Archiwa tagu: prezes

Białe róże solą w oku Prezesa!

 

Z „Męczennicą” –  85 na Krakowskim Przedmieściu, która odbyła się wczoraj, to ja musiałam się przespać i zdaje się, że miliony ludzi w Polsce i za granicą.

Tak słabego wystąpienia Prezesa Kaczyńskiego, to nigdy nie było! 😀

Nawet w czasach PRL-u gadali bardziej do rzeczy i zdaje się, że Prezes totalnie odpłynął w siną dal.

A może wytrąciły go te białe róże i kompletnie stracił wątek, bo ani razu nie wspomniał o tych biedakach, którzy zlecieli na ziemię smoleńską, ale za to w jego króciutkim „przemówieniu” pojawiło się 11 razy słowo „nienawiść”.

Zwolenników zamachu jakby z miesiąca na miesiąc coraz mniej, ale za to więcej kordonów policji, barierek, płotków i dawnych „suk”.

Więcej jest też kontrmanifestantów, których Prezesa wkurzają i policję też.

Przychodzą z białymi różami, a policja ich wynosi i legitymuje. Kto wie ilu z nich dostanie wyrok, bo mamy takie czasy, takie czasy! 😀

A swoją drogą to: „Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy” 

 

 

Spotykamy się tutaj jak co miesiąc, ale jest pewna różnica w stosunku do tych lat, kiedy wydawało się, że comiesięczna manifestacja żałobna to coś, czemu nikt nie może się przeciwstawiać. Owszem, były takie nienawistne próby ze strony Palikota i jego ludzi, ale skończyło się to szybko/
Dziś mamy drugą taką próbę, dziś mamy nowy wielki atak nienawiści. Bo te białe róże, które tam widać, to właśnie symbol nienawiści. Symbol nienawiści i głupoty. Skrajnej głupoty i skrajnej nienawiści.

Chcę was zapewnić, że my tę walkę wygramy. Wygraliśmy wtedy z Palikotem i z jego następcami, jeszcze bardziej agresywnymi, jeszcze bardziej nienawistnymi. Zwyciężamy i będziemy zwyciężać nadal!. – Jesteśmy w stanie doprowadzić tę sprawę, dla której się tu zbieramy, do końca.

Będą pomniki i będzie prawda! Ale właśnie tej prawdy – prawdy o Smoleńsku, ale także prawdy o tych latach rządów, które już za nami – Bogu dzięki – tak bardzo się boją. Stąd ta furia, stąd ta nienawiść. Z jednej strony tych, którzy po prostu są wynajęci, a z drugiej – tych, którzy po prostu są oszalali z nienawiści.

Przyjdzie czas prawdy, pełnej prawdy, przyjdzie czas upamiętnienia – i to już niedługo – i przyjdzie wielka klęska tych, którzy nienawidzą, którzy w gruncie rzeczy nienawidzą Polski. Bo o to chodzi – oni nienawidzą Polski. Ale Polska zwycięży!

Reklamy

Wdowy smoleńskie są różne!

Wdowy i wdowcy po katastrofie smoleńskiej się różnią. Córki i synowie, a także wnukowie też się różnią!

W tej konstelacji są tacy, którzy w cichości obchodzą kolejną miesięcznicę, czy rocznicę i idą na groby swojego bliskiego, aby zapalić znicz, położyć kwiaty i powspominać i ja optuję za takim upamiętnieniem tego tragicznego wydarzenia.

Jednak są też tacy, którzy na tej tragedii się politycznie wybili i powiedzą za Prezesem każdą głupotę, spoglądając na stan konta i to jest haniebne!

Dziś, podczas obchodów 7 Rocznicy Katastrofy Smoleńskiej ponownie zostaliśmy podzieleni przez rządzących i poczułam na twarzy kolejnego plaskacza, jako ta nie wierząca w zamach, choć przepłakałam cały, niemal dzień.

Tak, tak – ja komunistka i złodziejka, gorszy sort, łajza – płakałam jak bóbr w 7 rocznicę tego strasznego wydarzenia!

Kogo obchodzą moje łzy? Kogo obchodzą łzy tych bez parcia na politykę i na stan konta?

Na pewno nie tych, którzy ponownie podsycili Naród zamachem, bo tylko dzięki Smoleńsku trzymają w łapach Polskę od 1.5 roku.

Najważniejsze w moim życiu, to być normalną i choć jestem seniorką, to potrafię rozróżnić prawdę od kłamstwa.

Zadaję sobie pytanie tylko – ile to szaleństwo jeszcze potrwa?

Ile razy będą zadawać rany rodzinom, które powoli wychodzą na prostą i tylko pragną spokoju, a kolejne, polityczne miesięcznice rozdzierają im  serca każdego 10 miesiąca.

Ile jeszcze potrwa ten szaleńczy taniec na trumnach?

Pytanie retoryczne, choć ja wiem, że dopóki będą przy władzy!

Prezydencie – wstydź się!

Na klawiaturę cisną się zdania i słowa – ale ich nie napiszę!

A o Katyniu ani słowem, kiedy Wajda nakręcił film zapierający dech!

Taka jest ich wrażliwość!

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=imeMFLt_eyk

Miałam koszmarny sen!

https://www.youtube.com/watch?v=iXihhRsf_g4

Miałam sen, koszmarny sen, a zaczął się tak:

Jestem na studiach w dużym mieście, a mój tata powadzi kampanię wyborczą i ubiega się o urząd Prezydenta Polski.

Jeździ po kraju i przekonuje lud, że będzie najlepszym Prezydentem, który z serca będzie dbał o wszystkich wyborców i zrobi wszystko, by Polska po rządach PO i dojnej prezydenturze Komorowskiego odzyskała swój należyty jej blask.

Mój ojciec jeździ i wygłasza przemówienia i obiecuje, że jako Prezydent będzie stał przede wszystkim za Polską Konstytucją i zgodnie z nią będzie sprawował swoje rządy.

Przewracam się delikatnie na drugi bok, ale się nie wybudzam i słyszę jak mój kochany tata obiecuje Polakom – czuję się dumna w tym śnie:

Będę prezydentem, który słucha i służy obywatelom;

Będę prezydentem dialogu, porozumienia i rozmowy;

Będę prezydentem, który przywróci Polakom zaufanie do państwa i poczucie godności;

Będę prezydentem, który troszczy się o bezpieczeństwo Polaków;

Będę prezydentem, który buduje państwo uczciwe i sprawiedliwe;

Będę prezydentem, który z troską i zrozumieniem odnosi się do każdego obywatela;

Będę prezydentem Polski przyszłości. Silnego, sprawnego państwa w centrum zjednoczonej Europy;

Będę prezydentem Polski dumnej ze swojej historii, swoich przodków i korzeni, Polski, która pamięta i czci swoich bohaterów;

Będę prezydentem, który nie unika trudnych sytuacji, który nie ucieka, kiedy powinien być arbitrem;

Będę prezydentem aktywnym, który chce korzystać z inicjatywy ustawodawczej.

Czytaj więcej: http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/3768571,10-zobowiazan-andrzeja-dudy-kandydat-pis-na-prezydenta-podpisal-umowe-programowa-zdjecia-video,id,t.html

Czuję w tym śnie jak rozpiera mnie duma, a moi znajomi ze studiów mi gratulują i piszą smsy, że mam wspaniałego tatę, który z pewnością będzie niezłomny i nie przekupny. Będzie Polskę godnie reprezentował na arenie międzynarodowej, a Polacy go pokochają.

Śnię dalej i śni mi się, że moja mama – Agata Duda ślicznie ubrana, stoi murem obok mojego ojca i z mównicy oświadcza, że ona się nie boi Prezesa Kaczyńskiego tak jak boi się go opozycja.

Śni mi się zaprzysiężenie mojego taty – już Prezydenta, a z tyłu stoję ja i moja mama. Obie jesteśmy ogromnie dumne z niego, bo tak pięknie mu bili brawa, kiedy na Konstytucję przysięgał przepisaną pismem kaligraficznym.

Nagle podświadomie czuję, że rzuca mnie na własnym łóżku, a nogi mi chodzą, jakby chciały mnie zanieść gdzieś, gdzie nie ma wieści o prezydenturze mojego ojca. Moja mama nie chce z nim zamieszkać, bo boi się jego wynurzeń i jęków, iż musi robić tak, jak mu Prezes nakaże, a on nie potrafi się sprzeciwić. Słyszę od mamy, że niech on sobie flirtuje z leśnym ruchadełkiem, bo ona woli święty spokój i nie będzie robiła dobrej miny do złej gry.

Nagle kumple i kumpelki ze studiów mnie się pytają o to, co też mój ojciec wyprawia, że ułaskawia tych, nad którymi wisi Miecz Demoklesa, czyt. Kamiński.

Śmieją się ze mnie, że mój ojciec podpisuje nocą podstawione mu przez Prezesa niekonstytucyjne ustawy lewą zresztą ręką. Nabijają się ze mnie, że mam ojca, który jest najgorszym Prezydentem, bo nawet gorszym od Lecha Kaczyńskiego, który bał się własnego cienia.

Śni mi się, że mój ojciec po roku swojej prezydentury ma najgorsze notowania i najwięcej memów. Jest oceniony bardzo krytycznie, jako tchórz i człowiek bez kręgosłupa.

Budzę się zlana potem – tak mi się śni i postanawiam się spakować, wziąć jakąś  gotówkę i wyjechać tam, gdzie kompletnie nikt mnie nie zna, bo  bardzo jest mi wstyd, że mój rodzony ojciec tak się okropnie zeszmacił i oszukał miliony Polaków. 

Dwie twarze Jarosława Kaczyńskiego!

Prezes Jarosław Kaczyński tak chętnie opowiada o swoich kotach – Fionie, Czarku i Feliksie.

Jednak to Fiona nie daje najbardziej spać w nocy Prezesowi.  Fiona to zabawowa kotka i domaga się rzucania jej winogron, z którymi rozczulająco aportuje.

Kiedy Prezes zapomni się z nią pobawić, to ta „pierunica” wrzeszczy po nocy i Prezesowi nie daje spać!

http://www.pudelek.pl/artykul/93923/jaroslaw_kaczynski_o_kotce_fionie_moja_kotka_aportuje_winogrona/

I oto mamy dwie twarze Prezesa!  Dobrego, rozczulającego, starszego Pana, który kocha zwierzątka. 

Drugą twarz Prezesa opisał mój znajomy – pisarz – Andrzej Rodan, który zezwolił na udostępnianie jego tekstu.

Oto mamy do czynienia z człowiekiem nienawidzącym Polski i polskiego społeczeństwa, bo czytamy:

 

 

 

„GANG KRASNALA BALBINY (część piąta), czyli naukowa analiza Kaczyzmu!
ANDRZEJ RODAN z pewną taką nieśmiałością tako rzecze: czym charakteryzuje się Kaczyzm? Arogancja, prostactwo, pogarda, retoryka nienawiści, pycha, chciwość, nietolerancja, fałszowanie historii, skłócenie i rozmiękczanie narodu, obrażanie społeczeństwa tego gorszego sortu i rebeliantów.
Kaczyzm to pospolite chamstwo, inwigilacja obywateli, leczenie Puszczy Białowieskiej siekierą i piłą, dwa lata pozbawienia wolności za handel w niedzielę, wigilię i wielką sobotę, więzienie za przerwanie niechcianej ciąży, rozbuchany antysemityzm, homofobia, obskurantyzm, rasizm i ksenofobia, wprowadzenie religii smoleńskiej z bogiem Lechem, a nawet fałszowanie własnych życiorysów.
Kaczyzm to miłość do byznesmena Rydzyka, zniszczenie programu in vitro, oddanie kraju w pacht pazernemu Kościołowi, rozwalanie Trybunału Konstytucyjnego, sądownictwa, demokracji i praworządności.
„Dobra Zmiana” pozostawi Polskę w ruinie!
Ustawy Kaczyzmu niebawem zamienią się na policyjną pałkę, karabin i więzienny klucz, bowiem od słów przechodzi się do terroru, i nikt im nie powie, że białe jest białe, a czarne jest czarne.
Kaczyzm to nie straszliwy sen, ale oczywista oczywistość!
Suweren, czyli ciemny lud w końcu obudzi się i urządzi wam rodeo. Przyjdzie czas i Gang Krasnala zostanie ROZLICZONY, ale w tak zwanym międzyczasie Polska stanie się pośmiewiskiem i straSZYDŁEM Europy! Już nim jest!”

 

Krzysztof Łoziński: Kaczka trojańska i pełne pampersy Prezesa

 

Chciałem rządzić już gdy miałem 12 lat. Premierem zamierzałem zostać gdy miałem lat 34, a skończyć rząd mając lat 91. To byłby rok 2040. To jeszcze strasznie dużo czasu

Szkoda, że nikt wówczas nie potraktował tej wypowiedzi na serio, bo wynika ona wprost z osobowości jej autora i jest kluczem do zrozumienia tego, co dzieje się dziś.

Kaczyński miał 12 lat w roku 1961, za Gomułki, którego władzy wówczas nic nie zagrażało. Lat 34, gdy zapragnął być premierem, miał w roku 1983, gdy Jaruzelski dopiero co zamienił stan wojenny w „stan wisielczy” („stan zawieszenia stanu wojennego”).

Do roku 2040 mamy jeszcze 24 lata.

Co z tego wszystkiego wynika? Jeśli uznać to za zwykłą megalomanię zakompleksionego frustrata, to nic. Ale jeśli potraktować to jako deklarację życiowego celu, zobaczymy osobnika, który wcale nie kieruje się realizacją jakiejś idei politycznej, tylko czystym dążeniem do władzy; do władzy obojętnie jakiej, byłe pełnej, nieograniczonej i zdobytej dowolnym – byle skutecznym –  sposobem. Do władzy, która ma być rekompensatą wszystkich życiowych upokorzeń, braku akceptacji przez rówieśników, dziewczyn, które go nie chciały, wątłej kondycji fizycznej i lat chowania się za spódnicą mamusi.

Ale władza to jeszcze nie wszystko, musi być podziw, kult, uwielbienie tłumów, niemal boski blask.

Pomyślmy, czym chciał rządzić w 1961 roku? Czego chciał być premierem w 1983 roku? Przecież nie wolnej Polski, bo jej wówczas nie było. A więc – po prostu rządzić, mieć władzę dla władzy, obojętne nad czym.

Wróćmy do tego, co teraz. Zdobył władzę. W krótkim czasie niemalże zbudował dyktaturę; jeszcze krok, a mógłby ogłosić się kim chciał – królem, zbawcą, sułtanem, premierem tysiąclecia…

A tu klops. Pojawił się opór, i to opór znaczny, wewnętrzny i zewnętrzny. Tego się nie spodziewał, tego nie miało być. A szczęście było tak blisko…

Jeśli spojrzymy na rzeczy z tej perspektywy, to zrozumiemy, że nie może być żadnego „kompromisu”, żadnych „negocjacji”. Zresztą na czym miałby ten „kompromis” polegać? Prawo ma być przestrzegane w dni parzyste, a w nieparzyste nie? A może do południa tak, a po południu inaczej? Wszyscy wiemy, że żaden kompromis nie jest tu możliwy.

Kaczyński otwarcie mówi, że jeśli prawo mu przeszkadza, to prawo nie obowiązuje. Zapisano to nawet w ustawie o prokuraturze: prokurator może popełniać przestępstwa, o ile działa „w interesie społecznym”. Tylko jak Kaczyński i PiS rozumie „interes społeczny”? Dokładnie jako prywatny interes Kaczyńskiego w jego dążeniu do świetlanej dyktatury. Bo przecież on, „premier tysiąclecia”, „zbawiciel”, „geniusz”, itp. sam jest emanacją interesów, dążeń i pragnień całego społeczeństwa.

A ci co tego nie uznają, to „zaprzedani ludzie”, „mający gen zdrady”, „gorszy sort”, „element animalistyczny”, „łże-elity”, „lumpeninteligenci”, „komuniści i złodzieje”…

Gdyby rządził człowiek o innej osobowości, napotkawszy tak silny opór, zrezygnowałby z części planów, zrobił krok do tyłu, i zadowoliłby się rządzeniem spokojnie przez kolejne lata, a później bezpieczną i niemałą emeryturą. Ale nie ten człowiek.

On zdaje się nie widzieć żadnych innych metod realizacji celu, jak knucie, spiskowanie, kłamstwa i obelgi. A te wszystkie coraz brutalniejsze obelgi, ta wściekła agresja, to po prostu objaw frustracji i strachu. Przecież wiemy już z kolejnych epizodów, jak myśli Jarosław Kaczyński, gdy napotyka problem. Myśli, jak problem rozwiązać? Nie, myśli jak oszukać tym razem. Czy schować się, czy deklarować zrozumienie dla lewicy, czy zaprosić opozycję na „rozmowy”, z których nic nie wynika.

To całe zaproszenie opozycji parlamentarnej (ale nie KOD-u, czyli opozycji rzeczywistej) do rozmów, to tylko wybieg, to właśnie jest „kaczka trojańska”. Te rozmowy nic nie dały, niczego nie ustalono, ale dzięki nim można twierdzić wobec UE i USA, że „trwają negocjacje”, choć nic nie trwa, i „szukamy rozwiązania politycznego”, to znaczy metody wykiwania przeciwnika.

Jarosław Kaczyński postawił wszystko na jedną kartę. Doskonale wie, że gdyby obecnie ustąpił, zaczął uznawać wyroki Trybunału Konstytucyjnego, to przegrał całkowicie. On zabrnął w ślepy zaułek i wie o tym. Stąd paniczny strach i wściekła agresja. No bo przecież za chwilę poległyby wszystkie fundamenty dyktatury, która już niemal zbudował, tylko jeszcze nie ogłosił: ustawa o prokuraturze, policji, służbie cywilnej, mediach…

Oczywiście mógłby wtedy spokojnie rządzić przez kolejne lata i wysoce prawdopodobne, że nie poniósłby żadnej odpowiedzialności za to, co zrobił do tej pory. Ale to byłoby dla niego rezygnacją z domniemania boskości i świetlanego blasku, z celu całego życia.

Wie też, że jeśli będzie brnął dalej i przegra, to jego klęska będzie totalna, tak jak totalne jest jego marzenie; wie, że w przeciwieństwie do Janukowycza nie będzie miał dokąd uciec, bo wrogów sobie narobił wszędzie.

I wie, że za plecami ma cień, który sam stworzył: Zbigniewa Ziobro, oberprokuratora, posiadającego ogromna władzę, władzę tak wielką, że gdy szef osłabnie, może go jednym ruchem z tronu zrzucić, nawet aresztować. Prezes ma ze wszystkich stron ściany: KOD, Unię Europejską i USA, Trybunał Konstytucyjny i Ziobrę czekającego na jego błąd lub zachwianie poparcia we własnej partii.

władca osaczony może być bardzo niebezpieczny. Może sięgnąć po przemoc. A wtedy sytuacja będzie zero-jedynkowa. Albo wygra, ustanowi terror i dyktaturę, albo przegra i będzie musiał uciekać. Tylko dokąd?

Polska w tej chwili znajduje się w bardzo groźnym momencie. Gdyby Kaczyński miał pewność, że policja i wojsko wykonają rozkaz strzelania do tłumu, to krew już by się lała. Ale on tego nie jest pewien. Co zdecyduje, nie wiadomo. Wycofanie się jest w jego wykonaniu mało prawdopodobne, a skutki konfrontacji siłowej są nieobliczalne. Decydując się na nią ryzykuje wszystko, nawet życie, także nasze. Niestety nie mamy żadnego wpływu na tę decyzję, ale musimy być świadomi, że takie niebezpieczeństwo istnieje.

Moim zdaniem, jeśli Prezes zdecyduje się na użycie przemocy, to spowoduje olbrzymi wybuch społeczny, który już trudno będzie kontrolować. Moim zdaniem przegra, ale to co zrobi nie zależy do mojego zdania.

Krzysztof Łoziński

http://studioopinii.pl/krzysztof-lozinski-kaczka-trojanska-i-pelne-pampersy-prezesa/

 

Chcieliście? To macie Polacy!

Dzień dobry. 🙂

Kto nie skacze ten jest z PiS-em!

Tak skandują ludzie w wielu miastach, podczas manifestacji organizowanych przez Komitet Obrony Demokracji.

Przyznam się, że gdybym mieszkała w dużym mieście, to absolutnie bym nie skakała i nawet ba – nie dołączyłabym do takiego marszu w „obronie demokracji”.

Dlaczego? Dlatego, że jako wściekła Obywatelka mojego kraju twierdzę, że Polacy ową demokrację oddali lekką ręką – na własne życzenie.

Kiedy PO było u władzy i zaczynało Polską „nie rządzić”, to trzeba było kochani Rodacy dopominać się, aby rządzić zaczęli, kiedy przysnęli i spędzali miło czas w restauracjach zażerając ośmiorniczki.

Kiedy jeden i drugi z posłów robili kardynale błędy i chwalili się drogimi zegarkami, to trzeba było już wychodzić na ulicę i domagać się sprawiedliwości i oczyszczenia szeregów partii.

Jestem ciekawa ile osób skandujących teraz na ulicach było na wyborach? Pewnie duży procent tych, którzy teraz drą japę, siedziało na kanapach w ciepłych papuciach, olewając jakieś tam wybory.

Dobrze im było z misiowatym Prezydentem i tracącą grunt pod nogami – namaszczoną Kopacz. Tak fajnie było i się przyzwyczaiło – sądząc, że orkiestra – jak Owsiaka będzie grała do końca świata i o jeden dzień dłużej, a teraz płacz, lamenty i krzyki, bo zabrali Polakom demokrację.

Macie, coście chcieli, bo Polak jest taki, że od czasu, do czasu musi dostać manto i oto manto Wam spuszcza PiS, które ze smyczy spuściło różnego rodzaju robactwo obślizgłe, które będzie kawałek, po kawałku obżerało Wam ten pyszny tort.

Oto macie zapłatę za swoje nędzne lenistwo i brak wyobraźni, a także wygodnictwo. Będą Wam po kolei zabierali wszystko i takie podskakiwanie teraźniejszej opozycji wydaje się tak śmieszne i kabaretowe, że nawet Laskowik ze Smoleniem mnie tak nie bawili.

Czy to jest jeszcze mój kraj, czy ich? Owszem mój, ale geograficznie to jest mój kraj, ale mentalnie stoję już z boku i jeno się przyglądam, co z tego tortu zostanie.

Zadaję sobie pytanie nieustannie, że dlaczego Polacy na to pozwolili, aby teraz rządzili nimi najróżniejsi nieudacznicy, nie żonaci, nie mężatki, nie dzieciaci, byli kapusie i  cwaniacy, skompromitowani, a więc dokąd Polsko zmierzasz!

Byli bliźniakami, ale ten, który zginął, był mniej mściwy i niestety bardziej rozgarnięty!

 

Dwa oblicza Prezesa Kaczyńskiego!

Wczoraj w programie TVN 24 „Czarno na białym” obejrzałam analizę charakteru Prezesa PiS – Jarosława Kaczyńskiego, który w wyborach 2015 zgarnął wszystko.

Kto nie oglądał, to podaję link i proszę uważnie posłuchać, co o Kaczyńskim mówią jego najbliżsi, z którymi przez ostatnie lata przebywał, i którzy go znają bliżej, niż przeciętny telewidz jakim jestem ja.

 

http://www.tvn24.pl/czarno-na-bialym,42,m/czarno-na-bialym-prezes,589997.html

Budzi skrajne emocje – można go uwielbiać, można nienawidzić – ale bez wątpienia to jeden z najważniejszych polityków wolnej Polski, pierwszy, którego partia zdobyła większość pozwalającą samodzielnie rządzić. Zdobył władzę, do której dążył przez całe swoje polityczne życie. Jarosław Kaczyński – dziś w programie jego dwa oblicza – skrajnie różne, jak emocje, które on sam wywołuje. Polityk i prezes – według rywali – twardy, bezkompromisowy, niekiedy brutalny, mistrz politycznych intryg. Według tych nielicznych, którzy znają go bliżej i prywatnie – Jarosław Kaczyński to człowiek spokojny, troskliwy, raczej uległy. Ci, z którymi rozmawiał Cyprian Jopek zgodnie przyznają tylko jedno – w życiu Jarosława Kaczyńskiego przed polityką ważniejsza była tylko rodzina – matka i brat – gdy ich stracił – pozostała mu już tylko polityka. (http://www.tvn24.pl)

Tak więc obejrzałam ten dokument i pragnę zaznaczyć, że nie leję w tym wpisie żadnej wazeliny, bo nie mam w tym żadnego interesu.

Jednak ten dokument odrobinę otworzył mi oczy, że ten samotny człowiek w swoim życiu przeżył niejedną tramę i jest taki jaki jest i trzeba sięgnąć głębiej, aby go zrozumieć.

W jego życiu musiało się wydarzyć coś takiego, że stał się na zewnątrz człowiekiem oschłym i apodyktycznym, a z dokumentu wynika, że ma miękkie serce bliżej „dupy” jak się to potocznie mówi. To, co na zewnątrz, to tylko wystudiowana fasada, a to, co wewnątrz, to ból i rozgoryczenie. Ojciec nie kochał swoich synów, a matka ich chroniła i to Prezes zapamiętał najbardziej.

Podejrzewam, że w domu Kaczyńskich rozegrał się rodzinny dramat. Ojciec nie poświęcał swoim synom za dużo uwagi, a matka ich chroniła i to w  umysłach synów pozostało na zawsze. Może ojciec zdradzał matkę i ona z tego powodu cierpiała, a oni zapamiętali jej cierpienie i dlatego matka była jedyną ostoją i dawała im stabilizację.

W domach komunistycznych rozgrywały się różne dramaty i podejrzewam, że i dom Kaczyńskich był pełen niedomówień i animozji, a dzieci to widziały.

Zmierzam do tego, że nie lubię polityki Kaczyńskiego, ale sądzę, że przez politykę chciał się wyrazić i zakryć dziecięce kompleksy. Chciał pokazać, że nie jest nikim, jak wmawiał mu ojciec, a więc za wszelką cenę chciał sobie udowodnić, że naprawi z bratem Polskę.

Zawsze staram się być uczciwa w ocenie człowieka i niezależnie, czy to jest zwykły śmiertelnik, czy też wielki polityk, bo wielkim politykiem okazał się Jarosław Niezłomny, który przegrał wiele wyborów, ale dopiął w końcu swojego.

W tym programie było powiedziane, że Jarosław bardzo kochał matkę, potem brata, a w końcu swoje koty, a na ostatnim miejscu  znalazła się polityka i nie mnie oceniać kolejność.

Znienawidziłam go, kiedy wrzeszczał w mediach, że to PO i Tusk zabili mu brata i wrzeszczał w rozpaczy, bo mu katastrofa zabrała brata bliźniaka. Wrzeszczał, ale pod spodem czuł, że nagle został sam, bo brat zginął, a za chwilę umarła mu ukochana matka, a więc został całkowicie sam i tylko kot mu się ostał.

To musiało być wielkie cierpienie i tylko Bóg wie, jak Prezes to przeżył, ale najbardziej wzruszyły mnie słowa w dokumencie, że swoją matkę nazywał mamuśką i mateńką, a głos mu miękł, to wywołało u mnie potok łez.

Obudziłam się w innej Polsce, ale nie lepszej!

Obudziłam się w innej Polsce. Obudziłam się i dotarła do mnie wiadomość, że PiS wygrał wybory. Obudziłam się i wielce zasmuciłam nieodpowiedzialnością Rodaków, którzy wybrali coś, co już w Polsce było, a było mroczno i straszno!

Nie mogę się nadziwić, że oto Polacy zagłosowali na przewidywalny scenariusz podsłuchów, inwigilacji, masowych zwolnień z pracy, bo przecież będą chcieli mieć wszędzie swoje macki i władzę.

Ci starsi, którzy zawierzyli po raz drugi Prezesowi, bo to on będzie pociągał za sznurki – zagłosowali  bardzo nieodpowiedzialnie. Nie przewidzieli tego, że oto ich dzieci, żony, mężowie i dalsza rodzina będą masowo tracili pracę.

Już doszły mnie słuchy, że w małym miasteczku pracownicy sądu drżą o swoją dalszą przyszłość. Już boją się prokuratorzy i urzędnicy w administracji publicznej, bo przecież wzorem lat 2005-2007 będą wymieniać nawet sprzątaczki, gdyż wszędzie będą chcieli mieć kontrolę i nad wszystkim.

Nie dziwię się niedoświadczonej młodzieży, która zawierzyła Beacie Szydło. Nie zrozumieli, że Beata Szydło cały czas ma twarz Prezesa i nigdy nie zdoła pokazać swojej. Młodzież, która przecież nie pamięta tego szaleńczego sprawowania władzy przez opętanego nienawiścią człowieka z Żoliborza.

O Narodzie, mój Narodzie – co żeś Ty zrobił wczoraj i gwarantuję, że zapłaczesz bardzo szybko za normalnością i wolnością, którą oddałeś w ręce Prezesa, o którym nawet jego własny Ojciec nie miał dobrego zdania.

Nic to. Nich porządzą sobie. Niech rozpierniczą to wszystko, co ciężko było budowane przez te 8 lat normalnych rządów. Niech w końcu spełnią swoje obiecanki wypowiedziane z krystalicznych usteczek Beaty Szydło, a są to obiecanki z kosmosu, których spełnienie jest wręcz niemożliwe:

Czuję się jak zbity i niczyj pies, bo ani Prezydent nie jest z mojej bajki, ani nie mam już swojego rządu. Czuję się fatalnie i drżę o pracę moich bliskich, a teraz zapoznajcie się obiecankami, bo po ich spełnianiu staniemy się Państwem bankrutów!

Módlmy się, bo oto przyszła władza, że bez modlitwy będzie ani rusz!

PiS – da każdemu dziecku da po 500zł /mc
– nie dopuści do zamknięcia ani jednej kopalni i nie zwolni żadnego górnika
– reaktywuje Stocznie w Szczecinie
– anuluje wiek emerytalny 67 i przywróci 65
– zlikwiduje VAT8% na ubranka dla dzieci
– obniży VAT do 22%
– da prace młodym i mieszkania socjalne na start
– pensje pielęgniarkom i całej slużbie zdrowia PODWOI
– przewalutuje frankowiczów
– zwiększy 3 krotnie kwotę wolną od podatku
– podniesie renty i zwiększy emerytury
– podniesie najniższa krajowa do poziomu UE
– podwoi nakłady na polska naukę
– zrepolonizuje banki
– opodatkuje hypemarkety i banki
– lekarz i dentysta będzie w każdej szkole
– przedszkola będa za friko
– obniży CIT z 19 do 15% dla przedsiębiorstw zatrudniających min. 3 osoby
– wycofa PL z pakietu klimatycznego
– stworzy system obrony terytorialnej kraju
– zlikwiduje NFZ pieniądze przekaże wojewodom
– zapewni wzrost liczby lekarzy i pielęgniarek
– ochroni lasy państwowe zapisem w Konstytucji
– będzie bronić złotówki przed Euro
– będzie bronić polskiej ziemi przed wykupem
– będzie aktywnie działać na rzecz odbudowy nowoczesnego polskiego przemysłu
– wyrówna dopłaty bezpośrednie dla rolników
da im tez rekompensaty związane z embargiem rosyjskim
– dokona zmian dotyczących ustaw śmieciowych.
– da prawo rodzicom do decydowania o edukacji swoich dzieci
– zlikwiduje gimnazja, przywróci 8- klasowa szkole podstawowa i 4-letnie licea
– bankowy tytuł egzekucyjny zlikwiduje
– zwiększy i wesprze eksport- program uruchomienia biliona 400 mld zl. na inwestycje, łącznie z funduszami      europejskimi
– rozwinie budownictwa mieszkaniowe
– odbuduje polski przemysł
– powoła Narodowa Rade Rozwoju
– powoła Rade Przedsiębiorczości
– usprawni i uskuteczni dyplomacje
– stworzy bezpieczeństwo energetyczne

Wklejam jeszcze klip ku pamięci jak to drzewiej z Prezesem bywało, a nie mam żadnego powodu myśleć, że Prezes się zmienił.

Smoleńsk, dużo Smoleńska będzie w Polsce, a więc pomniki, skwerki, nazwy ulic Lecha Kaczyńskiego będą wszechobecne.

Takiej chcesz Rodaku Polski, to ją będziesz miał!

https://www.youtube.com/watch?v=uKeeH7LTJc8

Prezesowi z nosa się kurzy!

Dzień dobry. 🙂

Może pamiętacie z lat dzieciństwa taką bajkę o Smoku Danku, a dzieci mówiły, że jest to SmokfilomiDanek, czy jakoś tak, a smok śpiewał w te słowa:

Ja jestem Danek, uuuu…
Największy samochwała
I najmilszy smok!

https://youtu.be/Fwm4GmKPktE

Wpadłam do sieci w poszukiwaniu śladów tej bajki, ale na YT jest tylko kawałek i wielka szkoda, bo bajka była zabawna, a zauważyłam, że  Smok tak samo układał swoje łapy, jak układa rączki Prezes Kaczyński. 😀

Tak mi się skojarzyło, że oto po długich miesiącach zamknięcia się na Żoliborzu, oto Prezes wyskoczył na scenę jak ten Smok Danek i kurzy mu się z nosa jak z lokomotywy. 😀

Myślę sobie, że idą ciężkie czasy dla Polski, bo ni chybił PiS te wybory wygra, choćby nie wiem, co by jeszcze wymyśliła Ewa Kopacz.

Prezes się jak ten Danek ujawnił i kompletnie przykrył kampanię swojej ulubienicy – Beaty Szydło. Prezes wartki i gotowy do rządzenia krajem jest wszędzie i aż strach otwierać lodówkę, bo staruszek odpoczął przez tyle miesięcy i nabrał wiatr w żagle.

Wiecie co? Przyznam się szczerze, że boję się Smoka Danka, bo pamiętam jego rządy, kiedy to kolbami łomotali do drzwi o szóstej nad ranem.

Prezes zapowiada zmiany tak daleko idące, że będzie wszystko wymieniał po swojemu, że drżyjcie sprzątaczki w urzędach.

Prezes ma szczegółowy plan już ułożony jak ma wyglądać mój kraj za jego rządów i dlatego się boję, bo mi zburzy moją – było, nie było jako taką stabilizację.

Monika Olejnik dziś tak napisała o tym, co zamierza Smok Danek:

„Wybory w czasach zarazy
Jarosław Kaczyński przebił szklany sufit.
Sondażowe wyniki Prawa i Sprawiedliwości są nie do pobicia od lat. Prezes Kaczyński jak może wspiera Beatę Szydło i jeździ po Polsce. Czy przebije szklany ekran? Bo to jest właśnie marzenie polityków PiS – chcą zmienić media. Jak to mówi kandydat do Sejmu Krzysztof Czabański: „Po wyborach kierownictwo mediów publicznych będzie stworzone przez polityków i z politykami. Nie ma innej drogi, ktoś musi te media naprawić” („Rzeczpospolita”, 5 września).
Politycy PiS wiedzą, jak doprowadzić do uschnięcia mediów im nieodpowiadających. Odciąć je od reklam, a reklamy przekazywać telewizji Republika, Radiu Maryja – choć radio społeczne, to może się jakoś uda, „Naszemu Dziennikowi”, „Gazecie Polskiej” i innym tygodnikom niepokornym. Prawicowi naprawiacze mediów chcą zrobić porządki w mediach nie tylko publicznych, ale też prywatnych, nie swoich stacjach. Napisali list w formie donosu do właściciela jednej z nich.
Rewolucja będzie dotyczyła nie tylko telewizji, radia, ale także kultury.
Tygodnik „Polityka” cytuje Zbigniewa Ziobrę, który na jednym ze spotkań powiedział: „Państwo musi wydawać pieniądze na piękne, bohaterskie postawy w czasie II wojny światowej, nie na » Idę «czy » Pokłosie «”.
Pamiętam, że „Pokłosie” bardzo się nie podobało prezesowi Kaczyńskiemu, nie mówiąc o „Idzie”, która, jak wiemy, dostała Oscara.
„Polityka” pisze, jak to europoseł Tomasz Poręba w Mielcu powiedział, że PiS „nie dopuści do kręcenia hańbiących filmów o Polsce, które dyskredytują i obarczają za winy, których nigdy nie popełniliśmy”. Niestety nie wiem, jak będzie z książkami – czy będą wydawane tylko słuszne książki, a te, które już są, zostaną zmielone?
PiS naprawi sądownictwo – być może wyroki, z którymi się nie zgadza opinia publiczna bądź polityczna, będą zmieniane.
Zapewne czeka nas rewolucja w sprawie in vitro i aborcji, bo przecież prezes Jarosław Kaczyński w 2014 r. obiecał Bractwu Małych Stópek zaostrzenie ustawy.
Nie będzie gimnazjum, tylko powrócimy do szkoły podstawowej i liceum. Być może doczekamy się tego, że religia będzie przedmiotem maturalnym.
PiS nie pozwoli na rozprzestrzenianie się zarazy, którą mogą nam przynieść uchodźcy.
O sprawach gospodarczych już nie będę pisać, bo będziemy żyć w kraju mlekiem i miodem płynącym.
PiS zamierza zacząć od początku badanie katastrofy smoleńskiej, bo raport komisji Jerzego Millera do spraw jej wyjaśnienia należy spalić.
Polska musi być odzyskana, bo to będzie największa rewolucja od 1989 r. Trzeba wrócić do korzeni.
Ale na szczęście mamy wybór między ośmioma partiami.”

A wiecie co jest najgorsze? Najgorszy jest fakt, że wszelkie mendy i gnidy już wyczuły kasę. Do tych mend zaliczam aktora Zelnika, który denuncjuje swoich kolegów z branży, że obstają za Platformą Obywatelską i tym sposobem otworzył czarną listę, a więc żegnaj klaso,  żegnaj stabilizacjo, a więc i żegnaj spokoju!

I po co drzeć szaty w tylko jednym, danym nam życiu?

Dzisiejszy dzień, 13 grudnia sprawił, że jestem w kiepskim humorze i po godzinie 13 stałam się bardziej wrażliwa niż jestem w rzeczywistości. Często jest tak, że chowam w sobie głęboko emocje i nie pokazuję ich nikomu, bo po co mam swoimi emocjami zatruwać innym życie, ale dziś kiedy Naród wyszedł na ulice Warszawy pod przewodnictwem Prezesa i innych z tej szajki zrobiło mi się bardzo smutno.
Pamiętam ogłoszenie Stanu Wojennego, bo mi zabrali męża na „wojnę” i zostałam z dwojgiem malutkich dzieci i nie chcę wracać do tego dnia, kiedy nie mogłam pohamować łez rozpaczy, a jednocześnie uspokajać dzieci, które widziały mój smutek i na tym zakończę swoje wspomnienia.
Wyszli ludzie na ulice Warszawy i domagali się nie wiadomo czego, bo nie potrafili dokładnie sprecyzować po co właściwie wyszli, a coś dukali pod nosem, że w obronie demokracji i krzyczeli, że precz z komuną, a ja tak na nich przez ekran telewizora spojrzałam i stwierdziłam, że mimo 25 lat wolności, ci ludzie wciąż są tacy smutni, jak to w komunie śpiewał Smoleń. Szli smutni ludzie, którzy zabawili się w martyrologię  i zanegowali wszystko, dosłownie wszystko, co kraj nasz osiągnął przez te 25 lat. Nie ma dróg i mostów. Nie ma ciepłej wody w kranach i nie ma ogrzewanych mieszkań. Nie mają co na siebie włożyć i nie mają co włożyć do gara, ale za to mają siłę wyjść na ulicę i wieszczyć banały, bo tak im podpowiada wielki wódz, który dziś zrobił sobie kampanię wyborczą!
Nie twierdzę, że w moim kraju wszystko jest dobrze. Nie twierdzę, że już nic nie ma do poprawki i nie twierdzę, że rządzący są super i hiper, bo bym skłamała i wpadła w samo zachwyt albo bym straciła trzeźwe patrzenie na rzeczywistość, a nie chcę się okłamywać i wiecie co?
Znalazłam taki szeroki artykuł, który tu wklejam, bo mi świetnie pasuje do dzisiejszego dnia, kiedy niektórzy z komunałami wrzeszczą i są wiecznie niezadowoleni. Przychodzi taki czas, że to wszystko jest diabła warte, bo przychodzi choroba, która odbiera albo rozum, albo pozbawia siły wszystkie członki ludzkie i trzeba się zmagać z chorobą i niedołęstwem. Trzeba wybrać i zadecydować i niech wówczas szlag trafi to wszystko.
Kto zechce, ten przeczyta poniższy artykuł, a kto nie zachce, to niech chociaż przeczyta wstęp, aby zatrzymać się na chwilkę i zastanowić, że nie ma nic ważniejszego jak życie, samo w sobie.
Do Szwajcarii przyjeżdżają umierać ludzie z całego świata. Tu wolno pomóc w samobójstwie.

Rozmowa z dr Eriką Preisig, lekarką, która pomaga umrzećCzy to pokój, w którym się umiera?– Tak. Jak pani widzi, pacjent może wybrać, czy chce to zrobić na łóżku, czy w fotelu. Jest też duża kanapa, bo większość osób przyjeżdża do nas z rodziną. To są często trzy pokolenia: dziadkowie, rodzice i dzieci. Dziś rano umarł tu starszy pan z Francji, była przy nim córka z zięciem i dwóch dorosłych wnuków. Przy czym jeden z nich od razu zaznaczył, że nie chce być obecny przy tym ostatnim momencie, i wyszedł na zewnątrz. Rozumiem to i szanuję, bo ludzie czasem boją się patrzeć na śmierć. Boją się, że zobaczą drgawki, rzężenie, że ta osoba będzie cierpieć i to będzie dla nich trudne do zniesienia.Tak nie jest?– Wspomagane samobójstwo to jest spokojna, łagodna śmierć. Pacjent dostaje dużą dawkę silnego środka znieczulającego i po prostu zasypia.I pani mu to podaje?

– Nie. Musimy odróżnić dwie rzeczy: eutanazję i wspomagane samobójstwo. Eutanazja jest wtedy, kiedy lekarz sam daje pacjentowi zastrzyk uśmiercający. W Szwajcarii to nielegalne. Dopuszczalna jest za to pomoc w samobójstwie. Nasze prawo mówi, że jeśli ktoś chce umrzeć, można mu pomóc, pod warunkiem że nie stoją za tym żadne osobiste korzyści.

Dla pani to jest różnica?

– Gdybym sama miała zrobić ten zastrzyk, tobym czuła, że ja go zabijam. A to musi być decyzja i działanie pacjenta. Ja jestem po to, żeby on to zrobił bezpiecznie.

I co pani robi?

– Robię wkłucie do żyły i przygotowuję kroplówkę z solą fizjologiczną – na próbę. Pacjent najpierw sprawdza, czy potrafi ją sam uruchomić. Jeśli tak, umieszczam w niej właściwy środek. Od tej pory nikt inny poza nim nie może jej dotknąć. Kiedy jest gotowy, sam uruchamia kroplówkę specjalnym przyciskiem. I to jest bardzo ważne, żeby on to zrobił sam. Jeśli jest sparaliżowany i nie może ruszać ręką, dajemy mu specjalny przyrząd. Proszę zobaczyć: to jest taka lekka dźwigienka, która przypomina działaniem migawkę w aparacie fotograficznym. Wykonał to dla nas na zamówienie człowiek, który zajmuje się właśnie produkcją aparatów. Wystarczy lekko dotknąć – brodą, językiem – i uruchomi się mechanizm, który odblokuje lek.

I to już?

– Pacjent wie, że od tego momentu będzie żył jeszcze około czterech minut. Może pożegnać się z rodziną, przytulić. Po mniej więcej minucie przychodzi sen, potem ustaje akcja serca.

Co dalej?

– Przychodzi policja i lekarz patolog, którzy sprawdzają, czy to była śmierć dobrowolna. Czy nie ma śladów uduszenia, noża w plecach, czy wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Na wszelki wypadek każdą wspomaganą śmierć filmujemy.

Pani tego nie przeżywa?

– Bardzo. Dlatego wolno nam asystować tylko przy jednej śmierci w tygodniu, nie więcej.

Kim był pani pierwszy pacjent?

– To był mój ojciec. Dziewięć lat temu znalazłam go nieprzytomnego w jego pokoju. Mieszkał wtedy w domu ze mną i moją rodziną. Wokół łóżka walały się puste opakowania po lekach i dwie opróżnione butelki wina. Wziął chyba wszystko, co można było znaleźć w apteczce, i solidnie zapił alkoholem. Miał 82 lata, był już po dwóch wylewach. Nie mógł pisać ani mówić, porozumiewał się właściwie tylko ruchami głowy, a i to nie zawsze się udawało. Zadawałam mu na przykład pytanie, a on kiwał, że „tak”. A za chwilę walił się ręką w czoło i ryczał rozwścieczony. Rozumiałam wtedy, że to miało być „nie”, tylko głowa odmawiała posłuszeństwa. To był szalenie inteligentny człowiek, fotograf, silna osobowość. W domu było nas siedmioro, moja mama zmarła przy porodzie najmłodszego brata, więc praktycznie wychował nas sam. Dla człowieka o takim charakterze ten stan bezradności musiał być nie do zniesienia.

<podzial_strony>

Wezwała pani karetkę?– Postanowiłam go nie ratować. I to było trudne, bo byłam już wtedy lekarką, od 20 lat prowadziłam praktykę rodzinną. Miałam też trójkę dzieci, którym jakoś musiałam to wytłumaczyć. Ojciec obudził się po trzech dniach. Widziałam, że jest zrozpaczony tym, że cały czas żyje. Jakiś czas później postawił sobie koło łóżka pocztówkę, na której był pociąg. Jak do niego przychodziłam, pokazywał palcem na ten pociąg. Zapytałam go nawet, w jakimś przypływie naiwności, czy chce się wybrać na wycieczkę. A on wtedy złapał się za gardło i wykonał taki ruch, jakby chciał się udusić. „Dobrze – powiedziałam. – Zawrzemy układ. Obiecaj, że nie będziesz próbował się zabić, skacząc pod pociąg, a ja postaram się zorganizować ci wspomagane samobójstwo”.Wiedziała pani, jak się do tego zabrać?– Mamy w Szwajcarii fundację Exit, która pomaga osobom w takiej sytuacji. Poszłam do nich, ale okazało się, że aby zakwalifikować się do wspomaganego samobójstwa, trzeba być ich członkiem przez przynajmniej pół roku. Mój ojciec by tyle nie wytrzymał. I wtedy znalazłam Dignitas.Organizację, do której przyjeżdżają umierać ludzie z całego świata.– Dignitas w przeciwieństwie do Exit przyjmuje nie tylko Szwajcarów. Nie mieli też takich obostrzeń dotyczących członkostwa. Jak się dowiedzieli, że jestem lekarką, zaproponowali, że mogę zrobić to sama. Mnie ta myśl przerażała, bo ja to wtedy postrzegałam jako ciężki grzech.

Pani jest wierząca?

– Pochodzę z bardzo religijnej rodziny. Rodzice należeli do Armii Zbawienia i jako dzieci chodziliśmy tam przynajmniej dwa razy w tygodniu. Ojciec cytował Biblię z pamięci, przyjaźnił się z teologami, duchownymi, prowadził z nimi niekończące się dyskusje na temat wiary. Bardzo żałuję, że nie mogłam go wtedy zapytać, jak zamierza to w sobie pogodzić – samobójstwo i religię. Co by na to powiedział jego Bóg?

Pani zadaje sobie to pytanie?

– Cały czas. Po śmierci ojca strasznie się bałam, że Bóg mnie jakoś za to ukarze, na przykład że umrze jedno z moich dzieci. W takim strachu przeżyłam dwa lata. Nic się nie stało. Miałam za to kilku umierających pacjentów pod opieką. Lekarze rodzinni często wolą takiego pacjenta odesłać do szpitala czy hospicjum, bo jemu trzeba poświęcić dużo czasu, czasami chodzi się do niego nawet trzy razy dziennie. Mnie zawsze zależało, żeby moi pacjenci – jeśli to możliwe – umierali w domu, żebym mogła się nimi opiekować do końca. Widziałam, że mniej więcej połowa z nich odchodzi w strasznym cierpieniu. Zaczęłam się wtedy zastanawiać: co my właściwie im robimy?

Medycyna nie radzi sobie z cierpieniem umierających?

– Nie w każdym przypadku. Miałam pacjenta z zaawansowanym rakiem płuc. Końcowe stadium tej choroby wygląda tak, że człowiek ma płuca pełne wydzieliny, którą się stopniowo dusi. To jest śmierć w strasznych męczarniach. 20 grudnia, tuż przed świętami, zaczęło być z nim bardzo źle. Nie mógł oddychać, więc zaczęliśmy odsysać wydzielinę, ale to tylko powodowało, że płuca produkowały jej więcej. Cały dom – bo on był pod opieką paliatywną w domu – wypełniony był zapachem gnijących płuc i tym charczeniem duszącego się człowieka. Jego żona błagała mnie, żebym mu pomogła umrzeć, a ja nic nie mogłam zrobić. Męczył się jeszcze kilka dni.

Ale jest przecież morfina. Nie można takiego człowieka „wygasić” lekami?

– To się nazywa sedacja paliatywna. Podajemy kombinację morfiny i innych środków w takiej dawce, żeby pacjenta nie uśmiercić, tylko wprowadzić w śpiączkę. Ten pacjent z rakiem płuc też to otrzymał. Ale czy ktoś jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że człowiek w śpiączce nic nie czuje? Miałam kiedyś pacjentkę w terminalnej fazie raka. Była potwornie spuchnięta, musiała bardzo cierpieć, ale jakoś nie mogła umrzeć, mimo że podaliśmy jej sedację paliatywną. Jej mąż zdradził mi, że podejrzewa, dlaczego ona nie może odejść: „Mamy piątkę dzieci, ale jedna córka nie jest moja. Żona odeszła do innego, była z nim raptem dwa tygodnie, ale wróciła już w ciąży. Myślę, że ona się boi, co się stanie z tą dziewczynką po jej śmierci”. I ja zaproponowałam, żeby usiadł przy niej i zapewnił ją, że się będzie dalej opiekował tą córką. Trzy godziny później jego żona zmarła.

To mógł być przypadek.

– Miałam więcej takich przypadków w swojej praktyce. Jak umierała moja matka, ojciec poszedł ją odwiedzić w szpitalu. Kiedy stanął koło jej łóżka, wyciągnęła rękę, przesunęła po guzikach na jego koszuli i zapięła mu ten przy kołnierzyku. A lekarz zapewniał nas, że jest w takim stanie, że nic do niej nie dociera.

Ludzie zawsze znajdowali sposób, żeby odebrać sobie życie bez asysty lekarza i pielęgniarki. Dlaczego mamy im pomagać?

– Żeby to było bezpieczne dla nich i dla ich bliskich. Mniej więcej rok po tym, gdy umarł mój ojciec, zadzwoniła do mnie żona jednego z moich pacjentów. To był mężczyzna z zaawansowanym nowotworem, miał 86 lat. I ona mówi mi, że znalazła u niego pistolet i że on na pewno zamierza się zabić. Przekazałam mu przez telefon, żeby nic nie robił do mojego przyjazdu, i wsiadłam do samochodu. Usiedliśmy przy stole i zapytałam, jak właściwie zamierza to zrobić. Strzelić sobie w skroń? „Byłem w wojsku, więc wiem, jak się zabić na 100 proc. Lufę wkłada się do ust”. Wytłumaczyłam mu, jak to będzie wyglądać: jego żona, która siedzi obok, będzie w kuchni gotować obiad, usłyszy huk, pójdzie do ich wspólnej sypialni i znajdzie go w kałuży krwi z rozpłatanym mózgiem. Owszem, będzie martwy, ale czy na pewno chce jej to zrobić? On się wtedy rozpłakał. To było coś, o czym w ogóle nie pomyślał.

I pani wtedy mówi o wspomaganym samobójstwie?

– Pokazuję im, że jest taka opcja.

<podzial_strony>

Myślałam, że takiego człowieka trzeba raczej przekonać do życia.– Jak ktoś się dowiaduje, że jest inne wyjście, to często właśnie otwiera się na rozmowę o życiu. I ja zawsze próbuję go przekonać, żeby jeszcze żył. Ale ostatecznie to pacjent wie, jak bardzo cierpi i ile cierpienia może jeszcze znieść. Kim ja jestem, żeby decydować za niego?Ten mężczyzna jak wybrał?– To była druga osoba po moim ojcu, której pomogłam w ten sposób odejść. Była przy nim żona i cztery córki, to się działo w ich domu. Tuż przed śmiercią on ją mocno przytulił i powiedział: „Odchodzę po prostu trochę wcześniej niż ty, ale wkrótce się spotkamy”. Wcześniej pytała pani, jak ja to pogodziłam z Bogiem. Otóż jak się widzi taką spokojną, dobrą śmierć, to człowiek myśli: czy to jest na pewno niezgodne z religią, że pozwalamy odchodzić ludziom w taki sposób? A może to jest właśnie akt miłosierdzia? Po tym doświadczeniu zgodziłam się przyjąć propozycję Dignitas i zaczęłam asystować przy samobójstwach. A pięć lat temu założyłam własną organizację w Bazylei – Lifecircle.Kto prosi o pomoc?– Ludzie ciężko chorzy albo umierający, którym medycyna nie może pomóc. W różnym wieku. Najmłodszy pacjent miał 27 lat. To był chłopak z uszkodzonym rdzeniem kręgosłupa. W swoje 20. urodziny urządził imprezę i skoczył do basenu dla dzieci. Mimo paraliżu nieźle sobie radził, mógł trochę poruszać głową, więc pracował przy komputerze, używając joysticka. Po sześciu latach zaczął odczuwać bóle neuropatyczne. Zna pani to uczucie, kiedy człowiek sobie zimą odmrozi ręce i jak wchodzi do ciepłego pomieszczenia, czuje mrowienie w palcach? To jest to samo, tylko tysiąc razy mocniejsze. Taki ból bierze się stąd, że mózg naraz orientuje się, że skoro nie docierają do niego żadne sygnały z ciała, to znaczy, że z tym ciałem jest coś nie tak. Zaczyna się ból, na który właściwie nie ma lekarstwa. Morfina nie działa, opiaty nie działają, pozostają jedynie neuroleptyki, które w dużych dawkach robią z pacjenta warzywo. I on stwierdził, że nie chce tak żyć.

Taki człowiek pisze do pani, że chce umrzeć. Skąd wiadomo, że jest naprawdę chory?

– Proszę go o przesłanie dokumentacji medycznej, wyników wszystkich badań. Umawiam się na rozmowę przez telefon albo Skype’a. Mogę wtedy zobaczyć, w jakim jest stanie, jak mówi, jak się porusza. Potem to wszystko przekazuję dwóm niezależnym lekarzom tu, w Szwajcarii, oraz radzie fundacji. Oni wszyscy sprawdzają, czy pacjent spełnia kryteria.

Jakie?

– Pierwsze – to musi być nieuleczalna choroba. Drugie – osoba musi być w pełni władz umysłowych. Trzecie – trzeba wykluczyć chorobę psychiczną. Czwarte – decyzja nie może być podjęta pod wpływem osób trzecich. I wreszcie – życzenie, by umrzeć, musi być dobrze ugruntowane i przemyślane.

Co to znaczy?

– Że pacjent wyrażał taką wolę od dłuższego czasu. Na przykład sporządził testament życia i tam jest jasno napisane, że w określonej sytuacji nie życzy sobie dalszej terapii. Albo jest członkiem naszej organizacji na tyle długo, że to nie pozostawia wątpliwości. Jeśli lekarze i rada fundacji dadzą zielone światło, pacjent może przyjechać do Szwajcarii na badania. Na miejscu ma dwie wizyty lekarskie i jeśli badania się potwierdzą, może odejść.

A jeśli ktoś chce umrzeć, bo ma po prostu depresję?

– Jeśli to jest taka depresja, że właśnie umarł mu najlepszy przyjaciel i on się czuje samotny, to lekarz powinien go wykluczyć. Ale jeśli mamy do czynienia z poważnym cierpieniem psychicznym, to mogą istnieć przesłanki do wspomaganej śmierci. Przy czym my – mówię tu o organizacji Lifecircle – nie pomagamy takim osobom, bo nie mamy w zespole psychiatry, a tego wymagają przepisy.

Jak pani słucham, to mam wątpliwości, czy nie za łatwo to się odbywa.

– To nie jest tak, że przyjmujemy każdego, kto się zgłosi. Pierwszą rzeczą, jaką robię jako lekarz, jest sprawdzenie, czy tej osobie można pomóc tak, żeby mogła dalej żyć. Szukamy dla niej terapii, leków. Mieliśmy mężczyznę z nowotworem wątroby. Lekarze w jego kraju nie dawali mu już nadziei, a my przestudiowaliśmy jego wyniki i okazało się, że mógłby się poddać jeszcze chemoembolizacji. Musiał to zrobić za granicą, ale dalej żyje.

A jeśli pacjent przyniesie historię choroby, ale sfałszowaną?

– Miałam pacjenta z Włoch, który kwalifikował się do wspomaganej śmierci. Przyjechał sam. Zgłosił się do nas potem prawnik jego córki, która zarzucała nam, że nie powinniśmy byli mu pomóc. Ten pacjent miał jej zostawić list pożegnalny, w którym pisał, że sfałszował częściowo swoją dokumentację medyczną, żeby na pewno dostać zielone światło. Do dziś nie wiemy, o jakie dokumenty chodziło. Sąd orzekł, że nie popełniliśmy żadnych uchybień.

I nie ma pani poczucia, że to był błąd?

– To był bardzo schorowany człowiek. Przebył chorobę Heinego-Medina, z trudem się poruszał, miał też poważną chorobę wirusową. Przyjeżdżał do nas przez trzy lata i przez te trzy lata szukaliśmy dla niego rozwiązań, przekonywaliśmy, żeby jeszcze żył. Ale jeśli ktoś tak bardzo chce umrzeć, mamy prawo to uszanować. Po tej historii zaczęliśmy pilnować, żeby pacjenci informowali rodzinę o swojej decyzji. Jak mam wątpliwości w tej sprawie, to proszę o telefon i sama dzwonię.

<podzial_strony>

Rodzina musi się zgodzić?– Nie, ale musi wiedzieć.Zdarza się, że pacjent zmienia zdanie?– Połowa osób, którym dajemy zielone światło, nigdy z niego nie korzysta. Być może sama świadomość, że mogą to zrobić, kiedy będzie bardzo źle, przynosi im ulgę. Miałam taką pacjentkę z rakiem krtani. Była już po trzech operacjach, nie chciała czwartej. Odwiedziłam ją w domu. Widać było, że ona jest zdecydowana na wspomagane samobójstwo, ale mąż nie. Cały czas był w niej zakochany, w ogóle sobie nie wyobrażał, że ona może odejść. Namówiłam ją, żeby jednak poddała się tej operacji, i dzięki temu zyskali jeszcze jeden rok razem. Potem nastąpił wyjątkowo agresywny nawrót, z przerzutami do płuc i mózgu, ale ona zdecydowała się odejść w opiece paliatywnej, chociaż była członkiem Lifecircle. I tak powinno być – to jest wybór pacjenta, jak chce umrzeć.Uprzedziła mnie pani, że nie będzie rozmawiać o statystykach. Czyli nie dowiemy się, ilu macie członków i ile osób umiera z pomocą waszej organizacji?– Mogę powiedzieć tylko, że te liczby rosną. Nie ujawniamy ich, bo potem robią się z tego sensacyjne nagłówki w gazetach.

A o pieniądzach?

– Członkowie Lifecircle płacą roczną składkę 56 franków szwajcarskich- to jest 45 euro. Można też zapłacić jednorazowo 1000 franków i to daje członkostwo na całe życie. Za wspomaganą śmierć płaci się 7 tysięcy franków, a za zielone światło – czyli całą procedurę kwalifikacyjną – 3 tysiące franków. Te same stawki obowiązują w innych organizacjach. Jeśli ktoś nie ma środków, może ubiegać się o zwolnienie z tych opłat.

Gdzie trafiają te pieniądze?

– Na konto naszej fundacji. Z tych środków opłacani są lekarze, pielęgniarki, usługi pogrzebowe, administracja. To, co zostanie, przeznaczamy na pomoc dla tych członków, których nie stać na opłaty.

Przeciwnicy zarzucają wam, że robicie biznes na umieraniu.

– Szwajcarskie prawo wyraźnie mówi, że na wspomaganej śmierci nie można zarabiać. To znaczy – można pobierać pensję, ale tylko w takiej wysokości jak w swojej zwykłej pracy. Czyli jeśli pielęgniarka zarabia 4 tysiące franków miesięcznie, to u nas możne dostać tyle samo, nie więcej. Inaczej jest to przestępstwo. Konto naszej fundacji też jest regularnie kontrolowane.

A sąsiedzi nie protestują, że ludzie przyjeżdżają tu umierać?

– Celowo szukaliśmy miejsca na parterze, z osobnym wejściem, gdzie samochód mógłby podjechać i zabrać trumnę tak, żeby nikt tego nie musiał oglądać. Ale mieliśmy jeden telefon z policji, bo okazało się, że ktoś z mieszkańców złożył na nas skargę. Zaproponowano nam mediację sąsiedzką i dopiero tam okazało się, że przeszkadza im wóz policyjny. Od tej pory prosimy, żeby policjanci, którzy sprawdzają procedury, przychodzili w cywilu i na piechotę.

Pacjent odchodzi, rodzina wyjeżdża, a pani z tym zostaje.

– I to jest trudne, zwłaszcza jeśli zdążymy się zaprzyjaźnić. Na samym początku pracy miałam pacjentkę z Australii, Lilę. Cudowna, pogodna kobieta. Miała nowotwór gardła, czekała, aż dostanie zielone światło, bardzo cierpiała. Wysłałam jej pocztą morfinę. Kojarzy pani takie herbatniki z dziurką? Otóż tam właśnie udało mi się wcisnąć leki. Paczkę nadałam z Niemiec, żeby nikt nie mógł dojść, że to ode mnie. Dzięki tej morfinie Lila i jej mąż przeżyli jeszcze wspaniałe cztery miesiące razem. A potem przyjechali tu. Kiedy Lila wypiła środek uśmiercający, uprzedziłam ją, że ma jeszcze cztery minuty życia, i żeby nie zwracała na mnie uwagi, tylko pożegnała się z Donaldem. A ona odwróciła się do mnie i powiedziała: „Erika, obiecaj mi, że będziesz więcej jeść”. Miałam wtedy problemy w życiu osobistym, strasznie schudłam. Donald też nie jadł. „Po wszystkim macie iść w góry, do tej świetnej restauracji, i zamówić po steku. Ja stawiam!”. A tu obok emocji trzeba być jeszcze profesjonalistą, żeby dopełnić procedur. Po tej historii pomyślałam: nie dam rady.

To dlaczego pani to dalej robi?

– Opowiem o pacjencie, którego mam teraz pod opieką. To młody człowiek, 42 lata, cierpi na pląsawicę Huntingtona – jedną z najgorszych chorób neurologicznych, która polega na tym, że ciało przestaje się nas słuchać. Na przykład – chcę panią pogłaskać, ale moja ręka robi taki gwałtowny ruch, że walę w stół. Nie ma na to lekarstwa, chorzy umierają około pięćdziesiątki, kiedy buntują się mięśnie odpowiedzialne za oddychanie. Ten człowiek ma ciało jak kulturysta, z trudem oddycha, nosi specjalny kask i cały czas robi sobie krzywdę, nieświadomie oczywiście. Widział rodziców umierających na tę samą chorobę, ma brata i siostrę w bardziej zaawansowanym stadium, z demencją. Jak do nas trafił, był w głębokiej depresji, mówił, że nie chce skończyć tak jak oni. Daliśmy mu zielone światło i termin na grudzień. I to był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam uśmiech na jego twarzy. Odstawił wszystkie antydepresanty, promienieje. Jego żona powiedziała mi, że odkąd poznał datę swojej śmierci, zaczął się cieszyć życiem.

Dalej pracuje pani jako lekarz rodzinny?

– Na pół etatu.

<podzial_strony>

Pacjentów to nie odstrasza?– Przeciwnie. Miałam tylu chętnych, że musieliśmy zamknąć zapisy. Myślę, że pacjent chce mieć lekarza, który będzie z nim do końca i da mu możliwość wyboru.A znajomi, sąsiedzi – wiedzą?– Tak. Jak zmarł mój ojciec, powiedziałam rodzinie: będziemy mówić, że to był po prostu trzeci wylew. Ale jedna siostra się zbuntowała, że nie zamierza kłamać. Pamiętam, że ojciec zostawił listę gości, których mieliśmy zaprosić na pogrzeb – 150 osób, w tym sporo związanych z Kościołem. Pogrzeb odbywał się w takim pięknym miejscu, które ojciec sam wybrał, na moście nad rzeką. Podczas tej ceremonii opowiedziałam publicznie o tym, jak odszedł. Nikt mnie nie potępił.http://wyborcza.pl/duzyformat/1,142470,17107626,Pomogam_w_samobojstwie__Rozmowa_z_dr_Erika_Preisig.html?utm_source=agora&utm_medium=email&utm_campaign=Pomagam-w-samob%C3%B3jstwie-Teksty-tygodnia-Wyborczej-111214