Archiwa tagu: śmierć

Warto być przyzwoitym!

Znalezione obrazy dla zapytania spadek

Pani Julia kiedy jej mama została wdową, to sprowadziła ją do swojego miasta i wzięła pod swój  dach.

Mama pani Julii przystała na taki układ, gdyż bała się samotności i chętnie się spakowała i zamieszkała u córki.

Była pełna werwy, a więc szykowała rodzinne obiady, kiedy pani Julia i jej mąż byli w pracy.

Dom był duży, a więc mama miała swój, osobisty pokój, gdzie mogła wypoczywać, oglądać telewizor, czy też poczytać.

Pani Julia z mężem pracowali bardzo ciężko i do późnych godzin, a więc dom ogarniała mama, ale nigdy się nie skarżyła i w domu nie było nigdy żadnych zatargów, a i mąż pani Julii nigdy nie wszedł w konflkt z teściową.

Mama pani Julii lubiła też latem pogrzebać w przydomowym ogródku, a także czuwała nad dziećmi pani Julii, które babcię bardzo szanowały i kochały.

Żyli w takiej symbioze ładne, parę lat i wszystko do siebie pasowało i się układało.

Mama pani Julii miała jeszcze dwie córki, mieszkające w innych miastach, ale to była zgrana rodzina i spotykali się na wspólne świętowanie i celebrację rodzinnch stosunków.

Ta rodzina stanowiła przykład dla innych, że można żyć w rodzinie zgodnie i się nie sprzeczać i nie drzeć pierza.

Minęło parę lat i nagle mama pani Julii zaczęła chorować.

Pakowali ją do samochodu i jeździli z nią po lekarzach, a także pilowali, aby brała systematycznie leki, ale niestety było coraz gorzej i w końcu mama pani Julii wylądowała w łóżku, nie mogąc pokonać swojej choroby.

Pani Julia zrezygnowała z pracy i opiekowała się swoją, chorą mamą, a więc wykonywała wszystkie zabiegi niezbęde przy chorym jak mycie, karmienie, pilnowanie higieny, a także towarzyszenie matce prawie przez 24 h.

Nie była w tym sama, bo w opiekę włączył się też mąż pani Julii i jej już dorosłe dzieci.

Mama w końcu odeszła otoczona troskliwymi i kochającymi bliskimi.

Na pogrzeb przyjechali wszyscy i okryci żałobą, po stypie – usiedli do wspólnego stołu i między sobą podzielili wszystko, co po mamie zostało – sprawiedliwie!

Mama pani Julii nigdy nie napisała żadnego testamentu, bo wiedziała, że jej córki są przyzwoitymi ludźmi i żadna z nich się nie wyłamie, a podział majątku odbędzie się w spokoju i zgodzie.

Nikt nie musiał się awanturować, że komuś się więcej należy, a także nie musiał iść się sądzić o spadek, bo po prostu warto być przyzwoitym.

Znam jeszcze drugą, bardzo podobną historię, że po śmierci mamy wszystkie dzieci po pogrzebie podzieliły spadek po matce tak, że z narady wyprosiły swoich małżonków i tylko we wspólnym gronie – jako dzieci rozdysponowały wszystko między sobą – sprawiedliwie.

Warto być przyzwoitym, tak, aby do końca życia móc sobie spojrzeć w lustro.

Jeśli rodzina się rozpada, to najczęściej przez wiarę, politykę i pieniądze!

Reklamy

Mój tragiczny Ojciec!

 

Znalezione obrazy dla zapytania jaromin

Zajęło mi to bardzo wiele lat, aby w końcu dowiedzieć (domyślić) się dlaczego?

Dlaczego mój ojciec w 1997 roku targnął się na swoje życie, rzucając się z okna w Domu Pomocy Społecznej w Jarominie  – blisko Trzebiatowa.

Nie zostawił żadnego listu wyjaśniającego, co go popchnęło do tak drastycznej decyzji.

Do dziś było, to dla mnie wielką zagadką i w końcu zrozumiałam!

Nie umarł od razu, a dopiero w szpitalu, kiedy go odwiedziłam, to poprosił mnie o papierosa, bo był palaczem, ale uważałam, że nie może zapalić na szpitalnej sali i żałuję tego do dziś!

Opuściłam szpital mając nadzieję, że przeżyje, ale on umarł tak po prostu!

Chciałam, aby go pochowano w moim mieście i wysłałam karawan, ale za parę godzin dzwoniła do mnie prokuratura, że muszą zbadać, czy ktoś mu nie pomógł i karawan wrócił bez ojca.

Sprawa się przeciągnęła i prokuratura wydała ciało, a ja ponownie musiałam wysłać karawan po ojca i organizować pogrzeb.

Ojciec nigdy nie opowiadał o swojej młodości i nie wiem prawie nic o tym, jakim był człowiekiem, a wiem jeno tylko to, że był dobrym synem i pomagał matce w wychowaniu jeszcze dwóch braci młodszych.

Zbierał węgiel na torach dla matki i organizował jedzenie, aby matce ulżyć, gdyż nie miał już ojca.

Potem wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego i tam dość szybko piął się po szczeblach kariery.

Obraz może zawierać: 1 osoba, siedzi

Poślubił moją mamę i pojawiłam się na świecie ja i moja siostra, ale w jego karierze zawodowej nie działo się dobrze, bo system był okrutny i tylko twardziele przeżyli.

Ojciec się rozpił i w końcu moi rodzice rozwiedli się po 17 wspólnych latach.

Kompletnie sobie nie radził jako mężczyzna samotny i w końcu trafił do szpitala w Gorzowie Wlkp., a tam ja rozmawiałam z ordynatorem, aby pomógł mi przeniesć ojca do Domu Opieki Społecznej i się udało.

Był w tym domu 7 lat i go odwiedziałam z Mężem, ale niestety stał się człowiekiem wycofanym i trudno było z nim rozmawiać.

Dom Pomocy w Jarominie to piękny dom, wyremontowany, tak jak na zdjęciu powyżej.

Żyją tam ludzie, którymi nie ma się kto zająć,  a także Senorzy, ale ojciec się tam nigdy nie odnalazł i nie nawiązał żadnej przyjaźni, jako dumny oficer wojska.

Na stronie tego domu przeczytałam taką opinię ,napisaną przez jednego z mieszkańców:

„Tutaj jest jak u Pana Boga za piecem , jak w sanatorium , jak w ośrodku wczasowym ; wczasy dozgonne , rehabilitacja , opieka , blisko misto , sklepy , banki , 2 wiele szpitale w Gryficach i Kołobrzegu , fachowa opieka , wysoki standard wew. budynków , internet – tylko żyć i nie umierać i o takich warunkach socjalno – bytowych każdy marzy w chorobie i na starość . Piszę to jako tutejszy mieszkaniec od 7 lat .

Wiesław Jóźwik”

Mój ojciec nigdy tego nie poczuł i dziś mnie oświeciło, że samobójstwo popełnił w wyniku samotości, bo nagle zdał sobie sprawę z tego, że jest kompletne sam na tym świecie, bo bracia byli daleko i w nosie go mieli, a ja nie mogłam być u niego zbyt często.

Mój ojciec nie był chory psychicznie, ale się w życiu pogubił, a ja mogę być z siebie dumna, że przedłużyłam mu życie o siedem lat.

Na jego nagrobku kazałam wyryć, że – „naszym smutkiem było twoje cierpienie”.

Po tylu latach zdałam sobie sprawę z tego, że on na swój sposób cierpiał i zdał sobie sprawę z tego, że nie ma nikogo bliskiego – blisko – zresztą na własne życzenie.

Ja na swój sposób kochałam swoich rodziców, ale widzocznie było to niezauważone.

Okazało się , że matka mnie wydziedziczyła, a siostra okradła w białych rękawiczkach.

Poczułam w sercu ten smutek i gdyby nie mój Mąż, to może bym podzieliła z żalu los mojego ojca!

 

Czarno na białym!

Obraz może zawierać: tekst

Ten wpis będzie brutalny i wiem, że się powtarzam, ale dziury w sercu szmatą nie zapchasz.

Tak, mam w sercu wielką dziurę, której nijak od dwóch prawie miesięcy nic nie jest w stanie uleczyć.

Liczę sobie 62 lata, ale jestem zdrowa na umyśle i to, co piszę jest zgodne z prawdą.

Nie boję się tego, że czyta mnie najbliższa rodzina, ciekawa każdego wpisu i nie boję się potępienia, bo piszę samą prawdę i o tym jak ja się czuję.

Czuję się fatalnie, bo po śmierci mojej Mamy dowiedziałam się jak mało byłam dla niej ważna, tak jakbym nie istniała, choć mała dwie córki.

Czuję się jakbym wypadła sroce z pod ogona i kompletnie nie należała do rodziny – odsunięta i zlekceważona.

Miałaś Mamo dwie córki, ale każda inna i one nie miały nigdy dobrych ze sobą kontaktów, bo  o to nigdy nie zadbałaś, a po swojej śmierci poróżniłaś je tak, że tego już nigdy nie da się naprawić!

Wydziedzczyłaś mnie dokumentnie i nigdy nie chciałaś tego sporostować, choć byłam przy Tobie przez ostatnie dwa lata na każde wezwanie i też się Tobą opiekowałam.

Sprawiłaś z premedytacją, że budzą się z żalem o poranku, a w ciągu dnia mielę temat i analizuję, a więc i kładę się spać z pytaniem – dlaczego?

Tu nie chodzi o pieniądze, ale o fakt, że mogłaś to naprawić w ciągu choroby, ale tego nie zrobiłaś i to boli jeszcze bardziej.

Ja nigdy się z tym nie pogodzę i choć stara już jestem, to zawsze chciałam być Twoim dzieckiem, a Ty mnie potraktowałaś tak jakby mnie wcale nie było.

Dlaczego ja nie zauważyłam przez tyle lat, że nie byłam Ci bliska i na samym początku choroby usiadłam do komputera i napisałam list do Ciebie, który wręczyłam Ci na samym początku choroby w szpitalu.

Powiedziałaś, że przeczytasz go po wyjścu ze szpitala do domu i nigdy nie wróciłaś do tego listu, a ja miałam nadzieję, że sobie o nim pogadamy i powspominamy! – Tekst listu poniżej!

Zawsze Ciebie kochałam i podziwiałam, a Ty nie potrafiłaś się do listu odnieść i zostałam z ręką w nocniku.

Nie lubiłaś u mnie spędzać świąt, bo zaraz gnałaś do drugiej córki i tam sobie siedzieliście do późnych godzin, z alkoholem w tle, a i przez 40 lat nie zrobiłaś ani razu obiadu w swoim domu, by zbliżyć do siebie dwie córki.

Mamo podlewali Ci ten alkohol, bo wiedzieli, co robią, a robili  to dla kasy!

Płaciłaś za remonty, bo oni wiedzieli, że po Twojej śmierci mieszkanie zyska na wartości – sprytne!

Taka sptrytna taktyka długoterminowa.

Gdybym wiedziała jak mnie załatwiłaś, to bym tego listu nigdy nie napisała, bo i po co?

Miałam ogromne problemy osobiste – nie wsparłaś.

Miałam próby samobójcze – nie wsparłaś, bo lepiej było milczeć i się nie wtrącać.

Mówiłaś rozwiedź się, ale nie proponowałaś swojego dachu dla mnie i moich dzieci!

Wolę Ciebie Mamo pamiętać jak w tym liście, ale zdaje się, że bardzo się pomyliłam.

Odeszłaś i nagle mój telefon zamilkł i nikt już o mnie nie pamięta.

Nikt nie powie, że przyjdź na kawę – porozmawiamy.

Czuję się jak zbity pies, jak ktoś mało ważny, a tak byłam potrzebna przez dwa lata, kiedy ta Twoja druga córka odpoczywała na wczasach, kiedy  Ty zmagałaś się z ciężką chorobą i byłam przy Tobie.

Umierałaś bardzo długo i sądzę, że cierpiałaś mając świadomość, że tak bardzo mnie skrzywdziłaś!

Muszę z tym żyć niestety, ale dziury w sercu nie jestem w stanie niczym zapchać.

Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, że po Tobie zostanie mi tylko stara patelnia i to, co kupiłam dla Ciebie z okazji imienin.

Mam w sobie takie myśli, że tylko usiąść i wyć z bólu.

Nie wiem kiedy odwiedzę Ciebie Mamo na cmentarzu, ale może być tak, że nigdy!

„Mamo, ja wszystko pamiętam jak bardzo starałaś się wychować nas na porządnych ludzi, ale może od początku opowiem Ci, co pamiętam:

Babie Doły, rok 1959 bodajże, kiedy ja, jako szkrab uciekałam Ci z domu nad morze i złaziłam po stromych wydmach, albo znajdywałaś mnie w lesie na jakiś drzewie, bo już wówczas lubiłam chodzić swoimi drogami ku Twojej udręce. Pamiętam, że uszyte przez Ciebie porcięta, rwałam na gwoździach i potem bałam się do tego przyznać, a także jak przychodziłam zakrwawiona, posiniaczona, a Ty jechałaś na pogotowie, aby mi te szramy zaszyli. Pamiętam, gdy opowiadałaś o czasach wojny i jak byłaś głodzona jako dziecko, przez swoją macochę, a potem jak zaczęłaś pracować w wieku 14 lat, jako mała dziewczynka w szwalni i  przekradałaś się  po ulicach wojennej Łodzi. Jak Niemcy przychodzili i robili w domu przeszukania, a Radogoszcz poszedł z dymem pochłaniając pracujących tam ludzi.

Po przeprowadzce do Ustki, pamiętam jak gotowałaś bieliznę  w kotle i strasznie się oparzyłaś, a Ojca w domu nie było długie miesiące i wszystko było na Twojej głowie, a ja właśnie poszłam do pierwszej klasy, a Ty w wolnych chwilach robiłaś nam zabawki – takie mebelki dla lalek. Pamiętam, że po położeniu nas spać, pisałaś w kuchni wiersze w niebieskim zeszycie, albo długo rozmawiałaś z Ojcem, który przyjechał, a był w domu gościem z racji swojej pracy. Pamiętam, że często płakałaś w czasie tych rozmów, a do tego opiekowałaś się bratem Ojca, który nie miał się gdzie podziać, a potem zwalił Ci się na głowę brat następny, bo też nie miał się gdzie podziać i to wszystko na Twoją biedną głowę.

Potem następna przeprowadzka i Ojciec już w domu, ale czasami sobie myślę, że lepiej nam było bez niego. Wieczne awantury i alkohol i tak minęło 17 lat, w których walczyłaś jak lwica o nasz dom, pracując jednocześnie. Pamiętam, jak pomagałaś mi robić do szkoły zadania z plastyki i wszystko potrafiłaś. Nie był Ci obcy młotek, gwóźdź, malowanie, remonty, ponieważ nie mogłaś liczyć na nikogo, bo jesteś przecież jedynaczką. 

Nastał dzień, że trzeba było z domu uciekać, bo poziom awantur przybrał apogeum. Wyszłyśmy z domu z paroma ciuchami do zupełnie mi obcych ludzi. Chciałaś mnie z siostrą uchronić przed psychicznym znęcaniem się, abyśmy wszystkie nie zwariowały. Mieszkanie poza domem przez pół roku i znowu wszystko było na Twojej głowie. Dorastałyśmy, uczyłyśmy się i trzeba było nas ubrać, zakupić podręczniki, zeszyty i sama na to wszystko pracowałaś i długo by wymieniać i pisać o Twojej dobroci, cierpliwości i pracowitości, a do tego nigdy się nie załamałaś. Zawsze Cię podziwiałam, zawsze byłaś dla mnie wzorem i wybacz, że kiedy odeszłam z domu i założyłam swoją rodzinę, było mnie mniej w Twoim życiu, ale wówczas to ja musiałam zadbać o swoją rodzinę i wychować swoje dzieci na porządnych ludzi. Zadanie wykonałam i teraz Mamo jestem myślami bliżej Ciebie, bo mam teraz na to czas. Dziękuję Ci Mamo za wszystko i kłaniam Ci się w wielkiej atencji”.

 

Tego nie robi się własnemu dziecku!

Znalezione obrazy dla zapytania pusta ramka

Jakieś dwadzieścia lat temu weszłam w posiadanie malutkich zdjęć z legitymacji moich, młodych rodziców.

Jeśli dobrze liczę, to mieli oboje po 26 lat, gdyż byli z jednego rocznika.

Moja Mama z ładną fryzurą, a kiedyś kobiety nosiły na głowach delikatne fale, a Ojciec przystojny w mundurze i żołnierskiej  czapce.

Chciałam mieć pamiątkę i poprosiłam kolegę z pracy – komputerowca, aby mi te zdjęcia znacznie powiększył, abym mogła osadzić je w ramce i powiesić u siebie w domu na wieczną pamiątkę.

Zdjęcia te wiszą bardzo blisko mojego siedziska, z którego piszę bloga i przeglądam Internet, a więc są w zasięgu wzroku i o każdej porze dnia mogłam sobie na nie zerknąć, a przez głowę przepływały wspomnienia z lat dzieciństwa i młodości.

Wiele razy byłam w życiu skrzywdzona i wiele razy cierpiałam jak zbity pies.

Wiele razy wydobywałam się z dołków i depresji, bo jestem wrażliwcem i bardzo łatwo jest mnie zranić, a więc wiele razy cierpiałam okropne katusze, ale mimo to – żyję!

Żyję dzięki lekarzom, którzy wydobywali mnie z dna i trzymiesięcznej psychoterapii, dzięki, której zrozumiałam, że jestem silna i wartościowa i ten stan trwa do dziś i oby jak najdłużej.

Zauważyłam, że zaczęłam gadać do zdjęcia mojej Mamy i pytałam dlaczego mnie tak skrzywdziła.

Doszłam więc do wniosku, że zdejmę ze ściany zdjęcie Matki, która wbiła mi nóż w serce odrzucając mnie z premedytacją.

Była w chorobie bardzo ciężkiej ponad dwa lata i ani razu mnie nie przeprosiła i nie wyjaśniła dlaczego tak postąpiła, chociaż na początku choroby była całkowicie świadoma swoich myśli i czynów.

Ani razu w swoim życiu nie przeprowadziła ze mną rozmowy, że może nie spełniam jej oczekiwań, że powinnam się zmienić, poprawić, zmienić myślenie i postępowanie.

Nie było takich rozmów, a ja zawsze starałam się być dobrym dzieckiem, aby Jej nie sprawiać specjalnych kłopotów.

Kochałam swoich rodziców tak jak umiałam i choć Ojciec mnie bił, to z upływem lat zrozumiałam, że ambitnego faceta zniszczył system i nie potrafił sobie z tym poradzić, a więc targnął się na swoje życie i tu przywołuję Kiszczaka, który zniszczył mi Ojca.

Moi rodzice się rozwiedli po 17 latach wspólnego pożycia i Mama sobie poradziła, a Ojciec wręcz przeciwnie.

Na ścianie powiesiłam ich zdjęcia obok siebie i stały się dla mnie powodem do wspomnień i pamięci o czasach, kiedy nie działo się dobrze w rodzinnym domu, ale mimo to wywodzę się z takiej właśnie potrzastkanej rodziny.

Ojca na ścianie zostawiłam, bo dawno mu wybaczyłam, ale nie jestem w stanie jak na razie wybaczyć Matce i póki, co nie pójdę na Jej grób, bo tego się nie robi własnemu, pieroworodnemu dziecku.

Czuję się zraniona, odepchnięta, odrzucona, a w głowie pojawia się  tysiąc myśli za co i dlaczego, chociaż byłam przy niej i towarzyszyłam w chorobie na każde zawołanie.

Pewnego razu wzięłam swoje zdjęcie kiedy miałam 20 lat i przystawiłam je do zdjęcia Ojca i odkryłam, że jestem kalką swojego Ojca i może stąd moja Mama czuła do mnie niechęć.

Podczas ciężkiej choroby w przypływie uczuć powiedziała mi, że jestem dobrym dzieckiem, ale to za mało Mamo!

Kochałam Ciebie do końca Twoich dni i martwiłam się, że odejdziesz, ale po Twojej śmierci odkryłam jak mało byłam dla Ciebie ważna i będę z tym piętnem musiała żyć do końca swoich dni.

 

 

Umrzesz, a oni przyjdą i rozwalą twój dom!

W swoim małżeńskim pożyciu zmienialiśmy wystrój domu trzy razy, a może cztery.

To łączyło się z zakupem nowych mebli, aby mieszkanie nie zalatywało PRL-em.

Po śmierci Mamy przyrzekłam sobie, że nie kupię do domu już żadnego mebla, chyba, że coś się popsuje, załamie i trzeba będzie zmienić.

Dzieje się tak, że kiedy umieramy i nasze mieszkanie jest przepiane na nasze dzieci, to po śmierci następuje wywalenie wszystkiego na śmietnik, bez żadnych sentymentów, aby tylko jak naszybciej mieszkanie sprzedać i mieć z tego kasiorę.

Na śmietniku lądują więc meble, mało wartościowe obrazy, garnki i naczynia – aby jak najszybciej tego badziwia się pozbyć.

Bez sentymentu lądują do spalenia wszelkie książki,  dokumenty, świadectwa, listy, kartki, zaproszenia, bo nikomu te papierzyska nie są potrzebne, bo liczy się przede wszystkim szybkie opróżnienie mieszkania po zmarłych i jak najszybsza sprzedaż chałupy.

Wydaje się, że nikt się nie bawi w ogłoszenia typu – oddam za darmo, bo szybsze jest wywalenie rzeczy i przedmiotów na śmietnik.

Jest na tym świecie tyle ludzi i tyle rodzin, których nie stać jest na porządne np. meble, dywan, kanapę, fotele, ubrania i z chęcią by przyjęli te niepotrzebne rzeczy, ale ci bogatsi nawet o tym nie myślą, bo kasa przysłania im zdrowy rozsądek.

Gdzieś przeczytałam, że jest wielu ludzi takich, którzy ze śmietniska pozyskują istne perełki i po renowacji są to przepiękne przedmioty, za które można otrzymać porządne pieniądze.

Uwaga, śmieciarka jedzie! – czyli kim są fani mebli ze śmietnika.

Meble wystawione na śmietnik coraz częściej znikają zanim przyjedzie MPO. Okazuje się, że przy kontenerach można znaleźć prawdziwe skarby i są ludzie, którzy potrafią ich szukać, a potem je wykorzystać.

Meblościanka z politurą rozłożona na części – model „późny Gomułka wczesny Gierek”, komplet krzeseł Aga z przybrudzoną tapicerką, materac z IKEA, gazetnik z lat 60. , szafa laboratoryjna, sekretarzyk z pierwszej połowy XX wieku. Takie rzeczy i wiele innych można codziennie spotkać na śmietniku.

Albo jest to efekt „czyszczenia” mieszkań po zmarłych dziadkach, albo po prostu ludzie wystawiają meble i przedmioty, które im się znudziły, zużyły lub przestały być potrzebne. Albo robią remont, łącznie ze zmianą wystroju. Jeśli obok kontenera stoją antyki, to znaczy, że osoba, która je wystawiła nie miała co z nimi zrobić, albo nie miała świadomości, ile mogą być warte.

Dzięki powszechnemu w czasach PRL „zbieractwu”, po opróżnieniu takiego mieszkania, przy śmietniku można natrafić na designerskie perełki, które po renowacji mogą mieć naprawdę dużą wartość.

Powszechne wyobrażenie osoby grzebiącej w śmietniku to bezdomny albo żul, tymczasem współcześni „łowcy okazji” to zwykle ludzie młodzi, wykształceni, niektórzy nawet dobrze sytuowani. Przechodząc obok kontenerów, fotografują wystawkę i wrzucają zdjęcia do sieci.

Potem zaczyna się wyścig, kto szybciej zarezerwuje lub podjedzie i odbierze. Czasami walka o zdobycz rozgrywa się dopiero przy śmietniku i towarzyszą jej ogromne emocje, czasem członkowie „śmieciarkowej wspólnoty” współpracują ze sobą, przetrzymując innym wymarzone zdobycze, żeby nie zabrał ich serwis sprzątający albo konkurencja.

Pierwszą stronę na Facebooku zatytułowaną „Uwaga, śmieciarkajedzie!” założyła Dominika Szaciłło z Warszawy, która nie mogła znieść myśli, że tyle wspaniałych mebli kończy swój żywot na śmietnikach Saskiej Kępy. Dziś fani mebli z odzysku mają swoje lokalne grupy w każdym większym mieście. Są m.in. w Krakowie, Łodzi, Białymstoku. Lista „śmieciarek regionalnych”

Kim są fani mebli ze śmietnika? Pierwsza grupa, to designerzy, projektanci. Widzą potencjał w wyrzucanych rzeczach i potrafią dać meblom „drugie życie”. Lubią rzeczy, ładne, nietuzinkowe, dobrej jakości. Odremontowany fotel vintage nadaje mieszkaniu inny charakter, niż siedzisko z marketu, dlatego wiedzą, czego szukają i to oni najczęściej wyławiają prawdziwe skarby. Osobną podgrupę stanowią ludzie zajmujący się profesjonalnie odnawianiem mebli i na tym zarabiają. Oryginalne meble z epoki potrafią osiągnąć zawrotne ceny na rynku.

Drugi typ to ekolodzy i „świadomi konsumenci”. Żyją w duchu„zero waste”, starając się marnować jak najmniej. Dla nich recykling mebli ze śmietnika to forma chronienia środowiska naturalnego. Przyświeca im idea, że lepiej się podzielić, coś odnowić i naprawić, zamiast wyrzucać i kupować nowe. To wśród tej grupy najwięcej jest altruistów – osób, które aktywnie fotografują śmietniki i przechowują dla innych przedmioty, „by się nie zmarnowały”.

Trzecia grupa wśród „śmieciarkowiczów” to młode pary albo studenci, którzy nie mają pieniędzy, by urządzić sobie mieszkanie, a nie chcą inwestować w tymczasowy lokal. Ci chętnie przygarniają rzeczy nowsze, bez patyny i niewymagające renowacji. Ostatni typ to artyści, którzy śmietnikowe wystawki wykorzystują jako elementy swoich instalacji czy prac plastycznych.

Oczywiście są też tacy, którzy łączą wszystkie te cechy – chcą żyć ekologicznie, a jednocześnie tęsknią za posiadaniem wyjątkowych rzeczy, lub „hipsterzy”, którzy udekorują mieszkanie jakimś gadżetem ze śmietnika, bo to jest aktualnie modne wśród ich znajomych.

Użytkownicy Facebooka oprócz zdjęć śmietników czy kontenerów zamieszczają na nich fotografie własnych sprzętów, mebli lub czegokolwiek innego, co już nie jest im potrzebne, a chcą oddać. Zawsze obowiązuje jedna zasada – ma to być nieodpłatnie.

A co stoi dziś przy Waszym śmietniku?

ja

© Artykuł jest chroniony prawem autorskim. Wykorzystanie tylko pod warunkiem podania linkującego źródła.

https://www.salon24.pl/u/magazyn/845237,uwaga-smieciarka-jedzie-czyli-kim-sa-fani-mebli-ze-smietnika

 

fot. Facebook/Uwaga Śmieciarka Jedzie

 

Carpe diem – korzystaj z każdego dnia i nie marnuj mijających chwil!

Po obejrzeniu dzisiaj filmu pt. „Krótki pobyt w Szwajcarii” doszłam do wniosku po raz kolejny, że będąc w moim wieku powinnam częściej przytulać się do Męża, a także mówić własnym dzieciom, że je bardzo kocham i wszyscy są dla mnie najważniejsi w moim życiu.

Trzeba się cieszyć swoimi Wnukami i każdym, danym nam dniem, a  budząc się dziękować, że się  obudziliśmy i powitać nowy dzień uśmiechem i nadzieją.

Powinniśmy cieszyć się każdą porą roku i dostrzegać piękno przyrody i natury, oraz kochać świat jaki on by nie był!

Powinniśmy cieszyć się nawet wówczas, kiedy nasze życie jest skromne, ale mimo to mamy,  co włożyć do garnka, oraz mamy z kim zjeść wspólny posiłek, a także celebrować rodzinnie, wszelkie święta i być ze sobą razem, kiedy to jest tylko możliwe.

Piszę o tym dlatego, że film opowiada prawdziwą historię kobiety, która miała dobre życie, bo kochanego męża i trójkę udanych, bardzo dzieci, oraz ukochaną pracę.

Nagle jej mąż zaczyna chorować na nieuleczlaną chorobę pod nazwą PSP, a więc na postępujące porażenie nadjądrowe i z dnia na dzień zaczyna gasnąć, choć kobieta planowała z mężem cudowną emeryturę i tyle mieli planów i marzeń, ale choroba zabrała jej męża i trudno radziła sobie z żałobą.

Widziała ogromne cierpienie swego męża każdego dnia i choć była sama lekarzem, to nic nie mogła dla niego zrobić.

Film oparty jest na faktach i bardzo wzrusza, bo za chwilę ona sama zaczyna chorować dokładnie na tę samą chorbę, której obiawy są jak poniżej:

Wiedząc, co ją czeka planuje samobójstwo na zlecenie na co absolutnie nie zgadzają się jej dzieci, które zobowiązały się być przy niej dzień i noc, aby nie czuła się w chorobie samotna i opuszczona i tu kończę swoją opowieść o filmie, bo ponownie świechna mnie zruga.

Film jest o tym, że nigdy nie znamy dnia, ani godziny kiedy zostaniemy zaatakowani chorbą, a medycyna jest często bezradna.

Powtarzam więc, bo jakże często zapominamy, że najważnjesze jest zdrowie, a nie majątek i pieniądze, a żyć powinniśmy pokornie wobec wszelkiej maści chorób, które tylko czyhają, abyśmy z chorobą przegrali.

PSP – objawy:

  • upośledzenie zdolności wykonywania ruchów (związane zarówno ze spowolnieniem ruchowym, jak i z niestabilnością chodu i ze znacznie zwiększoną skłonnością do upadków)
  • zaburzenia ruchomości gałek ocznych (początkowo niemożność poruszania nimi w pionie, później upośledzenie dotyczy poruszaniami gałkami ocznymi i patrzenia we wszystkich kierunkach)
  • dysfagia (upośledzenie połykania)
  • retrocolitis (dystoniczne pochylenie szyi ku tyłowi)
  • apraksja powiek (poproszeni o uniesienie powiek i otwarcie oczu pacjenci nie są w stanie tego zrobić)
  • dyzartria (zaburzenia mowy)
  • zaburzenia otępienne (spowolnienie myślenia, apatia, spowolnione podejmowanie decyzji)
  • labilność emocjonalna (u pacjentów może pojawiać się np. przymus płaczu, ale i napady śmiechu)
  • wzmożenie napięcia mięśniowego pod postacią sztywności
  • perseweracje słowne

 

Znalezione obrazy dla zapytania krótki pobyt w szwajcarii

Znalezione obrazy dla zapytania krótki pobyt w szwajcarii

Zawieszenie w czasie!

Po pogrzebie Mamy czuję się bardzo dziwnie i sama ze sobą gadam w głowie.

Nagle od dwóch lat zrobiło się tak dużo czasu, tylko dla siebie i muszę na nowo nauczyć się z niego czerpać, tak jak to było przed Mamy chorobą.

Na razie żyję w zawieszeniu ze swoją żałobą i nie biorę się za większe, domowe sprawy, a jedynie gotuję na bieżąco i ogarniam dom bardzo pobieżnie, gdyż chcę pozostać w zgodzie ze sobą i uporać się z wieloma pytaniami, szukając odpowiedzi.

Po pogrzebie wszyscy się rozpiechrzli i wrócili  do swojego życia, do pracy, do codziennych zajęć i tak powinno być.

Ja będąc na emeryturze muszę na nowo budować swój świat i wiem jedno, że w rodzinie powstała ogromna pustka i niczym jej już nie można załatać, a jest to odejście Mamy.

Śpię teraz dużo, bo prawie do 10-tej, bo tak mój organizm potrzebuje i już nie budzę się z lękiem, że muszę być gotowa do opieki nad Mamą.

Mogę sobie pozwolić na lenistwo – np. cały dzień w pidżamie dumając i medytując układając swoje myśli i dzień.

Widzę Mamę w trumnie, ale myślę, że ten stan kiedyś minie i nie będzie mnie ten widok prześladować.

Widzę Ją kiedy patrzę przez okno, a Ona lubiła się przechadzać – taka malutka z berecikiem na głowie, a czasami z laseczką.

Widzę Ją kiedy była jeszcze młodą kobietą i kąpała moją pierworodną, aby mnie tego nauczyć.

Takie obrazy będą się pojawiały we wspomnieniach, bo one nigdy nie odejdą z zamknięciem wieka od trumny.

Obejrzałam więc dzisiaj film polski – sławny film pt. „Kler” i zadałam sobie pytanie, co ten film ma niby zmienić w postrzeganiu draństwa w kościele, bo nie zmieni nic!

Ten film obejrzały miliony Polaków, a mimo to kościół ze swoją pedofilią będzie miał się świetnie!

Oglądałam lepsze filmy o tej tematyce, bo np. film „Wątpliwość” z rewelacyjną aktorką – Meryl Streep. Polecam, bo jest bardzo ambitne kino o trudnym temacie z bardzo dobrymi dialogami.

Przeczytałam też fragment z książki, którą napisała Michelle Obama o tym czasie, kiedy ona i jej mąż wchodzili w politykę i jak wcale im nie było łatwo.

Ogromnie lubię mądre kobiety i jestem pełna dla nich podziwu, a taką mądrą jest Michelle, która niewykluczone będzie się ubiegała o urząd Prezydenta USA, ale to pokaże czas.

Michelle Obama: Barack był pracoholikiem i nie mierzył sił na zamiary.
Tuż po ślubie Michelle chciała robić karierę, a jednocześnie marzyła o roli typowej żony i matki. W tym czasie Barack miał już opinię „wysokiego, sympatycznego pracoholika”, który musiał słono zapłacić za niedotrzymanie jednej umowy.
Dzięki uprzejmości wydawnictwa Agora publikujemy fragment książki Michelle Obamy „Becoming. Moja historia”, która ukaże się w Polsce 13 lutego.

Rozdział 12.

(…)

Po powrocie ze spędzonego w Kalifornii miesiąca miodowego Baracka i mnie czekała zarówno dobra, jak i zła wiadomość. Tą pierwszą był wynik listopadowych wyborów, który zapowiadał falę dobrych zmian. Bill Clinton wygrał ze znaczną przewagą, po zaledwie jednej kadencji odsuwając od władzy prezydenta Busha. Carol Moseley Braun także odniosła zdecydowane zwycięstwo i została pierwszą afroamerykańską senatorką. Baracka szczególnie ucieszyła wieść, że frekwencja okazała się rewelacyjna: sam Project VOTE! zarejestrował ponad sto dziesięć tysięcy nowych wyborców, a szeroko prowadzona kampania na rzecz udziału w wyborach także przyczyniła się do zwiększenia liczby głosujących.

Po raz pierwszy od dekady ponad pół miliona czarnoskórych wyborców z Chicago poszło na wybory i dowiodło, że ma moc zbiorowego wpływania na politykę. Był to jasny komunikat dla prawodawców i przyszłych polityków, w który po śmierci Harolda Washingtona część ludzi, jak się zdawało, przestała wierzyć: głosy Afroamerykanów się liczą. Ignorowanie ich czy lekceważenie ich potrzeb i problemów będzie kosztownym politycznym błędem. Również sama afroamerykańska społeczność otrzymała sygnał, że się liczy, a postęp jest możliwy. Te wydarzenia napawały Baracka otuchą. Choć praca, którą wykonał, była wyczerpująca, nauczył się dzięki niej wiele o złożonym systemie politycznym miasta. Upewnił się też, że posiada zdolności organizacyjne pozwalające mu na podjęcie większych wyzwań. Współpracował z liderami inicjatyw oddolnych, zwykłymi obywatelami i wybranymi urzędnikami, jakimś cudownym sposobem dopinając swego. Kilka gazet odnotowało niezwykły wpływ działań Project VOTE! Dziennikarz z czasopisma „Chicago” opisał Baracka jako „wysokiego, sympatycznego pracoholika”, twierdząc, że pewnego dnia sam powinien wystartować w wyborach, co Barack po prostu zbył wzruszeniem ramion.

Michelle i Barack Obamowie

Źródło: Obama-Robinson Family Archive

Była też jednak zła wiadomość: ten wysoki, sympatyczny pracoholik, którego właśnie poślubiłam, przeoczył termin oddania książki. Tak bardzo pochłonęło go rejestrowanie wyborców, że zdołał złożyć tylko część maszynopisu. Po powrocie do domu agent Baracka poinformował nas, że wydawca unieważnił umowę i Barack musi zwrócić zaliczkę w wysokości czterdziestu tysięcy dolarów.

Jeśli go to przeraziło, nie okazał przede mną paniki. Ja sama wdrażałam się właśnie do nowych obowiązków w ratuszu, które obejmowały znacznie więcej zebrań z zarządem planowania przestrzennego, a mniej pikników z seniorami niż na poprzednim stanowisku. Choć nie pracowałam tak długo jak w kancelarii, codzienny zgiełk sprawiał, że wieczorami byłam wymęczona i niezbyt chętna mierzyć się z problemami w domu. Wolałam raczej nalać sobie lampkę wina, odłączyć zwoje mózgowe i oglądać telewizję na sofie. Jeśli obsesyjne zaangażowanie Baracka w Project VOTE! czegoś mnie nauczyło, to tego, że nie powinnam się martwić kłopotami mojego męża, bo przejmowałam się nimi bardziej niż on sam. O ile mnie chaos pobudzał, o tyle Baracka wręcz rozsadzał. Był niczym żonglujący talerzami cyrkowiec – jeśli robiło się zbyt spokojnie, odbierał to jako sygnał, by zwiększyć tempo. Zorientowałam się, że notorycznie bierze na siebie za dużo zobowiązań i angażuje się w kolejne projekty, nie mierząc sił na zamiary. Zgodził się na przykład zasiąść w zarządzie kilku organizacji non profit i wykładać na część etatu na University of Chicago w nadchodzącym semestrze wiosennym, a jednocześnie planował zatrudnić się w kancelarii w pełnym wymiarze godzin.

Pozostawała jeszcze sprawa książki. Agent zapewniał, że zdoła sprzedać tytuł innemu wydawcy, o ile Barack szybko skończy pierwszą wersję tekstu. Ponieważ jeszcze nie zaczął pracy na uczelni, a kancelaria, która i tak czekała już od roku, by go zatrudnić na pełny etat, zaaprobowała takie rozwiązanie, wymyślił idealny sposób wybrnięcia z kłopotów: będzie pisał w odosobnieniu i z dala od codziennego zgiełku w jakiejś odległej chatce, gdzie zdoła skupić się wyłącznie na jednej sprawie. Był to ekwiwalent całonocnego pisania eseju zaliczeniowego na ostatnią chwilę w koledżu, tyle że ta praca miała mu zająć kilka miesięcy. Zaczął rozwijać tę wizję pewnego wieczora jakieś sześć tygodni po naszym ślubie, po czym spuentował ją wiadomością, że jego matka wyszukała mu idealny domek. Tak naprawdę to już go dla niego wynajęła. Był tani, cichy i stał przy plaży. W Sanurze. Czyli miasteczku na indonezyjskiej wyspie Bali piętnaście tysięcy kilometrów ode mnie.

Źródło: Obama-Robinson Family Archives

To brzmi trochę jak kiepski dowcip, prawda? Co się stanie, gdy samotnik indywidualista ożeni się z towarzyską, kochającą życie rodzinne kobietą, która nie znosi samotności? Odpowiedź brzmi chyba tak samo jak rozwiązanie prawie każdego małżeńskiego problemu, nieważne, kim się jest i jak wyglądają szczegóły, trzeba się jakoś dostosować do sytuacji. Skoro małżeństwo jest na zawsze, to właściwie nic innego nie pozostaje.

I tak na początku 1993 roku Barack poleciał na Bali, by spędzić prawie pięć tygodni sam na sam z własnymi myślami i pracować nad manuskryptem książki Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu. Zapełniał starannym pismem żółte kartki notesów i klarował swoje idee podczas codziennych powolnych spacerów wśród palm i szumu fal. Ja tymczasem zostałam w domu i po dawnemu żyłam nad mieszkaniem matki przy Euclid Avenue, a kolejna ołowiana chicagowska zima lakierowała drzewa i chodniki warstwą lodu. Szukałam sobie zajęć, widywałam się z przyjaciółmi, wieczorami chodziłam na treningi. Podczas regularnych spotkań z ludźmi w pracy i w mieście używałam czasem dziwnego nowego określenia: „mój mąż”. Mój mąż i ja chcielibyśmy kupić dom. Mój mąż jest pisarzem i kończy książkę. Było to dziwne i cudowne. Przywoływało wspomnienie nieobecnego przy mnie człowieka. Bardzo tęskniłam za Barackiem, ale starałam się racjonalnie wyjaśnić sobie tę sytuację. Rozumiałam, że choć dopiero co się pobraliśmy, taka przerwa była chyba najlepszym rozwiązaniem.

Barack zabrał chaos związany z pracą nad książką daleko od domu, aby tam go opanować. Być może zrobił to przez wzgląd na mnie, żeby mi ten bałagan nie przeszkadzał. Musiałam pamiętać, że wyszłam za niesztampowego myśliciela. Radził sobie ze swoimi problemami w najrozsądniejszy i najskuteczniejszy sposób, jaki przyszedł mu do głowy, nawet jeśli z pozoru wyglądało to na tropikalne wakacje czy miesiąc miodowy z samym sobą (jak go nazywałam w momentach szczególnie doskwierającej samotności), na który wybrał się zaraz po miesiącu miodowym ze mną.

Michelle i Barack Obamowie

Źródło: Callie Shell, Aurora Photos

Ty i ja, ty i ja, ty i ja. Uczyliśmy się dostosowywać, na zawsze splatać w jedno trwałe „my”. Nawet jeśli byliśmy tymi samymi ludźmi co dawniej, tą samą parą od lat, obecnie mieliśmy nowe etykietki i musieliśmy sobie poradzić z nową tożsamością. On był moim mężem. Ja – jego żoną. Oznajmiliśmy to sobie nawzajem i całemu światu w kościele. Wydawało się, że zakres naszych zobowiązań wobec siebie wzrósł.

Dla wielu osób, w tym dla mnie, słowo „żona” nie jest czymś błahym. Ma historyczne konotacje. W oczach ludzi dorastających jak ja w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych żony jawiły się jako pewien gatunek białych kobiet z telewizyjnych sitcomów – radosnych, ufryzowanych i spiętych gorsetem. Siedziały w domu, rozpieszczały dzieci i zawsze miały na kuchence naszykowany obiad. Czasem nalewały sobie sherry albo flirtowały ze sprzedawcą odkurzaczy, ale na tym wszelkie podniety się kończyły. Na ironię zakrawał fakt, że oglądałam te programy w naszym salonie przy Euclid Avenue, gdy moja pracująca w domu matka bez słowa skargi przygotowywała kolację, a gładko ogolony ojciec odpoczywał po dniu pracy. Związek moich rodziców był równie tradycyjny jak te w telewizji. Barack żartuje sobie nawet czasem, że moja rodzina przypominała czarną wersję Leave It to Beaver, serialu o idealnej amerykańskiej rodzinie, z udziałem Robinsonów z South Side, równie statecznych i nieskazitelnych co telewizyjni Cleaverowie z Mayfield, choć, rzecz jasna, biedniejszych – niebieski kombinezon miejskiego pracownika, mojego ojca, zastępował tu garnitur pana Cleavera. Barack robił to porównanie z nutką zazdrości w głosie, ponieważ jego dzieciństwo przebiegało zupełnie inaczej, aczkolwiek także stało w kontrze do głęboko zakorzenionych stereotypów na temat Afroamerykanów, którzy ponoć mieszkają głównie w rozbitych rodzinach i nie są zdolni do realizacji typowych dla klasy średniej marzeń o stabilnym życiu spełnianych przez naszych białych sąsiadów.

Ja sama w dzieciństwie wolałam The Mary Tyler Moore Show i z fascynacją pochłaniałam wszystkie odcinki. Mary miała pracę, modne ciuchy i świetne włosy. Była niezależna, zabawna i w przeciwieństwie do innych pań z telewizji mierzyła się z ciekawymi problemami. Prowadziła rozmowy, które nie dotyczyły dzieci czy domu. Nie pozwalała Lou Grantowi sobie rozkazywać i nie miała obsesji na punkcie znalezienia męża. Emanowała z niej młodzieńcza werwa, choć zarazem była dojrzała. W czasach na długo przed internetem, kiedy świat prezentowano nam prawie wyłącznie za pośrednictwem telewizji, takie sprawy miały znaczenie. Dla inteligentnej dziewczyny o kiełkującym przekonaniu, że nie chce ograniczyć się do roli pani domu, Mary Tyler Moore była boginią.

Michelle i Barack Obamowie

Źródło: Official White House Photo by Chuck Kennedy

A teraz, w wieku dwudziestu dziewięciu lat, żyłam w tym samym mieszkaniu, w którym wtedy oglądałam telewizję i jadłam posiłki przygotowane przez cierpliwą, bezinteresowną Marian Robinson. Dostałam bardzo wiele – wykształcenie, poczucie własnej wartości, arsenał ambicji – i zdawałam sobie sprawę, że to głównie zasługa matki. Nauczyła mnie czytać, nim poszłam do zerówki, pomagała mi literować słowa ze stron książeczek Dick and Jane, kiedy siedziałam skulona niczym kocię na jej kolanach w bibliotece. Gotowała nam pełnowartościowe posiłki, domagając się, byśmy zjedli brukselkę i brokuły. Uszyła mi nawet suknię na bal maturalny, na litość boską! Obdarowywała nas nieustannie i wszystko nam oddała. Własną tożsamość zbudowała wokół rodziny. Dziś już rozumiałam, że godziny spędzone na opiece nade mną i Craigiem były godzinami, których nie poświęciła sobie.

Jednak za wspaniałe dary, które otrzymałam w życiu, płaciłam teraz cenę, jaką był komfort psychiczny. Wychowano mnie tak, bym była pewna siebie, nie uznawała żadnych granic i wierzyła, że mogę osiągnąć dosłownie wszystko, czego zapragnę. A pragnęłam wszystkiego. Bo, mówiąc słowami Suzanne, czemu nie? Chciałam żyć wystrzałowo i robić karierę jak Mary Tyler Moore, a jednocześnie skłaniałam się ku ustabilizowanej, pełnej poświęceń i na pozór bezbarwnej roli typowej żony i matki. Chciałam mieć zarówno życie rodzinne, jak i zawodowe, lecz zarazem jakoś sprawić, by jedno nie stłamsiło drugiego. Miałam nadzieję, że pójdę w ślady matki, a zarazem, że będę od niej zupełnie różna. Samo rozważanie tych spraw było dziwne i mieszało
mi w głowie. Czy mogę mieć wszystko? Czy faktycznie tego chcę? Nie miałam pojęcia.

(…)

Powyższy fragment pochodzi z książki Michelle Obamy „Becoming” (wyd. Agora), która ukaże się w Polsce 13 lutego.

Źródło: Materiały prasowe

Moja Mama odeszła!

 

Obraz może zawierać: 3 osoby, uśmiechnięci ludzie, ludzie siedzą i w budynku

Przez 85 lat moja Mama nie chorowała poważnie nie licząc zapalenia wyrostka robaczkowego i długo po tym, poważnej infekcji układu moczowego.

W młodszym wieku miała operację tarczycy i to chyba wszystko, co związane było ze służbą zdrowia.

Serce jak dzwon!

Myślała, że jest mocna i niezniszczalna, bo w zasadzie taka była, aż zjawił się rak -niespodziewanie.

Do końca, nawet leżąc już w łóżku broniła się z całych sił przed śmiercią i wciąż myślała, że się jej nie da i ona Jej nie pokona, bo przecież tyle razy dała radę.

Będąc już w agonii nagle się podniosła i złapała moją Córkę za sweter, aby dać kolejny raz sprzeciw zbliżającej się śmierci.

Nie chciała odchodzić za żadne skarby i tak bardzo się tego bała, że pielęgniarka widząc jej proces odchodzenia powiedziała, że czegoś takiego nigdy w swojej pracy nie widziała.

Zawsze czułam, że Ona odejdzie w jakąś ważną datę dla rodziny, albo w jakieś ważne święta w kalendarzu.

Była chora i myślałam, że może odejdzie w Wigilię, a potem, że może w Nowy Rok.

Potem, że może w swoje urodziny, albo w moją rocznicę ślubu, ale nie!

Odeszła w urodziny mojej Wnusi, bo tak zawsze pilnowała dat, aby nie zapomnieć o nikim i zrobić choć malutki prezent ze swojej niewielkiej emerytury.

Te ostatnie dwa lata Jej choroby upłynęły mi dosłownie na „pstyk” i nawet nie wiem kiedy dosłownie.

Wszystkie dni zlały się w jakąś całość, tak jakby w jeden dzień i nie pamięta się, co było przedtem i ile razy odgrzewało się dla Niej obiad i ile razy podało pić, zmieniło się pampersa.

Stanęłam tak dziś nad Nią, kiedy już nic nie czuła i się zapadłam w sobie, bo zdałam sobie sprawę z tego, że już nigdy nie zaniosę Jej  ulubionego rosołu!

Wiem jedno, bo siebie znam, że będę pamiętała tę chwilę, kiedy stało się, że już nigdy  nie porozmawiamy o polityce, którą się interesowałaś żywo i nigdy już nie zjesz mojej galarety,  którą chwaliłaś.

Zawsze Ciebie kochałam, choć obie byłyśmy oszczędne w wynurzeniach, bo słowo kocham prawie nie padało z żadnej ze strony.

Przez te dwa lata przeczołgałaś nas wszystkich i wystawiłaś na próbę i nas bardzo zmęczyłaś i do końca swojego życia będę się zastanawiała po co?

Koniec, finito i jakoś trzeba się pozbierać i jakoś trzeba żyć dalej, choć wiem, że nie jeden raz z policzka spłynie łza.

Żegnam Ciebie moja ukochana Mamo!

 

 

Mama czekała na wiatr, co rozgoni

Ciemne skłębione zasłony

Stanęła dzisiaj na „RAZ!”

Z Bogiem – twarzą w twarz. 

11.50 / 01.02.2019 [*]

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, niebo, drzewo, roślina i na zewnątrz

Śmierć jest wybawieniem!

Kto mnie czyta, to wie, że mamy chorą Mamę na raka i ten zrozumie skąd u mnie na blogu poniższy tekst – zresztą bardzo mądry, znaleziony w sieci!

25 miesięcy minęło właśnie od diagnozy rak  i oto dziś nasza Mama już nic nie rozumie, co się w koło Niej dzieje. Nie reaguje na żadne bodźce i zdaje się, że oto jest w agonii.

Nigdy nie byłam świadkiem odchodzenia, a dziś widziałam ten moment w oczach mojej Mamy i zdaje się, że to kwestia kilku godzin, kiedy Mama nas opuści.

Jakie to przykre, że nagle przestaje reagować i jest w swoim, własnym świecie, do którego my żyjący już nie możemy wejść.

Artykuł znaleziony w sieci sprawił, że sama już wiekowa, zrozumiałam, że śmierć jest wybawieniem od doczesnych trosk i problemów, oraz choroby.

Nie wiem po co ludzie tak ze sobą walczą, kłócą się, nienawidzą, walczą o pieniądze, o luksusy, oszczędzają, kiedy wszystko kiedyś się sprowadzi do jednego – do śmierci i to jest nieuniknione.

Nikomu nie zapłacimy, aby żyć dłużej, bo pani  ‚Śmierć” rozdaje wszystkim po równo, choć często niesprawiedliwie. Taka ona jest!

Nagle kończy się to wszystko i zamyka w słowach – odejście z tego świata!

Jest to smutne dla tych, którzy żyją, ale jest wybawieniem dla chorego, leżącego kilkanaście miesięcy w łóżku.

Przeczytajcie poniższy artykuł, bardzo mądry i rozważny, a ja po jego przeczytaniu nie boję się śmieci!

Nie płaczę, że Mama odchodzi, bo jestem piekielnie zmęczona codzienną opieką i padam na pysk.

Z pewnością emocje straty się pojawią, ale to nastąp,i kiedy Mama spocznie w zimnej ziemi!

Znalezione obrazy dla zapytania śmierć

– Człowiek w trumnie powinien wyglądać jak… – młoda dziewczyna opowiada o pracy ze zmarłymi.

Boi się pani zmarłych? Agnieszka Sieluk: – Żywych trzeba się bać, bo zmarły nikomu krzywdy nie zrobi. Ale wierzę w duchy. Na razie jednak żadnego nie spotkałam, choć codziennie chodzę po ciemku przez cmentarz.

6.30, jeszcze ciemno. Agnieszka wysiada z pociągu. Do Zielonej Góry jechała z Bytnicy. Żeby dotrzeć na czas, jak zwykle wstała o 4.00. Po drodze rozmyślała o ojcu. Ma 52 lata i jest ciężko chory. Agnieszka wie, że ratunku nie ma i że któregoś dnia odejdzie. Na TAMTĄ STRONĘ. Już do tej myśli przywykła. Zresztą o śmierci rozmawiali nieraz. Agnieszka wie, że ojca pochowa bez butów. Bo takie jest jego życzenie. Wcale nie dziwne. W życiu najbardziej uwierały go buty, więc na TAMTĄ STRONĘ chce przejść boso.

Przed 7.00, ciągle ciemno. Agnieszka przechodzi wzdłuż grobów. Większość tonie w białym puchu, na niektórych palą się znicze… Na nowym cmentarzu drzew niewiele, więc groby leżą jak na dłoni. Kilka chwil później, Agnieszka już w swoim „gabinecie”.

Biurko stoi w sali między chłodnią a miejscem przygotowań. Wszystko tu metalowe i srebrzyste: szafki, stoły… – Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła przeprowadzać sekcje zwłok – pokazuje na stół, który stoi koło biurka i wygląda jak sito. W sali przygotowań w foliowym worku ktoś już na Agnieszkę czeka. To kobieta, która zmarła ze starości. Wychudzona, w bawełnianej koszuli, pampersach. Ma zamknięte oczy i otwarte usta. – Spokojną miała śmierć, choć na pewno cierpiała z bólu, bo musiała chorować… – Agnieszka zakłada fartuch i gumowe rękawiczki. Bierze na ręce drobną kobietę i przekłada na stół. Rozbiera, pod głowę kładzie wałek, odkręca wodę, obmywa ciało, myje włosy..

  • Nie boi się pani zmarłych? – A dlaczego? To żywych trzeba się bać, bo zmarły przecież krzywdy żadnej mi nie zrobi. Ja ich w pewnym sensie przywracam nawet do życia. Bo człowiek w trumnie powinien wyglądać tak, jakby przed chwilą zasnął. I jakby za chwilę chciał wstać i coś powiedzieć. Sport mnie zahartował Agnieszka ma 21 lat, 180 cm wzrostu i kasztanowe włosy. Jest ładna, serdeczna i przyjazna. Dużo ciepła z niej bije i dużo mądrości. W miejskim zakładzie pogrzebowym pracuje przy zmarłych od półtora roku. W Gorzowie skończyła kurs tanatokosmetyki, czyli pośmiertnej toalety. To tam pierwszy raz w życiu ubrała i umalowała kobietę. I tam doszła do wniosku, że ta praca jej odpowiada. – Miałam świetnych nauczycieli – podkreśla. Dwa miesiące temu skończyła we Wrocławiu kurs techniki sekcji zwłok. Wydała na to majątek. Taki kurs zrobiło w Polsce zaledwie kilka kobiet.

  • Ja pani nie rozumiem. Taka młoda i zamiast garnąć się do życia, obcuje ze zmarłymi. To coś nienormalnego… – Ależ ja kocham życie! Za kilka miesięcy wychodzę za mąż! Jestem optymistką, lubię żartować, cały świat widzę w kolorach i z każdej złej sytuacji zawsze wyciągnę coś dobrego. Na co dzień chodzę w sukienkach, zakładam szpilki, lubię nosić tipsy… A obcowanie ze zmarłymi to moja praca. Taka, jak każda inna. – No, przepraszam, ale co w tej pracy może być fascynującego? – Powiem inaczej: od dawna fascynuje mnie kryminalistyka. Myślałam o tym już w ogólniaku w Sulęcinie. Moim marzeniem jest praca w policji kryminalnej. A tam wiadomo, ze zmarłymi ma się do czynienia często. Pomyślałam, że zanim podejmę ostateczną decyzję, najpierw ten kontakt muszę doświadczyć na własnej skórze. I teraz już wiem, że w kryminalnej mogę pracować, bo zmarli mnie nie przerażają.

  • Skąd w pani tyle życiowej mądrości, tyle dojrzałości… – Sport mnie zahartował. Już w podstawówce zaczęłam trenować pchnięcie kulą i rzut młotem w klubie Ilno Torzym. Dwa razy byłam mistrzynią Polski młodzików w kuli, raz wicemistrzynią, dwa razy zdobywałam srebrny medal w młocie… Trzy lata temu w wypadku samochodowym zginął mój trener Ryszard Pluta, wtedy zostawiłam sport. Łamanie kości to stereotyp Agnieszka przekłada staruszkę na drugi stół. Ręcznikiem wyciera ciało, suszarką suszy włosy… Z torby wyjmuje brązową garsonkę, białą bluzkę, czarne buty, rajstopy… Ubranie dostarczyła rodzina. Teraz Agnieszka będzie szykowała kobietę do trumny. – I będzie pani łamała zmarłej ręce? – Zaraz się pani przekona… No i sama pani widzi, że łamanie kości to stereotyp. Ręce i palce bez problemu się zginają. O, proszę…

Agnieszka wkłada staruszce majtki, rajstopy, potem bluzkę, spódnicę… – A wychyliła pani łyk koniaku, przed tym… no… hm… wie pani, o czym myślę… – Przecież pani widziała, że nie. To kolejny stereotyp. Może kiedyś, jacyś niezrównoważeni i mało odporni prosektorzy musieli sobie chlapnąć. Dziś czasy się zmieniły. Zresztą rozmawiałam z ludźmi, którzy pracowali przy zwłokach. Przez 26 lat nie złamali zmarłym żadnej kości, nie pili… Szybko, bez bólu Starsza pani już ubrana. Garsonka o wiele za duża, bo choroba i śmierć zabrały kilogramy. Agnieszka podpina, co trzeba, by zmarła wyglądała ładnie.

  • Co by pani w niej zmieniła? – Ubranie. Powinna mieć jaśniejszą garsonkę i jasne buty. Ale może za życia lubiła brąz? Ja w ogóle na temat ubioru mam rewolucyjne poglądy. Jeśli mężczyzna za życia nie cierpiał garniturów, a lubił dresy, to dlaczego na TAMTĄ STORNĘ ma iść pod krawatem? Przecież będzie się męczył. Albo kobieta: jeśli ubierała się ekstrawagancko, to pozwólmy, by na tej ostatniej drodze też tak wyglądała… Człowieka powinniśmy pamiętać takiego, jakim był za życia. Kto wie, może nasza dusza ubrana jest w to, w czym chodzimy na co dzień? – Już słyszę głosy oburzenia: jak można pochować ojca w dresach, syna w dżinsach, czy matkę w lamparcich leginsach i wysokich szpilkach?! Co by na to ludzie powiedzieli?! – Ludzie powinni przychodzić na pogrzeb, by pożegnać się ze zmarłym, a nie plotkować. A rodzina powinna być ponad krytykę innych. – Jak pani chciałaby zostać pochowana? – W różowej sukience, bo uwielbiam ten kolor, w butach na obcasie i z tipsami. No i koniecznie trzeba przykryć mnie kołdrą, bo jestem zmarźlukiem.

  • Boi się pani śmierci? – Nie. To jedyna sprawiedliwość, bo dotyka każdego z nas. – A jak chciałaby pani umrzeć? – Szybko. Bez bólu. Bo nie ma nic gorszego niż cierpienie. Zwłaszcza cierpienie osoby bliskiej, którą zna się całe życie… Widzę, jak mój tato się męczy, i to boli. Widzę też, że męczy się ze świadomością, że kiedyś mógł wokół siebie robić wszystko sam, a dziś my koło niego chodzimy. I on z tego powodu też cierpi. Dlatego nie chciałabym być ciężarem dla nikogo. – Popiera pani eutanazję? – Tak. I chciałabym odejść na własne życzenie, gdybym bardzo cierpiała. I to powinna być wyłącznie moja decyzja. Ja to nazywam ulżenie człowiekowi w cierpieniu, bo od cierpienia nie ma nic gorszego. Życie się nie zatrzymuje Agnieszka wyjmuje z szafy kosmetyki: biały puder, podkład w kremie, tusz do rzęs, szminkę, pędzelki… Lakier do paznokci zostawia na półce. – Bo ta pani chyba paznokci nie malowała – bierze w dłoń zimną dłoń staruszki, przygląda się palcom. – No i obcinać paznokci też nie muszę, bo zadbane.

Teraz zamyka staruszce usta. Igłę z nitką wbija pod brodę i prowadzi do nosa. Jeden szew i usta zamknięte. Wcześniej wypełnia je specjalną wkładką. Żeby po TAMTEJ STRONIE policzki nie były zapadnięte. Skóra miękka, woskowa, daje się łatwo uformować. Maluje zmarłej rzęsy, brwi, na policzki nakłada róż… – To straszne, że z człowieka nic nie zostaje… – Ja to nic? Zostaje po człowieku to, co on po sobie zostawił w życiu, na przykład dzieci. – Ale ja nie o tym… – Śmierć to podsumowanie całego życia. I jak obserwuję tych zmarłych, to wiem, że każda śmierć jest inna. Bo każdy odchodzi inaczej. Ale staram się tego nie roztrząsać, bo to są osobiste sprawy zmarłych. Dla mnie nie jest ważne, czy ubieram bezdomnego, milionera, czy mordercę. Bardzo szanuję zmarłych i nie wnikam w ich przeszłość. Nie oceniam ich, bo zrobi to ktoś na górze.

  • Myśli pani, że na górze też jest życie? – Jest. Inne. Myślę, że TAM jest spokój, niekoniecznie cisza… Że po drugiej stronie już nic nie boli. Myślę, że życie się nie zatrzymuje. Że trwa dalej. – Pani chciałaby żyć wiecznie? – Nie. Śmierć nie jest taka zła… Nauczyłam się tu pokory. Pokory wobec życia. Śmieszy mnie wyścig szczurów, pęd za sukcesem, za kasą. Owszem, kasa jest potrzebna, ale człowiek zaczyna się gubić, nie zauważa tej cienkiej czerwonej linii. Nie ma czasu dla bliskich, a potem jest już za późno. Dlatego ja zawsze mam czas. Dlatego uważam, że w życiu ważne jest tylko jedno: żeby być dobrym człowiekiem. Bo przecież i tak wszyscy tu trafimy. *** Starsza pani już gotowa na swoją ostatnią drogę. Agnieszka przekłada ją do trumny. Robi to zwinnie, bo kobieta jest krucha. Poprawia podgłówek, splata zmarłej dłonie, wygładza garsonkę… Kobieta śpi. Za dwie godziny spocznie w ziemi.

Czytaj więcej: https://gazetalubuska.pl/czlowiek-w-trumnie-powinien-wygladac-jak-mloda-dziewczyna-opowiada-o-pracy-ze-zmarlymi/ar/7831603

Mam dość!

 

Znalezione obrazy dla zapytania śmierć

Mam dość i piszę to w swoim imieniu, bo chora Mama leży w łóżku już dwa lata w domu mojej Siostry.

Dochodzę i włączam się w opiekę, bo chora Mama tego wymaga.

Wymaga opieki całodobowej i 6 listopada minie dokładnie dwa lata od diagnozy – rak wątroby, który spowodował, że zmarniała i wychudła, ale wciąż żyje.

Mam wrażenie, że jest wieczna jak Lenin i nie ma zamiaru umierać.

Obie z Siostrą utraciłyśmy swoje, własne życie, bo wszystko jest podporządkowane Mamie.

W ciągu tych dwóch lat, chyba z sześć razy wydawało się nam, że oto nastąpi Jej koniec i przyjdzie nasze wybawienie, ale nie!

Ożywała za każdym razem i wracała do nas, co już nie raz pisałam, że jest jakimś cudem w świecie medycyny.

Umierała, tak się nam wydawało pod koniec października i myślałam, że 1 listopada nastąpi koniec Jej wędrówki.

Nie umarała i dziś ponownie kazała mi przełączyć telewizor na swoje ulubione, które uwielbia „Koło fortuny”.

Aby zaprowadzić Ją do WC, trzeba Ją z całych sił ściągać z łóżka, aby zmienić Jej pampersa i Ona wciąż tego pilnuje.

Doprawdy nie wiem skąd w Niej tyle sił i silnej woli, aby tylko grubszej sprawy nie zrobić w pampersa.

Dziś z ledwością prowadziłam Ją do WC, aż w końcu poddała się i kazała mi zmienić pieluchę w przedpokoju, bo nie miała sił dojść do WC.

Jest taki dzień, że podsypia, a drugi jest taki, że jest na czuwaniu choć już nie wiele rozumie z tego wszystkiego, co się wokół dzieje.

Cholernie przykro się na to patrzy i najgorsze jest to, że nikt nie wie, kiedy ten koniec nastąpi.

Dwa lata ciągłego doglądania, podawania leków, karmienia, nawadniania skutecznie zabiło w nas współczucie.

Bywa tak, że Mama coś tam bredzi i widzi jakiś ludzi w telewizji, którzy do Niej coś mówią.

Ja wiem, że jest w tej chorobie taka dzielna, ale jak napisałam na wstępie – mam dość!

Myślę, że i Siostra ma dość, która wciąż pracuje i wybrała wszelkie wolne dni, jakie się Jej należały.

Obie jesteśmy starszymi kobietami, które mają swoje jednostki chorobowe i z ledwością ciągniemy ten wózek.

Siostra kąpie Mamę, bo ja się tego boję robić, a także załatwia wszelkie sprawy z receptami i zakupem leków, oraz pampersów.

Utraciłyśmy swoje, prywatne życie, ale żadna z nas nie miała zapędów, aby Mamę oddać do hospicjum.

Obie czujemy się wykończone, zmęczone, umordowane, a Mama nie ma zamiaru umierać i jeden Bóg chyba wie, kiedy nas wybawi od tej udręki i wielkiego obciążenia fizycznego i psychicznego.

Obie jesteśmy blisko depresji i obie mamy szczerze dość!

Może ktoś na mnie nakrzyczy, że jestem wyrodną córką, ale pragnę na tę chwilę, aby Mama odeszła w końcu i oddała nam nasze życie, bo obie mamy mężów, dzieci i wnuki i to z tego powinnyśmy się cieszyć.

Kolega mojego Męża, który zmarł parę dni temu i opiekował się swoim, chorym Ojcem.

Mył go, zmieniał pampery i po prostu był z nim w chorobie i kiedy ojciec umarł, to on umarł na zawał za chwilę, bo tak był umęczony!

Boję się, że ten scenariusz może się powtórzyć w mojej Rodzinie, bo męka z chorą Mamą nas wyniszcza.

Brutalne będą jeszcze te słowa, które chcę napisać na swoim blogu, który mi pomaga przetrwać, bo się wygadam.

Mama odchodzi i kompletnie bez pożegnania, wspominania i nie ma tu żadnych słów – kocham cię, kochałam, jestem z ciebie dumna.

Przez dwa lata usłyszałam tylko, że jestem dobrą dziewczyną!

Muszę z tym jakoś żyć!

Czy warto analizować? Chyba nie i po śmierci Mamy należy szybko wrócić do swojego życia, którego tak niewiele mi zostało!

Przez dwa lata nigdzie nie byłam i niczego nie zobaczyłam, a dźwięk telefonu wprawia mnie w drżenie serca i powoduje arytmię ze strachu!