Archiwa tagu: rozmyślania

Mówisz, że to tylko rok, a ja ci powiem, że ten rok, to więcej niż tysiąc lat w dewastacji Polski!

Po cichu
po wielkiemu cichu
idu sobie ku miastu na zwiadu
i idu i patrzu

[Na ulicach cichosza
na chodnikach cichosza
nie ma Komorowskiego
i nie ma Tuska. 😀

Wyszłam sobie dziś na spacer trochę przymusowo. Za oknem aura raczej na spacer nie zapraszała, bo zimno i mgliście, ale jak mus, to mus.

Szłam sobie tak i po drodze robiłam zdjęcia, bo coś się jednak w małym miasteczku działo.

Ekipa remontowa uszczelniała jakąś pękniętą rurę. Na trawniku porażająca ilość buteleczek po małpeczkach w jednym miejscu. W okół ładnego bloku dużo zieleni, co znaczy, że mieszkańcom tego budynku zależy na estetyce.

Ot takie przemyślenia po drodze zawsze mi się włączają, kiedy wychodzę z domu. Lubię obserwować małomiasteczkową rzeczywistość, ale do rzeczy.

Wystarczy słuchać ludzi i zapamiętywać, co mówią, a trochę mówią, co faktycznie dzieje się w moim miasteczku. Myślę, że tak dzieje się teraz w całej Polsce, bo i na wsi i w dużych miastach.

W moim miasteczku nie ma przemysłu już wcale. Jeśli ludzie pracują, to przede wszystkim w urzędach, szkołach, sądzie, w służbie zdrowia i tej roboty trzymają się rękoma i nogami. Jak wszyscy chcą żyć, ale niestety w mieście moim zapanował wielki strach. Ludzie lada chwilę mogą stracić swoją pracę, bo szemrze się o tym w kuluarach. Mają się dobierać do Wójtów, Burmistrzów i Prezydentów, a co się z tym wiąże – wiadomo, bo roszady.

Boją się nauczyciele i boją się urzędnicy. Boją się ludzie pracujący w sądach i szpitalach, gdyż walec PiS nie oszczędzi nikogo.

W moim mieście ludzie zamilkli i boją się wypowiadać na temat obecnej linii partyjnej. Ludzie są zastraszeni i to się czuje w rozmowach z nimi. Padł na ludzi blady strach, że nawet małżeństwa pracujące w oświacie mogą nagle stracić robotę. Oboje!

Jeśli walec będzie wyrównywał wszystko, to ludzie zaczną masowo wyjeżdżać z Polski i moje miasto stanie się miejscem starych ludzi, gdzie tylko kościół w środku miasta będzie na nich czekał.

Ileż młodzieży wyjechało z Polski, bo nie mieli tu perspektyw, a teraz wyjedzie ich jeszcze więcej,  bo walec wyrówna wszystko i nie będzie się liczyło żadne wykształcenie, a znajomości w tej machinie niszczącej.

Wystarczy przyłożyć ucho gdzie trzeba, by usłyszeć szmer strachu i widzieć zdziwione oczy, że nie spodziewali się tego, co robią teraz z Polską. 

Ciekawe czasy nastały i będzie o czym pisać, choć niektórzy zadają mi pytanie – na co mi ten blog. Po co właściwie piszę?

Owszem, jestem w wieku seniora, ale czy to oznacza, że mam nie zabierać głosu w sprawach arcyważnych? 

Mam siedzieć w fotelu i szydełkować skarpety dla wnucząt, których nigdy nie założą? Mam dziergać swetry dla nich, których też nie założą?

Piszę bo lubię, bo mnie interesuje, bo się buntuję, bo myślę jeszcze, bo się wściekam, bo mnie dziwi i ćwiczę swój mózg i pobudzam go do aktywności, a więc dajcie mi spokój.

Chcę pozostawić po sobie coś i choć nie raz denerwuję kogoś, to pisać będę do czasu, kiedy mi zdrowie dopisze.

Kiedyś zamilknę!

 

 

 

 

 

 

Rozmyślania nad uciekającym czasem!

Dzień dobry. 🙂

Oto czas rozebrać choinki w domach i czas pochować wszystkie świecidełka świąteczne, bo oto wchodzimy w Nowy Rok i wszystko zaczyna się od nowa.

Od nowa będziemy obchodzili święta naszych bliskich, a także Dni Babci, Dni Dziadka, oraz Matki. Wszystko zaczyna żyć według nowego kalendarza i tak kręci się to nasze życie.

Wszyscy jesteśmy o rok starsi i o ile ludzie młodzi nie zdają sobie z tego sprawy, to ludzie starsi odczuwają niestety mijający czas i często zastanawiają się ile tego czasu zostało jeszcze.

Nie da się uciec przed czasem, który biegnie jak szalony i kiedy jesteśmy coraz starsi, to ten czas wręcz zapiernicza, jakby na złość.

Dziś byłam na Urodzinach u mojej Mamy. Sama stwierdziła, że po tym, co w życiu przeszła, nigdy nie myślała, że doczeka swoich 84 Urodzin, a ja wiem, że przeszła w swoim życiu bardzo wiele i to życie jej nie głaskało wcale.

Sama się złapałam na tym, że nie mieszkam z Mamą już 40 lat i nie wiem kiedy ten czas mi też uciekł, ale patrząc na moje Dzieci, to wiem, że ten czas był, kiedy byłam zaangażowana w ich wychowanie.

Taka jest kolej rzeczy, że rodzimy Dzieci, a potem wypuszczamy je w świat jak białe gołębie i nie wiele możemy już, bo Dzieci budują swoje własne gniazda i tak życie zatacza koło. Coś się zaczyna i coś się kiedyś kończy i trzeba w starszym wieku cieszyć się każdym, danym nam dniem.

Mojej Mamie życzę przede wszystkim zdrowia, bo trochę już na nie narzeka.

Dziękuję jej, że mnie wychowała i dała z siebie tak wiele.

Kocham swoją Mamę i mam nadzieję, że będziemy obchodzić jej następne Urodziny.

Dodam jeszcze, że jeśli macie starszych Rodziców, którzy samotnie mieszkają, to zaopatrzcie ich w specjalny gadżet, jakim jest „Alarm osobisty SOS”.

Jest to urządzenie, w którym wpisuje się numery telefonów swoich bliskich i w razie pogorszenia samopoczucia, osoba samotna w ten sposób może o tym zawiadomić bliskie osoby.

Podaję link do sklepu, gdzie można nabyć ten bardzo potrzebny gadżet: (Nie reklamuję, a polecam).

http://www.alarm-osobisty.com/

A tu rośnie mi nowe pokolenie, które rośnie jak na drożdżach i wkracza w swój młodziutki czas i tak mi się kręci, to moje życie, że mam z czego być dumna – jak paw. 🙂

Bo tak cicho się zrobiło, że aż dziwnie :)

Chandra, to takie brzydkie słowo, ale jak dopadnie to dopadnie i trzeba jakoś się z nią uporać i  wrócić do normalności. Przez ostatnie dni przed świątecznie i świąteczne, które były wypełnione po brzegi uczuciami, emocjami, spotkaniami, rozmowami i tym wszystkim, czego na co dzień się nie doświadcza, to chandra chyba jest normą!

Pojechali, rozeszli się i każdy wrócił już do swoich zadań, a mnie się tak cicho zrobiło i jakoś chandrowato właśnie. Może to ta cisza, a może tęsknota za jeszcze więcej wrażeń, ale cóż!  Wszystko na tym świecie ma swój początek i swój koniec i muszę się na nowo za klimatyzować w swojej ciszy i szarości dnia codziennego, a więc powoli i jednostajnie wracam, a od chandry wiem, że się opędzę, gdyż zawsze tak mam, gdy coś się kończy i odchodzi, a ja  choruję i jestem depresyjna. Na szczęście wiem, że to będzie krótki taki stan, bo znam siebie. Juto wyjeżdżam załatwić na koniec roku ważną dla siebie sprawę, a więc nie będę miała czasu się rozczulać nad sobą, a za progiem czai się Nowy Rok i tak sobie robię podsumowanie roku, który przemija i stwierdzam, że dla mojej Rodziny i dla mnie to był naprawdę dobry rok. 

Nie zdarzyło się w ciągu starego roku dla mnie nic bardzo bolesnego i nic nie wstrząsnęło i nie spadło jak grom z jasnego nieba. Jesteśmy wszyscy w komplecie, cali i w miarę zdrowi, choć o rok starsi – jak wszyscy zresztą, co jest sprawiedliwe na tym świecie.

Wnuki rosną jak na drożdżach i powoli wkraczają w świadome dzieciństwo, bo mają już swoje obowiązki, choćby w przedszkolu. Uczą się współgrać z rówieśnikami w grupach, a więc jest to już poważne zadanie.

Moja Mama troszkę w tym roku podupadła na zdrowiu i to jest ten moment, kiedy wszyscy obawiamy się o jej zdrowie i to jest ten czas, kiedy wszyscy bardziej myślimy o przemijaniu. 

Czego bym chciała w tym Nowym Roku? Niczego nadzwyczajnego, a tylko dla siebie, abym nie podupadła na zdrowiu, a potem, abym mogła wieść każdy dzień w miarę spokojnie i bezpiecznie. Aby moja Rodzina w całości, znalazła w tym Nowym Roku swoje malutkie radości w codziennych czynnościach i aby to wszystko miało swój cel i sens jaki sobie wszyscy wytyczyli. Niechaj wnuki rosną, a starsze pokolenie ponownie spotkało się za rok przy świątecznym stole, tak jak to było tego roku i tyle mam życzeń.

Swoim czytelnikom też życzę na Nowy Rok stabilizacji i bezpieczeństwa, bez zawirowań i brzydkich niespodzianek losowych. Życzę dużo miłości przede wszystkim  radości z bliskich – ukochanych osób, bo Rodzina jest najważniejsza i zdrowie, a resztę możemy pominąć milczeniem, choćby wstrętną politykę!

Wam i sobie życzę

Jestem dzisiaj
jak ten stary rok odchodzący
w milczeniu nikt
nie zwraca na to uwagi nie
poderwę już do lotu
siebie ani innych wszystkie
czyny i słowa
uśmiechy i szlachetne gesty
żarty i przekleństwa
wszystko
wkrótce odejdzie na zawsze
liczyć się będzie
tylko ten który przyjdzie
z daleka
nieba albo piekła nie
wiadomo
tylko ten gówniarz będzie
ważny ten
szczyl wierzgający nóżkami
w kołysce który nie
potrafi wyartykułować żadnego
sensownego dźwięku
załatwiający się pod siebie
ze smrodem
równym swej urodzie
wrzeszczący na i do innych
z byle powodu
on tylko
będzie w centrum uwagi
na ustach
pijanych ze szczęścia
szampana taniej wódy i piwa
milionów
okupujących tę planetę bez
żadnego celu tylko by
przyjść nasmrodzić nawrzeszczeć
naubliżać innym i sobie
pokochać znienawidzić zranić
zabić i odejść zatrzeć
wszystkie ślady
na piasku i w ułomnej pamięci
minąć jeszcze po drodze
nowy rok
raczkujący rumiany napchany
miliardami gwiazd marzeń
pragnień tak
rzadko
tak rzadko spełnianych ale
zawsze będą
sobie życzyć nawzajem
te naiwne
bezbronne miliony wszystkiego
co według nich
najlepsze
ja też wam i sobie tego
z nadejściem
kolejnego bękarta marzeń
życzę.

Ryszard Mierzejewski

Mój bardzo osobisty wpis.

Nie czułam tych świąt, że się tak wyrażę brzydko – za cholerę. Pomyślałam sobie, że znów to sprzątanie i planowanie tego wszystkiego. Kiedy zobaczyłam już w listopadzie świąteczne reklamy to byłam wręcz wściekła. Myślałam sobie, że ta wredna komercja zabija we mnie uczucia do rodzinnych spotkań i epatuje mi po oczach drogimi prezentami, na które mnie nie stać i wielu ludzi w Polsce, aby obdarowywać swoich bliskich najnowszymi komórkami, tabletami i tym wszystkim z wysokiej półki.

Myślałam sobie, że nie dam rady chyba tego wszystkiego ogarnąć, choć mąż pomaga. Myślałam sobie, że moje dzieci mają już swoje życie i zgrać z nimi termin świątecznego spotkania, aby wszystkim pasowało, aby przyszli do nas, to graniczy z cudem. Oni przecież mają jeszcze innych do obskoczenia, bo na przykład rodziców swoich mężów i ich rodzeństwo,  a więc  myślałam sobie, że logistycznie się nie da i może być tak, że spotkamy się dopiero po świętach, bo jest weekend. Zniechęciło mnie to, ale otrzepałam się i postanowiłam działać i wszystko zaczęło się pięknie układać.

Zabrałam się sukcesywnie do roboty, a więc okna, firany, szkło, planowanie zakupów i to jak ozdobić swój dom na święta, ale mimo to, nie czułam kompletnie bluesa i myślałam sobie, że coś ze mną w tym roku jest nie tak. Jednak się nie poddawałam i gdzieś tam w środku szukałam w sobie tego czegoś,  co by mnie natchnęło i zaczęło cieszyć na te wszystkie zabiegi i przygotowania.

Wiecie co, ale dopiero kiedy mąż zrobił wszystkie zakupy i miałam wszystko w domu, to dopiero poczułam w sobie werwę, prawdziwą taką, że już mam wszystko w domu i mogę się w kuchni produkować. Ktoś zada może mi pytanie, dlaczego nie szukam niczego w Bogu, który potrafi natchnąć ludzi nadzieją, siłą  i tym wszystkim, ale ja nie za bardzo wierzę, a więc może i dlatego trudno było mi szukać w sobie natchnienia. Święta to dla mnie przede wszystkim spotkanie z dziećmi i ich partnerami życiowymi, a najważniejsze, to z wnukami. Tak mają ateiści i nic na to nie poradzę, ale być może jestem ogołocona wewnętrznie z tych wszystkich uniesień i kościelnej tradycji. Może jestem uboższa, a może po prostu się starzeję, że było mi tak ciężko.

Paradoks jest w mojej rodzinie taki, że kiedy ja szarpałam się z mężem, moje dzieci szły do kościoła i się za nas modliły. Modliły się na rekolekcjach, abyśmy w końcu poszli po rozum do głowy, jako rodzice, bo kochały nas tak bardzo. Ta wiara tkwi w nich do dzisiaj, a ja i mąż nigdy do kościoła nie lgnęliśmy, choć drogą prób i błędów w świecie ateizmu doszliśmy do wniosku, że tak po ludzku powinniśmy dać swoim dzieciom stabilizację i powinniśmy pokazać, że bez kościoła też się da i możemy wyjąć na prostą i tak też się stało w końcu – o losie.

Wracając do mojego zaniku odczuwania świąt, to mam tak, że kiedy mam zajęcie, to też myślę. Myślę sobie, że doczekałam kolejnych świąt w jako takim zdrowiu. Mąż jest obok mnie i razem ciągniemy ten wózek. Gdzieś około soboty miałam częste chwile płaczliwe i zaczęło mnie porządnie ruszać. Stałam się taka uwrażliwiona, że co troszkę miałam mokre oczy i oto już wiedziałam. Wiedziałam że to jest ten moment, że zrobię wszystko, aby te kolejne dane nam święta zapragnęłam znowu przeżywać i nagle pojawiła się wena i chęć wielka, by w miarę możliwości wszelakich znów było cudnie i magicznie.

Myślałam sobie, że było w moim życiu tak wiele sytuacji, że powinno praktycznie nie być  już mnie na tym świecie, a jednak jestem na przekór wszystkiemu i tym bardziej chce mi się cieszyć moją rodziną i oby dane mi to będzie i za rok. Może ponownie pokonam samą siebie i przyjdzie wena do szykowania, a potem przeżywania. 

Pierwszy raz, mój eksperyment przy pomocy męża. Jest inaczej i jest śmiesznie, bo moja wena się odnalazła i zaszalała 🙂

Telefon do Matki – jestem lekko rozedrgana :)

Dzwoni telefon. Widzę kto dzwoni, bo na smatfonie mam duże czcionki. Dzwoni moje dziecię, te najstarsze. Słyszę w słuchawce głos zdyszany. Kurcze, co Ona znów taka zdyszana.

– Mamo, jak się czujesz? – W miarę moja Córko się czuję, a co Ty taka zdyszana jesteś?

– Mamo, mam chwilę wolnego, a więc biegnę na około jeziora, bo muszę nabrać dystansu do tego wszystkiego i odświeżyć umysł, bo w pracy jest tyle roboty i nie mam zupełnie czasu dla siebie, a właśnie wróciłam ze Szczecina z dwóch szkoleń i jestem padnięta, a mój mąż też siedzi w pracy i wykorzystałam moment, że moja córka bawi się z kuzynem, a więc poszłam na trasę, aby nabrać do tego wszystkiego dystansu. – Wiesz, na tym szkoleniu pewna psycholożka mnie pochwaliła, że mam dużą wiedzę i powinnam zająć się szkoleniami innych, ale ja nie mogę jeszcze, bo Luizka jest jeszcze taka mała i mnie potrzebuje. – Może zajmę się zmianą zawodu po 40- tce, kiedy ona podrośnie, choć już mnie kusi, bo jestem zmęczona pracą w gimnazjum.

– Tak, podzielam tę myśl, ale pamiętaj, że świata nie uzdrowisz, a więc podejdź do tego z dystansem, bo się wypalisz, ale znam Ciebie, że inaczej nie potrafisz i bierzesz wszystko tak bardzo poważnie, a dzieciaki w gimnazjum mają coraz więcej problemów i jeszcze do tego ta cholerna biurokracja.

– Wiem mamo, że radziłaś mi bardziej luzackie podejście do pracy, ale ja inaczej nie umiem i z tego powodu często nie sypiam, a do tego Luiza ma jakiś skok rozwojowy i zasypia dopiero po północy.

– Mamo, dzwoniłam do Babci Halinki i ona kompletnie już nie słyszy, co ja do niej mówię, a więc jest z nią coraz gorzej.

– Wiem, ale jak ze mną rozmawia, to się strasznie pilnuje i nie powtarza się, a więc nie chce mnie martwić i jest bardzo zdyscyplinowana, a więc uważam, że nie jest z nią tak bardzo źle. Wiem, że udaje, ale to jest jakaś forma ćwiczenia mózgu!

– Mamo, wpadnę do Ciebie, ale teraz jestem tak cholernie zajęta, a więc mam za chwilę szkolenie, a potem muszę zrobić sprawozdanie, a potem jakoś ogarnąć dom, bo go zaniedbałam i jeszcze teście, coraz gorzej się czują. Wybacz, że tak rzadko jestem u Ciebie.

– Córko, a czy Ty myślisz, że ja tego nie czuję i dlatego z byle pierdołą do Ciebie nie dzwonię, bo wiem, że nie wiesz gdzie palcem i tak dalej…

Wiem, że współczesny świat pędzi i moje dzieci też. Wiem, że nas kochają, ale to nie moja wina, że ja już ten pęd mam za sobą, a wyścig szczurów wciąż trwa i co ja na to mogę?

Mogę się rozedrgać i kochać i wspierać ich – tyle mogę z mężem, a w naszym domu ja klikam bloga, a mąż ogląda swoje programy, a tam gdzieś świat pędzi jak oszalały i wchłonął nasze dzieci. Koniec, ale może jeszcze nie!

– Mamo strasznie Cię kocham i tylko jeśli znajdę chwilę czasu, to wpadnę do Ciebie na pogaduchy i dobrą kawę. Kocham i pamiętaj, że zawsze o Tobie myślę.

A ja po takim telefonie płonę z radości, a jednak drżę, bo coś mi się przypomina, że sama tak pędziłam przez życie i wiele po drodze pogubiłam, ale na starość chcę to wszystko naprawić i powiedzieć im, że bardzo ich wszystkim kocham, aż po śmierć.

Niech te słowa zostaną na moim blogu, bo może ktoś, kiedy mnie już nie będzie, zrozumie, że odczuwałam i czułam historię naszych relacji, ale hello, jeszcze żyję.

Ps. Ja już przepłynęłam Ocen Życia i została mi do przepłynięcia malutka zatoczka i gdzieś tam jest przystań z motto, że oto już jest koniec, a moje dzieci wciąż płyną po morzach i oceanach, zahaczając o drobne wysepki i tak mnie to cieszy, że wciąż walczą. 🙂

Czas, to dla nas, ani wróg, ani przyjaciel

A jesienią, a jesienią włącza się szukanie sensu życia. Zbliża się ten dzień, kiedy wszyscy wyruszymy na cmentarze, aby położyć kwiaty na grobach naszych bliskich i zapalić symboliczne światełka.

Nie da się uciec od tego dnia. Nie da się nie myśleć o tych, którzy nas zrodzili i z nami wiele lat byli. Będziemy odwiedzać ich groby i z pewnością spotkamy wielu swoich znajomych, dawno nie widzianych na cmentarzach. Uśmiechnijmy się do ich, bo życie, to tylko chwilka.

Nie wiem dlaczego już dziś włączyło się mi takie myślenie i pozbierałam piosenki o starości i przemijaniu, ale z racji mojego wieku, mam prawo do każdego takiego dnia, w którym włącza się nostalgia i zastanowienie nad sensem tego wszystkiego. 

Jedne piosenki są w klimacie wesołym, inne bardziej zadumane, ale życie nasze składa się właśnie z takich emocji.

Zapraszam do refleksji 🙂 

A ja pędzę na spacer – miłego dnia 🙂

Julian Tuwim

Staruszkowie

Patrzymy sobie na ulicę
Przez wpółrozwartą okiennicę.

W czółna całujemy cudze dziatki
I podlewamy w oknach kwiatki.

Żyjemy sobie, jak Bóg zdarzy,
Zrywamy kartki z kalendarzy.

 

Rozmyślania po śniadaniu

Oj, znacznie się ochłodziło i proszę zauważyć, że ot tak na pstryk i mamy jesień. Może jeszcze będzie parę słonecznych dni, ale nie da się ukryć, iż jesień zapukała z dnia na dzień.

Jeszcze ludzie mają urlopy, a dzieci wakacje, ale zbliżamy się z każdym dniem do długiej zimy, której ja osobiście nie lubię. 

Włączyłam elektryczny kominek, bo jest mi dzisiaj już zimno w moim domu i tak sobie myślę i myślę, że chyba nie doceniam dostatecznie tego, co mam. Nie korzystam z życia ile się da, a trochę zwinęłam się w kłębek i siedzę w swojej skorupce, aby nikomu się nie narazić? Zawsze byłam domatorką i wolałam swoją samotność, którą znoszę całkiem dobrze, a może powinnam wyruszyć gdzieś, aby zdobywać nowe lądy i krajobrazy? Jestem ciekawa świata, a jednak nie mam w sobie tyle odwagi, aby wyruszyć w podróż i chłonąć świat. Czegoś się boję i obawiam, że idąc gdzieś tam, spotka mnie jakaś przykrość i nie dam sobie sama rady. Ludzie podróżują samotnie i zwiedzają setki kilometrów nowe lądy, miejsca i kultury. Robią zdjęcia, dokumentują, opisują, piszą książki, a ja się boję!

Widocznie nie jest mi już pisana podróż życia i nie mam w genach tej żyłki wędrownika i dlatego strach przed nieznanym mnie paraliżuje, choć w głębi duszy chciałabym mieć na tyle odwagi, by wyrwać się ze swojego strachu, oswoić go i wyjechać w siną dal.

Wiem, że na pewne rzeczy już jest za późno, a więc staram się wychodzić tylko w obrębie mojego miejsca zamieszkania, aby nie zakisić się w swojej skorupce i nie zgnuśnieć. Wiek, nie jest przeszkodą, aby wyruszyć w świat, jeśli ma się oczywiście zdrowie, ale natura podróżnika powinna być w genach, a ja widocznie tej natury nie wyssałam z mlekiem matki i jestem niepoprawną domatorką i z tym należy się pogodzić, bo nic na siłę.

Innym, którzy uważają, że marnują swoje życie, żyjąc byle jak i bez sensu, polecam poniższy link, który był natchnieniem do tego wpisu. Koniecznie obejrzyjcie i na chwilę się zatrzymajcie. Pomyślcie, że zawsze jest czas, aby wszystko zacząć od początku. 🙂

https://www.youtube.com/watch?v=GuTV7yBxYrU#t=328

A w powietrzu czuć już jesień!

Dziś 10 sierpnia, poczułam nagle jesień. Zawiał sobie już  taki zimniejszy wiatr, który wróży nagłe ochłodzenie, a niebo zaciągnęło się gęstymi chmurami. Ojej, a moje dzieci dopiero wybierają się nad morze – pomyślałam, bo dopiero teraz wyskrobały parę dni wolnego, aby jechać i odpocząć. Mam nadzieję, że złapią jeszcze promienie słońca, a dzieci wykapią się w morzu.

Wychyliłam głowę przez okno i zauważyłam, że liście zaczynają powoli żółknąć, a słońce świeci już pod innym kątem, a więc światło do robienie fotografii jest już zupełnie inne. Nie wiem dlaczego, ale wyczuwam pierwsze symptomy jesieni, ale muszę napisać, że jesień bardzo lubię, za jej koloryt i różnorodność brązów i czerwieni, a jak złoto się jeszcze wkradnie, to jestem cała w skowronkach. Kocham słoneczną jesień, a dla fotografów jest to wspaniała pora, by wyjść o poranku z domu i złapać w obiektyw poranne mgły, zatopione w kropelkach rosy, gdzieś na łące i wpleść w obraz żółknące trawy. Albo bociany odlatujące i inne ptactwo, które żegna na trochę nasz słowiański kraj.

Rozanieliłam się, ale podkreślam, że jesień, kiedyś dla mnie, złowroga, bo sprowadzająca do mojej głowy stany depresyjne, od kilku lat nie stanowi dla mnie już żadnego problemu, gdyż nauczyłam się ją oswajać, a przede wszystkim spojrzeć na nią jako na porę roku, którą przeżyć należy, a jeśli nawet dopada mnie melancholia, to jest to miły dla mnie już stan i jeśli łza spłynie po policzku, to też lubię tę łzę, bo organizm musi się od czasu do czasu oczyścić. 😀

Dlatego namawiam – pokochajmy jesień, a dziś pomieszałam moje fotografie z piosenkami, jakie mi pasowały do moich obrazów. Melancholijna dziś jestem i już trochę jakby jesienna.

Miłego popołudnia 🙂

https://www.youtube.com/watch?v=0sx9UdH2s_Q

Szukam w ludziach tego coś, tej poszukiwanej wrażliwości

Najpiękniejsi ludzie, których znam to ci, którzy znają smak porażki, cierpienia, walkę, stratę. Poznali swoją drogę do wyjścia z otchłani. Ci, którzy mają wrażliwość i zrozumienie życia, które wypełnia ich współczuciem, łagodnością i głęboko kochającą troską. Piękni ludzie nie biorą się znikąd. Mam szczęście, że dane było ich poznać.

Elizabeth Kubler-Ross

Jakże piękne są to słowa, które wbiły się dzisiaj we mnie. Jakże często kogoś poznajemy i ta osoba stanowi dla nas wielką zagadkę. Przysłuchujemy się, co ma do powiedzenia i przyglądamy się ciekawie, obserwując drobne gesty, mimikę i wsłuchujemy się w intonację głosu w wypowiadanych zdaniach. Jakże często przy pierwszej rozmowie natychmiast ta osoba staje się nam bliska, albo wręcz odwrotnie, nie chcemy z nią mieć nic więcej do czynienia, bo wszystko w tej osobie nas drażni.

Sądzę, że najpiękniejsi są ludzie, którym życie porządnie dało w kość i potrafili i chcieli się z tego pozbierać i pragnęli żyć dalej. To te doświadczenia i kopniaki od życia kształtują człowieka od  wewnątrz i go kształtują. Dostałam od życia wiele kopniaków i wiele razy rok po roku pojawiały się inne i inne, czasami słabsze, czasami nie do przeżycia. Bywało, że odechciewało się ciągnąć tego życia i w głowie pojawiały się niesamowite myśli, że już tego wszystkiego jest za dużo, że więcej nie wytrzymam. Wciąż mówiłam sobie, że nic złego nikomu nie zrobiłam, a los bezczelnie sobie mnie upodobał i nie jest tak, abym się nad sobą teraz litowała, ale tak było i nie kłamię nic, a nic, bo mam na to świadków. Padałam i się podnosiłam i wciąż próbowałam poskładać, posklejać, wypolerować, odnowić, reanimować. Wpadłam w taką wprawę, że wszyscy na około się dziwili, że dźwigam, ale były momenty, że nie dawałam rady. To były bardzo trudne momenty i teraz, kiedy wszystko jest naprawione, sama się sobie dziwię, że miałam w sobie tak wiele siły. Dmucham oczywiście na zimne, bo nigdy nie dane było mi się cieszyć wygraną. Nie wiem, z której strony mogę znowu dostać po łbie i ktoś, lub coś powie mi, że nie mam prawa cieszyć się za długo.

Do czego zmierzam, ano do tego, że wszystkie te moje przeżycia, mimo wszystko mnie ukształtowały i zgodnie z wyżej zacytowanymi słowami, twierdzę, że nie stałam się z powodu swoich przeżyć – jędzą, zołzą, babą nie do zniesienia. Wręcz odwrotnie, bo potrafię współczuć, przeżywać, cieszyć się z cudzych  sukcesów, a także pochylić się nad jakimś nieszczęściem. To moje życie nie odsunęło mnie od ludzi potrzebujących rady i pomocy i jeśli tylko mogę, pochylę się i pomogę, choćby dobrym słowem, bo wciąż staram się być dobrym człowiekiem, dobrą żoną, matką i babcią. Nie zmieni tego nikt, co jest we mnie i nikt nie sprawi, że przestanę słuchać ludzi z uwagą, a wnioski potrafię wyciągać bardzo trafnie i dlatego przy pierwszym spotkaniu obcej mi osoby, jestem w stanie ją polubić od pierwszej chwili, albo bez żalu odsunąć. To jest bardzo trudna sztuka, ale to się bierze z życiowego doświadczenia. Nie potrafię tylko ocenić człowieka, ze słowa pisanego, ale to już zupełnie inna bajka, może na kiedyś.