Archiwa tagu: śmierć

Śmierć jest wybawieniem!

Kto mnie czyta, to wie, że mamy chorą Mamę na raka i ten zrozumie skąd u mnie na blogu poniższy tekst – zresztą bardzo mądry, znaleziony w sieci!

25 miesięcy minęło właśnie od diagnozy rak  i oto dziś nasza Mama już nic nie rozumie, co się w koło Niej dzieje. Nie reaguje na żadne bodźce i zdaje się, że oto jest w agonii.

Nigdy nie byłam świadkiem odchodzenia, a dziś widziałam ten moment w oczach mojej Mamy i zdaje się, że to kwestia kilku godzin, kiedy Mama nas opuści.

Jakie to przykre, że nagle przestaje reagować i jest w swoim, własnym świecie, do którego my żyjący już nie możemy wejść.

Artykuł znaleziony w sieci sprawił, że sama już wiekowa, zrozumiałam, że śmierć jest wybawieniem od doczesnych trosk i problemów, oraz choroby.

Nie wiem po co ludzie tak ze sobą walczą, kłócą się, nienawidzą, walczą o pieniądze, o luksusy, oszczędzają, kiedy wszystko kiedyś się sprowadzi do jednego – do śmierci i to jest nieuniknione.

Nikomu nie zapłacimy, aby żyć dłużej, bo pani  ‚Śmierć” rozdaje wszystkim po równo, choć często niesprawiedliwie. Taka ona jest!

Nagle kończy się to wszystko i zamyka w słowach – odejście z tego świata!

Jest to smutne dla tych, którzy żyją, ale jest wybawieniem dla chorego, leżącego kilkanaście miesięcy w łóżku.

Przeczytajcie poniższy artykuł, bardzo mądry i rozważny, a ja po jego przeczytaniu nie boję się śmieci!

Nie płaczę, że Mama odchodzi, bo jestem piekielnie zmęczona codzienną opieką i padam na pysk.

Z pewnością emocje straty się pojawią, ale to nastąp,i kiedy Mama spocznie w zimnej ziemi!

Znalezione obrazy dla zapytania śmierć

– Człowiek w trumnie powinien wyglądać jak… – młoda dziewczyna opowiada o pracy ze zmarłymi.

Boi się pani zmarłych? Agnieszka Sieluk: – Żywych trzeba się bać, bo zmarły nikomu krzywdy nie zrobi. Ale wierzę w duchy. Na razie jednak żadnego nie spotkałam, choć codziennie chodzę po ciemku przez cmentarz.

6.30, jeszcze ciemno. Agnieszka wysiada z pociągu. Do Zielonej Góry jechała z Bytnicy. Żeby dotrzeć na czas, jak zwykle wstała o 4.00. Po drodze rozmyślała o ojcu. Ma 52 lata i jest ciężko chory. Agnieszka wie, że ratunku nie ma i że któregoś dnia odejdzie. Na TAMTĄ STRONĘ. Już do tej myśli przywykła. Zresztą o śmierci rozmawiali nieraz. Agnieszka wie, że ojca pochowa bez butów. Bo takie jest jego życzenie. Wcale nie dziwne. W życiu najbardziej uwierały go buty, więc na TAMTĄ STRONĘ chce przejść boso.

Przed 7.00, ciągle ciemno. Agnieszka przechodzi wzdłuż grobów. Większość tonie w białym puchu, na niektórych palą się znicze… Na nowym cmentarzu drzew niewiele, więc groby leżą jak na dłoni. Kilka chwil później, Agnieszka już w swoim „gabinecie”.

Biurko stoi w sali między chłodnią a miejscem przygotowań. Wszystko tu metalowe i srebrzyste: szafki, stoły… – Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła przeprowadzać sekcje zwłok – pokazuje na stół, który stoi koło biurka i wygląda jak sito. W sali przygotowań w foliowym worku ktoś już na Agnieszkę czeka. To kobieta, która zmarła ze starości. Wychudzona, w bawełnianej koszuli, pampersach. Ma zamknięte oczy i otwarte usta. – Spokojną miała śmierć, choć na pewno cierpiała z bólu, bo musiała chorować… – Agnieszka zakłada fartuch i gumowe rękawiczki. Bierze na ręce drobną kobietę i przekłada na stół. Rozbiera, pod głowę kładzie wałek, odkręca wodę, obmywa ciało, myje włosy..

  • Nie boi się pani zmarłych? – A dlaczego? To żywych trzeba się bać, bo zmarły przecież krzywdy żadnej mi nie zrobi. Ja ich w pewnym sensie przywracam nawet do życia. Bo człowiek w trumnie powinien wyglądać tak, jakby przed chwilą zasnął. I jakby za chwilę chciał wstać i coś powiedzieć. Sport mnie zahartował Agnieszka ma 21 lat, 180 cm wzrostu i kasztanowe włosy. Jest ładna, serdeczna i przyjazna. Dużo ciepła z niej bije i dużo mądrości. W miejskim zakładzie pogrzebowym pracuje przy zmarłych od półtora roku. W Gorzowie skończyła kurs tanatokosmetyki, czyli pośmiertnej toalety. To tam pierwszy raz w życiu ubrała i umalowała kobietę. I tam doszła do wniosku, że ta praca jej odpowiada. – Miałam świetnych nauczycieli – podkreśla. Dwa miesiące temu skończyła we Wrocławiu kurs techniki sekcji zwłok. Wydała na to majątek. Taki kurs zrobiło w Polsce zaledwie kilka kobiet.

  • Ja pani nie rozumiem. Taka młoda i zamiast garnąć się do życia, obcuje ze zmarłymi. To coś nienormalnego… – Ależ ja kocham życie! Za kilka miesięcy wychodzę za mąż! Jestem optymistką, lubię żartować, cały świat widzę w kolorach i z każdej złej sytuacji zawsze wyciągnę coś dobrego. Na co dzień chodzę w sukienkach, zakładam szpilki, lubię nosić tipsy… A obcowanie ze zmarłymi to moja praca. Taka, jak każda inna. – No, przepraszam, ale co w tej pracy może być fascynującego? – Powiem inaczej: od dawna fascynuje mnie kryminalistyka. Myślałam o tym już w ogólniaku w Sulęcinie. Moim marzeniem jest praca w policji kryminalnej. A tam wiadomo, ze zmarłymi ma się do czynienia często. Pomyślałam, że zanim podejmę ostateczną decyzję, najpierw ten kontakt muszę doświadczyć na własnej skórze. I teraz już wiem, że w kryminalnej mogę pracować, bo zmarli mnie nie przerażają.

  • Skąd w pani tyle życiowej mądrości, tyle dojrzałości… – Sport mnie zahartował. Już w podstawówce zaczęłam trenować pchnięcie kulą i rzut młotem w klubie Ilno Torzym. Dwa razy byłam mistrzynią Polski młodzików w kuli, raz wicemistrzynią, dwa razy zdobywałam srebrny medal w młocie… Trzy lata temu w wypadku samochodowym zginął mój trener Ryszard Pluta, wtedy zostawiłam sport. Łamanie kości to stereotyp Agnieszka przekłada staruszkę na drugi stół. Ręcznikiem wyciera ciało, suszarką suszy włosy… Z torby wyjmuje brązową garsonkę, białą bluzkę, czarne buty, rajstopy… Ubranie dostarczyła rodzina. Teraz Agnieszka będzie szykowała kobietę do trumny. – I będzie pani łamała zmarłej ręce? – Zaraz się pani przekona… No i sama pani widzi, że łamanie kości to stereotyp. Ręce i palce bez problemu się zginają. O, proszę…

Agnieszka wkłada staruszce majtki, rajstopy, potem bluzkę, spódnicę… – A wychyliła pani łyk koniaku, przed tym… no… hm… wie pani, o czym myślę… – Przecież pani widziała, że nie. To kolejny stereotyp. Może kiedyś, jacyś niezrównoważeni i mało odporni prosektorzy musieli sobie chlapnąć. Dziś czasy się zmieniły. Zresztą rozmawiałam z ludźmi, którzy pracowali przy zwłokach. Przez 26 lat nie złamali zmarłym żadnej kości, nie pili… Szybko, bez bólu Starsza pani już ubrana. Garsonka o wiele za duża, bo choroba i śmierć zabrały kilogramy. Agnieszka podpina, co trzeba, by zmarła wyglądała ładnie.

  • Co by pani w niej zmieniła? – Ubranie. Powinna mieć jaśniejszą garsonkę i jasne buty. Ale może za życia lubiła brąz? Ja w ogóle na temat ubioru mam rewolucyjne poglądy. Jeśli mężczyzna za życia nie cierpiał garniturów, a lubił dresy, to dlaczego na TAMTĄ STORNĘ ma iść pod krawatem? Przecież będzie się męczył. Albo kobieta: jeśli ubierała się ekstrawagancko, to pozwólmy, by na tej ostatniej drodze też tak wyglądała… Człowieka powinniśmy pamiętać takiego, jakim był za życia. Kto wie, może nasza dusza ubrana jest w to, w czym chodzimy na co dzień? – Już słyszę głosy oburzenia: jak można pochować ojca w dresach, syna w dżinsach, czy matkę w lamparcich leginsach i wysokich szpilkach?! Co by na to ludzie powiedzieli?! – Ludzie powinni przychodzić na pogrzeb, by pożegnać się ze zmarłym, a nie plotkować. A rodzina powinna być ponad krytykę innych. – Jak pani chciałaby zostać pochowana? – W różowej sukience, bo uwielbiam ten kolor, w butach na obcasie i z tipsami. No i koniecznie trzeba przykryć mnie kołdrą, bo jestem zmarźlukiem.

  • Boi się pani śmierci? – Nie. To jedyna sprawiedliwość, bo dotyka każdego z nas. – A jak chciałaby pani umrzeć? – Szybko. Bez bólu. Bo nie ma nic gorszego niż cierpienie. Zwłaszcza cierpienie osoby bliskiej, którą zna się całe życie… Widzę, jak mój tato się męczy, i to boli. Widzę też, że męczy się ze świadomością, że kiedyś mógł wokół siebie robić wszystko sam, a dziś my koło niego chodzimy. I on z tego powodu też cierpi. Dlatego nie chciałabym być ciężarem dla nikogo. – Popiera pani eutanazję? – Tak. I chciałabym odejść na własne życzenie, gdybym bardzo cierpiała. I to powinna być wyłącznie moja decyzja. Ja to nazywam ulżenie człowiekowi w cierpieniu, bo od cierpienia nie ma nic gorszego. Życie się nie zatrzymuje Agnieszka wyjmuje z szafy kosmetyki: biały puder, podkład w kremie, tusz do rzęs, szminkę, pędzelki… Lakier do paznokci zostawia na półce. – Bo ta pani chyba paznokci nie malowała – bierze w dłoń zimną dłoń staruszki, przygląda się palcom. – No i obcinać paznokci też nie muszę, bo zadbane.

Teraz zamyka staruszce usta. Igłę z nitką wbija pod brodę i prowadzi do nosa. Jeden szew i usta zamknięte. Wcześniej wypełnia je specjalną wkładką. Żeby po TAMTEJ STRONIE policzki nie były zapadnięte. Skóra miękka, woskowa, daje się łatwo uformować. Maluje zmarłej rzęsy, brwi, na policzki nakłada róż… – To straszne, że z człowieka nic nie zostaje… – Ja to nic? Zostaje po człowieku to, co on po sobie zostawił w życiu, na przykład dzieci. – Ale ja nie o tym… – Śmierć to podsumowanie całego życia. I jak obserwuję tych zmarłych, to wiem, że każda śmierć jest inna. Bo każdy odchodzi inaczej. Ale staram się tego nie roztrząsać, bo to są osobiste sprawy zmarłych. Dla mnie nie jest ważne, czy ubieram bezdomnego, milionera, czy mordercę. Bardzo szanuję zmarłych i nie wnikam w ich przeszłość. Nie oceniam ich, bo zrobi to ktoś na górze.

  • Myśli pani, że na górze też jest życie? – Jest. Inne. Myślę, że TAM jest spokój, niekoniecznie cisza… Że po drugiej stronie już nic nie boli. Myślę, że życie się nie zatrzymuje. Że trwa dalej. – Pani chciałaby żyć wiecznie? – Nie. Śmierć nie jest taka zła… Nauczyłam się tu pokory. Pokory wobec życia. Śmieszy mnie wyścig szczurów, pęd za sukcesem, za kasą. Owszem, kasa jest potrzebna, ale człowiek zaczyna się gubić, nie zauważa tej cienkiej czerwonej linii. Nie ma czasu dla bliskich, a potem jest już za późno. Dlatego ja zawsze mam czas. Dlatego uważam, że w życiu ważne jest tylko jedno: żeby być dobrym człowiekiem. Bo przecież i tak wszyscy tu trafimy. *** Starsza pani już gotowa na swoją ostatnią drogę. Agnieszka przekłada ją do trumny. Robi to zwinnie, bo kobieta jest krucha. Poprawia podgłówek, splata zmarłej dłonie, wygładza garsonkę… Kobieta śpi. Za dwie godziny spocznie w ziemi.

Czytaj więcej: https://gazetalubuska.pl/czlowiek-w-trumnie-powinien-wygladac-jak-mloda-dziewczyna-opowiada-o-pracy-ze-zmarlymi/ar/7831603

Reklamy

Mam dość!

 

Znalezione obrazy dla zapytania śmierć

Mam dość i piszę to w swoim imieniu, bo chora Mama leży w łóżku już dwa lata w domu mojej Siostry.

Dochodzę i włączam się w opiekę, bo chora Mama tego wymaga.

Wymaga opieki całodobowej i 6 listopada minie dokładnie dwa lata od diagnozy – rak wątroby, który spowodował, że zmarniała i wychudła, ale wciąż żyje.

Mam wrażenie, że jest wieczna jak Lenin i nie ma zamiaru umierać.

Obie z Siostrą utraciłyśmy swoje, własne życie, bo wszystko jest podporządkowane Mamie.

W ciągu tych dwóch lat, chyba z sześć razy wydawało się nam, że oto nastąpi Jej koniec i przyjdzie nasze wybawienie, ale nie!

Ożywała za każdym razem i wracała do nas, co już nie raz pisałam, że jest jakimś cudem w świecie medycyny.

Umierała, tak się nam wydawało pod koniec października i myślałam, że 1 listopada nastąpi koniec Jej wędrówki.

Nie umarała i dziś ponownie kazała mi przełączyć telewizor na swoje ulubione, które uwielbia „Koło fortuny”.

Aby zaprowadzić Ją do WC, trzeba Ją z całych sił ściągać z łóżka, aby zmienić Jej pampersa i Ona wciąż tego pilnuje.

Doprawdy nie wiem skąd w Niej tyle sił i silnej woli, aby tylko grubszej sprawy nie zrobić w pampersa.

Dziś z ledwością prowadziłam Ją do WC, aż w końcu poddała się i kazała mi zmienić pieluchę w przedpokoju, bo nie miała sił dojść do WC.

Jest taki dzień, że podsypia, a drugi jest taki, że jest na czuwaniu choć już nie wiele rozumie z tego wszystkiego, co się wokół dzieje.

Cholernie przykro się na to patrzy i najgorsze jest to, że nikt nie wie, kiedy ten koniec nastąpi.

Dwa lata ciągłego doglądania, podawania leków, karmienia, nawadniania skutecznie zabiło w nas współczucie.

Bywa tak, że Mama coś tam bredzi i widzi jakiś ludzi w telewizji, którzy do Niej coś mówią.

Ja wiem, że jest w tej chorobie taka dzielna, ale jak napisałam na wstępie – mam dość!

Myślę, że i Siostra ma dość, która wciąż pracuje i wybrała wszelkie wolne dni, jakie się Jej należały.

Obie jesteśmy starszymi kobietami, które mają swoje jednostki chorobowe i z ledwością ciągniemy ten wózek.

Siostra kąpie Mamę, bo ja się tego boję robić, a także załatwia wszelkie sprawy z receptami i zakupem leków, oraz pampersów.

Utraciłyśmy swoje, prywatne życie, ale żadna z nas nie miała zapędów, aby Mamę oddać do hospicjum.

Obie czujemy się wykończone, zmęczone, umordowane, a Mama nie ma zamiaru umierać i jeden Bóg chyba wie, kiedy nas wybawi od tej udręki i wielkiego obciążenia fizycznego i psychicznego.

Obie jesteśmy blisko depresji i obie mamy szczerze dość!

Może ktoś na mnie nakrzyczy, że jestem wyrodną córką, ale pragnę na tę chwilę, aby Mama odeszła w końcu i oddała nam nasze życie, bo obie mamy mężów, dzieci i wnuki i to z tego powinnyśmy się cieszyć.

Kolega mojego Męża, który zmarł parę dni temu i opiekował się swoim, chorym Ojcem.

Mył go, zmieniał pampery i po prostu był z nim w chorobie i kiedy ojciec umarł, to on umarł na zawał za chwilę, bo tak był umęczony!

Boję się, że ten scenariusz może się powtórzyć w mojej Rodzinie, bo męka z chorą Mamą nas wyniszcza.

Brutalne będą jeszcze te słowa, które chcę napisać na swoim blogu, który mi pomaga przetrwać, bo się wygadam.

Mama odchodzi i kompletnie bez pożegnania, wspominania i nie ma tu żadnych słów – kocham cię, kochałam, jestem z ciebie dumna.

Przez dwa lata usłyszałam tylko, że jestem dobrą dziewczyną!

Muszę z tym jakoś żyć!

Czy warto analizować? Chyba nie i po śmierci Mamy należy szybko wrócić do swojego życia, którego tak niewiele mi zostało!

Przez dwa lata nigdzie nie byłam i niczego nie zobaczyłam, a dźwięk telefonu wprawia mnie w drżenie serca i powoduje arytmię ze strachu!

Nie powinno się odchodzić 1 listopada!

Myślałam że zawsze będziemy młodzi, że świat poczeka. Nic nie poczekało.. Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości. (Agnieszka Osiecka)

1 listopada to jest takie święto, że spotykamy się ze swoją rodziną mieszkającą z dala od nas i nie tylko przy grobach, ale jakże często przy wspólnym stole.

Ugotowałam obiad dla moch bliskich, którzy zjechali na groby, aby kolejny raz oddać im swoją pamięć, zapalając symboliczne znicze.

Zapaliłam w domu świece na znak pamięci o bliskich, gdyż dziś nie wybrałam się na cmentarz, bo nie lubię tego tłumu i spotkania się z ludźmi, którzy przychodzą na cmentarz raz w roku, aby się pokazać. Nie znoszę hipokryzji, bo ja swoich umarłych noszę w sercu cały rok.

Pójdę jutro, kiedy rozjadą się samochody i zniknie tłum i tak w ciszy Zaduszek, będę odwiedziała groby i sobie nad nimi powspominam i podumam.

Miałam pójść na cmentarz wieczorem, który pośród ciemności wygląda zjawiskowo, ale zauważyłam u siebie fobię przed wyjściem z domu w ciemności.

Tak mam na stare lata, że tych fobii mam coraz więcej, z którymi staram się walczyć, ale tym razem poległam.

Poprosiłam Męża, aby poszedł wieczorem na cmentarz i zrobił mi kilka zdjęć, bo okropnie, pięknie cmentarze wyglądają wieczorową porą.

Wyposażyłam Męża w aparat i nastawiłam na funkcję – nocą, a za chwilę odebrałam telefon od Męża, który płakał mi w słuchawkę.

Właśnie wieczorem, na cmentarzu otrzymał wiadomość, że umarł Jego najbliższy przyjaciel na zawał – w takim dniu! Był w pracy i sobie umarł! 😦

W moim domu pali się świeca za kolegę Męża, który był młodszy od niego.

Mamy w sercu żałobę, bo nie powinno się umierać 1 listopada?

Nigdy nie wiemy, kiedy widzimy się i rozmawiamy  z kimś ostatni raz.

Darku żegnaj! Wspaniały przyjacielu mojego Męża!

Rodzinie, którą znam składam najszczersze kondolencjie z pytaniem – dlaczego tak wcześnie!

Obraz może zawierać: noc, niebo i na zewnątrz

Obraz może zawierać: noc, niebo i na zewnątrz

 

Odchodzenie!

 

Znalezione obrazy dla zapytania umieranie

Nigdy w swoim życiu nie byłam blisko przy osobie umierającej.

Mam już dużo lat, ale los mi oszczędził bycia przy odchodzeniu widzianym na własne oczy.

Nigdy nie miałam babci i dziadka, gdyż wszyscy odeszli kiedy mnie jeszcze nie było na świecie.

Nigdy nie siedziałam na kolanach ukochanej babuni i nigdy nic dla mnie nie ugotowała, jak to się często czyta o tym, że babcie kochają karmić swoje wnuki.

Nigdy żaden z dziadków mnie nie wziął za rączkę – jak małego dzieciaka i nie zaprowadził na przykład do lasu, aby pokazać piękno tego lasu i nie zdążył mi pokazać jak trzeba zbierać grzyby, czy jak nazwać ptaki, albo drzewa.

Zawsze, całe życie zastanawiałam się dlaczego los mnie tak doświadczył, że nie poznałam swoch babć i dziadków, kiedy inne dzieci w szkole opowiadały o swoich.

Mój Ojciec umarł szybko i w szpitalu, a więc nie widziałam na własne oczy Jego odchodzenia.

Odszedł 20 lat temu i pamiętam go w trumnie, która była otwarta.

Pamiętam, że pierwszy raz w życiu pożegnałam nieboszczyka, który był taki zimny i sztywny.

Pierwszy raz zetknęłam się ze śmiercią i potem długo, długo było mi to oszczędzone.

Zawsze wiedziałam, że Mama kiedyś odejdzie, ale byłam szczęśliwa, że mimo wieku doskonale sobie radziła.

Wciąż miała dość dobry wzrok, świetną pamięć i wciąż wiele rzeczy robiła sama nie potrzebując pomocy z zewnątrz, co z czasem się zmieniało, ale mimo wieku można rzec, że była bardzo dzielna.

Dwa lata temu, dokładnie w listopadzie Mama zachorowała na raka wątroby i w ciągu tych dwóch lat chyba ze cztery razy myśleliśmy, że to koniec, ale to były takie przełomy i dzielnie wracała do rzeczywistości.

Leżąca i kompletnie od nas zależna jakoś się otrzepywała i wciąż wracała do nas.

Dziś nastąpił przełom na niekorzyść i chyba nam Mama umiera, bo Jej mózg prawie się wyłączył i przestała z nami się kontaktować.

Patrzyłam tak na Nią i wydaje mi się, że Ją tracimy, choć nikt nie wie ile taki stan może jeszcze potrwać, ale ja przygotowuję się do żałoby i moi bliscy także.

Zbliża się dzień Wszystkich Świętych i możemy w ten dzień utracić Mamę, ale Ona jest mimo wszystko bardzo mocna i może zrobić nam psikusa!

Wszycy zgłupieliśmy w tej Jej chorobie, bo na żadnym filmie nikt nie widział takiej woli życia mimo, że Mama od wielu miesięcy jest warzywem.

Na razie trzymam się dzielnie, bo Mama wciąż oddycha, ale boję się pogrzebu i czasu po tym, bo mogę się rozsypać na kawałki i długo będę się zbierała do kupy.

Ludzka psychika w takich momentach jest niezbadana i każdy z nas inaczej reaguje na odchodzenie Rodziców.

Ja siebie nie znam w tej materii, bo mnie temat śmierci oszczędzał.

Mój Mąż wyprowadza swoją Mamę – staruszkę na spacery, która choruje na serce i tak oboje i moja Rodzina osaczeni jesteśmy śmiercią, a prawda jest taka, że nadchodzi czas na nas – ludzi też już w kwiecie wieku seniora.

Ludzie o brzydkich twarzach i wstrętnych duszach!

Dzisiaj pożegnaliśmy na zawsze Korę, która przegrała z rakiem.
Przepłakałam cały poranek, bo pożegnaliśmy kobietę przez duże „K”.

Kora odeszła za szybko, gdyż miała zaledwie 67 lat i choć walczyła do końca, to się nie udało!

Wyjątkowo pasowała mi Jej twórczośc arystyczna i uważam, że była to kobieta piękna zewnętrznie, ale i wewnętrznie.

Jednak dopiero teraz dowiedziałam się, że nie tylko koncerty sprawiły, że stała się rozpoznawalna, ale była bardzo oczytana, dużo malowała i pisała poezję, a także teksty do swoich piosenek!

Kora miała swoje życie, którym nie epatowała, ale ogromnie lubiła rozmawiać z ludźmi i te rozmowy były o wszystkim.

Kora czytała i dużo wiedziała, a więc kilkugodzinne rozmowy z zaprzyjaźnionymi były dziś na Jej pogrzebie wspominane.

Pogrzeb był świecki, gdyż Kora molestowana przez księdza nigdy w kierunku kościoła się nie skłoniła, bo taka trauma jest w człowieku do końca.

Tak pięknie Ją pożegnał Wojciech Mann, Jerzy Buzek, Magdalena Środa i wielu, wielu innych, a najpiękniej mąż Kory – Kamil Sipowicz!

Najgorsze w tym Narodzie jest to, że jeszcze urna z prochami Kory dobrze się nie osadziła w zimnej ziemi, a ludzie o brzydkich twarzach i zatrutych duszach wylali szambo na Jej pogrzeb i na ludzi, którzy Ją ze szczerego serca żegnali.

Wojciech Mann, to tłusta świnia. Jerzy Buzek, to ten polityk, który będzie siedział, a Magdalena Środa, to durna feministka!

I jak tu wierzyć w człowieka?

Ta nasza dulszczyzna i ta zaściankowość chyba nigdy  się nie skończy!

Zawsze ludzie nieświatli będą jątrzyć, pluć, dywagować brzydko i dorabiać swoją historię podłą i złą,

Kora kochała wolność, jako i ja ją kocham, ale ja jestem nieznana, lecz Jej poglądy polityczne  i moje są takie same.

Nie godziła się na to, co pod koniec Jej życia z Polską zrobił PiS, gdyż ceniła sobie wolność naszą zdobywaną już w czasach PRL-u, Stanu Wojennego i o tym krzyczała ze sceny.

Odeszła piękna postać, kolorowa postać otoczona najlepszymi w naszym kraju, którzy są wierzący i niewierzący, ale przyszli tłumnie, aby uczestniczyć w świeckim pogrzebie bez krzyża!


PROBOSZCZ KRYTYKUJE POGRZEB KORY: SMUTNY KONIEC. ZAMIAST SALVE REGINA PIOSENECZKA O NICZYM;

 

Wojciech Michał Lemański udostępnił post.

7 godz. · 

Zamilknij klecho. Po tym, jak została przed laty skrzywdzona przez faceta podobnego do ciebie, powinniśmy Bogu dziękować, że zmarła nie zażyczyła sobie, by na jej pogrzeb nie wpuszczano żadnego księdza. Nie martw się, była i msza w intencji zmarłej i Salve Regina. Gdybyś miał w sobie odrobinę miłosierdzia – sam byś taką mszę odprawił. A gdybyś miał w głowie choć kilka kropel oleju – milczałby w takiej chwili.

 

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

 

 

 

Umieramy samotni!

 

Znalezione obrazy dla zapytania umieranie

Umieramy w samotności niestety!

Dyżurowałam dzisiaj i kolejne dni będę u mojej chorej Mamy.

Jest leżąca od wielu miesięcy i tak patrzę za każdym razem, czy jeszcze oddycha i tak patrzę jak samotnie odchodzi, chociaż ma rodzinę, bo gdyby nie ona – to nie wiem!

Już o tym raz pisałam, że chorym śmiertelnie człowiekiem nikt się nie interesuje i gówno, to kogo obchodzi w tym kraju!

Stary, schorowany człowiek nikogo nie obchodzi i nawet sąsiadki, z którymi Mama mieszkała w jedym bloku 40 lat, omijają temat – boją się umierania, choć same stoją już nad grobem z racji zaawansowanego wieku.

Sąsiadki owe mają jeszcze to szczęście, że mogą wciąż samodzielnie spacerować, choć powolutku, a moja Mama już została tego przywileju pozbawiona.

Dziś spotkałam jedną z sąsiadek i tylko mi się odkłoniła, a jeszcze niedawno obiecała, że Mamę odwiedzi i to się nie stało i nie dokonało.

Dziś nawet nie spytała mnie jak jest z Mamą, bo wiedziała, że nie dotrzymała obietnicy.

Lekarz rodzinny, do którego przynależała Mama wiele lat bez potrzeby wypisania recepty, też nie zadzwoni nawet, czy w czymś może pomóc! Cisza i kompletny brak zainteresowania dawną pacjentką.

Mama uczeszczała od kościoła, ale i nawet sam ksiądz nie wie ilu ludziom jest potrzebny i osoby chore chętnie by z księdzem porozmawiały, co dałoby trochę ulgi w cierpieniu.

Głupia jestem chyba, że oczekuję od innych ludzi odrobinę empatii i wsparcia, a ksiądz owszem pojawi się, ale tylko na pogrzebie, za co łaska – akurat!

Od miesięcy nie wpadła do Mamy pielęgniarka środowiskowa, chociaż zobaczyć jak jest zaopiekowany chory, czy zmierzyć choremu ciśnienie i też dodać mu otuchy!

Zwykli ludzie się boją odchodzenia, bo nie wiedzą jak się zachować, a ci coś znaczący nie zrobią nic, jeśli nie ma z tego kasy!

Może ja za dużo wymagam i tłumaczę sobie, że tak wygląda odchodzenie, bo w samotności i za dużo wymagam od systemu, ale boli mnie to jak diabli.

Moja Mama, kiedy była zdrowa interesowała się polityką i często o tym rozmawiałyśmy.

Teraz mało do Niej dociera i może i dobrze, bo by ze mną płakała nad Polską!

Ludzie nie wytrzymują tego, jak niszczony jest nasz kraj i z braku innego wyrażenia swoich emocji – piszą!

Mieszkańcy Wrocławia protestują przeciwko Międlarowi, który na pl. Solnym promuje swoje „dzieło”.. Coś na wzór „Mein Kampf” Hitlera. Oglądam transmisję i łzy mi lecą. Leci „Rota”, słyszę „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, „Polska dla Polaków” i te hasełka, pełnie nienawiści, z elementami wręcz neonazistowskimi. Nie wierzę… wciąż nie wierzę, do czego PiS doprowadziło Polskę przez niecałe trzy lata.

Kiedy słyszę, że taki Ziobro, Duda i inni „eksperci” od prawa, ustawić chcą po kątach profesorów, największe autorytety w tej dziedzinie, ręce mi opadają.
Kiedy widzę te hordy mięśniaków, całych w symbolach polskości, plujących nienawiścią, oddających cześć katom narodu polskiego, zbiera mi się na wymioty.
Kiedy żona prezydenta Poznania, pani Jaśkowiak, zostaje ukarana za słowa „jestem wk…na”. Kiedy dwie dziewczyny zostają uznane winnymi, za straszne przestępstwo czyli trzymanie transparentu z napisem jak wyżej, by zamanifestować swoją solidarność z panią Jaśkowiak. Kiedy skazuje się ludzi za napis „Konstytucja”, wołanie „Lech Wałęsa”, udział w proteście przeciwko chorym poczynaniom władzy, to zastanawiam się, gdzie ja żyję.

Gdzie nie spojrzę tam tylko zgliszcza. Edukacja, kultura, polityka zagraniczna, gospodarka, wojsko, policja… coraz mroczniej, brunatniej, ciemno…

I tylko te pełne zadowolenia i buty twarze polityków PiS. I ten prezydent, który przynosi hańbę stanowisku głowy państwa. To wmawianie Polakom, że jest cudownie, a będzie jeszcze lepiej. Budowanie swojej władzy na kłamstwie, matactwach i manipulacji.

To już nie jest kraj, w którym chce się żyć. Brak stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa, narastająca anarchia i chaos. To jest właśnie ten największy „sukces” PiS-u. To jedyne, co udało im się osiągnąć.

Zapłacicie za to wszystko…

Tajemnica śmierci Marilyn Monroe!

 

Znalezione obrazy dla zapytania marilyn monroe

Marilyn Monroe, słynna blond piękność – aktorka, modelka, piosenkarka urodziła się w 1926 roku i gdyby żyła, to by miała teraz 92 lata.

Obejrzałam dzisiaj dokument o jej karierze i tajemniczej śmierci tej jakże wrażliwej i delikatnej kobiecie.

Od urodzenia prześladował ją pech, gdyż babcia i matka były leczone psychiatrycznie i były pacjentkami szpitali psychiatrycznych, a Merlyn wychowywała się w sierocińcu, co ją bardzo przygnębiało. Ojciec był nieznany, a matka chorowała.

Ja, jako kobieta nadal uważam, że Merlyn była najpięknieszą istotą na tym świecie i po niej długo, długo nie było piękniejszej.

Jedni uważali, że ma ogromy talent aktorski, a inni mieli ją za głupiutką blondynkę, tylko, że każdy facet o niej śnił i jej pargnął.

Została odkryta przpadkowo przez fotografa, który robił zdjęcia pacownicom fabryki, w której po 10 godzin pracowała Merlyn i jej kariera potoczyła się potem tak szybko, że sama była zdziwiona.

Nie miała jednak szczęścia do mężczyzn i jej trzy małżeństwa skończyły się rozstaniem, a jej trzy poronione ciąże wywarły na niej piętno i w końcu popadła w depresję, co skutowało braniem nadmiernie leków, które mieszała z alkoholem.

Całą biografię można przeczytać tu:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Marilyn_Monroe

W jej życiu wg. obejrzanego dokumentu byli obecni bracia Kennedy i to był jej kardynalny błąd, bo gdyby nie te romanse, to mogłaby żyć do dzisiaj!

Została wykorzystana przez  Hollywood i została wykorzystana przez braci Kennedy, którym dojście do władzy pomogła mafia.

Obaj z nią sypiając, zdradzili bardzo wiele tajemnic państwowych i ona miała ich w garści, kiedy panowie zorientowali się, że staje się dla nich zagrożeniem.

Marlyn zostaje znaleziona martwa 3 sierpnia 1962 roku w swoim mieszkaniu.

Śledczy napisali, że prawdopodobnie popełniła samobójstwo, ale do dzisiaj nikt nie jest pewny czy tak było rzeczywiście.

W dokumencie poddano prawdopodobną tezę, że została zamordowana przez mafię na zlecienie FBI – centralne biuro śledcze w Ameryce.

Marlyn po porzuceniu jej przez braci Kennedy, którzy się wystraszli – planowała konferencję prasową, która by wywróciła ład i porządek światowy.

Dochodzi się do wniosku, że bracia Kennedy ujawnili, że w 1947 roku w Roswell rozbił się statek UFO, co Ameryka ukrywa to do dziś!

Różne są teorie o tym dlaczego MM zginęła, a ja się podpieram tylko dokumentem, który dziś obejrzałam, ale te rozważania uważam za całkiem prawdopodobne i zaczynam wierzyć, że nie jesteśmy sami na tym świecie, gdyż to byłby jakiś dziwny projekt Pana Boga – bo dlaczego tylko my!

W wywiadach w amerykańskiej telewizji pytano byłych Prezydentów Ameryki, czy po złożeniu ślubowania na Konstytucję, zapoznawali się z archiwum z tego wydarzenia – dziwnie kluczyli i może faktyczne coś jest na rzeczy!

Znalezione obrazy dla zapytania roswell ufo

Autor: Andy Warhol!

Znalezione obrazy dla zapytania warhol Marilyn monroe

 

„Odeszła demokracja w Polsce i odeszła  Kora” – Kamil Sipowicz – mąż Kory!

Znalezione obrazy dla zapytania amfiteatr choszczno

Nie pamiętam ile to już lat minęło, ale może ponad 30, a może 35!
Do mojego miasta przyjechała Kora ze swoim koncertem.
Wpadłam do sieci i nie ma z tego wydarzenia ani jednego zdjęcia i żadnej wzmianki!
Byliśmy tacy, że przeżywaliśmy muzę, ale nie mieliśmy komórek i smartfonów i dlatego mam ten koncert tylko w pamięci!
Dziękuję Korze za moc emocji i wzruszeń – spoczywaj w pokoju kolorowy ptaku – za szybko do diaska! [*]

Za czasów socjalizmu, czy jak kto woli – komunizmu mieliśmy w mieście cudowny amfiteatr, usytułowany w maleńkim parku do dziś zwanym „Małpi Gaj”.

To właśnie w tym miejscu na scenę wyskoczyła jak kozica Kora – cudna, zgrabna, ubrana na czarno z ustami pomalowanymi na czerwono i zabrzmiała tak, że my widzowie i słuchacze poczuliśmy moc przekazu.

Byliśmy spragnieni takiej prawdziwej muzyki bez ściemy, szczerej, mocnej i czuliśmy, że coś się zmienia i dzieje się coś innego, prawdziwego i zadziwiającego.

Oczywiście nie pamiętam jak zdobyłam bilet na ten koncert i nie pamiętam tytułów piosenek, ale pamiętam, co  czułam na tym koncercie, a czułam siłę i była to dla mnie jakaś magiczną siła przekazu!

Kora sama pisała teksty do swoich piosenek, a może songów i swoimi tekstami komunikowała się ze światem. Niepokorna, silna, szczera i piękna, oraz utalentowana i bardzo mi zawsze imponowała.

Mam w sercu wciąż Marka Grechutę i Ewę Demarczyk i bardzo mi odpowada poezja śpiewana i taka twórczość trafia do mnie najbardziej.

Na pierwszym zdjęciu przestawiam amfiteatr, który popadł w wielką ruinę i jest to miejsce wyglądające jak po wybuchu bomby.

Władze miasta chyba nie czują, że my tu mieszkający wciąż mamy chęć i apetyt na wielką kulturę, a można by było w tym miejscu zrobić także kino na świeżym powietrzu, ale po co?

Wszystkie imprezy teraz odbywają się blisko kościoła, a przecież można by było odbudować dawne miejsce, które by integrowało mieszkańców.

Wielka bieda jest w moim mieście, bo nawet w takie upały nieczynna jest fontanna w środku miasta i nie ustawiono natrysków dla mieszkańców, kiedy temperatury sięgają 30 stopni, a wczasach komunizmu mieliśmy miejsce rozrywki!

Sumując, to niech się nikt nie dziwi, że młodzi uciekają z małych miasteczek, bo pracy jak na lekarstwo i druga sprawa – nic się nie dzieje takiego, aby tych młodych zatrzymać.

Uwielbiam Korę za to, że moje poglądy polityczne są takie same jak były jej, a to mądra kobieta była.

Dla mnie Koro nie odeszłaś, bo zostawiłaś taki dorobek, że do końca swojego życia mam od kogo czerpać mądrość i skromność.

Wczoraj podczas tych upałów śpiewałam sobie piosenkę Kory – zimny maj, a dziś rano Ona odeszła.

„Odeszła demkoracja w Polsce i odeszła  Kora” – Kamil Sipowicz – mąż Kory!

 

Zdjęcie użytkownika Magda Umer.

 

Poznałam Korę na Famie, w lipcu 1969 roku.Była dziewczyną gitarzysty z zespołu „Anawa”Marka Jackowskiego i zdawali się być nierozłączni.Nikomu wtedy(może nawet samej Oldze) nie przychodziło wtedy do głowy, że będzie kiedyś śpiewała na scenie. Była anonimową pięknością i niezwykłą osobą.Wszyscy zachwycali się nią.Wszyscy. I chyba miała tego świadomość.
Przez kilka kolejnych lat żyliśmy tam jak hippisi…opalaliśmy się na nadmorskich wydmach, goli, młodzi, wyzwoleni- tacy jakich nas pan Bóg stworzył.W tym czasie na Famę zjeżdżali studenccy artyści z całej Polski i tworzyliśmy przez prawie miesiąc coś w rodzaju hippisowskiej komuny-kabarety, teatry, chóry,zespoły muzyczne, dyrygenci,jazzmeni, poeci, fotograficy, filmowcy.Byliśmy razem.Wtedy kultura studencka znaczyła bardzo wiele.Pozwalano nam na wiele, bo bano się nas po marcu 1968 roku.Kora mieszkała z Markiem w Krakowie, wielbiła Ewę Demarczyk, kochala Piotra Skrzyneckiego zachwycała się Markiem Grechutą, poezją.
To mnie z nią bardzo łączyło.
Chyba po 1975 roku Kora z Markiem przenieśli się do Warszawy i zamieszkali przy ulicy Ogrodowej, na terenie dawnego Getta…byłam tam u nich kilka razy z Maćkiem Zembatym. Zapamiętałam dwoje małych dzieci, piękną kobietę w jakichś hinduskich giezłach parzącą cudowną herbatę…śpiewaliśmy Cohena, rozmawialiśmy o sztuce jako ratunku przed rzeczywistością, filozofowaliśmy do nocy.Wtedy już Marek nie grał w Anawie, tylko razem z Tomaszem Hołujem, Milosem Kurtisem i Jackiem Ostaszewskim stworzyli cudowny zespół „Osjan”.Chodziłam na ich koncerty i tam po raz pierwszy zobaczyłam Korę na scenie.Ją i Małgosię Ostaszewską,żonę Jacka(i mamę naszej słynnejMai!).Obie niezwykłe, w jasnych szatach, na bosaka, były najpiękniejszą scenografią i czasem nuciły coś cichutko.Piękne!
Byłyśmy blisko jeszcze jakiś czas i kiedy przygotowywaliśmy z Mackiem Zembatym program telewizyjny, w ktorym po raz pierwszy pozwolono nam zaśpiewać Leonarda Cohena „Słynny niebieski prochowiec”( chyba w 1977 roku), próba generalna odbyła się u Kory w domu. Marek Jackowski, Janusz Strobel i Henio Alber grali na gitarach, Maciek i ja śpiewaliśmy, Korze jeszcze to nie przychodziło do głowy…dała mi wtedy swoje hippisowskie giezło i jakąś chustę.Była serdeczna, kochana, dobra,piękna i …cicha… wtedy jeszcze cicha.
I jakby nie z tego świata.Potem przez kilka lat nie miałyśmy kontaktu.Ja urodziłam pierwszego syna i długo nie śledziłam tego co dzieje się na scenach. Któregoś dnia spotkałam Korę
w gmachu Telewizji.Cała w skórach, w ostrym makijażu, pełna jakiejś nieziemskiej energii…dalej piękna, zjawiskowo zgrabna, ale jakby ktoś inny.
Mówiła,że zakładają z Markiem zespół rockowy i że za chwilę będą najważniejsi i najlepsi w tym kraju. I tak się stało.
Takich pokochaly ich miliony.
A ja zostałam wtedy w swoim cichym świecie muzyki poważnej i jazzu, Bacha i Komedy, piosenek przedwojennych, Kabaretu Starszych Panów, Agnieszki, Wojtka i Jonasza, Piwnicy pod Baranami.
Ale zawsze fascynowała mnie jako ZJAWISKO.Zawsze.I była jedną z najpiękniejszych kobiet na świecie.Przytulam do serca Jej najbliższych. Planety szaleją.

Przychodzimy, odchodzimy, leciuteńko, na paluszkach!

Nie na darmo się mówi, że starość się Panu Bogu nie udała!

Moja Mama 19 miesiąc leży w łóżku nie mająca na nic siły.

Mocne serce nie daje Jej odejść na wieczny odpoczynek, a wszyscy są zmęczeni do granic możliwości.

Tak trudno patrzeć, że  choroba uwięziła Mamę we własnym ciele, a odchodzenia nie widać.

Zmęczona jest Ona i zmęczona jest rodzina i chyba każdy z nas, gdzieś tam w głowie ma, aby w końcu ten dramat się skończył!

19 miesięcy, to dużo i dla Niej i dla nas, bo wszyscy padają na pysk – dosłownie.

Starość i do tego nieuleczalna choroba, to jest najgorsza mieszanka tego nieszczęsnego bycia na tej ziemi.

Jest taka dzielna w tej swojej chorobie, że takiej dzielności życzę wszystkim, którzy muszą się opiekować schorowanym rodzicem, mężem, żoną, czy też swoim dzieckiem.

Taka opieka wysysa z opiekuna także siły i obniża odporność psychiczną, bo trzeba być z chorym przy łóżku i zerkać, czy aby nie nadchodzi ta ostatnia godzina, ostatni oddech, a to niszczy najbardziej.

Patrzę w telewizji i w realu na ludzi, których choroba nie złożyła do łóżka i  gdzieś tam w miarę funkcjonują z laseczką,  czy z balkonikiem, a mojej Mamie to zostało zabrane przez wstrętnego raka.

Taka była radosna, dzielna jeszcze 19 miesięcy temu i tak bardzo lubiła o własnych siłach spacerować, porozmawiać z ludźmi na ławeczce, a tu ni z tego, ni z owego stała się warzywem, ale ma wciąż sprawną psychikę i to jest ewenement na skalę światową!

Taka notoryczna opieka ograbia z własnego życia. Trzeba obyć się od przyzwyczajeń, spędzania czasu, a także od czasu na odpoczynek. Wycieńcza i dołuje!

Wiem, że nie grzeszę tym, iż chciałabym, aby Mama już odeszła i nie dla odpoczynku dla nas wszystkich, a dla Jej skrócenia męki żywota!

Bo gdyby starość wyglądała tak jak w poniższym wierszu, to byłoby cudnie i nawet wesoło, ale  starość nie dla wszystkich jest łaskawa.

 

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania staruszek w parku

SMUTKI I RADOŚCI OBJAWÓW STAROŚCI !

Idę ulicą – ktoś mi się kłania.
Oddaję ukłon – znam przecież drania:
ta twarz, ten uśmiech i ten błysk w oku …
To miły facet, znam go od roku.
Jakże u diabła on się nazywa?
… Dziura, w pamięci. Czasem tak bywa.
Wtedy myśl smutna w głowie się rodzi:
Nic nie poradzisz – starość nadchodzi.

Z trzeciego piętra schodzę radośnie,
bo w kalendarzu ma się ku wiośnie,
no i spaceru gna mnie potrzeba
zwłaszcza, że słońce i błękit nieba…
Gdy już po parku idę alei
nagle pot zimny koszulę klei,
bowiem pytanie w głowie mi tkwi:
czy aby kluczem zamknąłem drzwi?
W śpiesznym powrocie znów myśl się rodzi:
Nic nie poradzisz – starość nadchodzi.

Siedzę i czytam. Nagle myśl żywa
jakimś pragnieniem z fotela zrywa.
Robię trzy kroki, staję przy szafie
i jak to cielę na nią się gapię …
Pojęcia nie mam, po co ja wstałem?
Czego tak bardzo i nagle chciałem?
Oj, coraz bardziej mi to już szkodzi,
że ta nieszczęsna starość nadchodzi.

Jadę na urlop – prasuję spodnie.
żeby wśród ludzi wyglądać godnie.
Biorę walizkę, pędzę nad morze …
Lecz tam zamiast śledzić dziewczyny hoże,
zamiast podziwiać plażowe akty …
…Czy wyłączyłem wtyczkę z kontaktu?
Może dom spłonął? Strach we mnie godzi …
Tak to jest kiedy starość nadchodzi.

Żeby nie znaleźć się kiedyś w nędzy
zaoszczędziłem trochę pieniędzy.
W dużej kopercie, zamkniętej klejem,
dobrze ukryłem je przed złodziejem.
I teraz … już od paru miesięcy
nie mogę znaleźć moich tysięcy.
Ech, nie pojmiecie tego wy młodzi
jak miło żyć gdy starość nadchodzi.

Pomimo moich najlepszych chęci
nie zawsze mogę ufać pamięci.
Więc by jej pomóc, a przez nią sobie,
czasem na chustce węzełki robię.
A potem jeden Bóg wiedzieć raczy
co który węzeł ma dla mnie znaczyć?
Choć mi się nawet nieźle powodzi,
wciąż mam kłopoty. Starość nadchodzi.

Dwa razy dziennie – raz przy śniadaniu,
a potem w obiad, po drugim daniu
zażywam leki, tabletki białe:
cztery połówki i cztery całe.
Często się pieklę /bom nie aniołem/,
gdy w obiad nie wiem czy rano wziąłem?
Tę gorycz klęski wątpliwie słodzi
wiedza, że oto starość nadchodzi.

Żuję kolację – w niej polędwica
me podniebienie smakiem zachwyca.
Pogodnie dumam o tej starości …
Czy ona musi stale nas złościć?
Przecież jest piękna. Masz sporo czasu …

Chcesz iść nad wodę, albo do lasu,
to sobie idziesz – nikt ci nie broni.
Z łóżka zbyt wcześnie też nikt nie goni,
bowiem nie musisz pędzić do pracy
jak wszyscy twoi młodsi rodacy.
Co prawda wigor z wolna przekwita,
lecz po co wigor u emeryta?
Podwyżki pensji już nie wyprosisz,
należną gażę poczta przynosi …

Spokojnie patrzysz jak świat się zmienia,
gdyż wiek ci daje m ą d r o ś ć spojrzenia …
Więc wiwat starość! Niechaj nam służy,
nawet gdy trochę chwilami nuży.
Bowiem – jak sądzę – w tym jest rzecz cała,
by jak najdłużej ta starość trwała …

Wiersz Reinera Kerna „Das Alter kommt auf seine Weise” spolszczył /i uzupełnił/ Tadeusz Rejniak

Nigdy nie jest dobra pora na odchodzenie, a w maju, to już wcale!

Zdj ?? cie użytkownika Artur Szuba.

Przychodzimy na ten świat, niewinni i czyści jak biała kartka papieru.

Wchodzimy w dorosłość i zaczynamy walczyć!

Wychodzi to czasami lepiej, a czasami gorzej.

Bywa  tak, że trzeba walczyć z plotkami, szantażem, oszustwem, nieszczerością i się martwimy  i mamy żal do losu – dlaczego?

Życie, to jest wieczna walka z kimś, albo z czymś i mało komu udaje się przebrnąć jak po różanych płatkach.

Każdy z nas miał przykre sytuacje, które go niszczyły i doprowadzały nawet do depresji i samobójstwa!

Optyka patrzenia na wszystko się zmienia, kiedy zapadamy na najgorszą chorobę, czyli raka.

Wówczas zaczynamy walkę o siebie i wszystko inne idzie precz.

W małych miasteczkach nic się nie ukryje.

Cztery godziny temu dowiedziałam się, że  mój osiedlowy znajomy odszedł, który zachorował w tym samym terminie jak moja Mama.

Mama nie zgodziła się na leczenie chemią, bo czuła, że ​​ta chemia Ją zabije i jest ciągle z nami.

Mój sąsiad – zaledwie 50 letni, przyjął bardzo szybko chemię i potrzebował dużo pieniędzy i sama brałam udział w akcji charytatywnej na jego  leczenie.

Mój sąsiad,  to nie byle kto, bo artysta, muzyk i poeta.

Zachorował i jeździł ze szpitala do szpitala w całej Polsce.

Przyjął hektolitry tego świństwa.

I tu powstaje pytanie, czy?

Czy koncerny znają sposób na leczenia raka, ale to ukrywają?

Ludzkość lata w kosmos, a nie opracowała tej pory skutecznego leku na raka i jaka jest prawda?

Czy ktoś nas oszukuje i ciągnie z ludzkości ogromną kasiorę!

Mój sąsiad odszedł, ale pozostawił po sobie teledyski i swoją poezję, bo człowiek musi coś po sobie zostawić, bo to świadczy o tym, że życie przeżyliśmy z sensem.

Warto zostawić swoje myśli, spisane na blogu chociażby,  dla bliskich, dla rodziny i dlatego ja piszę bloga!

 

Jego muzyka!

Mój sąsiad miał dane wsparcie w Rodzinie i jej składam swoje kondolencje i życzę siły w żałobie!

Jego wiersz!

moje palce
jak najdelikatniej
wspinają się
po udach twoich
powoli
powolutku coraz wyżej
po brzuchu
po piersiach
do ust drżących
nie śpieszą się
by nie spaść
by zdobyć
szczyt niezdobyty
Rytuał