Archiwa tagu: wolność

Jeszcze będzie normalnie. Jeszcze będzie pięknie!

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, tłum i na zewnątrz

Urodziłam się w Gdańsku – Oliwie, w Szpitalu Marynarki Wojennej, co wiem z opowiadań Mamy.

Już na starcie miałam pod górkę, bo Mamie groził poród kleszczowy, ale ja walczyłam i bez uszczebku na zdrowiu pojawiłam się na tym świecie w Gańsku – Oliwie!

Jestem dumna, że właśnie urodziłam się w tym, jakże zasłużonym mieście, słynącym w walce o demokraję dla Polski!

W tym mieście działa się historia i oto obchodzimy 30-lecie Odzyskania Wolności.

Dziś obserwowałam uroczystości w Gdańsku i duma mnie rozpierała, że po 4 latach rządów PiS zobaczyłam w Gdańsku taki tłum ludzi – uśmiechniętych i radosnych.

W gorący, czerwcowy dzień wyszły tłumy ludzi z flagami i transparentami, aby zaznaczyć, że tęsknią za dawną Polską, która zmierzała ku zachodowi i rosła w siłę.

Pojawili się wszyscy, byli Prezydenci, którzy przemawiali bez ochrony, Policji, płotków, szlabanów, a wyszli do ludzi i razem z nimi świętowali.

Te ochody zakryły rekonstukcję rządu i właściwie, to nie obchodziło wielu, bo woleli się cieszyć, a nie śledzić kolejną ściemę, kiedy to eurodeputowany Brudziński ponownie oszukał wszystkich i schował flagę Unii do piwnicy!

Oto dowód:

Obraz może zawierać: 5 osób, ludzie stoją i tekst

Po dzisiejsych uroczystościach urosłam i nabrałam na nowo wiarę, że jesienią pogonimy im kota i zacznimy budować naszą Ojczyznę już bez tych świrów!

Panie Prezesie Kaczyński nie pozbędziesz się Lecha Wałęsy, bo on wyskakuje z każdej na świecie lodówki i jest podziwany, a o tobie Kaczyński będą w świecie pisać, jako o trupie demokracji i powstanie wiele publikacji o polskim dyktatorze!

Kto mi wytłumaczy dlaczego ci pisowcy wciąż gadają o seksualizacji dzieci, kurde bo nie kumam!

Jakie to jest zboczenie w tej dziwnej partii, bo może to są pedofilskie zapędy?

Obraz może zawierać: 1 osoba, tekst

Reklamy

Smutny 4 czerwca!!

30 lat temu głosowałam na Lecha Wałęsę, bo to on sprawił, że skończył się w Polsce komunizm, a właściwie socjalizm.

Można go lubić i nie lubić, ale tak się to działo.

Joanna Szczepkowska, to też ogłosiła w 1989 roku i cała Polska skakała do góry i się wszyscy cieszyliśmy, choć jeszcze nie mieliśmy pojęcia, co nas czeka.

A stało się bardzo dużo, bo weszliśmy do Unii Europejskiej i Polska zaczęła pięknieć z roku na rok za rządów PO.

Zaczęły pięknieć miasta i miasteczka oraz wsie, a pokażcie mi choć jeden sukces za rządów PiS prócz tego osławionego 500+, bo ja widzę tylko dewastację Polski, a więc wyciananie drzew, oraz zniszczenie koni arabskich, a także nie zbudowania ani jednego kilometra autostrady, oraz pogwałcenie sądownictwa i wszelkch polskich służb.

Dziś odbywały się w Gdańsku rocznicowe uroczystości i oto przemówił Morawiecki, że Polska zawdzięcza transformację Papieżowi Janowi Pawłowi II, tak jakby to, on zwołał Okrągły Stół – walną laską i pogonił z Polski socjalizm.

Pytam  Męża czy wywieszamy flagę 4 czerwca – w dzień wolnych wyborów, a On zawiedziony Polską mi odmówił i stwierdził, że atmosfera polityczna w Polsce jest fatalna i właściwie nie ma się już z czego cieszyć i świętować.

Dziś w Gdańsku Morawiecki nie przyjął zaproszenia od Prezydent Gdańska i oto mamy świętowanie takie, że nie potrafą rządzący rozmawiać i wszystko odrzucają, bo tylko oni mają patent na historię Polski, z której wymazali Wałęsę i innych bojowników o Wolną Polskę.

Od 4 lat Polska się cofa w każdym aspekcie –  prawnym, gospodarczym, etycznym i niby z czego ja mam się cieszyć?

Jestem taka smutna, bo oto ziszczają się wszelkie obawy, co do naszego kraju pod rządami tych nieudaczników tchórzyliwych i mściwych,  którzy myślą, że będą rządzić wiecznie.

Nie będą i niech tylko ruszą Internet, to im pokażemy, że nawet 500+  im nie pomoże!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Moje jezioro, w moim mieście, w środku samym i tam Mąż świętował odzyskanie Wolności w Polsce.

Ja świętowałam w kuchni, bo ugotowałam pierwszy bigos z młodej kapusty i kompot z rabarbaru, a także zrobiłam mus z truskawek.

Nareszcie mamy witaminki!

Obraz może zawierać: niebo, drzewo, na zewnątrz i przyroda

Obraz może zawierać: chmura, niebo, na zewnątrz, przyroda i woda

Obraz może zawierać: niebo, na zewnątrz, przyroda i woda

Obraz może zawierać: chmura, niebo, na zewnątrz, przyroda i woda

Zaczynam się bać!

Kiedy prawie 4 lata temu odbywała się kampania wyborcza – ostrzegałam, aby nie głosować na PiS, bo wszystko upolitycznią i wszystko będzie partyjne!

Nie wierzyli i niektórzy mi tłumaczyli, że PiS, to jest ratunek dla naszej Polski, bo tylko oni będą prawi i sprawiedliwi i w końcu pogonią PO, która pod koniec rządów swoich stała się arogancka i chciwa.

I zagłosowali na PiS, ale ja nigdy nie dałam się nabrać na to prawo i sprawiedliwość, bo czułam podskórnie fałsz i to, że będzie dojenie państwa, a także zwykły obywatel będzie gnębiony za byle co!

Rządzili zaledwie parę miesięcy, a mnie i mój blog podpieprzyła na Policję niejaka krakowiana M.P. , która zrobiła zrzut z bloga, który był cytatem na temat katastrofy smoleńskiej i Macierewicza.

 

Podkreślam, że to był cytat, a nie moje, własne słowa.

Dodatkowo prze 5 długich lat zrobiła mi taki hejt na forum o2, że o mało nie umarłam.

Parę miesięcy po wygranych wyborach przez PiS, zapukała do mnie Policja z nakazem przeszukania mieszkania i zaboru mojego sprzętu komputerowego, dzięki tej hejterce.

Miałam to szczęście, że policjant mnie pocieszał, że robi to niechętnie, bo przecież ja wiem kto teraz rządzi, ale musi wykonać swoją robotę.

Moje komputery badał biegły przez 6 tygodni i nie zostało nic znalezione, a więc zwrócono mi mój sprzęt.

Pani hejterka przeczołgała mnie przez komisiariaty, Prokuraturę i do dziś mam cały karton pism, które trzymam na pamiątkę,

Na szczęście odpuściła, bo wie, że jeśli ponowi nękanie mnie w sieci, to od razu ją zgłoszę jako kontynuację tej nieprzyjemnej dla mnie sprawy.

I oto co się dzisiaj stało?

6 maja – 6 policjantów o 6 rano, wkroczyło do mieszkania następnej Elżbiety, ale w Płocku.

Postawiono jej zarzut – obrazę uczuć religijnych, bo dodała aureolę LGBT do obrazu Matki Boskiej i za to grozi jej 2 lata więzienia.

Teraz w Polsce władza chroni kiboli, faszystów, nacjonalistów  i tego, że można wieszać na szubienicach europosłów, ale zwykłemu człowiekowi zabrania się mieć własne zdanie i to nas będą ścigać i wsadzać do więzienia.

I kto to robi?

Robi to „mnister”, który godzi się na konfetii zrzucane z nieba i Polcję ze skrzydłami anioła, a także ten minister, który w młodości kradł adidasy i rozwalał pociągi.

W którym kraju ministrem jest złodziej, który teraz szczyci się tym, że oto wytoczył działa przeciwko 51 letniej kobiecie, zamiast karać tych, co wrzeszczą – raz sierpem, raz młotem – czerwoną hołotę!

Kuriozum, a nie normalny kraj.

Prasa zagraniczna pisze o pani Eli i przeciera oczy ze zdumienia!

Ja zaczynam się bać zostawiać komentarze o obecnej polityce, bo boję się powtórki z rozrywki – tak, tak, tak!

 

A picture of the Virgin Mary with a rainbow halo

Policja weszła do mieszkania Elżbiety Podleśnej o 6 rano. Postawiono jej zarzut obrażania uczuć religijnych.

Dziś rano policja weszła do warszawskiego mieszkania znanej z antyrządowych manifestacji Elżbiety Podleśnej. Mundurowi przeprowadzili rewizję i zarekwirowali jej sprzęt elektroniczny. Jest podejrzana o obrazę uczuć religijnych.

„Kontakt przez najbliższe dni ze mną tylko via mail. Policja zabiera mi telefon” – napisała w poniedziałek rano na Facebooku Elżbieta Podleśna. O godz. 6 rano do jej mieszkania w Warszawie weszło sześciu policjantów. Przeszukali lokal i zabezpieczyli m.in. telefon, komputery, pen drivy i płyty. Po przeszukaniu przewieźli 51-latkę do Komendy Miejskiej Policji w Płocku.

Kacper Sulowski

 

Obraz może zawierać: 1 osoba, tekst

12 listopada jest wolny od pracy, bo oni piją z rozpaczy!

Na zdjęciu jest mój blok, w którym zamieszkuje 36 rodzin, a flaga pojawiła się tylko na trzech balkonach.

Ludzie mają chyba w nosie fakt, że już 100 lat mieszkamy i żyjemy w wolnej Polsce.

Obraz może zawierać: niebo, dom, roślina i na zewnątrz

Moje miasto jest ujęte na tej grafice i jestem z tego dumna. Poszukajcie się kochani.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

W moim mieście prowincjonalnym odbyły się uroczystości świąteczne, które celebrowano przy obelisku, poświęconym wyzwolicielom naszego miasta w 1945 roku.

Jestem dumna, że nawet w małych miasteczkach potrafimy wspólnie świętować.

U nas nie było faszystów, barierek, Policji, a byli Ci, którzy godnie oddali cześć naszej Polsce.

Obraz może zawierać: 3 osoby, drzewo, na zewnątrz i przyroda

 

Obraz może zawierać: 2 osoby, drzewo, roślina, na zewnątrz i przyroda

W moim mieście też zatańczono Poloneza! Jestem znowu dumna.

Obraz może zawierać: 9 osób, uśmiechnięci ludzie, ludzie stoją, buty, drzewo i na zewnątrz

Co zapamiętam z tego obchodzenia 100 lecia Odzyskania Niepodległości?

Zapamiętam przede wszystkim Donalda Tuska, który pojawił się na ochodach i świętował z kochającymi Polskę.

Został po chamsku zignorowany przez PiS i postawiono go na trybunie w szarym końcu – tak zignorowany tylko zyskał.

Składał wieńce i proszę sobie porównać ten sam pomink i dwóch polityków i proszę znaleźć różnicę!

Osamotniony Adrian i otoczony Donald Tusk ludźmi, którzy na niego czekają i mają z nim wielkie nadzieje.

 

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, tłum i na zewnątrz

Mój kolega Dominik tak podsumował obchody niepodległościowe w Warszawie i ja się z Nim całkowicie zgadzam, bo PiS 100 lecie położył na łopatki i zostanie po tej rocznicy tylko niesmak.

I znowu płaczę nad Tobą Polsko.

Co żeście skurwysyny uczynili z tą krainą? – „Kazik”.

BARWY NARODOWE

Biało-krwawy,
Krwawo-biały, lniany
Opatrunku, który zwiesz się: sztandar,
Coś się z wielkim krwotokiem uporał!
Wiatr rozwija ten dokument rany,
Wznosi w górę bohaterski bandaż.
Tę pamiątkę,
Ten dług
i
ten morał.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

 

Marsz Niepodległości pod patronatem Dudy się udał:
Wszyscy pięknie odśpiewali hymn:
Obrazek
A potem pokojowo przemaszerowali przez centrum stolicy Rzeczypospolitej:
.:okok:.
https://web.facebook.com/oko.press/vide … 360645189/

https://web.facebook.com/osrodek.monito … 104744438/

Polskie wojsko szło praktycznie ramię w ramię z neofaszystami w stolicy Polski. .:boisie:,
Obrazek

Duda nawet gorąco zapraszał na ta uroczystość rodziny z dziećmi:
https://web.facebook.com/marcin.szczygi … 182112241/

W międzyczasie uroczyście spalono flagę Unii Europejskiej:
Obrazek

A że w Warszawie smog, to nie od dzisiaj wiadomo (to wina Tuska! .;34;.):
Obrazek

Zagraniczne agencje i media komentują Marsz Niepodległości, a w nagłówkach pojawia się informacja, że Prezydent Polski, Andrzej Duda dołączył do antysemickich nacjonalistów .:oklaski:.
„Polska pod znakiem nacjonalistycznego marszu w 100 rocznicę odzyskania niepodległości”
Obrazek

Obrazek

 

 

„Wolność kocham i rozumiem. Wolności oddać nie umiem” – Chłopcy z Placu Broni

Dnia 23 lutego 1945 roku moje miasto zostało odbite z rąk Niemców i odzyskało wolność, a było to tak:

Po wybuchu wojny Niemcy założyli obóz jeniecki pod nazwą Arnswalde
Batalia o wyzwolenie Choszczna rozpoczęła się 9 lutego, kiedy 80 korpus generała majora Wiktora Wierzbickiego podszedł pod samo miasto.
18 lutego wojska radzieckie ponownie okrążyły Choszczno i opór wroga zlikwidowano 23 lutego.
W walkach o Choszczno Niemcy stracili ponad 300 żołnierzy, dużo sprzętu i uzbrojenia.
Po wyzwoleniu miasto zaczęło się szybko zaludniać i budzić do życia.

Już od wielu lat w tym dniu odbywa się inscenizacja,  jak to właściwie wyglądało i tu wklejam świeże zdjęcia autorstwa mojego Męża.

Podczas działań wojennych moje miasto bardzo ucierpiało i kiedy z Rodzicami tu przyjechałam w 1963 roku, to w każdym miejscu można było się natknąć na gruzy i zniszczenia wojenne.

Starsi ludzie twierdzą, że główną ulicą płynęła czerwona rzeka i zniknęły z powierzchni miasta cudne kamieniczki, a kościół był obity przez armatnie kule.

Moja Mama płakała, kiedy zobaczyła dokąd mój Ojciec Ją przywiózł, bo to miasto prawie nie istniało, choć był to już rok 1963.

Uwielbiam miasta z architekturą historyczną, a w moim mieście wojna zmiotła ją prawie w proch i pył i naprawdę niewiele  zostało do podziwiana.

Nawet Szczecin – miasto na zachodzie, tak nie ucierpiał jak ucierpiało moje miasto.

Wciąż widać braki w architekurze i ubolewam, że tak niewiele zostało z tamtych przedwojennych lat, kiedy moje miasto tętniło życiem.

Teraz jest tak, że jeśli turysta trafi do mojego miasta, to jest zachwycony, bo miasto tonie w zieleni, a w jego centrum mamy piękne jezioro – oazę odpoczynku i relaksu ze ścieżką spacerową i rowerową.

Ja się tu żyje?

Sennie i jest to miejsce idealne dla starych ludzi pragnących ciszy i spokoju, bo młodzi dają stąd dyla.

Nie ma ofert pracy i dlatego młodzi jadą tam, gdzie mogą się jakoś urządzić i zarobić lepsze pieniądze.

Kiedyś tu były fabryki, a teraz jest z 15 marketów, a może i więcej!

Ziobro zabrał pracę pracownikom więzienia, które zlikwidował i tym sposobem odebrał ludziom pracę.

Jakże często zadaję sobie pytanie – czy kocham to swoje miasto?

Niestety nie kocham w 100%, bo czegoś mi w nim brakuje i czuję niedosyt, ale nie umiem sobie odpowiedzieć – czego mi tu brakuje!

W moim mieście mieszkają różne nacje, bo po wojnie zjechali różni ludzie, czyli stanowimy swoistą mieszankę warzywną i może brakuje mi jedności w społeczeństwie tak jak np. na Śląsku!

Mam prośbę – napiszcie jak Wam się mieszka w Waszych społecznościach, miastach, wsiach, krajach!

Jestem tego ciekawa!

 

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

 

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

 

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

 

Seniorka, która nie jest już kozicą!

W Ameryce rozgrywa się armagedon i kiedy w telewizji pokazują migawki z tego, co się tam dzieje, to moje oczy robią się wilgotne.

Nikt na tej naszej, kochanej Ziemi nie zasługuje na takie traktowanie przez naturę.

Niestety, ale zdaje się, że nasz klimat radykalnie się zmienia i być może globalne ocieplenie działa tak, że ludzie pozbawiani są całego, swego dobytku, a także często życia.

Wystarczy wrócić pamięcią jak nawałnica w Pomorskim potraktowała hektary lasu i dobytek ludzi.

Z żywiołem nie da się wygrać niestety.

Tegoroczne lato też nie należało do udanych, gdyż po trzydniowym upale – natychmiast pojawiły się burze i silne, niszczycielskie wiatry.

Dziś z Mężem pojechaliśmy na grzyby.

Weszłam do cudnego lasu, w którym żaden świr Szyszko nie wycina drzew i poczułam się szczęśliwa.

Nie ważne ile grzybów nazbieraliśmy, bo nie wiele, ale kontakt z lasem dał mi wielkie  wyciszenie i spokój!

Gapiłam się na jesienne wrzosy, wysokie drzewa i zielony mech. Gapiłam się na samosiejki i gdzieniegdzie powalone drzewa przez wiatr, których nikt nie usuwa.

Zdałam sobie sprawę z tego, że nigdzie nie muszę uciekać przed wielką wodą, ogromnymi falami i tsunami.

Poczułam wolność, bo w lesie nie było praktycznie żadnych ludzi, a tylko śpiewające ptaki, a w mchu ukryte malownicze muchomory.

To był cudny dzień, co uwieczniłam na zdjęciach.

Pamiętam, że kiedy byłam młodsza, to żaden grzybek mi nie umknął. Przemierzałam las jak kozica i nawet potrafiłam w zagajniku czołgać się, aby tylko zdobyć kolejne trofeum do koszyka.

A teraz już bardziej dostojnie się poruszam po lecie, bo w końcu czas zrobił swoje! 😀

 

 

 

 

 

 

4 czerwca ważniejszy od 1 Maja!

W 1989 roku miałam 33 lata.

Byłam młoda i z naciskiem na piękna – hi hi. 4 czerwca 1989 roku pamiętam bardzo dokładnie. Poszłam z małżonkiem głosować.

Pierwsza Córka miała wówczas 13 lat, a młodsza 10 lat. Poszliśmy głosować za lepszą, rozwijającą się Polskę – nasz kraj.

Pamiętam jak dziś, kiedy aktorka Joanna Szczepkowska ogłosiła w telewizji, że 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.

Biłam jej brawo za odwagę! 

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=JkuYYu8PL_I

Wszystko dobrze się układało przez następne lata i Polska zaczęła liczyć się w Europie, aż do momentu dojścia do władzy PiS. Polska nagle zatrzymała się i do głosu doszło coś, co Polacy sobie wybrali.

Znudziła się im ciepła woda w kranie, ale za to dostali 500+, a w tym momencie zmieniły się w Polsce priorytety. Ludzie myślą, że to 500+ będzie im dane do końca świata i jeden dzień dłużej. Nie zdają sobie sprawy z tego, że każde źródło kiedyś wyschnie i co potem?

Dzisiejszego dnia PiS nie świętował, bo oni nie świętują tego, co świętowali ich poprzednicy! Taką awersję mają! 

Ja wbrew wszystkiemu wywiesiłam dzisiaj flagę, a w dużych miastach odbywały się wolnościowe pikniki i wypito toast za wolną Polskę, kiedy Prezydent świętował u kapucynów! 😀

Oni wolą grzebać w trumnach. To takie ich paliwo! Polityczne!

Adam Szostkiewicz

Adam Szostkiewicz
4 czerwca 2017
 
4 czerwca: ważne święto „gorszego sortu”
Politycy PiS gardzą tym świętem, bo niewielu z nich miało znaczący udział w opozycji solidarnościowej i demokratycznej.
 

PiS nie uważa Dnia Wolności i Praw Obywatelskich za swoje święto. Gdy doszedł do władzy, przedstawiciele obozu rządzącego nie świętują wraz z obywatelami 4 czerwca, w rocznicę pamiętnych wyborów w 1989 r., które zmusiły PZPR do podzielenia się władzą z „Solidarnością” na mocy tzw. porozumienia Okrągłego Stołu.

Rok temu prezydent Duda wyjechał w Dniu Wolności ustanowionym przez Sejm w 2013 r. do Włoch na urlop. W tym roku będzie wizytował w Dniu Wolności Nowe Miasto nad Pilicą. To nie jego święto, nie jego wybory, jak ogłosił na swym oficjalnym portalu rok temu: „To nie były w pełni wolne wybory’” Tak, nie były. Duda powinien sobie przypomnieć, że jego mentor Lech Kaczyński powiedział w 2009 r. w Gdańsku podczas obchodów 4 czerwca, że wybory były zwycięskim kompromisem, od którego możemy liczyć wolną Polskę.

Prezydent, premierka, ministrowie z PiS nie mają obowiązku uczestniczyć w święcie. Mogliby się jednak poczuwać do tego, by z racji swych wysokich funkcji w naszym wspólnym państwie wznieść się ponad swoje uprzedzenia. Gardzą tym świętem, bo niewielu z nich miało znaczący udział w opozycji solidarnościowej i demokratycznej. Dopiero po 1989 r. ujawniła się awangarda antykomunistycznej bezkompromisowości, bo wtedy niczym to już nie groziło.

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1707478,1,4-czerwca-wazne-swieto-gorszego-sortu.read

 

https://www.youtube.com/watch?v=OMyrPgZ2guY

 

https://www.youtube.com/watch?v=zb9Obfsfhrw

 

Napoleon Bonaparte – „His­to­ria to uz­godniony zes­taw kłamstw”

Nienawidzę kłamstwa. Nienawidzę konfabulacji, przekręcania i dopisywania zasług, bo się po prostu tym brzydzę.

Jestem już dorosła. Jestem Matką, Żoną i Babcią i w mojej psychice pod wpływem wieku nic się nie zmieniło i wciąż nienawidzę kłamstwa, bo mnie żadna demencja jeszcze nie dopadła.

Wciąż wiem, gdzie co położyłam i nie tracę czasu na szukanie kluczy, czy też telefonu. Może czasami szukam ładowarki do telefonu, którą podprowadza mi Mąż.

To Mąż często się mnie pyta, gdzie coś położy i zapomni, ale faceci tak mają.

Jestem wciąż bystra i zapamiętuję zdarzenia i kojarzę je w czasie, ale nie byłam obecna w żadnych strajkach, kiedy Polska zdobywała wolność i różni ludzie w tym uczestniczyli.

Trzeba oddać im pokłony, że mamy w Polsce wolność, a Oni narażali swoje życie za to, abyśmy teraz w kranach mieli ciepłą wodę.

Trzeba oddać im szacunek i tu zmierzam do bohaterskiej Henryki Krzywonos, która wolą wyborców dostała mandat do Sejmu i została posłanką PO.

Mam zgrzyt jak jasna cholera, bo niby na mównicy machała Konstytucją i nawoływała do jej poszanowania, jako osoba, która zatrzymała jakiś tam tramwaj i ogłoszono ją bohaterką, a ostatnim wywiadem udzielonym przez Annę Walentynowicz.

Anna Walentynowicz wystawiła Krzywonos zupełnie inną laurkę.

Komu tu wierzyć, aby nie powiedzieć, że jedna baba, drugiej babie zasadziła w de… grabie?

Anna Walentynowicz w swoim ostatnim wywiadzie zaprzeczyła bohaterstwu Henryki Krzywonos w te słowa lekko zmienione:

Piła w Spale, spała w Pile
i to jak na razie tyle!
Heeej, o hej…

Artur Andrus

I po co drzeć szaty w tylko jednym, danym nam życiu?

Dzisiejszy dzień, 13 grudnia sprawił, że jestem w kiepskim humorze i po godzinie 13 stałam się bardziej wrażliwa niż jestem w rzeczywistości. Często jest tak, że chowam w sobie głęboko emocje i nie pokazuję ich nikomu, bo po co mam swoimi emocjami zatruwać innym życie, ale dziś kiedy Naród wyszedł na ulice Warszawy pod przewodnictwem Prezesa i innych z tej szajki zrobiło mi się bardzo smutno.
Pamiętam ogłoszenie Stanu Wojennego, bo mi zabrali męża na „wojnę” i zostałam z dwojgiem malutkich dzieci i nie chcę wracać do tego dnia, kiedy nie mogłam pohamować łez rozpaczy, a jednocześnie uspokajać dzieci, które widziały mój smutek i na tym zakończę swoje wspomnienia.
Wyszli ludzie na ulice Warszawy i domagali się nie wiadomo czego, bo nie potrafili dokładnie sprecyzować po co właściwie wyszli, a coś dukali pod nosem, że w obronie demokracji i krzyczeli, że precz z komuną, a ja tak na nich przez ekran telewizora spojrzałam i stwierdziłam, że mimo 25 lat wolności, ci ludzie wciąż są tacy smutni, jak to w komunie śpiewał Smoleń. Szli smutni ludzie, którzy zabawili się w martyrologię  i zanegowali wszystko, dosłownie wszystko, co kraj nasz osiągnął przez te 25 lat. Nie ma dróg i mostów. Nie ma ciepłej wody w kranach i nie ma ogrzewanych mieszkań. Nie mają co na siebie włożyć i nie mają co włożyć do gara, ale za to mają siłę wyjść na ulicę i wieszczyć banały, bo tak im podpowiada wielki wódz, który dziś zrobił sobie kampanię wyborczą!
Nie twierdzę, że w moim kraju wszystko jest dobrze. Nie twierdzę, że już nic nie ma do poprawki i nie twierdzę, że rządzący są super i hiper, bo bym skłamała i wpadła w samo zachwyt albo bym straciła trzeźwe patrzenie na rzeczywistość, a nie chcę się okłamywać i wiecie co?
Znalazłam taki szeroki artykuł, który tu wklejam, bo mi świetnie pasuje do dzisiejszego dnia, kiedy niektórzy z komunałami wrzeszczą i są wiecznie niezadowoleni. Przychodzi taki czas, że to wszystko jest diabła warte, bo przychodzi choroba, która odbiera albo rozum, albo pozbawia siły wszystkie członki ludzkie i trzeba się zmagać z chorobą i niedołęstwem. Trzeba wybrać i zadecydować i niech wówczas szlag trafi to wszystko.
Kto zechce, ten przeczyta poniższy artykuł, a kto nie zachce, to niech chociaż przeczyta wstęp, aby zatrzymać się na chwilkę i zastanowić, że nie ma nic ważniejszego jak życie, samo w sobie.
Do Szwajcarii przyjeżdżają umierać ludzie z całego świata. Tu wolno pomóc w samobójstwie.

Rozmowa z dr Eriką Preisig, lekarką, która pomaga umrzećCzy to pokój, w którym się umiera?– Tak. Jak pani widzi, pacjent może wybrać, czy chce to zrobić na łóżku, czy w fotelu. Jest też duża kanapa, bo większość osób przyjeżdża do nas z rodziną. To są często trzy pokolenia: dziadkowie, rodzice i dzieci. Dziś rano umarł tu starszy pan z Francji, była przy nim córka z zięciem i dwóch dorosłych wnuków. Przy czym jeden z nich od razu zaznaczył, że nie chce być obecny przy tym ostatnim momencie, i wyszedł na zewnątrz. Rozumiem to i szanuję, bo ludzie czasem boją się patrzeć na śmierć. Boją się, że zobaczą drgawki, rzężenie, że ta osoba będzie cierpieć i to będzie dla nich trudne do zniesienia.Tak nie jest?– Wspomagane samobójstwo to jest spokojna, łagodna śmierć. Pacjent dostaje dużą dawkę silnego środka znieczulającego i po prostu zasypia.I pani mu to podaje?

– Nie. Musimy odróżnić dwie rzeczy: eutanazję i wspomagane samobójstwo. Eutanazja jest wtedy, kiedy lekarz sam daje pacjentowi zastrzyk uśmiercający. W Szwajcarii to nielegalne. Dopuszczalna jest za to pomoc w samobójstwie. Nasze prawo mówi, że jeśli ktoś chce umrzeć, można mu pomóc, pod warunkiem że nie stoją za tym żadne osobiste korzyści.

Dla pani to jest różnica?

– Gdybym sama miała zrobić ten zastrzyk, tobym czuła, że ja go zabijam. A to musi być decyzja i działanie pacjenta. Ja jestem po to, żeby on to zrobił bezpiecznie.

I co pani robi?

– Robię wkłucie do żyły i przygotowuję kroplówkę z solą fizjologiczną – na próbę. Pacjent najpierw sprawdza, czy potrafi ją sam uruchomić. Jeśli tak, umieszczam w niej właściwy środek. Od tej pory nikt inny poza nim nie może jej dotknąć. Kiedy jest gotowy, sam uruchamia kroplówkę specjalnym przyciskiem. I to jest bardzo ważne, żeby on to zrobił sam. Jeśli jest sparaliżowany i nie może ruszać ręką, dajemy mu specjalny przyrząd. Proszę zobaczyć: to jest taka lekka dźwigienka, która przypomina działaniem migawkę w aparacie fotograficznym. Wykonał to dla nas na zamówienie człowiek, który zajmuje się właśnie produkcją aparatów. Wystarczy lekko dotknąć – brodą, językiem – i uruchomi się mechanizm, który odblokuje lek.

I to już?

– Pacjent wie, że od tego momentu będzie żył jeszcze około czterech minut. Może pożegnać się z rodziną, przytulić. Po mniej więcej minucie przychodzi sen, potem ustaje akcja serca.

Co dalej?

– Przychodzi policja i lekarz patolog, którzy sprawdzają, czy to była śmierć dobrowolna. Czy nie ma śladów uduszenia, noża w plecach, czy wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Na wszelki wypadek każdą wspomaganą śmierć filmujemy.

Pani tego nie przeżywa?

– Bardzo. Dlatego wolno nam asystować tylko przy jednej śmierci w tygodniu, nie więcej.

Kim był pani pierwszy pacjent?

– To był mój ojciec. Dziewięć lat temu znalazłam go nieprzytomnego w jego pokoju. Mieszkał wtedy w domu ze mną i moją rodziną. Wokół łóżka walały się puste opakowania po lekach i dwie opróżnione butelki wina. Wziął chyba wszystko, co można było znaleźć w apteczce, i solidnie zapił alkoholem. Miał 82 lata, był już po dwóch wylewach. Nie mógł pisać ani mówić, porozumiewał się właściwie tylko ruchami głowy, a i to nie zawsze się udawało. Zadawałam mu na przykład pytanie, a on kiwał, że „tak”. A za chwilę walił się ręką w czoło i ryczał rozwścieczony. Rozumiałam wtedy, że to miało być „nie”, tylko głowa odmawiała posłuszeństwa. To był szalenie inteligentny człowiek, fotograf, silna osobowość. W domu było nas siedmioro, moja mama zmarła przy porodzie najmłodszego brata, więc praktycznie wychował nas sam. Dla człowieka o takim charakterze ten stan bezradności musiał być nie do zniesienia.

<podzial_strony>

Wezwała pani karetkę?– Postanowiłam go nie ratować. I to było trudne, bo byłam już wtedy lekarką, od 20 lat prowadziłam praktykę rodzinną. Miałam też trójkę dzieci, którym jakoś musiałam to wytłumaczyć. Ojciec obudził się po trzech dniach. Widziałam, że jest zrozpaczony tym, że cały czas żyje. Jakiś czas później postawił sobie koło łóżka pocztówkę, na której był pociąg. Jak do niego przychodziłam, pokazywał palcem na ten pociąg. Zapytałam go nawet, w jakimś przypływie naiwności, czy chce się wybrać na wycieczkę. A on wtedy złapał się za gardło i wykonał taki ruch, jakby chciał się udusić. „Dobrze – powiedziałam. – Zawrzemy układ. Obiecaj, że nie będziesz próbował się zabić, skacząc pod pociąg, a ja postaram się zorganizować ci wspomagane samobójstwo”.Wiedziała pani, jak się do tego zabrać?– Mamy w Szwajcarii fundację Exit, która pomaga osobom w takiej sytuacji. Poszłam do nich, ale okazało się, że aby zakwalifikować się do wspomaganego samobójstwa, trzeba być ich członkiem przez przynajmniej pół roku. Mój ojciec by tyle nie wytrzymał. I wtedy znalazłam Dignitas.Organizację, do której przyjeżdżają umierać ludzie z całego świata.– Dignitas w przeciwieństwie do Exit przyjmuje nie tylko Szwajcarów. Nie mieli też takich obostrzeń dotyczących członkostwa. Jak się dowiedzieli, że jestem lekarką, zaproponowali, że mogę zrobić to sama. Mnie ta myśl przerażała, bo ja to wtedy postrzegałam jako ciężki grzech.

Pani jest wierząca?

– Pochodzę z bardzo religijnej rodziny. Rodzice należeli do Armii Zbawienia i jako dzieci chodziliśmy tam przynajmniej dwa razy w tygodniu. Ojciec cytował Biblię z pamięci, przyjaźnił się z teologami, duchownymi, prowadził z nimi niekończące się dyskusje na temat wiary. Bardzo żałuję, że nie mogłam go wtedy zapytać, jak zamierza to w sobie pogodzić – samobójstwo i religię. Co by na to powiedział jego Bóg?

Pani zadaje sobie to pytanie?

– Cały czas. Po śmierci ojca strasznie się bałam, że Bóg mnie jakoś za to ukarze, na przykład że umrze jedno z moich dzieci. W takim strachu przeżyłam dwa lata. Nic się nie stało. Miałam za to kilku umierających pacjentów pod opieką. Lekarze rodzinni często wolą takiego pacjenta odesłać do szpitala czy hospicjum, bo jemu trzeba poświęcić dużo czasu, czasami chodzi się do niego nawet trzy razy dziennie. Mnie zawsze zależało, żeby moi pacjenci – jeśli to możliwe – umierali w domu, żebym mogła się nimi opiekować do końca. Widziałam, że mniej więcej połowa z nich odchodzi w strasznym cierpieniu. Zaczęłam się wtedy zastanawiać: co my właściwie im robimy?

Medycyna nie radzi sobie z cierpieniem umierających?

– Nie w każdym przypadku. Miałam pacjenta z zaawansowanym rakiem płuc. Końcowe stadium tej choroby wygląda tak, że człowiek ma płuca pełne wydzieliny, którą się stopniowo dusi. To jest śmierć w strasznych męczarniach. 20 grudnia, tuż przed świętami, zaczęło być z nim bardzo źle. Nie mógł oddychać, więc zaczęliśmy odsysać wydzielinę, ale to tylko powodowało, że płuca produkowały jej więcej. Cały dom – bo on był pod opieką paliatywną w domu – wypełniony był zapachem gnijących płuc i tym charczeniem duszącego się człowieka. Jego żona błagała mnie, żebym mu pomogła umrzeć, a ja nic nie mogłam zrobić. Męczył się jeszcze kilka dni.

Ale jest przecież morfina. Nie można takiego człowieka „wygasić” lekami?

– To się nazywa sedacja paliatywna. Podajemy kombinację morfiny i innych środków w takiej dawce, żeby pacjenta nie uśmiercić, tylko wprowadzić w śpiączkę. Ten pacjent z rakiem płuc też to otrzymał. Ale czy ktoś jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że człowiek w śpiączce nic nie czuje? Miałam kiedyś pacjentkę w terminalnej fazie raka. Była potwornie spuchnięta, musiała bardzo cierpieć, ale jakoś nie mogła umrzeć, mimo że podaliśmy jej sedację paliatywną. Jej mąż zdradził mi, że podejrzewa, dlaczego ona nie może odejść: „Mamy piątkę dzieci, ale jedna córka nie jest moja. Żona odeszła do innego, była z nim raptem dwa tygodnie, ale wróciła już w ciąży. Myślę, że ona się boi, co się stanie z tą dziewczynką po jej śmierci”. I ja zaproponowałam, żeby usiadł przy niej i zapewnił ją, że się będzie dalej opiekował tą córką. Trzy godziny później jego żona zmarła.

To mógł być przypadek.

– Miałam więcej takich przypadków w swojej praktyce. Jak umierała moja matka, ojciec poszedł ją odwiedzić w szpitalu. Kiedy stanął koło jej łóżka, wyciągnęła rękę, przesunęła po guzikach na jego koszuli i zapięła mu ten przy kołnierzyku. A lekarz zapewniał nas, że jest w takim stanie, że nic do niej nie dociera.

Ludzie zawsze znajdowali sposób, żeby odebrać sobie życie bez asysty lekarza i pielęgniarki. Dlaczego mamy im pomagać?

– Żeby to było bezpieczne dla nich i dla ich bliskich. Mniej więcej rok po tym, gdy umarł mój ojciec, zadzwoniła do mnie żona jednego z moich pacjentów. To był mężczyzna z zaawansowanym nowotworem, miał 86 lat. I ona mówi mi, że znalazła u niego pistolet i że on na pewno zamierza się zabić. Przekazałam mu przez telefon, żeby nic nie robił do mojego przyjazdu, i wsiadłam do samochodu. Usiedliśmy przy stole i zapytałam, jak właściwie zamierza to zrobić. Strzelić sobie w skroń? „Byłem w wojsku, więc wiem, jak się zabić na 100 proc. Lufę wkłada się do ust”. Wytłumaczyłam mu, jak to będzie wyglądać: jego żona, która siedzi obok, będzie w kuchni gotować obiad, usłyszy huk, pójdzie do ich wspólnej sypialni i znajdzie go w kałuży krwi z rozpłatanym mózgiem. Owszem, będzie martwy, ale czy na pewno chce jej to zrobić? On się wtedy rozpłakał. To było coś, o czym w ogóle nie pomyślał.

I pani wtedy mówi o wspomaganym samobójstwie?

– Pokazuję im, że jest taka opcja.

<podzial_strony>

Myślałam, że takiego człowieka trzeba raczej przekonać do życia.– Jak ktoś się dowiaduje, że jest inne wyjście, to często właśnie otwiera się na rozmowę o życiu. I ja zawsze próbuję go przekonać, żeby jeszcze żył. Ale ostatecznie to pacjent wie, jak bardzo cierpi i ile cierpienia może jeszcze znieść. Kim ja jestem, żeby decydować za niego?Ten mężczyzna jak wybrał?– To była druga osoba po moim ojcu, której pomogłam w ten sposób odejść. Była przy nim żona i cztery córki, to się działo w ich domu. Tuż przed śmiercią on ją mocno przytulił i powiedział: „Odchodzę po prostu trochę wcześniej niż ty, ale wkrótce się spotkamy”. Wcześniej pytała pani, jak ja to pogodziłam z Bogiem. Otóż jak się widzi taką spokojną, dobrą śmierć, to człowiek myśli: czy to jest na pewno niezgodne z religią, że pozwalamy odchodzić ludziom w taki sposób? A może to jest właśnie akt miłosierdzia? Po tym doświadczeniu zgodziłam się przyjąć propozycję Dignitas i zaczęłam asystować przy samobójstwach. A pięć lat temu założyłam własną organizację w Bazylei – Lifecircle.Kto prosi o pomoc?– Ludzie ciężko chorzy albo umierający, którym medycyna nie może pomóc. W różnym wieku. Najmłodszy pacjent miał 27 lat. To był chłopak z uszkodzonym rdzeniem kręgosłupa. W swoje 20. urodziny urządził imprezę i skoczył do basenu dla dzieci. Mimo paraliżu nieźle sobie radził, mógł trochę poruszać głową, więc pracował przy komputerze, używając joysticka. Po sześciu latach zaczął odczuwać bóle neuropatyczne. Zna pani to uczucie, kiedy człowiek sobie zimą odmrozi ręce i jak wchodzi do ciepłego pomieszczenia, czuje mrowienie w palcach? To jest to samo, tylko tysiąc razy mocniejsze. Taki ból bierze się stąd, że mózg naraz orientuje się, że skoro nie docierają do niego żadne sygnały z ciała, to znaczy, że z tym ciałem jest coś nie tak. Zaczyna się ból, na który właściwie nie ma lekarstwa. Morfina nie działa, opiaty nie działają, pozostają jedynie neuroleptyki, które w dużych dawkach robią z pacjenta warzywo. I on stwierdził, że nie chce tak żyć.

Taki człowiek pisze do pani, że chce umrzeć. Skąd wiadomo, że jest naprawdę chory?

– Proszę go o przesłanie dokumentacji medycznej, wyników wszystkich badań. Umawiam się na rozmowę przez telefon albo Skype’a. Mogę wtedy zobaczyć, w jakim jest stanie, jak mówi, jak się porusza. Potem to wszystko przekazuję dwóm niezależnym lekarzom tu, w Szwajcarii, oraz radzie fundacji. Oni wszyscy sprawdzają, czy pacjent spełnia kryteria.

Jakie?

– Pierwsze – to musi być nieuleczalna choroba. Drugie – osoba musi być w pełni władz umysłowych. Trzecie – trzeba wykluczyć chorobę psychiczną. Czwarte – decyzja nie może być podjęta pod wpływem osób trzecich. I wreszcie – życzenie, by umrzeć, musi być dobrze ugruntowane i przemyślane.

Co to znaczy?

– Że pacjent wyrażał taką wolę od dłuższego czasu. Na przykład sporządził testament życia i tam jest jasno napisane, że w określonej sytuacji nie życzy sobie dalszej terapii. Albo jest członkiem naszej organizacji na tyle długo, że to nie pozostawia wątpliwości. Jeśli lekarze i rada fundacji dadzą zielone światło, pacjent może przyjechać do Szwajcarii na badania. Na miejscu ma dwie wizyty lekarskie i jeśli badania się potwierdzą, może odejść.

A jeśli ktoś chce umrzeć, bo ma po prostu depresję?

– Jeśli to jest taka depresja, że właśnie umarł mu najlepszy przyjaciel i on się czuje samotny, to lekarz powinien go wykluczyć. Ale jeśli mamy do czynienia z poważnym cierpieniem psychicznym, to mogą istnieć przesłanki do wspomaganej śmierci. Przy czym my – mówię tu o organizacji Lifecircle – nie pomagamy takim osobom, bo nie mamy w zespole psychiatry, a tego wymagają przepisy.

Jak pani słucham, to mam wątpliwości, czy nie za łatwo to się odbywa.

– To nie jest tak, że przyjmujemy każdego, kto się zgłosi. Pierwszą rzeczą, jaką robię jako lekarz, jest sprawdzenie, czy tej osobie można pomóc tak, żeby mogła dalej żyć. Szukamy dla niej terapii, leków. Mieliśmy mężczyznę z nowotworem wątroby. Lekarze w jego kraju nie dawali mu już nadziei, a my przestudiowaliśmy jego wyniki i okazało się, że mógłby się poddać jeszcze chemoembolizacji. Musiał to zrobić za granicą, ale dalej żyje.

A jeśli pacjent przyniesie historię choroby, ale sfałszowaną?

– Miałam pacjenta z Włoch, który kwalifikował się do wspomaganej śmierci. Przyjechał sam. Zgłosił się do nas potem prawnik jego córki, która zarzucała nam, że nie powinniśmy byli mu pomóc. Ten pacjent miał jej zostawić list pożegnalny, w którym pisał, że sfałszował częściowo swoją dokumentację medyczną, żeby na pewno dostać zielone światło. Do dziś nie wiemy, o jakie dokumenty chodziło. Sąd orzekł, że nie popełniliśmy żadnych uchybień.

I nie ma pani poczucia, że to był błąd?

– To był bardzo schorowany człowiek. Przebył chorobę Heinego-Medina, z trudem się poruszał, miał też poważną chorobę wirusową. Przyjeżdżał do nas przez trzy lata i przez te trzy lata szukaliśmy dla niego rozwiązań, przekonywaliśmy, żeby jeszcze żył. Ale jeśli ktoś tak bardzo chce umrzeć, mamy prawo to uszanować. Po tej historii zaczęliśmy pilnować, żeby pacjenci informowali rodzinę o swojej decyzji. Jak mam wątpliwości w tej sprawie, to proszę o telefon i sama dzwonię.

<podzial_strony>

Rodzina musi się zgodzić?– Nie, ale musi wiedzieć.Zdarza się, że pacjent zmienia zdanie?– Połowa osób, którym dajemy zielone światło, nigdy z niego nie korzysta. Być może sama świadomość, że mogą to zrobić, kiedy będzie bardzo źle, przynosi im ulgę. Miałam taką pacjentkę z rakiem krtani. Była już po trzech operacjach, nie chciała czwartej. Odwiedziłam ją w domu. Widać było, że ona jest zdecydowana na wspomagane samobójstwo, ale mąż nie. Cały czas był w niej zakochany, w ogóle sobie nie wyobrażał, że ona może odejść. Namówiłam ją, żeby jednak poddała się tej operacji, i dzięki temu zyskali jeszcze jeden rok razem. Potem nastąpił wyjątkowo agresywny nawrót, z przerzutami do płuc i mózgu, ale ona zdecydowała się odejść w opiece paliatywnej, chociaż była członkiem Lifecircle. I tak powinno być – to jest wybór pacjenta, jak chce umrzeć.Uprzedziła mnie pani, że nie będzie rozmawiać o statystykach. Czyli nie dowiemy się, ilu macie członków i ile osób umiera z pomocą waszej organizacji?– Mogę powiedzieć tylko, że te liczby rosną. Nie ujawniamy ich, bo potem robią się z tego sensacyjne nagłówki w gazetach.

A o pieniądzach?

– Członkowie Lifecircle płacą roczną składkę 56 franków szwajcarskich- to jest 45 euro. Można też zapłacić jednorazowo 1000 franków i to daje członkostwo na całe życie. Za wspomaganą śmierć płaci się 7 tysięcy franków, a za zielone światło – czyli całą procedurę kwalifikacyjną – 3 tysiące franków. Te same stawki obowiązują w innych organizacjach. Jeśli ktoś nie ma środków, może ubiegać się o zwolnienie z tych opłat.

Gdzie trafiają te pieniądze?

– Na konto naszej fundacji. Z tych środków opłacani są lekarze, pielęgniarki, usługi pogrzebowe, administracja. To, co zostanie, przeznaczamy na pomoc dla tych członków, których nie stać na opłaty.

Przeciwnicy zarzucają wam, że robicie biznes na umieraniu.

– Szwajcarskie prawo wyraźnie mówi, że na wspomaganej śmierci nie można zarabiać. To znaczy – można pobierać pensję, ale tylko w takiej wysokości jak w swojej zwykłej pracy. Czyli jeśli pielęgniarka zarabia 4 tysiące franków miesięcznie, to u nas możne dostać tyle samo, nie więcej. Inaczej jest to przestępstwo. Konto naszej fundacji też jest regularnie kontrolowane.

A sąsiedzi nie protestują, że ludzie przyjeżdżają tu umierać?

– Celowo szukaliśmy miejsca na parterze, z osobnym wejściem, gdzie samochód mógłby podjechać i zabrać trumnę tak, żeby nikt tego nie musiał oglądać. Ale mieliśmy jeden telefon z policji, bo okazało się, że ktoś z mieszkańców złożył na nas skargę. Zaproponowano nam mediację sąsiedzką i dopiero tam okazało się, że przeszkadza im wóz policyjny. Od tej pory prosimy, żeby policjanci, którzy sprawdzają procedury, przychodzili w cywilu i na piechotę.

Pacjent odchodzi, rodzina wyjeżdża, a pani z tym zostaje.

– I to jest trudne, zwłaszcza jeśli zdążymy się zaprzyjaźnić. Na samym początku pracy miałam pacjentkę z Australii, Lilę. Cudowna, pogodna kobieta. Miała nowotwór gardła, czekała, aż dostanie zielone światło, bardzo cierpiała. Wysłałam jej pocztą morfinę. Kojarzy pani takie herbatniki z dziurką? Otóż tam właśnie udało mi się wcisnąć leki. Paczkę nadałam z Niemiec, żeby nikt nie mógł dojść, że to ode mnie. Dzięki tej morfinie Lila i jej mąż przeżyli jeszcze wspaniałe cztery miesiące razem. A potem przyjechali tu. Kiedy Lila wypiła środek uśmiercający, uprzedziłam ją, że ma jeszcze cztery minuty życia, i żeby nie zwracała na mnie uwagi, tylko pożegnała się z Donaldem. A ona odwróciła się do mnie i powiedziała: „Erika, obiecaj mi, że będziesz więcej jeść”. Miałam wtedy problemy w życiu osobistym, strasznie schudłam. Donald też nie jadł. „Po wszystkim macie iść w góry, do tej świetnej restauracji, i zamówić po steku. Ja stawiam!”. A tu obok emocji trzeba być jeszcze profesjonalistą, żeby dopełnić procedur. Po tej historii pomyślałam: nie dam rady.

To dlaczego pani to dalej robi?

– Opowiem o pacjencie, którego mam teraz pod opieką. To młody człowiek, 42 lata, cierpi na pląsawicę Huntingtona – jedną z najgorszych chorób neurologicznych, która polega na tym, że ciało przestaje się nas słuchać. Na przykład – chcę panią pogłaskać, ale moja ręka robi taki gwałtowny ruch, że walę w stół. Nie ma na to lekarstwa, chorzy umierają około pięćdziesiątki, kiedy buntują się mięśnie odpowiedzialne za oddychanie. Ten człowiek ma ciało jak kulturysta, z trudem oddycha, nosi specjalny kask i cały czas robi sobie krzywdę, nieświadomie oczywiście. Widział rodziców umierających na tę samą chorobę, ma brata i siostrę w bardziej zaawansowanym stadium, z demencją. Jak do nas trafił, był w głębokiej depresji, mówił, że nie chce skończyć tak jak oni. Daliśmy mu zielone światło i termin na grudzień. I to był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam uśmiech na jego twarzy. Odstawił wszystkie antydepresanty, promienieje. Jego żona powiedziała mi, że odkąd poznał datę swojej śmierci, zaczął się cieszyć życiem.

Dalej pracuje pani jako lekarz rodzinny?

– Na pół etatu.

<podzial_strony>

Pacjentów to nie odstrasza?– Przeciwnie. Miałam tylu chętnych, że musieliśmy zamknąć zapisy. Myślę, że pacjent chce mieć lekarza, który będzie z nim do końca i da mu możliwość wyboru.A znajomi, sąsiedzi – wiedzą?– Tak. Jak zmarł mój ojciec, powiedziałam rodzinie: będziemy mówić, że to był po prostu trzeci wylew. Ale jedna siostra się zbuntowała, że nie zamierza kłamać. Pamiętam, że ojciec zostawił listę gości, których mieliśmy zaprosić na pogrzeb – 150 osób, w tym sporo związanych z Kościołem. Pogrzeb odbywał się w takim pięknym miejscu, które ojciec sam wybrał, na moście nad rzeką. Podczas tej ceremonii opowiedziałam publicznie o tym, jak odszedł. Nikt mnie nie potępił.http://wyborcza.pl/duzyformat/1,142470,17107626,Pomogam_w_samobojstwie__Rozmowa_z_dr_Erika_Preisig.html?utm_source=agora&utm_medium=email&utm_campaign=Pomagam-w-samob%C3%B3jstwie-Teksty-tygodnia-Wyborczej-111214

Polskie Święto, Nasze 11 Listopada

Cieszę się, że żyję w wolnej Polsce, kraju nad Wisłą. Kraju, który wiele razy oberwał od innych i wciąż się podnosił i walczył o swoją Godność i Niepodległość.

Żyję w kraju, w którym nikt mi nie mówi co mam zrobić, a czego nie. W kraju, gdzie mogę iść gdzie chcę i robić, co zapragnę, oby to było tylko zgodne z prawem i dobrymi obyczajami.

Nie jestem historykiem, ale jestem kobietą, która całe swoje życie poświęciła dla mojego kraju, bo tu się urodziłam, chodziłam do szkół, a potem wychowałam dzieci na prawych obywateli, a także swoją pracą wspierałam mój kraj, aby się rozwijał i kwitł.

Cieszę się, że dzisiaj ludzie wyszli na ulice i biegną w Marszu Niepodległości. Cieszę się, że na balkonach i w oknach powiewają flagi, choć ubolewam, że nie wszyscy pamiętają, żeby je wywiesić na znak, że to tu jest nasz ukochany kraj.

Nie chcę, aby ten wpis był patetyczny i nadmiernie podniosły, bo wolność trzeba celebrować najlepiej w gronie najbliższych i przyjaciół. Należy się cieszyć, że po historycznych zawieruchach mamy dobre osiągnięcia i stajemy się coraz bardziej widoczni w światowej gospodarce i polityce. Jesteśmy dostrzegani i świat zaczyna się z nami liczyć, a więc czytamy:

„Sukces Polski jest niebywały.To kraj, który w XVIII wieku zniknął z mapy Europy; podzielony, przez 150 lat był rządzony przez imperialnych okupantów. W XX wieku padł ofiarą dwóch nieludzkich ideologii, faszyzmu i stalinizmu.”

http://wszystkoconajwazniejsze.pl/gunter-verheugen-polska-u-progu-zlotego-wieku/

Polskie społeczeństwo zasługuje na wspaniałą przyszłość. Europa powinna się od niego nauczyć, że marzenia się spełniają, jeśli całkowicie zaangażujemy się w ich realizację. I tak jak wchodzący na środek europejskiej sceny Tusk obiecał poprawić swój angielski, tak być może my wszyscy powinniśmy podciągnąć się trochę w polskim.

Günter Verheugen

 Świętujmy kochani, cieszmy się i uśmiechajmy do siebie, bo w Korei ludzie mają często zabronione, aby się uśmiechać do siebie, bo mogą stracić życie!

Korea Północna upamiętnia 20. rocznicę śmierci Kim Ir Sena. Obowiązuje żałoba i zakaz uśmiechania się!

 

8 lipca w Korei Północnej zabronione jest uśmiechanie się czy tańczenie. Nie można także głośno rozmawiać na ulicy czy pić alkoholu. Kraj jest pogrążony w żałobie. Wszyscy obchodzą 20. rocznicę śmierci twórcy komunistycznej Korei Północnej Kim Ir Sena.