Archiwa tagu: Warszawa

To coś zwyzywało bezbronną dziewczynkę!

 

Znalezione obrazy dla zapytania rafalala

Na powyższym zdjęciu jest Rafał!

Rafał jest mężczyzną lubiącym przebierać się w damskie fatałaszki i robi sobie makijaż, wkłada szpilki i damską perukę.

Rafał każe na siebie mówić Rafalala, bo czuje się pełną gębą kobietą i Rafał jest najbardziej agresywnym  transwestytą w Polsce.

Rafał po tych przebieranakach wygląda dziwacznie, ale to nie przeszkadzało telewizjom śniadaniowym zapraszać Rafała&Rafalalę do programów.

W tych telewizjach Rafał się wypowiadał i prosił o tolerancję, bo takich ludzi jak on jest mnóstwo i są źle w Polsce traktowani.

Mnie nie przeszkadzają osoby ze środowisk LGBT, którzy się jakoś tam cywilizowanie zachowują, bo nie obchodzi mnie z kim śpią i jak się prowadzą.

Na Marszach Tęczowych na ulicę wychodzą geje, lesbijki,  transwestyci i jeśli nie epatują tą swoją innością, to niech sobie będą w przestrzeni publicznej, bo jestem tolerancyjna, albo może wciąż się staram taka być.

Biedroń jest gejem i to mi absolutnie nie przeszkadza z kim i kiedy sypia.

Inaczej jest jednak z Rafałem&Rafalalą, który/która raz w roku musi kogoś na ulicy w Warszawie pobić, albo zwyzywać, aby mnieć swoje pięć minut.

Dwa dni temu jadł/jadła jakiś tam posiłek na wolnym powietrzu i zauważyła, że dziewczynka się z niego/niej naśmiewała.

Dziewczynka może 14 letnia tak wzburzyła tego osobnika, że wylał na dziecko szambo, którego to dziecko nie zapomni do końca swojego życia.

Mam nadzieję, że wpuszczony filmik do sieci tego coś znajdzie się w Prokuraturze, a potem w Sądzie.

Mam nadzieję, że to coś – zapłaci odpowiednią cenę na swoje zachowanie.

I jak tu tolerować takich ludzi?

Otwórzcie poniższy filmik i napiszcie czy oni sobie sami nie szkodzą?

Proszę włączyć głośność!

 

Reklamy

Rządzący tak mocno ścinęli swoimi łapskami – Orła Białego, że ten od dwóch lat – broczy krwią!

 

 

11 listopada 2017 roku, to 99 Rocznica Odyskania Niepodległości, ale na co mi to święto?

Od rana w Bazylice Opatrzności Bożej w Warszawie same frazesy z ust duchownych, ale to da się przeżyć.

W tym czasie Prezes ucieka do smoczej jamy w Krakowie, bo Adrian zaprosił do Warszawy Donalda Tuska – Przewodniczącego Rady Europejskiej.

„Prezydent” odznacza ludzi i owszem, ale nie tych panów wojskowych, na których wskazywał Antonii Macierewicz, czyli wojna na górze!

Potem na Placu Piłsudskiego obywa się ceremonia, na której sprytnie ukryto Apel Smoleński.

Kiedy Adrian zaczął przemawiać, to myślałam, że stracił zdrowy rozsądek i zmysły! Nie życzę sobie jako Obywatelka, aby ten najwyższy tak się na mnie darł! Pilot poszedł w ruch, bo nie dałam rady.

Zmęczony rząd po harcach na miesięcznicy. Widać jak bardzo ma dość tych parad. Widać gołym okiem jak zaczynają siebie, samych nienawidzieć, a tu jeszcze czekał ich wyjazd do Krakowa, gdzie Prezes wygłosił swoje wywody. Muszą być dzielni, aby znieść takie tempo, ale muszą chyba coś brać, żeby to wytrzymać.

Na ulice w Warszawie wychodzą kontrmanifestacje. Policjant do jednej kobiety z „Obywateli RP” powiedział – cicho bądź kurwo!

Idą Narodowcy i mój kolega z Warszawy opisał, co widział:

Wszystko za przyzwoleniem Ministra Błaszczaka:

 

„Tymczasem przez Moją Warszawe przewalają się tabuny bydła drąc się i strzelając oraz podpalając co się da, a jeden zachrypnięty nie wiedziec po co – co chwila drze się przez megafon…:
„DUPA NARODOWA!!!” 
Tu można fragmenty obejrzeć:
https://web.facebook.com/rmf24/videos/1 … 566782055/

To bezmózgie stado podobno tak … BOGA TAK SZUKA

Tylko co to ma wspólnego z NIEPODLEGŁOŚCIĄ MOJEGO KRAJU??
Coraz częściej myślę że to co się słyszy NIECHLUBNEGO o Polakach w cywilizowanych krajach – TO PRAWDA!

Czuję się podle widząc przywiezioną nie wiadomo skąd HOŁOTĘ I ZWYKŁE BYDŁO, bezczeszczące pamięć ludzi wolności i niszczące moje miasto.. 
PIJANE BYDŁO ukrywające zapite gęby pod kominiarkami – w jednej ręce Polska Flaga w drugiej kolejne piwo…. wszystko pod patronatem i ochroną PiS-u.. Wstyd na cały świat.  :(„.

Warszawa obwarowana Policją i sukami jak za PRL-u i z czego ja mam być dumna i o jakiej wolności rządzący bredzą?

Jedna, wielka hipokryzja i dlatego lepiej żyć mi w małym miasteczku, gdzie żyje się o wiele spokojniej i można to święto przeżywać w cywilizowany sposób z miękkim sercem dla Ojczyzny!

 Wiersz Ewy Skarżyńskiej:

DLA OJCZYZNY
Gdyby tak zebrać
wszystkie kwiaty
co w Polsce rosną
latem,
jesienią,
zimą
i wiosną
– cóż by to był za bukiet!
A gdyby tak
drzewa zebrać wszystkie
znad Wisły,
znad Odry,
z Pomorza i Tatr
– cóż to by był za park!
A gdyby móc jeszcze
serca zebrać wszystkie.
Gorące jak czerwień
i czyste jak biel.
W jedno. Dla Niej.
Czyż serce to
nie uderzyłoby
jak dzwon hymnem miłości.

Dziś o godzinie 21.oo odbędzie się koncert w Warszawie – 73 rocznica Powstania Warszawskiego!

Dzisiaj – 28 lipca o godz. 21.00 w Parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego, odbędzie się koncert Moniki Borzym. Artystka wykona premierowo materiał z płyty „jestem przestrzeń”, na której znajdzie się 11 kompozycji do tekstów poetki Anny Świrszczyńskiej. Album ukaże się tego samego dnia, w ramach obchodów upamiętniających 73. rocznicę Powstania Warszawskiego. Organizatorem wydarzenia i wydawcą płyty jest Muzeum Powstania Warszawskiego. Współwydawcą i Dystrybutorem jest Wydawnictwo Agora.

https://www.youtube.com/watch?v=d67jBKa836E

 


Muzeum Powstania Warszawskiego podejmuje temat wydarzeń sierpnia i września 1944 roku poprzez wartościowe i ambitne działania artystyczne. W tym roku w ramach cyklu „Pamiętamy’44” 28 lipca o godz. 21.00 w Parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego odbędzie się koncert Moniki Borzym, która wraz z towarzyszącym jej zespołem wykona materiał z płyty „jestem przestrzeń”.

Na płycie, która ukaże się także 28 lipca, znajdzie się 11 kompozycji do poruszających wierszy Anny Świrszczyńskiej. Wyboru tekstów na płytę dokonała uznana reżyserka Agnieszka Glińska, natomiast muzykę skomponował pianista i aranżer Mariusz Obijalski.

Gdy zaczynała się wojna, Świrszczyńska była prawie w moim wieku. Jej życie, Jej marzenia, aspiracje zostały Jej odebrane. Musiała zaprogramować się na przeżycie. Myślę, że odblokowanie tych wszystkich demonów i wyrzucenie ich na papier, ubranie w słowa, to wielka odwaga, wielka siła. I nawet te wiersze, które pisała 20, 30 lat po Powstaniu wciąż mają to Powstanie zaraz pod powierzchnią, pod pierwszym naskórkiem, nawet jak nie pada w nich nic o bombach, uciekaniu, żołnierzach, krwi… To Powstanie stworzyło Świrszczyńską. Stworzyło, bo nie dała się zniszczyć. – mówi Monika Borzym.

Płytę promuje singiel „Muszę to zrobić” pokazujący jak wrażliwą oraz świadomą swojego losu i czasu osobą była Anna Świrszczyńska.

LINK DO SINGLA: https://www.youtube.com/watch?v=d67jBKa836E

Na płycie znajdą się niespodzianki – w jej nagraniu wzięli udział goście specjalni: John Scofield, jeden z najwybitniejszych gitarzystów w historii jazzu, Wojciech Waglewski, lider zespołu Voo Voo i Mitchell Long – „czarodziej gitary” – amerykański muzyk, specjalista od jazzu, bluesa i world music. W nagraniu płyty udział wzięli także: Mariusz Obijalski (fortepian), Hubert Zemler (perkusja) i Robert Kubiszyn (kontrabas i gitara basowa).

http://wjakwarszawa.pl/wiadomosci/pokaz/90,jestem-przestrzen-koncert-moniki-borzym-w-73-rocznice-powstania-warszawskiego

Beato Szydło wyjdź przed Sejm i zobacz na co Polacy czekają!

I oto ogłaszam na moim blogu – koniec demokracji!

Mogą za chwilę zamknąć do pierdla Ciebie i Ciebie!

Mają w łapach całe sądownictwo i Obywatelu nie podskoczysz!

Mój blog ma ponad milion siedemset tysięcy odsłon i nie raz toczyła się tu dyskusja, że trzeba oddać głos na Prawo i Sprawiedliwość, bo może będzie lepiej!

Kłóciłam się jak lwica i tłumaczyłam, że jeśli PiS dojdzie do władzy, to jesteśmy pogrzebani!

I stało się to dzisiaj! 

Dzień 18.07.2017 – jesteśmy zakładnikami tej bandy ignorantów i tłumoków!

Uczyłeś się na najlepszym uniwersytecie? Pracujesz w markecie – możesz pójść siedzieć za wszystko!

Biedny Narodzie! Dopiero dziś się obudziłeś i na ulicę wyszedłeś – za późno!

Oni już zrobili  z Ciebie kochany Narodzie mięso do upodlenia i będziesz płacił w sklepach krocie za masło, chleb, leki!

To już jest koniec i nie ma już nic –  na własne życzenie.

Kaczyński wskaże Ci jak masz żyć!

Finito – żałoba!

Nie mamy już Prezydenta i nawet Adriana nie mamy!

 

Od prawie dwóch lat piszę!
Kochajcie Facebooka, Twittera, wolne media – bo tak szybko odejdą!

Zerwij kajdany!

 

K…urwa!
Matka księdza drze japę na mównicy!
Katoliczka pełną gębą!

Oglądacie Sejm?
Przecież oni mają w de… Adriana!
Nie dajmy się uśpić!

Szydło!
Musimy przeprowadzić reformę o sądach, bo na to czekają Polacy!
Szydło!
Wyjdź przed Sejm i zobaczysz, że Polacy faktycznie czekają!

 

Nie ma już Prezydenta i nawet Adriana już nie ma!
Złamany kręgosłup bez możliwości leczenia!

 

 https://www.youtube.com/watch?v=DVJOPiokeL4

Wkurw w Narodzie!

„Warszawo ma! Patrz w oku mym łza”

Niezwykłe zdjęcia stolicy lat 50. i 60 XX wieku są dziełem amerykańskiego urbanisty Johna Repsa i pochodzą ze zbiorów biblioteki Uniwersytetu Cornell.

Pamiętam, że w roku bodajże 1963 pojechałam z Rodzicami do Warszawy.

Pojechaliśmy do Ciotki Róży i bardzo podobało mi się Jej imię.

Kiedy jechaliśmy do celu autobusem, to zauważyłam, że po obu stronach jezdni były rozległe pola i myślałam sobie, że ta stolica Polski jest strasznie brzydka.

Warszawa dopiero podnosiła się z pożogi wojennej i dlatego nie widziałam niczego ładnego w tym mieście. Byłam zawiedziona.

Kiedy Rodzice zaprowadzili mnie, by zwiedzić Pałac Kultury, to dopiero wróciła we mnie wiara, że jestem w wielkim mieście ha ha.

Miałam tylko siedem lat, a i tak sporo pamiętam z tej eskapady.

Podobno teraz Warszawa jest pięknym miastem, ale ja już go nie zwiedzę.

Przyjrzałam się tym zdjęciom i zauważyłam, że ludzie wówczas ubierali się elegancko, bo kobiety są w spódnicach, sukienkach i garsonkach, a mężczyźni ubrani w garnitury pod krawatem – cudnie.

Kiedyś miasta były wolne od reklam, które nie zasłaniały architektury i to też było tylko na plus.

Ciekawe jakimi ludźmi byli i jak się zachowywali, ale myślę, że byli sobie bardziej serdeczni, aniżeli jesteśmy teraz my.

Teraz każdy zamyka się w domu z dala od znajomości i przyjaciół, choć nie brakuje nam ptasiego mleka i to jest smutne.

Czas na wspomnienia. 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

http://metrowarszawa.gazeta.pl/metrowarszawa/56,141636,21251457,prawdziwe-unikaty-te-zdjecia-warszawy-czekaly-ponad-pol,,28.html

Szczyt NATO, to miód na moje serce!

Nie udało się oszukać Baracka Obamy. Ten doskonale przygotowany polityk przyjechał do Warszawy na szczyt NATO i nie zamiótł niczego pod dywan.

Przyjechał i w oczy Dudzie – atrapie Prezydenta Polski, rzekł z klasą takie słowa jak wyżej.

Oni, te z PiS myślą, że świat niczego nie rozumie z ich perfidnej polityki. Oni myślą, że Polska nie jest w kręgu zainteresowania w świecie!

Nasz atrapa Duda stał przed Obamą jak chłoptaś w krótkich spodenkach i minę miał nieciekawą.

Brawo Baracku Obama. Pokazał Pan klasę!

I taki niezdarny wierszyk ode mnie!

Między dniem i nocą,
Dudzie ręce się spocą.
Będzie chciał podpisać
ustawę o Trybunale,
kiedy Obama dziś zganił go –
doskonale!

I po co drzeć szaty w tylko jednym, danym nam życiu?

Dzisiejszy dzień, 13 grudnia sprawił, że jestem w kiepskim humorze i po godzinie 13 stałam się bardziej wrażliwa niż jestem w rzeczywistości. Często jest tak, że chowam w sobie głęboko emocje i nie pokazuję ich nikomu, bo po co mam swoimi emocjami zatruwać innym życie, ale dziś kiedy Naród wyszedł na ulice Warszawy pod przewodnictwem Prezesa i innych z tej szajki zrobiło mi się bardzo smutno.
Pamiętam ogłoszenie Stanu Wojennego, bo mi zabrali męża na „wojnę” i zostałam z dwojgiem malutkich dzieci i nie chcę wracać do tego dnia, kiedy nie mogłam pohamować łez rozpaczy, a jednocześnie uspokajać dzieci, które widziały mój smutek i na tym zakończę swoje wspomnienia.
Wyszli ludzie na ulice Warszawy i domagali się nie wiadomo czego, bo nie potrafili dokładnie sprecyzować po co właściwie wyszli, a coś dukali pod nosem, że w obronie demokracji i krzyczeli, że precz z komuną, a ja tak na nich przez ekran telewizora spojrzałam i stwierdziłam, że mimo 25 lat wolności, ci ludzie wciąż są tacy smutni, jak to w komunie śpiewał Smoleń. Szli smutni ludzie, którzy zabawili się w martyrologię  i zanegowali wszystko, dosłownie wszystko, co kraj nasz osiągnął przez te 25 lat. Nie ma dróg i mostów. Nie ma ciepłej wody w kranach i nie ma ogrzewanych mieszkań. Nie mają co na siebie włożyć i nie mają co włożyć do gara, ale za to mają siłę wyjść na ulicę i wieszczyć banały, bo tak im podpowiada wielki wódz, który dziś zrobił sobie kampanię wyborczą!
Nie twierdzę, że w moim kraju wszystko jest dobrze. Nie twierdzę, że już nic nie ma do poprawki i nie twierdzę, że rządzący są super i hiper, bo bym skłamała i wpadła w samo zachwyt albo bym straciła trzeźwe patrzenie na rzeczywistość, a nie chcę się okłamywać i wiecie co?
Znalazłam taki szeroki artykuł, który tu wklejam, bo mi świetnie pasuje do dzisiejszego dnia, kiedy niektórzy z komunałami wrzeszczą i są wiecznie niezadowoleni. Przychodzi taki czas, że to wszystko jest diabła warte, bo przychodzi choroba, która odbiera albo rozum, albo pozbawia siły wszystkie członki ludzkie i trzeba się zmagać z chorobą i niedołęstwem. Trzeba wybrać i zadecydować i niech wówczas szlag trafi to wszystko.
Kto zechce, ten przeczyta poniższy artykuł, a kto nie zachce, to niech chociaż przeczyta wstęp, aby zatrzymać się na chwilkę i zastanowić, że nie ma nic ważniejszego jak życie, samo w sobie.
Do Szwajcarii przyjeżdżają umierać ludzie z całego świata. Tu wolno pomóc w samobójstwie.

Rozmowa z dr Eriką Preisig, lekarką, która pomaga umrzećCzy to pokój, w którym się umiera?– Tak. Jak pani widzi, pacjent może wybrać, czy chce to zrobić na łóżku, czy w fotelu. Jest też duża kanapa, bo większość osób przyjeżdża do nas z rodziną. To są często trzy pokolenia: dziadkowie, rodzice i dzieci. Dziś rano umarł tu starszy pan z Francji, była przy nim córka z zięciem i dwóch dorosłych wnuków. Przy czym jeden z nich od razu zaznaczył, że nie chce być obecny przy tym ostatnim momencie, i wyszedł na zewnątrz. Rozumiem to i szanuję, bo ludzie czasem boją się patrzeć na śmierć. Boją się, że zobaczą drgawki, rzężenie, że ta osoba będzie cierpieć i to będzie dla nich trudne do zniesienia.Tak nie jest?– Wspomagane samobójstwo to jest spokojna, łagodna śmierć. Pacjent dostaje dużą dawkę silnego środka znieczulającego i po prostu zasypia.I pani mu to podaje?

– Nie. Musimy odróżnić dwie rzeczy: eutanazję i wspomagane samobójstwo. Eutanazja jest wtedy, kiedy lekarz sam daje pacjentowi zastrzyk uśmiercający. W Szwajcarii to nielegalne. Dopuszczalna jest za to pomoc w samobójstwie. Nasze prawo mówi, że jeśli ktoś chce umrzeć, można mu pomóc, pod warunkiem że nie stoją za tym żadne osobiste korzyści.

Dla pani to jest różnica?

– Gdybym sama miała zrobić ten zastrzyk, tobym czuła, że ja go zabijam. A to musi być decyzja i działanie pacjenta. Ja jestem po to, żeby on to zrobił bezpiecznie.

I co pani robi?

– Robię wkłucie do żyły i przygotowuję kroplówkę z solą fizjologiczną – na próbę. Pacjent najpierw sprawdza, czy potrafi ją sam uruchomić. Jeśli tak, umieszczam w niej właściwy środek. Od tej pory nikt inny poza nim nie może jej dotknąć. Kiedy jest gotowy, sam uruchamia kroplówkę specjalnym przyciskiem. I to jest bardzo ważne, żeby on to zrobił sam. Jeśli jest sparaliżowany i nie może ruszać ręką, dajemy mu specjalny przyrząd. Proszę zobaczyć: to jest taka lekka dźwigienka, która przypomina działaniem migawkę w aparacie fotograficznym. Wykonał to dla nas na zamówienie człowiek, który zajmuje się właśnie produkcją aparatów. Wystarczy lekko dotknąć – brodą, językiem – i uruchomi się mechanizm, który odblokuje lek.

I to już?

– Pacjent wie, że od tego momentu będzie żył jeszcze około czterech minut. Może pożegnać się z rodziną, przytulić. Po mniej więcej minucie przychodzi sen, potem ustaje akcja serca.

Co dalej?

– Przychodzi policja i lekarz patolog, którzy sprawdzają, czy to była śmierć dobrowolna. Czy nie ma śladów uduszenia, noża w plecach, czy wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Na wszelki wypadek każdą wspomaganą śmierć filmujemy.

Pani tego nie przeżywa?

– Bardzo. Dlatego wolno nam asystować tylko przy jednej śmierci w tygodniu, nie więcej.

Kim był pani pierwszy pacjent?

– To był mój ojciec. Dziewięć lat temu znalazłam go nieprzytomnego w jego pokoju. Mieszkał wtedy w domu ze mną i moją rodziną. Wokół łóżka walały się puste opakowania po lekach i dwie opróżnione butelki wina. Wziął chyba wszystko, co można było znaleźć w apteczce, i solidnie zapił alkoholem. Miał 82 lata, był już po dwóch wylewach. Nie mógł pisać ani mówić, porozumiewał się właściwie tylko ruchami głowy, a i to nie zawsze się udawało. Zadawałam mu na przykład pytanie, a on kiwał, że „tak”. A za chwilę walił się ręką w czoło i ryczał rozwścieczony. Rozumiałam wtedy, że to miało być „nie”, tylko głowa odmawiała posłuszeństwa. To był szalenie inteligentny człowiek, fotograf, silna osobowość. W domu było nas siedmioro, moja mama zmarła przy porodzie najmłodszego brata, więc praktycznie wychował nas sam. Dla człowieka o takim charakterze ten stan bezradności musiał być nie do zniesienia.

<podzial_strony>

Wezwała pani karetkę?– Postanowiłam go nie ratować. I to było trudne, bo byłam już wtedy lekarką, od 20 lat prowadziłam praktykę rodzinną. Miałam też trójkę dzieci, którym jakoś musiałam to wytłumaczyć. Ojciec obudził się po trzech dniach. Widziałam, że jest zrozpaczony tym, że cały czas żyje. Jakiś czas później postawił sobie koło łóżka pocztówkę, na której był pociąg. Jak do niego przychodziłam, pokazywał palcem na ten pociąg. Zapytałam go nawet, w jakimś przypływie naiwności, czy chce się wybrać na wycieczkę. A on wtedy złapał się za gardło i wykonał taki ruch, jakby chciał się udusić. „Dobrze – powiedziałam. – Zawrzemy układ. Obiecaj, że nie będziesz próbował się zabić, skacząc pod pociąg, a ja postaram się zorganizować ci wspomagane samobójstwo”.Wiedziała pani, jak się do tego zabrać?– Mamy w Szwajcarii fundację Exit, która pomaga osobom w takiej sytuacji. Poszłam do nich, ale okazało się, że aby zakwalifikować się do wspomaganego samobójstwa, trzeba być ich członkiem przez przynajmniej pół roku. Mój ojciec by tyle nie wytrzymał. I wtedy znalazłam Dignitas.Organizację, do której przyjeżdżają umierać ludzie z całego świata.– Dignitas w przeciwieństwie do Exit przyjmuje nie tylko Szwajcarów. Nie mieli też takich obostrzeń dotyczących członkostwa. Jak się dowiedzieli, że jestem lekarką, zaproponowali, że mogę zrobić to sama. Mnie ta myśl przerażała, bo ja to wtedy postrzegałam jako ciężki grzech.

Pani jest wierząca?

– Pochodzę z bardzo religijnej rodziny. Rodzice należeli do Armii Zbawienia i jako dzieci chodziliśmy tam przynajmniej dwa razy w tygodniu. Ojciec cytował Biblię z pamięci, przyjaźnił się z teologami, duchownymi, prowadził z nimi niekończące się dyskusje na temat wiary. Bardzo żałuję, że nie mogłam go wtedy zapytać, jak zamierza to w sobie pogodzić – samobójstwo i religię. Co by na to powiedział jego Bóg?

Pani zadaje sobie to pytanie?

– Cały czas. Po śmierci ojca strasznie się bałam, że Bóg mnie jakoś za to ukarze, na przykład że umrze jedno z moich dzieci. W takim strachu przeżyłam dwa lata. Nic się nie stało. Miałam za to kilku umierających pacjentów pod opieką. Lekarze rodzinni często wolą takiego pacjenta odesłać do szpitala czy hospicjum, bo jemu trzeba poświęcić dużo czasu, czasami chodzi się do niego nawet trzy razy dziennie. Mnie zawsze zależało, żeby moi pacjenci – jeśli to możliwe – umierali w domu, żebym mogła się nimi opiekować do końca. Widziałam, że mniej więcej połowa z nich odchodzi w strasznym cierpieniu. Zaczęłam się wtedy zastanawiać: co my właściwie im robimy?

Medycyna nie radzi sobie z cierpieniem umierających?

– Nie w każdym przypadku. Miałam pacjenta z zaawansowanym rakiem płuc. Końcowe stadium tej choroby wygląda tak, że człowiek ma płuca pełne wydzieliny, którą się stopniowo dusi. To jest śmierć w strasznych męczarniach. 20 grudnia, tuż przed świętami, zaczęło być z nim bardzo źle. Nie mógł oddychać, więc zaczęliśmy odsysać wydzielinę, ale to tylko powodowało, że płuca produkowały jej więcej. Cały dom – bo on był pod opieką paliatywną w domu – wypełniony był zapachem gnijących płuc i tym charczeniem duszącego się człowieka. Jego żona błagała mnie, żebym mu pomogła umrzeć, a ja nic nie mogłam zrobić. Męczył się jeszcze kilka dni.

Ale jest przecież morfina. Nie można takiego człowieka „wygasić” lekami?

– To się nazywa sedacja paliatywna. Podajemy kombinację morfiny i innych środków w takiej dawce, żeby pacjenta nie uśmiercić, tylko wprowadzić w śpiączkę. Ten pacjent z rakiem płuc też to otrzymał. Ale czy ktoś jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że człowiek w śpiączce nic nie czuje? Miałam kiedyś pacjentkę w terminalnej fazie raka. Była potwornie spuchnięta, musiała bardzo cierpieć, ale jakoś nie mogła umrzeć, mimo że podaliśmy jej sedację paliatywną. Jej mąż zdradził mi, że podejrzewa, dlaczego ona nie może odejść: „Mamy piątkę dzieci, ale jedna córka nie jest moja. Żona odeszła do innego, była z nim raptem dwa tygodnie, ale wróciła już w ciąży. Myślę, że ona się boi, co się stanie z tą dziewczynką po jej śmierci”. I ja zaproponowałam, żeby usiadł przy niej i zapewnił ją, że się będzie dalej opiekował tą córką. Trzy godziny później jego żona zmarła.

To mógł być przypadek.

– Miałam więcej takich przypadków w swojej praktyce. Jak umierała moja matka, ojciec poszedł ją odwiedzić w szpitalu. Kiedy stanął koło jej łóżka, wyciągnęła rękę, przesunęła po guzikach na jego koszuli i zapięła mu ten przy kołnierzyku. A lekarz zapewniał nas, że jest w takim stanie, że nic do niej nie dociera.

Ludzie zawsze znajdowali sposób, żeby odebrać sobie życie bez asysty lekarza i pielęgniarki. Dlaczego mamy im pomagać?

– Żeby to było bezpieczne dla nich i dla ich bliskich. Mniej więcej rok po tym, gdy umarł mój ojciec, zadzwoniła do mnie żona jednego z moich pacjentów. To był mężczyzna z zaawansowanym nowotworem, miał 86 lat. I ona mówi mi, że znalazła u niego pistolet i że on na pewno zamierza się zabić. Przekazałam mu przez telefon, żeby nic nie robił do mojego przyjazdu, i wsiadłam do samochodu. Usiedliśmy przy stole i zapytałam, jak właściwie zamierza to zrobić. Strzelić sobie w skroń? „Byłem w wojsku, więc wiem, jak się zabić na 100 proc. Lufę wkłada się do ust”. Wytłumaczyłam mu, jak to będzie wyglądać: jego żona, która siedzi obok, będzie w kuchni gotować obiad, usłyszy huk, pójdzie do ich wspólnej sypialni i znajdzie go w kałuży krwi z rozpłatanym mózgiem. Owszem, będzie martwy, ale czy na pewno chce jej to zrobić? On się wtedy rozpłakał. To było coś, o czym w ogóle nie pomyślał.

I pani wtedy mówi o wspomaganym samobójstwie?

– Pokazuję im, że jest taka opcja.

<podzial_strony>

Myślałam, że takiego człowieka trzeba raczej przekonać do życia.– Jak ktoś się dowiaduje, że jest inne wyjście, to często właśnie otwiera się na rozmowę o życiu. I ja zawsze próbuję go przekonać, żeby jeszcze żył. Ale ostatecznie to pacjent wie, jak bardzo cierpi i ile cierpienia może jeszcze znieść. Kim ja jestem, żeby decydować za niego?Ten mężczyzna jak wybrał?– To była druga osoba po moim ojcu, której pomogłam w ten sposób odejść. Była przy nim żona i cztery córki, to się działo w ich domu. Tuż przed śmiercią on ją mocno przytulił i powiedział: „Odchodzę po prostu trochę wcześniej niż ty, ale wkrótce się spotkamy”. Wcześniej pytała pani, jak ja to pogodziłam z Bogiem. Otóż jak się widzi taką spokojną, dobrą śmierć, to człowiek myśli: czy to jest na pewno niezgodne z religią, że pozwalamy odchodzić ludziom w taki sposób? A może to jest właśnie akt miłosierdzia? Po tym doświadczeniu zgodziłam się przyjąć propozycję Dignitas i zaczęłam asystować przy samobójstwach. A pięć lat temu założyłam własną organizację w Bazylei – Lifecircle.Kto prosi o pomoc?– Ludzie ciężko chorzy albo umierający, którym medycyna nie może pomóc. W różnym wieku. Najmłodszy pacjent miał 27 lat. To był chłopak z uszkodzonym rdzeniem kręgosłupa. W swoje 20. urodziny urządził imprezę i skoczył do basenu dla dzieci. Mimo paraliżu nieźle sobie radził, mógł trochę poruszać głową, więc pracował przy komputerze, używając joysticka. Po sześciu latach zaczął odczuwać bóle neuropatyczne. Zna pani to uczucie, kiedy człowiek sobie zimą odmrozi ręce i jak wchodzi do ciepłego pomieszczenia, czuje mrowienie w palcach? To jest to samo, tylko tysiąc razy mocniejsze. Taki ból bierze się stąd, że mózg naraz orientuje się, że skoro nie docierają do niego żadne sygnały z ciała, to znaczy, że z tym ciałem jest coś nie tak. Zaczyna się ból, na który właściwie nie ma lekarstwa. Morfina nie działa, opiaty nie działają, pozostają jedynie neuroleptyki, które w dużych dawkach robią z pacjenta warzywo. I on stwierdził, że nie chce tak żyć.

Taki człowiek pisze do pani, że chce umrzeć. Skąd wiadomo, że jest naprawdę chory?

– Proszę go o przesłanie dokumentacji medycznej, wyników wszystkich badań. Umawiam się na rozmowę przez telefon albo Skype’a. Mogę wtedy zobaczyć, w jakim jest stanie, jak mówi, jak się porusza. Potem to wszystko przekazuję dwóm niezależnym lekarzom tu, w Szwajcarii, oraz radzie fundacji. Oni wszyscy sprawdzają, czy pacjent spełnia kryteria.

Jakie?

– Pierwsze – to musi być nieuleczalna choroba. Drugie – osoba musi być w pełni władz umysłowych. Trzecie – trzeba wykluczyć chorobę psychiczną. Czwarte – decyzja nie może być podjęta pod wpływem osób trzecich. I wreszcie – życzenie, by umrzeć, musi być dobrze ugruntowane i przemyślane.

Co to znaczy?

– Że pacjent wyrażał taką wolę od dłuższego czasu. Na przykład sporządził testament życia i tam jest jasno napisane, że w określonej sytuacji nie życzy sobie dalszej terapii. Albo jest członkiem naszej organizacji na tyle długo, że to nie pozostawia wątpliwości. Jeśli lekarze i rada fundacji dadzą zielone światło, pacjent może przyjechać do Szwajcarii na badania. Na miejscu ma dwie wizyty lekarskie i jeśli badania się potwierdzą, może odejść.

A jeśli ktoś chce umrzeć, bo ma po prostu depresję?

– Jeśli to jest taka depresja, że właśnie umarł mu najlepszy przyjaciel i on się czuje samotny, to lekarz powinien go wykluczyć. Ale jeśli mamy do czynienia z poważnym cierpieniem psychicznym, to mogą istnieć przesłanki do wspomaganej śmierci. Przy czym my – mówię tu o organizacji Lifecircle – nie pomagamy takim osobom, bo nie mamy w zespole psychiatry, a tego wymagają przepisy.

Jak pani słucham, to mam wątpliwości, czy nie za łatwo to się odbywa.

– To nie jest tak, że przyjmujemy każdego, kto się zgłosi. Pierwszą rzeczą, jaką robię jako lekarz, jest sprawdzenie, czy tej osobie można pomóc tak, żeby mogła dalej żyć. Szukamy dla niej terapii, leków. Mieliśmy mężczyznę z nowotworem wątroby. Lekarze w jego kraju nie dawali mu już nadziei, a my przestudiowaliśmy jego wyniki i okazało się, że mógłby się poddać jeszcze chemoembolizacji. Musiał to zrobić za granicą, ale dalej żyje.

A jeśli pacjent przyniesie historię choroby, ale sfałszowaną?

– Miałam pacjenta z Włoch, który kwalifikował się do wspomaganej śmierci. Przyjechał sam. Zgłosił się do nas potem prawnik jego córki, która zarzucała nam, że nie powinniśmy byli mu pomóc. Ten pacjent miał jej zostawić list pożegnalny, w którym pisał, że sfałszował częściowo swoją dokumentację medyczną, żeby na pewno dostać zielone światło. Do dziś nie wiemy, o jakie dokumenty chodziło. Sąd orzekł, że nie popełniliśmy żadnych uchybień.

I nie ma pani poczucia, że to był błąd?

– To był bardzo schorowany człowiek. Przebył chorobę Heinego-Medina, z trudem się poruszał, miał też poważną chorobę wirusową. Przyjeżdżał do nas przez trzy lata i przez te trzy lata szukaliśmy dla niego rozwiązań, przekonywaliśmy, żeby jeszcze żył. Ale jeśli ktoś tak bardzo chce umrzeć, mamy prawo to uszanować. Po tej historii zaczęliśmy pilnować, żeby pacjenci informowali rodzinę o swojej decyzji. Jak mam wątpliwości w tej sprawie, to proszę o telefon i sama dzwonię.

<podzial_strony>

Rodzina musi się zgodzić?– Nie, ale musi wiedzieć.Zdarza się, że pacjent zmienia zdanie?– Połowa osób, którym dajemy zielone światło, nigdy z niego nie korzysta. Być może sama świadomość, że mogą to zrobić, kiedy będzie bardzo źle, przynosi im ulgę. Miałam taką pacjentkę z rakiem krtani. Była już po trzech operacjach, nie chciała czwartej. Odwiedziłam ją w domu. Widać było, że ona jest zdecydowana na wspomagane samobójstwo, ale mąż nie. Cały czas był w niej zakochany, w ogóle sobie nie wyobrażał, że ona może odejść. Namówiłam ją, żeby jednak poddała się tej operacji, i dzięki temu zyskali jeszcze jeden rok razem. Potem nastąpił wyjątkowo agresywny nawrót, z przerzutami do płuc i mózgu, ale ona zdecydowała się odejść w opiece paliatywnej, chociaż była członkiem Lifecircle. I tak powinno być – to jest wybór pacjenta, jak chce umrzeć.Uprzedziła mnie pani, że nie będzie rozmawiać o statystykach. Czyli nie dowiemy się, ilu macie członków i ile osób umiera z pomocą waszej organizacji?– Mogę powiedzieć tylko, że te liczby rosną. Nie ujawniamy ich, bo potem robią się z tego sensacyjne nagłówki w gazetach.

A o pieniądzach?

– Członkowie Lifecircle płacą roczną składkę 56 franków szwajcarskich- to jest 45 euro. Można też zapłacić jednorazowo 1000 franków i to daje członkostwo na całe życie. Za wspomaganą śmierć płaci się 7 tysięcy franków, a za zielone światło – czyli całą procedurę kwalifikacyjną – 3 tysiące franków. Te same stawki obowiązują w innych organizacjach. Jeśli ktoś nie ma środków, może ubiegać się o zwolnienie z tych opłat.

Gdzie trafiają te pieniądze?

– Na konto naszej fundacji. Z tych środków opłacani są lekarze, pielęgniarki, usługi pogrzebowe, administracja. To, co zostanie, przeznaczamy na pomoc dla tych członków, których nie stać na opłaty.

Przeciwnicy zarzucają wam, że robicie biznes na umieraniu.

– Szwajcarskie prawo wyraźnie mówi, że na wspomaganej śmierci nie można zarabiać. To znaczy – można pobierać pensję, ale tylko w takiej wysokości jak w swojej zwykłej pracy. Czyli jeśli pielęgniarka zarabia 4 tysiące franków miesięcznie, to u nas możne dostać tyle samo, nie więcej. Inaczej jest to przestępstwo. Konto naszej fundacji też jest regularnie kontrolowane.

A sąsiedzi nie protestują, że ludzie przyjeżdżają tu umierać?

– Celowo szukaliśmy miejsca na parterze, z osobnym wejściem, gdzie samochód mógłby podjechać i zabrać trumnę tak, żeby nikt tego nie musiał oglądać. Ale mieliśmy jeden telefon z policji, bo okazało się, że ktoś z mieszkańców złożył na nas skargę. Zaproponowano nam mediację sąsiedzką i dopiero tam okazało się, że przeszkadza im wóz policyjny. Od tej pory prosimy, żeby policjanci, którzy sprawdzają procedury, przychodzili w cywilu i na piechotę.

Pacjent odchodzi, rodzina wyjeżdża, a pani z tym zostaje.

– I to jest trudne, zwłaszcza jeśli zdążymy się zaprzyjaźnić. Na samym początku pracy miałam pacjentkę z Australii, Lilę. Cudowna, pogodna kobieta. Miała nowotwór gardła, czekała, aż dostanie zielone światło, bardzo cierpiała. Wysłałam jej pocztą morfinę. Kojarzy pani takie herbatniki z dziurką? Otóż tam właśnie udało mi się wcisnąć leki. Paczkę nadałam z Niemiec, żeby nikt nie mógł dojść, że to ode mnie. Dzięki tej morfinie Lila i jej mąż przeżyli jeszcze wspaniałe cztery miesiące razem. A potem przyjechali tu. Kiedy Lila wypiła środek uśmiercający, uprzedziłam ją, że ma jeszcze cztery minuty życia, i żeby nie zwracała na mnie uwagi, tylko pożegnała się z Donaldem. A ona odwróciła się do mnie i powiedziała: „Erika, obiecaj mi, że będziesz więcej jeść”. Miałam wtedy problemy w życiu osobistym, strasznie schudłam. Donald też nie jadł. „Po wszystkim macie iść w góry, do tej świetnej restauracji, i zamówić po steku. Ja stawiam!”. A tu obok emocji trzeba być jeszcze profesjonalistą, żeby dopełnić procedur. Po tej historii pomyślałam: nie dam rady.

To dlaczego pani to dalej robi?

– Opowiem o pacjencie, którego mam teraz pod opieką. To młody człowiek, 42 lata, cierpi na pląsawicę Huntingtona – jedną z najgorszych chorób neurologicznych, która polega na tym, że ciało przestaje się nas słuchać. Na przykład – chcę panią pogłaskać, ale moja ręka robi taki gwałtowny ruch, że walę w stół. Nie ma na to lekarstwa, chorzy umierają około pięćdziesiątki, kiedy buntują się mięśnie odpowiedzialne za oddychanie. Ten człowiek ma ciało jak kulturysta, z trudem oddycha, nosi specjalny kask i cały czas robi sobie krzywdę, nieświadomie oczywiście. Widział rodziców umierających na tę samą chorobę, ma brata i siostrę w bardziej zaawansowanym stadium, z demencją. Jak do nas trafił, był w głębokiej depresji, mówił, że nie chce skończyć tak jak oni. Daliśmy mu zielone światło i termin na grudzień. I to był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam uśmiech na jego twarzy. Odstawił wszystkie antydepresanty, promienieje. Jego żona powiedziała mi, że odkąd poznał datę swojej śmierci, zaczął się cieszyć życiem.

Dalej pracuje pani jako lekarz rodzinny?

– Na pół etatu.

<podzial_strony>

Pacjentów to nie odstrasza?– Przeciwnie. Miałam tylu chętnych, że musieliśmy zamknąć zapisy. Myślę, że pacjent chce mieć lekarza, który będzie z nim do końca i da mu możliwość wyboru.A znajomi, sąsiedzi – wiedzą?– Tak. Jak zmarł mój ojciec, powiedziałam rodzinie: będziemy mówić, że to był po prostu trzeci wylew. Ale jedna siostra się zbuntowała, że nie zamierza kłamać. Pamiętam, że ojciec zostawił listę gości, których mieliśmy zaprosić na pogrzeb – 150 osób, w tym sporo związanych z Kościołem. Pogrzeb odbywał się w takim pięknym miejscu, które ojciec sam wybrał, na moście nad rzeką. Podczas tej ceremonii opowiedziałam publicznie o tym, jak odszedł. Nikt mnie nie potępił.http://wyborcza.pl/duzyformat/1,142470,17107626,Pomogam_w_samobojstwie__Rozmowa_z_dr_Erika_Preisig.html?utm_source=agora&utm_medium=email&utm_campaign=Pomagam-w-samob%C3%B3jstwie-Teksty-tygodnia-Wyborczej-111214