Archiwa tagu: kuchnia

Eksperyment kulinarny!

Znalezione obrazy dla zapytania awokado

Mąż kupił awokado i przyznam się szczerze, że nie za bardzo wiedziałam, co z nim zrobić.

Kiedyś dodałam miąższ awokado do sałatki, ale mi nie smakowało wcale, bo smak awokado bez podkręcenia jest nieodgadniony.

Trochę smakuje jak orzechy, a może jednak jak jakieś grzyby, ale dla mnie to było niezbyt smaczne, a więc w sieci znalazłam przepis i  dziś przyrządziłam awokado wg niego.

Awokado mam masę właściwości odżywczych i powinniśmy je jeść, bo także jest zaliczane do owoców leczniczych.

Jedzenie awokado doskonale zmniejsza poziom cholesterolu i trójglicerydów, a także jest bezpieczne dla cukrzyków i podobno jest także przeciwrakowe.

Świetnie działa na nasze włosy i paznokcie i ogólnie ma wiele zastosowań w produkcji kosmetyków.

Kto chce wiedzieć więcej – niechaj szuka w sieci wiadomości o tym owocu zwanym owocem bogów!

Moje awokado dość nieudolnie jeszcze potraktowałam, aby usunąć ze skórki miąższ i wyjęłam pestkę, a następnie:

  • pokroiłam miąższ na mniejsze kawałki i wrzuciłam do blendera,
  • dodałam sok z półowy cytryny,
  • następnie dodałam dwa małe ząbki czosnku potraktowane praską,
  •  podlałam kilka kroplami oliwy i leciutko posoliłam.

Po wymieszaniu wszystkiego wyszło coś jak masło do chleba, a smak okazał się nieziemski i po prostu jestem zachwycona, że udało mi się sporządzić coś tak pysznego.

Można taką mieszankę dodawać do jogurtów, robić koktajle np. z bananem i kefirem, a nawet dodawać do sałatki warzywnej i tak zrobię na święta.

Polecam gorąco, bo smak wciąga jak narkotyk.

Jeśli jecie i macie inne pomysły, to bym prosiła w komentarzu. 🙂

Napisałam coś dla strawy, a niżej napiszę coś dla duszy:

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Obejrzałam moim zdaniem znakomity film produkcji brytyjskiej pt. „Na plaży Chesil”, opowiadający o parze nastolatków, którzy się w sobie zakochali do obłędu.

Ona pochodziła z arystokratycznej rodziny, a on społecznie pochodził z nizin, ale ta różnica wcale im w niczym nie przeszkadzała.

Pobrali się dość szybko, choć nie znali siebie do końca, ale wierzyli, że ich miłość pokona wszelkie przeciwności.

Po ślubie wybrali się na noc poślubną do hotelu przy plaży i ta noc sprawiła, że ich życie już nigdy nie było takie same.

Jest to film, którego szybko się nie zapomina, bo historia tych dwoje jest tak intrygująca, że szokuje, zdumiewa, zastanawia, a więc zapada głęboko w świadomości widza.

 

Znalezione obrazy dla zapytania na plazy film

Reklamy

Wspólny obiad i wspomnienia!

Obraz może zawierać: dom, chmura, niebo, roślina i na zewnątrz

Zupełnie bez żadnej okazji pojechałam z Mężem do innej miejscowości na obiad.

Miejscowość oddalona od naszej o jakieś 20 kilometrów, a w niej ulubiony, ze smacznym jedzeniem „Big Bar”, w którym jedzą najczęściej kierowcy tirów, ale nie tylko.

Jedzenie jest iście domowe i dlatego lubimy kuchnię tego baru.

Obsługa bardzo miła i do tego nie czeka się na dania zbyt długo, a zamówiliśmy sobie zupę grzybową, a do tego placek cygański z warzywami.

Na stole stała świeczka i Mąż poprosił kelnerkę, aby dla nas ją zapaliła, a obserwowały nas dwie seniorki, które przyjechały na ciasto i kawę i obdarzyły nas przyjaznym uśmiechem, a mnie było strasznie miło.

Tak sobie myślę, że takie wyjazdy, tylko we dwoje są sprawdzianem dla nas, czy potrafimy wciąż ze sobą rozmawiać będąc 43 lata po ślubie.

Inaczej się zachowujemy we wspólnym zamieszkaniu, gdzie jest masę bieżących spraw do obgadania, a inaczej jest, kiedy jesteśmy na neutralnym gruncie i okazało się kolejny raz, że jest dobrze i wciąż mamy wspólne tematy do pogawędek.

Czekając na nasze zamówione dania zaczęliśmy wspominać nasze dzieciństwo i jak one nas ukształtowało?

To były lata 60-te, 70-te, kiedy to dorastaliśmy w Polsce siermiężnej, ponurej, szarej, a nasi rodzice robili wszystko, abyśmy wyszli na ludzi.

Mąż wspominał swoją Mamę, która latem przynosiła mu na plażę kanapki ze smalcem i posolony świeży ogórek oraz zsiadłe mleko.

Ja wspominałam swoje drzewo z innej plaży, pod którym czytałam książki, ale los tak chciał, że spotkaliśmy się, kiedy mój Mąż z rodzicami przeprowadził się do tej samej, blokowej klatki i tak się to wszystko potoczyło, że wciąż jesteśmy razem.

To były czasy, kiedy dzieci były podwórkowe z kluczem na szyi i żaden psycholog nie podpowiadał naszym rodzicom jak mają wychowywać swoje dzieci, a było to tak jak w tekście wklejonym z sieci – poniżej i także jak wyglądała Polska, kiedy my dzieci – wchodziliśmy w dorosłość i mieliśmy już swoje dzieci:

Zdjęcia pobrane z sieci ze strony facebookowej, które zatrzymały w kadrze moje życie w Polsce, kiedy Wałęsa wyrywał kraj spod buta Rosji.

Było smutno, ale byliśmy młodzi i pokonaliśmy transformację, o której ówcześni, młodzi nie mają zielonego pojęcia, ile nas kosztowało, aby przeżyć:

Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią nasze szalone lata 80.:
  • Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
  • Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
  •  Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.
  • Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.
  • Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
  • Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.
  • Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą do niej wracać.
  • Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.
  • Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze.
  • Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
  • Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy  pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.
  • Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
  • W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.
  • Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.
  • Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
  • Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
  • Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył, po tej czynności, rąk.
  • Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień dobry i nosić za nią zakupy.
  •  Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.
  • Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
  • Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
  • Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
  • Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
  • Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
  • Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
  • Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
  • Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
  • Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie brzydził.
  • Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
  • Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
  • Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i wycierania ust rękawem.
  • Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
  • Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie dawać radę sami.
  • Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
  • Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych wychowawców.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt  nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!
Obraz może zawierać: 1 osoba, w budynku

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi, jedzenie i w budynku

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie siedzą i w budynku

Obraz może zawierać: 2 osoby, na zewnątrz

Obraz może zawierać: 3 osoby, na zewnątrz

Obraz może zawierać: 1 osoba, na zewnątrz

Obraz może zawierać: 3 osoby, uśmiechnięci ludzie, ludzie stoją, dziecko i w budynku

Obraz może zawierać: 2 osoby, ludzie stoją

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba

Obraz może zawierać: 1 osoba, roślina i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 2 osoby, na zewnątrz

Obraz może zawierać: ludzie stoją

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi, śnieg i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 1 osoba, kapelusz, dziecko, na zewnątrz i zbliżenie

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi i na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, samochód i na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, dziecko i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 3 osoby, ludzie stoją i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 17 osób, tłum i na zewnątrz

Obraz może zawierać: na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 6 osób, rower i na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie stoją i w budynku

Obraz może zawierać: 3 osoby, w budynku

Obraz może zawierać: 1 osoba, stoi i w budynku

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i na zewnątrz

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i na zewnątrz

Obraz może zawierać: 7 osób, ludzie stoją i w budynku

Obraz może zawierać: 1 osoba, motocykl i na zewnątrz

Moje gotowanie nie na ekranie!

 

Obraz może zawierać: jedzenie

My dwoje mieszkający teraz sami, bo bez dzieci, dogadzamy sobie kulinarnie, ale to nie znaczy, że się obżeramy.

Po prostu jest śniadanie, obiad i kolacja i to nam w starszym wieku zupełnie wystarcza.

Oglądałam w tv „Kuchenne Rewolucje” i staram się wprowadzić do naszej kuchni jakieś nowości podpatrzone.

Oboje lubimy rosół, bo rosół jest bardzo rozgrzewającym daniem, a także jest zupą, która leczy!

Magda Gessler pokazała, że do rosołu można dodać coś innego, co podkręci smak rosołu i tak też dzisiaj zrobiłam:

  • do garnka wlałam 4 litry wody i dodałam ziele angielskie, liście laurowe i łyżkę jarzynki, oraz ziarna pieprzu czarnego,
  • umyłam szponder wołowy i dwie szyjki z indyka i to dodałam do zimnej wody,
  • obrane warzywa jak por, seler, korzeń pietruszki i dwie marchewki, oraz kawałek kapusty karbowanej włożyłam też do garnka,
  • opaliłam dużą cebulę nad gazem i też dodałam do garnka,
  • a jako nowość dodałam pęczek kopru zielonego związanego nitką i tadam – dwa pomidory pokrojone na ćwiartki.

Mój rosół gotuje się nawet 7 godzin na malutkim gazie, aby tylko pyrkotał, a nie gotował się.

Wówczas wychodzi klarowny, czysty i z tymi pomidorami i koprem  bardzo smaczny.

Jednak aby nie było tak słodko i ładnie, to martwię się o naszą Ziemię, bo ludzkość ma mało czasu, aby coś zrobić dla Ziemi, aby nasze dzieci i wnuki mogły na niej spokojnie i zdrowo żyć!

To jest ostatni dzwonek, aby ludzkość się ogarnęła, bo życie na Ziemi stanie się koszmarem.

I czytam:

Nasze dzieci i wnuki czeka koszmar w 2050 roku.

Prognozy ekspertów dotyczące jakości życia na ziemi w następnych dziesięcioleciach są iście apokaliptyczne.

Karłowatość, przeludnienie i pandemie to sam czubek góry lodowej. To właśnie 2050 ma być apogeum kataklizmów, będących konsekwencją niepohamowanej eksploatacji przyrody i zmian demograficznych.

W dużej mierze sami sobie będziemy winni tragedii, jakie na nas spadną.

\Przewidywane przez ekspertów przeludnienie przyspieszy rozprzestrzenianie się chorób zakaźnych. Szczególnie w miastach, gdzie będzie nas około 6,3 mld.

Przy takim zagęszczeniu ludności bakterie będą miały cieplarniane warunki do mnożenia się.

Co więcej, wiele ich szczepów będzie odpornych na antybiotyki, które masowo dodajemy do zwierzęcej paszy i preparatów do opryskiwania upraw.

Ci z nas, którzy przeżyją pandemie, będą wciąż zagrożeni przez stan powietrza.

Z powodu jego zanieczyszczenia, jak wskazują badania OECD, umierać będzie nawet 6 mln ludzi rocznie.

Zwiększona ilość ozonu w powietrzu to wyrok śmierci na astmatyków i chorych na rozedmę płuc.

Dwa wymienione we wstępie czynniki – demografia i eksploatacja ziemi – prowadzić będą również do deficytów w pożywieniu i wodzie.

Do 2050 roku z akwenów zniknąć mogą ryby a samej wody zacznie brakować.

Zatęsknimy za wieloma pokarmami. Przy obecnym trendzie, w którym co roku produkujemy o 2% mniej pożywienia, możemy szykować się na globalny głód.

A w jego konsekwencji – na karłowacenie.

Jeżeli myślicie, że przez następne 33 lata koncerny farmaceutyczne wynajdą panaceum chroniące nas przez częścią epidemii – jesteście w błędzie.

Według raportu International Journal of Climatology, do 2050, na skutek ubożenia flory, zabraknie surowców do produkcji wielu leków.

Więcej informacji: https://pikio.pl/nasze-dzieci-i-wnuki-czeka-koszmar-w-2050-roku/

Ponad wszystko polska kuchnia!

 

Znalezione obrazy dla zapytania bitki wołowe

Oglądam w TV program kulinarny Master Chef i naprawdę podziwiam tych młodych, utalentowanych kucharzy.

Dziś gotowali w Singapurze potrawy azjatyckie i naprawdę dla mnie, to jest czarna magia.

Od zawsze nie lubiłam krewetek, homarów, małży, mule i  całe życie to obchodziłam szerokim łukiem.

Młodzi ludzie uczyli się dziś gotować po azjatycku i podziwiam ich odwagę, znajomość produktów, przypraw dla mnie obcych i świetnie sobie poradzili w łączeniu smaków, a ich dania wyszły popisowo.

Jestem tradycjonalistką więc i uwielbiam naszą, polską kuchnię i uważam ją za najlepszą na świecie, bo jest urozmaicona i używamy w niej naszych, polskich warzyw i po polsku je doprawiamy.

Jestem niezła w gotowaniu polskich zup i ostatnio wyszła mi pyszna pomidorowa ze świeżych pomidorów z ryżem, warzywami i śmietaną na rosole – nawet Teściowa chwaliła.

Nastały czasy, że kupujemy bardzo niezdrowe produkty i dlatego w dzisiejszych czasach tak wielu ludzi choruje na raka.

Dziś oglądałam dokument Ewy Ewart mówiący o tym, jak wiele zwierząt do uboju karmionych jest chemią i naprawdę musimy kupować produkty ze sprawdzonego źródła, a te pakowane w pojemniki plastikowe odrzucać kategorycznie.

Coraz trudniejszy jest dostęp do produktów zdrowych, bo prawie we wszystkim jest chemia i dlatego chorujemy.

Chemia jest w warzywach, owocach, ziarnach zbóż, produktach mlecznych, w rybach i nie zdajemy sobie sprawy gdzie jeszcze!

Kiedy zobaczyłam ten filmik nie kupuję kurczaków w markecie, bo mnie obrzydzają!

W sieci jest masę takich filmików, jak traktuje się mięso, aby tylko wcisnąć je klientowi i to jest zmora naszych czasów.

Ale coś jeść musimy i Mąż mi kupił cudowny kawałek wołowiny, która jest dość droga, ale najbardziej zdrowa dla człowieka!

Postanowiłam z niej zrobić bitki wołowe, takie jak kiedyś robiła moja Mama.

Przepraszam, że nie zrobiłam swojego zdjęcia mojej potrawy, a pobrałam zdjęcie ze strony „Doradca smaku”.

A zrobiłam tak, trochę po swojemu:

  • umyłam mięso i pokroiłam na cienkie plastry i tłuczkiem je rozbiłam,
  • zrobiłam marynatę z oleju, czosnku, ziołowych przypraw, odrobiną soli i pieprzu i w tym obtoczyłam mięso zostawiając je w marynacie na całą noc w lodówce,
  • na drugi dzień mięso było cudownie skruszałe i obsmażyłam je z obu stron na rozgrzanym oleju, obtoczone w mące.

Do garnka dodałam ziele angielskie, liście laurowe, łyżkę jarzynki i usmażoną na złoto cebulę i przełożyłam usmażone płaty.

Podlałam gorącą wodą i tak mi się to pichciło dość długo, bo wołowina długo się pitrasi, ale ten proces można skrócić – dodając łyżkę cukru, albo odrobinę alkoholu.

Gotujemy tak długo – do zredukowania sosu, który możemy zagęścić mąką, ale ja tego nie robię.

Do takich bitek pasuje wszystko, bo ziemniaki ubite na puree, albo kasza, lub kluski śląskie, a do tego dowolnej produkcji surówka, a buraczki zasmażane to jest coś!

Niebo w gębie dla nas i dlatego kocham polską kuchnię!

Wspomnę jeszcze o czymś!

Otóż Magda Gessler gotowała rosół w ostatnich „Kuchennych rewolucjach” i tam zauważyłam, że do rosołu dodała wiecheć kopru zielonego i dwa pomidory pokrojone na ósemki i to zamierzam wypróbować.

Na koniec proponuję obejrzenie świetnej, do łez świątecznej reklamy, jakby to był wstęp do zbliżających się świąt, w których króluje nasza, wybitnie, polska kuchnia! 🙂

Grzybobranie – wspomnienia!

 

Obraz może zawierać: jedzenie

Kiedy jest się już w starszym wieku, to chciał, czy nie chciał włączają się wspomnienia z młodości.

Dziś Mąż pojechał na grzyby i myślałam, że nic nie przywiezie, bo w zachodniej Polsce jest od pół roku susza i deszczu prawie nie było.

Jednak ku mojemu zdziwieniu przytachał cały koszyk grzybów jędrnych i całkiem przyzwoitych, a trafiły się tylko trzy robaczywe.

Włączają się więc wspomnienia, bo doskonale pamiętem nasze rodzinne wypady do lasów, których na mojej ziemi nie brakuje.

Każdy zresztą chwali swoje ziemie i swoje lasy, a ja dumna jestem z tego, że naprawdę mamy gdzie zbierać grzyby.

Kiedy byliśmy młodzi i piękni jeździliśmy całą rodziną na grzybobranie Gazem-69, który Mąż zakupił za małe pieniądze i go wyremontował.

Wstawaliśmy bardzo wcześnie i cała rodzina pakowała się do samochodu i jechaliśmy zbierać grzyby, a w lesie byliśmy już o 7 rano, kiedy słońce przebijało się przez gałęzie.

Zawsze w mojej kuchni miałam suszone grzyby i bywało tak, że nadmiar sprzedawałam świeże w skupie, bo nie dawało się tego przerobić.

Uwielbiam zbierać grzyby, bo to jest dla mnie ogromny relaks i na grzybach się znam.

Czasy kiedy rodzinnie jechaliśmy na grzyby się skończyły, bo nasze Mamy są już wiekowe, a moja pomału odchodzi, a mój Teść – wielki zbieracz i znawca już nie żyje, a Dzieci mają swoje rodziny.

To były piękne, rodzinne czasy, w których byliśmy razem i czas grzybobrania nas niesamowicie łączył.

Uwielbiam gotować zupę grzybową i nie tylko na Wigilię, ale i w ciągu roku, a także kilka razy w roku piekę racuchy drożdżowe polane sosem grzybowym, a robię go tak:

  • Namaczam w zimnej wodzie kilka garści suszonych grzybów,
  • W garnuszku na oleju smażę pokrojoną w kostkę cebulę,
  • Namoczone grzyby przekręcam przez maszynkę do mięsa.
  • Łączę cebulę i zmielone grzyby i podlewam rosołem,
  • Dodaję wody, pieprzę i solę, a kiedy są miekkie dodaję odrobinę śmietany – pycha!

Mam dla Was jeszcze jedną poradę kulinarną, że jeśli znajdziecie dorodne borowiki, to ich nie suszcie na sicie, a zróbcie tak jak mnie nauczyła pewna Ukrainka.

  • Natnijcie kapelusz borowika w kratkę i obtoczcie w panierce, tak jak kotlety schabowe i usmażcie na maśle – niebo w gębie.

Dziś u mnie w domu pachnie pięknie i taki zapach daje kopa do życia!

 

Podobny obraz

To nie ja jestem Magda Gessler!

 

Obraz może zawierać: roślina, jedzenie, na zewnątrz i przyroda

Poprosiłam Męża, aby kupił mi włoszczyznę do rosołu, który Mąż uwielbia i poszedł na nasz bazarek.

Mamy ulubioną panią, u której kupujemy warzywa z własnej działki bez zastosowania sztucznych nawozów, a wszystko na naturalnym.

Mąż przyniósł mi do domu tak dużo zielska, że się załamałam, bo związane nitką warzywa włożyłam do rosołu, a reszta leżała na blacie i zastanawiałam się, co z tym zrobić.

Mam zamrożone zielone i musiałam coś postanowić, aby zielone się nie zmarnowało. Wpadłam  na pomysł, że ponownie ugotuję zupę crem, bo było by zbrodnią na zielonym, kiedy sezon  na świeże warzywa jest tak krótki.

I tak zrobiłam bez żadnego trybu, a więc z głowy zupkę, która Mężowi smakowała.

  • do garnka wlałam odrobinę oleju i na nim podsmażyłam pokrojoną w kostkę dużą cebulę,
  • obrałam sporo marchewek nie idelanych, jak to kupuje się w markecie i je pokroiłam na mniejsze części,
  • dużego pora też pokroiłam – zieloną natkę,
  • duży seler obrałam i pokroiłam, a także natkę selera,
  • duży wiecheć zielonego kopru posiekałam,
  • miałam kabaczka i też go obrałam i pokroiłam w kostkę,
  • posiekałam wiecheć zielonej pietruszki,
  • obrałam dużego ziemniaka i też pokroiłam w kostkę,
  • to wszystko dodałam do garnka i zalałam wrzątkiem,
  • posoliłam i popieprzyłam oraz dodałam łyżkę masła,
  • to wszystko gotowałam jakieś 20 minut, aby warzywa zmiękły i potraktowałam to blenderem na zupę crem  i na koniec dodałam dwa ząbki czosnku zmiażdżonego praską.

Mąż zrobił do tego grzanki z pokrojonego chleba w kostkę na suchej patelni, ale ludzie kupują gotowe jakieś ptysiowe groszki, ale my wolimy zrobić swoje grzanki i tak oto  powstała bomba witaminowa z kleksem śmietany na środku talerza.

Jeśli macie w domu kabaczka, cukinię, patisona i nie wiecie, co z tym zrobić, to należy dokupić parę warzyw, bo choćby pora i marchewkę i z tego bardzo łatwo jest ugotować taką zupę.

A teraz inny temat:

Mój Mąż wciąż pracuje w firmie, gdzie zatrudniają ludzi, ale z tym zatrudnianiem jest coraz gorzej, bo od kiedy wprowadził rząd PiS – 500+, to o tych ludzi jest coraz trudniej.

Wkleiłam tekst poniżej, znaleziony na Facebooku i tak się zastanawiam czy to fake news jest, czy czysta prawda!

Skoro jest w rodzinie sporo dzieci, to po co ludziom pracować i wierzę w to, że ten program wielu totalnie rozpuścił i oni z pewnością nie wyjdą na manifestacje w obronie niczego i nie będą zakładali koszulek na pomnikach z napisem „Konstytucja” bo mają to głęboko gdzieś.

Dokąd zmierzasz Polsko!

 

Obraz może zawierać: tekst

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i tekst

Addio pomidory!

 

Obraz może zawierać: jedzenie

Uwielbiam zjadać pomidory pod każdą postacią, ale zimą są one właściwie nie zjadliwe.

Równiutkie, okrąge jak jeden mąż nie posiadają wartości smakowych i pewnie są pędzone jakimś świńtwem.

Kiedy jednak przychodzi sezon na nie, to staram się każdego dnia robić dla mnie i Męża przyszną, prostą sałatkę.

Dostałam kilka pomidorów z własnej działki, które wychodowane zostały w ziemi bez nawozów i choć nie są takie idelane z wyglądu, to ich smak i słoneczny zapach zapamiętam do następnego lata.

Walory odżywcze są nie do przecenienia, gdyż chronią nas od raka, a także nasz system nerwowy naprawiają, oraz dobrze je jeść na nasze serca.

Poprawiają krążenie i wzmacniają nasze paznokcie oraz włosy, a także posiadają dużo potasu, co sprawia, że pozbędziemy się skurczów mięśni.

Mają masę witamin łącznie z witaminą „C”, a o tym można poczytać sobie w sieci!

Kroję sobie w kostkę grubszą cztery pomidory i lekko  solę, pieprzę i dodaję kilka kropel oliwy, a także miażdżę duży ząbek czosnku, a na koniec dodaję łyżkę jogurtu naturalnego.

Pomidory pod wpływem soli puszczają swój natruralny sok, który miesza się doskonale z pozostałymi składnikami i to jest nasz deser po obiedzie.

Taką sałatkę można kombinować po swojemu i ja dodaję jeśli mam –  posiekaną natkę pietruszki, albo koperku. Można zestrzeć na tarce kawałek żółtego sera, albo dodać twarożek i wtedy powstaje jeszcze większa bomba witaminowa.

Dobrą wiadomością jest fakt, że pomidory nie tracą swoich wartości pod wpływem przeróbki termicznej i dlatego zimą warto jeść pomidory suszone, albo używać ketchupu, a także warto pić soki pomidorowe.

Jutro będę gotowała leczo z tymi pomidorami z własnego ogódka, a więc kocham pomidory pod każdą postacią, a kiedyś były uważane za trujące warzywo.

Kochani odżywiajcie się zdrowo. Jedzcie dużo czosnku jeśli możecie, choć ma on przykry zapach, a to dlatego, że w Polsce zaatakowała bakteria pod nazwą  „New Delhi”, która jest odporna na wszystkie antybiotyki i ludzie umierają w szpitalach, a lekarze są bezradni.

Bakteria atakuje słabe organizmy, niedożywione z niską odpornością, a więc korzystajmy z tego, że możemy latem podciągnąć naszą odporność.

A teraz mam inny temat.

Kto mnie czyta, to wie, iż napisałam notkę na temat tragedii w Darłówku, gdzie morze pochłonęło na raz – trzy, dziecięce istnienia.

Napisała o tym ratowniczka z WOPR, która odniosła się bardzo krytycznie wobec rodziców plażujących z dziećmi i ja się z tym zgadzam, bo to są tej Pani 10 letnie obserwacje.

Może przez  wpis tej ratowniczki zaczniemy my dorośli – myśleć!

Pszczółka Maja

PUNKT WIDZENIA RATOWNIKA…

Dziś chcę napisać kilka słów o tragedii w Darłówku ale przede wszystkim o tym jak wiele tego typu nieszczęść można było uniknąć…

Jak większość z Was wie pracuję jako ratowniczka już prawie 10 lat.
Widziałam dużo, naprawdę dużo nieodpowiedzialnych i niezrozumiałych dla mnie zachowań ludzi …

Ludzi którzy przyjeżdżają na wakacje i nagle zapominają całkowicie o odpowiedzialności za swoje dzieci…
Na basenie czy na plaży wychodzą z założenia, że ratownicy WOPR to darmowe opiekunki dla ich dzieciaków..

Jest ratownik jest impreza !
Można więc sączyć piwko na hotelowym leżaku czy na piasku przy szumie fal, czytać książkę, przeglądać internet… słowem robić wszystko to na co ma się ochotę poza oczywiście pilnowaniem swoich dzieci…
No bo przecież od tego jest Ratownik… naprawdę?

Sytuacja z dziś…
3 interwencje na basenie:

1. Mama rozmawia przez telefon na leżaku wówczas gdy jej około 3- 4 letnia córeczka wchodzi w kółeczku sama do basenu (1,35 m).
Podchodzę, zwracam uwagę…
Ona zdziwiona. Odkłada telefon idzie do dziecka.

2. Dwójka rodziców i na oko 8 letni syn ledwo unoszący się na wodzie. Obserwuję ich jak podchodzą do niego, coś mu mówią po czym oboje kierują się w stronę saun.
Podchodzę zatrzymując ich i pytam pod czyją opieką zostawiają dziecko?
Oni, że przecież my czyli ratownicy jesteśmy na basenie , a oni tylko na chwilkę do sauny idą.
Oczywiście mówię, że to wykluczone i jedno z rodziców musi zostać z dzieckiem w basenie !

3. Przychodzi kobieta sama z trójką dzieci ( dwójka okolo 8-10 lat i jedno na oko 2 lata).
Zostawia młodych w basenie i wychodzi z dwulatkiem na taras.
I znowu interwencja.
Zawracam ją z tarasu i tłumaczę, że nie może zostawiać dzieci samych w dodatku ledwie potrafiących pływać…
Znowu zdziwienie…

I teraz moja uwaga….
Ja dzieci nie mam i mieć nie będę… jak dobrze wiecie po prostu nie lubię i nie kręci mnie to ale za to swoje koty kocham tak samo mocno jak wielu z Was swoje dzieci .
I gdy wychodzę na spacer z Szajbą sprawdzam kilkakrotnie czy szelki są dobrze zapięte i zabezpieczone…
Na dworzu przed blokiemczy w parku czujność 100% i oczy dookoła głowy: czy nie ma żadnego zagrożenia czy pies nie biegnie czy szelki na swoim miejscu…
Nie spuszczam jej z oka bo przecież to mój kot którego kocham najbardziej na świecie i chcę dla niego jak najlepiej….
Kot !

Więc ja się pytam jak Wy rodzice ( oczywiście tylko niektórzy) możecie prowadzić dzieci nad morze i powierzać ich życie i bezpieczeństwo ślepemu losowi ?!
Uda się albo się nie uda …

Jak w ogóle można zostawić dziecko w basenie i iść beztrosko na taras opalać się lub saunować ?! Jak?!
Jak można zamknąć oczy na plaży gdy dzieciak w morzu się bawi? Nawet jeśli jest przy samym brzegu… jak?!
Gdzie jest respekt do tego potężnego żywiołu jakim jest woda?!

W tym roku w polskich wodach utonęło około 360 osób !!!
360 !!! Wyobrażacie sobie to?
Jaki procent tej liczby stanowią dzieci kochających rodziców którzy zajęci byli telefonem lub piciem piwa na brzegu morza/ jeziora bo przecież dzieciak świetnie pływa da sobie radę …

Wiecie co Wam jeszcze powiem ?
Ostatnio jeden z moich przełożonych powiedział, że ratownicy mają niskie oceny od gości hotelowych i ci nie są z nas zadowoleni… heh, zabawne nie?
A jak można chwalić pracę ludzi którzy co chwilą zwracają uwagi typu:
– nie skacz do wody
– nie biegaj
– proszę nie pić alkoholu na terenie basenu
– proszę opuścić basen bo jest Pan ppd wpływem alkoholu
– i znowu nie skacz do wody po raz trzydziesty
– proszę nie zostawiać dziecka samego w basenie …

Jesteśmy dla wielu tymi złymi którzy ciągle się czepiają, ciągle zwracają uwagę ! Ciągle coś nam nie pasuje !

Tymczasem jesteśmy Ratownikami WOPR…
Jesteśmy przede wszystkim po to aby zapobiegać tragedii.
Staramy się dbać o Wasze bezpieczeństwo nad morzem/ jeziorem/ basenem ale nie możemy prowadzić każdego z Was z osobna za rączkę…
Nie jesteśmy od tego by niańczyć Wasze dzieci… nie !

Wy drodzy rodzice w pełni odpowiadacie za swoje pociechy. Wy i nikt inny ! Woda to niebezpieczny żywioł, a żeby doszło do tragedii wystarczy kilkanaście sekund…

Tragedia do jakiej doszło w Darłówku wstrząsneła całą Polską ale z czystym sumieniem mogę Wam powiedzieć, że ludzie żadnych wniosków nie wyciągneli…
Żadnych !

Obarczanie winą ratowników jest po prostu kpiną !
Sztorm, wysoka fala, CZERWONA FLAGA na wieżyczce ratowników… nie było żadnych wątpliwości co do tego, że kąpać się nie można.
Dzieciaki które utonęły to nastolatki które musiały zdawać sobie sprawę z ryzyka i z całą pewnością wiedziały o zakazie kąpieli ! Nie były małymi dziećmi nie potrafiącymi myśleć racjonalnie !
Ktoś powie: każdy z nas był młody i głupi ! Młodość rządzi się swoimi prawami ! Ok. Jasne. Tylko w tym przypadku im akurat się nie udało…

Matka z czwórką dzieci…
Nie była w stanie ich upilnować sama ( nie wiem gdzie był ojciec). Nie powinna była ich zostawiać samych nawet na sekundę ! Nie powinna…
Ale teraz już za późno…
Teraz pozostała rozpacz i żal…

Pilnujcie zawsze siebie nawzajem ale przede wszystkim swoich dzieciaków bo chwila nieuwagi może bezpowrotnie zmienić Wasze życie, a ktoś najbliższy Waszemu sercu może to życie stracić…

Udostępnij. Podaj dalej. Bądź zawsze czujny nad wodą.

Maja Nować.
Kołobrzeg.

Misz masz w dobrej sprawie!

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Oto kabaczek malutki jaki dostałam od Sąsiada i nie wiedziałam, co z nim zrobić!

Skoro nie można marnować plonów Ziemi to zrobiłam tak:

  • umyłam kabaczka i nie obrałam go z młodej skórki,
  • pokroiłam na plastry 1 centymetrowe,
  • do miski wlałam trochę oliwy, dodałam dwa zmiażdżone ząbki czosnku,
  • posoliłam i popieprzyłam i plastry obtoczyłam,
  • zostawiłam na dwie godziny i potem lekko na maśle podsmarzyłam po kilka minut z każdej strony.

Zdjęcie mi wyszło kiepskie, ale taka porcja była moim obiadem, a Mąż kładzie tak upieczone plastry na bułkę z odrobiną wędliny.

Można kabaczka także upiec w cieście naleśnikowym, a także w panierce takiej jak do schabowego.

Ja poszłam po najmniejszej i naprostrzej linii, ale było smaczne.

Zdjęcia nie zrobiłm, ale codziennie robię sobie sałatkę z jednego pomidora i jest też bardzo prosto, a więc:

  • kroję pachnącego słońcem pomidora w kostkę,
  • solę go lekko i pieprzę,
  • dodaję duży ząbek czosnku (wiem, wiem czosnek),
  • podlewam lekko oliwą i dodaję odrobinę śmietany, albo jogurtu!

Uwiebiam i wiem, że czosnek mnie chroni, bo nie pamiętam kiedy chorwałam na grypę, czy jakieś przeziębienie.

Jednak odchodząc od spraw kulinarych przechodzę do innego tematu, bardziej poważnego.

Oglądam codziennie „Szkło kontaktowe” i uważam mój dzień bez szkła za stracony.

Prowadzący ten satyryczno – polityczny program są dla mnie najbardziej inteligentnymi ludźmi w polskiej telewizji i wszystkich kocham jak nie wiem co!

Nie mam faworyta, choć szkło przez tyle lat istnienia straciło Marię Czubaszek i prawie po roku założyciela – Grzegorza Miecugowa i oboje odeszli za szybko.

Wielką trzeba mieć inteligencję, aby w sposób satyryczny mówić o polityce tak, aby żaden prawnik, czy prokurator się do tego nie przyczepił.

PiS ma chrapkę na zamknięcie „Szkła kontaktowego” i ogólnie TVN-u, ale mu się to nie uda, bo ludzie wyjdą na ulicę w miliony!

Dziś miałam dobry dzień, bo właśnie udostępniłam na swojej stronie Facebooka cudowny przekaz w sprawie 100 lecia naszej Niepodległości i się spłakałam.

Obejrzyjcie i się wzruszcie, ale sama nie mam pomysłu jak nagrać filmik w tym temacie, bo o to proszą w tym klipie.

 

Zamyślenia!

Dostałam od mojego Sąsiada dwie cukinie i ugotowałam z nich zupę crem.

Wykorzystałam to, co miałam w kuchni, a więc dwie cukinie, dwa pomidory, dwie cebule, czosnek, natka pietruszki i koperku zielonego.

I tak:

  • na maśle podsmażyłam pokrojoną w kostkę cebulę i dwa ząbki czosnku,
  • obrałam cukinie ze skórki i też pokroiłam w kostkę,
  • dodałam łyżkę jarzynki i zalałam 1,5 wodą, popieprzyłam,
  • wstawiłam na gaz, aby cukinia zmiękła i się ugotwała,
  • potem dodałam pokrojone pomidory i na koniec pokrojoną zieleninę,
  • na końcu zblendowałam wszystko na zupę crem.

Wyszła dobra, dietetyczna i leciutka, którą jemy z uprażonym chlebem na suchej patelni.

Nie miałam mięsa, bo można też dodać np. pierś z kurczaka i też zblendować.

Jeśli macie kabaczka, to też można go w ten sposób wykorzystać i własciwie wszystkie warzywa nadają się na zupę crem i od czasu do czasu można sobie ją przyrządzić.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Ale to nie wszystko w dzisiejszym wpisie, gdyż oglądałam dziś dokument na temat naszej, kochanej Ziemi i o tym, jak na niej powstawało życie.

Dla mnie nie do ogarnięcia jest moim umysłem, że najpierw na Ziemi mieszkały ogromne zwierzęta, zwane dinozaurami.

Nasza Ziemia liczy sobie kilka miliardów lat i w tym czasie drogą ewolucji zaczęły powstawać pierwsze organizmy.

Dinozaury zamieszkały Ziemię 200 milionów lat temu, a wymarły 60 milionów lat temu wg. Wikipedii.

Kiedy żyły dinozaury...

Nikt nie wie dlaczego wymarły i naukowcy wciąż, to badają, ale istniały naprawdę, bo do dziś wykopuje się ich skamieliny w różnych miejscach na Ziemi.

Znalezione obrazy dla zapytania muzeum dinozaurów londyn

Zmierzam ku końcowi, ale zastanawia mnie to, że skoro życie  na Ziemi powstawało przez miliardy lat, bo w tym czasie Ziemia była niegrzeczna i szalała wybuchami wulkanicznymi, powstawały kontynenty, a płyty tektoniczne wybrzuszały różne formy gór, to dlaczego człowiekowi dano żyć tak mało czasu?

Skąd pochodzimy, bo czy od małpy faktycznie i dlaczego jesteśmy tak różni etniczne – takie tematy wciąż są badane i jest to wciąż wielka tajemnica, kiedy możemy wystosować satelity na Marsa i latać w kosmos.

To wszystko jest nie do ogarnięcia moim zaledwie 62 letnim umysłem, ale cóż to jest do  tworzenia się życia na Ziemi! Nawet nie ziarenko piasku!

Naukowcy wciąż mają rękę na pulsie, bo obserwują największy wulkan w USA  –  w Parku Yellowstone i jeśli on wybuchnie, a może jutro, albo za milion lat, to zmiecie życie na Ziemi i zginiemy jak dinozaury,  a wówczas zacznie się wszystko od początku.

Może ponownie Bóg powoła nas do życia i da nam więcej lat do istnienia – takie są moje przemyślenia!

Znalezione obrazy dla zapytania park yellowstone

Dobry czas na emeryturze!

Tak sobie dość często myślę, że dobrze mi na tej emeryturze, bo się odrobinę wyciszyłam i spowolniłam.

Mam swoje małe mieszkanko, które jeszcze ogarniam, ale mogę to robić bez pośpiechu i stresu.

Pamiętam te czasy, kiedy pracowałam. Stres mnie wprost wykańczał, bo spotkał mnie w pracy mobbing stosowany na mojej, skromnej osobie – przez trzy lata.

Mobbingowała mnie moja szefowa, która krytykowała mnie za wszystko, choć cholernie się starałam. Z tego powodu codziennie budziłam się o czwartej rano – cała w nerwach.

Jak później się okazało, to ta moja szefowa po cichu fabrykowała lewe faktury, na których zarobiła krocie.

Jak to się mówi, że karma wraca i to była dla mnie satysfakcja, że organy ścigania ją dopadły i kompletnie straciła szacunek w rodzinie i w mieście, a do pracy nikt już jej nie przyjął.

Ja opuściłam swój zakład pracy z podniesioną głową i dumna, a tą panią wyrzucono z hańbą!

Fajnie się żyje więc na emeryturze, bo dopiero teraz odzyskałam spokój i potrafię spać nawet do dziewiątej rano. Tak sobie odrabiam tamte ciemne i koszmarne noce.

Wielu ludzi w moim wieku czeka z utęsknieniem na ten czas emertytury, ale potem nie wiedzą, co mają zrobić z wolnym czasem i się miotają.

Mnie to nie dotyczy, bo moją miłością jest mój Mąż, który mi bardzo pomaga i wspiera, a drugą jest mój komputer, bo dzieci nasze mają spokojne i dobre życie.

Czasami mam tak, że nic mi się nie chce, a więc nie zmuszam się do aktywności, gdyż znając siebie wiem, że przyjdzie lepszy dzień i wszystko uda się nadgonić!

Gotuję obiady i z Mężem nie korzystamy z żadnych stołówek, czy kateringów, bo uważam, że skoro mam jeszcze siłę, to będę gotowała dla nas dwojga.

Wczoraj upitrasiłam bigos z młodej kapusty, bo uważam, że skoro mamy cudowny sezon na świeże warzywa i owoce, to trzeba z tego dobrodziejstwa korzystać, bo zimą jest już gorzej, aby organizmowi dostarczyć witamin.

Potrzebna mi była:

  • spora główka kapusty,
  • pęczek koperku i pietruszki,
  • pieczarki,
  • dwie cebule,
  • dwa pędka kiełbasy,
  • cztery pomidory,
  • odrobina skwarek,
  • dwie łyżki mąki
  • cztery liści laurowe,
  • kilka ziaren ziela angielskiego,
  • sól, pieprz i sok z jednej cytryny.

Wykonanie:

  • poszatkować kapustę i zalać niewielką ilością wody, a kapusta puści swój, naturalny sok,
  • na patelni podsmarzyć kiełbasę pokrojoną w kostkę, pieczarki, cebulę i dodać do ugotowanej kapusty
  • pokroić pomidory w kostkę, które dodaję pod koniec gotowania,
  • posolić i popieprzyć ugotowaną kapustę – dodać ziele i liście laurowe,
  • pokroić koperek i pietruszkę i dodać na koniec gotowaia.
  • na suchej patelni uprażyć mąkę i kiedy wystygnie, to rozmącić ją z wodą tak, by powstała zasmażka,
  • na koniec dodać sok z cytryny i podgotować jeszcze trochę.

Ciekawa jestem jakie Wy macie przepisy na pyszniutki bigos z młodej kapusty, bo każdy zna inną szkołę gotowania.

Ps. Mam pretensje do emerytury, że czas na niej płynie bardzo szybko w stosunku do czasu młodości – wprost jest okrutny, a powinno być odwrotnie!

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.