Archiwa tagu: społeczeństwo

Roszczeniowe społeczeństwo!

Między ciszą, a ciszą – drzewa się kołyszą, a blogerzy sobie piszą!

Mam pytanie do ludzi urządzających sobie życie w PRL-u i do tych pracujących w tamtych, ciężkich czasach.

Czy mieliście wsparcie finansowe ze strony tamtejszego rządu?

Ja pamiętam, że to było tak:

W 1975 roku zaczęłam pracę zawodową, a potem ślub i dzieci.

Bywało naprawdę ciężko choć Mąż także pracował, ale dla młodego małżeństwa na dorobku, kiedy rodzice też słabo stali finansowo, to trzeba było kombinować jak koń pod górę.

Jeśli już byliśmy przyciśnięci do muru, to pisaliśmy prośbę o udzielenie nam pożyczki zakładowej, którą trzeba było spłacić i także szliśmy do banku po wsparcie finansowe i to też trzeba było spłacić z odsetkami!

Nie było żadnych bonusów dla rodziny i trzeba było żyć z tych pieniędzy jakie zapracowaliśmy!

Dodatkowo wielu z nas miało działki ogrodnicze, gdzie na własne potrzeby sialiśmy i zbieraliśmy plony, by przeżyć.

Biegałam codziennie po mleko od krowy i robiłam sama ser twarogowy, a także stałam przy stolnicy i kroiłam domowy makaron, a zbiory z działki pakowałam do słoików i zamrażarki.

Gospodarzyło się, aby było taniej, a nie wszystko wówczas w sklepach było!

Wprowadzono w Polsce Stan Wojenny i staliśmy w kolejkach za chlebem, masłem, butami, a do tego dostaliśmy kartki na żywność!

Robiłam na drutach szaliki i czapki dla dzieci oraz swetry.

Pomagała mi Teściowa, która miała pojęcie o szyciu, a także dziergała, bo w sklepach nie było nic! Ocet był!

To były trudne czasy, ale byliśmy ambitni i nagle doczekaliśmy się takich czasów, kiedy ludzie stali się roszczeniowi, bo ten rząd im daje kasę bez ograniczeń i oni  do roboty za cholerę nie pójdą!

Zdemoralizowali społeczeństwo i czytamy takie kwiatki, kiedy ludzie już się przyzwyczaili, że kasa im się należy!

Wiele razy na blogach dyskutowaliśmy, że ten sposób wsparcia rodzin powoduje patologię i tak się stało, bo czytamy:

„Nie rozumiem was. Po co mam z mężem pracować jeśli Państwo daje nam pieniądze. Mamy po 500+ na 4 dzieci. Miasto nam płaci za mieszkanie. Z caritas mamy jedzenie. Ja nie pracuje i mąż też więc mamy socjal na siebie a mąż ma jeszcze rentę bo ma problemy z alkoholem. Z mopsu też nam dają. Więc po co mi piszecie ze mam iść do pracy. Mamy prawie 7 tyś zł dla siebie bo ubrania też nam dają z Alberta. Jedynie co to za wakacje sami płacimy sobie bo dzieci z mopsu mają kolonie”.

Pracownicy socjali i ich dylematy.

Ja wiem, że tekst jest długi, ale może przeczytacie odrobinę, by mieć pojęcie o tym, co w Polsce się dzieje:

ANETA WAWRZYŃCZAK , 10 października 2019
Te pieniądze nam się po prostu należą.
Pracownicy socjalni nie mają wątpliwości – ludzie są nauczeni, że dostają pieniądze za to, że po prostu są. To jest najgorsze, co od nich słyszymy: „Bo mi się należy”.

– Wie pani, dlaczego wymyślono zawód asystenta rodziny? Żeby ktoś miał gorzej od pracowników socjalnych? – Paweł opowiada branżowy dowcip.

– Dobre! Jutro opowiem koleżankom – śmieje się Patrycja, gdy powtarzam jej ten gorzki żart. Ona, tak jak Paweł, również jest asystentką rodziny. Pracuje w średniej wielkości mieście na Opolszczyźnie. Dziewczyna szybko poważnieje: – Niestety, muszę się z tym zgodzić.

Asystentką rodziny jest od dwóch lat. Skończyła pedagogikę resocjalizacyjną, chciała pracować w zawodzie, ale w okolicy o to trudno. W Ośrodku Pomocy Społecznej akurat pojawiło się ogłoszenie o wakacie, stwierdziła: czemu nie.

– Myślałam, że ta praca będzie polegała na wspieraniu rodzin, uczeniu niezaradnych życiowo ludzi, jak coś ugotować, zaplanować budżet, opiekować się dziećmi, załatwić sprawy urzędowe…

– Współczesna praca u podstaw?

– Dokładnie. Trochę jak dobra ciocia, która uczy i pomaga. A okazało się, że muszę być bardziej jak policjant, który wszystko kontroluje.

Klient

Asystenta rodziny wprowadziła ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej z 2011 roku. Przydzielani na wniosek pracownika socjalnego albo decyzją sądu rodzinnego, na co dzień pracują bezpośrednio z rodzinami w kryzysie i problemami opiekuńczo-wychowawczymi. Pomagają znaleźć pracę, planować wydatki, uczą funkcjonowania z ogólnie przyjętymi normami.

Mają odciążyć pracowników socjalnych, którzy „pomagają osobom i rodzinom przezwyciężyć trudne sytuacje życiowe”, „wspierają klientów pomocy społecznej w procesie usamodzielnienia i integracji społecznej”, jak pisze o nich Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. To przez ich ręce przechodzi też pomoc rzeczowa i transfery socjalne: zasiłki, 500+, świadczenia dla klientów (wcześniej zwanych podopiecznymi, określenie to jednak odchodzi do lamusa jako stygmatyzujące).

Adam w Ośrodku Pomocy Społecznej w gminie wiejskiej na południu Polski zatrudnił się prawie 10 la temu.

– Idealistycznie miałem wizję, że będę potrzebny ludziom, że będą się cieszyć z moich wizyt, razem będziemy szukać rozwiązań problemów. Wyobrażałem sobie, że wyposażony w wiedzę ze studiów dam im wędkę, a nie rybę, że będę ich mentorem – opisuje Adam.

Jego wizja rozbiła się o kant rzeczywistości.

– Wszystko, czego uczyłem się na studiach, okazało się niepotrzebne, przestarzałe, archaiczne, odrealnione – wyjaśnia.

Od prawie 10 lat widzi to na co dzień: teoria nijak ma się do praktyki.

– Pracę z klientem i kontrakty socjalne można wywalić na śmietnik. Ludzie chcą pieniędzy i wolności. Najlepiej, aby im tylko dawać i o nic nie pytać. A wymagania socjalne, plan pracy, działania można zastosować u jednej na 10 rodzin. Czuję się jak bankomat, który ma dać kasę i wyjść – podkreśla Adam.

Paweł ma za sobą pracę w domu pomocy społecznej, był też pracownikiem socjalnym w OPS. Wspomnienia?

– Okropne. Kiedyś powiedziałem szefowej, że jeśli jeszcze raz zobaczę luksusowy sprzęt u klienta, to zacznę krzyczeć. Byłem u rodzin, które na bezczela chodziły po zasiłek, a w domach miały kuchnie za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Byłem też w rodzinach naprawdę biednych, w których dochód nie pozwalał na udzielenie pomocy, bo był niewiele wyższy od kryterium i serce pękało.

Z pracownika socjalnego Paweł przebranżowił się na asystenta rodziny.

– Przez pierwsze pół roku myślałem, że oszaleję. Ciągle ci sami klienci, kłopoty, żadnych zmian, płaca tragiczna. Ale teraz jest już lepiej, tylko kasa dalej zła, ale lubię tę pracę – mówi.

– Mam 6 lat doświadczenia w pracy w terenie i czasami tracę nadzieję w ludzi – przedstawia się Weronika z Zagłębia.

Gdy trafiła do OPS, najpierw przeraziła ją papierologia i natłok informacji. Do tego doszło przejęcie sprawami klientów. Szczególnie zapadł jej w pamięć mężczyzna na wózku inwalidzkim, mieszkał kątem u znajomych, utrzymywał się z zasiłku. Weronika prywatnie przekazała mu torbę ubrań od ojca.

– Był bardzo wdzięczny. Kilka lat później spotkaliśmy się przypadkiem pod sklepem, pamiętał o tych ciuchach i jeszcze raz dziękował – opowiada. – W takich chwilach czuję, że robię coś ważnego. Niestety, są rzadkie.

Wpis przemycony z grupy na Facebooku (nazwy nie podano). Administratorka Kinga stwierdza (pisownia oryginalna):

„Nie rozumiem was. Po co mam z mężem pracować jeśli Państwo daje nam pieniądze. Mamy po 500+ na 4 dzieci. Miasto nam płaci za mieszkanie. Z caritas mamy jedzenie. Ja nie pracuje i mąż też więc mamy socjal na siebie a mąż ma jeszcze rentę bo ma problemy z alkoholem. Z mopsu też nam dają. Więc po co mi piszecie ze mam iść do pracy. Mamy prawie 7 tyś zł dla siebie bo ubrania też nam dają z Alberta. Jedynie co to za wakacje sami płacimy sobie bo dzieci z mopsu mają kolonie”.

– Znam ten post – mówi Patrycja. Z doświadczenia wie też, że nie jest to przypadek odosobniony. – Czasem klienci pytają mnie, czy mi się chce, a przede wszystkim opłaca chodzić do pracy. Bo oni siedzą w domu, mają 500+, dodatek rodzinny, dorobią sobie na czarno. I po co mają coś zmieniać, skoro im się należy? – opowiada.

To właśnie oni mają najwięcej pretensji, nieraz też straszą, że pójdą do „mediów albo prezydenta”.

– Staram się im uzmysłowić, że to tak nie działa, ale sytuacja jest patowa, bo ludzie są coraz bardziej roszczeniowi. A obrywa się nam – mówi Patrycja.

Dodaje, że niektóre rodziny rzeczywiście są niezaradne.

– Ale wydaje im się, że wszystko robią dobrze, nie chcą pomocy, ciężko się przebić przez mur, który stawiają wokół siebie. Są ludzie, którzy naprawdę potrzebują pomocy, sami przychodzą o nią poprosić i naprawdę ją doceniają. I są tacy, którzy kombinują, jak się tylko da – wyjaśnia.

Wpis administratorki Kingi pokazuję Weronice.

– Kiedyś słyszałam, że rodziny żyjące z pieniędzy z ośrodka, żyją w ten sposób od pokoleń. Nie wierzyłam. Teraz podpisuję się pod tym. Starsze koleżanki niejednokrotnie prowadziły mamy swoich klientów, teraz prowadzą ich dzieci. Przychodzą matki z córkami w ciąży. I mówią: „proszę jej pomóc, bo nie ma za co kupić wyprawki”. Pokoleniowe korzystanie z pomocy staje się patologiczne.

Swój sposób na podobne sytuacja opisuje Magda z OPS w miasteczku z zachodniej Polski.

– Jak klientka przychodzi z dzieckiem, to proszę, żeby wróciła sama. Żeby dziecko nie widziało, że nie zarabia się pieniędzy w pracy, tylko przychodzi do pani w ośrodku – wyjaśnia.

To Magda mówi najwięcej o pozytywach pracy asystenta rodziny.

– Chwile, kiedy klient wychodzi z alkoholizmu, idzie do pracy, zmienia tryb życia, rekompensują cały trud drogi, którą trzeba było razem z nim przejść – zapewnia. I podaje przykład klientki, którą poznała tylko po głosie. – Rzuciła mi się na szyję z radością, w pierwszym momencie nie wiedziałam, kto to jest. Zadbała o wygląd zewnętrzny, poszła do pracy, wyszła na prostą. A sytuacja była naprawdę bardzo trudna.

Agata z małego miasta w centralnej Polsce skończyła resocjalizację i terapię pedagogiczną, jest asystentką rodziny. – Myślałam, że to wdzięczna praca, żeby ludzie z problemami mogli się wygadać i poradzić. Okazało się, że jesteśmy na pierwszym froncie. To są przypadki najcięższe, patologia w patologii. I działaj cuda, człowieku – mówi.

Te przeważnie nie wychodzą.

Agata: – Czasem jest to walka z wiatrakami. Trzeba ciężko pracować, żeby ludzie zobaczyli, że mogą zrobić coś ze swoim życiem, a nie zawsze się to udaje. Ja ich nie winię, bo nieraz wychodzą z tak strasznych domów, że wcale się nie dziwię, że nie potrafią normalnie funkcjonować.

– Powiedziała pani: czasem.

– Bo większość jest naprawdę bardzo wdzięczna. Najbardziej mnie cieszy, jak rodzina wychodzi na prostą. Na przykład: matka alkoholiczka, niemoralnie się prowadząca, przestaje pić, zaczyna interesować się dziećmi, kupować im przybory szkolne. I to jest sukces.

Angelika pracuje w OPS w małej gminie wiejskiej, prowadzi stronę dla pracowników socjalnych i asystentów rodziny na Facebooku (8 tys. obserwujących). Jest przekonana, że sukcesy są rzadkie, a praca syzyfowa.

– Frustruje mnie alkoholik, który zaczął żyć jak każdy człowiek szanujący się, był umyty, miał czyste ubranie, jadł i mieszkał w przyzwoitych warunkach. Teraz powrócił do nałogu, co chwilę widuję go poobijanego, z ranami od bójek. To podcina skrzydła i pokazuje, że większość klientów wraca do swoich starych przyzwyczajeń i przysłowiowo: „kopią sobie groby” – wyjaśnia.

I dodaje: – Można jedynie patrzeć z boku i znowu załatwiać szpital, DPS, usługi opiekuńcze, kiedy będzie trzeba. Ta praca na tym polega, nawet jak podopieczny zawiódł. Tam, gdzie inni widzą alkoholika, wyrzutka społecznego, zjawia się pracownik socjalny i wyciąga z najgorszego bagna, narażając nieraz swoje życie – mówi Angelika. – Ale wszystkich się nie da uratować, bo nie każdy chce. Nie można nikogo do niczego przymusić.

Do Pawła klienci telefonują w weekendy, późnym wieczorem, w czasie urlopu.

– Czasem odnoszę wrażenie, że uważają mnie za swoją własność. Jedna kobieta dzwoniła w środku nocy zapytać, co z dodatkowymi 150 zł, na które liczyła. Okazało się, że nie spełnia kryterium, bo na koncie ma kilkadziesiąt tysięcy złotych wyrównania za rok zasiłku wychowawczego na 10 dzieci. Liczyła, że może się uda jeszcze jakąś kasę wyciągnąć. Bo jej się „z łopieki należy”.

System

Według Adama chodzi nie tyle o biedę, ile o nieumiejętność gospodarowania oraz/lub umiejętność wykorzystywanie luk w systemie.

– Kłamią, pracują na czarno, oszukują. Bo system na to pozwala, nagradza kombinujących, niepracujących, alkoholików, którzy nie mają motywacji do uczciwej pracy – uważa Adam.

Magda ma w sobie dużo wyrozumiałości nawet dla takich klientów.

– Staram się z tym walczyć, ale rozumiem, że jak ktoś kombinuje, to widocznie coś takiego się zdarzyło, co go tego nauczyło. Moim zdaniem to nie jest wyłącznie jego wina. Dlatego nigdy nie stygmatyzuję i nie przekreślam człowieka, nawet jak widzę, w jakich chodzi ubraniach, jak ma w domu.

– To znaczy?

– Że żyje na dobrym poziomie, a wyciąga rękę do pomocy społecznej. Co wcale nie jest tak łatwe, jak nam się wydaje: trzeba przyjść, wpuścić nas na wywiad, przedłożyć dokumenty, przejść całą biurokrację. To też wymaga wysiłku.

Tych klientów jest jednak coraz mniej. Tak wynika z obserwacji Magdy.

– Zauważyłam nawet, że matki w rodzinach wielodzietnych rzadziej korzystają z pomocy. Mają 500+ i nie przychodzą po dodatkowe świadczenia.

Inni rozmówcy mają odmienne doświadczenia.

– Ludzie są nauczeni, że dostają środki za to, że po prostu są. Nauczyliśmy ich rozdawnictwa. To jest najgorsze stwierdzenie: „bo mi się należy”. Dlatego jestem za tym, by 500+ dawać rodzinom, w których chociaż jedna osoba pracuje – mówi Weronika.

Patrycja: – Ludzie wychodzą z założenia, że przyjdzie asystent, pójdą do pomocy po pieniądze, mogą coś uzyskać, nie robiąc nic w zamian. Ja od nich czegoś oczekuję, żeby podjęli pracę, zmienili coś w swoim życiu. A oni wychodzą z założenia: po co, skoro państwo im da? To największa wada pomocy społecznej.

Ale nie jedyna.

– Nieraz jesteśmy bezsilni wobec systemu. Jest za dużo papierologii. Zamiast spędzać czas z rodziną i jej pomagać, siedzi się i pisze do urzędów, sądów. Bywa, że interwencja potrzebna jest „na już”, ale a decyzję sądu czeka się dwa lata – mówi Agata.

– Pomoc społeczna w Polsce w 90 proc. to wypełnianie dokumentacji, dbanie o to, aby każdy świstek się zgadzał, bo można mieć kontrolę i zostać ukaranym finansowo – potwierdza Angelika.

Magda: – Biurokracja nas zabija. Czasami skupiamy się bardziej na tym, żeby dokumenty były, jak trzeba, niż na człowieku.

Kolejny problem to nawał pracy. Asystenci rodziny mogą mieć maksymalnie 15 rodzin pod opieką. I tyle mają. To i tak za dużo.

– Optymalnie byłoby około dziesięciu. Wtedy miałoby się czas dla każdej rodziny. Mówi się, że do tej pracy potrzebni są ludzie z powołania. Ale nawet ci z powołania się wykruszą, jak zobaczą realia – mówi Agata.

U pracowników socjalnych wcale nie jest lepiej.

Angelika: – Zamiast 50 środowisk, które gwarantować ma nam ustawa o pomocy społecznej, pracownicy socjalni mają przynajmniej drugie tyle. Za tym nie idą dodatkowe pieniądze. Ludzi potrzebujących jest dużo, a pracownik socjalny tylko jeden.

Adama szczególnie uwiera co innego: – Nie mamy żadnego prestiżu. Jesteśmy poniżani, wyśmiewani, wymaga się od nas cudów. Nie ma współpracy między instytucjami, komisja ds. rozwiązywania problemów alkoholowych, policja, służba zdrowia – wszyscy nam wrzucają wszystko w nasze kompetencje. „Bo wy możecie”. A my co mamy zrobić, jak wszędzie są procedury, oczekiwanie? Boimy się wójtów, burmistrzów i radnych, którzy potrafią przyjść i kazać pomóc tej i tej osobie.

– Dlaczego?

– Klient to potencjalny wyborca, który ma rodzinę. A wójt boi się stracić głosy, więc wysyła delikwenta do „opieki”, by mu coś przyznać. Dostaje 100-150 zł i wszyscy są szczęśliwi. Tak samo radny – może obciąć dofinansowanie budżetu, zatrzymać podwyżki wypłat itp.

Patrycja zwraca uwagę na to, że asystenci rodziny nie mają czasu pracy „od do”, tylko zadaniowy.

– Nie raz siedzimy do 20 u klientów, raz mi się zdarzyło do 22, bo była interwencja policji. A później to wszystko siedzi w głowie, nie mogę zasnąć, martwię się, czy z dziećmi wszystko okej. To jest normalne w tej pracy, ale nie mamy dostępu do psychologów i superwizji. Nie ma z kim pogadać o tym, że się odbijamy od ściany, poradzić, co robić dalej.

Paweł potwierdza: – Klient na wizycie mówi, że chce popełnić samobójstwo. Nie wiadomo, co zrobić, siedzę, rozmawiam, wzywam karetkę. Nie biorą go, bo mówi, że zmienił zdanie. A ja siedzę z nim do późnego wieczora, później dzwonię. Rano kolejna wizyta i ustalenie terminu do psychiatry. Gdy rodzice są pijani, trzeba zabezpieczyć, czyli przekazać dzieci np. dziadkom. To wielkie obciążenie.

Pieniądze

– To niezwykle ważny zawód przyszłości. Dzięki niemu kanalizują się wszelkie napięcia w patologicznych społecznościach lokalnych – mówił w 2017 roku w rozmowie z „Business Insider” prof. Julian Auleytner, ekonomista i specjalista od polityki społecznej. Miał na myśli pracowników socjalnych. Dziś można podpiąć pod to również asystentów rodziny.

– Mamy spory deficyt wśród pracowników pomocy społecznej. O tym problemie się w ogóle nie mówi. Druga sprawa to wypalenie zawodowe i biurokracja, która zniechęca do tego zawodu. Jeśli dodamy do tego wszystkiego niską renomę pracownika opieki społecznej, mamy murowaną katastrofę – dodał profesor.

Paweł nie raz myślał, żeby rzucić zawód asystenta rodziny. Sam już ledwo żyje, żeby związać koniec z końcem, ma jeszcze trzy dodatkowe zajęcia.

– Ale kocham tę robotę za drobne rzeczy, kiedy to, o co walczyłem, zaczyna grać: dziecko idzie do przedszkola, rodzice zabierają je na bilans, ktoś znajduje pracę. Bo najczęściej pracujemy z rodzinami alkoholowymi, z zaburzeniami psychicznymi, w których każda bzdura jest mega sukcesem – wyjaśnia.

Trudno mu jednak zapomnieć o tym, co go w jego własnej pracy boli: braku dodatkowego urlopu, dodatku terenowego, kasy za paliwo i pranie, odzieży ochronnej, telefonu komórkowego.

Agata dodaje: – Człowiek jest po studiach, wykształcony, pracuje uczciwie. A klientom rozdaje się dużo większe pieniądze. Do niedawna na widok stanu konta na koniec miesiąca chciało mi się płakać.

Była już Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej niedawno przyznała: wynagrodzenia pracowników socjalnych są za niskie. Z badania przeprowadzonego przez resort latem 2018 roku wynika, że średnio pracownik socjalny w Ośrodku Pomocy Społecznej zarabia 2635,35 zł brutto (niecałe 1950 zł na rękę), w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie o prawie 30 zł mniej.

Asystenci rodziny mają jeszcze gorzej – w przeciwieństwie do pracowników socjalnych nie przysługuje im dodatek za pracę w terenie (250 zł).

Rozwiązaniem ma być przyznanie pracownikom socjalnym podwyżek za wysługę lat: po 10 latach pracy o 10 proc., po 20 latach – o 20 proc.

Pytanie, ilu z nich dorobi się takiego stażu.

Bo Adam na przykład ciągle boryka się z wypaleniem zawodowym. – Chcemy pomagać, a jesteśmy wypłatomatami. W starciu z klientem pracownik jest przegrany, liczy się słowo podopiecznego, mimo że kłamie i oszukuje. Konsekwencje są takie, że spada chęć do pracy – mówi.

Także wtedy, gdy przychodzi przelew na konto.

– Zarabiam 2482 zł, z wysługą lat, plus dodatek za pracę w terenie 250 zł. Czy to aż tak dużo? Nieraz zastanawiamy się, po co pracujemy, skoro ludzie, którzy nie skalali się pracą, mają wyższe świadczenia, niż nasze wypłaty – stwierdza z wyraźną goryczą.

Weronika z koleżankami i kolegami z ośrodka nie mogą się doprosić o podwyżki.

– Dostajemy odpowiedź, że są realizowane systematycznie. To znaczy wtedy, gdy idzie najniższa krajowa w górę. Bo u mnie w OPS dużo osób pracuje za 2250 brutto. Czyli za zasiłek z tytułu zatrudnienia, jak nazywamy nasze wypłaty – śmieje się gorzko.

Sama odwiedza klientów, widzi, jak żyją. – Często mają więcej wartościowych rzeczy w domu niż ja – stwierdza. I wylicza: ona nie ma zmywarki, telewizora 50’’, nowego laptopa dla syna, nie wyjeżdża za granicę, nawet na polskie morze ją nie stać. – Wynajmuję mieszkanie, dochód rodziny nie pozwala mi na dodatek mieszkaniowy. Nie jestem objęta pomocą ośrodka, gdzie pracuję, bo przekraczam kryterium. A przychodzi mi klient i opowiada mi, że spędził wakacje w Tunezji. To naprawdę boli.

Agata też to zna, kiedyś klient zapytał ją, czy nie lepiej byłoby siedzieć w domu. Odpowiedziała: „wtedy nic bym nie miała, nie przysługują mi świadczenia”. I jeszcze: „mam dwie ręce, mogę pracować, trzeba mieć też choć trochę godności”.

– Co on na to?

– Wzruszył ramionami.

Magda: – Czuję w tym niesprawiedliwość społeczną. Moja praca wymaga wiele wysiłku, przerabiam wiele problemowych spraw, nierzadko kosztem swojego zdrowia, także psychicznego, a ktoś przyjdzie do kasy i lekką ręką weźmie pieniądze. Ale nie mam żalu do tych ludzi, tylko do systemu, głównie systemu wynagrodzeń. Każdy z nas chciałby godnie, odpowiednio do wysiłku zarabiać.

Patrycja: – Skoro sami tak mało zarabiamy, to jak mamy przekonywać ludzi, żeby szli do pracy? To jest trochę uwłaczające, że klienci nie muszą robić nic i mają wszystko. Nieraz przychodzi myśl, żeby rzucić robotę w cholerę, iść na bezrobocie, do opieki, powiedzieć: mi się należy.

  • Imiona wszystkich bohaterów zostały zmienione. Zgodzili się opowiedzieć o swojej pracy tylko pod tym warunkiem.

 

Co się z tym Narodem stało – niedobrego!

Piękna, słoneczna środa w całej Polsce, bo wreszcie po deszczach i wichurach dostaliśmy od pogody parę ciepłych dni.

Mąż więc postanowił skorzystać z ładnego dnia i wypoczywał nad naszym jeziorem.

Ja nie mogę, bo mam obowiązki przy chorej Mamie.

Kiedy zjawił się w domu, to opowiedział mi krótką historyjkę, która nie okazała się dla mnie i dla niego dobrą historyjką.

Na plaży zauważył idącą po pomoście, dawno nie widzianą znajomą z mężczyzną typu – muskuły, kark i tatuaże.

Spytał, a gdzież to podział się jej mąż?

Odpowiedziała z cynicznym uśmiechem, że nie było go na nią stać!

Mają dwoje dzieci!

Kurtyna!

Powyższy wpis, jest o tym jak chamieją ludzie, dla których wszelkie wartości jak miłość, rodzina, przyjaźń poszły precz, bo najważniejsza jest kasa.

Jakie to smutne, że te wartości już tak niewiele znaczą.

Podobno jesteśmy krajem katolickim, a coraz więcej draństw pojawia się w przestrzeni publicznej i nie można już z tym nic zrobić.

Może tak należy to tłumaczyć, że skoro rządzący pod krzyżem kłamią, oszukują, konfabulują, to społeczeństwo myśli, że wszystko jest w porządku i ono też tak może. W końcu przykład idzie z góry – co nie?

Pięknie opisał obecną sytuację w Polsce Janusz Palikot na swoim blogu i nic dodać i nic ująć – cyt.:

” Czas pijanych os

30 Sie, 2017 | Polityka

Są wszędzie. Nieprzytomne. Zataczające się. Pijane „w trzy dupy”, jak to się mówi na Pradze. Z tego picia spadają bezwiednie na włosy, oczy, koszulę. Wtrącają się nieprzytomne do zup, chleba, sosów i wszystkiego. Nie sposób ich przeprosić, odpędzić lub odgonić. Gotowe zginąć, ale sięgnąć po jeszcze jednego. Patrzę na nie i myślę – toż to wypisz, wymaluj władza dzisiaj.

Jak wiadomo sezon się jednak kończy. Przynajmniej jeśli idzie o pszczoły”.

Ps.:

Pszczoły pójdą spać Panie Palikot, a ten nierząd szykuje nam jesień średniowiecza. 

Nie jeden Polak tego nie wytrzyma i będą zawały!

Sam Lech Wałęsa może tego nie wytrzymać i PiS będzie miał na sumieniu  jego śmierć!

I NIE TYLKO!

Napiętnowana w małym miasteczku!

Melania, ale wszyscy mówili na nią Mela, to była młoda  kobieta w wieku 27 lat, która w małym miasteczku pracowała w urzędzie gminy na stanowisku aktywizacji i promocji. Wszędzie było jej pełno, bo jeśli trzeba było zorganizować miejskie dożynki, czy dni miasta, to ona nadawała się do tego idealnie.

Miała w sobie moc charyzmy i potrafiła w mig zaktywizować lokalnych sponsorów i zorganizować imprezę z orkiestrą i miejskimi wykonawcami, angażując wszystkich ważnych w mieście i wypromować miasteczko jak się patrzy.

Była nie zastąpiona i wszędzie było jej pełno, a wójt miasta nie musiał się martwić, że coś na imprezie promocyjnej miasta nie wypali. Była doskonała i kochała to co robi będąc swoim żywiole.

Swoim koleżankom zawsze mówiła, że jest niewierząca i nigdy nie wyjdzie za mąż, gdyż jej ojciec katował jej matkę, która z rozpaczy się rozchorowała i umarła, a więc nie wierzy w Boga i tylko kieruje się w życiu intuicją i zdrowym rozsądkiem.

Lubiła imprezować, ale robiła to z głową. W swoim wynajętym, malutkim mieszkanku urządzała często spotkania babskie i nie tylko, gdzie alkoholu było dużo, ale było wesoło i każdy wiedział, że Melania to rozrywkowa babka, ale nigdy nie zawaliła swojej pracy, a więc nie było się czego czepić.

Pewnego dnia Melania poczuła się źle i znalazła się na pogotowiu, a tam zaczęto podejrzewać, że jest w ciąży.

Położono ją na oddział i faktycznie Melania była w ciąży zagrożonej, jak stwierdził lekarz dyżurny i pozostawiono ją na obserwacji.

Fama po mieście rozeszła się bardzo szybko, bo niby z kim Melania miałaby być w ciąży? Przecież z nikim się nie spotykała, a więc wszyscy byli ciekawi skąd ciąża u Melanii.

Ktoś rzucił podejrzenie i plotka poszła, że często była wzywana do wójta miasta, a więc może wójt, który jest żonaty i ma dwoje dzieci, jest sprawcą tajemniczej ciąży?  Może to jakiś kolega z towarzystwa zrobił jej dziecko podczas zakrapianej imprezy i tak się wszyscy domyślali. Najgorzej było pod kościołem gdzie to starsze panie snuły domysły, że z pewnością Melania usunie tą ciążę, bo nigdy do kościoła nie chodziła, a urodzić dzieciaka wójta to wielki wstyd, a do tego jak można rozbijać rodzinę wójta?

Pluto na Melanię, że bezbożnica z niej i ladacznica. Wyklęto ją ze społeczności, kiedy ona leżała w szpitalu na podtrzymaniu ciąży i o niczym nie wiedziała, co szepcze się mieście, ale do czasu rzecz jasna. Odwiedzały ją koleżanki i naświetliły jak sprawy się mają!

Minęły miesiące i Melania urodziła, wbrew wszystkim pomówieniom, że to dziecko wójta, albo jakiegoś tam innego, że usunie niechcianą ciążę jak to baby plotły pod kościołem. Urodziła w terminie ślicznego chłopaka i tylko kiedy mogła go wyprowadzić na świeże powietrze pokazała dziecko całej społeczności udowadniając, że mimo wszystko dziecka nie usunęła, ale…

W miasteczku wciąż się domyślają, czyje to jest dziecko, ale Melania na ten temat milczy!

Ps. Żona wójta poprosiła Melanię o udostępnienie danych do wyników DNA, ale okazało się, że jej mąż nie jest ojcem, a więc baby pod kościołem nabrały wody w usta, a syn Melanii rośnie zdrowo, a ona kocha go nad życie, ale z pracy ją zwolniono!

W poszukiwaniu partii idealnej!

Śledząc, może nie chorobliwie scenę polityczną, to sobie myślę, że to wszystko o kant de… rozbić. Czy to na lewo, czy to na prawo, albo po środku źle się dzieje. Nie jestem maniaczką jednej i słusznej partii i nie jestem zagorzałą wielbicielką wybranej partii, bo już tu pisałam, że jestem obserwatorką raczej.

PiS to partia nie wiarygodna, gdyż  oni mówią co innego, a robią co innego, biorąc pod uwagę złodziejskie zapędy Hofmana i spółki. Doszedł do nich także Girzyński i świetnie bawili się za nasze pieniądze. Rozjazdy, weekendy, hotele, to wszystko za ciężko zarobioną kasę przez zwykłego śmiertelnika.

Nie wpadam w samozachwyt nad PO, choć nowa Premier stara się jak może, by jej działania były uczciwe i transparentne, a także robi wszystko, aby PO stało się partią wiąż wiodącą.  Mam jednak w pamięci jak Sikorski i spółka jedli wykwintne kolacje w najlepszych knajpach i podlewali je drogim winem. Dyskutowali, że w Polsce to jest ch.., de… i kamieni kupa. Pozostał niesmak, mimo, że sprawę zamietli pod dywan i uważam to za paskudne posunięcie. Jest we mnie wciąż  sprzeciw, że jednych się rozlicza, a drudzy trzymają się mocno.

Pan Prezes, to jest ewenement na scenie politycznej, bo on mieszkając z kotem nigdzie nie jeździ i nie bywa, ale za to krocie wydaje się na jego ochronę i tu mam pomysła.

Powinna powstać partia pod nazwą Obywatelska Policja Partyjna, czyli w skrócie „OPP”, która to by patrzyła uważnie na ręce tych wszystkich cwaniaków, którzy myślą, że im wszystko wolno. Taka partia bez skrupułów powinna sadzać do paki i oddawać do sądu jeśli tylko zdobędzie spektakularne dowody i  nie ma zmiłuj się, kiedy politycy bezkarnie okradają społeczeństwo, które ledwo wiąże koniec z końcem.

Może to byłaby alternatywa oprócz ABW i CBŚ, na uczciwość w naszym kraju, gdzie machloje byłyby od razu nagłaśniane i karane. Może byłaby to sposób na ukrócenie krętactw i złodziejstwa i bezsporne karanie złodziei.

Nie wiem, ale jako wkurzona Obywatelka, wściekłam się, że Girzyński przeprosił i odszedł sobie, a gdzie jest nasza kasa, która jest potrzebna umierającym z głodu emerytom i biednym dzieciakom, a bieda jest powodem wysokiej skali samobójstw w Polsce z powodu kłopotów finansowych.

Gdzie się podziała w Narodzie empatia?

Wczoraj wieczorem oglądałam reportaż i nie mogłam sobie przypomnieć na jakim to było kanale. Nie oglądałam go od początku i nie pamiętam imienia bohaterki tego materiału.

Dziś zaczęłam szukać w sieci z nadzieją, że gdzieś znajdę historię kobiety na wózku, która cierpi na wrodzoną łamliwość kości, zmagającą się codziennie ze swoim zdrowiem, a także pokonującą szereg przeszkód i przypadkiem trafiłam na opowieść malutkiej kobietki, która wbrew wszystkiemu znalazła miłość swojego życia, a jest nim mężczyzna liczący sobie 180 cm wzrostu.

Ludzie mu się dziwią, że zakochał się w tak nietypowej kobiecie. Koledzy go pytają, dlaczego właśnie ona i tu wkleję fragment ich wielkiej miłości, bo resztę wywiadu trzeba wykupić:

„Witajcie! Jestem osobą niepełnosprawną, ale tylko na ciele. To nie będą tylko filmy o moim życiu, ale też o moich pasjach, o rzeczach kontrowersyjnych.

Bartek: Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, zatkało mnie. Ja: metr osiemdziesiąt. Ona: dwa razy mniejsza. Niespełna metr. To robi wrażenie. Duże. Świetnie się rozmawiało, więc umówiliśmy się znowu. I znowu. A potem dzwoniłem każdego dnia. Zakochałem się. Ludzie pytają mnie, czemu akurat Bogusia. Czemu: ty i ona? Miłość, po prostu. Tego się nie tłumaczy.Bogusia: Kiedy założyłam vloga i wspominałam o Bartku, ludzie nie dowierzali, że mam partnera. Domagali się: pokaż go, a może nie istnieje?Bartek: Myśleli, że występuje ktoś podstawiony, a Bogusia udaje, że ma chłopaka. A dlaczego miałaby nie mieć? Jest inteligentna, piękna, kokieteryjna, błyskotliwa. Wejdźcie na jej vloga, zobaczycie.”

 

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,100958,13905713,Bogusia_Siedlecka__Mam_fajnego_faceta__Czuje_sie_kobieta_.html

Prawda, że przepiękna historia i kiedy będę miała czas, odszukam bloga tej dzielnej kobiety i zapoznam się z dalszym ciągiem jej wspaniałej miłości.

Wracam jednak do reportażu obejrzanego jakby z doskoku i nazwijmy bohaterkę tej opowieści też Bogusia, bo może to ta sama osoba.

Pani Bogusia mieszka w blokowisku i miała mieszkanie na wysokim piętrze, ale mieszkańcy tej klatki zgodzili się, aby władze miasta na klatce zamontowały windę, aby Pani Bogusia prawie bez problemu mogła opuszczać swoje mieszkanie i aby mogła żyć jak każdy lokator tego bloku. Winda była przydatna, bo pani Bogusia miała możliwość wyjścia ze swojego mieszkania w celu dokonania zakupów, załatwiania swoich spraw, a także mogła wyjść na spacer jak każdy.

Pani Bogusia w pewnym okresie swojego życia zapragnęła poprawić swoje życie i wykupiła mieszkanie na własność i w  związku z tym przeprowadziła się do innej klatki w tym samym bloku. Wzięła potężny kredyt i wyremontowała swoje nowe gniazdko, a więc przystosowała je do swoich potrzeb i potrzeb wózka, na którym się poruszała, gdyż od urodzenia cierpiała na wrodzoną łamliwość kości i każde mocniejsze uściśnięcie jej dłoni powodowało, że jej kostki łamały się jak zimny lód.

Mimo przeszkód zdrowotnych nie poddaje się i walczy o każdy dzień i każdą godzinę swojego życia.

Jest jednak jedno ale, że mieszkańcy tej klatki kategorycznie nie chcą się zgodzić na przeniesienie windy z jednej klatki do drugiej i brak tej windy zatrzymał panią Bogusię w domu, ale jeśli chce wyjść, jej wózek dźwigają jej starzy rodzice po wysokich schodach.

Reporterzy robiący ten dokument, zaczęli pukać do drzwi sąsiadów z pytaniem dlaczego nie godzą się na zamontowanie owej windy i otrzymywali pokrętne odpowiedzi, że nie będą mogli swobodnie przechodzić przez klatkę, bo to będzie taka zawalidroga, albo nie wniosą nowych mebli, bądź nie zniosą swobodnie roweru i zatrzaskiwali z impetem swoje drzwi.

Winda po użyciu, zwinięta zajmuje nie więcej miejsca niż dość spora walizka, schowana, ściśle pod ścianą, ale sąsiedzi się zawzięli i władze miasta mają związane ręce i nikt nie wie dlaczego jest taka wredna reakcja ludzi i brak empatii w stosunku do osoby niepełnosprawnej. Nikt nie doszedł do wniosku, dlaczego tak zachowują się ludzie, którzy być może na starość, też będą potrzebowali takiej windy i w reportażu nie nastąpiło żadne motto.

A więc ja napiszę swoje motto, bo myślę, że w tym przypadku zagościła cholerna zazdrość, że niby jak to?  Osoba niepełnosprawna, która wzięła kredyt na 30 lat w celu wykupienia mieszkania i wyremontowania tegoż ma zamiar żyć do śmierci, mimo wrodzonej łamliwości kości. Taka osoba nie ma prawa niczego planować i o niczym marzyć, bo niech się nie wywyższa i nie wstawia na wejściu nowych i eleganckich drzwi wejściowych, kiedy wszyscy w klatce ledwo wiążą koniec z końcem i taki mamy efekt. Efekt zawiści i zazdrości!

Lars von Trier prześwietlił moje życie – moje kino

Muszę uprzedzić mojego czytelnika, że nie przepadam za kinem Larsa von Triera, ponieważ nie za bardzo odpowiada mi jego sposób przekazu. Jest to z reguły bardzo ciężkie kino, długie, ciągnące się i przygnębiające – zaznaczam dla mnie. Jednak dzisiaj coś mnie tknęło i odpaliłam jego film pt.”Przełamując fale”. Onet podaje, że film trwa 152 min, a w rzeczywistości trwa 2.36. Nie wiem dlaczego, ale postanowiłam ten film obejrzeć do końca, bo coś mnie w nim intrygowało, a może zobaczyłam w nim siebie właśnie. Opowiada o Bess,młodej kobiecie, która była śmiertelnie zakochana w swoim, świeżo poślubionym mężu. Była w stanie zrobić dla niego wszystko, wszystko, wszystko  i z tego powodu w swojej społeczności i  rodzinie uważano ją za wariatkę do tego stopnia, że usiłowali zamknąć ją w szpitalu psychiatrycznym, a następnie wyklęli ją z kościelnego życia. Kiedy jej mąż uległ poważnemu wypadkowi z Bess działo się już tylko coraz gorzej, co doprowadziło ją prawie do obłędu. Cóż można więcej napisać, oprócz tego, że żyją wśród nas kobiety kochające za bardzo i to jakże często jest dla nich zgubą. Nie napiszę jak film się zakończył, ale pragnę podkreślić, że film wart jest obejrzenia, ale tylko w chwili zadumy nad swoim związkiem, albo będąc w małżeńskim kryzysie i przestrzegam, bo ów film może zdołować, ale może nie tylko. Wszystko zależy od nastroju i zdrowym podejściu do zamysłu reżysera.

Nic nie dane jest na zawsze

Umykają krajobrazy
Giną przeszłe dni
Mija to, co nam się śni
La vie, la vie, la vie
Na pędzącej karuzeli
Którą kręci czas
Coraz bielszy odcień bieli
Rośnie w nas

Nic nie dane jest
Na zawsze
Nawet niebo ponad głową 
Ma swój kres
Nic nie dane jest 
Na zawsze
Pokochajmy to 
Co dzisiaj jest

Na ukrytych fotografiach 
Żółkną białe bzy
Kto tam się umawia 
Na wieczność?
To my, to my, to my
Nawlekani jak korale
Na cieniutką nić

Przesuwamy się wytrwale
Byle być

Nic nie dane jest na zawsze…

Te piękne słowa wyśpiewuje mój ulubiony wokalista Marek Torzewski, bo jakże często zapominamy o tym, że nic nie dane jest nam na zawsze i wszystko kiedyś się skończy i minie bezpowrotnie i nie ma na to żadnej rady. Bo mija uroda, bo wszystko ma swój kres, bo wyrastamy z dziecięcości, kończy się młodość i nastaje czas, kiedy nagle orientujemy się, że jesteśmy już w wieku, który nakazuje nam stateczność i życiową mądrość. Kiedy już nie wszystko wypada, nie wszystko możemy pokonać i świat już nie leży u naszych stóp i trzeba przystopować i nie brać się z życiem za bary, bo brakuje już na to sił. Skłaniamy się powoli do odchodzenia z tego pięknego świata i nawiedzają nas coraz częstsze myśli – jak będzie wyglądał świat i życie naszych bliskich, kiedy mnie już nie będzie? Ja bardzo często zadaję sobie ostatnio takie pytanie i nie będę się krygowała, bo boję się coraz częściej i tak bardzo będzie mi żal, że kiedy kosa zawiśnie nade mną i nie zobaczę więcej już nic. Być może nastanie taka chwila, że będę musiała przygotować się na odchodzenie i nie zdążę powiedzieć wszystkiego moim bliskim. Być może jeszcze dane mi jest jeszcze parę lat, że będę jeszcze trochę świadkiem dorastania moich wnucząt, bo to o nie najbardziej mi chodzi. To jest to nowe pokolenie w moim życiu, które bardzo je zmieniło i nadało nowego blasku. Dzisiaj moją wnusia po chorobie pojechała już do swoich rodziców, a jeszcze wczoraj bawiłyśmy się wspólnie, ucząc się języka angielskiego. Tłumaczyłam jej, że Babcia uczyła się w szkole języka rosyjskiego i bardzo żałuje, że nie rozumie nic prawie w języku angielskim, a jest tyle pięknych piosenek w tym języku. No więc uczyłyśmy się z lekcji znalezionej na YT. Zabawa była przednia i dlatego będzie mi żal, że może więcej się nie powtórzyć, bo licho nie śpi. Nie, nie wybieram się jeszcze nigdzie, ale czasami takie myśli mnie nachodzą, a więc znajduję się w tym okresie przemyśleń, podsumowań, refleksji. Ale z drugiej strony, to cieszę się, że takie myśli mnie nachodzą, ale podkreślam, nie dręczą, gdyż pozwala mi to wciąż i wciąż na bycie człowiekiem, trzeźwo oceniającym zachodzące wszędzie zmiany, w każdej dziedzinie, w każdej społecznej przestrzeni, choć te przemiany nie idą zawsze ludzkości na dobre.

Ubolewam straszliwie nad ludzką głupotą i proszę uwierzyć, że nie jestem człowiekiem wszystko najlepiej wiedzącym, ale mam w sobie pokłady empatii dla pozytywnych działań i nie znoszę, kiedy pozytywne działania są profanowane i opluwane. Nie znoszę kiedy ktoś próbuje mi pakować farmazony do głowy i zamula mi mój umysł, a mam na myśli niejaką posłankę PiS, Pawłowicz, która jadem pluje na Owsiaka. Nie pojmuję, że osoba w moim wieku nie potrafi patrzeć na sprawę wielokierunkowo, tylko idzie przez życie z klapkami na oczach, w zaparte i potrafi pluć jadem niczym najgroźniejsza żmija. Nie znoszę ludzi, którzy nie potrafią przyznać się do błędu i idą  w złym kierunku. Ludzie, którzy nie potrafią się zreflektować i powiedzieć, że myliłem/am się. Na zasadzie, że człowiek ma prawo błądzić. Nic z tych rzeczy, mimo wieku dorosłego, mimo doświadczeń, ci ludzie nie potrafią elastycznie funkcjonować w społeczeństwie i dlatego tak często zastanawiam się nad sobą, abym na stare lata nie nabrała w siebie tej piekielnej słodyczy arszeniku. Mnie się uda?