Archiwa tagu: wychowanie

Gdzie się podziała radość dzieci?

Wychowywałam się w PRL-u w blokowiskach, które były bezbarwne i brzydkie i każdy w moim wieku pamięta jak to szaro i buro wyglądało.

W tych blokowiskach mieszkały rodziny, które miały dzieci i naprawdę było tych dzieci sporo, bo każda rodzina mimo biedy te dzieci mieć chciała.

Pamiętam czasy, kiedy dzieciaki wylegały na podwórka, też brzydkie, ale potrafiły sobie zająć czas nie tylko podczas wakacjom przeróżnymi zabawami i jakże często trudno było je zwołać przez rodziców do domu – wieczorem.

Wpadaliśmy do domu po jakąś kanapkę i wracaliśmy na podwórko, bo tam się dużo działo.

Nie mieliśmy profesjonalnych placów zabaw, bo wystarczył nam kawałek trawnika, trzepak, kapsel, guma, kilka cegieł i piłka.

Robiliśmy raban na podwórkach grając w dwa ognie, klasy, pięć cegiełek, zaklęcia do chowanego po piwnicach i takie tam.

Potrafiliśmy iść do parku i bawiać się w podchody, chowanego, niewidzialną rękę i naprawdę mieliśmy masę innych zajęć, a wieczorem padaliśmy ze zmęczenia jak kawki.

Kiedy moje Dzieci podrosły w początkowych latach osiemdziesiątych, to było tak samo, kiedy ja dorastałam.

Co się więc stało, że oto na tym podwórku, gdzie szalałam ja i moje Dzieci mimo wakacji, ładnej pogody na moim dawnym podwórku – dzieci brak.

Oberwuję podwórko pod moim balkonem od rana do wieczora i nie ma na nim dzieci, kiedy dawnymi czasy chłopcy rozgrywali swoje pierwsze mecze, a dziewczynki grały w gumę, lub  bawiły się paletkami i słychać było dziecięce emocje.

Nie ma teraz tego, choć przecież dzieci się wciąż rodzą i jest ich wcale nie mniej, niż to było kiedyś!

Czasami widzę grupkę szkolnych dzieci siedzących obok siebie i wszyscy gapią się w telefony wysokiej jakości i w coś tam grają, albo przeglądają Internet i to jest bardzo smutny widok.

Z dużego miasta przyjechała dziś moja Córka z Wnuczką i spytała mnie gdzie są inne dzieci na placu, bo w dużych miastach trudniej jest to zjawisko zauważyć, a ja nie potrafiłam sensownie tego zjawiska wyjaśnić.

Prawdopodobnie teraz nowododki z mlekiem matki wysysają obsługę smartfona i tableta i kiedy nie chcą jeść, to mamy włączają im bajeczkę na telefonie i w ten sposób wychowują swoje dzieci.

Na naszych oczach zmienia się wszystko, a dzieciaki zamiast szaleć na podwórkach, integrować się, to wolą w samotności bawić się wirtualnie.

Dziś Dorota Zawadzka – była Super Niania zamieściła taki tekst i tym razem – wyjątkowo się z nią zgadzam:

„Nieustannie zdumiewa mnie, jak często rodzice nie uczą manier.
Dzieci przy posiłkach w czapkach, jedzą „jak świnki”, czyli jedzenie na obrusie i podłodze, nie czekają aż rodzina usiądzie, nie czekają aż pozostali skończą, ogadają na tabletach i smartfonach „coś” przy posiłkach, nie korzystają z serwetek do wycierania ust, nie umieją posługiwać się sztućcami.
Nie rozmawiają a krzyczą do siebie, albo co gorsza na siebie.
Albo w ogóle rodzice nie zwracają uwagi na dziecko…
I NIE mowię o maluchach…”

 

 

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

A jak było kiedyś?

„Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią nasze szalone lata 80.:
  • Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
  • Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
  •  Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.
  • Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.
  • Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
  • Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.
  • Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą do niej wracać.
  • Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.
  • Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze.
  • Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
  • Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy  pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.
  • Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
  • W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.
  • Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.
  • Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
  • Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
  • Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył, po tej czynności, rąk.
  • Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień dobry i nosić za nią zakupy.
  •  Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.
  • Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
  • Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
  • Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
  • Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
  • Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
  • Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
  • Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
  • Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
  • Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie brzydził.
  • Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
  • Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
  • Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i wycierania ust rękawem.
  • Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
  • Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie dawać radę sami.
  • Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
  • Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych wychowawców.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt  nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!”
http://www.eioba.pl/a/2voj/my-dzieci-tamtych-rodzicow
Reklamy

To cholerne bezstresowe wychowanie!

Znalezione obrazy dla zapytania prace techniczne dzieci

Wracam na stare lata dość często do swoich szkolnych lat, a bliżej do szkoły podstawowej.

Jako pierwszoklasistka sama chodziłam do szkoły i Mama mnie nie prowadzała, a jedynie odprowadzał mnie i po skończonych lekcjach na mnie czekał – mój mądry piesek o imieniu As.

Pamiętam, że w pierwszej klasie smarowałam sobie atramentem palce i w ten sposób chwaliłam się ludziom na ulicy, że chodzę do szkoły i byłam z tego bardzo dumna.

Pamiętam też, że w pierwszej klasie siedziałam w ławce z kolegą, któremu pomagałam uczyć się pisać obsadką.

My dzieci w latach 60-tych ubiegłego wieku byliśmy skazani na to, aby uczyć się samodzielności, bo rodzice bardzo często nie mieli dla nas czasu, gdyż po prostu pracowali.

Klucz na szyję i musieliśmy się wiele nauczyć, aby nie sprawiać rodzicom problemów, a więc dość szybko stawaliśmy się dziećmi samodzielnymi.

Uczyłam się raczej dobrze, ale największe problemy miałam z pracami ręcznymi i rysunkiem, bo w tym kierunku talentu mi zabrakło.

Bodajże w 3 klasie podstawowej nauczyciel zadał uczniom skonstruowanie dźwigu i tu jako mała dziewczynka poległam. Musiała mi w tym pomóc moja zręczna Mama i to był chyba jedyny raz, kiedy to Mama wykonała za mnie  zadanie.

Z rysunkiem sobie radziłam sprytem, bo na książki układałam szybę od czegoś tam i pod spodem umieszczałam zapaloną, nocną lampkę i tak kalkowałam swoje prace.

Rodzice nie pieścili nas i nie wkładali pod swoje skrzydła, bo oprócz nauki mieliśmy zadane wyniesienie śmieci, czy też pomoc w domowych porządkach, bo Mamie często brakowało na to czasu.

Pamiętam, że pastowałam płytki PCV i robiłam miksturę z octu i oleju i czyściłam meble na błysk.

Nasze dorastanie było zupełnie inne i nie można tego porównać do dorastania współczesnych dzieci, kiedy rodzice stosują bezstresowe wychowanie i trzęsą się nad swoimi pociechami jak osika.

Nie wypuszczają dzieci na podwórka, bo może pedofil.

Dzieci w teraźniejszych czasach są zagubione i bojące, bo wszędzie czai się zagrożenie i tak wmawiają im matki i ojcowie.

Proponuję przeczytać poniższy tekst wzięty z sieci, ale jest to tekst prawdziwy.

Ten tekst to kwintesencja zachowań współczesnych rodziców:

„To matki matkom zgotowały ten los.

Kiedy na drzwiach przedszkola zawisł kawałek bristolu z wypisaną nań informacją, że do 16.03 dzieci mogą składać kartki wielkanocne na KONKURS, któren to rozstrzygnięty będzie w poniedziałkowy poranek, przyjęłam to ze spokojem. Jestem wszak matką- weteranką, przeżyłam przygotowania moich latorośli do niezliczonych odmian współzawodnictwa w świecie krasnali. Najbardziej hardkorowy był konkurs piosenki dziecięcej, gdy nagle okazało się, że tylko Małgośka śpiewała puszka-okruszka, reszta rodziców uznała bowiem, że „miłość miłość w Zakopanem, polewamy się szampanem, nanana” jest równie niewinna, jak dziewica Orleańska i opowiada o wyjeździe na ferie z rodziną, a „ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie” to współczesna historia miłości Dziadka do Orzechów i baletnicy. Także ten. Kartka świąteczna.
W sobotę wyjęłam z tajnej skrytki, jaką posiada każdy rodzic dzieci w wieku 5 wzwyż ( w której to skrytce jest zazwyczaj wszystko, tylko, klasycznie, nie to, co o 22 dziecko przekazuje, że potrzebne jest na jutro) wszelkiej maści arkusze pianek, filców, tekturek, piórek, rurek i innych przydasiów, posadziłam młodzież przy stole i zakrzyknęłam- róbta co chceta, byle zawierało jajko, kurczaka bądź inny element skojarzeniowy.
Radosna TFUrczość pięciolatki wyewoluowała w baranka, któremu z dupy wystają żonkile w fazie kwitnięcia. Podpisałyśmy dzieło inicjałem i zaniosłyśmy do przedszkola, gdzie powitały nas między innymi:
– naturalnej wielkości baranek zrobiony metodą quilingu, podpisany: Jaś, 4 lata, grupa Gwiazdek,
– ręcznie pleciony kosz wiklinowy 2 d z pełnym wyposażeniem wyszytym włóczką Zuzia, 5 lat, Słoneczka,
– wydzierganą szydełkiem białą serwetkę z zadziornie różowym napisem „Alleluja”- Kasia, Planetki, lat 3.
No kurfa.

Ja, oczywiście, nie odmawiam dzieciom talentu. Może rodzice powyższych progenitur zamiast gryzaków oswajali dziecięcia swe ze sztuką, rękodzielnictwem, eko-modą. Może zamiast wierszy Tuwima czytano takim brzdącom do poduszki dzieła klasyków greckich w oryginale. PRZYPUSZCZAM, ŻE WĄTPIĘ. Tym bardziej, że w szatni kiblujemy koło wspomnianej Zuzi, stąd wiem, że blondwłosy ten aniołek ma problem z założeniem kapci na prawidłową stopę i mimo że ma tylko dwie opcje, jest w stanie pomylić się pięć razy.

Matki. Pozwólcie dzieciom tworzyć baranki z żonkilami w dupie, kurczaczki w osranych skorupkach, zające z jednym oczkiem bardziej. Nie bądźcie jak mama Jasia, Zuzi, Kasi. Nie twórzcie klik Matek Współzawodniczących, Matek Cierpiętniczych, Matek Odpięciulatniewypiłamciepłejkawy. Matki, dajcie Matkom żyć!”

Psycholog mówi, że klaps to bicie – jak w Norwegii!

Wczoraj obejrzałam w sieci filmik o tym, jak trzy gimnazjalistki z Gdańska, katują swoją koleżankę tak, aby ją upodlić.

Szarpały ją, a kiedy się broniła, to dostała kopniaki w głowę i inne części ciała.

Agresja! I tu sobie nie przypominam takich akcji, kiedy sama byłam uczennicą szkoły podstawowej, nawet w klasie późniejszej.

My w tamtych czasach nikogo tak nie traktowaliśmy i ja czegoś takiego nie mam w pamięci.

Szkoła dla nas, to był drugi dom i choć w wielu domach agresja rodzinna istniała, to nie mieliśmy w szkole psychologa, aby iść i się pożalić. Rodzinne kłopoty chowaliśmy w sobie i nikt nie wywalał buntu na koleżance, czy koledze.

Często z Mężem wspominamy lata podstawówki i hitem jest to, że kiedy nauczyciel złapał mego Męża na paleniu papierosa, to ten po prostu podszedł do niego i dał mu potężnego kopa w dupę. Mąż na zawsze zapamiętał, że musi przestrzegać norm obowiązujących w szkole.

Dawniej dopuszczalne było, by nauczyciel mógł wytargać ucznia za ucho, czy postawić go do kąta za niesubordynację. W każdej klasie były ośle ławki i tam sadzano uczniów niegrzecznych i zakłócających proces nauczania i było okej.

Z opowiadania wiem, że teraz w klasie ośmiolatków zaledwie, jest dwóch ancymonków, którzy rozwalają każdą lekcję. Jeden z nich podobno ma ADHD, a drugi jakiś zespół sensoryczny. Nauczycielka zamiast prowadzić zajęcia zgodnie z planem, zmuszona jest do uciszania chłopców, co nie daje żadnych rezultatów. Oni wprost nauczycielce mówią, że mają swoje prawa, a nauczycielka ma związane ręce.

Rodzice się buntują, a szkoła nic zrobić nie może i koło się zamyka. Rodzice tych chłopców upierają się, że ich dzieci  muszą do tej, a nie innej szkoły uczęszczać i nie będą serwować swoim dzieciom indywidualnego toku nauczania. Cierpi nauczycielka, ciepią rodzice i cierpią uczniowie w klasie i figa!

Jest to problem naszych czasów, kiedy dzieci i młodzież wchodzą nam, dorosłym na głowę i ja twierdzę, że to wina psychologów, którzy uparcie twierdzą na miarę poprawności, że dzieci bić nie wolno i każdy klaps to jest przemoc.

I co my tu mamy w tym bezstresowym wychowaniu? Uczennice mające 14 lat katują swoją koleżankę, bo one mają prawa, a żadnych obowiązków!

Tymczasem te siksy nie wiedzą i ci, którzy kręcili filmik, nie udzielając pomocy poszkodowanej, że na świecie 165 milionów dzieci w krajach afrykańskich nie mają dostępu do nauki, bo muszą ciężko pracować już w wieku od 7 lat.

Sudan, Kongo – dzieci wydobywają kobalt niezbędny do produkcji smartfonów, tabletów, laptopów, aby szczeniaki bijące i zbuntowane mogły z nich korzystać w każdej sytuacji.

Dlaczego świat o tym milczy i nie przekazuje rozwydrzonym obrzydliwie dzieciakom z bogatych metropolii, że gdyby nie praca tamtych dzieciaków, to by byli tacy jak my – dzieci wychowanych na sporcie i w kółkach zainteresowań, bez dostępu do nowoczesnej technologii.

Opadają ręce i gacie na teraźniejszą młodzież i ich wychowywanie i tu już nie pomoże likwidacja gimnazjów, bo to socjal media kształtują młodzieży chowanie! Kaplica!

Dojdzie do tego, że w każdej klasie zawiśnie kamera, aby nauczyciel bronić się mógł!

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=k5fj6qsdALY

 

 

Czy nasze dzieci i wnuki są szczęśliwe?

 Dobry wieczór. 🙂

Hej, hej – pamiętacie kochani swoje dzieciństwo, kiedy nie straszne nam było pokonywanie wszelkiego rodzajów płotów, włażenia na drzewa, kąpieli w jeziorach bez opieki rodziców, ale z kluczem na szyi? Pamiętacie z pewnością jazdy z górki na pazurki na tornistrach w siarczyste mrozy, bo zimy takie kiedyś były.

Pamiętacie swoje wyjazdy na obozy, kolonie, bez telefonu, bo do rodziców pisało się listy. Pamiętacie wyjazdy do babci i dziadka, kiedy się bosymi stopami szurało po ściernisku i nikt nie bał się komara, ani tam jakiegoś owada?

Wiem, że pamiętacie, bo podwórka były pełne dzieci od rana, do wieczora w wakacje i jakże często rodzicom było trudno nas ściągnąć do domu. To na podwórkach, w grupach wisiało się na trzepakach i robiło się wiele innych, ciekawych rzeczy.

Ja pamiętam swoje dzieciństwo i mam pamiątkę po nim, w postaci wielu blizn, których się nabawiłam podczas burzliwego spędzania czasu z rówieśnikami, a dziś?

Oto wpadł mi ciekawy artykuł o dzieciach współczesnych, które są pod maksymalną ochroną rodziców, szkoły, opiekunów i psychologów i można tylko się zastanowić  nad tym, że jak tak dalej pójdzie, to będziemy mieli pokolenie nieudaczników, których wszystko będzie przerażać, bo to technologia załatwi za nich wszystko.

Wiem, że niewiele można już zrobić, bo w dobie elektroniki i postępującej technologii nasze dzieci przestaną opuszczać swoje domy, gdzie najważniejszą rzeczą będzie dla nich komputer, smartfon i ich nieograniczone możliwości.

Przytaczam tylko część artykułu, ku refleksji:

 

 

„Hodujemy zombi, które nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają. Żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć. A nie potrafią poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za innych

 

„Witam, czy wasze dzieci były na obozie harcerskim? Wszystko OK, tylko przerażają mnie te namioty w środku lasu. A co w sytuacji, jak jest burza?” – pyta Beata na internetowym forum pod hasłem „Obóz harcerski”. „Namioty namiotami. Moje dziecko zraziło się w zeszłym roku brakiem higieny. Syf, brud, kąpiele sporadyczne, wróciła totalnie brudna” – odpowiada jej Zofia. Tę bezradność rodziców i dzieci potęgują obecne przepisy. Rok temu sanepid chciał zamknąć obóz harcerski koło Ustki, bo nie było tam elektryczności. Dwa lata temu w Bieszczadach kazano organizatorom obozu survivalowego pociągnąć rurami wodę z ujęcia oddalonego o trzy kilometry. W sumie trudno się więc dziwić, że w styczniu tego roku wychowawca zimowiska koło Karpacza zorganizował zamiast ogniska „świecznisko” w świetlicy, bo na zewnątrz było minus 10 stopni i dzieciaki poskarżyły się rodzicom, że nie chcą marznąć, a ci zagrozili opiekunowi interwencją w kuratorium, jeśli nie odwoła „niebezpiecznej zabawy”.

– Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. W las pierwsi jechali najbardziej sprawni i silni harcerze, cięli siekierkami drzewa, kopali latryny, myli się w górskim lodowatym strumieniu. Cały obóz budowaliśmy własnymi rękoma. Nikt się nie zastanawiał, czy jajka na jajecznicę zostały wyparzone w „wydzielonym, oznakowanym stanowisku wyparzania jaj”. Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. Obozy stawiają profesjonalne firmy, a dzieciaki przyjeżdżają na gotowe, zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania – opowiada były już harcmistrz z podwarszawskiej miejscowości. Woli pozostać anonimowy, bo dorabia, choć tylko okazjonalnie i nieharcersko, na letnich obozach dla młodzieży.

 Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.

Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki. Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba. Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF. Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś. Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło. Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.

 

– Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany dodomu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks – opowiada.

„Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.

Ale dwie lewe ręce mają nie tylko najmłodsi. W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.”

http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/499608,dzieci-pierdoly-bledy-wychowawcze-ktore-popelniaja-wspolczesni-rodzice.html

Potwory w szkołach bez tarczy i fartuszka

Dzień dobry. 

Kochani! Jest czasami tak, że nie można obojętnie przejść obok jakiegoś tekstu i ja nie mogłam przejść obok niżej wklejonego. Muszę mieć ten tekst na blogu ponieważ treść tego artykułu pokazuje, jak bardzo zmienia się świat i obyczaje. 

Pamiętacie z pewnością swoje lata w szkole podstawowej, a potem średniej i myślę, że uczyliśmy się w kryształowych czasach, kiedy przestrzegaliśmy podstawowych zasad, iż nauczyciel był zaraz po rodzicach. Byliśmy karni i zdyscyplinowani i w zasadzie nikomu do głowy nie przyszło, aby znieważyć swojego nauczyciela, czy też wychowawcę klasy.

Czasy się zmieniają, a młode pokolenia chamieją i niech mi tu nikt nie mówi, że takie zachowania spowodowane są problemami w rodzinie i tym, że rodzice się rozwodzą.

Za naszych czasów też rozpadały się rodziny. Był w domu obecny alkohol, bo ojciec pił na umór, a matka z ledwością wiązała koniec z końcem, a jednak mimo różnych problemów nie zachowywaliśmy się w taki sposób jak jest to opisane.

Według mnie to bezstresowe wychowanie jest powodem, że już nikt nie potrafi zapanować nad zubożeniem mentalnym nowego pokolenia. Uczeń się nie boi nauczyciela, a rodzic nauczycielowi powierza wychowanie swojego dziecka i rodzic wymaga bezwzględnie i obarcza szkołę za niepowodzenia.  Poplątanie z pomieszaniem stworzyło potworów bez tarczy i fartuszka.

Agata: Pięć lat temu, z dyplomem polonistyki trafiła do gimnazjum. Marzyła: będę pedagogiem, jak z filmu „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Spotkała zblazowanych, agresywnych uczniów. Słowo „spier….aj” na porządku dziennym.

Dziś mówi: – Myślałam: „To moja wina”. Jestem za młoda, za słaba psychicznie, nie mam autorytetu. Gdzieś popełniam błąd. A potem rozmowy w pokoju nauczycielskim: „Ta klasa to koszmar”, „Bez rewolwera nie podchodź. Co się dzieje z tymi dziećmi? Co się dzieje z rodzicami? Dlaczegoagresję nazywają umiejętnością walki o swoje? Dlaczego mówią dziecku:„Twój nauczyciel to piz…, nie przejmuj się”.

Agata. : W torbie nosi hydroksyzynę. Drążą jej ręce. Najgorzej jest w weekend. Sama myśl o poniedziałku: dreszcze. Jeszcze miesiąc, byle do wakacji. Potem odchodzi ze szkoły. Nie ze szkoły beznadziejnej, w małej miejscowości. Z jednej z lepszych szkół w dużym mieście. Wysoko w rankingach, ceniona.

Opowiada: – Klasa. Większość chłopaków. Wyrośnięci. Testosteron i adrenalina w powietrzu. Kilka zahukanych, grzecznych dziewczynek i jedna liderka. 13 lat, długie tlenione włosy, piersi, kręcenie biodrami, makijaż.„Lolitka” pomyślałam, jak ją zobaczyłam. Obcisłe spodnie, wystające stringi. Chłopcy przez całą lekcje chichoczą: „Miau, ale cipeczka”. Po klasie krążą karteczki. „Popchnąłbym ją dziś w d…”. Łapię jedną z nich. Myślę: „Nie będę rozkręcać awantury, to upokarzające i dla nich, i dla mnie”. Na przerwie proszę Anię, żeby została. „Aniu, nie ubieraj się tak do szkoły….”. Ania żuje gumę, patrzy w podłogę. „Aniu…” powtarzam. Znudzone „Dobrze”. Tego samego wieczoru maile: „Zazdrościsz jej macioro, bo sama masz wielką d….”. „Odpier… się od naszej Anki”.

Fot. Flickr / [url=http://bit.ly/1FTapn3]Blink Ofanaye[/url] / [url=https://creativecommons.org/licenses/by-nc-sa/2.0/]CC BY-NC-SA[/url]
Fot. Flickr / Blink Ofanaye / CC BY-NC-SA

„Może autor chciał się bzykać?”
Początki nie były złe. To ambitne dzieci, inteligentne. Pomysłowe. Ale nie respektujące żadnych zasad. Jeden z chłopców w trakcie lekcji wyciąga kanapki. Mówię: „Nie jemy podczas lekcji”. On: „A kto mi zabroni”. Wzywam matkę. Proszę i tłumaczę. Ona: A czy może pani respektować wolność mojego syna?!

Trudno pracować z dziećmi, które uczą się od rodziców: szanuj tylko siebie, walcz, mów co chcesz, nikt nie ma prawa cię ograniczać.

Początek lekcji. 10 minut uciszania, a potem 15 sprawdzania obecności. Bo trwa kabaret. Temat X. „Co autor chciał przez to powiedzieć”. W klasie rechot: „Może chciał się bzykać?” „Może się naćpał i bredził?”. „Czy mogę prosić o ciszę?” pytam. Znów rechot: „Prosić zawsze możesz, s…”.

Rozmawiam z innymi nauczycielkami. Obwiniam się. „Kochana, mój ośmiolatek napisał na tablicy – ch… i d…. Wzywam rodziców. A pani nie umie sama wytłumaczyć, ze słowa ch… i d… są normalne?” – słyszę. Tłumaczę; „Może normalne, ale z jakiś powodów ludzie nie chodzą bez majtek. Ja im to wytłumaczyłam. Teraz proszę państwa. Oni nie mogą się tak zachowywać”. Wzruszenie ramion.

Fot. Flickr / [url=http://bit.ly/1KDLiHH]Vlastimil Ott[/url] / [url=https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/]CC BY-SA[/url]
Fot. Flickr / Vlastimil Ott / CC BY-SA

„No taki wiek” słyszę.Proszę o spotkanie z naszą dyrektorką. Brak wsparcia. „Pani klasa jest wyjątkowo rozwydrzona, rozumiem. Rodzice są straszni, wiem. Ale pani musi umieć radzić sobie z tym sama. Potrzeba siły, stawiania granic. Przecież nie rozwiążę klasy”. To tyle. Żadnej innej pomocy.

Tak, zgadzam się. W klasie jest lider. Kuba. To on dyktuje warunki. Rodzice po rozwodzie. Walczący ze sobą. On po środku, bezradny. Przecież ja to widzę. Pośrodku lekcji dostaję samolotem z papieru w plecy. „Zamilcz, kur…”. Po lekcji pękam, jestem okrutna. „Kuba, bardzo cię boli, że twoi rodzice się tobą nie zajmują?”. Nie powinnam. Kuba ma łzy w oczach. Czuję się podła. A potem myślę: to nie dziecko, to potwór. Ale w gruncie rzeczy wiem, że to tylko dziecko.

Spokojne dziewczynki nie mogą się uczyć, bo chłopcy na lekcji bekają, śmieją się, tarzają po podłodze. Wyrzucam ich z klasy, grożę jedynkami, wpadają rodzice: „Niech pani znajdzie inne metody, to skandal”. „Debilka, a nie pedagog”.

Kolejne spotkania z psychologiem szkolnym. Dzieci wbijają wzrok w buty, żują gumę. A potem rozpadają się przy mocniejszych pytaniach psychologa. O miłość, rodzinę, samotność. Albo reagują agresją. Jedna z matek: „Czy pani jest popie….ona, że wypytuje syna o męża?”. A psycholog o nic nie wypytywała. Chciała tylko zrozumieć skąd u chłopca taka agresja.

Rodzice, gdzie jesteście?
Rodzice, gdzie jesteście z tym waszym brakiem miłości? Zajęciem sobą, narcyzmem? Gdzie? Rodzice mówią: To nauczyciel musi mieć autorytet i dać radę.

A ja się pytam: Jak mamy dać radę, jak nie stawiacie im granic? Bo jesteście zajęci, zmęczeni pracą, bo was nie ma, rozstajecie się. I w porządku. Ale proszę, weźcie też za swoje dzieci odpowiedzialność. Bo to jest cholernie niesprawiedliwe! Nauczcie wasze dzieci, że ważne są zasady. Jak one mają poradzić sobie w świecie, kiedy myślą, że mogą wszystko i zawsze? Bo mogą. Nie kochacie ich jak trzeba, więc pozwalacie na wszystko, żeby uśpić wyrzuty sumienia.

Jedna z dziewczynek podchodzi do mnie: „Niech pani się nie złości na Maćka. Tata od nich odszedł, mama wciąż pracuje. Jego życie to gry komputerowe”.

Agata: „Pamiętam reportaż o przemocy w szkole. Matematyczka z wrocławskiego liceum leży na OIOM- ie. Podłączona do kroplówki, liczne opatrunki. Uczeń zaatakował ją siekierą, straciła palce u rąk. Sąd skazał go na kilka lat więzienia. Chociaż był nieletni, za czyn odpowiadał jako dorosły.

http://mamadu.pl/119073,ty-macioro-swinio-piz-o-nie-nudz-umyj-sie-smierdziuchu-szokujace-wyznanie-nauczycielki-przesladowanej-przez-trzynastolatkow

 

Chapeau bas dla wszystkich wychowujących moje wnuki :)

Wczoraj z okazji Urodzin mojego dziecka zostaliśmy zaproszeni na małą kolację, aby uczcić ostatnią trójkę w wieku mojego dziecka. Tak, tak ostatnią trójkę, jakby nie liczyć. 🙂

Wchodzę do ogrodu, a tam moja wnusia ciężko pracuje. Postanowiła pomóc Mamie i zabrała się za mycie szkieletu pod nowe meble na taras. Znaczy meble stare, ale tapicerka będzie nowiutka, a szkielet drewniany także będzie odświeżony.

Praca paliła się jej w rączkach, gdyż bardzo dokładnie myła ściereczką każdy kawałek szkieletu. Nie pominęła żadnego zakamarka, a podczas pracy to sobie pogadałyśmy o wszystkim, bo jak widać na zdjęciu ma kolorowe włosy, które pokolorowały wszystkim dzieciom panie przedszkolanki z okazji akcji – ubieramy się optymistycznie na pomarańczowo.

Cieszę się, że w  przedszkolu organizuje się takie akcje i dzieci  biorą w nich czynny udział  i na przykład w przedszkolu, do którego chodzą moje wnuki od drugiej córki była akcja, bardzo drastyczna wręcz, gdyż zorganizowano tydzień bez zabawek, ale to nie znaczy, że dzieci się nudziły.

W ruch poszedł papier, kartony, nożyczki i klej. Dzieci znosiły plastikowe butelki i tak powstała orkiestra. Z kartonów powstawały domki, a z gazet różne cudeńka. Oj działo się i takim sposobem rozwijana jest w dzieciach kreatywność, a mnie Babci podobają się takie akcje i cieszę się, że moje wnuki mają  swój świat w gronie innych dzieci. 

Jestem na bieżąco z tym, co maluchy robią w swoich grupach, gdyż podglądam te przedszkola na Facebooku i daje mi to radość, że wiem jak mija im dzień. 

Trzeba oddać wielkie podziękowania tym wszystkim paniom, które na co dzień poświęcają się dzieciakom w przedszkolach i organizują im masę kreatywnych zadać i uczą tak wiele. Jest to wielka praca i poświęcenie, że każdego dnia moje wnuki uczą się czegoś nowego.

Wkleję parę zdjęć związanych z wielkim poświęceniem nauczycielek i opiekunek w przedszkolach moich wnuków. Chylę czoła 🙂

 

5-6-latki „Pieguski” 
same ASY!
Niedługo idą do pierwszej klasy;
Piegus nie skarży i nie krzyczy,
umie już czytać, wspaniale liczy;
Grzeczni , mili, ładni tacy;
Tacy właśnie przedszkolacy,
z naszej Wesołej 18.

Patologia zawsze będzie patologią

Bo to było tak: Urodziła się tylko po to by nieść w swoim życiu samo zło! Urodziła się w bardzo dobrym i zgodnym domu, w którym rodzice starali się, aby ich trzy córki wyrosły na dobre i mądre kobiety. Starali się z całych i sił, aby były w życiu zaradne i pokazywali im jak powinno się żyć uczciwie, aby być  potem szczęśliwym.

Dwie córki z trzech faktycznie wyrosły na odpowiedzialne kobiety. Założyły rodziny, urodziły dzieci i rodzice byli z nich dumni, ale jedna z nich była z innej gliny i spędzała rodzicom sen z powiek.

Kiedy miała 19 lat zakochała się w jakimś podejrzanym typie i z tego związku urodziła się córeczka, ale facet nie miał ochoty na zakładanie rodziny i zwiał gdzie pieprz rośnie. Płacił jakieś tam pieniądze, ale matka dziecka do roli matki nie dorosła i zaniedbywała małą córeczkę. Lubiła towarzystwo i kompletnie nie radziła sobie z dzieckiem, które często i gęsto pozostawione samo sobie, płakało w łóżeczku, bo było głodne i zaniedbane.

Widząc to rodzice tej trzeciej, poszli do sądu i sądownie odebrali wnuczkę, od złej i nieodpowiedzialnej córki i w innym mieście roztoczyli nad nią opiekę. Wyrosła na śliczną i mądrą dziewczynkę, ale to była tylko i wyłącznie zasługa dziadków.

Kiedy mała rosła u dziadków, to jej matka dalej prowadziła wesołe życie i co się stało znowu? Zakochała się po raz drugi, ale w żonatym facecie, który miał z inną kobietą dwoje, malutkich dzieci. Uwiodła go i tak po pijaku zrobili sobie dziecko.

Wszystko się wydało, a w mieście wrzało, a ona miała nadzieję, że żonaty zostawi żonę, ale żonaty też nie chciał z nią, bo wolał z żoną i tak urodziła następną córkę, ale na szczęście pojawił się następny facet, który przysposobił jej nieślubne dziecko i nadał jej swoje nazwisko.

Wydawało by się, że pani lekkich obyczajów się wreszcie uspokoi, bo miała męża i w końcu upragnioną stabilizację w życiu. Nigdy nie pracowała, bo zawsze jakieś pieniądze miała od tych wszystkich mężczyzn i jakoś jej życie leciało.

Z mężem miała jeszcze dwoje dzieci, które kiedy dorosły wcale chluby jej nie przynosiły. Córka popadła w alkoholizm, a syn stronił od szkoły i były z nim wieczne kłopoty, bo i ćpał. Ojciec musiał pracować na rodzinę i pracował bardzo dużo, aby dogodzić swojej żonie. Zależało mu by ją uszczęśliwić, bo lubiła fajne ciuchy i kosmetyki, ale jego praca wymagała wyjazdów i był nieobecny w życiu swoich dzieci, a matka kompletnie tego nie ogarniała.

Reasumując jej dzieci, to kompletnie różna bajka, bo córka wychowana przez dziadków nie odwiedza matki i się jej wstydzi. Córka z żonatym, związała się z kryminalistą i ćpunem. Trzecia córka nadużywa alkoholu i rodzi dzieci, mimo, że kompletnie nad tym nie panuje, a najmłodszy syn robi co chce, bo z nikogo nie miał żadnych wzorców, a w tym wszystkim matka, już pięćdziesięcioletnia kobieta, wdała się w romans pod nieobecność męża, który był jej potrzeby tylko do zarabiania pieniędzy.

Morał: Patologia zawsze będzie patologią z przekazywaniem złych zachowań potomstwu. Na koniec tej opowieści trzeba dodać koniecznie. Mąż kobiety zmądrzał, bo stwierdził, że przy niej nie ma nawet na gacie i odszedł do innej. Odszedł do mądrzejszej, pozostawiając za sobą lata z kobietą zgoła złą i pazerną. Miejmy nadzieję, że na stare lata będzie szczęśliwy i tylko w tym wszystkim dzieci żal, bo one na świat się nie prosiły, a były płodzone i kompletnie nie planowane. Sama pozostała przy aseksualnym dziadu, nie wiedzieć, co w nim zobaczyła i nie wyciągnęła żadnych wniosków ze swojego życia. Widocznie lubiła i lubi ekstremalnie, no cóż!

W telewizji głupich nie sieją, sami się rodzą!

Coraz więcej rzeczy mnie denerwuje we współczesnym świecie i chyba się naprawdę starzeję, bo się wciąż czegoś czepiam i marudzę i mruczę pod nosem z niezadowolenia. 

Telewizja kochani mnie przeraża coraz bardziej i tak jak czepiłam się w jakimś, swoim wpisie „Małych Gigantów”, tak czepię się serialu, paradokumentu kręconego chyba dla młodzieży, a dla mnie dlatego, by mnie wkurzyć maksymalnie.

Piszę o serialu „Szkoła”, w którym uczy się młodych ludzi jak fajnie można spędzić czas w szkole, bo jawnie uczy się  przez bardzo niewychowawczy serial przeznaczony dla młodych ludzi w wieku 13 – 19 lat, że:

Można w szkole brać narkotyki, palić papierosy, pić alkohol, gwałcić, popełniać samobójstwa, uprawiać seks, być prostytutką, zachodzić w ciążę, kraść, uwieść ojca koleżanki i itp. Widać , że kogoś bardzo kręci kręcenie takich idiotyzmów. Widocznie nie tylko Polański miał takie skłonności do dzieci .

Dziwię się, że jest tak cicho ze strony wszelkiej maści psychologów, a Minister Edukacji milczy w tym temacie i jest ogólne przyzwolenie na pokazywanie patologii w szkole. Podaje się jak na tacy, jak fajnie można spędzić każdy dzień w szkole. Jest draka i fajnie jest. Coś się dzieje na przerwach i lekcjach, a nauczyciele nie mają nic do powiedzenia, bo przecież uczeń swoje prawa ma i nie wolno go skarcić, czy walnąć linijką po łapie.

Pamiętam swoje lata szkolne, kiedy takie zachowania nikomu się nie śniły w  żadnych snach. Nauczyciel, to była druga matka i drugi ojciec. Czas poza lekcyjny był wypełniony po brzegi. Uczniowie uczęszczali na wszelkiego rodzaju kółka zainteresowań, śpiewali w chórach i zespołach. Grali w piłkę i uprawiali sport, by rywalizować z innymi szkołami. Kiedy przychodziło się do domu, to trzeba było odrobić lekcje na następny dzień, pomóc w czymś rodzicom i nie było czasu na nudę. 

Uważam, że ten serial przynosi tylko same szkody i uczy dzieci wstrętnych i nieludzkich zachowań. Ktoś powinien za to brać odpowiedzialność, bo ja jako babcia trójki wnucząt nie życzę sobie, aby w przyszłości były karmione taką sieczką, a ich szkoła była poligonem doświadczalnym. Bardzo boję się o moje wnuki, że trafią kiedyś do takiego tygla, gdzie dzieją się takie rzeczy, a sądzę, że z czasem będzie już tylko gorzej i nikt nad tym już nie zapanuje.

Nie oglądam tego serialu, bo nie jest on na moje nerwy. Obejrzałam dwa odcinki i mi się odechciało. To jest chore i dlaczego media nie uczą  młodzieży jak fajnie można spędzić czas? Jak fajnie jest się uczyć, śpiewać, uprawiać sport? Jak fajnie jest poznawać świat i poszerzać nowe horyzonty zamiast pokazywania jak młoda siksa, cwana siksa klei się do nauczyciela?

Z Wikipedii wkleiłam mały fragment tego, co kolejne odcinki omawiają i włos się jeży na głowie. To jest chory świat, że zaklnę do cholery jasnej!

 

 

SERIA DRUGA
64 09.02.2015 Sfingowane porwanie psa sposobem na poderwanie dziewczyny. Brutalna zemsta zazdrosnej uczennicy nad lubianą przez innych koleżanką.
65 10.02.2015 Walka uczniów o popularność w szkole. Nastolatka odkrywa, że jej ojcem jest tata koleżanki.
66 11.02.2015 Licealistka, chcąc zaimponować kolegom, decyduje się na zachowanie wbrew sobie… Ranking szkolnych biustów.
67 12.02.2015 Nauka całowania. Niezdrowa fascynacja zagraniczną gwiazdą.
68 13.02.2015 Licealistka dowiaduje się, że jest w ciąży i chce ją usunąć. Szkolny bohater – kłamstwo o uratowaniu człowieka.
69 16.02.2015 Uczennica jest przekonana, że ma raka piersi. Podglądacze dziewczyn.
70 17.02.2015 Dziewczyna pod wpływem chłopaka nęka przyjaciółkę. Biedny uczeń okłamuje wszystkich, że mieszka w apartamencie…
71 18.02.2015 Chłopak okłamuje dziewczynę, że złamał nogę, bo nie chce chodzić na kurs tańca. „Miłosny eliksir”.
72 19.02.2015 Agresywny chłopak bije swoją dziewczynę. UFO.
73 20.02.2015 Kompleksy z powodu małego biustu, wkładki silikonowe. Fikcyjny napad na piekarnię.
74 23.02.2015 Gimnazjalista i jego dziewczyna organizują nielegalne walki. Wokalistka szkolnego zespołu zrywa ze swoim chłopakiem.
75 24.02.2015 Licealistka podejrzewa, że jest w ciąży. Matka licealistki planuje przeprowadzkę.
76 25.02.2015 Licealistka ukrywa, że jest lesbijką. Gimnazjalista jest świetnym uczniem, jednak nie ma w klasie żadnych przyjaciół.

” Dzieci są jak walizka, ile włożysz, tyle wyjmiesz”?

To było niedzielne popołudnie w rodzinie Joasi i Krzysztofa. Zjedli obiad, a potem Krzysztof chciał pobawić się z ich dwu letnią córką w układanie nowo kupionych klocków.

Joasia się ucieszyła, że ma chwilę spokoju i położyła się z książką, by poczytać i się odprężyć, a Krzysztof posadził córeczkę na dywanie i zachęcał, by razem z nim budowała kolorowy domek z klocków. Szło im bardzo dobrze, bo córka podawała mu ochoczo klocki i wydawało się, że dobrze się bawi ze swoim tatusiem.

Jednak po chwili rozwaliła klocki, zburzyła budowlę, rozgarniała rączkami klocki, a potem je zaczęła kopać nóżkami, aż rozleciały się po całym pokoju, wpadając pod meble.

Krzyś się zdenerwował i dał córce małego klapsa, bo bardzo mu się nie spodobało zachowanie jedynaczki, ale Joanna wpadła między nich i bezwzględnie trzepnęła męża w kark, krzycząc, że dzieci się nie bije, bo czyta poradniki psychologów, gdzie jest jasno i wyraźnie napisane, że klaps, to jest porażka dorosłego. Dała mężowi wykład, że z dzieckiem najpierw się rozmawia spokojnie i tłumaczy, że tak robić nie wolno, a potem ewentualnie należy wystosować karę.

Krzysztof się skulił i oddalił od żony i córki, aby przemyśleć swoje postępowanie, bo może faktycznie popełnił błąd wychowawczy, choć gdzieś w duszy sądził, że małej się należało, bo nie wolno pozwalać małemu dziecku na takie histerie.

Córka Joasi i Krzysztofa rosła zdrowo i przyszedł czas, aby oddać ją do przedszkola, bo Joasia chciała wrócić koniecznie do pracy. Jednak kiedy odbierała małą z przedszkola słyszała często, że córka bije inne dzieci i szarpie za włosy bez powodu. Nie słucha poleceń i nie umie bawić się z innymi dziećmi.

W takim układzie Joasia zabrała córkę z przedszkola, bo uważała, że się na nią wszyscy uwzięli i dręczą jej córkę, bo jej po prostu nie lubią. Wolała nie pracować, niż jej dziecko miałoby być musztrowane przez głupie baby w przedszkolu.

Pewnego dnia przy śniadaniu mała trąciła kubek z piciem, który zalał stół i podłogę. Krzyś widział, że sprawiło to jego córce ogromną przyjemność i widział, że zrobiła to specjalnie.

Joasia poderwała się i szybko wytarła stół i podłogę, a Krzysztof chciał zganić dziecko, ale Joasia spojrzała na niego tak, aby się nie ważył, bo córce się to po prostu zdarzyło.

I tak było zawsze, że kiedy mała coś przeskrobała, to Joanna brała ją pod swoje skrzydła i broniła z całych sił, ale kiedy Krzysztof chciał porozmawiać z żoną, że tak nie wolno, bo trzeba egzekwować, to natrafił na mur żony. Usłyszał, że ona jest matką i doskonale wie, że córka ich nie robi nic złego i w tych czasach należy się jej bezstresowe wychowanie i niech przyjmie to do wiadomości.

Krzysztof kochał żonę i kochał swoją córkę, ale światełko mu się zapaliło, kiedy wyszedł z córką do piaskownicy, a tam ona pokazała ponownie, że za nic ma zabawę z innymi dziećmi i zamiast się bawić i robić babki z piasku, to obsypała wszystkie dzieci piaskiem, jakby wpadła w amok. Śmiała się z tego, że inne dzieci wycierają twarze, a oczy im łzawią, a we włosach mają go pełno.

Krzysztof zauważył, że w jego córce jakby zagościł złośliwy chochlik, albo zamieszkał zły diabeł, ale Joasia po opowieści Krzysia w domu, o tym jak córka się zachowała, stwierdziła, że takie rzeczy się zdarzają między dziećmi i niech mąż nie robi z tego powodu rabanu.

Zawsze Joanna broniła córki. Broniła ją, kiedy mała poszła do szkoły i były monity, że córka jest aspołeczna i nie potrafi się z nikim zaprzyjaźnić, a na lekcjach przeszkadza i nie wykonuje poleceń nauczyciela. I znów Joasia osądziła nauczycieli, że nie lubią jej dziecka, bo jest zbyt inteligentne i ona to wie.

Córka nie uczyła się źle, bo faktycznie była inteligentna, ale za to była bardzo wpływowa i zadała się w szkole z młodzieżą, która  miała okres buntu. Uciekała z nimi z lekcji. Były papierosy i alkohol, ale i to Joanna tłumaczyła okresem wzrastania i to minie.

Zaczęły się późne powroty do domu, często pod wpływem alkoholu i kiedy Krzysztof chciał cokolwiek przeciwdziałać i planował wizytę u psychologa, to Joasia się darła, że jej córka nie jest psychiczna jakaś, aby się włóczyć po lekarzach, twierdząc, że córka z tego wyrośnie i bo każdy przechodził w młodości taki bunt,

Krzysztof uciekał w pracę. Nie chciał już być świadkiem tego, że córka robi co chce, a Joanna nie widzi w tym nic złego i za każdym jej wybrykiem trzymała córkę pod kloszem, odsuwając go od siebie. Kochała swoją córkę i robiła za nią niemal wszystko. Sprzątała jej pokój, myła po niej naczynia, prała i prasowała i nie wymagała dosłownie niczego. Córka nie wiedziała jak się włącza pralkę i nie wiedziała gdzie wynosi się śmieci. To wszystko robiła za nią matka, a ona miała za zadanie tylko się uczyć.

Joanna nigdy nie wróciła do pracy i pieniądze Krzysztofa nie były zbyt wielkie, ale jeśli tylko córka miała pragnienie na nowy laptop, telefon, czy też markowe cuchy, to Joanna sobie odjęła, a córce kupiła, bo dla niej miało być wszystko, co najlepsze.

Zbliżał się koniec roku i córka Krzysia i Joanny kończyła ostatnią klasę gimnazjum. To miał być wielki dzień i Joanna upiekła na tą okoliczność tort i kupiła szampana. Cieszyła się, że córka pójdzie dalej i będzie się uczyła może na lekarza, a może prawnika. Miała wobec córki swoje oczekiwania jak każdy rodzic.

Córka Joanny wpadła do domu i od progu poprosiła o pieniądze na wyjazd wakacyjny do Hiszpanii, bo jej paczka wyjeżdża i ona koniecznie musi wyjechać z nimi i tak bardzo się cieszy na te wakacje. Oznajmiła, że będzie jej potrzebne pięć tysięcy złotych, bo podróż, a potem same przyjemności.

Joanna zastygła i powiedziała, że nie ma takich pieniędzy i pierwszy raz postawiła się córce, a ta wpadła we wściekłość. Chwyciła nóż kuchenny i zaczęła matkę dźgać  i zadawała ciosy tak długo, aż Joanna straciła przytomność. Kiedy Krzysztof przeszedł z pracy, córki w domu nie było i pieniędzy też. Joanna leżała cała we krwi. Wezwał karetkę i policję.   Córka we wściekłości trafiła nożem prosto w serce i tak skończyło się dla Joanny  bezstresowe wychowanie swojej córki.

Córka Joanny i Krzysztofa siedzi w więzieniu i pisze bloga, w którym jest nareszcie jej skrucha.

Takich dzieci jest coraz więcej, a rodzicom opadają ręce

Iwona nie miała lekko. Ojciec pił i bił i w domu działy się cuda. Przepijał całą wypłatę i matce Iwony rzucał jakieś ochłapy, a w domu było dwoje dzieci w wieku szkolnym, którym matka jakoś łatała najpilniejsze potrzeby. Często  nie miała za co kupić podstawowych artykułów, aby dzieci nie chodziły głodne, a więc wisiała w sklepie na zeszycie, a kiedy dorwała parę groszy, to oddawała i tak w kółko.

Iwona wstydziła się biedy  i wstydziła się, że policja interweniowała często w ich domu, aby ojca uciszyć, który udawał przed policjantami, że przyjechali niepotrzebnie, bo on jest dobrym ojcem i mężem i tak gehenna trwała latami.

Matka Iwony w końcu zdecydowała się na rozwód, a Iwona rozpoczęła szkołę średnią, bo matce zależało by się uczyła i miała w życiu lżej. Po dwóch latach nauki poznała Jędrka, który jej imponował, bo dbał o nią. Kupował od czasu do czasu jakiś ciuch, albo perfumy. Chodzili ze sobą bardzo zakochani i nierozłączni, a Iwona wierzyła, że nie podzieli losu swojej matki i będzie najszczęśliwszą kobietą pod słońcem.

Zaszła w ciążę i maturę zdawała z dzidziusiem w brzuchu, ale nie martwili się tak bardzo, bo Jędrek miał mieszkanie po rodzicach, a więc kiedy oboje podejmą pracę, to nie będzie im źle i dadzą sobie radę.

Zamieszkali w większej wiosce, liczącej jakieś pięćset mieszkańców. Jędrek miał po rodzicach trochę ziemi, a także niewielki inwentarz, a znał się na robocie, to wiodło im się całkiem dobrze. Iwona podjęła pracę w szkole i pilnowała dzieci na świetlicy, a także dorabiała sobie sprzątaniem w niewielkich blokach, jakie wybudowano w wiosce i nie narzekała na nadmiar obowiązków. Była kobietą ambitną i pracowitą, a do tego bardzo mocną fizycznie i psychicznie.

Iwona zaszła w ciążę.  Co prawda nie planowali jeszcze dziecka, ale skoro się stało, to oboje się cieszyli na przyjście małego człowieczka. Jędrek też się cieszył i robił pierwsze zakupy do pokoiku, aby przygotować miejsce dla swojego potomka.

Urodziła się dziewczynka i dali jej na imię Lila. Od samego początku ich serca należały do tej istotki, która przewróciła ich życie do góry nogami i wszystko było jej podporządkowane i tak Iwona została w domu i zamierzała wychowywać córkę bez żłobka. Postanowiła, że do trzech lat będzie z Lilą w domu. Jędrek za to wziął na siebie więcej obowiązków i często do domu wracał wieczorem i bardzo zmęczony, ale też nie narzekał, bo przecież pracował dla swoich dziewczyn, które kochał nad życie.

Lila rosła i wspaniale się rozwijała. Była bardzo bystrą dziewczynką, z którą nie mieli w zasadzie żadnych kłopotów. Szybko nauczyła się nocnika i szybko zaczęła chodzić i nie obejrzeli się kiedy skończyła trzy latka i można ją było prowadzać do przedszkola.

Iwona wróciła do pracy, a Jędrek każdego poranka wiózł Lilę do przedszkola, gdzie się świetnie za klimatyzowała i panie przedszkolanki bardzo ją polubiły i chwaliły.

Sielanka rodzina jednak się skończyła, kiedy do pracy Iwony zadzwonił telefon i została wezwana do dyrekcji. Kiedy usłyszała, że jej mąż nie żyje, bo spadł z rusztowania i śmierć była na miejscu Iwona nie uwierzyła od razu w to co usłyszała. Jednak to była prawda i Iwona została niespodziewanie wdową z maleńkim dzieckiem.

Długo się podnosiła po pogrzebie, ale musiała wziąć się szybko w garść, bo miała dla kogo żyć i musiała robić wszystko, aby Lila nie odczuwała braku ojca. Teraz sama zawoziła córkę do przedszkola, ale zaczęły ją dopadać kłopoty finansowe, bo nagle pieniędzy miała coraz mniej, a odszkodowanie po ojcu zabezpieczyła na koncie Lili, by kiedyś mogła z tego skorzystać, bo miała nadzieję, że Lila pójdzie na studia i będzie miała lepiej niż ona w życiu.

Przyszedł czas, że Lila musiała po szkole podstawowej, którą ukończyła z czerwonym paskiem, aby zadecydować o jej dalszym losie. Lila wyjechała z domu do szkoły z internatem, by nauczyć się zawodu gastronomicznego. Iwona została sama w domu, bo nigdy więcej nie chciała już wychodzić za mąż, a swoją uwagę w całości poświęciła ukochanej  córce i wszystko byłoby dobrze, gdyby ze szkoły nie zaczęły przychodzić monity. Lila nie uczęszcza na lekcje, bo wagarowała i dyrekcja musiała usunąć  ją z listy uczniów. Iwona się załamała i jeździła do córki, aby zorientować się dlaczego jej córka tak się zachowuje.

Nie mogła z nią dojść do porozumienia, bo jej dziecko zmieniło się o 180 stopni i oznajmiła, że nie będzie się uczyła i już, ale kiedy matka zgodzi się na rok przerwy w nauce, to się pozbiera i zacznie wszystko od nowa.

Lila wróciła do domu, bo Iwona zgodziła się na taki warunek z nadzieją, że córka jej nie okłamuje, przemyśli i powróci do nauki. Lila zaczęła nie wracać do domu na noc, a Iwona umierała ze strachu.

Lila zmieniła się nie do poznania, bo zaczęła ubierać się na czarno, przywdziała ciężkie buty. Ufarbowała też włosy na czarno, a w uszach zrobiła sobie tunele, gdzie wisiały czarne kolczyki. Znikała z domu na całe dnie, a kiedy wracała pijana i naćpana, Iwona słyszała z ust swojego dziecka, że jest matką nieudacznikiem, która nie śmierdzi groszem, a Lila potrzebuje dużo pieniędzy.

Wrzeszczała, że musi mieć wysokie kieszonkowe, a jak matki na to nie stać, to niech wypierdala do roboty za granicą i tam podciera tyłki staruchom za porządne pieniądze. Ona musi mieć na telefon wypasiony, na komputer z najwyższej półki i musi mieć na rozrywki i ciuchy i nic ją to nie obchodzi, bo matka jest od tego, aby wspomagać swoje dziecko.

Wrzeszczała, a nie rozmawiała. Popychała Iwonę na meble, rzucała naczyniami i tylko żądała pieniędzy, bo inni rodzice je mają, a jej matka nie wykształcony pomiot na wszystko jej żałuje, a jak tak jej dobrze w tej biedzie, to niech zdycha jak pies pod płotem, bo jej take nic nie jest do niczego potrzebne.

Iwona siedziała i płakała i nie wiedziała gdzie popełniła błąd wychowawczy, bo przecież tak bardzo się starała. W banku sprawdziła, że Lila wybrała wszystkie pieniądze po swoim ojcu, ale nie wiedziała na co je wydawała. Przeszukała jej pokój i znalazła  pod materacem córki dużo saszetek z narkotykami i już wszystko wiedziała. Domyśliła się, że jej córka jest uzależniona i wpadła w złe towarzystwo i stąd nastąpiła w niej taka zmiana.

Pewnej nocy Lila wróciła do domu kompletnie naćpana, Chichotała się i znów wytykała matce wszystkie jej ułomności. Krzyczała, że jest brzydka, że nawet pies by jej nie tknął i wstydzi się takiej matki. Znów znieważała ją i wysyłała do burdelu, to może ktoś ją tam zechce i będą z tego pieniądze, ale Iwona tego już nie wytrzymała!

Nie wiedziała kiedy,  chwyciła za kryształowy wazon i uderzyła córkę mocno w głowę, a Lila leżała na dywanie zalana krwią i nie dawała znaku życia.

Iwona  zorientowała się, że trzeba wezwać karetkę, ale lekarz zawiadomił policję i ta w kajdanach ją z domu wyprowadziła.

Wyrok – dożywocie, bo uznano, że nie działała w afekcie. Iwona nie załamała się w więzieniu, tylko codziennie rozmyśla, dlaczego kiedy ona była młoda nie była taka roszczeniowa. Potrafiła znosić ból, alkohol ojca, biedę w domu, a jej córka potraktowała ją jak ostatniego śmiecia, a tak bardzo się starała, by wychować ją na kobietę z klasą.