Archiwa tagu: wychowanie

Dylematy matki!

Kiedy tak się starzeję i z roku na rok staję się starsza, tak jak wszyscy zaczynam pewne sprawy analizować ze swojego życia i bywam dla siebie dość surowa.

Moje Córki odeszły z domu ponad 10 lat temu i ich odejście w dorosłe życie było dla mnie bardzo trudne, gdyż odchodziły mając prawie po 30 lat, a więc były w domu rodzinnym bardzo długo.

W tym czasie uczyły się, studiowały i taki układ mi pasował, bo dom był gwarny i ciągle się w nim coś działo.

Odeszły na swoje i nagle w domu zrobiło się tak strasznie cicho i pusto, a ja z Mężem uczyliśmy się życia tylko we dwoje i na początku było naprawdę ciężko, ale z czasem poukładaliśmy sobie nasz świat domowy.

Podzieliśmy sobie nasze obowiązki i zaczęło to bardzo dobrze funkcjonować i trwa na szczęście do dziś.

Męża mam pracocholika, który wciąż pracuje, a ja będąc na emeryturze zajmuję się domem i mam masę czasu na rozmyślnia o minionym życiu.

Zastanawiam się bardzo często nad tym, jaką ja byłam matką dla swoich Córek, które są tak różne, że do każdej trzeba podchodzić indywidualnie, ale kocham je obie matczyną miłością.

One kiedyś będą mnie rozliczały z tego jaką byłam dla nich matką i być może ocena będzie bardzo surowa, choć przysięgam, że się starałam z całego serca kochać je jednakowo, mocno i bez podziałów na lepszą, czy gorszą Córkę.

My z Mężem mieliśmy w swoim pożycu małżeńskim wiele ostrych zakrętów i małżeństwo wisiało na włosku i być może w tym czasie nasze Dzieci poczuły się osamotnione, za co je strasznie przepraszam, ale to teraz jest naprawione i wszystko się poukładało.

Może byłam Matką pośpieszną, czasami egoistyczną, toksyczną, ale pewnie to wynikło z nerwowego życia, aby za nim nadążyć i sprostać wyzwaniom.

Jednak nigdy nie podzieliłam swoich Dzieci i traktowałam je po równo i tak zostanie na zawsze.

Nigdy nie dopuszczę do tego, aby One się nienawidziły i wkroczę jeśli się pokłócą, czy też oddalą od siebie.

Staram się pielęgnować rodzinne życie i moje Córki nie mogą się od siebie oddalić, bo to będzie moja osobista porażka.

Pewnio będzie tak, że po mojej śmierci moje Córki mnie ocenią, ale nigdy mi nie zarzucą tego, że traktowałam je różnie i po macoszemu, bo obie są dla mnie wielką wartością i sukcesem.

Pewnie każde odtrącone dziecko przez rodzica będzie miało traumę, że było gorsze i nie kochane i tak będzie musiało  z tym żyć i ja wiem coś o tym, a więc dlatego dążę do tego, aby moje Dzieci nie przeżywały odtrącenia, bo to boli jak jasna cholera!

Przeczytajcie poniższy felieton o tym jak matki często popełniają błędy wychowawcze i tym samym odtrącają swoje dzieci nie zdając sobie nawet z tego sprawy:

 

Jak mam świętować Dzień Matki, jeśli mama mnie skrzywdziła?

W Dzień Matki mamy powinny dostawać w prezencie nie kwiaty, ale książki o tym jak wygląda prawdziwa miłość do dziecka, nie ta toksyczna. Bo zdrowie psychiczne matek to podstawa zdrowego psychicznie społeczeństwa.

Dzień matki. Piękny, ważny dzień. Warto przy jego okazji zadać kilka pytań. Czy nie jest tak, że trwa on… cały rok? To ważne z perspektywy spojrzenia na rolę i stereotypy na temat matek – czy są nieomylne? czy są na piedestale? czy zawsze powinny na nim być?

Mam wrażenie, że nasze społeczeństwo nie pozwała nam wytykać wad matkom, nie wolno nam ich krytykować i winić za cokolwiek. Od dzieci – małych, dużych i tych już dorosłych, wymaga się, aby je chwaliły i doceniały wysiłki wychowawcze oraz poświęcenie. Matki nie należy też pociągać do żadnej odpowiedzialności za popełnione błędy, które wynikać mogą nie tylko z braku posiadania przez nią wiedzy, również tej o wpływie przemocy z jej strony na psychikę dziecka, czy z jej nieświadomości o tym jak jej zaburzenia emocjonalne wpływają na kształtowanie się osobowości dziecka. Matkę w naszej kulturze należy tylko szanować i czcić, bo matkę ma się tylko jedną i tyle! To wystarczy i dajemy jej przyzwolenie na wszystko, co chce robić z dzieckiem. W porządku – nie zawsze tak jest i to przejaskrawiony obraz, ale czy faktycznie tak bardzo? A może tak naprawdę boimy się tak spojrzeć na to zagadnienie?

Winne tylko dorosłe dzieci

Od dawna już wiemy, że nikt nie rodzi się emocjonalnie zaburzonym i złym. Naszą psychikę kształtuje środowisko i osoby zajmujące się naszym wychowaniem, kiedy jesteśmy mali. Gwałciciel, morderca, sprawca przemocy, pedofil, znając ich historie z dzieciństwa wiemy, że takimi okropnymi osobami one nie się urodziły, tylko się nimi stały.

Rodziców winić nie można, ale ich dorosłe, skrzywdzone przez nie dzieci, już tak. Czy to sprawiedliwe? Złamać psychikę dziecka jest łatwo a naprawić już o wiele trudniej, a często już nie da się nic zrobić. Z drugiej strony gdzie empatia dla osób, które doznały przemocy? Ile mamy jej dla takich zranionych w dzieciństwie osób?

Obchodząc tak hucznie święto matki mam wrażenie, że skrzywdzonych zupełnie nam nie brakuje. W tym dniu wiele osób cierpi strasznie, bo nie wiedzą, co mają zrobić, czy kupić matce kwiaty i złożyć jej życzenia czy nie. Społeczeństwo wywiera na nich silną presję, a ich krwawiące nadal z bólu serce mówi: „Nie, nie zasłużyła sobie moja matka na kwiaty i życzenia ode mnie.” Można powiedzieć, że z ojcami jest podobnie, ale czy faktycznie? Ojca winić jest łatwiej – w końcu nie urodził, nie poświęcał się, nie było go, a matka jest tylko jedna.

Jak powinniśmy więc obchodzić dzień matki?

Dzień matki powinien być moim zdaniem dniem podnoszenia świadomości w społeczeństwie i profilaktyki zdrowia psychicznego matek – troski o nie, aby sposób, w jaki angażują się w wychowanie nie ranił, nie niszczył, był wartościowy.

Powinien wiązać się z dostarczaniem wiedzy matkom, jakie szkody wynikają z niewiedzy i nieświadomości.

…”Zamiast skupić się na stworzeniu dzieciom warunków, których potrzebują, wymyślamy kolejne rozwiązania kulturowe odbierające im szansę na prawidłowy rozwój. Społeczeństwo nastawione na produktywność i konsumpcję chce wytworzyć i zużyć jak najwięcej dóbr, zapominając, że właściwa opieka nad dzieckiem przynajmniej przez jakiś czas wyłącza jedno z rodziców z pracy zawodowej.

Zaszczepieni kulturowym egoizmem oddajemy dzieci do żłobków i przedszkoli,

odbierając im szansę na prawidłowy rozwój mózgu. Zrywając więzi gwarantujące im w przyszłości umiejętność nawiązania własnych dorosłych relacji skazujemy je na samotność i płytkie związki międzyludzkie. Zamieniamy wszystkie naturalne potrzeby człowieka na sztuczne zamienniki.

Nie zdajemy sobie sprawy, że kulturowy wzorzec rodzenia dzieci w krótkich odstępach czasu jest pierwszą kostką domina pociągającą za sobą nieskończoną ilość nieszczęść. Wymienię tylko wszechobecny w życiu i wychowaniu wzorzec przemocy, choroby psychiczne i uzależnienia.

Decyzja zawsze leży w Waszych rękach. Może warto zastanowić się, czy właśnie tego chcemy dla naszych dzieci? ….”

Matki powinny dostawać w tym dniu w prezencie nie kwiaty, ale książki o tym jak wygląda prawdziwa miłość do dziecka, nie ta toksyczna. Bo zdrowie psychiczne matek to podstawa zdrowego psychicznie społeczeństwa.

Dlatego zacznijmy świętować Dzień Matki inaczej, bardziej świadomie! Empatia nie tylko dla matek, ale i dla zranionych przez nie dzieci jest potrzebna w tym dniu!

Dzień Ojca też zacznijmy tak świętować! Ponieważ dzieci potrzebują „Rodziców Emocjonalnie Dojrzałych” a nie straumatyzowanych dorosłych wokół siebie.

http://mediumpubliczne.pl/2017/05/swietowac-dzien-matki-jesli-mama-skrzywdzila/

Reklamy

Dzień Babci – Dzień Dziadka!

 

Obraz może zawierać: ekran

Jestem padnięta i lecę na pysk, ale lubię te swoje wieczorne godziny, kiedy mogę coś napisać na moim blogu – odpoczywam tak!

Wiele godzin z chorą Mamą i napiszę niestety, że nie urodziłam się pielęgniarzem, czy też pielęgniarką.

O ile mogę opiekować się podając chorej pić, nakarmić, podać leki, poprawić poduchy, okryć ciało, aby nie marzło, to sprawy higieniczne mnie przerastają i tu biję się w piesi, że wówczas potrzebuję pomocy.

Wiele godzin z chorym wysysa energię i wypala i by nie zwariować towarzyszy mi laptop, aby sobie zapełnić ten czas – pomiędzy, ale i gapię się przez okno i dziś zauważyłam, że moje miasto tonęło w słońcu!

Obraz może zawierać: drzewo, niebo, roślina, na zewnątrz i przyroda

Tyle razy tu pisałam, że Mama umiera, ale to jest często tak zgubne, bo o dziwo na drugi dzień, kiedy minie kryzys – kolejny, to Mama ożywa i doprawdy nie wiemy jak to sobie tłumaczyć!

Jest silna jak koń i ma chyba bardzo mocne serce, które wytrzymuje to wielomiesięczne leżenie w łóżku.

Laptop pomaga mi znieść te chwile i dyżur z Mamą, bo można w sieci przeczytać coś ciekawego, co zastanawia i tak:

Jestem babcią trójki Wnuków i uważam, że jestem normalną babcią bez wydziwiana i skakania nad Wnukami i pozwalania im na wszystko.

Staram się być babcią mądrą, tak jak i mój Mąż jest dziadkiem i traktujemy nasze Wnuki wydaje mi się z szacunkiem, ale bez tego, nadmiernego, dziwnego ich gloryfikowania, jakbyśmy traktowali Wnuki lepiej, aniżeli swoje Dzieci, które mają już swój świat i swoje życie.

Oboje kochamy Wnuki ogromną miłością, bo w końcu w nich płynie i nasza krew, ale bez tego wariactwa, że Wnukom wolno więcej, aniżeli kiedyś naszym Dzieciom!

Może zechcecie się odnieść do poniższego tekstu!

„Dlaczego nie byli tacy, gdy byłam dzieckiem?”. O wspaniałych dziadkach, którzy byli kiepskimi rodzicami.

Byli kiepskimi rodzicami, ale są za to wspaniałymi dziadkami. Tak się przynajmniej wydaje. Za wnukami skaczą, biegają po schodach, bawią się godzinami, na zawołanie robią ulubioną zupkę. Nigdy nie byli tacy dla swoich dzieci. Dlaczego? Czy coś się w nich zmieniło? Jak rozumieć to mają ich dzieci, dziś dorosłe i samodzielne.

Zmieniła się ich miłość
Przytulają, bawią, kołyszą – wcześniej nigdy takie nie były. Baśka codziennie odbiera swoją córkę Julkę od dziadków po pracy. Widzi, jak robią dla niej wszystko, widzi sceny, o jakich marzyła w dzieciństwie. Czuje, że jej rodzice odkryli w sobie potencjał do bezgranicznej i bezwarunkowej miłości. Teraz – wcześniej byli zapracowani, wściekli, głośni i surowi.

Jak patrzy na swoich rodziców dziś, ściskających trochę nawet za mocno jej dzieci, ma mieszane uczucia. Myśli: „Istne szaleństwo. Gdzie oni byli, jak ja byłam dzieckiem? Właśnie tego potrzebowałam! W zamian miałam listę oczekiwań i tonę krytyki. Szkoda, bo na lata podcięło mi to skrzydła”. Ta myśli uparcie do niej wraca, za każdym razem od momentu, gdy wchodzi do rodzinnego domu po swoje dziecko.

Znam niejedną taką historię. I zawsze, gdy ich słucham, zastanawiam się, czy zmieniają się ludzie, czy zmieniają się okoliczności. Zapewne to i to. A o trafną odpowiedź nie łatwo, szczególnie w kwestii miłości. Choć tu nie powinno być wątpliwości – zasługiwać na miłość nie trzeba, a wyrażana wprost daje potężną siłę.

Dla niej nigdy taki nie był
Znam też historię kobiety, której ojciec podnosił na nią rękę w dzieciństwie, dzisiaj słodko biega za gromadką swoich wnuków. Jak to rozumieć? W pamięci ciała ma rany, które zostaną na zawsze. Sceny rodzinne rodzą w niej złość, niesprawiedliwość i nieporozumienie. Bo oto skrzywdził własne dziecko, a zmagazynował energię, pokłady cierpliwości i miłości dla przyszłych pokoleń. Może dopiero teraz dowiedział się, czym jest miłość? Może to rodzaj zadośćuczynienia za niewłaściwe ojcostwo? Może odczuł, że zeszła z niego presja bycia twardym mężczyzną, pracującym na dom? – Jak to rozumieć? – pyta dzisiaj kobieta psychologa.

Można zastanawiać się długo, dlaczego nie byli takimi czułymi, bezwarunkowo kochającymi rodzicami, jak są dzisiaj dziadami. Odpowiedzi pewnie będą różne, w zależności od rodziny i jej historii. Większość z nich jest bolesne i rodzą wściekłość. Szczególnie wtedy, gdy dziadkowie bezmyślnie rozpieszczają, wchodzę w rolę matki czy ojca – Teraz? Trochę za późno – myślisz.

I żeby była jasność – dziadkowie są ważni i potrzebni. Potocznie mówi się, że są od rozpieszczania, ale to tak powierzchowne. Przekazują wartości i doświadczenie – słowem, gestem, postawą. Nawet jeśli są naturalnymi nauczycielami historii i tradycji.

Miłość przyszła, ale po latach
Kluczem jest akceptacja dla tego, co było i co jest. Przeszłości nie zmienimy, a jeśli dziś nasi rodzice”dorośli” do miłości, powinniśmy się cieszyć, choćby przez łzy. Może to dobry powód do zadowolenia, że w ogóle dotarli do takiego momentu. Akceptacja bez żadnego „ale” może więcej dać niż zabrać – to bardziej niż pewne. W życiu wielu rzeczy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jedną z nich jest właśnie budowanie bliskości i rozwój relacji. Jeśli jest to miłość do wnucząt, ale też do dzieci po latach – może warto się uśmiechnąć, że przyszła, nawet jeśli dopiero teraz. Bez pretensji o to, co za nami – tak będzie lepiej.

Jakie wy macie obserwacje na temat relacji dziadków z wnukami? Jacy są wasi rodzice? Podzielcie się doświadczeniami.

https://mamadu.pl/140647,bledy-wychowawcze-dziadkow-sa-lepszymi-dziadkami-niz-rodzicami

Współczesne dzieci i młodzież myślą o samobójstwie!

Kiedy chodziłam do czwartej klasy w szkole podstawowej, to doznałam gnębienia mnie przez inną uczennicę.

Za każdym razem, kiedy otrzymałam lepszą ocenę, ta siedząc za mną waliła mnie pięścią w plecy o czym oczywiście powiedziałam swojej Mamie i ta interweniowała, a odzyskałam spokój.

Obecnie w szkołach jest strasznie, bo wkradł się do niej hejt, stalking i nie tylko w realu, ale i w sieci.

Dzieci się nawzajem dręczą i jakże często rodzice nie wiedzą, co je w tej szkole spotyka, bo dzieci bardzo często o tym nie mówią i się nie skarżą.

Rodzice często są zapracowani i nie mają czasu na głębsze rozmowy ze swoimi dziećmi nie mając pojęcia jaką ich dzieci przechodzą traumę.

Dzieciaki uzbrojone w smartfony z dostępem do Internetu potrafią być bardzo okrutne, czego kiedyś nie było.

Pamiętam w szkole była „ośla ławka” i tam siedziało dwóch gagatków, którym nie chciało się uczyć i trochę podskakiwali do nauczycieli i więcej burd nie pamiętam, a klasy były złożone z naprawdę przyjaznych sobie uczniów.

Jeśli uczeń zachowywał się nagannie, to wystawiał rękę i otrzymał porcję linijką i tak nauczyciele walczyli z niepokornymi.

W domach też nie zawsze było wesoło, bo ojciec alkoholik wymierzał karę pasem, ale z tego powodu nikt nie mścił się na rówieśniku, a swary załatwiane były po cichu, że nikt o tym nie wiedział.

Przyszły nowe czasy i stało się modne bezstresowe wychowanie i to, że klaps to też bicie, ale nie wiem czy to wychodzi na zdrowie współczesnym, młodym pokoleniom, bo są one coraz słabsze i czują się opuszczone przez dorosłych.

Wpadają więc do sieci i tam zjednują sobie zainteresowanie i znajomości.

Nie potrafią sobie radzić ze stresem, kiedy my w tamtych latach, zmuszeni byliśmy walczyć o swoje i często bez pomocy rodziców, by wyrosnąć na przydatnych, samodzielnych, silnych ludzi.

Aby nie zabrzmiało, że jestem za biciem dzieci, ale należy je odrywać od ekranów komputerów, tabletów i nakazać wyniesienie śmieci, zmycie podłogi i naczyń, a także starcia kurzy z mebli, aby poczuły się odpowiedzialne za wspólne z rodzicami zamieszkanie!

Kiedy moje Dzieci mieszkały z nami i zauważyłam w ich pokoju nieporządek, którego nie chciały sprzątnąć, to jednym ruchem wszystko lądowało na podłodze!

Nie były to częste praktyki, ale się zdarzały.

Rośnie liczba samobójstw dzieci i młodzieży w Polsce i jak to wytłumaczyć?

Teraz w szkołach jest wiele godzin religii zamiast przedmiotu kształtującego kręgosłup młodego człowieka, a więc więcej sportu, kółek pozalekcyjnych, wyjazdów na obozy harcerskie, a kiedy tego brakuje dzieciaki nie dostają wzorca do uwierzenia w siebie i budowania poczucia własnej wartości!

Nie jestem oczywiście psychologiem, ale sądzę, że bezstresowe wychowanie robi wiele zła!

Smutne to jest!

Rekordowa liczba samobójstw wśród dzieci w Polsce. To przerażające, ale jest gorzej, niż wskazują statystyki.

To nie są krótkie rozmowy. W 5 minut nie da się rozstrzygnąć problemów tak bolesnych, że młodzi ludzie są pogrążeni w beznadziei. Tak dogłębnej, że nie widzą sensu, by dalej żyć.

Z danych Eurostatu wynika, że Polska jest na drugim miejscu w Europie pod względem liczby samobójstw osób do 19. roku życia, tuż za ponad 80-milionowymi Niemcami. Za Odrą odnotowano w 2014 r. 224 samobójstwa zakończone zgonem, u nas 209. W tej smutnej statystyce przeganiamy znacznie liczniejsze od nas kraje, jak Francja czy Wielka Brytania.

Dane krajowe wypadają nieco inaczej, bo obejmują osoby do 18. roku życia. Ale i z nich płyną wnioski bardzo niepokojące. W 2017 r. znacznie wzrosła liczba prób samobójczych wśród nieletnich – z 475 do 730. W 116 przypadkach zakończyły się one śmiercią, to o 13 więcej niż przed rokiem. Nieco bardziej optymistycznie brzmi to, że spadła liczba samobójstw w grupie tych najmłodszych w przedziale wiekowym od 7 do 12 lat. W roku 2016 r. takich przypadków zakończonych zgonem odnotowano dziewięć, w kolejnym roku tylko jedno. Tu przyczyną najczęściej jest przemoc ze strony otoczenia.

Tak naprawdę jest o wiele gorzej
– Ten znaczny wzrost liczby odnotowanych prób samobójczych wynika ze zmiany w sposobie zbierania tych danych. Ale i tak te dane w niewielkim stopniu oddają to, jaka naprawdę jest skala zjawiska – wyjaśnia w rozmowie z naTemat Lucyna Kicińska, koordynatorka Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111. Jak mówi, WHO szacuje, iż liczby z oficjalnych statystyk należy przemnożyć razy sto lub nawet razy dwieście.

LUCYNA KICIŃSKA

koordynatorka Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111 w Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę

Większość prób samobójczych nie trafia do oficjalnych statystyk. W statystykach mogą to np. wielonarządowe uszkodzenia ciała, zatrucia czy wypadki komunikacyjne. W rzeczywistości jednak ktoś rzuca się z 10. piętra, łyka leki popijając alkoholem, rzuca się pod samochód. Dlatego sądzę, że znacznie prawdziwsze byłoby stwierdzenie, że rocznie wśród dzieci i nastolatków dochodzi do ponad 100 tysięcy prób samobójczych.

Te przerażające szacunki potwierdza zarówno niedawno przeprowadzona przez FDDS „Ogólnopolska diagnoza skali i uwarunkowań krzywdzenia dzieci„, w której aż 7 proc. respondentów w wieku 11-17 lat zadeklarowało, że podjęło w swoim życiu próbę odebrania sobie życia, jak i to, co słychać na co dzień 116 111.

Średnio każdego dnia na Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży dzwoni 14 osób, które przyznają, że mają myśli samobójcze i zamierzają je zrealizować. Ba – już je realizowały.

Ale kiedy konsultanci pytają, czy ktoś dziecku pomógł po wcześniejszej próbie samobójczej, to pada odpowiedź, że nie, bo nikt o niej nie wiedział. Bo samochód wyhamował. Bo zwyciężył strach przed bólem, gdy zaczęło się ciąć. Bo gdy nałykało się leków nasennych i w sobotę obudziło się popołudniu, to wszyscy w domu się cieszyli, że nastolatek się w końcu wyspał, bo przecież za nim taki ciężki tydzień nauki. A on wie, że już nie powinien żyć. Tyle że nikomu tego nie powie.

Nawet jeśli dziecko się zwierza
Bo dzieci bardzo często nie mówią nikomu o swoich problemach. Wchodzą w rolę „opiekuna” – przecież rodzic i tak ma dużo własnych problemów. Albo tłumaczą, że mama nigdy nie zachęcała, by się jej z czegoś zwierzać.

– Z drugiej strony, gdyby zapytać mamę, czy dziecko do niej przyjdzie, jeśli będzie miało kłopoty, to odpowie, że oczywiście. Ale gdyby dopytać: „Czy kiedyś pani powiedziała swojemu dziecko – jakby się coś działo, to do mnie przyjdź”, to ona powie: „Po co? Przecież to jest oczywiste”. Niestety – nie jest. Mało tego – trzeba to dziecku mówić wiele razy i z przekonaniem – tłumaczy Lucyna Kicińska.

Ale nawet jeśli dziecko decyduje się powiedzieć rodzicom o problemie, to jest bardzo ostrożne, nie mówi wszystkiego. Na przykład mówi tak: „Mamo, jest mi smutno”. I mama proponuje: „Może idź do kina, spotkaj się z koleżankami” albo rzuca tylko coś w stylu „Uśmiechnij się”, „Będzie lepiej” lub „Weź się w garść”.

– Tymi sposobami na pewno nie da się poradzić z myślami samobójczymi. W dziecku zaś tylko rośnie ogromne poczucie niezrozumienia, braku wsparcia, braku zainteresowania. I bardzo często z tym do nas dzwonią – wyjaśnia koordynatorka Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży.

„Naprawdę nie mam już siły”
Przez 10 lat istnienia w Fundacji Dajemy Dzieciom telefon 116 111 odebrano ponad milion razy. I gdyby nie ten telefon, setki prób samobójczych zakończyłyby się skutecznie. Nie ma w tym ani trochę przesady.

Bo bywa tak, że w czterdziestej minucie rozmowy telefonicznej nastolatka oświadcza do słuchawki, że teraz to już na wszystko jest za późno. Że zanim zadzwoniła, wzięła jakieś leki, popiła alkoholem i już czuje, że się z nią coś dzieje. Raczej nie zdarza się, żeby zadzwonił ktoś i powiedział: „Proszę mnie uratować”. Częściej w słuchawce pada: „Naprawdę nie mam już siły”.

W zdecydowanej większości kontaktów z Telefonem Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111 wystarcza rozmowa, wsparcie, wspólne szukanie rozwiązań. Rozmowy dotyczą relacji rówieśniczych, kłopotów rodzinnych, problemów z zaakceptowaniem własnego wyglądu, kłopotów w nauce. Nawet w rozmowach z nastolatkami w obniżonym nastroju, czy takim którym towarzyszą myśli samobójcze, udaje się znaleźć bezpieczne wyjście z kłopotów. Jednak jeśli życie lub zdrowie dziecka jest zagrożone, konsultanci wchodzą w rolę interwentów kryzysowych.

– Tylko w 2018 roku podjęliśmy 346 interwencji w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia. Część z tych interwencji dotyczyło osób, które były już w trakcie podejmowania próby samobójczej. Gdyby te osoby nie dodzwoniły się do nas na czas, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że one już do nikogo więcej by nie zadzwoniły – przyznaje w rozmowie z naTemat Lucyna Kicińska, koordynatorka Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111. W sumie przez 10 lat istnienia telefonu takich interwencji podjęto ok. 1200.

Na rząd nie ma co liczyć
To jasne, że Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę przeciwdziała samobójstwom – wprost: interweniując, ale też zapewniając możliwość anonimowego i bezpłatnego kontaktu z psychologiem w każdej ważnej dla dziecka sprawie. Kiedyś robiła to dzięki wsparciu państwa. Od 2018 r. na środki z rządu nie ma co liczyć.

Telefon funkcjonuje od 10 lat. Do końca 2016 r. działał między innymi dzięki środkom z konkursów organizowanych przez MSWiA oraz MEN. Odkąd rządzi PiS, tego typu konkursy w tych ministerstwach nie są organizowane, więc FDDS nawet nie ma jak ubiegać się o środki z tej puli.

Zresztą czasem można wątpić, czy w ogóle jest sens starać się o pieniądze z budżetu. Resort sprawiedliwości bowiem wprawdzie konkursy na środki z Funduszu Sprawiedliwości organizuje, ale największa organizacja pozarządowa w Polsce niosąca pomoc dzieciom, czyli właśnie FDDS, na pieniądze z tego Funduszu liczyć nie może.

Przed rokiem Fundacja ubiegała się o środki na inną działalność niż funkcjonowanie Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży. Wtedy chodziło o pomoc dla dzieci, które padły ofiarą przestępstw – wsparcie psychologów, terapeutów, korepetytorów pomagających odrabiać lekcje, ale także pomoc polegającą na wykupywaniu bonów żywnościowych.

Dotacje z Funduszu Sprawiedliwości otrzymały liczne jednostki OSP, fundacja Lux Veritatis,milion skapnął na remont sali gimnastycznej w mieście ówczesnego zastępcy Zbigniewa Ziobry, a Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę w ministerialnym konkursie przepadła.

Wzruszające wsparcie
Aby telefon mógł funkcjonować, pomogli sponsorzy. Najwięcej emocji wzbudziło wsparcie, jakie 116 111 otrzymało od Fundacji Ludzki Gest. Gdy rząd nie poczuł się odpowiedzialny za pomoc dzieciom, do akcji wkroczył Kuba Błaszczykowski – piłkarz, który sam nie miał łatwego życia w dzieciństwie. Gdy miał 11 lat na ojciec zabił jego mamę wychowywała go babcia, pomagał wujek, Jerzy Brzęczek. Piłkarz jak mało kto wie, jak wiele znaczy pomoc dzieciom, które znalazły się w dramatycznej sytuacji.

Dzięki wsparciu Kuby Błaszczykowskiego, a także Kulczyk Foundation, Fundacji Benefit Systems i Orange Polska, darczyńców indywidualnych i biznesowych, Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111 działa codziennie od 12.00 do 2.00. Ale wszyscy w Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę zdają sobie sprawę, że to o wiele za mało wobec potrzeb.

Nie można się dodzwonić
Aby pomoc była skuteczna, niezbędne jest zbudowanie poczucia bezpieczeństwa i zaufania, pomoc dziecku w obniżeniu napięcia, wspólne szukanie rozwiązań. Dlatego rozmowy trwają długo. I dlatego też tak wielu dzwoniących słyszy po wybraniu numeru 116 111 – niestety, w tej chwili wszyscy konsultanci prowadzą rozmowy. I dlatego w internecie pojawiają się komentarze wypowiadane z ogromnym żalem: „dzwoniłam do was, kiedy potrzebowałam pomocy, ale się nie dodzwoniłam”.

Niestety – aktualnie Telefon 116111 obsługiwany jest przy maksymalnie 5 jednocześnie dostępnych stanowiskach. Lucyna Kicińska szacuje, że aby w godzinach szczytu potrzebujący mogli się dodzwaniać bez większych przeszkód, takich stanowisk powinno być 35-40. I oczywiście najlepiej byłoby, aby telefon mógł funkcjonować całodobowo. Stąd właśnie pomoc o wsparcie – można wysłać darowiznę przez wspierajtelefon.pl lub przekazać FDDS 1 proc. podatku.

Na szczęście istnieje, oprócz linii telefonicznych, kanał pomocy on-line przez stronę internetową 116111.pl. W 2017 r. tą drogą przyszło do FDDS 7 tys. wiadomości z prośbą o pomoc. W 2018 r. – już ponad 9 tys. Widać więc, jak bardzo dzieciom i młodzieży potrzebne jest to wsparcie.

Żeby się nie skończyło tragicznie
– Nie jesteśmy telefonem alarmowym, ratowniczym czy interwencyjnym. Jesteśmy od tego, żeby zapewnić dzieciom poczucie bezpieczeństwa, zrozumienie, wsparcie emocjonalne i żeby w każdej sytuacji, kiedy jest to potrzebne, odbudować u dziecka wiarę w świat dorosłych. Żeby to dziecko nigdy nie weszło na taką drogę, która może się skończyć tragicznie – podsumowuje Lucyna Kicińska.

Bo możemy się tylko ze smutkiem zastanawiać – ile z tych dzieci, które targnęły się na swoje życie, nie zdołało się dodzwonić pod 116 111.

Gdzie się podziała radość dzieci?

Wychowywałam się w PRL-u w blokowiskach, które były bezbarwne i brzydkie i każdy w moim wieku pamięta jak to szaro i buro wyglądało.

W tych blokowiskach mieszkały rodziny, które miały dzieci i naprawdę było tych dzieci sporo, bo każda rodzina mimo biedy te dzieci mieć chciała.

Pamiętam czasy, kiedy dzieciaki wylegały na podwórka, też brzydkie, ale potrafiły sobie zająć czas nie tylko podczas wakacjom przeróżnymi zabawami i jakże często trudno było je zwołać przez rodziców do domu – wieczorem.

Wpadaliśmy do domu po jakąś kanapkę i wracaliśmy na podwórko, bo tam się dużo działo.

Nie mieliśmy profesjonalnych placów zabaw, bo wystarczył nam kawałek trawnika, trzepak, kapsel, guma, kilka cegieł i piłka.

Robiliśmy raban na podwórkach grając w dwa ognie, klasy, pięć cegiełek, zaklęcia do chowanego po piwnicach i takie tam.

Potrafiliśmy iść do parku i bawiać się w podchody, chowanego, niewidzialną rękę i naprawdę mieliśmy masę innych zajęć, a wieczorem padaliśmy ze zmęczenia jak kawki.

Kiedy moje Dzieci podrosły w początkowych latach osiemdziesiątych, to było tak samo, kiedy ja dorastałam.

Co się więc stało, że oto na tym podwórku, gdzie szalałam ja i moje Dzieci mimo wakacji, ładnej pogody na moim dawnym podwórku – dzieci brak.

Oberwuję podwórko pod moim balkonem od rana do wieczora i nie ma na nim dzieci, kiedy dawnymi czasy chłopcy rozgrywali swoje pierwsze mecze, a dziewczynki grały w gumę, lub  bawiły się paletkami i słychać było dziecięce emocje.

Nie ma teraz tego, choć przecież dzieci się wciąż rodzą i jest ich wcale nie mniej, niż to było kiedyś!

Czasami widzę grupkę szkolnych dzieci siedzących obok siebie i wszyscy gapią się w telefony wysokiej jakości i w coś tam grają, albo przeglądają Internet i to jest bardzo smutny widok.

Z dużego miasta przyjechała dziś moja Córka z Wnuczką i spytała mnie gdzie są inne dzieci na placu, bo w dużych miastach trudniej jest to zjawisko zauważyć, a ja nie potrafiłam sensownie tego zjawiska wyjaśnić.

Prawdopodobnie teraz nowododki z mlekiem matki wysysają obsługę smartfona i tableta i kiedy nie chcą jeść, to mamy włączają im bajeczkę na telefonie i w ten sposób wychowują swoje dzieci.

Na naszych oczach zmienia się wszystko, a dzieciaki zamiast szaleć na podwórkach, integrować się, to wolą w samotności bawić się wirtualnie.

Dziś Dorota Zawadzka – była Super Niania zamieściła taki tekst i tym razem – wyjątkowo się z nią zgadzam:

„Nieustannie zdumiewa mnie, jak często rodzice nie uczą manier.
Dzieci przy posiłkach w czapkach, jedzą „jak świnki”, czyli jedzenie na obrusie i podłodze, nie czekają aż rodzina usiądzie, nie czekają aż pozostali skończą, ogadają na tabletach i smartfonach „coś” przy posiłkach, nie korzystają z serwetek do wycierania ust, nie umieją posługiwać się sztućcami.
Nie rozmawiają a krzyczą do siebie, albo co gorsza na siebie.
Albo w ogóle rodzice nie zwracają uwagi na dziecko…
I NIE mowię o maluchach…”

 

 

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

A jak było kiedyś?

„Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią nasze szalone lata 80.:
  • Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
  • Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
  •  Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.
  • Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.
  • Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
  • Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.
  • Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą do niej wracać.
  • Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.
  • Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze.
  • Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
  • Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy  pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.
  • Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
  • W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.
  • Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.
  • Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
  • Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
  • Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył, po tej czynności, rąk.
  • Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień dobry i nosić za nią zakupy.
  •  Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.
  • Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
  • Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
  • Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
  • Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
  • Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
  • Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
  • Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
  • Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
  • Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie brzydził.
  • Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
  • Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
  • Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i wycierania ust rękawem.
  • Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
  • Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie dawać radę sami.
  • Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
  • Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych wychowawców.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt  nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!”
http://www.eioba.pl/a/2voj/my-dzieci-tamtych-rodzicow

To cholerne bezstresowe wychowanie!

Znalezione obrazy dla zapytania prace techniczne dzieci

Wracam na stare lata dość często do swoich szkolnych lat, a bliżej do szkoły podstawowej.

Jako pierwszoklasistka sama chodziłam do szkoły i Mama mnie nie prowadzała, a jedynie odprowadzał mnie i po skończonych lekcjach na mnie czekał – mój mądry piesek o imieniu As.

Pamiętam, że w pierwszej klasie smarowałam sobie atramentem palce i w ten sposób chwaliłam się ludziom na ulicy, że chodzę do szkoły i byłam z tego bardzo dumna.

Pamiętam też, że w pierwszej klasie siedziałam w ławce z kolegą, któremu pomagałam uczyć się pisać obsadką.

My dzieci w latach 60-tych ubiegłego wieku byliśmy skazani na to, aby uczyć się samodzielności, bo rodzice bardzo często nie mieli dla nas czasu, gdyż po prostu pracowali.

Klucz na szyję i musieliśmy się wiele nauczyć, aby nie sprawiać rodzicom problemów, a więc dość szybko stawaliśmy się dziećmi samodzielnymi.

Uczyłam się raczej dobrze, ale największe problemy miałam z pracami ręcznymi i rysunkiem, bo w tym kierunku talentu mi zabrakło.

Bodajże w 3 klasie podstawowej nauczyciel zadał uczniom skonstruowanie dźwigu i tu jako mała dziewczynka poległam. Musiała mi w tym pomóc moja zręczna Mama i to był chyba jedyny raz, kiedy to Mama wykonała za mnie  zadanie.

Z rysunkiem sobie radziłam sprytem, bo na książki układałam szybę od czegoś tam i pod spodem umieszczałam zapaloną, nocną lampkę i tak kalkowałam swoje prace.

Rodzice nie pieścili nas i nie wkładali pod swoje skrzydła, bo oprócz nauki mieliśmy zadane wyniesienie śmieci, czy też pomoc w domowych porządkach, bo Mamie często brakowało na to czasu.

Pamiętam, że pastowałam płytki PCV i robiłam miksturę z octu i oleju i czyściłam meble na błysk.

Nasze dorastanie było zupełnie inne i nie można tego porównać do dorastania współczesnych dzieci, kiedy rodzice stosują bezstresowe wychowanie i trzęsą się nad swoimi pociechami jak osika.

Nie wypuszczają dzieci na podwórka, bo może pedofil.

Dzieci w teraźniejszych czasach są zagubione i bojące, bo wszędzie czai się zagrożenie i tak wmawiają im matki i ojcowie.

Proponuję przeczytać poniższy tekst wzięty z sieci, ale jest to tekst prawdziwy.

Ten tekst to kwintesencja zachowań współczesnych rodziców:

„To matki matkom zgotowały ten los.

Kiedy na drzwiach przedszkola zawisł kawałek bristolu z wypisaną nań informacją, że do 16.03 dzieci mogą składać kartki wielkanocne na KONKURS, któren to rozstrzygnięty będzie w poniedziałkowy poranek, przyjęłam to ze spokojem. Jestem wszak matką- weteranką, przeżyłam przygotowania moich latorośli do niezliczonych odmian współzawodnictwa w świecie krasnali. Najbardziej hardkorowy był konkurs piosenki dziecięcej, gdy nagle okazało się, że tylko Małgośka śpiewała puszka-okruszka, reszta rodziców uznała bowiem, że „miłość miłość w Zakopanem, polewamy się szampanem, nanana” jest równie niewinna, jak dziewica Orleańska i opowiada o wyjeździe na ferie z rodziną, a „ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie” to współczesna historia miłości Dziadka do Orzechów i baletnicy. Także ten. Kartka świąteczna.
W sobotę wyjęłam z tajnej skrytki, jaką posiada każdy rodzic dzieci w wieku 5 wzwyż ( w której to skrytce jest zazwyczaj wszystko, tylko, klasycznie, nie to, co o 22 dziecko przekazuje, że potrzebne jest na jutro) wszelkiej maści arkusze pianek, filców, tekturek, piórek, rurek i innych przydasiów, posadziłam młodzież przy stole i zakrzyknęłam- róbta co chceta, byle zawierało jajko, kurczaka bądź inny element skojarzeniowy.
Radosna TFUrczość pięciolatki wyewoluowała w baranka, któremu z dupy wystają żonkile w fazie kwitnięcia. Podpisałyśmy dzieło inicjałem i zaniosłyśmy do przedszkola, gdzie powitały nas między innymi:
– naturalnej wielkości baranek zrobiony metodą quilingu, podpisany: Jaś, 4 lata, grupa Gwiazdek,
– ręcznie pleciony kosz wiklinowy 2 d z pełnym wyposażeniem wyszytym włóczką Zuzia, 5 lat, Słoneczka,
– wydzierganą szydełkiem białą serwetkę z zadziornie różowym napisem „Alleluja”- Kasia, Planetki, lat 3.
No kurfa.

Ja, oczywiście, nie odmawiam dzieciom talentu. Może rodzice powyższych progenitur zamiast gryzaków oswajali dziecięcia swe ze sztuką, rękodzielnictwem, eko-modą. Może zamiast wierszy Tuwima czytano takim brzdącom do poduszki dzieła klasyków greckich w oryginale. PRZYPUSZCZAM, ŻE WĄTPIĘ. Tym bardziej, że w szatni kiblujemy koło wspomnianej Zuzi, stąd wiem, że blondwłosy ten aniołek ma problem z założeniem kapci na prawidłową stopę i mimo że ma tylko dwie opcje, jest w stanie pomylić się pięć razy.

Matki. Pozwólcie dzieciom tworzyć baranki z żonkilami w dupie, kurczaczki w osranych skorupkach, zające z jednym oczkiem bardziej. Nie bądźcie jak mama Jasia, Zuzi, Kasi. Nie twórzcie klik Matek Współzawodniczących, Matek Cierpiętniczych, Matek Odpięciulatniewypiłamciepłejkawy. Matki, dajcie Matkom żyć!”

Psycholog mówi, że klaps to bicie – jak w Norwegii!

Wczoraj obejrzałam w sieci filmik o tym, jak trzy gimnazjalistki z Gdańska, katują swoją koleżankę tak, aby ją upodlić.

Szarpały ją, a kiedy się broniła, to dostała kopniaki w głowę i inne części ciała.

Agresja! I tu sobie nie przypominam takich akcji, kiedy sama byłam uczennicą szkoły podstawowej, nawet w klasie późniejszej.

My w tamtych czasach nikogo tak nie traktowaliśmy i ja czegoś takiego nie mam w pamięci.

Szkoła dla nas, to był drugi dom i choć w wielu domach agresja rodzinna istniała, to nie mieliśmy w szkole psychologa, aby iść i się pożalić. Rodzinne kłopoty chowaliśmy w sobie i nikt nie wywalał buntu na koleżance, czy koledze.

Często z Mężem wspominamy lata podstawówki i hitem jest to, że kiedy nauczyciel złapał mego Męża na paleniu papierosa, to ten po prostu podszedł do niego i dał mu potężnego kopa w dupę. Mąż na zawsze zapamiętał, że musi przestrzegać norm obowiązujących w szkole.

Dawniej dopuszczalne było, by nauczyciel mógł wytargać ucznia za ucho, czy postawić go do kąta za niesubordynację. W każdej klasie były ośle ławki i tam sadzano uczniów niegrzecznych i zakłócających proces nauczania i było okej.

Z opowiadania wiem, że teraz w klasie ośmiolatków zaledwie, jest dwóch ancymonków, którzy rozwalają każdą lekcję. Jeden z nich podobno ma ADHD, a drugi jakiś zespół sensoryczny. Nauczycielka zamiast prowadzić zajęcia zgodnie z planem, zmuszona jest do uciszania chłopców, co nie daje żadnych rezultatów. Oni wprost nauczycielce mówią, że mają swoje prawa, a nauczycielka ma związane ręce.

Rodzice się buntują, a szkoła nic zrobić nie może i koło się zamyka. Rodzice tych chłopców upierają się, że ich dzieci  muszą do tej, a nie innej szkoły uczęszczać i nie będą serwować swoim dzieciom indywidualnego toku nauczania. Cierpi nauczycielka, ciepią rodzice i cierpią uczniowie w klasie i figa!

Jest to problem naszych czasów, kiedy dzieci i młodzież wchodzą nam, dorosłym na głowę i ja twierdzę, że to wina psychologów, którzy uparcie twierdzą na miarę poprawności, że dzieci bić nie wolno i każdy klaps to jest przemoc.

I co my tu mamy w tym bezstresowym wychowaniu? Uczennice mające 14 lat katują swoją koleżankę, bo one mają prawa, a żadnych obowiązków!

Tymczasem te siksy nie wiedzą i ci, którzy kręcili filmik, nie udzielając pomocy poszkodowanej, że na świecie 165 milionów dzieci w krajach afrykańskich nie mają dostępu do nauki, bo muszą ciężko pracować już w wieku od 7 lat.

Sudan, Kongo – dzieci wydobywają kobalt niezbędny do produkcji smartfonów, tabletów, laptopów, aby szczeniaki bijące i zbuntowane mogły z nich korzystać w każdej sytuacji.

Dlaczego świat o tym milczy i nie przekazuje rozwydrzonym obrzydliwie dzieciakom z bogatych metropolii, że gdyby nie praca tamtych dzieciaków, to by byli tacy jak my – dzieci wychowanych na sporcie i w kółkach zainteresowań, bez dostępu do nowoczesnej technologii.

Opadają ręce i gacie na teraźniejszą młodzież i ich wychowywanie i tu już nie pomoże likwidacja gimnazjów, bo to socjal media kształtują młodzieży chowanie! Kaplica!

Dojdzie do tego, że w każdej klasie zawiśnie kamera, aby nauczyciel bronić się mógł!

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=k5fj6qsdALY

 

 

Czy nasze dzieci i wnuki są szczęśliwe?

 Dobry wieczór. 🙂

Hej, hej – pamiętacie kochani swoje dzieciństwo, kiedy nie straszne nam było pokonywanie wszelkiego rodzajów płotów, włażenia na drzewa, kąpieli w jeziorach bez opieki rodziców, ale z kluczem na szyi? Pamiętacie z pewnością jazdy z górki na pazurki na tornistrach w siarczyste mrozy, bo zimy takie kiedyś były.

Pamiętacie swoje wyjazdy na obozy, kolonie, bez telefonu, bo do rodziców pisało się listy. Pamiętacie wyjazdy do babci i dziadka, kiedy się bosymi stopami szurało po ściernisku i nikt nie bał się komara, ani tam jakiegoś owada?

Wiem, że pamiętacie, bo podwórka były pełne dzieci od rana, do wieczora w wakacje i jakże często rodzicom było trudno nas ściągnąć do domu. To na podwórkach, w grupach wisiało się na trzepakach i robiło się wiele innych, ciekawych rzeczy.

Ja pamiętam swoje dzieciństwo i mam pamiątkę po nim, w postaci wielu blizn, których się nabawiłam podczas burzliwego spędzania czasu z rówieśnikami, a dziś?

Oto wpadł mi ciekawy artykuł o dzieciach współczesnych, które są pod maksymalną ochroną rodziców, szkoły, opiekunów i psychologów i można tylko się zastanowić  nad tym, że jak tak dalej pójdzie, to będziemy mieli pokolenie nieudaczników, których wszystko będzie przerażać, bo to technologia załatwi za nich wszystko.

Wiem, że niewiele można już zrobić, bo w dobie elektroniki i postępującej technologii nasze dzieci przestaną opuszczać swoje domy, gdzie najważniejszą rzeczą będzie dla nich komputer, smartfon i ich nieograniczone możliwości.

Przytaczam tylko część artykułu, ku refleksji:

 

 

„Hodujemy zombi, które nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają. Żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć. A nie potrafią poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za innych

 

„Witam, czy wasze dzieci były na obozie harcerskim? Wszystko OK, tylko przerażają mnie te namioty w środku lasu. A co w sytuacji, jak jest burza?” – pyta Beata na internetowym forum pod hasłem „Obóz harcerski”. „Namioty namiotami. Moje dziecko zraziło się w zeszłym roku brakiem higieny. Syf, brud, kąpiele sporadyczne, wróciła totalnie brudna” – odpowiada jej Zofia. Tę bezradność rodziców i dzieci potęgują obecne przepisy. Rok temu sanepid chciał zamknąć obóz harcerski koło Ustki, bo nie było tam elektryczności. Dwa lata temu w Bieszczadach kazano organizatorom obozu survivalowego pociągnąć rurami wodę z ujęcia oddalonego o trzy kilometry. W sumie trudno się więc dziwić, że w styczniu tego roku wychowawca zimowiska koło Karpacza zorganizował zamiast ogniska „świecznisko” w świetlicy, bo na zewnątrz było minus 10 stopni i dzieciaki poskarżyły się rodzicom, że nie chcą marznąć, a ci zagrozili opiekunowi interwencją w kuratorium, jeśli nie odwoła „niebezpiecznej zabawy”.

– Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. W las pierwsi jechali najbardziej sprawni i silni harcerze, cięli siekierkami drzewa, kopali latryny, myli się w górskim lodowatym strumieniu. Cały obóz budowaliśmy własnymi rękoma. Nikt się nie zastanawiał, czy jajka na jajecznicę zostały wyparzone w „wydzielonym, oznakowanym stanowisku wyparzania jaj”. Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. Obozy stawiają profesjonalne firmy, a dzieciaki przyjeżdżają na gotowe, zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania – opowiada były już harcmistrz z podwarszawskiej miejscowości. Woli pozostać anonimowy, bo dorabia, choć tylko okazjonalnie i nieharcersko, na letnich obozach dla młodzieży.

 Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.

Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki. Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba. Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF. Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś. Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło. Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.

 

– Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany dodomu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks – opowiada.

„Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.

Ale dwie lewe ręce mają nie tylko najmłodsi. W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.”

http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/499608,dzieci-pierdoly-bledy-wychowawcze-ktore-popelniaja-wspolczesni-rodzice.html

Potwory w szkołach bez tarczy i fartuszka

Dzień dobry. 

Kochani! Jest czasami tak, że nie można obojętnie przejść obok jakiegoś tekstu i ja nie mogłam przejść obok niżej wklejonego. Muszę mieć ten tekst na blogu ponieważ treść tego artykułu pokazuje, jak bardzo zmienia się świat i obyczaje. 

Pamiętacie z pewnością swoje lata w szkole podstawowej, a potem średniej i myślę, że uczyliśmy się w kryształowych czasach, kiedy przestrzegaliśmy podstawowych zasad, iż nauczyciel był zaraz po rodzicach. Byliśmy karni i zdyscyplinowani i w zasadzie nikomu do głowy nie przyszło, aby znieważyć swojego nauczyciela, czy też wychowawcę klasy.

Czasy się zmieniają, a młode pokolenia chamieją i niech mi tu nikt nie mówi, że takie zachowania spowodowane są problemami w rodzinie i tym, że rodzice się rozwodzą.

Za naszych czasów też rozpadały się rodziny. Był w domu obecny alkohol, bo ojciec pił na umór, a matka z ledwością wiązała koniec z końcem, a jednak mimo różnych problemów nie zachowywaliśmy się w taki sposób jak jest to opisane.

Według mnie to bezstresowe wychowanie jest powodem, że już nikt nie potrafi zapanować nad zubożeniem mentalnym nowego pokolenia. Uczeń się nie boi nauczyciela, a rodzic nauczycielowi powierza wychowanie swojego dziecka i rodzic wymaga bezwzględnie i obarcza szkołę za niepowodzenia.  Poplątanie z pomieszaniem stworzyło potworów bez tarczy i fartuszka.

Agata: Pięć lat temu, z dyplomem polonistyki trafiła do gimnazjum. Marzyła: będę pedagogiem, jak z filmu „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Spotkała zblazowanych, agresywnych uczniów. Słowo „spier….aj” na porządku dziennym.

Dziś mówi: – Myślałam: „To moja wina”. Jestem za młoda, za słaba psychicznie, nie mam autorytetu. Gdzieś popełniam błąd. A potem rozmowy w pokoju nauczycielskim: „Ta klasa to koszmar”, „Bez rewolwera nie podchodź. Co się dzieje z tymi dziećmi? Co się dzieje z rodzicami? Dlaczegoagresję nazywają umiejętnością walki o swoje? Dlaczego mówią dziecku:„Twój nauczyciel to piz…, nie przejmuj się”.

Agata. : W torbie nosi hydroksyzynę. Drążą jej ręce. Najgorzej jest w weekend. Sama myśl o poniedziałku: dreszcze. Jeszcze miesiąc, byle do wakacji. Potem odchodzi ze szkoły. Nie ze szkoły beznadziejnej, w małej miejscowości. Z jednej z lepszych szkół w dużym mieście. Wysoko w rankingach, ceniona.

Opowiada: – Klasa. Większość chłopaków. Wyrośnięci. Testosteron i adrenalina w powietrzu. Kilka zahukanych, grzecznych dziewczynek i jedna liderka. 13 lat, długie tlenione włosy, piersi, kręcenie biodrami, makijaż.„Lolitka” pomyślałam, jak ją zobaczyłam. Obcisłe spodnie, wystające stringi. Chłopcy przez całą lekcje chichoczą: „Miau, ale cipeczka”. Po klasie krążą karteczki. „Popchnąłbym ją dziś w d…”. Łapię jedną z nich. Myślę: „Nie będę rozkręcać awantury, to upokarzające i dla nich, i dla mnie”. Na przerwie proszę Anię, żeby została. „Aniu, nie ubieraj się tak do szkoły….”. Ania żuje gumę, patrzy w podłogę. „Aniu…” powtarzam. Znudzone „Dobrze”. Tego samego wieczoru maile: „Zazdrościsz jej macioro, bo sama masz wielką d….”. „Odpier… się od naszej Anki”.

Fot. Flickr / [url=http://bit.ly/1FTapn3]Blink Ofanaye[/url] / [url=https://creativecommons.org/licenses/by-nc-sa/2.0/]CC BY-NC-SA[/url]
Fot. Flickr / Blink Ofanaye / CC BY-NC-SA

„Może autor chciał się bzykać?”
Początki nie były złe. To ambitne dzieci, inteligentne. Pomysłowe. Ale nie respektujące żadnych zasad. Jeden z chłopców w trakcie lekcji wyciąga kanapki. Mówię: „Nie jemy podczas lekcji”. On: „A kto mi zabroni”. Wzywam matkę. Proszę i tłumaczę. Ona: A czy może pani respektować wolność mojego syna?!

Trudno pracować z dziećmi, które uczą się od rodziców: szanuj tylko siebie, walcz, mów co chcesz, nikt nie ma prawa cię ograniczać.

Początek lekcji. 10 minut uciszania, a potem 15 sprawdzania obecności. Bo trwa kabaret. Temat X. „Co autor chciał przez to powiedzieć”. W klasie rechot: „Może chciał się bzykać?” „Może się naćpał i bredził?”. „Czy mogę prosić o ciszę?” pytam. Znów rechot: „Prosić zawsze możesz, s…”.

Rozmawiam z innymi nauczycielkami. Obwiniam się. „Kochana, mój ośmiolatek napisał na tablicy – ch… i d…. Wzywam rodziców. A pani nie umie sama wytłumaczyć, ze słowa ch… i d… są normalne?” – słyszę. Tłumaczę; „Może normalne, ale z jakiś powodów ludzie nie chodzą bez majtek. Ja im to wytłumaczyłam. Teraz proszę państwa. Oni nie mogą się tak zachowywać”. Wzruszenie ramion.

Fot. Flickr / [url=http://bit.ly/1KDLiHH]Vlastimil Ott[/url] / [url=https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/]CC BY-SA[/url]
Fot. Flickr / Vlastimil Ott / CC BY-SA

„No taki wiek” słyszę.Proszę o spotkanie z naszą dyrektorką. Brak wsparcia. „Pani klasa jest wyjątkowo rozwydrzona, rozumiem. Rodzice są straszni, wiem. Ale pani musi umieć radzić sobie z tym sama. Potrzeba siły, stawiania granic. Przecież nie rozwiążę klasy”. To tyle. Żadnej innej pomocy.

Tak, zgadzam się. W klasie jest lider. Kuba. To on dyktuje warunki. Rodzice po rozwodzie. Walczący ze sobą. On po środku, bezradny. Przecież ja to widzę. Pośrodku lekcji dostaję samolotem z papieru w plecy. „Zamilcz, kur…”. Po lekcji pękam, jestem okrutna. „Kuba, bardzo cię boli, że twoi rodzice się tobą nie zajmują?”. Nie powinnam. Kuba ma łzy w oczach. Czuję się podła. A potem myślę: to nie dziecko, to potwór. Ale w gruncie rzeczy wiem, że to tylko dziecko.

Spokojne dziewczynki nie mogą się uczyć, bo chłopcy na lekcji bekają, śmieją się, tarzają po podłodze. Wyrzucam ich z klasy, grożę jedynkami, wpadają rodzice: „Niech pani znajdzie inne metody, to skandal”. „Debilka, a nie pedagog”.

Kolejne spotkania z psychologiem szkolnym. Dzieci wbijają wzrok w buty, żują gumę. A potem rozpadają się przy mocniejszych pytaniach psychologa. O miłość, rodzinę, samotność. Albo reagują agresją. Jedna z matek: „Czy pani jest popie….ona, że wypytuje syna o męża?”. A psycholog o nic nie wypytywała. Chciała tylko zrozumieć skąd u chłopca taka agresja.

Rodzice, gdzie jesteście?
Rodzice, gdzie jesteście z tym waszym brakiem miłości? Zajęciem sobą, narcyzmem? Gdzie? Rodzice mówią: To nauczyciel musi mieć autorytet i dać radę.

A ja się pytam: Jak mamy dać radę, jak nie stawiacie im granic? Bo jesteście zajęci, zmęczeni pracą, bo was nie ma, rozstajecie się. I w porządku. Ale proszę, weźcie też za swoje dzieci odpowiedzialność. Bo to jest cholernie niesprawiedliwe! Nauczcie wasze dzieci, że ważne są zasady. Jak one mają poradzić sobie w świecie, kiedy myślą, że mogą wszystko i zawsze? Bo mogą. Nie kochacie ich jak trzeba, więc pozwalacie na wszystko, żeby uśpić wyrzuty sumienia.

Jedna z dziewczynek podchodzi do mnie: „Niech pani się nie złości na Maćka. Tata od nich odszedł, mama wciąż pracuje. Jego życie to gry komputerowe”.

Agata: „Pamiętam reportaż o przemocy w szkole. Matematyczka z wrocławskiego liceum leży na OIOM- ie. Podłączona do kroplówki, liczne opatrunki. Uczeń zaatakował ją siekierą, straciła palce u rąk. Sąd skazał go na kilka lat więzienia. Chociaż był nieletni, za czyn odpowiadał jako dorosły.

http://mamadu.pl/119073,ty-macioro-swinio-piz-o-nie-nudz-umyj-sie-smierdziuchu-szokujace-wyznanie-nauczycielki-przesladowanej-przez-trzynastolatkow

 

Chapeau bas dla wszystkich wychowujących moje wnuki :)

Wczoraj z okazji Urodzin mojego dziecka zostaliśmy zaproszeni na małą kolację, aby uczcić ostatnią trójkę w wieku mojego dziecka. Tak, tak ostatnią trójkę, jakby nie liczyć. 🙂

Wchodzę do ogrodu, a tam moja wnusia ciężko pracuje. Postanowiła pomóc Mamie i zabrała się za mycie szkieletu pod nowe meble na taras. Znaczy meble stare, ale tapicerka będzie nowiutka, a szkielet drewniany także będzie odświeżony.

Praca paliła się jej w rączkach, gdyż bardzo dokładnie myła ściereczką każdy kawałek szkieletu. Nie pominęła żadnego zakamarka, a podczas pracy to sobie pogadałyśmy o wszystkim, bo jak widać na zdjęciu ma kolorowe włosy, które pokolorowały wszystkim dzieciom panie przedszkolanki z okazji akcji – ubieramy się optymistycznie na pomarańczowo.

Cieszę się, że w  przedszkolu organizuje się takie akcje i dzieci  biorą w nich czynny udział  i na przykład w przedszkolu, do którego chodzą moje wnuki od drugiej córki była akcja, bardzo drastyczna wręcz, gdyż zorganizowano tydzień bez zabawek, ale to nie znaczy, że dzieci się nudziły.

W ruch poszedł papier, kartony, nożyczki i klej. Dzieci znosiły plastikowe butelki i tak powstała orkiestra. Z kartonów powstawały domki, a z gazet różne cudeńka. Oj działo się i takim sposobem rozwijana jest w dzieciach kreatywność, a mnie Babci podobają się takie akcje i cieszę się, że moje wnuki mają  swój świat w gronie innych dzieci. 

Jestem na bieżąco z tym, co maluchy robią w swoich grupach, gdyż podglądam te przedszkola na Facebooku i daje mi to radość, że wiem jak mija im dzień. 

Trzeba oddać wielkie podziękowania tym wszystkim paniom, które na co dzień poświęcają się dzieciakom w przedszkolach i organizują im masę kreatywnych zadać i uczą tak wiele. Jest to wielka praca i poświęcenie, że każdego dnia moje wnuki uczą się czegoś nowego.

Wkleję parę zdjęć związanych z wielkim poświęceniem nauczycielek i opiekunek w przedszkolach moich wnuków. Chylę czoła 🙂

 

5-6-latki „Pieguski” 
same ASY!
Niedługo idą do pierwszej klasy;
Piegus nie skarży i nie krzyczy,
umie już czytać, wspaniale liczy;
Grzeczni , mili, ładni tacy;
Tacy właśnie przedszkolacy,
z naszej Wesołej 18.

Patologia zawsze będzie patologią

Bo to było tak: Urodziła się tylko po to by nieść w swoim życiu samo zło! Urodziła się w bardzo dobrym i zgodnym domu, w którym rodzice starali się, aby ich trzy córki wyrosły na dobre i mądre kobiety. Starali się z całych i sił, aby były w życiu zaradne i pokazywali im jak powinno się żyć uczciwie, aby być  potem szczęśliwym.

Dwie córki z trzech faktycznie wyrosły na odpowiedzialne kobiety. Założyły rodziny, urodziły dzieci i rodzice byli z nich dumni, ale jedna z nich była z innej gliny i spędzała rodzicom sen z powiek.

Kiedy miała 19 lat zakochała się w jakimś podejrzanym typie i z tego związku urodziła się córeczka, ale facet nie miał ochoty na zakładanie rodziny i zwiał gdzie pieprz rośnie. Płacił jakieś tam pieniądze, ale matka dziecka do roli matki nie dorosła i zaniedbywała małą córeczkę. Lubiła towarzystwo i kompletnie nie radziła sobie z dzieckiem, które często i gęsto pozostawione samo sobie, płakało w łóżeczku, bo było głodne i zaniedbane.

Widząc to rodzice tej trzeciej, poszli do sądu i sądownie odebrali wnuczkę, od złej i nieodpowiedzialnej córki i w innym mieście roztoczyli nad nią opiekę. Wyrosła na śliczną i mądrą dziewczynkę, ale to była tylko i wyłącznie zasługa dziadków.

Kiedy mała rosła u dziadków, to jej matka dalej prowadziła wesołe życie i co się stało znowu? Zakochała się po raz drugi, ale w żonatym facecie, który miał z inną kobietą dwoje, malutkich dzieci. Uwiodła go i tak po pijaku zrobili sobie dziecko.

Wszystko się wydało, a w mieście wrzało, a ona miała nadzieję, że żonaty zostawi żonę, ale żonaty też nie chciał z nią, bo wolał z żoną i tak urodziła następną córkę, ale na szczęście pojawił się następny facet, który przysposobił jej nieślubne dziecko i nadał jej swoje nazwisko.

Wydawało by się, że pani lekkich obyczajów się wreszcie uspokoi, bo miała męża i w końcu upragnioną stabilizację w życiu. Nigdy nie pracowała, bo zawsze jakieś pieniądze miała od tych wszystkich mężczyzn i jakoś jej życie leciało.

Z mężem miała jeszcze dwoje dzieci, które kiedy dorosły wcale chluby jej nie przynosiły. Córka popadła w alkoholizm, a syn stronił od szkoły i były z nim wieczne kłopoty, bo i ćpał. Ojciec musiał pracować na rodzinę i pracował bardzo dużo, aby dogodzić swojej żonie. Zależało mu by ją uszczęśliwić, bo lubiła fajne ciuchy i kosmetyki, ale jego praca wymagała wyjazdów i był nieobecny w życiu swoich dzieci, a matka kompletnie tego nie ogarniała.

Reasumując jej dzieci, to kompletnie różna bajka, bo córka wychowana przez dziadków nie odwiedza matki i się jej wstydzi. Córka z żonatym, związała się z kryminalistą i ćpunem. Trzecia córka nadużywa alkoholu i rodzi dzieci, mimo, że kompletnie nad tym nie panuje, a najmłodszy syn robi co chce, bo z nikogo nie miał żadnych wzorców, a w tym wszystkim matka, już pięćdziesięcioletnia kobieta, wdała się w romans pod nieobecność męża, który był jej potrzeby tylko do zarabiania pieniędzy.

Morał: Patologia zawsze będzie patologią z przekazywaniem złych zachowań potomstwu. Na koniec tej opowieści trzeba dodać koniecznie. Mąż kobiety zmądrzał, bo stwierdził, że przy niej nie ma nawet na gacie i odszedł do innej. Odszedł do mądrzejszej, pozostawiając za sobą lata z kobietą zgoła złą i pazerną. Miejmy nadzieję, że na stare lata będzie szczęśliwy i tylko w tym wszystkim dzieci żal, bo one na świat się nie prosiły, a były płodzone i kompletnie nie planowane. Sama pozostała przy aseksualnym dziadu, nie wiedzieć, co w nim zobaczyła i nie wyciągnęła żadnych wniosków ze swojego życia. Widocznie lubiła i lubi ekstremalnie, no cóż!

Wiedźmowisko

Dzień po dniu

365 dni w obiektywie LG

365 days a lens LG

Program PIT 2019

Programy do rozliczenia PIT

michael ogazie's blog

2019, blog, love, life, journals, poetry, food, health, christ, book, writing, author, discover, traffic, seo, writing, life, blogging, stories

ulotnechwile

Kiedyś malowałam pędzlem, teraz słowem, nigdy nie byłam w tym dobra, tak jak w okazywaniu uczuć. Jednak dobry jest każdy sposób żeby je z siebie wyrzucić. Zanim cię uduszą.

blogcaffe.wordpress.com/

Piszę dla siebie do Ciebie :-)

Sport News

Blood Sport

Free gold bird

No one let you down, we can move the mounds/mount

Wrzosy

O tym co było, co jest i czasem trochę marzeń

Zapiski Joanny

Myśli (nie) banalne - czyli spostrzeżenia, refleksje, moje spojrzenie na świat.

Alek Skarga Poems

Poezja w słowach i obrazach

ZLEPEK KLEPEK ALBO BECZKA ŚMIECHU

BLOG TADEUSZA HAFTANIUKA

Kałuże i Róże.

Szukam sensu w Krakowie

Walcz zawsze do końca

Osobiste zapiski z mojego życia

Życie jest piękne , uśmiech dodaje mu blasku :)

Rozważ , jak trudno jest zmienić siebie , a zrozumiesz , jak znikome masz szanse zmienić innych. "(Wolter)

Tatulowe opowieści

Poczuj się jak słuchacz opowieści ojca wracającego po pracy do domu i dzielącego się z rodziną tym, co przemyślał i przeżył

sasza4

Subskrybuj moją twórczość.

Związek niesakramentalny

my bez żadnego trybu

mysz galaktyczna

prywatny blog prywatnej osoby o zmianie na lepsze. välkommen.

Antropozofiablog

Rudolf Steiner, Antropozofia i inne

Blog o Australii

O życiu, podróżach i spełnianiu marzeń

wzzw.wordpress.com/

strona byłych działaczy »Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża«

Burza-Tumblemind

~Myślodsiewnia~ Ten blog jest dla ludzi, którzy lubią zastanawiać się nad tym, co w dzisiejszym materialnym i sceptycznym świecie jest łatwo zapominane i odchodzi w cień. Sny, miłość, honor, wzajemny szacunek i ciekawość świata- o tym jest ten blog.

alina-ala

... na swą słabość patrząc postaraj się zrozumieć innych...

Sześćdziesiąt równa się dwadzieścia

Wiek nie ogranicza człowieka w działaniu

teresa ozimek

Hajnowski blog lokalny - Piszcie o swoich sprawach na adres: teresa.ozimek@wp.pl

KRYSTYNA RYSUJE

Mając 8 lat narysowałam swój pierwszy obraz. Po długiej przerwie znów powróciłam do kartki i ołówka. Cały czas się uczę i dążę do perfekcji

Niepełnosprawny Świat Blogerki

Moja DUSZA to bezdenna głębia Oceanu, czasem zmącona przez wzburzone fale Życia ...

życie umysłowe

Najlepszy blog o rzeczach oczywistych. Niby oczywistych

paulainstyle.com

Blog lifestylowy

ogryzekzycia

Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze... Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy... Nauczyć się dawać, nie dając... Nauczyć się brać, nie biorąc... Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ....miłości nie kochając... Nauka jest sztuką!!!!

bezpukania.eu

Poznaj oblicze XXI wieku i poczuj blisko oddech epoki, w której żyjesz. Zapraszam na blog.

Zapisz.org

Poetów, pisarzy, eseistów i publicystów zainteresowanych publikacją na naszych łamach zapraszamy do przesyłania propozycji tekstów na adres magazynzapisz@gmail.com

#2latado30charyszka - 2 lata do 30 charyszka

Zbiór myśli mniej lub bardziej nieuporządkowanych. Składnica uczuć, pomników pamięci, ludzkich sylwetek. Światem, który migotliwie zachęca do uczestnictwa w nim i komentowania jego cudów i porażek.

HANIAKO

blog jak ciepły koc

Tata Szymona Blogujący

Codzienny pamiętnik Taty