Archiwa tagu: sarkazm

Polacy, lubmy się bardziej

Nim się sny poetów ziszczą,
nim się wina dzban utoczy,
zanim szczęściem nam zabłyszczą
umęczone nasze oczy,
nim nas głupcy brać przestaną
na wypranych słów taniochę,
ludzie, gdy wstaniemy rano,
lubmy się trochę!

Nim na czoła włożym wieńce,
zanim przejrzą ślepe kuchnie,
nim weźmiemy się za ręce,
nim dokoła radość buchnie,
nim mentora nadętego
zajmą kalambury płoche,
ludzie, w środku dnia szarego
lubmy się trochę!

Nim w dziecinną się grzechotkę
zmieni kpiarski kaduceusz,
nim się zrobi miny słodkie
na kolejny jubileusz,
nim szarlotkę się upiecze
i zaprosi pannę Zochę,
ludzie, w swojski nasz odwieczerz
lubmy się trochę!

Pocieszajmy tym lubieniem
skołowane nasze główki,
nie próbujmy go zamieniać
na zaszczyty czy złotówki,
ty nas, drogo życia, prowadź,
a my, twym pokryci prochem,
aby idąc, nie zwariować –
lubmy się trochę!

Tak pisał Wojciech Młynarski, abyśmy się tak zwyczajnie lubili trochę, no tak na co dzień w sklepie, u lekarza, na spacerze, albo na wczasach. A ja sobie tak z obserwacji wiem, że my Polacy się po prostu nie lubimy. Owszem, czasami się zdarzy, że ktoś do kogoś się uśmiechnie na ulicy, albo przepuści w drzwiach, ale to są jednak jakoś ostatnio rzadkie przypadki.

Niedawno znajoma spytała mnie, jak ludziska w mieście witają Nowy Rok, no tak po sąsiedzku najbardziej ją interesowało. Czy ludzie wychodzą przed blok i wiwatują na przyjęcie nowego. Czy składają sobie życzenia itd.

Odpisałam, że się nie praktykuje takiego rodzaju sąsiedzkiego zachowania, bo to byłoby za piękne , kiedy w poszczególnych klatach ludzie się często po prostu nie znają i gdyby nie nazwiska na domofonach, to byłaby pełna anonimowość i jakże często nie wiemy, kto chrapie nam za cienką ścianą. Tacy jesteśmy pozamykani i jakże często sąsiedzi są skłóceni ze sobą, że na dzień dobry odpowiadają pod nosem i szybko zamykają drzwi.

Dawniej pożyczenie soli, czy cukru nie stanowiło problemu, bo zawsze było można zapukać po sąsiedzku i zostać poratowanym, a teraz, ej, lepiej nie gadać.

Tacy jesteśmy na co dzień, ale jest jedna pocieszająca reakcja, że kiedy wybija godzina 24, w każdym mieście jest taki miejski plac, na którym zbierają się ludzie, zaopatrzeni najczęściej w bąbelki i pod wpływem tych bąbelków, można dostać zupełnie przypadkowego całusa od nieznanej osoby i to mi się podoba, że chociaż w takich momentach umiemy podzielić się z innymi swoją radością.

Także miłe jest, że kiedy trzeba komuś pomóc w niedoli, także potrafimy się skrzyknąć na forach i portalach społecznościowych i działamy cuda na rzecz wołającego o pomoc, jak w przypadku skradzionego ostatnio wózka niepełnosprawnej Tosi. To buduje mnie wewnętrznie, że są w nas jeszcze takie fajne uczucia i potrzeba niesienia pomocy.

Jesteśmy uczuleni na naszą historię i niech nikt nie próbuje jej podważać, ponieważ wzbudza się w nas narodowa tożsamość i to także buduje. Jednak tak w codziennym życiu postrzegani jesteśmy za ponuraków i smutaczy, a najbardziej za narzekaczy na wszystkich i wszystko. Szkoda, że mamy taką narodową cechę i tak wszystko bierzemy na poważnie i jakbyśmy coraz mniej się lubili. Jakże życie byłoby lepsze, gdybyśmy potrafili się ze sobą porozumiewać bez sarkazmu i podtekstów. Jakże często musimy komuś dowalić, aby swoją frustrację przelać na kogoś innego. Ja tak nie chcę i dlatego w nadchodzącym roku postaram się brać życie bardziej na wesoło, a kiedy będzie mi źle, to będzie źle, tylko mnie.