Archiwa tagu: emerytura

Dobry czas na emeryturze!

Tak sobie dość często myślę, że dobrze mi na tej emeryturze, bo się odrobinę wyciszyłam i spowolniłam.

Mam swoje małe mieszkanko, które jeszcze ogarniam, ale mogę to robić bez pośpiechu i stresu.

Pamiętam te czasy, kiedy pracowałam. Stres mnie wprost wykańczał, bo spotkał mnie w pracy mobbing stosowany na mojej, skromnej osobie – przez trzy lata.

Mobbingowała mnie moja szefowa, która krytykowała mnie za wszystko, choć cholernie się starałam. Z tego powodu codziennie budziłam się o czwartej rano – cała w nerwach.

Jak później się okazało, to ta moja szefowa po cichu fabrykowała lewe faktury, na których zarobiła krocie.

Jak to się mówi, że karma wraca i to była dla mnie satysfakcja, że organy ścigania ją dopadły i kompletnie straciła szacunek w rodzinie i w mieście, a do pracy nikt już jej nie przyjął.

Ja opuściłam swój zakład pracy z podniesioną głową i dumna, a tą panią wyrzucono z hańbą!

Fajnie się żyje więc na emeryturze, bo dopiero teraz odzyskałam spokój i potrafię spać nawet do dziewiątej rano. Tak sobie odrabiam tamte ciemne i koszmarne noce.

Wielu ludzi w moim wieku czeka z utęsknieniem na ten czas emertytury, ale potem nie wiedzą, co mają zrobić z wolnym czasem i się miotają.

Mnie to nie dotyczy, bo moją miłością jest mój Mąż, który mi bardzo pomaga i wspiera, a drugą jest mój komputer, bo dzieci nasze mają spokojne i dobre życie.

Czasami mam tak, że nic mi się nie chce, a więc nie zmuszam się do aktywności, gdyż znając siebie wiem, że przyjdzie lepszy dzień i wszystko uda się nadgonić!

Gotuję obiady i z Mężem nie korzystamy z żadnych stołówek, czy kateringów, bo uważam, że skoro mam jeszcze siłę, to będę gotowała dla nas dwojga.

Wczoraj upitrasiłam bigos z młodej kapusty, bo uważam, że skoro mamy cudowny sezon na świeże warzywa i owoce, to trzeba z tego dobrodziejstwa korzystać, bo zimą jest już gorzej, aby organizmowi dostarczyć witamin.

Potrzebna mi była:

  • spora główka kapusty,
  • pęczek koperku i pietruszki,
  • pieczarki,
  • dwie cebule,
  • dwa pędka kiełbasy,
  • cztery pomidory,
  • odrobina skwarek,
  • dwie łyżki mąki
  • cztery liści laurowe,
  • kilka ziaren ziela angielskiego,
  • sól, pieprz i sok z jednej cytryny.

Wykonanie:

  • poszatkować kapustę i zalać niewielką ilością wody, a kapusta puści swój, naturalny sok,
  • na patelni podsmarzyć kiełbasę pokrojoną w kostkę, pieczarki, cebulę i dodać do ugotowanej kapusty
  • pokroić pomidory w kostkę, które dodaję pod koniec gotowania,
  • posolić i popieprzyć ugotowaną kapustę – dodać ziele i liście laurowe,
  • pokroić koperek i pietruszkę i dodać na koniec gotowaia.
  • na suchej patelni uprażyć mąkę i kiedy wystygnie, to rozmącić ją z wodą tak, by powstała zasmażka,
  • na koniec dodać sok z cytryny i podgotować jeszcze trochę.

Ciekawa jestem jakie Wy macie przepisy na pyszniutki bigos z młodej kapusty, bo każdy zna inną szkołę gotowania.

Ps. Mam pretensje do emerytury, że czas na niej płynie bardzo szybko w stosunku do czasu młodości – wprost jest okrutny, a powinno być odwrotnie!

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Reklamy

Przetrzepać swój życiorys!

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Kiedy byłam młodą mamą, to kiedy ułożyłam Dzieci wieczorem do snu – miałam czas tylko dla siebie.

Wówczas siadałam w PRL – wskim fotelu i robiłam na drutach czapeczki, szaliczki dla Dzieci.

Dziegałam też swetry dla Dzieci i dla siebie także.

Brałam często szydełko i obrabiałam koronką płócienne chusteczki do nosa, albo ozdobne serwetki, dziergane z cieńkiego kordonka.

Naprawdę mi to nieźle wychodziło i lubiłam to robić, bo tym bardziej, kiedy w sklepach nie było żadnego wyboru.

Wzory na serwetki i robienie na drutach czerpałam z czasopism dostępnych wówczas, albo od koleżanek z pracy, które też dziergały i się tym bawiły.

Moim ulubionym zajęciem po godzinach po pracy, była uprawa działki, gdzie produkowałam z Mężem ekologiczną żywność.

Pamiętam jak pewnego, udanego lata wychodowaliśmy pomidory tak cudne i tak dużo, że nie nadążałam z ich przetwarzaniem.

Tak samo udały się pachnące truskawi, marchew i inne jarzyny.

W ten sposób ratowaliśmy swój budżet domowy, a Dzieci jadły świeże warzywa i owoce.

U nas w środku miasta jest jezioro i dostałam nagle olśnienia, że przecież mogę stać się wedkarzem i spędziłam wiele godzin na kładce i wędkowałam. Nauczyłam się obsługi wędek i moim największym trofeum był 4 kilogramowy – lin bodajże.

Kiedy straciłam pracę i w mojej mieścinie nie mogłam jej znaleźć – otworzyłam własną działalność i sprzedawałam używane ciuchy, po które z Mężem jeździliśmy do hurtowni.

Kiedy urosła konkurencja, to się przebranżowiłam i otworzyłam sklepik szkolno – chemiczny i prowadziłam go 3 lata.

Jeździłam też za granicę, a więc do Berlina i do Wiednia i tam się kupowało to, czego u nas na rynku nie było.

Sprzedawałam to jak wielu innych na ulicy i zawsze jakiś grosz się zarobiło.

Czasy się zmieniały i dostałam pracę na naszym Urzędzie Miejskim i tak zleciało mi kolejne 10 lat.

Na rynku można już było kupić prawie wszystko, a więc zaniechałam robienia na drutach i uprawy działki.

Zawsze w swoim życiu coś robiłam i starałam się o dodatkowe pieniądze, ale cieszyłam się kiedy dostałam pracę na pełen etat, Wówczas byłam spokojniejsza i była zabezpieczona finansowo moja Rodzina, bo Mąż też miał stałą pracę.

Przyszła emerytura i teraz na niej piszę bloga, bo nie umiem nic nie robić.

Poznaję tu na blogu interesujących ludzi i im dziękuję za zainteresowanie i komentarze.

Uwielbiam robić zdjęcia i dziś złapałam w obiektyw – zachód słońca.

Emerytura, to jest czas na spełnianie swoich marzeń i jeśli zdrowie jako tako dopisuje, to można być aktywnym w sieci.

Jeśli trafi się na ciekawych ludzi, to jest to czysta przyjemność.

Opiszcie jakie macie zainteresowania i co Was kręci. Napiszcie, co robicie poza pracą i co sprawia Wam radość?

 

 

Byłam w Spale, byłam w Pile i to na razie tyle hej o hej!

Moje Drogie Panie, bo czytają mnie przeważnie Panie w moim wieku, a więc nie owijam w bawełnę. Kolejne, jesienne wybory bezapelacyjnie wygra PiS. Nie będę PiS-em straszyła, bo nie o to chodzi. Pamiętamy ich rządy w latach 2005-2007 i teraz mam nadzieję, że porządzą dłużej i zrealizują wszystkie, wyborcze obietnice.

Oj, a jest ich, co niemiara, że moim małym rozumkiem nie jestem na cito ich wymienić, ale…

Dziś był drugi dzień konferencji PiS w Katowicach, Sala przecudna, wynajęta i wszystko dograne na ostatni guzik i tylko ciekawe ile ta konferencja 3 dniowa kosztowała?  Krocie, to jest pewne, a dzieci w Polsce głodują, ale sorry, jeszcze rządzi PO, które notabene także traci pieniądze na rozjazdy Ewy Kopacz. Krocie!

Jesteśmy bogatym krajem z tego widać, a tylko nieudacznicy się chyba skarżą, którzy uczciwie pracowali wiele lat dla Polski, ale widać w czynie społecznym, bo dostały się im ochłapy i nie są w stanie często i gęsto związać koniec z końcem.

Emeryt dostaje, co najwyżej do dwóch tysięcy złotych, to jest dużo, a inny zaledwie tysiąc złotych, z których musi opłaty zrobić, najeść się i jeszcze wykupić leki. Polski emeryt to jest bohater, bo radzi sobie z taką kwotą całkiem dobrze i się nie skarży i na ulicę nie wychodzi i nie wrzeszczy – dajcie nam więcej! Polski emeryt jest honorowym obywatelem tej naszej, cudnej Polski i podwija ogon i cicho siedzi i modli się, by przeżyć kolejny rok za te pieniądze.

Fajnie jest jeśli w gospodarstwie domowym jest emeryt i emerytka, bo ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka, a co się dzieje, jeśli to wszystko musi ogarnąć samotna osoba.

Podziwiam moją Maminkę. Pracowała 40 lat i tu podkreślam, że dla Polski. Jej emerytura nie jest olśniewająca i na Boga nie wiem jak Ona ogrania te swoje finanse. Moja Maminka ma 84 lata i tylko podziwiać jak żyje wciąż z ołówkiem w ręku, ale rachunki opłaca na czas. Nie głoduje, a jeszcze potrafi zaoszczędzić na nową lodówkę, pralkę, bo wiadomo, że stare się zużyło i trzeba wymienić, a więc jest dla mnie mistrzynią księgowości.

Dziś na konferencji przemawiała ponad godzinę kandydatka na Premiera Polski – Beata Szydło i specjalnie się wsłuchiwałam w jej wystąpienie ciekawa, co ma do zaoferowania nam emerytom i rencistom.

Nie zająknęła się ani jednym słowem w naszej sprawie, bo może – daj Boże powie o tym jutro, choć wątpię.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że my ludzie starzy nie jesteśmy dla Polski żadną wartością i jesteśmy tylko kłopotem jak to powiedziała posłanka Mucha. Chodzimy do lekarzy, robimy kolejki, bo się nam nudzi – o kurza twarz. Może wśród nas są takie osoby, które spędzają tak wolny czas, ale to jest wielkie nadużycie, bo wiele z nas nie chce chorować, gdyż wie jakie to są koszty.

Kochani. Zmierzam do tego, że zaraz wkleję wywiad z Urszulą Dudziak, której wokalizę nie za bardzo lubię. Dudziak światowa kobieta, o idealnych genach, że tylko pozazdrościć  starości, która mówi w wywiadzie, że polskie seniorki są przygarbione i prawie nie żyją po siedemdziesiątce. Dudziak zwiedziła cały świat i opływa w wielkie pieniądze, a więc jej perspektywa na starość karczemnie się różni. Ciekawi mnie Wasze spojrzenie na starość, ups – młodość Urszuli Dudziak w stosunku do Waszych warunków bytowych i czy jesteście w stanie zmienić swoje życie na kształt wielkiej jazzowej wokalistki, kiedy my wyrywamy numerki do sanatorium, na które czekamy latami. Ubieramy się często w lumpeksach i nie mamy zamiaru się zakochiwać w jakimś tam biednym staruszku i jeszcze do tego uprawić z nim seks. 

Czujecie to drogie Panie? Jejku kochany, a może ja się czepiam bogatej wokalistki jazzu, która zwiedziła cały świat i opływa w same dobroci.

Urszula Dudziak: Jestem zaręczona i szczęśliwa. Każda kobieta w każdym wieku może to mieć

 
 
Alina Mrowińska

 

04.07.2015 01:00
 
Urszula DudziakUrszula Dudziak (Jacek Poremba)
Wkurza mnie, że nie cenimy wieku dojrzałego – mądrości, doświadczenia, wiedzy. Dojrzałe kobiety powinny być na świeczniku! A co mamy? Wszechobecną apoteozę młodości
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Nadal zaczynasz dzień od skoków na trampolinie? Każdego ranka tysiąc skoków. Po pięciuset robię sobie chwilę odpoczynku.I potem znowu kolejne pięćset.I tak codziennie? To nie jest dużo. Zajmuje mi dziesięć minut. Po skokach biorę hula-hoop, żeby utrzymać talię. I jeszcze mam taki przyrząd do rozciągania na nogi i łydki. Codziennie ćwiczę jogę i qi-gong.Od niedawna mam w domu saunę na podczerwień. To taka dwuosobowa budka z modrzewia, pięknie pachnie. Już nie mogę bez niej żyć, okropny ze mnie zmarzlak. Wcześniej wchodziłam co wieczór do wanny z bardzo gorącą wodą, żeby się rozgrzać. Cały czas jestem w ruchu, mam werwę. Inaczej nie umiem. Ostatnio musiałam wyhamować z tenisem. Przeczołgałam kilku facetów na korcie i tak się tym cieszyłam, a kort był śliski i potknęłam się, upadłam i zerwałam więzadło w kolanie. Na szczęście nie trzeba było operować, ale byłam uziemiona przez sześć tygodni, musiałam nosić francowatą ortezę.

Patrzę na ciebie i nie mogę uwierzyć, że masz 72 lata. 

A wiesz, co jest najważniejsze, żeby być w takiej formie? Ruch i dobre myśli. Proste. Mam pogodną naturę. Cieszę się każdą sekundą życia. We wszystkim staram się widzieć dobrą stronę. I w wielu rzeczach dowcip.

Od niedawna prowadzę spotkania motywacyjne dla kobiet. Wykorzystuję na nich literę U, jak Urszula. Na samym jej szczycie z lewej strony jest punkt naszych narodzin. Zobacz: małe dzieci są zachwycające – każde rodzi się geniuszem, są chłonne, odważne, z niezwykłą wyobraźnią, z nieskażonym spojrzeniem na świat. Jak boli, to płaczą, jak przestaje, szybko zapominają. A potem, z czasem, zaczyna się jazda w dół. W szkole krzyczą, że jesteś tumanem, w domu – że nic z ciebie nie będzie, a jeszcze ksiądz na religii powie, że pójdziesz do piekła.

I nagle stajemy się takim przestraszonym człowiekiem, który nie wie, kim jest. 

Dokładnie. Wybieramy dziwnych partnerów, dziwne zawody. Nie wiemy, co my tak naprawdę myślimy o sobie, o świecie. I jest taki punkt na samym dole w tej literze U – połowa naszego życia. Szalenie ważny. Może to być 40 lat, może 45, a nawet 50. To taki moment, kiedy zaczynamy się zastanawiać, gdzie my właściwie jesteśmy, czy spełniamy się w naszym zawodzie, czy nasz partner nas dołuje, czy uskrzydla.

A może być tak, że taki moment nigdy nie przyjdzie? 

On przychodzi, ale nie zawsze jesteśmy do końca świadomi, że to jest właśnie ten moment. Nie może być nic gorszego, niż nigdy się nie dowiedzieć, kim ja naprawdę jestem.

Ja miałam taki moment przebudzenia w wieku 42 lat. Pojechałam do brata do Szwecji. Byłam wtedy zafascynowana, zakochana wręcz w moich instrumentach elektronicznych i zamknęłam się z nimi na strychu. I nie wychodziłam stamtąd przez dwa tygodnie. Donosili mi tylko jedzenie. Po tych dwóch tygodniach miałam nagraną całą płytę! Wymyśliłam dziesięć utworów, skomponowałam, zaaranżowałam, zapamiętałam wszystkie głosy.

Fot. Jacek Poremba

A wcześniej jaka byłaś? 

Myślałam, że nie mam pamięci, że nie umiem komponować, aranżować i nie znam się na elektronice. Tam na strychu to był moment przebudzenia. Po prostu zapomniałam o swoich uwarunkowaniach.

Tak może być z każdym człowiekiem, tylko musimy siebie poznać, dotrzeć do tego małego dziecka, jakby na nowo się urodzić i uwierzyć w siebie.

<podzial_strony>

Kilka lat temu nagrywałam telewizyjny program z tobą, Krystyną Czubówną i Agnieszką Perepeczko. W pewnym momencie powiedziałaś, że masz 66 lat, a koleżanki zaczęły cię uciszać. Kobiety nie lubią się przyznawać do wieku. A co to zmieni? Nawet jeżeli wszystkich oszukam, to siebie nie. Negowanie upływającego czasu jest walką z wiatrakami.Kiedyś leciałam z Nowego Jorku do Warszawy, miałam może 50 lat, poprawiałam sobie usta i spojrzałam w lusterko. Nagle zobaczyłam swoją szyję. I to był wstrząs. Pomyślałam: no nie, jak bardzo postarzała mi się szyja! To naprawdę jest moja szyja? A wiesz, że jak teraz patrzę na te oznaki starzenia, to autentycznie się wzruszam. Pogodziłam się z tym, że jestem coraz starsza, ale z premedytacją opóźniam ten proces. A najważniejsza jest teraz dla mnie sprawność fizyczna, umysłowa i pogoda ducha. Uważam na to, co jem, ostatnio wyeliminowałam chleb, kilka kilogramów – dwa do trzech – chcę zrzucić na wiosnę. (śmiech) Zero słodyczy. Z lodami czasem sobie pofolguję, bo bardzo je lubię.Nie robię sobie żadnych operacji plastycznych, chociaż jak czasem patrzę na tę moją szyję, to zdarza mi się pomyśleć: a może by ją trochę wygładzić? Ale już za chwilę mówię do siebie: a po cholerę mam się torturować! Nie chcę ruszać mojej twarzy. Czasami chodzę na jakieś gale i momentalnie poznaję, jeżeli ktoś ma coś poprawiane. Zmienia się cała mimika. Są kobiety, które zrobiły sobie operacjami plastycznymi ogromną krzywdę.Naprawdę nic sobie nie poprawiałaś? Jeden raz, wiele lat temu w Szwecji. Miałam duże problemy z przegrodą nosową, trudno mi się oddychało w nocy. Ktoś ze znajomych powiedział, że ma świetnego chirurga plastycznego. Pomyślałam, że przy okazji naprawiania przegrody zmniejszę sobie nos. Miałam przez całe życie kompleks nosa – że duży, długi, szpecący.

1960. Świeżo po debiucie. Fot. Marek Karewicz / FORUM

Wiek nigdy nie był dla ciebie problemem? Żadne „okrągłe” urodziny nie były trudne? 

Kiedy kończyłam 30 lat, byłam wtedy w Nowym Jorku. Pamiętam, jak Piątą Aleją szła Parada Pułaskiego, a ja usiadłam na skraju chodnika i rozpłakałam się w głos. Michał Urbaniak, mój ówczesny mąż, był przerażony. Zalewałam się łzami i jęczałam: „Michał, ja chcę do domu”. Strasznie tęskniłam za Polską. I byłam przerażona, że mam już 30 lat. Że już nie dwadzieścia ileś. Naprawdę wpadłam w panikę.

Zapamiętałam takie zdanie z jakiegoś filmu: „Jeszcze jestem po właściwej stronie trzydziestki”. 30. urodziny były dla mnie najgorsze. 

Wiele kobiet tak mówi. Dla mnie im dalej, tym łatwiej. Na 40. urodziny już dużo mniej się bałam, 50. – w ogóle, a teraz? Ja się dopiero rozkręcam!

A kiedy po czterdziestce mąż odszedł do młodszej kobiety? 

To była trauma. Dramatyczne przeżycie. Mam naprawdę wielki szacunek dla siebie, że się z tego podniosłam i dałam radę. Musiało upłynąć sporo czasu, żebym potrafiła na nowo ogarnąć swój świat, odbudować się.

Dzieci bardzo mi pomogły. Wiedziałam, że muszę zrobić wszystko, aby nie cierpiały przez to w przyszłości.

Co cię najbardziej denerwuje? 

Ernest Hemingway kiedyś powiedział: „Denerwować się to katować swój organizm przez głupotę innych”. Jak widzę, że światła przy pasach, tu, niedaleko mojego domu, za szybko się zmieniają, że nawet ja z moją werwą nie zdążę przejść, to mam trzy wyjścia: w ogóle tego nie zauważać i się nie denerwować, zdenerwować się i rzucać mięsem na wszystkich i wszystko – albo coś z tym zrobić. Ja bez przerwy piszę jakieś pisma do urzędów. Chciałam, żeby między placem Unii Lubelskiej a placem Zbawiciela był deptak. Odpisali mi, że ograniczą ruch, ale deptak jest niemożliwy, bo jest szpital dziecięcy, do którego stale musi być dojazd. A w sprawie świateł jeszcze napiszę. (śmiech)

A najbardziej mnie wkurza, że nie cenimy wieku dojrzałego – mądrości, doświadczenia, wiedzy. Dojrzałe kobiety powinny być na świeczniku! A co mamy? Wszechobecną apoteozę młodości. Jak myślimy o 50-letniej kobiecie? Że stara. 60-letnia – ojejku! 70-letnia – to ona jeszcze żyje? (śmiech) To skandal! Ja jestem żywym przykładem. Tak, mam 72 lata i żyję. Bardzo dobrze żyję.

Zobacz, badania mammograficzne są finansowane przez NFZ do 69. roku życia. Bo co, po 69. urodzinach tylko do piachu? Nieludzka jest dyskryminacja kobiet ze względu na wiek. Trzeba z tym walczyć. Cały czas podburzam kobiety, żeby się nie poddawały. W maju byłam w Sao Paulo na Światowym Kongresie Kobiet. Przyjechało tysiąc kobiet z całego świata. Głos kobiet musi być słyszalny i poważnie traktowany! Dostałam od UNESCO tytuł Artysty na rzecz Pokoju i to też mnie mobilizuje do działań na rzecz praw kobiet. Zdaję sobie sprawę, że jest tu dużo do zrobienia, nie tylko w Polsce. Ale wierzę, że nadchodzą nowe, lepsze czasy dla kobiet.

1979. Festiwal Jazz Jamboree. Fot. M.A.Karewicz/FORUM

<podzial_strony>

Kobiety 70 plus w Szwecji, gdzie często jesteś, bardzo się różnią od tych w Polsce? W Szwecji każda wieś, miasteczko ma swoje kluby. Kobiety spotykają się, trzymają się razem, wyjeżdżają na wycieczki, pomagają sobie. Takie obywatelskie społeczeństwo wieku dojrzałego. Mam wrażenie, że tam kobiety bardziej doceniają siebie, dbają o własny komfort. Moja siostra Danusia, która od lat mieszka w Szwecji i tam pracuje, bardzo kocha swojego wnuka, pomaga od czasu do czasu jego rodzicom, ale udziela się w polskim kabarecie, chórze, ma wiele koleżanek, z którymi bez przerwy coś organizuje, żyje pełną parą podobnie jak ja.W szwedzkiej telewizji prezenterki w programach informacyjnych, publicystycznych to na ogół kobiety dojrzałe, nie tylko młodziutkie i piękne. To mi się podoba. Jest równowaga!Nie masz wrażenia, że starsze kobiety w Polsce jakby się poddały? Widzę wiele – mówiąc w przenośni – pochylonych. Uważają, że nic już ich nie czeka, że wszystko mają za sobą. Za mało myślą o tym, że czas jest bezcenny i do naszej dyspozycji. Dopóki tu jesteśmy.Patrzcie na mnie, nie jestem mutantem ani kosmitą. Tylko normalną polską kobietą, która inaczej podchodzi do życia.

Ktoś może powiedzieć, że łatwo ci tak mówić, bo masz pieniądze, pracę. 

To nie jest kwestia pieniędzy, tylko optyki. Pieniądze oczywiście ułatwiają życie, ale tylko ułatwiają. Wczoraj miałam spotkanie z kobietami, które pracują w działach zarządzania kadrami w różnych firmach. Przyjechały z całej Polski, w różnym wieku. Opowiedziałam im o swoim życiu, o kompleksach młodości, kiedy wszystkiego się bałam, o lekcjach, jakie wyciągnęłam z życia, oraz dlaczego nadal tak świetnie się czuję i mam rewelacyjną formę.

Mam swoje motto: „Na czym się skupiasz, to rośnie”. Jeżeli się skupiasz na ciemnej stronie jakiejś sprawy, na tym, że sobie nie poradzisz, że jest ci źle, że nie masz kasy, partnera, to to rośnie i w którymś momencie cię przygniata. Nie wolno tak. To jest złe i dla ciebie, i dla otoczenia. A w momencie kiedy się koncentrujesz na tej jasnej stronie, jest ci lepiej, łatwiej się żyje, pokonuje przeszkody. I wynik naszych działań jest o wiele lepszy niż wtedy, gdy podchodzimy do życia z lękiem, kompleksami. Wierzę, że myśli przyciągają myśli. Myśl się przekształca w słowo, słowo w charakter, a charakter w los.

Ale często trudno nam się pogodzić z rzeczywistością. Kobieta ma 70 lat, patrzy w lustro i się sobie nie podoba. Co jej powiesz? 

Zobacz w tym lustrze piękną, dojrzałą kobietę. I się nie pałuj, że kiedyś byłaś superatrakcyjna. Teraz też jesteś. To normalne, że masz zmarszczki, ząb czasu każdego gryzie jednakowo. Nie wolno ci się załamywać.

Moja mama – lat 76 – mówi, że jak człowiek skończy 70 lat, to śmierć jest już czymś naturalnym. Mnie to denerwuje. 

Śmierć jest czymś naturalnym, już jak się rodzimy. A może takie mówienie twojej mamy jest lękiem przed śmiercią, próbą pogodzenia się z przemijaniem Wiadomo, że śmierć przyjdzie. I nigdy nie wiadomo kiedy. No to po cholerę zastanawiać się nad nią! Profesor Bartoszewski, kiedy miał 90 lat, mówił: „Jeszcze mam czas przejść na wczesną emeryturę”. Uwielbiałam jego poczucie humoru i to, że zawsze był niepokorny, do ostatniej chwili życia czynny.

Mój brat, o cztery lata starszy ode mnie, lubi powtarzać: „Już przede mną tylko brzozowa trumienka”. Mówię mu: „Lesiu, zobacz, teraz piszę dwie książki, ćwiczę » Cztery pory roku «Vivaldiego, bo mamy z Anią Duczmal projekt symfoniczny i będziemy jeździć po całym świecie – ja się dopiero rozkręcam!”.

A brat co na to? 

Że powinnam odpocząć! Że przesadzam, za bardzo jestem nastawiona na „tak”. Jak miałam 30 lat, powtarzał, że wybrałam nienormalny zawód. Jak skończyłam 50 – że to już obciach to moje śpiewanie. A jak 60 – usłyszałam od Lesia zdanie, które mnie powaliło: „Ja się w ogóle na tobie nie znam”. Teraz tylko mi się przygląda. I czasem rzuci jakąś głupotę, że powinnam wyhamować. (śmiech)

Ale nie wyhamujesz? 

Ależ skąd! Ja jestem taka jak profesor Bartoszewski. I jak Kapuściński, który nawet ciężko chory do końca robił plany, że gdzieś jeszcze pojedzie.

Nigdy nie dopada cię myśl, że obiektywnie ten czas się kurczy? 

Ależ oczywiście, że tak.

<podzial_strony>

I co z nią robisz? Wyrzucam do śmieci. Nie nakręcam się. Bardzo cenię każdą chwilę swojego życia, coraz bardziej ją cenię i korzystam z każdej sekundy.1989. Na kolejnej edycji Jazz Jamboree. Fot. Jacek DominskiNie dopada cię nostalgia przemijania? Że taka piękna wiosna, akurat widzimy za oknem kwitnące kasztany. Czy będzie kolejna?Mam takie momenty. To jest dokładnie to, co powiedziałaś. Jeździmy z moim narzeczonym Bogusiem do znajomych na Podlasie. Jakaż przepiękna droga – łany zboża, sady. I tak sobie czasami pomyślę, że będzie mi tego żal. Kiedyś tam. Ale nie myślę kiedy. Nie ma sensu nad tym się zastanawiać.

A kiedy w 2008 r. zachorowałaś na raka piersi, nie bałaś się, że może to już koniec? 

Każdy to ma w obliczu ciężkiej choroby. Pamiętam momenty, kiedy byłam przerażona. Ale przeważyły wiara i optymizm w wyzdrowienie. Powtarzałam sobie w czasie choroby: „Jestem zdrowa”. I szczęśliwie jestem.

Na 70. urodziny zakochałaś się. 

W październiku miną trzy lata, odkąd mieszkamy z Bogusiem razem. Koleżanka pokazała mi jego zdjęcie. Był tylko w gatkach, stał po kolana w śniegu u niej na wsi i wylewał sobie na głowę wiadro lodowatej wody ze studni. Irenka powiedziała: „Ula, popatrz, kapitan Bogdan”. A ja: „Daj mi jego telefon, natychmiast”. Zadzwoniłam: „Bogdan, cześć, dzwonię od Irenki, Urszula Dudziak”.

I? 

Po tamtej stronie cisza. A ja dalej: „Boguś, widziałam twoje zdjęcie w gatkach i szczęka mi opadła. Muszę cię zgłębić, gdzie ty jesteś?”. Odpowiedział, że w Gdyni, ale w przyszłym tygodniu przyjeżdża do Warszawy. Przykazałam mu, że ma natychmiast do mnie zadzwonić. Upewniłam się: „Przyrzekasz?”. Usłyszałam: „Oczywiście”. Nieprawdopodobna historia!

On dwa tygodnie wcześniej był w Gdańsku na moim koncercie z Quincym Jonesem na festiwalu Solidarity of Arts i nie mógł się dostać za kulisy z moją płytą. A teraz ja dzwonię!

Czułaś w tym momencie, że coś z tego będzie? 

Ależ skąd. Robiłam sobie jaja. A wiesz, że do tej wsi, gdzie Irenka z mężem mają dom, Boguś jeździł od kilkunastu lat? Ja też. I nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy.

A kiedy przyjechał do Warszawy? 

Zadzwonił, jak mi obiecał. A ja nie odebrałam telefonu. Pisał SMS-y, nie odpisałam.

Co się stało z tobą? 

Wystraszyłam się. Zawsze miałam taką naturę, że lubiłam facetów podpuszczać, a potem się chować albo z nich naigrawać.

<podzial_strony>

Niefajnie się zachowałaś. Powiedziałabym, że nawet wstrętnie! Ale tak sobie wtedy pomyślałam: spotkam się, nie wiem, co on sobie pomyśli, cholera wie, co mu przyjdzie do głowy, a ja muszę jakoś zareagować na ten podryw. I na wszelki wypadek się schowałam. Minął tydzień i dzwoni Irenka: „Uleńko, będzie piękny weekend, musisz przyjechać”. Pojechałam, wchodzę, patrzę – siedzi Boguś. Mówię: „Strasznie cię przepraszam, że nie oddzwoniłam”. A on na to: „Wiem, Uleńko, że jesteś bardzo zajęta. Zapomnijmy, nie miałaś po prostu czasu”. I tym mnie ujął.Kiedy zaczęła się miłość? Po dwóch, trzech tygodniach. Najpierw pojechałam do niego na koncert Herbiego Hancocka do Hamburga. Boguś ma tam mieszkanie, bo całe życie pływał z niemieckimi armatorami. A później zaproponował mi tydzień w Lizbonie.Biegaliśmy po niej jak licealiści, trzymając się za ręce, śmiejąc się cały czas. I po Lizbonie byliśmy pewni, że to jest to. Boguś powiedział mi, że dotarł do portu przeznaczenia.Piękne. 

Facet moich marzeń. Przeczytał milion książek, nieprawdopodobnie mi imponuje. A do tego gra w tenisa i w brydża. Często mnie zaskakuje. Była taka sytuacja – czytam partyturę „Czterech pór roku” Vivaldiego, wodzę palcem i nagle widzę, że się zgubiłam, a Boguś mi pokazuje, gdzie jestem. Zdziwiona pytam, skąd wie, a on: „Mówiłem ci, że kiedyś chodziłem do szkoły muzycznej i grałem na klarnecie, ale ty nie traktowałaś tego poważnie”.

Zawsze miałam artystów, życie kręciło się wokół nich, a teraz ja się Bogusiem zachwycam, a on mną. Jest piękna równowaga.

2002. Z córkami w Nowym Jorku. Fot. Aleksander Jalosinski/FORUM

Starsze kobiety często boją się nowej miłości. Uważają, że już im nie wypada. Dzieci jednej z moich znajomych bardzo źle przyjęły to, że kilka lat po śmierci męża znalazła partnera. Nie mieści im się w głowie, że ich 70-letnia mama jest zakochana. Co więcej, jakby nie dają jej do tego prawa. 

Te dzieci powinny się wstydzić. To jest potwornie egoistyczne podejście.

Na miłość nigdy nie jest za późno. Miłość odradza, upiększa, uszczęśliwia. To najpiękniejsza rzecz, jaką obdarowała nas natura. Powtórzę: nigdy nie jest na nią za późno! Nawet jak mamy 80, 90 lat. Dopóki żyjemy.

Taka miłość jest inna? 

Jest trudniej, bo jesteśmy już uformowani przez życie. Kiedy spotykamy się w liceum, na studiach, razem dojrzewamy, wypracowujemy kompromisy. A jak już jesteśmy po kilku poważnych związkach, mamy swoje lata, dokładnie wiemy, czego chcemy, co nam odpowiada, i trudno jest się nam zmienić. Jeśli w ogóle jest to możliwe. Ale jak trafimy na swojego, to nie ma nic szczęśliwszego.

A seks? To w starszym wieku temat tabu. 

Seks z kombinacją wielkiej miłości jest najpiękniejszym przeżyciem, niezależnie od wieku. Nie dość, że nas uszczęśliwia, to jeszcze nas odnawia, inspiruje. Myślenie, że w starszym wieku nie wypada, jest nieludzkie. Największe brawa dostaję podczas koncertów, kiedy mówię, ile mam lat i że jestem zaręczona. Jestem zaręczona, jestem szczęśliwa i każda kobieta w każdym wieku może to mieć. Wiem, nie jest łatwo znaleźć odpowiedniego partnera, ale zawsze jest to możliwe. Nie zamykajcie się na miłość. I nigdy, przenigdy nie traćcie nadziei.

Przed poznaniem Bogusia ile lat byłaś sama? 

Osiem. I wtedy też byłam szczęśliwa. Miałam różne projekty, przyjaciół, pieniądze, cieszyłam się życiem. Moje córki czasem mówiły: „Mamusiu, wszędzie tak chodzisz z koleżankami, może byś jakiegoś boyfrienda znalazła”. A ja: „Po co mi boyfriend, będzie mi tylko mieszał w życiu i w domu. Wszystko mam poukładane. Jak chcę wstać o 4 rano, wziąć komputer i pisać, to tak robię. Nikt mi nie będzie, nawet z troski, mówić, żebym wracała do łóżka”. Myślałam o sobie, że jestem kobietą wolną i nie chcę żadnych ograniczeń.

Nie chciałaś znowu się zakochać? 

Nikogo nie szukałam. Lubiłam męskie towarzystwo, ale miałam swoje wymagania. Bogusia przyniósł mi los.

<podzial_strony>

Wierzysz w los, przeznaczenie? Raz wierzę, innym razem nie. Nie wiem. Ale Boguś naprawdę spadł mi z nieba. Hania Bakuła – moja koleżanka – jak jej opowiedziałam o nim, natychmiast zareagowała: „Jak umrzesz, to ja go biorę!”.Będzie ślub? Nie lubię planować i bardzo jestem za związkami partnerskimi. Więc trochę z przekory – nie będzie mnie nikt zmuszał, żebym szła do urzędu czy kościoła.Skandal, że u nas jest tak trudno przeforsować ustawę o związkach partnerskich. W każdym cywilizowanym kraju to naturalna sprawa. Kora i Kamil Sipowicz przez lata żyli w związku partnerskim, ślub wzięli, dopiero kiedy Kora zachorowała, żeby ułatwić sobie życie.Jak przejdzie ustawa o związkach partnerskich, to wtedy pomyślimy o ślubie.

Marzysz o czymś? 

Żeby w moim życiu było najdłużej tak, jak jest.

I żeby nie było wojny. Boję się wojny i marzę, żeby te wszystkie strachy okazały się tylko strachami. Moja mama kiedyś mówiła: „Uleczko, wojna to jest najgorsza rzecz na świecie”.

I marzę, żeby kobiety były bardziej widoczne w różnych dziedzinach życia, żeby więcej od nich zależało. Bo wtedy świat będzie bardziej stabilny i bezpieczny.

Boisz się czasem choroby, niepełnosprawności? 

Nie myślę o tym. To niepotrzebne strachy. Nauczyłam się przez lata praktycznego podejścia do życia. Jak coś złego przychodzi mi do głowy, od razu siebie pytam: czy to ma sens? Aha, nie ma sensu – więc out.

A w twoim języku jest w ogóle słowo „starość”? 

Mówię o sobie „młoda z długim stażem”. 

 

Noworoczna opowieść

Miniony już rok był dla Aleksandry dość stresujący, a zwłaszcza jego końcówka. Żyła już myślą, że oto nadejdzie pismo z ZUS-u, które brutalnie jej przypomni, że czas zbierać dokumenty na komisję lekarską, bo kończył jej się dwuletni czas pobytu na rencie.

Choruje na przewleką depresję od 20 lat, która skutecznie wyeliminowała ją z życia w społeczeństwie, gdyż jej depresja jest drapieżna i nie wiadomo kiedy zaatakuje. Aleksandra jest przez wiele lat na lekach i tylko dzięki nim może jako tako funkcjonować, ale najważniejsze jest to, że dzięki lekom jest w stanie przesypiać swoje samotne noce.

Jej życie nie było usłane różami, bo zranił ją ogromnie mężczyzna, którego poślubiła z wielkiej miłości i kiedy dowiedziała się o zdradzie, to jej świat runął. Przysięgał, że zrobił to z czystej głupoty i prosił o wybaczenie, a więc po jakimś czasie, pełnym bólu i rozpaczy – wybaczyła. Wiedziała, że związek po zdradzie jest jak pęknięty wazon, ponieważ po sklejeniu nadaje się tylko na suche kwiaty, ale zaryzykowała, bo kochała nad życie swego męża. Bywają takie miłości, bez których nie wyobrażamy sobie życia i Aleksandra wpadła jak w sieć w taką właśnie miłość. Czuła, że mąż ją też kocha po swojemu i stąd ta decyzja, aby związek ratować i tak żyli ze sobą kilka lat.

Jednak ta zdrada odbiła na niej piętno, co spowodowało, że czuła się w swojej skórze bardzo źle. Czuła się obdarta z kobiecości i nie mogła w sobie poszukać pełnokrwistej kobiety z wysokim poczuciem własnej wartości. Czuła się wybrakowana i to ją męczyło w środku, a więc miała wiele bezsennych nocy, co ją wypalało doszczętnie, ale się nie skarżyła nikomu, a i mąż nie wiedział, że ona przeżywa katusze. Była świetną aktorką, bo w pracy też nikt nie domyślał się, że ona tak cierpi, a i przed dziećmi ukrywała swój bardzo zły stan.

Minęło kilka lat, a ona się ratowała biegając do psychiatry, który od początku szpikował ją złymi lekami, po których omdlewała i zaczęła siebie nie poznawać, a tu jeszcze wiadomość spadła na nią jak grom z jasnego nieba.

Jej mąż zrobił sobie z inną kobietą w terenie dziecko! Dowiedziała się bardzo przypadkowo, podsłuchawszy rozmowę z kolejce po bułki. Usłyszała jak dwie kobiety wymieniają sobie świeże ploteczki i zaczęła kojarzyć, że jej mąż wcale nie był w pracy na nocnych dyżurach, a bywał u tamtej.

Tego już było za wiele dla niej. Nie wytrzymała i targnęła się na swoje życie, ale bardzo nieskutecznie, bo dzieci szybko sprowadziły karetkę i ją odratowano, a ona klęła – po co?

Nie wiedziała jak ma dalej żyć. Nie miała siły założyć sprawy rozwodowej, bo nie miała siły żyć. Telefon do kliniki wykonany przez dzieci i zawieziono ją do szpitala na psychoterapię. Decyzja dzieci była nieodwołalna, a ona pakowała się i wyła z rozpaczy, bo tak bardzo czuła, że już nikt nie postawi jej na nogi.

Przepracowała z psychologiem dziesiątki godzin, który uświadomił jej, że musi wziąć swoje życie w swoje ręce i musi zrobić porządek w swoim życiu i uwierzyć w siebie i tak też się stało. Po powrocie wzięła się za rozwód, choć kosztowało ją to powrotem złego samopoczucia i znów bezsennością.

Otrzymała rentę, ale nie były to wielkie pieniądze, ale musiała jakoś dalej żyć i sobie radzić. Niewielkie alimenty i tak sklejała swoje życie do kupy, bo choć biednie, to z godnością tylko, że już nigdy nie pozbyła się stanów depresyjnych i walczyła jak lwica o każdy dany jej dzień.

Przyszło powiadomienie, że ma się stawić na komisji 30 grudnia i to ją dobiło, ale nie miała innego wyjścia jak wsiąść w pociąg i jechać po nie znany jej werdykt lekarza orzecznika. Tyle się nasłuchała, że odbiera się rentę ludziom na wózkach. Tyle się nasłuchała, że lekarze nie mają litości nad ludźmi o kulach, a ona niby zdrowa, tylko ta cholerna depresja. Czuła podskórnie, że obleje ten egzamin, mimo mocnych papierów od lekarzy, a mimo to drżała przed drzwiami jak osika i miała najczarniejsze myśli w głowie, bo jak trafi na jakiegoś lekarza, który lubi odrzucać renty, bo ma z tego ponoć profity?

Siedziała i się trzęsła, że trzy lata przed uprawnieniem do emerytury mogą zabrać jej te parę groszy i wyślą ją do pracy. Miała złe przeczucie, że los może jej spłatać paskudnego figla i psikusa, aż rozbolało ją serce po ukrytym zawale. Nagle otworzyły się drzwi i została zaproszona przez lekarkę w jej prawie wieku. Blondynka, bez fartucha, w białym sweterku. Przejrzała pobieżnie jej dokumenty, coś tam pozaznaczała, podkreśliła i spytała ją tylko czy jeździ na wakacje od czasu do czasu, a potem kazała poczekać na decyzję podaną elektronicznie.

Wyszła z gabinetu i nie wiedziała co ma myśleć o tym wszystkim, a czekanie na decyzję trwało wieki i wrócił strach, że ją zdyskwalifikują.

Jakiś miły głos poprosił ją do rejestracji i pan powiadomił ją, że już może spać spokojnie, bo otrzymała rentę do końca przyznania jej wieku emerytalnego.

Nie ucieszyła się i nie spadł jej kamień z serca, bo nie wierzyła, że to była jej ostatnia komisja i już nigdy w życiu nie będzie się musiała tłumaczyć ze swojego życia, ze swoich wzlotów i upadków. Już nigdy nie będzie pytana o próbę samobójczą i nie będzie się spowiadała jak sobie radzi po rozwodzie i po tym wszystkim czego doświadczyła złego w życiu. Była wolna, ale się nie potrafiła cieszyć, gdyż dopiero w Nowym Roku uwierzyła, że jest oto wolna i zaprzyjaźniona ze swoją depresją i będąca na lekach do końca życia.

Przyjechała do domu i swoją obszerną dokumentację wieloletniego leczenia schowała w najniższej szufladzie jako pamiątkę dla potomnych i przewodnik po jej smutnym życiu. Odetchnęła z ulgą. i postanowiła żyć jak najpiękniej już bez strachu 🙂