Archiwa tagu: służba zdrowia

Myślałam, że z hejtem mam już spokój w sieci!

Kiedy kończą mi się leki, to dzwonię do mojej rodzinnej, którą od lat znam bardzo dobrze i jesteśmy na ‚ty”, a mimo to, za każdym razem się strasznie denerwuję.

Ja wiem, że to lekarzy jest praca, ale bardzo nie lubiłam w życiu kogokolwiek o coś się prosić, a do tego jestem strasznie nieśmiała.

Stara baba ze mnie, a mimo to nie jestem roszczeniowa i kiedy bywam u lekarza, to staram się nie być  natrętna, a więc otrzymuję poradę, recepty i zmykam czym prędzej.

Jakże wielu seniorów idzie do lekarza, aby sobie pogadać i się wyspowiadać, bo mają za dużo czasu, a ja taka nie jestem i idę wówczas, kiedy naprawdę mi coś dolega.

Przed godziną 18 poszłam po swoje recepty i zrobiłam parę fotek i tak wygląda w moim mieście służba zdrowia.

Na zdjęciu jest wysoka wieża, w której znajduje się bardzo ładna apteka, a i zrobiłam fotkę na nasz, także ładny szpital.

Obraz może zawierać: niebo i na zewnątrz

Obraz może zawierać: niebo i na zewnątrz

A teraz z innej beczki.

Wiele razy pisałam, że przeszłam piekło w sieci, bo taka jedna hejterka grillowała mnie na forum o2 przez 5 długich lat, co o mało nie przepłaciłam życiem.

Chciałam tego potwora wymazać z pamięci na zawsze – wygumkować, skreślić, zapomnieć, ale się nie da!

Na forum o2 nie ma praktycznie administracji i tam można napisać wszelkie plugastwa tego świata i tam produkowała się 5 lat stara baba, aby mnie zniszczyć i doprowadzić do samobójstwa.

Przetrwałam, ale mam pretensje do organów ścigania, że nie zdołały ukarać Marii Pałac, zam.  w Krakowie, a urodzonej w 1949 roku.

Przegrałam z prawem w Polsce, które mi nie pomogło i gadzina nie została ukarana nawet grzywną, bo ponoć ma znaomości w świecie prawników, ale tego tylko się domyślam.

Minęło parę miesięcy względnego spokoju, a tu nagle pojawiła się na forum dla Senorów, które w Polsce jest forum publicznym i tam na nowo daje sobie upust, aby mnie oczerniać na nowo.

Użytkowniczka tego forum o nicku Lila prowadzi z nowym nickiem Wróżbitka, za którym kryje się Maria Pałac wojenki i tu co rusz wchodzą na mój temat, kiedy ja się na tym forum nie udzielam.

Ta psychopatka musi rozrabiać, bo inaczej nie żyje i mnie oskarża, że to ja ją gnębiłam i jej córkę, ale to jest wierutne kłamstwo, bo nie ma na to, ani jednego dowodu.

Jeśli pisałam do jej córki, to jeno prosiłam by matkę ogarnęła i posyłałam jej linki do wrednej działalności matki licząc, że matka skończy ten psychopatyczny proceder.

Matka nie ma na mnie nic, bo od lat milczę i nie odpowiadam na zaczpeki i znoszę to poniewieranie mnie z godnością, choć bywa ciężko.

Wiem, że Maria Pałac czyta mego bloga, a więc ostrzegam, że jeśli w dalszym ciągu będzie mi psuła opinię na forum Seniora, to ją na nowo pociągnę i zgłoszę nękanie na policję i do prokuratury!

Zamilcz kobieto raz na zawsze, bo znajdę pieniądze, aby cię oskrażyć za hejt, nękanie i zniesławienie.

Podobno teraz jest większa łatwość ścigania hejterów i może w końcu cię dopadną!

Powtarzam jeszcze raz, że nie masz na mnie nic i twoja córka nie ma na mnie nic, a ja mam wydruki w formie obszernej książki, gdzie mnie lżyłaś, wyzwywałaś, poniewierałaś i zeszmaciłaś.

Jeszcze  jedno oskarżenie, a pójdę z tym do swojego prawnika!

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba

 Dzisiaj, 18:02
Lila's Avatar
Stały bywalec
Zarejestrowany: Feb 2007
Miasto: Polska
Posty: 47 201
Wyślij wiadomość przez GG do Lila Wyślij wiadomość przez Tlen do Lila
Domyślnie

Cytat:
 

Odlep się hejterko ode mnie. Gdzie indziej się boisz, prawda? Dobre i to.
Raz ci się upiekło, bo kobieta odpuściła,
ale nauczki nie pojęłaś.

Idż donieś, masz to w czerwonych genach,
tylko przestań rzygać.

Wróżbitka's Avatar
Czasem zajrzy
Zarejestrowany: Sep 2015
Posty: 190
Domyślnie

Jak miło, nową adminę mamy, wypad, już wypadam  . Najważniejsze, że nękana „przeze mnie” siedzi cicho, a powinna wnosić, gonić mnie, wymagać, dowodzić. Czekam na to, jesteś niemądra nie wiedząc, że płaci ten który wnosi i jeździ do sądu ten który wnosi. Nie wiesz tego??? Nie może być. Wystarczająco się umordowałam razem z moim dzieckiem. Ciężko pracowałyście wskazujac na mnie, nawet mój adres emailowy utworzony wyłącznie dla moderacji w ksc się znalazl na jej blogu. To ja pisałam i ja się podpisywałam, jakie to proste. Poza tym z przyjemnościa poczekam na dalszy ciąg jeżeli nastapi. Nie denerwuj się może żyłka pęknąć.

 

Reklamy

Nie tak słodko – jak myślisz, bo jest gorzko!

W tym tygodniu, we wtorek poszłam na bezpłatne zbadanie wzroku u jednego z optyków w moim mieście.

Zauważyłam, że mój wzrok ma wiele do życzenia, bo nawet czytanie Internetu sprawia mi już trudność, a rozwiązywanie krzyżówek, to koszmar.

Tak samo zauważyłam, że mam już za słabe okulary do oglądania telewizji i z pewnoścą na ten stan wpłynęła moja cukrzyca!

Powiedziałam o tej wizycie mojej leżącej Mamie, a Ona do mnie, że też ma już za słabe okulary i nie widzi dobrze obrazów w telewizji, która jest Jej jedyną rozrywką w chorobie.

Moja Siostra była u dwóch optyków z pytaniem, czy można pomóc chorej Mamie w sprawie nowych okularów!

Wszędzie usłyszała, że chory musi się pojawić osobiście u optyka i nie ma innej możliwości.

Poszłam więc do optyka i na samym początku spytałam, co robić, kiedy osoba chora nie może się osobiście pojawić ze względu na stan swojego zdrowia.

Usłyszałam od lekarza, że Mama musi się pojawić i on wówczas zbada takiej osobie wzrok i dobierze okulary.

Uparcie spytałam, co ma taka osoba chora zrobić, skoro i tak dalej!

Lekarz spojrzał na mnie – pomyślał i zgodził się na wizytę domową – uf!

Poprosił tylko o załatwienie tablicy w postaci brystolu i powieszenie tego na ścianie, gdyż on ma rzutnik, a więc i trzeba zaopatrzyć go w przedłużacz.

Mąż poszedł do innego optyka i pożyczył oryginalną tablicę, a więc wszystko spada na rodzinę!

Jutro idę do tego zakładu na godzInę 10 i tym sposobem może uda się Mamie zbadać wzrok i wreszcie będzie mogła oglądać tv.

W związku z tą sytuacją pomyślałam sobie, że jeśli zachorujesz i staniesz się warzywem, to w tym dzikim kraju nikogo prócz rodziny nie obchodzisz – nikogo!

Przecież lekarz rodzinny doskonale wie, że jego dawny pacjent/pacjentka leży miesiącami, ale można zapomnieć o jakimkolwiek zainteresowaniu – zero/nul!

To samo dzieje się z pielęgniarkami środowiskowymi, które pojawiają się tylko w chwilach, kiedy trzeba zrobić zastrzyk, albo podpiąć kroplówkę.

Od miesięcy moją Mamą nikt ze służby zdrowia się nie zainteresował, bo dla służby zdrowia moja Mama już nie istnieje.

Jeśli choremu kończą się leki, to też musi to załatwić rodzina i jakże często te recepty są źle wypisane, bo dawki leków na recpetach są na tydzień – zamiast na miesiąc.

Rodzina musi mieć żelazne zdrowie, bo chorzy w Polsce są traktowani jak zło konieczne i taki chory jest kompletnie osamotniony i gówno kogo obchodzi.

Wszystko jest skomplikowane, bo w dobie komputerów każdy taki chory powinien być w bazie danych i tam powinny być wpisane np. dawki leków, a recepty wydawane automatycznie.

Coś w tym kraju nie gra i nie mówiąc już nawet o darmowych lekach dla Seniorów.

Masz chorego w rodzinie, to się martw sam, bo od państwa nie dostaniesz żadnego wsparcia i pomocy i to jest nieludzkie traktowanie tych pokonanych przez nieuleczalną chorobę.

Ja mam takie doświadczenia, ale może ktoś z Was ma w tym temacie lepsze!

 

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

W ramach odstresowania Mąż zabrał mnie na wycieczkę – z dala od znieczulicy!

 

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

 

Narodowy Fundusz Zdrowia pod hasłem – „Czekaj sobie człowiecze”!

Znalezione obrazy dla zapytania szpital gif

To był ostatni dzwonek, abym po latach lekceważenia swojego zdrowia – poszła wreszcie do lekarza i się przebadała oraz zrobiła w końcu podstawowe wyniki.

Moja rodzinna – ukochana zresztą, trzy razy w ciągu dwóch lat prosiła mnie, abym w końcu zrobiła wyniki i nawet nasłała na mnie pielęgniarkę środowiskową.

Niestety, ale odezwało się serce i zrobiłam dziś ekg, a kiedy rodzinna na nie spojrzała, to natychmiast skierowała mnie do szpitala.

Moje życie tak upływało, że nigdy nie byłam w szpitalu ze względu na swoje zdrowie, bo los był dla mnie łaskawy.

Prócz porodówek mnie szpitale omijały szerokim łukiem i myślałam, że tak będzie zawsze.

Niestety, ale dziś dostałam pierwsze w moim życiu skierowanie do szpitala i byłam naprawdę przerażona.

Jednak innego wyjścia nie widziałam, jak przyjść z przychodni i zacząć się pakować.

Usiadłam przy Izbie Przyjęć z artytmią serca i trzeba było długo czekać – najpierw na pielęgniarkę, a potem następne pół godziny na lekarza!

Lekarka była cholernie nieprzyjemna i na mnie krzyczała!

Zadała mi pytanie jak ja się czuję z tą arytmią, bo może mdleję, słaniam się i to wszystko z podniesionym głosem.

Spytałam ją grzecznie dlaczego na mnie tak krzyczy i domyśliłam się, że moją osobą tnie koszty szpitala zniechęcając mnie!

Spokorniała, bo myślała, że ma przed sobą starą idiotkę!

Nie od razu przyjęła mnie na oddział, a poleciła dwie kroplówki i jakąś małą tabletkę i znowu czekałam na pielęgniarkę, która mi te kroplówki podepnie!

Kiedy pacjentowi podepną kroplówkę, to znikają nagle wszystkie pielęgniarki i zostawiają pacjenta samego, czekającego na reakcję z podpięciem drugiej kroplówki.

Potem czeka się na wyniki z krwi i moczu – długo się czeka!

Na wszystko się czeka, bo służba zdrowia pracuje w żółwim tempie i zawalona jest papierkami w dobie komputerów.

Po tym jak uzyskałam komplet badań z  i moczy miałam krwipropozycję od lekarki nieprzyjemnej, że weżmie mnie jednak na obserwację – tym razem była miła!

Wzięłam wyniki i poprosiłam o wolność zniechęcona traktowaniem i wróciłam do domu, a jutro zaczynam leczenie ambulatoryjne, a nie w umieralni!

Dziś ponownie byłam w przychodni i znowu czekałam w kolejce, a potem się czeka do specjalisty i z tego wynika, że polska służba zdrowia powinna być pod hasłem – czekaj.

W korytarzu przychodzni siedziałam obok pana o kulach. Opowiedział mi jak wygląda leczenie w Niemczech.

Był trakotowany jak człowiek, że pielęgniarki nie spuszczają z oczu chorych na oddziale.

Kiedy się dowiedzieli, że jest Polakiem, to chcieli mu zafundować nawet tłumacza na język polski!

Taka to jest różnica!

 

 

Polacy umierają, bo tak rządzi „dobra zmiana”

Prawda jest taka, że jeśli zachoruje jakiś polityk, to natychmiast jedzie po niego wypasiona karetka i wiezie do najlepszego szpitala. a co dzieje się ze zwykłym Obywatelem tego kraju?
Okazuje się, że populistyczne hasełka rzucane w kampanii nie przekładają się na rzeczywistość.
Czego ten rząd się nie dotknie, to zepsuje i tak najpierw wykańczali rasowe konie, potem zaczęli wyrzynać Puszczę Białowieską i chcą wystrzelać całą zwierzynę w lasach.
Jednak to nie koniec, bo my Obywatele umieramy na potęgę, bo czytamy, że na leczenie zwykłego Polaka jednak kasy brakuje!
Roman Giertych – strona oficjalna

W poniedziałek

Prawdziwa hekatomba.

W pierwszym półroczu 2017 według danych GUS śmiertelność wzrosła o ponad 7% w stosunku rocznym. W obecnym roku w ciągu sześciu miesięcy zmarło o 14 000 więcej ludzi, niż rok temu. Powtórzę dla naszej kochanej opozycji. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy zmarło o 14 tysięcy więcej ludzi, niż rok temu. Czyli miesięcznie umiera o ponad 2000 ludzi więcej, niż rok temu. Czyli dziennie umiera ponad 75 osób więcej, niż rok temu. To najgorszy wynik w historii III RP. Cały zysk demograficzny z 500+ został zaprzepaszczony, gdyż więcej ludzi umarło, niż się urodziło. Co jest tego przyczyną?
Od 1 stycznia 2017 NFZ znacząco obniżył nakłady na kardiologię. Na serce w Polsce (mocno zanieczyszczonej jeżeli chodzi o powietrze) umiera ponad połowa osób. Zamiast na kardiologię NFZ przeznaczył pieniądze na leki eksperymentalne, które są bardzo drogie, ale dla firm je produkujących pracował kiedyś b. zastępca min. Radziwiłła. Nadto NFZ od początku rządów PiS likwiduje szpitale prowadzone przez przedsiębiorców prywatnych na rzecz jednostek budżetowych, które zawsze są bardziej nieefektywne. Sieć szpitali, która została wprowadzona w dniu wczorajszym jeszcze ten problem pogłębi.

Opozycjo! Powtórzę jeszcze raz: w pierwszych 6 miesiącach 2017 roku zmarło o 14 000 osób więcej niż rok temu, miesięcznie ponad 2000, dziennie ponad 75. Co godzinę o trzech ludzi więcej umiera, niż rok temu! Dlaczego o tym nie bębnicie dzień i noc! Trzeba powstrzymać szaleństwo nawrotu socjalizmu w wydaniu PiS i Radziwiłła, gdyż cena jaką płacą ludzie za te bolszewickie pomysły jest ogromna!

Roman Giertych

 

Roman Giertych alarmuje, że w ciągu pierwszych miesięcy 2017 roku umarło więcej Polaków niż rok temu. Jedną z przyczyn – zmniejszenie nakładów na kardiologię.
Roman Giertych alarmuje, że w ciągu pierwszych miesięcy 2017 roku umarło więcej Polaków niż rok temu. Jedną z przyczyn – zmniejszenie nakładów na kardiologię. • Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta

Taką mamy „dobrą zmianę”. Przez pierwsze sześć miesięcy tego roku w Polsce zmarło o 14 tys. więcej ludzi niż przed rokiem. To wzrost o ponad 7 procent. Roman Giertych powołuje się na dane GUS i uderza w to, co dzieje się właśnie wokół polskich szpitali. To przez reformy Radziwiłła. Przez NFZ, który obcina nakłady na kardiologię i likwiduje prywatne kliniki. Śmiały wniosek? Być może. Ale patrząc na to, jak „dobra zmiana” szaleje teraz w szpitalach, optymizmem to raczej wielu nie nastraja.

Zmiany, które minister Konstanty Radziwiłł wprowadził od 1 października, niejednemu zjeżyły włos na głowie. Kardiolodzy biją na alarm. Matki krzyczą, że w nocy będą musiały jeździć z chorym dzieckiem do odległych szpitali. Seniorzy – że minister zdrowia chce im zamknąć oddziały geriatryczne. Prywatne, specjalistyczne, kliniki ze świetnymi wynikami – że NFZ pozbawił ich finansowania. A co za tym idzie – fachowej, niemal bez kolejki, opieki medycznej dla wielu pacjentów.

Starzejący się rodzice to balast. Dla dzieci, lekarzy, pielęgniarek

Tak mi się ostatnio składa, że parę dni temu byłam codziennie u Mamy w szpitalu.

Leżała na oddziale wewnętrznym w bardzo ciężkim stanie. Myślałam, że nie wyjdzie z choroby i przyjdzie Jej kres.

A jednak stał się cud z mocy służby zdrowia i rodziny, która zaopiekowała się na równi z pielęgniarkami i lekarzem prowadzącym.

Jakże byłam mile zaskoczona, że moją Mamą tak dobrze zaopiekował się szpital.

Kroplówki – dużo kroplówek i zastrzyki – dużo zastrzyków i w końcu stan Mamy bardzo się poprawił.

W chorobie na raka chodzi o to, by pacjent nie cierpiał i tak też się stało.

Dobranie odpowiednich leków sprawiło, że Mama w stanie stabilnym jest od tygodnia w domu.

Dziękuję służbie zdrowia w mojej miejscowości za dużo empatii i troskę.

Ale nie zawsze tak bywa i tu polecam poniższy wywiad:

Smutna prawda o nas: Starzejący się rodzice to balast. Dla dzieci, lekarzy, pielęgniarek.

Karetka zabiera dziadka czy babcię, a młodzi jadą na wakacje. Bez balastu, którym na co dzień są ich starzy rodzice. Wiem, że wszyscy chcemy być młodzi, piękni, wysportowani i oczywiście zdrowi, i że najlepiej by było gdyby starość nie istniała. Chowamy ją w domach starców, w szpitalach. I nie szanujemy. I jak się przekonałam, nie szanują jej też lekarze i pielęgniarki – mówi Magda Rigamonti, dziennikarka, której wpis na Facebooku dotyczący 22-godzinnego pobytu z ojcem na szpitalnym oddziale ratunkowym w maju poruszył wiele osób. Teraz dziennikarka wraca do tych chwil przyglądając się funkcjonowaniu SOR-ów i traktowaniu seniorów w Polsce.

Jakimi trzema słowami opisałaby pani pobyt z ojcem na SOR-ze?

Bezradność i oczekiwanie. No i jeszcze może zwątpienie.

Zwątpienie?

Zwątpienie w to, że jest się podmiotem.

Pani była tam „jedynie” osobą towarzyszącą.

Ale obserwowałam pacjentów i personel SOR-u. I jasne jest, że pacjenci boją się jeszcze bardziej i są jeszcze bardziej bezradni. Szczególnie ci starsi, 80-, 90-letni, na skraju życia. Pamiętam ich wzrok pytający, błagalny. Siedzieli, leżeli, czekali aż ktoś się nimi zajmie, powie, co dalej, co z nimi. Pamiętam staruszka, którego posadzono na wózku. Czekał i tylko wodził wzrokiem za przechodzącymi obok ludzi w białych kitlach. Dokładnie tak samo patrzą dzieci w domu dziecka, podczas wizyt potencjalnych rodzin adopcyjnych. Patrzą, wodzą wzrokiem i mają nadzieję, że właśnie do nich podejdzie pani, przytuli, zajmie się, przygarnie.

 

Nie przesadza pani?

Nie. Na SOR-ze też tak czekają ci, którym coś dolega. Wiedzą, że są zależni od salowych, pielęgniarek, lekarzy, od wszystkich osób w białych kiltach. I to jest okrutna zależność.

Myśli pani, że pacjenci znają swoje prawa? Potrafią o siebie zawalczyć w takiej sytuacji?

Powiedziałam o okrutnej zależności. Pacjenci wiedzą przecież, że od lekarza i pielęgniarki zależy ich zdrowie, a często i życie. Wiedzą to też lekarze i cały personel SOR-u. Wiedzą i ten fakt wykorzystują. Wiedzą, że są prawa pacjenta, ale i tak czują się panami sytuacji. Proszę pamiętać, że szczególnie ludzie starszej daty mają do lekarza ogromne zaufanie, darzą szacunkiem, wierzą, że lekarz to zawód szczególny, zawód zaufania publicznego.

Pani nie wierzy?

Wierzę, przecież ci ludzie kształcili się przez wiele lat po to, by ratować ludzi, by pomagać w potrzebie. Musieli się kierować, jeśli nie powołaniem, to przynajmniej misją. Lekarz to zawód zaufania publicznego. To ktoś, od kogo jesteśmy uzależnieni w sytuacjach ekstremalnych (nawet takich jak złamanie ręki, bo to ekstremalna sytuacja dla zdrowego człowieka), bo sami sobie nie poradzimy. Skoro lekarz wybrał taki zawód, zdecydował się pracować w szpitalu, przychodni czy prywatnej klinice, to ma obowiązek zachowywać się uczciwie i z szacunkiem. Kilka lat temu spędziłam wiele godzin w Szpitalu Bielańskim, widziałam, jak pracuje dr Marzena Dębska i prof. Dębski i wiem, że po wielu latach w tym zawodzie można być lekarzem cierpliwym, życzliwym, który zrobi wszystko by ratować życie i zdrowie matek i ich dzieci.

Praca na SOR-ze jest specyficzna. Wiąże z dużym stresem. Może w tym wszystkim brak już miejsca na empatię?

Kiedy po 22 godzinach zabierałam ojca z SOR-u, podjęłam decyzję, że przestaję być tylko bezradną córką, która prosi pielęgniarki i lekarza o informacje. Zrozumiałam, że mam obowiązek wyciągnąć legitymację prasową i powiedzieć, że jestem dziennikarką. Nie, nie po to, żeby pomóc swojemu ojcu, tylko tym wszystkim, którzy tkwili na tych krzesełkach i leżankach od wielu godzin. I rozpoczął się teatr. Nagle pielęgniarki ruszyły do pacjentów. –Jak długo trwają te dolegliwości? Czy się powtarzają? O, nie może pan złapać tchu. Od jak dawna to trwa? Jakie leki pani przyjmuje? I tak dalej… Doskonale wiedziały, że właśnie zadają pytania, które miały obowiązek zadać wiele godzin wcześniej.

Za granicą na studiach medycznych są przedmioty dotyczące komunikacji z pacjentem.

Pewnie na medycynie jest psychologia, ale czy komunikacja, to nie wiem. Jeśli jest, to personel SOR-ów szybko zapomina o tym, czego się nauczył. Wie pani, żałuję, że wtedy na SOR-ze przy Wołoskiej nie zrobiłam tym starszym pacjentom zdjęć, nie poprosiłam o ich zgodę na to. Do dziś mam przed oczami obrazy m.in. pana, który siedział 11 godzin na wózku inwalidzkim i nikt z personelu nie zapytał, czy chce siku, pić, jeść, czy nie potrzebuje pomocy, czy może by się trochę przeszedł. To ja zapytałam, czy przynieść mu kanapkę i wodę. Była tam też młoda omdlewająca dziewczyna. Siedziała kilka godzin na twardym krześle. Widziałam, jak wyciągnęła rękę do przechodzącej obok osoby w białym kitlu, prosząc, czy ta może podprowadzić ją do toalety. Usłyszała tylko: „nie jestem od tego”. Wstałam i poszłam z nią do ubikacji. Na takim oddziale powinien być ktoś, kto pomaga czekającym ludziom, kto poda pić, przyniesie kanapkę. Proszę pamiętać, że tam dla ludzi czekających wiele godzin nie są przewidziane żadne posiłki. Proszę sobie wyobrazić, kto czeka 20 godzin, jest cukrzykiem i musi często jeść drobne porcje… No, ale czego ja chcę, skoro pewnie nikt takiej osoby nie zapyta, na co choruje. Mojego ojca nikt podczas tej prawie doby na SOR-ze nie zapytał, jakie leki przyjmuje, na co choruje. Nikt nie powiedział panu z leżanki obok, że ma nie jeść i nie pić, bo za chwilę będzie miał badanie, które powinno się robić na czczo. Nikt nie zaproponował starszym ludziom, którzy byli tam sami, bez żadnej rodziny, czegoś do picia czy jedzenia. Pytałam więc panie pielęgniarki, czy trzymałyby w takich warunkach, bez jedzenia swojego 80-letniego dziadka czy ojca. Spuszczały tylko głowy. Ok, może to była już dziesiąta godzina ich dyżuru, może czekały, już tylko na to aż skończą pracę i będą mogły pójść do domu.

 

Tłumaczy je pani?

Nie, próbuję zrozumieć. Kiedyś spędziłam kilka nocy na SOR-ze w szpitalu przy ul. Szaserów w Warszawie. Przygotowywałam materiał o dr Magdalenie Kozak lekarzu ratowniku i żołnierce. I tam też był tłum pacjentów. I byli lekarze i pielęgniarki, ale nikt nikogo nie ignorował. Widziałam, jak można pracować z poświęceniem, chociaż czasami ma się bardzo, ale to bardzo dosyć, szczególnie w dwudziestej godzinie dyżuru. A do tego trzeba wypełniać dokumentację medyczną. Wie pani, wydaje mi się, że wszystko sprowadza się do tego, by pozostać człowiekiem.

I widzieć w pacjencie człowieka.

Oczywiście. To nie nos, palec czy udar trafił na SOR. To nie noga przyjechała z wypadku, to nie zawał przywieźli, bo to przyjechała pani Stasia z Jerozolimskich, lat 94, która jest sama, mąż od dawna nie żyje, córka mieszka w Kanadzie. Po raz kolejny mówię o tych starszych ludziach, bo chyba jednak stanowią większość na SOR-ach. Wtedy, na Wołoskiej było sześciu albo siedmiu takich niezaopiekowanych staruszków. Chyba wszystkich przywiozło pogotowie. Pewnie ktoś zasłabł, ktoś się źle poczuł, ktoś miał bardzo wysokie ciśnienie, kogoś zastali sąsiedzi leżącego na schodach klatki schodowej. Przecież wystarczyłoby, gdyby pielęgniarka bądź lekarz powiedzieli: „pani Kowalska, ma pani swoje lata i już całkowicie zdrowa nie będzie, bo takie jest życie, ale zrobimy pani badania, podamy kroplówkę z lekarstwem i mamy nadzieję, że się pani poprawi. A może warto by było, aby została pani na obserwację. No, ale trzeba poczekać na wyniki badań”. Pytała mnie pani o prawa, o to, czy pacjenci je znają. Myślę, że ci starsi ludzie boją się odezwać, o coś poprosić. Nie awanturują się. Choć, mam wrażenie, że jak „klient jest awanturujący się”, to zostanie szybciej załatwiony. Nie mówię o chamskich reakcjach i ubliżaniu, tylko zwróceniu na siebie uwagi i pokazaniu, że jestem tu człowiekiem, a nie nosem czy wyrostkiem.

Pani była tą „awanturującą się”?

Dopiero na koniec, w 22 godzinie pobytu mojego ojca na SOR-ze. Byłam awanturującą się dziennikarką. Okazało się nawet, że wezwano policję. Powiedziałam im, że tak, jak i oni jestem w pracy. Byli trochę zmieszani, myślę, że doskonale rozumieli moje zachowanie. Spisali moje dane z legitymacji dziennikarskiej i na tym się skończyło. Mam nadzieję, że całe to zdarzenie sprawiło, że personelowi, chociaż na te 2-3 godziny otworzyły się oczy, że zaczęli inaczej traktować pacjentów. Zresztą, kiedy opisałam tę sytuację, odezwali się różni ludzie, którzy byli pacjentami i rodzinami pacjentów. Opisywali swoje historie z SOR-ów, często makabryczne, często zakończone śmiercią. Odezwała się kobieta, której ojciec trafił na SOR na Wołoską i tam mu nie udzielono pomocy, tylko z niewiadomych przyczyn przewieziono do innego szpitala, w którym ten człowiek zmarł. Skontaktowali się ze mną także lekarze i pielęgniarki.

Z pretensjami?

Też.

Czy było pani przykro, kiedy czytała pani pod swoim wpisem negatywne komentarze od środowiska medycznego?

Negatywne równoważyły się z pozytywnymi. Pisali, że się nie znam, że nie rozumiem tej pracy. A ja uważam też, że skoro jestem dziennikarką, to mam obowiązek również lekarzom patrzeć na ręce. Kilka lat temu zajmowałam się sprawą prof. Chazana i nadużywania przez niego kompetencji dyrektorskich w szpitalu przy Madalińskiego w Warszawie. Teraz jeden z doktorów powiedział mi, że w końcu ktoś napisał prawdę i pokazał, jak jest na SOR-ach. Sam pracuje na jednym z warszawskich SOR-ów. Opowiadał o pacjentce, która leżała na SOR-ze przez osiem dni.

Bo?

Bo czekała na przyjęcie na konkretny oddział. Na oddziale jednak nie było miejsca, z SOR-u obawiano się ją wypuścić. Później się okazało, że w tym czasie na oddział przyjęto 14 osób, z pominięciem SOR-u. Ten doktor rozmawiał ze mną bardzo szczerze, mówił, że modli się o to, by nie trafić nigdy do szpitala, nie przechodzić przez SOR, modli się o to, by umrzeć ze starości, a nie chorować. Dodał, że wielu pacjentów umiera na SOR-ach, w szpitalach, bo są nienależycie zaopiekowani i że oczywiście trudno to udowodnić, bo na wszystko z reguły są papiery, procedury są wykonane i udokumentowane. On i inni powtarzali, że jeśli nie ma się znajomego lekarza w szpitalu albo chociaż pielęgniarki, to w szpitalu nie będzie się traktowanym, jak należy. I to jest największe zło, bo okazuje się, że jeśli jest się zwykłym pacjentem, to jest się nikim.

Historie, o których pani mówi, pokazują słabość systemu.

Tak, ale za systemem stoją ludzie. To, że system jest zły, wszyscy wiemy. Dyrektor SOR-u z innego szpitala powiedział mi, że za tym hasłem: system jest zły – pracownicy SOR-ów bardzo chętnie się skrywają. Tym złym systemem tłumaczą sytuacje, do których nigdy nie powinno dojść. Z drugiej strony od tego samego doktora słyszę, że na jednym dyżurze jest zaledwie dwóch lekarzy, którzy muszą ratować zdrowie, a często życie aż 130 pacjentów, więc nie ma siły, by byli oni empatyczni i pochylali się nad każdym tak, jak powinni. No, ale z drugiej strony czasami wystarczy podnieść kąciki ust… I oni po studiach, kiedy trafiają na taki oddział, mają w sobie pokłady empatii, są dobrze nastawieni do pacjentów.

I co, później o tym zapominają?

Nie wiem. Może patrzą na to, jak się zachowują ich starsi koledzy po fachu. Oczywiście nie wszyscy. Jest przecież wielu wspaniałych lekarzy. Niedawno trafiłam z córką na SOR w Giżycku. Byliśmy na wakacjach. Późnym wieczorem córka się przewróciła, narzekała na ból stopy. Nic nie puchło, więc sądziłam, że to tylko stłuczenie. Rano jednak nóżka spuchła. Pojechałyśmy do szpitala. Tam na SOR-ze powiedziano, że skoro do zdarzenia doszło dzień wcześniej, nie przyjmą dziecka i mamy się udać do przychodni. Na szczęście było blisko. Przyjął nas dr Pułjanowski. Obejrzał stopę, powiedział, że na jego oko to skręcenie i pęknięcie jednej z kostek stopy.

 

 Po czym wyjął plansze, pokazał układ kostny stopy, wyjaśnił, co się mogło stać i zanim wysłał na RTG, to jeszcze uspokoił, że jeśli potwierdzi się jego przypuszczenie, to włoży stópkę w lekką skorupę żywiczną. Kiedy czekałyśmy w krótkiej kolejce do gabinetu RTG, rozmawiałam z dwiema pacjentkami doktora – jedna po wszczepieniu endoprotezy, druga bodajże po operacji kolana. Mówiły, że ten doktor zawsze wszystko wyjaśnia, że wychodzi z założenia, że pacjent musi być szczegółowo poinformowany, no i że przyjeżdżają do niego pacjenci z całej Polski… No i jeszcze, lekko podnosi kąciki ust. No, ale to wszystko nie działo się na SOR-ze, tylko w przychodni.
 

Część pacjentów przychodzi na SOR, żeby ominąć kolejki w przychodniach.

I oni oczywiście robią też tłum na SOR-ach. Ale ja ich rozumiem.

Bo to sposób na szybszą diagnostykę…

Dziwi się pani tym ludziom. Skoro w przychodni rejonowej słyszą, że tomografię mogą zrobić dopiero za pół roku, a kardiolog przyjmie ich za 11 miesięcy. Myślę, że gdybym była w ich sytuacji, działałabym podobnie.

Znowu wracamy do systemu.

Tak, tylko że w tym systemie najbardziej cierpią pacjenci. Pamiętam staruszkę, która trafiła na SOR na Szaserów. Upadła i bolało ją biodro. Dr Magda Kozak zapytała, w którym miejscu boli i kiedy się przewróciła. Okazało się, że dwa tygodnie wcześniej. Nie zgłosiła się do lekarza rodzinnego, bo wiedziała, że ten będzie ją odsyłał do innych i przepisze co najwyżej tabletkę przeciwbólową. Miała świadomość, że na SOR-ze, choć trzeba poczekać, to i prześwietlenie i diagnozę można załatwić za jednym zamachem. Może też liczyła na to, że będzie mogła kilka dni pobyć w szpitalu. No, bo jak włożą ją w gips, to w domu sama sobie nie poradzi… W szpitalu lepiej i wygodniej. Dr Kozak mówiła mi o staruszkach podrzucanych na SOR przez swoje dorosłe dzieci. Zamawiają pogotowie, tłumaczą, że mama bądź tata gorzej się czują, że oni nie wiedzą, co robić. Karetka zabiera dziadka czy babcię, a młodzi jadą na wakacje, spędzają święta bez tego balastu, którym na co dzień są ich starzy rodzice. Wiem, że wszyscy chcemy być młodzi, piękni, wysportowani i oczywiście zdrowi i że najlepiej by było, gdyby starość nie istniała, gdyby nam nie przeszkadzała w naszym wspaniałym życiu. Chowamy ją w domach starców, w szpitalach. I nie szanujemy. I jak się przekonałam, nie szanują też lekarze i pielęgniarki. Niedawno rozmawiałam z Janem Rulewskim, opozycjonistą, który w PRL-u przesiedział za swoją działalność siedem lat. W stosunku do tego, czego doświadczył, użył sformułowania „przekroczenie granicy godności”. Od razu pomyślałam, że „przekroczenie granicy godności” to właśnie to, czego doświadcza bardzo wielu pacjentów w szpitalach. Tam często zapomina się o człowieczeństwie i zapomina o tym cały personel medyczny. Niestety, również o swoim człowieczeństwie.

Wywiad pochodzi z portalu: www.medexpress.pl

Panie Ministrze Zdrowia – mam pewnego „pomysła”!

Każdy z nas ma takie chwile, albo będzie miał, że trzeba będzie codziennie mieć styczność ze służbą zdrowia  –  szpitalem.

Każdy z nas ma swoje doświadczenia w związku z tym i obserwacje.

Codziennie biegamy do chorej Mamy we dwie, którą trzeba doglądać i odwiedzać.

Wiemy, że nie możemy jej pozostawić tylko pielęgniarkom, bo One nie dają sobie rady ze wszystkim.

Nie nadążają zwłaszcza na oddziale, gdzie leżą chorzy, beznadziejnie starsi ludzie, bo obowiązków jest tak dużo, że to powoduje wiele zaniedbań.

Nie nakarmią chorego i nie poprawią pościeli. Nie zmienią pampersa i nie odłączą kroplówki, kiedy ta się skończy.

Nie czarujmy się, ale taki chory bez pomocy rodziny skazany jest na upokorzenie i wielką niemoc.

Moje obserwacje są takie, że nie wiem jak by się pielęgniarki nie starały, to nie ograną tego wszystkiego w takim stopniu, aby stary człowiek nie był pozostawiony sam sobie.

Z moich obserwacji wynika, że tego personelu na oddziałach, na których leży 30 starych ludzi jest po prostu za mało!

Te kobiety nie są w stanie ogarnąć ogromnych potrzeb ludzi odchodzących, którym należy się ludzkie odchodzenie i wiem, że szpital, to nie hospicjum, a jednak ludzie w szpitalu umierają!

Uważam, że na każdym takim oddziale powinna być zatrudniona dodatkowa pomoc na etacie, albo w formie wolontariuszki, albo dwóch.

Takie dodatkowe osoby mogłyby, co godzinę zaglądać do wszystkich sal i monitorować potrzeby ludzi beznadziejnie chorych.

Mogłyby sprawdzać puste kroplówki i je odłączać. Mogłyby poprawiać pościel i  karmić chorego, a nawet zrobić zakup butelki wody, czy prasy.

To byłoby świetne wyjście i wiele rodzin byłoby o wiele spokojniejsze, że ich Matka, czy Ojciec są w większej mierze pod opieką i empatią.

Niestety, ale tak nie ma i gdyby nie rodziny, to chorzy nawet nie są poddani higienie, co jest wielkim upokorzeniem.

Mam dobrego „pomysła”, ale wiem, że to jest wołanie na puszczy.

W ramach odstresowania się po godzinach spędzonych w szpitalu – wyszłam z aparatem, by sfotografować w mojej miejscowości obiekty szpitalne i stwierdzam, że akurat to jest na poziomie.

Obiekty szpitalne położone są na wzniesieniu z widokiem na jezioro. Wszystkie kompleksy są w jasnych barwach, co cudnie się komponuje z wszechogarniającą zielenią. Jest naprawdę przyjemnie, a do tego w moim mieście jest ośrodek rehabilitacyjny chwalony w całej Polsce.

Sumując nie mam zastrzeżeń większych i tylko dlaczego w Polsce pielęgniarki zarabiają tak nędzne pieniądze.

Nie dziwi, że uciekają nasze, wyszkolone kadry za granicę!

Za nowych rządów miało być lepiej, ale nie będzie, bo budżet jest okrojony  jeszcze bardziej niż dwa lata temu.

Przykre i będzie jeszcze gorzej! Oto dowód:

Mniej mleka, owoców i warzyw dla dzieci. Rząd po cichu tnie obiecane wsparcie dla szkół

https://oko.press/mleka-owocow-warzyw-dla-dzieci-rzad-cichu-tnie-obiecane-wsparcie-dla-szkol/

 

 

 

 

 

 

 

 

Komedia, czyli noworoczne zderzenie ze służbą zdrowia!

Wybrałam się dziś do lekarza. Tak od nowego roku mnie przypiliło, a do tego chciałam od lekarza rodzinnego receptę na stałe leki i przy okazji pożyczyć jej wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

Weszłam do przychodni, a tam tłumy!

Nie szkodzi, że zbliżała się godzina 12, a i tak ludzi wciąż przybywało, a najwięcej mam z malutkimi dziećmi.

Miałam się już wycofać, ale ja tak nie lubię psychicznie szykować się do lekarza i w końcu postanowiłam powalczyć.

Kiedy podałam swoje nazwisko i miejsce zamieszkania, to okazało się, że nie ma mojej, grubej, dość karty z całą historią choroby mojego życia. Wsiąkła, a na jej miejsce była wsadzona nówka, bez żadnego śladu moich chorób.

Zrobiło mi się dziwnie, bo takie coś, to tylko na mnie mogło trafić. Zawsze miałam pecha z kontaktami z służbą zdrowia.

Nie dociekałam co i jak, bo ludzie przy recepcji na mnie napierali, a więc odpuściłam, ale będę musiała w lepszym czasie to sobie wyjaśnić, bo nie może być tak, że ginie karta pacjenta!

Usiadłam w poczekalni i czekałam ponad dwie godziny. Doktor rodzinna zarobiona po pachy, a do tego dwa razy wychodziła na dłużej z gabinetu. Trudno – siedzę i czekam cierpliwie na swoją kolejkę.

No i uf! W końcu wchodzę do mojej Rodzinnej. Pytam o starą kartę, ale niczego się nie dowiedziałam. Pani doktor jedzie na nowej karcie. Zwierzam się, że w święta mnie wysypało i cholernie swędzi.

Dostaję więc skierowanie do dermatologa i zlecenie na komplet badań, których dawno nie robiłam, a więc tarczyca i takie tam inne.

Spytałam, że skoro jestem na czczo, to czy pobiorą mi krew na te badania.

Ależ owszem, ale niestety nie owszem, bo mimo braku pacjentów w laboratorium, pani mnie odesłała z uśmiechem i kazała przyjść w następny dzień od 8.30 i tak zabiła we mnie chęć zrobienia wyników od zaraz.

Idę więc do dermatologa. Nie daleko na szczęście, ale gabinet jedynej w mieście dermatolog mieści się w pomieszczeniu wziętym rodem jeszcze z PRL. Brudne lamperie, nie pomalowane futryny, co odstrasza i dziwi. Pomijając jednak wygląd tu zaczyna się komedia.

Zapalam światło, bo nie widzę, co pisze na drzwiach do gabinetu, a pisze, aby wejść do gabinetu na wezwanie lekarza.

Jestem sama w ponurej poczekalni i postanowiłam zapukać. Słyszę, że mam zaczekać i mam zgasić światło!

Okej, gaszę i czekam na wezwanie.

Jestem za minutę wezwana i wchodzę do gabinetu i od razu zauważam, że nie ma krzesełka dla pacjenta, a jednie kozetka oddalona od pani doktor na odległość 1.5 metra.

Nieprzyjaźnie –  pomyślałam sobie i usiadłam na kozetce i tu zaczęła się rozmowa.

– Skądś panią znam – stwierdza pani doktor i dzwoni telefon do pani doktor i to trwa!

Pomyślałam sobie, że ze szkoły podstawowej, bo jesteśmy w tym samym wieku, ale oczywiście tylko pomyślałam.

– Kiedy pani u mnie była, bo wydaje mi się, że niedawno – stwierdziła.

– Nie pani doktor! Jeśli byłam, to jakieś 30 lat temu.

– Aha! Zatwierdziła. Dzwoni telefon do pani doktor i to trwa.

– Proszę pokazać z czym pani do mnie przyszła!

Pokazuję, a pani doktor od razu do mnie!

– Ma pani kota, albo psa?. Dzwoni telefon do pani doktor i to trwa.

– Nie mam już, bo staruszkę trzeba było uśpić z powodu starczej choroby i od dwóch miesięcy nie mam zwierzaka.

I tu się zaczęło!

– Bo wie pani, ale ja nie mam nic przeciwko zwierzakom i nic bym im nie zrobiła, ale wie pani, bo moi sąsiedzi mają psa i ten wyje 24 godziny na dobę i mam po prostu dość. Nie wiem co z tym zrobić, bo wie pani, ale ja zwierzakowi nic bym nie zrobiła, ale gdzieś to muszę zgłosić!

Potem przyłożyła rękę do twarzy i coś mi pani doktor opowiadała, ale tak cicho, że ja na tej kozetce nic nie usłyszałam. W środku wyłam ze śmiechu, kiedy pani doktor mi nawijała, a ja nie byłam w stanie tego zrozumieć.

Z utęsknieniem czekałam na receptę, ale to trwało i trwało i w między czasie rozejrzałam się po gabinecie i zauważyłam dwie, spore szafki, na których były ustawione anioły z porcelany i mówię Wam – kolekcja przednia.

To był dziwny dzień dla mnie i jeśli spotkacie taką panią doktor, dość dziwną – to przebijcie mnie ha ha.

Na szczęście doczekałam się recepty, ale do teraz myślę o tej dość dziwacznej wizycie, bo wyszło na to, że to nie ja z nudów chodzę do lekarzy, ale to pani doktor z nudów zamęcza pacjenta swoimi opowieściami tak po cichu, jakby bała się w gabinecie podsłuchu hi hi.

Rodzić po ludzku, czy to tak wiele?

Poród dla każdej kobiety jest wielkim szczęściem, mimo bólu, gdyż oto nadeszła długo oczekiwana chwila powołania swojego dziecka na świat.  Każda kobieta inaczej to przechodzi i jedne kobiety rodzą szybko i bez powikłań, a drugie męczą się godzinami na salach porodowych jeśli oczywiście chcą rodzić siłami natury.

Jest wiele takich przypadków, że lekarz pilotujący poród decyduje o cesarskim cięciu i dobrze, że współczesna medycyna ma inne rozwiązanie niż za czasów słusznie minionych, kiedy to kobiety przeważnie rodziły siłami natury.

Poród dla kobiety nie powinien jednak być dla niej traumą, po której trudno się jej pozbierać. Czasami, a może często kobiety na porodówkach są bardzo źle taktowane i to się zdarza dużo za często.

Niektóre milczą na temat złego traktowania i jeśli urodzą zdrowe dziecko, to po paru dobach wypisane ze szpitala z dzieckiem – zapominają, albo nie chcą tego rozdrapywać. Wolą oddać się całkowicie swojemu dziecka i znikają ze swoimi złymi wspomnieniami tak ja ja, ale o tym za chwilę!

Od kilku dni media trąbią o rodzącej kobiecie w Starachowicach, która między łóżkami – na podłodze rodziła swoje martwe dziecko. Nikt z personelu jej nie pomógł, choć na oddziale położniczym nie było ważniejszych do ogarnięcia porodów. Pielęgniarki, salowe, a następnie przywołana lekarka nie udzieliły jej żadnej pomocy.

Co jest ważniejszego dla personelu, który bierze pieniądze za swoją pracę, oprócz ratowania ludzkiego życia?

Co robiły w tym czasie, kiedy ta biedna kobieta wiła się w bólach przez 5 godzin?

Dlaczego nikt nie zareagował na prośby jej męża, że dzieje się coś strasznego, a jego żona jak pies rodzi w cywilizowanym zdawałoby się szpitalu?

Dramat nie do opisania i zrozumienia, że w XXI wieku dzieją się tak dantejskie sceny.

Dziś w mediach była konferencja, na której Dyrektor Szpitala gorzko się tłumaczył i obwieścił, że zwolnił na pysk ileś tam osób, ale co z tego, skoro kobieta tej traumy nie wymaże ze swojej pamięci do końca życia.

Szkoda, że jej mąż nie zrobił drastycznych fotek, kiedy jego żona wiła się z bólu na szpitalnej podłodze, ale mam nadzieję, że ktoś im pomoże uzyskać wysokie odszkodowanie jako zadośćuczynienie za pogwałcenie człowieczeństwa w polskim szpitalu, który głosi rodzenie bez bólu.

Tak mnie na historia wstrząsnęła i automatycznie włączyły mi się wspomnienia z mojego porodu drugiego dziecka, a było to tak:

12 grudnia 1979 r.
O godzinie 12.20 urodziłam moją drugą Córeczkę.
Dziecko zostało mi zabrane, a mnie pozostawiono na sali pod nieszczelnym oknem.
To była ostra zimna, a mnie przykrytą tylko prześcieradłem
i trzymano do godziny 19 na jakimś metalowym garnku. 
Kiedy pytałam dlaczego tak długo muszę leżeć na tej sali i czy z dzieckiem jest wszystko w porządku – usłyszałam tylko, że zaraz, zaraz i mam być cicho!
Pielęgniarki miały jakieś imieniny i nie miał kto przygotować dla mnie łóżka. Dlatego trzymano mnie tak długo pod zimnym oknem w kusej koszulinie, a ja zmarzłam jak pies w budzie podczas ostrej zimy!
Dlatego bardzo rozumiem tę kobietę, którą potraktowano jak psa w szpitalu w Starachowicach.
Nie dość, że jej dziecko było martwe, to jeszcze spotkała ją taka znieczulica.
Na porodówkach chyba najbardziej ta znieczulica się objawia i to kobieta, kobiecie szykuje taki los!

Kurtyna! Tak było, tak jest i tak będzie – twierdzę, bo kobieta jest gorszym gatunkiem od wieków!

I tu zadam jeszcze pytanie, czy w polskich szpitalach na każdym szczeblu już panuje klauzula sumienia i ci w Starachowicach bali się odpowiedzialności za martwy płód tej kobiety?

Figę, a nie podwyżki dla pielęgniarek!

Dzień za oknem taki piękny od rana, a więc wstałam w dobrym humorze, bo dawka promieni słonecznych robi swoje.

Jednak coś nie dawało mi spokoju, bo zauważyłam, że kończy mi się ważny lek, a więc będę musiała zadzwonić do przychodni o receptę, tym bardziej, że jutro jest sobota.

A ja tak nie lubię się nikogo prosić, a zwłaszcza daleka jestem od służby zdrowia.

Patrzę na swój telefon i myślę sobie, co mnie spotka, kiedy połączę się z rejonową przychodnią?

Patrzę i biorę telefon do ręki z wielką niechęcią i obawą.

Trudno – dzwonię!

– Dzień dobry, czy mogę prosić o połączenie mnie z doktor xxxx?

– Przykro, ale pani doktor jest na urlopie!

– To czy mogę prosić panią o wypisanie mi recepty na jeden lek?

– Nie teraz! – Proszę zadzwonić za pięć minut!

Tak wyglądała moja rozmowa z pielęgniarką recepcji, która nie pouczyła mnie w żadnym razie, że nie wypisuje leków przez telefon. Pouczyła mnie, że mam odczekać, aż zwolni się druga pielęgniarka obsługująca komputer!

Posłusznie odczekuję 15 minut i znowu biorę telefon, który parzy mnie już w rękę, a serce wali jak szalone.

Dzwonię!

– Dzień dobry! – Moja pani doktor jest na urlopie, a więc czy mogę prosić o wypisanie recepty na jeden lek?

– Proszę zadzwonić za dziesięć minut, bo pielęgniarka druga jest zajęta!

– Aha!

Odczekuję godzinę, ale mam szczerze dość! Powinnam iść osobiście, ale nie mogę, bo czekam na ważną przesyłkę dostarczaną kurierem.

Dzwonię!

– Dzień dobry! – Nie ma mojej pani doktor, a więc poproszę o wypisanie mi recepty na jeden lek, a dzwonię już po praz trzeci!

– W słuchawce odzywa się zajęta do tej pory pielęgniarka i do mnie w te słowa:

– Nie mogę pani wypisać recepty, bo jestem zajęta, gdyż czekają pacjenci, a pani mi zabiera czas! – Proszę zadzwonić za godzinę!

Jestem już wyprowadzona z równowagi i warczę, że to jest skandal, bo dzwonię trzeci raz!

Proszę więc, żeby na karteczce zapisała moje dane i nazwę leku, a w wolnej chwili wypisze mi receptę!

I słyszę, że drepcze po moją kartę i niegrzecznym głosem pyta mnie o dane i na koniec zostałam poczęstowana stwierdzeniem, że to, co ja robię to jest skandal i ona robi to po raz ostatni dla mnie!

Konkluzja więc!

1. Wpadam do sieci i czytam, że od 1 stycznia 2016 roku pielęgniarki mogą wypisywać recepty, a nawet mogą samodzielnie kierować pacjentów na badania!

2. Gdybym była uprzedzona w pierwszym telefonie, że nie wypisuje się recept na telefon, to absolutnie bym to zrozumiała i nie domagałbym się wykonania tej usługi!

3. Mogłabym napisać skargę na nieuprzejmą pielęgniarkę, ale nie mam ochoty popsuć jej opinii, a stwierdzam tylko, że chamstwo i niekompetencja powinna być piętnowana.

4. W takich przypadkach niekompetencji nasuwa się pytanie, czy wszystkie pielęgniarki zasługują na podwyżki, o które tak medialnie się biją! W takich przypadkach każdy tak potraktowany pacjent z pewnością nie ma dobrego zdania o służbie zdrowia.

5. Miałam rację, że dzwoniąc do przychodni ogarnęły mnie tak straszne obawy, bo zostałam potraktowana jak intruz, żeby nie napisać jak śmieć!

6. Ciekawa jestem jak załatwiają sobie recepty ludzie uwięzieni w domach z powodu choroby i nie mające nikogo bliskiego? Czy służba zdrowia bierze takie przypadki pod uwagę?

Ja na dziś mam dość i choć pogoda jest cudna, to zastanawiam się dlaczego wszyscy w koło tak chamieją, a pielęgniarka staje się pacjentowi wilkiem!

Nie o take Polskę żeśmy walczyli!

Wczoraj o godzinie 19 dzwoni  do mnie Moja Maminka. – Słuchaj, przyjdę do Ciebie zmierzyć sobie ciśnienie, bo na moim wyświetla mi ponad 200. – Przyniosę Ci ciśnieniomierz – proponuję. – Nie,nie, ja przyjdę.

Zorientowałam się, że Maminka się wystraszyła i z myślą, że zawieziemy ją na pogotowie się naszykowała.

U mnie to ciśnienie też było ponad 200, a więc pakujemy Maminkę do samochodu i wieziemy na SOR, czyli szpitalny oddział ratunkowy.

Prowadzę Maminkę do gabinetu, a pielęgniarka bez fartucha każe mi poczekać na zewnątrz nawet do końca mnie nie wysłuchawszy, bo Maminka była na tyle zmęczona, że trudno było jej wyjaśnić swój stan.

Pielęgniarka zmierzyła Mamince ciśnienie i nawet mnie nie powiadomiła, że jej wynik był poniżej 200, ale o tym dowiedziałam się, kiedy bezczelnie wlazłam do gabinetu.

Przyszła pani doktor i najpierw mnie się spytała, czy jestem z tej rodziny, dawnej pielęgniarki, która już odeszła na emeryturę. Potwierdziłam, a potem podano mojej Mamince dwa leki i kazano się położyć w sali obserwacyjnej, czy jako to tam się nazywa.

Pielęgniarka kazała leżeć Mamince od godziny, do półtorej, a więc usiadłam przy łóżku mamy, a więc czekamy obie cierpliwie.

Obok za zasłoną leżał młody mężczyzna, skręcający się z bólu brzucha z podejrzeniem wrzodów żołądka. Leciała mu kroplówka i przyszedł do niego kolega i tak mijał mu czas.

Kiedy skończyła się ta kroplówka odesłano chorego na oddział, by zrobić zdjęcie rentgenowskie, a facet zwijał się wciąż z bólu. Dobrze, że był ten kolega, który go odprowadził, bo przecież z bólu można zemdleć, umrzeć, ale co to lekarzy obchodzi, Miał tam dojść o własnych siłach i basta.

Mija półtorej godziny, a pielęgniarka bez fartucha nadal nie przychodzi, by sprawdzić, czy ciśnienie spada mojej Mamince. Idę więc do tajemnego gabinetu i kiedy weszłam, to usłyszałam – godzina już minęła? – Nie proszę siostry – minęło półtorej godziny!

Zjawiła się gwiazda za 15 minut i okazało się, że ciśnienie spada mojej Mamince, ale bardzo wolno, a więc poszła sobie i znów kazała czekać nieokreślony czas!

Czekam z Maminką następną godzinę i tyłek mnie już swędzi, aby iść znowu przypomnieć, że na sali leży starsza Pani, ale moje Maminka każe mi się uspokoić, bo twierdzi, że to nic nie zmieni, a więc siedzę spokojnie, by tylko jej nie denerwować swoją niecierpliwością, a może złością na beznadziejny system opieki zdrowotnej.

Młody człowiek przyczłapał z kolegą na to samo miejsce i czekał na wynik zdjęcia, a sanitariusz przyszedł wyrzucić zużytą kroplówkę do kosza. Lekarz się nie pojawił, a więc zaczęłam z panami żartować, że jak Kaczyński dojdzie do władzy, to lekarze i pielęgniarki przestaną być takimi nierobami i włączy się im empatia. Czary mary – stwierdziliśmy i jeszcze doszliśmy do wniosku, że jeśli umierać, to tylko w domu.

Godzinna 22 i dzwoni do mnie siostra z wczasów. – Siedzisz jeszcze? – Ano siedzę, a tu żywego ducha nie ma i nie wiem ile jeszcze będę siedziała, bo nie ma nikogo, by to ciśnienie sprawdzić, a Maminka zmęczona okropnie.

– Idź i się spytaj, co dalej z mamą? – Mamo idę się spytać i tym razem się zgodziła,

Wchodzę do tajemnego gabinetu, a tam lekarz, dwóch sanitariuszy gapiących się w telefony i pielęgniarka bez fartucha! Sielanka wprost i totalne bezrobocie – weekend!

Pytam, co dalej z mamą, bo już jest noc, a więc usłyszałam!

– Prawdopodobnie mama zostanie na noc i niech pani idzie do domu!

– Prawdopodobnie? – pytam. Mam iść do domu, czy mam poczekać na jednoznaczną informację? – Tak, tak proszę iść do domu, bo mama zostanie na noc!

Przyszłam do domu pełna sprzecznych myśli i niech szlag trafi taką służbę zdrowia, która traktuje ludzi jak zło konieczne i jak gówno!

Zastanawiam się nad napisaniem skargi, ale co to zmieni?

Tak siedząc na tym oddziale pomyślałam sobie, że gdybym była lekarzem, to bym dbała o swoich pacjentów i takiej starszej Pani bym kazała zlecić badanie ciśnienia przynajmniej, co 20 minut, a takiego zbolałego młodego człowieka kazałabym zawieźć karetką na dodatkowe badania, a także jeśli taka sytuacja się powtórzy drugi raz z moją Maminką, to wezmę ze sobą swój ciśnieniomierz i będę jej badała ciśnienie co 15 minut, bo na służbę zdrowia już się wypięłam.

Kiedy służba zdrowia będzie strajkować z powodów finansowych, to chyba zacznę się śmiać, ale z rozpaczy!