytań typu – a kto to, a gdzie to było i stwierdzeń, że ich Mama też kiedyś była dzieckiem.

To był taki dla mnie cholernie przyjemny moment, że nagle dotarło do mnie, że mam Wnuki, z którymi można porozmawiać już o wszystkim, bo tak wydoroślały.

Jednym zdaniem – rodzinnie było i tak pod sercem zrobiło się ciepło.

Nasze Wnuki mają to szczęście, gdyż żyją wciąż dla Nich dwie Babcie i dwóch Dziadków.

Mnie los tego poskąpił, bo nigdy moich nie poznałam. Nigdy z babcią nie piekłam świątecznych pierników i nigdy nie miałam okazji powiedzieć swojej babci, że robi najlepszą sałatkę na świecie.

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba

Bezstresowe wychowanie – czy to ma sens!

 

Obraz może zawierać: 2 osoby, ludzie siedzą i tekst

Znajomego syn powiedział:

– Nie krzycz na mnie bo pójdę na policję!
Na co znajomy odpowiedzial:
– Idź, zabiorę Ciebie od nas i dadzą do jakiejś rodziny zastępczej a tam nikt nie będzie znosił twoich fochów….a powrotu do domu już też nie będzie.
Chlopak przestraszył się i spokorniał. 
Kiedyś dostał by pasem po dupie i byłby spokój….
Czy kara fizyczna jest czymś do czego rodzic ma prawo czy nie?
Dorosły wie, że jak narozrabia to może trafić do więzienia….I będzie to sroga kara. Dziecko wie że ma prawa, bo wszyscy wybijają mu to do głowy…często  zapomina, że ma obowiązki!

Taki wpis spotkałam na Facebooku i na chwilę się zatrzymałam, bo przypomniałm sobie historię z jakiegoś marketu.

Mama ze swoim dzieckiem robiła zakupy – może dziecko miało jakieś na oko – 6 lat.

Wszystko szło dobrze i mama  spokojnie poruszała się między półkami wkładając do kosza na kółkach artykuły i było tego towaru dość sporo.

Dziecko szło grzecznie przy wózku, ale w pewnym momencie zauważyło pojemnik wypełniony po brzegi kolorowymi pluszakami.

Dziecko podbiegło i wyjęło z pojemnika maskotkę, a kiedy mama kazała mu maskotkę wrzucić do pojemnika, tłumacząc spokojnie, że ma w domu takich maskotek dużo, to dzieciak wpadł w szał.

Zaczął matkę szarpać, pluć na nią, ciągnął wózek i w końcu położył się na podłodze, waląc głową o posadzkę. Matka straciła cierpliwość dając mu w tyłek siarczystego klapsa, co ostudziło skutecznie histerycznego dzieciaka.

Psychologowie piszą wszędzie i edukują rodziców, że nie wolno dzieciom dawać klapsów, gdyż to jest pogwałcenie wszelkich kanonów w wychowaniu dzieci.

Teraz jest bardzo modne wychowanie bezstresowe i klaps uważany jest za przestępstwo.

Byłam też dzieckiem i nie dostawałam klapsów jeno, a byłam regularnie bita przez ojca.

Byłam bita nie z powodu złego zachowania, złych ocen, a za to, że broniłam Matki przed razami, które ojciec stosował kiedy się uchlał.

Pewnej niedzieli wpadł w szał i wybił wszystkie szyby w drzwiach, a wówczas nie wytrzymałam i jako nastolatka pobiegłam na policję, aby go zabrali do wytrzeźwienia.

Przyszła policja, a ojciec siedział w kuchni  spokojnie obierając ziemniaki i się wykpił, a więc nic mu nie zrobili.

Już wtedy wiedziałam, że rodzina katowana i dzieci nie mają żadnej ochrony z żadnej strony i dalej katował rodzinę, bo sąsiedzi słyszeli, ale nikt nie reagował.

Kto nie dał klapsa swojemu dziecku, to niech pierwszy rzuci kamieniem, bo mnie się w życiu zdarzyło i biorę to na klatę, bo w paru sytuacjach nie wytrzymałam, choć teraz się tego wstydzę.

Mamy inne czasy i inne podejście do wychowywania dzieci. Prawo zabrania klapsów, bo nawet dorosły nie chce być uderzony, ale uważam, że teraz dzieci wchodzą rodzicom na głowę i nauczycielom też.

Teraz dzieci myślą, że wszystko im wolno i swoim zachowaniem, jakże często pokazują dorosłym swoją wyższość i tak powstaje błędne koło!

 

Obraz może zawierać: tekst

„Żona” – moje kino!

W zachodniej części Polski skończyła się już piękna, złota jesień i od dwóch dni jest smutno i ponuro.

Pada deszcz i dość mocno wieje wiatr, który strząsa kolorowe liście z drzew, które robią się łyse i złowrogie, zapowiadając długą zimę, którą trzeba jakoś przeżyć.

Bardzo współczuję paniom sprzątającym, które wygrabują złote runo z trawników i pakują je do platikowych worków i tak wielkokrotnie.

No właśnie trzeba przeżyć i trzeba zagospodarować sobie wolny czas, kiedy jest się seniorką!

Zaczynam więc odpalać swoje domowe kino, bo wieczory już są długie, a więc w wolnej chwili lubię oglądać, dobre, porządne kino!

Na blogu mam tag – kino, film i można tym sposobem prześledzić proponowane przeze mnie filmy – gorąco polecam.

Wczoraj wybrałam dla siebie film pt. „Żona” – produkcji szwedzko – amerkańskiej, zrealizowany w 2017 roku z posągową Glenn Close i świetnym Jonathan Pryce.

Mogłabym wkleić na blogu recenzję z sieci i było by szybciej, ale nie chcę tak i chociaż nie jestem na tyle uzdolniona, aby pisać recenzje fachowo, to napisze po swojemu tak jak umiem.

Björn Runge – reżyser tego filmu skierował swój film chyba najbardziej do kobiet, żon, matek, które swoje całe życie poświęcają dla mężczyzny, w którym się zakochały miłością bezgraniczną i najczęściej ślepą.

Joan i Joe poznali się w latach 50-tych i zbudowali swoje szczęście na nieszczęściu innej kobiety, bo Joe był w związku małżeńskim i w tym związku urodziło się dziecko.

Joe był profesorem literatury – początkującym pisarzem, a Joan była jego studenntką i od razu wpadli sobie w oko – zasikrzyło i pojawiła się chemia.

Ona też pisała, ale inna pisarka na pewnym wernisażu powiedziała jej, że książki pisane przez kobiety najczęściej zalegają na półkach i w świecie pisarzy liczą się tylko pisarze.

Poświęciła się więc swojemu małżonkowi, któremu urodziła dwoje, wspaniałych dzieci, ale ich małżeństwo miało swoją tajemnicę, o której nikt na świecie nie wiedział.

Pewnej nocy otrzymali telefon ze Sztokholmu i zostali powiadomieni, że mąż Joan otrzymał nagrodę Nobla za całokształt swojego pisarstwa.

Pojechali na ceremonię i w pokoju hotelowym stało się coś dziwnego.

Żona pisarza zdała sobie sprawę z tego, że swoje, całe życie poświęciła nieudacznikowi, który ją wykorzystał, bo to ona nadawała treść i artyzm w jego powieściach i to ona powinna zostać nagrodzona, gdyż w zamkniętym pokoju, latami poprawiała męża powieści i nadawała im głęboką treść.

Przypomniała sobie o tym jak wiele razy ją zdradzał, kiedy to ona dbała  o jego wizerunkek poprawiając krawaty i muszki i to ona przez 40 lat ich małżenstwa pilnowała, aby zażywał leki i odpowiednio się odżywiał.

Całkowicie poświęciła się swojemu mężowi, aby stał się kimś w świecie pisarzy, ale na rozdaniu nagrody Nobla zrozumiała, że to nie było warte, bo w ten sposób zatraciła swoją, własną tożsamość i godność.

Mąż umarł na atak serca zaraz po przyjęciu nagrody Nobla, kiedy oświadczyła mu, że odchodzi!

Otworzyła w samolocie wracając do Ameryki brulion z czystą kartką, co by oznaczało, że będzie pisała na własny rachunek, bo była piekielnie uzdolnioną pisarką.

Obejrzycie ten film – koniecznie!

Nie liczę na komentarze na ten wpis, bo zwykle tak bywa, że Polacy deklarują miłość do filmów na festiwalach, ale gorzej jest z recenzją!

Znalezione obrazy dla zapytania żona film fotosy

 

W domach z betonu!

Obraz może zawierać: roślina, drzewo, kwiat, tabela, niebo, na zewnątrz i przyroda

Stanisław Dygat

„Po­gar­da jest właści­wa ludziom słabym i nik­czem­nym, którzy usiłują od­wrócić uwagę od drob­nych świństw, przy których po­mocy przedzierają się przez życie.”

Zaczynam swój dzisiejszy wpis od cytatu –  dlaczego? Ponieważ toksyczna seniorka napisała, że ja żyję w jakiejś kiszce liczącej 30 metrów kwadratowych i się mądrzę. A ja się pytam – NO… i?!

Wiem, że ludzie pogardzają tymi, którzy mieszkają w blokach, a nie w wypasionych domkach jednorodzinnych na wsiach, czy też obrzeżach miasta.

My mieszkańcy bloków jesteśmy dla nich grupą w najniższej hierarchii, biedni i zakompleksieni.

Dla nich jesteśmy niczym zaraza skupiona obok siebie i żyjąca w symbiozie, jakiej oni nie znoszą.

Jesteśmy dla nich barachłem, biednym elementem, które do niczego w swoim życiu nie doszło!

Jesteśmy dla nich leniami, którym nie chciało się pracować, aby do czegoś dojść w życiu,  zamiast pławić się w luksusach o powierzchni przynajmniej 200 metrów kwadratowych i poruszać się po wielkim i wypasionym ogrodzie wypełnionym licznymi roślinami z tarasem i najlepiej z basenem. 

Tak sobie myślę, że osoba kpiąca z moich metrów kwadratowych, pewnie tak mieszka i dlatego jest taka złośliwa, bo nie wie, co zrobić z tym swoim szczęściem posiadania. 😀

Pewnie siedzi pod baldachimem z filiżanką kawy w chińskim, porcelanowym kubku i miesza swoją kawkę srebrną łyżeczką, a wynajęta służąca wachluje jej powabne ciało, aby czacha się jej nie przegrzała za bardzo. 😀

Swoje mieszkanie wykupiliśmy z mężem, a liczy sobie blisko 50 metrów kwadratowych.

Mamy dwa pokoje, spory przedpokój, kuchnię wystarczającą i oczywiście wyśmiewany mój balkon.

Po naszej śmierci moje dzieci zadysponują naszym mieszkaniem i dostaną za nie niezłą sumkę, ale póki co, kocham swoje mieszkanie, w którym mieszkam ponad 40 lat i nie zamierzam go zmieniać.

To w tym mieszkaniu wychowały się moje dzieci i wyszły na porządnych ludzi, z których dumna jestem.

To w tym mieszkaniu wydarzyło się całe nasze życie i może przyjdzie mi w nim umrzeć, a bardzo bym chciała.

Obok mojego bloku są inne bloki, w których mieszkają lekarze, nauczyciele i ważni ludzie w moim mieście, bo nie wszyscy chcą, podkreślam chcą się budować, czy też kupować domek jednorodzinny.

Nie wszyscy pragną mieszkać na wsi i dojeżdżać codziennie do pracy, skoro mają wszystko pod nosem i szybko wszędzie. 

Młodzi ludzie nie garną się do wsi, a starzy często sprzedają domki i wracają do bloków, aby resztę życia spędzić sobie w wygodnych warunkach z ciepłą wodą w kranie i ogrzewaniem c.o.

Sama znam takich, którzy po latach mieszkania w domku jednorodzinnym, nagle na stare lata, kiedy brakuje sił na utrzymanie domku i ogrodu, wprowadzają się do niewielkich mieszkań w bloku i najlepiej do pierwszego piętra, aby mieć siłę wejść po schodach.

Spytałam swoich starszych znajomych swego czasu, czy chcieli by zamieszkać gdzieś z dala od zgiełku miasta, a Oni mi na to, że nigdy w życiu. bo domek na wsi, to owszem, ale wyłącznie na wakacje.

Nie lubimy małych miejscowości gdzie każdy o każdym wszystko wie i robactwa latającego w koło, szczekających w nocy psów, ciemności, nieodśnieżonych dróg, grzebania się w ziemi w ogrodzie, naprawiania wszystkiego samemu, odległości od wszelkich sklepów i rozrywek jakie daje miasto, a także słabej komunikacji i możliwości, że nie dojedzie karetka pogotowia – tak mniej więcej mi odpowiedzieli.

Każdy swoje metry w bloku urządza po swojemu i z reguły są to przemyślane i coraz ładniejsze wnętrza.

Bloki są odnawiane i ocieplane, a samorządy blokowe dbają o czystość w koło i zieleń, aby każdemu miło się żyło w tej blokowej społeczności.

U mnie są ławeczki i trawniki, a klatka pilnowana domofonem, czysta i spokojna. Sąsiedzi dbają, by był porządek i starają się, by innym nie zakłócać  spokoju.

Naprawdę żyje się się w bloku całkiem miło, ale to wszystko zależy od świadomości społecznej. 

Dla niektórych wieś jest szczytem marzeń i domek jednorodzinny, a inni wybierają życie w społeczności i to jest indywidualny wybór, a więc nie potępiajmy innych za te wybory, a wieś i owszem, ale najpiękniej dla mnie już teraz  – wygląda w wierszach, ponieważ była i jest natchnieniem poetów.

Ludmiła Marjańska

Lato na wsi

Marii i Wiesławowi Feduniewiczom

Susza. Spękana ziemia. Nawet kret
chowa się głębiej w korytarze chłodu.
Wody brakuje w studniach. Strumień
wysechł i mostek śmiesznie zawisł w próżni.
Upał wysysa sok z czarnych porzeczek,
maliny jak suszone korale na krzaku.
Bielinek niestrudzenie lata nad grządkami
młodej kapusty, lekki jak powietrze,
wolny od trosk o jutro.
Pełnia lata. Siano w brogach schnie.
Konie rżą.
Na pagórach wiszą mgły poranne,
zanim słońce z nich zrzuci przejrzyste koszule
i zalśni – bezlitosne jak wspaniały władca
złotą kolczugą okryty
i tak spragniony, że gotów jest wypić
nie tylko Wiar , Turnicę, San,
lecz Jezioro Solińskie.
Wtedy na mieliźnie
osiądą wodne rowery, łodzie i stateczki,
a jachty zwiną skrzydła jak bielinki
pod koniec upalnego dnia. Z wieczorem
przyjdzie uspokojenie.
Siądziemy pod gruszą
pijąc schłodzone wino i będziemy mówić
o Pogórzu Przemyskim, Bieszczadach, o życiu
w mieście i na wsi,
o tym jak się rodzą wiersze
i legendy.